Dzikość Karpat
8 kwietnia 2026
28 min
Miłej lektury.
Pomimo sobotniego poranka na dworcu autobusowym panował duży ruch. Szedłem pewnym krokiem w kierunku najbliższego przystanku. To był nasz pierwszy dalszy wyjazd poza miasto w ramach tego wolontariatu. W zasadzie było wiele tych pierwszych razów. Podczas ostatnich tygodni po raz pierwszy oboje lecieliśmy samolotem do innego kraju. Na szczęście na miejscu czekała na nas opiekunka stażu z uniwersytetu, ale perspektywa wspólnej odprawy, kilkugodzinnego lotu do Rumunii i odnalezienia się w obcym miejscu, znając jedynie podstawy języka, była przerażająca. Na początku na szczęście była z nami Elena. Młoda botaniczka stanowiła dla nas swego rodzaju ostoję. Nieźle mówiła po polsku, jak się później dowiedzieliśmy – studiowała dwa lata w Krakowie i wyszła za Polaka. Gdy zaaferowana opowiadała, gdzie można tanio i dobrze zjeść oraz co warto zobaczyć, czuliśmy się z Paulą jak na wyjeździe do odległej rodziny.
Co prawda przez ostatnie dwa tygodnie nasz język znacznie się poprawił i nauczyliśmy się, jak sobie radzić na miejscu, jednak stres wciąż pozostawał.
– To nasz przystanek – rzuciłem, wskazując na przystanek z cyferką trzy.
– Kiedy mamy autobus? – spytała rzeczowo Paula, zgarniając na bok spadającą na oczy grzywkę.
– Za jakieś dziesięć minut – odpowiedziałem. Oprócz nas czekało jeszcze kilka osób: dwie starsze kobieciny, mężczyzna w ubrudzonej farbami kurtce i chłopiec, może dwunastoletni, z wielkimi słuchawkami na uszach.
– Możemy chyba zdjąć te plecaki – uśmiechnęła się, zdejmując swój. Uwielbiałem jej uśmiech i drobne, urocze dołeczki. Od słońca piegi stały się jeszcze wyrazistsze. Dołączyłem do niej, kiwając głową.
– Masz rację, szkoda pleców.
Oboje z ulgą się rozprostowaliśmy. Zapas wody i jedzenia, do tego minimalny zapas ubrań oraz śpiwory ważyły swoje. Nasz plan był prosty: dojechać jak najdalej autobusem, a potem ruszyć w góry. Znalazłem nam szlak, który wydawał się dość bezpieczny i oferował ciekawe widoki po drodze – prosto do wioski w górach, gdzie mieliśmy spróbować znaleźć tani nocleg u gospodarza. W ostateczności miałem w torbie mały namiot. Nie był zbyt wygodny, ale na szybki nocleg powinien wystarczyć, tym bardziej że zapowiadała się świetna pogoda.
Autobus był dosyć nowoczesny i miał klimatyzację, co okazało się bardzo przydatne nawet o tak wczesnej porze. Usiedliśmy z Paulą z tyłu, mając ostatnie rzędy foteli wyłącznie dla siebie. Bezczelnie postawiliśmy plecaki obok i rozsiedliśmy się wygodnie.
– Cieszysz się? – spytałem cicho.
– Bardzo. Nie mogłam się doczekać, kiedy wyrwiemy się z miasta – odpowiedziała z uśmiechem. Oboje dostaliśmy w kość przez ostatnie tygodnie, dzieląc czas między pracę na niewielkich powierzchniach badawczych na obrzeżach a uczelnianym laboratorium. Na góry mogliśmy popatrzeć jedynie przez okna szklarni albo z okna laboratorium. Cieszyliśmy się na ten weekend.
– Ja też – rzuciłem cicho i, udając przypadek, złapałem Paulę za zgrabne udo.
– Ej – pisnęła cicho.
– Przecież nikt nie patrzy – odpowiedziałem i dałem jej buziaka, głaszcząc po nodze.
– No… – nadąsała się, ale po chwili odpuściła.
– Poza tym mamy prawie półtorej godziny jazdy.
Paula milczała przez chwilę, lecz od razu widziałem jej wzrok. Znaliśmy się od początku studiów, czyli właściwie od prawie półtora roku, a razem byliśmy od roku. Jedno wiedziałem na pewno: pomimo udawania zawstydzonej, perspektywa pieszczot na tylnych fotelach autobusu brzmiała dla nas obojga podniecająco. Tym razem pocałowała mnie śmielej, pozwalając mi gładzić jej nogi i muskać brzuch. Była dość niska – ledwo metr sześćdziesiąt dwa – co sprawiało, że za wysokimi fotelami autobusu mogła się całkiem nieźle schować. Pieściłem ją tak, trącając delikatne piersi i uda, drażniąc przez bluzkę sutki. Tylko co jakiś czas odrywaliśmy się, by rozejrzeć się, czy nikt nie dosiada się bliżej, albo popatrzeć na coraz ciekawsze widoki za oknem. Szybko jednak postarała się, żeby oglądanie krajobrazów stało się znacznie mniej interesujące. To ciekawe, jak łatwo kobieca dłoń muskająca nabrzmiałego wzwodem penisa i lekki, figlarny uśmiech mogą zamącić w głowie. Pocałowała żołądź, zostawiając na niej dużą kroplę swojej śliny, którą następnie rozsmarowała palcami. Doskonale wiedziała, co robi.
– Sam zacząłeś – rzuciła kąśliwie.
– I niczego nie żałuję – odpowiedziałem.
Kolejny przystanek. Autobusem zatrzęsło lekko. Dopiero wtedy dostrzegłem dłuższy rząd osób czekających na wsiadanie. Koniec igraszek. Zostałem jak zwykle z potężną erekcją w spodniach i jej szelmowskim uśmieszkiem.
– Nakręciłaś mnie – wycedziłem.
– Spoko. Też się cieszę, że spakowałam majtki na zmianę – wyszeptała z uśmiechem.
– To dobrze – szepnąłem.
Po chwili ludzi zrobiło się na tyle dużo, że musieliśmy zabrać plecaki z foteli. Pozostawało tylko gapienie się na piękne widoki, a za oknem rzeczywiście było bardzo ładnie. Po dłuższej chwili pochyliłem się nad Paulą, wyglądając zza malowniczego głazu.
– Patrz, wygląda jak jakiś słoń.
– Bardziej nosorożec – rzuciła fachowo, po czym pisnęła i zaczerwieniła się. Pochylony nad nią bezceremonialnie sięgnąłem między jej uda.
– Puszczaj! – rzuciła.
– Sam cierpiał nie będę – wyszczerzyłem się, robiąc palcem kółeczka na jej wzgórku łonowym.
W ten sposób z jednej strony zasłaniałem nas oboje, a z drugiej masowałem jej cipkę. Oczami wyobraźni widziałem delikatny paseczek włosków nad jej niedużymi wargami. Jęknęła cichutko, ale najwyraźniej głośniej, niż chciała, i jakby prąd przeszedł przez jej ciało.
– Starczy już – szepnęła.
– Ok, szkoda. Fajnie było.
– Teraz cała się będę kleić – wyszeptała. – Dobrze, że mam chusteczki.
Jechaliśmy jeszcze przez dobre pół godziny po krętej drodze przez wioski, które do złudzenia przypominały znajome krajobrazy z naszych Bieszczad. Gdy w końcu dojechaliśmy do małego miasteczka pośrodku gór, zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy daleko poza gwarnym, cywilizowanym komfortem polskich gór. Uzupełniliśmy w wiejskim sklepiku zapasy i z plecakami dociążonymi lokalnym winem ruszyliśmy dalej. Gdy minęliśmy niewielką cerkiew i po kilkunastu minutach zaczęliśmy się wspinać po krętym szlaku, prowadzonym przez wąskie paski żółtej farby na drzewach, szliśmy w ciszy przez kilkanaście minut, wsłuchując się w głośny śpiew ptaków i bzyczenie owadów.
– Zatrzymajmy się na chwilę – rzuciła Paula, odstawiając plecak na ziemię.
– Zmęczona?
– Muszę się ogarnąć po tym w autobusie – uśmiechnęła się, grzebiąc w plecaku. Po chwili wydobyła nawilżane chusteczki.
– Nie żartowałaś – uśmiechnąłem się.
– Lepiej patrz, czy nikt nie idzie – schowała się za wysokimi kamieniami i krzewami. Patrzyłem kątem oka to na bezludny szlak, to na jej zgrabny tyłek, gdy pośpiesznie ściągała spodnie i poplamioną bieliznę.
– Uwielbiam cię – rzuciłem cicho i delikatnie klepnąłem ją w pupę, gdy wypięła się w moją stronę.
– Wiem, daj mi się ubrać.
– Może rozbijemy gdzieś piknik, co?
– Piknik? Zgłodniałeś? – spytała, a na jej twarzy pojawił się uroczy uśmiech.
– Mhm – potwierdziłem, przytulając ją do siebie. Całowałem ją łapczywie. – Masz więcej majtek na zmianę.
– Najwyraźniej za mało – wyszczerzyła się. – Jak daleko mamy do tego noclegu?
– Na mapie jest większa osada i jakieś schrony turystyczne. Jeszcze jakieś dwadzieścia kilometrów.
– Kawałek jest.
– Jest wcześnie, zawsze możemy rozbić się gdzieś na dziko.
– Czyli mamy czas na dłuższy postój?
– Zawsze – odpowiedziałem, głaszcząc ją po piegowatym policzku.
Wyjąłem z plecaka karton wina i otworzyłem.
– Wcześnie – rzuciła, odbierając go ode mnie. Wzięła łyk. – Słodkie, całkiem przyjemne.
– Prawda, wschodnie stoki północnej Transylwanii – rzuciłem z przekąsem, biorąc od niej karton i upijając solidny łyk.
– Mój znawca – usłyszałem, gdy wciągała na siebie plecak. To był znak do wymarszu.
Szliśmy jeszcze przez dobrą godzinę przez niski las, zanim znaleźliśmy miejsce na piknik. Musieliśmy zejść kawałek ze szlaku, ale było warto. Mała łączka na skraju lasu dawała całkiem niezłe poczucie prywatności. Do tego piękny widok przed nami. Wszystko aż prosiło się, by rozłożyć na ziemi lekki koc i wyjąć prowiant. No cóż, nie ukrywam, że zanim Paula wyjęła z plecaka kanapki, zdążyłem objąć ją od tyłu i przytulić. Całowałem ją długo po karku, odsuwając pachnące wiatrem włosy. Sięgnąłem do niewielkiej, kryjącej się pod obcisłą koszulką piersi. Jęknęła cicho, a po chwili głośniej, gdy mocniej zacząłem drażnić jej sutki. Czułem, jak sztywnieją pod palcami, a z każdym dotknięciem słyszałem, jak jęczy i domaga się więcej. W końcu sięgnąłem do jej spodni, po chwili rozpiąłem guzik i mocnym szarpnięciem odsłoniłem jej zgrabny tyłek. Westchnęła głęboko, gdy drobnymi kółeczkami zacząłem pieścić jej łechtaczkę. Po chwili uporałem się również ze swoim ubraniem i z nagim, sterczącym dumnie penisem pchnąłem ją głębiej na koc. Nie czekałem na nic. Wszedłem w jej ciepłą i wilgotną cipkę – najpierw ostrożnie, powoli, a potem rytmicznie i głębiej. Czułem, jak jej ciało zaciska się i wije.
W końcu wysunąłem się, czując ten rozsadzający penisa ból nadchodzącego orgazmu. Usiadłem na kocu na chwilę. Może i brała tabletki, ale mimo wszystko czułem obawy przed dojściem w środku. Ona też usiadła – zmęczona i rozpalona – patrząc to na mnie, to na mojego sterczącego i lekko drgającego penisa.
Po chwili chwyciła go w drobną dłoń, zaciskając palce na trzonie tak, że jedynie ciemnoczerwona żołądź wystawała. Robiła mi dobrze, patrząc głęboko w oczy. Wiedziałem, że czeka tylko na ten moment słabości, tuż przed wytryskiem. Po chwili wzięła mojego penisa w całości do ust. Wygiąłem się w łuk, czując, jak rozkosz niemal mnie rozsadza. Dopiero wtedy mnie puściła. Wytrysnąłem na trawę.
– Ale to było… – dyszałem, a ona tylko się uśmiechała tym maślanym wzrokiem. Dopiero po dłuższej chwili doszliśmy do siebie. Napiliśmy się jeszcze wina z kartonika, zjedliśmy coś i po chwili ruszyliśmy dalej.
Znalezienie na powrót szlaku okazało się jednak dość trudne. Dopiero po dłuższej chwili odnaleźliśmy wąską, kamienistą drogę, biegnącą dość stromo pod górę.
– To musi być tędy. Wygląda na uczęszczaną – powiedziałem pewny siebie.
– Ładnie tu, chociaż nie spodziewałam się wspinania.
– To tylko łagodne podejście, za chwilę powinno być łatwiej – pocieszyłem ją. Oboje nie mieliśmy specjalnej formy do chodzenia po górach, chociaż nadrabialiśmy determinacją. Nie stroniliśmy od sportu, ale byliśmy raczej smukłej budowy.
Skłamałbym, mówiąc, że nie trenowałem, ale pomimo starań i diet wciąż miałem ramiona jak u dziewczynki. Przynajmniej brzuch miałem płaski i rysowały się na nim zarysy mięśni, które były moją chlubą. Trzeba się cieszyć ze wszystkiego. Poza tym byłem zwyczajnym chłopakiem, którego jak na złość wciąż pytano o dowód w sklepie. Starłem pot z czoła, dając sobie chwilę na oddech. Jak na złość nigdzie nie było widać znaczników szlaku. Wydobyłem z kieszeni telefon. Przez moment w ciemnym ekranie odbijała się moja płowa strzecha włosów i absolutny brak jakiejkolwiek brody. To była kolejna bolączka – mógłbym próbować zapuszczać, ale jedyne, co mogło na mojej twarzy wyrosnąć, to pryszcze, a i to już przestało. Miałem wrażenie, że dojrzewanie przyszło do mnie i zapomniało o przynajmniej połowie rzeczy. Starczy tego użalania się nad sobą – powiedziałem w myślach i odpaliłem nawigację. Mapa szlaku pokazywała, że idziemy w dobrą stronę, wszystko wyglądało świetnie. Tylko jedno mi nie pasowało. Wskaźnik zasięgu pokazywał znajomą literkę E, co oznaczało, że mógłbym zapomnieć o dodzwonieniu się do kogokolwiek. Dotknąłem ikonki nawigacji, a aplikacja mapowa oświadczyła, że „bez internetu zapomnij, zresztą GPS też nie uświadczysz”. Co to mówił ten przewodnik na Instagramie? Cywilizowany, ale mało znany szlak. Piękne dzikie góry, godzinę od Kluż-Napoki. Przynajmniej kształt szlaku i okoliczne góry pasowały do tego, co było na mapie.
– Idziesz czy będziesz tam sterczał? – rzuciła Paula z uśmiechem dobre kilkanaście metrów przede mną. Ruszyłem pewnym krokiem.
– Tylko patrzyłem na nawigację. Coś telefon wariuje, ale wszystko się zgadza z mapą – krzyknąłem.
Nie ukrywam, że zgrabny tyłeczek Pauli dodawał mi sił i szybko ją dogoniłem. Nie mogłem oderwać wzroku od jej kołyszącej się łagodnie pupy, a wspomnienie naszej zabawy wcześniej wciąż było we mnie żywe.
– A co? Nie może nas złapać?
– Nie, internetu nie ma i GPS wariuje.
– W górach to normalne.
– Niby tak. W sumie to w końcu Rumunia i koniec świata.
Paula była śliczna. Znowu się rozmarzyłem, patrząc na nią. Niższa ode mnie, zgrabna, o ciemnobrązowych włosach spiętych w gruby kucyk. Przy moich niespełna stu osiemdziesięciu centymetrach wzrostu… no prawie, jej skromne metr sześćdziesiąt wyglądało uroczo.
Wyszliśmy po kilku kilometrach z lasu na kolejną rozległą polankę. Jak okiem sięgnąć – las poprzetykany tylko małymi polankami. Wyglądało tak, jakby wszelka cywilizacja zapomniała o tym miejscu.
– Nie sądziłam, że aż tak tu bezludnie – powiedziała, wyciągając z plecaka bidon z wodą i batony energetyczne. Podała mi jeden.
– No, pustki na szlaku.
– Widziałeś gdzieś oznaczenie szlaku? – spytała lekko zaniepokojona.
– Może przegapiliśmy, ale sama zobacz. Nawet na papierowej mapie… – wyjąłem przewodnik i ułożyłem go tak, by okoliczne szczyty pokryły się ze szczytami z kupionej w mieście mapy – wszystko gra. Zobacz sama. Tu była wioska, a tutaj te szczyty.
– Ale nie widać żadnych domów, nic – powiedziała.
– Widziałaś, jak jechaliśmy. Wszystko stoi wzdłuż tych dróg, a wiosek tu jak na lekarstwo. Dlatego gdzieś z osiem kilometrów przed nami powinny być te schrony turystyczne.
– Na Instagramie wyglądało to jakoś przyjaźniej – powiedziała cicho, wskazując na coś w oddali. Przez polanę, kilkaset metrów od nas, kilka dużych zwierząt wynurzyło się z lasu i ruszyło dalej, by po chwili przyśpieszyć i pognać w las.
– To tylko jelenie. Całe stado. Piękne zwierzęta.
– Ogromne – słyszałem podziw w jej głosie
Nie miałem ochoty na historię z młodości. Zresztą wiedziałem, że nie przepadała za tym. Mój wujek Heniek, starszy brat mojego ojca, był myśliwym i odkąd miałem dwanaście lat nalegał, by zabierać mnie na polowania. Moi rodzice nie byli z tego szczególnie szczęśliwi, ale Heniek upierał się swoim „chłopak zobaczy, skąd się mięso bierze, trochę zmężnieje przy tym i powietrza złapie”.
Zobaczyłem sporo. Nie mówię, że szczególnie źle to wspominam, ale jakoś mimo wszystko. Patrzenie na jelenia, który po postrzale rusza z miejsca, by po paru metrach paść na ziemię, przyjemne nie było. Zwłaszcza że zadowolony Heniek, świętujący „piękny strzał na komorę”, nijak się miał do dumnego zwierzęcia, z którego odchodziły resztki życia. Pamiętam, jak głos zamarł mi w gardle, a palce nagle zaczęły się lepić. Stałem tam w niemym bezruchu. Potem musieliśmy tego jelenia taszczyć razem do auta, oprawić, żeby wujek Heniu mógł cieszyć się trofeum nad kominkiem. Zostanę przy strzelaniu do tarczy i rzutek. Podniosłem wzrok wyżej, ponad las, gdzie przed chwilą zniknęły jelenie. Zaczęły zbierać się ciemniejsze chmury.
– Psiakrew – rzuciłem – tylko deszczu brakowało. Miało dzisiaj nie padać.
– Z cukru nie jesteśmy – rzuciła Paula. – Idźmy do tych schronów. Może zdążymy.
Ruszyliśmy dalej, przyśpieszając na tyle, na ile daliśmy radę. Minęło może pół godziny i w oddali dało się słyszeć dudnienie grzmotu. Burza w górach przerażała mnie jak mało co innego. Cały zadrżałem, ale szybko się otrząsnąłem. Było jeszcze coś, co dopiero po tym grzmocie stało się oczywiste. Było cicho. Żadnych ptaków, owadów, jedynie wiatr hulający w koronach drzew.
Minął kolejny kilometr i wiatr coraz bardziej się nasilał. Drzewa zaczynały złowróżbnie trzeszczeć. Jedyne, co mi pozostało, to zachować spokój i udawać, że mam kontrolę nad sytuacją. Paula polegała na mnie. Wtedy to usłyszeliśmy. Przez chwilę myślałem, że to grzmot. Spojrzeliśmy na siebie oniemiali. To było coś dużego – niczym ryk, a raczej ostrzegawczy pomruk. Rozglądaliśmy się wokół, ale nic nie było widać. Nie było krzaków, a jedyne skałki tworzyły korytarz, gdzie nic większego nie mogło się znaleźć.
– To coś jest przed nami – szepnęła Paula – może to niedźwiedź.
– Musimy być gdzieś na szlaku – powiedziałem cicho.
– Spróbujmy go ominąć – powiedziała lekko drżącym głosem. – Patrz, tam jest ścieżka.
Faktycznie była – wąska i kręta, pomiędzy skałami. Wspinaliśmy się dalej, ale pomruki narastały, zmieniając się w głośniejsze ryczenie gdzieś między skałami pod nami. Niestety zbliżały się, mieszając się z hukiem wiatru i deszczem, który powoli zaczynał padać. Zrobiło się strasznie ciemno. Szliśmy coraz szybciej, ale pomruk tego czegoś wydawał się zbliżać do nas.
Po kilkunastu metrach coś dostrzegłem. Kilka metrów nad ścieżką, pomiędzy skałami, była wąska skalna nisza.
– Zobacz, schowajmy się tam – rzuciłem. – Przeczekamy deszcz, wiatr i cokolwiek za nami idzie.
Paula skinęła głową. Ruszyłem przodem, obcierając się o ostre kawałki skały i ślizgając na odstających kamieniach. Po kilku minutach wdrapałem się. Na szczęście wnęka była duża. Podałem Pauli rękę i pociągnąłem ją w górę. Wdrapała się jakoś do mnie. Oboje mokrzy i przerażeni schowaliśmy się w skalnej dziurze.
Warkot tej bestii narastał i toczył się po skałach.
– Chodźmy głębiej.
Paula wydobyła z torby czołówkę. Nisza rozszerzała się i prowadziła do szerokiej komory wysokiej na kilka metrów. Na ziemi była warstewka liści, ledwo przykrywających gołą skałę.
– Może rozpalić ogień czy coś? – zaproponowałem.
– Z czego? – spytała rzeczowo. Miała rację, było tu jedynie trochę liści, a najbliższy chrust znajdował się w lesie pod nami.
Coś znowu ryknęło w dole. Paula odruchowo zgasiła czołówkę i wcisnęła się głębiej. Ruszyłem za nią i wkrótce oboje siedzieliśmy w ciemnościach, nasłuchując tego, co się wydarzy. Baliśmy się nawet głośno oddychać. Ryki oddaliły się, zastępowane przez grzmoty burzy.
– Mamy śpiwory – zaproponowałem. – Możemy zostać tutaj na noc, a jutro rano wrócimy.
– Jestem za – powiedziała. Coś cicho kliknęło i oświetlił nas blask jej czołówki.
Szybko odgarnęliśmy liście. Nie miałem ochoty dzielić łóżka z bandą pająków i innych stworzeń. Na szczęście było pusto i w miarę sucho. Szybko rozłożyliśmy maty i śpiwory. Sam nie wiem, czy to strach, czy co, ale czułem się paskudnie zmęczony. Oboje przecieraliśmy oczy.
– Ile przeszliśmy?
– Nie wiem, może ze dwanaście kilometrów.
– Myślałam, że więcej. Czuję, jakbym ze trzydzieści przeszła – ziewnęła głośno.
– Przebierzmy się z tych mokrych ubrań. Bez ognia, jak tak pójdziemy spać, to jutro będziemy chorzy.
– Masz rację.
Ryki nawracały i odchodziły, nie było mowy o wyjściu z naszej ciemnej nory. Siedzieliśmy tak jeszcze dobrą godzinę, aż wreszcie schowaliśmy się w ciszy do śpiworów. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziłem się w nocy, zresztą oboje się obudziliśmy. Było cicho, ciemno, a w powietrzu unosił się dziwny zapach, jakby wilgotnej gleby i czegoś żelazistego, mocno znajomego. Wyszliśmy ze śpiworów, patrząc w ciszy na siebie. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że nasza jaskinia się zmieniła. W ścianie w głębi ziała teraz dziura – wąska, eliptyczna szpara, sfałdowana i gruba na bokach, zwieńczona niewielkim skalnym nawisem. Sam nie wiem, jak to widziałem. Z jednej strony było zupełnie ciemno, z drugiej wisiała tu taka dziwna poświata, jakby nadnaturalna. Skałę u naszych stóp przykryła delikatna mgiełka, wyciekająca drobną strużką z tej skalnej szczeliny.
Ruszyliśmy z Paulą w głąb. Sam nie wiem, co nas tam przyciągało. Wokół robiło się wilgotno i pachniało mokrą ziemią, która zdawała się drżeć i pulsować. Tutaj nic nie widzieliśmy przez kilka metrów, może kilkanaście. Dopiero wtedy przed nami ukazała się obszerna komnata, a raczej oświetlony księżycowym blaskiem, odbijanym przez srebrzyste, zroszone wilgocią mchy na ścianach, dziedziniec. Na ścianie przed nami, idealnie płaskiej, ktoś wyrzeźbił gęste zwoje węży. Im bliżej się im przyglądałem, tym bliższy byłem stwierdzeniu, że były to dwa węże splatające się wokół kolumn. Na szczycie bramy znajdowała się zwierzęca głowa – trochę niedźwiedzia, z parą szerokich, byczych rogów. Całe miejsce wydawało się stare i pradawne.
Zagłębiliśmy się w bramę. Pomruki za nami pchały nas przed siebie. Dopiero po kilkunastu krokach z mroku wyłaniały się pierwsze kształty. Najpierw dało się zobaczyć ginące w oparach gorące źródła, kipiące i dymiące. Między nimi wiodła wąska ścieżka. Rozglądałem się, ale czułem, że jesteśmy tu obcy i niesamowicie samotni. Jakbyśmy wkroczyli w tajemnicze miejsce kultu, dawno starte z powierzchni ziemi.
Przed nami na niewielkiej kolumnie stał zielonkawy posążek. Przyglądałem mu się, próbując wydobyć z mroku więcej szczegółów, a wtedy coś z głośnym pluskiem wynurzyło się z parującego zbiornika. Istota przypominała kobietę, ale była ogromna i – nie licząc biodrowej przepaski – naga. Długie, ciemne, jakby zielonkawe włosy opadały na szerokie ramiona i duże piersi o ciemnoczarnych brodawkach. Gestem zaprosiła nas do siebie. Gdy podchodziliśmy, zdałem sobie sprawę, jak jest wysoka. Miała ponad dwa metry wzrostu, a jej ciężkie, ogromne piersi kołysały się na wysokości moich oczu. Mimo rozmiarów nie była otyła. Szerokie, potężne biodra wyglądały zmysłowo, jakkolwiek można to powiedzieć o nienaturalnej istocie. Zaprosiła nas bliżej, wskazując na kipiące źródło obok. Wtedy zdałem sobie sprawę, że Paula zaczyna rozbierać koszulę i spodenki. Ja również robiłem to samo, nie wiem dlaczego. Po chwili oboje byliśmy nadzy. Niczym zaczarowani weszliśmy do kipiącego źródła. Spodziewałem się, że się tam ugotujemy, mimo to nie umiałem odmówić. Woda była jednak ciepła, niemal przyjemna. Ogromna postać dołączyła do nas, siadając pomiędzy nami i w matczynym niemal geście obejmując nas ramionami.
Sam nie wiem, dlaczego przytuliłem się bliżej. Wtedy nas pocałowała, a my odwzajemniliśmy jej pocałunek. Była piękna – nieludzka i nieosiągalna, a jednocześnie piękna. Pokrywaliśmy pocałunkami jej usta, walcząc o miejsce u jej warg, a potem schodziliśmy po jej karku w dół. Zdawała się jeszcze rosnąć. Jej piersi i sutki zajmowały cały mój świat. Czułem się jak dziecko uwieszone u piersi. Ssałem ją i lizałem. Paula robiła to samo. Słyszeliśmy ciche, zadowolone westchnienia tej matrony. Gdy my ssaliśmy jej piersi, ona błądziła to po naszych włosach, teraz lepkich od wilgoci i wody, a potem po plecach. Wreszcie sięgnęła niżej i chwyciła w dłonie moje przyrodzenie. Natura obdarzyła mnie dość przeciętnym prąciem, ale w jej wielkich dłoniach wydawało się dziecinne. Masowała mi penisa, momentami przestając i sięgając głębiej. Czułem, jak wodzi palcami po moim odbycie. Zadrżałem, gdy wsunęła do środka palec i zaczęła mnie rozciągać. Paulę również w ten sposób pieściła. W końcu nas puściła z ramion. Splotłem się z Paulą. Kochaliśmy się tak dłuższą chwilę, ku jej uciesze. Po chwili usłyszałem klaśnięcie. Jak na rozkaz oderwałem się od Pauli, z penisem mokrym od jej soków i na czworaka ruszyłem ku naszej Pani.
Patrzyliśmy, jak rozsiada się na swym tronie. Tym razem bez przepaski biodrowej. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że to, co okalało bramę, to nie były węże. Nie mogliśmy jednak nic zrobić. Przerażony podszedłem bliżej. Nigdy w życiu nie widziałem tak ogromnego przyrodzenia, a dodatkowo istota miała ich parę. Dwie grube lance, żylaste, długie i zakończone szpiczastymi głowami. Nim cokolwiek z siebie wydusiłem, Paula zaczęła z namaszczeniem całować ogromny członek. W końcu ta dziwna istota ją podniosła, lekko niczym piórko. Moja mała, cudowna Paula zaczęła ujeżdżać te obie. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę, i w to, jak to możliwe. Oczywiście nie wzięła ich całych – zaledwie główki penetrowały ją, ale to wystarczyło. Pani skinęła dłonią. Jak pies zbliżyłem się. Poniżej dwóch wężowatych penisów była niewielka, podłużna cipka. Dotknąłem jej językiem, potem wbiłem go głębiej. Sam nie wiem, jak smakowała. Wiedziałem tylko, że jest to coś, co pragnę smakować do końca życia. Niczym legendarny nektar. Ale po chwili pociągnęła mnie wyżej i nie mogłem zrobić nic innego, jak całować wszystko – lizałem i krążyłem to po jej cipce, to po dwóch sterczących grubych lancach, to po rozciąganej do granic możliwości cipce Pauli.
Nie wiem, ile to trwało, ale w pewnej chwili czułem, że usta drętwieją mi i nie mam siły dalej tego robić. Wtedy puściła Paulę, by zajęła moje miejsce. Zdałem sobie sprawę, że mam zająć jej miejsce. Przerażony wstałem i wspiąłem się na szeroki tron, okrakiem dosiadając jednego z węży. Czułem, jak drugi członek ociera się o moje przyrodzenie. Nie wiem, co było pierwsze – poczucie wypełnienia, rozciągania i zalewania ciepłym czymś. Nie czułem bólu. Moje ciało wiło się w ekstazie, strzelając nasieniem na szerokie łono tej dziwnej istoty.
Gdy skończyła ze mną, zdjęła mnie z siebie jak dziecko. Paula leżała na ziemi, spała – naga i piękna. Dołączyłem do niej.
Poranek okazał się bolesny. Plecy bolały od wilgotnej skały i twardego podłoża, a w grocie wciąż unosił się ten sam ciężki, ziemisty zapach. Ubraliśmy się w milczeniu. Zjedliśmy resztki prowiantu, popijając je winem prosto z kartonu.
Gdy Paula schyliła się po plecak, jej dłonie lekko drżały. Uniosłem wzrok i zobaczyłem, jak wkłada do bocznej kieszeni figi – wciąż wilgotne i oblepione zaschniętymi śladami. Nie patrzyła na mnie. Ja też unikałem jej oczu.
– Śniło ci się coś? – spytałem cicho.
Zawahała się, zanim odpowiedziała.
– Coś tak… – wyszeptała. – A tobie?
– Sam nie wiem. Coś bardzo dziwnego.
Wskazała palcem w głąb groty.
– Tam była… grota. Ta druga.
Skinąłem głową. Oboje wiedzieliśmy, że mówimy o tym samym. Sen, który nie przypominał snu. Czułem jeszcze na języku słony, żelazisty smak i ciepło jej skóry – choć przecież przez całą noc leżeliśmy w śpiworach. Gdy wstałem, moje majtki były mokre od nasienia, jakby naprawdę kilka razy doszedłem. Paula szybko odwróciła się, poprawiając spodnie, ale zdążyłem zauważyć rumieniec na jej policzkach i szybki, zawstydzony ruch, którym wciskała wilgotną bieliznę głębiej do plecaka.
Nie rozmawialiśmy o tym więcej. Słowo „dziwne” wisiało między nami jak ciężka mgła. Z jednej strony ulga, że to tylko sen. Z drugiej – dziwne, pulsujące podniecenie, które nie chciało ustąpić.
Pomruki dziwnego zwierzęcia i burza dawno odeszły. Las znowu tętnił życiem, a my pośpiesznie ruszyliśmy dalej. Doszliśmy na szczyt góry po krótkim marszu. Jak się okazało, przywitał nas przepięknym widokiem i nawet drogowskazem postawionym na szczycie.
– Ile mamy z powrotem?
– Jakieś dziesięć godzin – wyszeptałem.
– Co!? – niemal wykrzyknęła.
– Nie wiem, jak to zrobiliśmy, ale z wioski, skąd ruszaliśmy, do tego miejsca jest prawie czterdzieści kilometrów.
– Jezu, nie chcę tu dłużej spać.
– Ja też.
– Jest coś bliżej? – spytała zrezygnowana.
– Niewiele nam pomoże. Dalej pusto, nikogo nie widać. Wracajmy skąd przyszliśmy, to i tak najkrótsza trasa.
Nie pozostawało nic innego. Nic dziwnego, że czuliśmy się wykończeni wczoraj. Dalej to musiał być błąd. Wyjąłem z kieszeni telefon i sprawdziłem. Zasięg wrócił. Byliśmy dwa szczyty dalej, niż planowaliśmy, i faktycznie do najbliższej większej miejscowości mieliśmy szlakami jakieś dziesięć godzin marszu. Może do wieczora tam dojdziemy.
Marsz powrotny był spokojniejszy, choć kolejne podejścia i zejścia szybko wysysały resztki sił. Woda i jedzenie kurczyły się w zastraszającym tempie, a nastroje stawały się coraz gorsze. Dlatego gdy w oddali zobaczyliśmy pierwszego człowieka od czasu wyjścia z wioski, przywitaliśmy go niemal z radością.
Wielkolud stał oparty o skałę, ze strzelbą nonszalancko opartą o kamień obok. Miał gęstą, ciemną brodę i szerokie ramiona, które sprawiały, że wyglądał jak część tego dzikiego krajobrazu.
– Cześć – rzucił pierwszy, z lekkim uśmiechem.
– Hej – odpowiedziałem.
– Dokąd zmierzacie?
Podałem nazwę wioski. Gwizdnął cicho przez zęby.
– Daleko wam. – Potem wyciągnął wielką, owłosioną dłoń. – Jestem Vlad.
– Jan.
– Paula – dodała cicho.
Rozmawialiśmy chwilę, pomagając sobie gestami, gdy rumuński słownik się kończył. Vlad był rozmowny, ale jego spojrzenie coraz częściej zatrzymywało się na Pauli – dłużej, niż powinno. Gdy się śmiała z jakiegoś jego żartu, kącik jego ust uniósł się w sposób, który nie podobał mi się ani trochę.
– Wiecie co – powiedział w końcu, wskazując kciukiem za siebie – mam niedaleko chatę i samochód. Chodźcie ze mną. Zjecie coś ciepłego, odpoczniecie. Mogę was podrzucić bliżej, do Campeni. Stamtąd łatwiej złapiecie busa do Cluj.
Spojrzałem na Paulę. Była zmęczona, spocona, z włosami przyklejonymi do czoła. Ja też ledwo trzymałem się na nogach. Propozycja brzmiała jak wybawienie.
– To miło z twojej strony – powiedziałem ostrożnie.
Dotarliśmy do niewielkiej polany. Na jej końcu stała chata z grubo ciosanych desek. Za nią, pokryta warstwą błota, parkowała stara granatowa niwa. Wnętrze szałasu było ciemne i ciasne. Vlad zapalił elektryczną latarnię i postawił na ogniu kociołek z gulaszem.
Jedliśmy w milczeniu, a on co chwilę zadawał pytania. Skąd jesteśmy, na jak długo, co robimy w tych górach. Jego wzrok wciąż wracał do Pauli – do jej dekoltu, do nóg, do sposobu, w jaki oblizywała łyżkę.
Gdy skończyliśmy, Vlad klepnął mnie w ramię.
– Chodź, młody, pomożesz mi przynieść drewna.
Wyszliśmy na zewnątrz. Ledwo odeszliśmy kilka kroków od chaty, gdy zniżył głos.
– Fajna dupa z tej twojej Pauli.
Zesztywniałem.
– Lubi się bzykać? – zapytał wprost, z szerokim uśmiechem.
– Co ty… – zacząłem, ale uciszył mnie gestem.
– No serio pytam. Wy młodzi pewnie non stop z łóżka nie wyłazicie. – Zrobił obsceniczny gest biodrami. – Co lubi? Ciągnie ci często?
Zrobiło mi się gorąco. Nie lubiłem takich rozmów, zwłaszcza z obcym facetem dwa razy większym ode mnie.
– Normalnie… – mruknąłem, biorąc od niego naręcze drewna.
Vlad uśmiechnął się szerzej.
– Mam propozycję. Podrzucę was do Campeni. Ale coś za coś. Niech Paula umili nam czas. Pokaże cycki, może kawałek tyłka… i jedziemy.
– Nigdy – rzuciłem twardo.
Jego uśmiech nie zniknął, ale oczy zrobiły się zimne.
– Nie gadaj tak szybko. – Mocno uderzył toporkiem w konar, aż drzazgi poleciały. – To tylko propozycja. Wasz wybór. Możecie iść dalej na piechotę… albo nie.
Gdy wróciliśmy do chaty, Vlad dorzucił drewna do kominka i oznajmił, że idzie się rozejrzeć. Przed wyjściem spojrzał mi prosto w oczy.
– Przemyśl to. Propozycja wygaśnie, jak wrócę.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, spojrzałem na Paulę. Wzięła głęboki oddech.
– Co powiedział?
Opowiedziałem jej wszystko. Najpierw zbladła, potem jej policzki pokrył gniewny rumieniec.
– Zbok jeden… – syknęła. – Nie ma mowy.
Siedzieliśmy w ciszy dłuższą chwilę. W końcu Paula odezwała się cicho, drżącym głosem:
– A może… tylko cycki? Kilka minut wstydu i jedziemy stąd. Mam dość tych gór, tych ryków, tego wszystkiego…
– Nie musisz tego robić – powiedziałem szybko. – Damy radę.
– Wiem. Ale nie chcę tu spędzić kolejnej nocy. – Spojrzała mi w oczy. – Tylko… nie rób tego beze mnie, dobrze?
Gdy Vlad wrócił, od razu wyczuł zmianę atmosfery. Zamknął drzwi, oparł strzelbę o ścianę i usiadł w kącie z lubieżnym uśmiechem.
– No i jak, gołąbeczki? Opowiedziałeś jej?
Paula skinęła głową, czerwona ze wstydu.
– Tylko cycki – powiedziała twardo. – Nic więcej.
– Jak są fajne, to tylko – rzucił i cmoknął.
Powoli, z drżącymi rękami, Paula zdjęła polar, potem koszulkę, na koniec bordowy sportowy stanik. Jej drobne piersi z ciemnoczerwonymi sutkami sterczały w chłodnym powietrzu. Zasłoniła je dłońmi, ale Vlad gestem kazał jej opuścić ręce. Oparła dłonie o niski stołek i stała tak, naga od pasa w górę.
– Piękna dziewczynka – mruknął. – Ale cycki malutkie. Dalej.
– Obiecałeś! – krzyknąłem.
Vlad tylko dotknął palcami strzelby i spojrzał na mnie zimno.
– Siedź.
Paula, z oczami pełnymi łez wstydu, rozpięła spodnie i zsunęła je razem z majtkami. Kazał jej się obrócić, wypiąć. Cmokał z zadowoleniem, rzucając coś po rumuńsku.
– Starczy? – spytała drżącym głosem.
– Nie wiem… – uśmiechnął się szeroko. – Ciebie mogę zawieźć, ale on wraca z buta.
Wtedy coś w Pauli pękło.
– Pojebało cię?! – krzyknęła po polsku.
Vlad zerwał się, chwycił strzelbę i przyłożył mi lufę do piersi.
– Siadać! Oboje! Na ziemię, jak psy.
Widziałem, jak jego palec spoczywa na spuście. Nie mieliśmy wyboru.
– Widział ubranego psa? – spytał mnie.
Po chwili kupka ubrań się powiększyła, a on z lubością oceniał nas i kazał obracać się oraz wypinać. Jak to nazwał – „robić sztuczki”. Wtedy rozpiął spodnie. Jego prącie było duże i grube, sporo większe od mojego, z wielkimi owłosionymi jądrami i gęstymi kędziorami ciemnych włosów. Kazał nam się przytulić. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Słyszałem jego kroki, jak zbliżył się, czułem oddech na karku. Przez moment ocierał się penisem między moimi udami, to drażnił nim mój odbyt. Warknął coś do Pauli. Dopiero po chwili zrozumiała. Patrzyłem na nią, jak zaczyna się dotykać. Moje ciało zareagowało samo. Sam nie wiem dlaczego, ale mój członek sterczał teraz w górę.
– A teraz pieski pokażcie, jak robicie sześćdziesiąt dziewięć – pchnął mnie do przodu, tak że niemal wpadłem na Paulę. Była ciepła i niesamowicie wilgotna. Wiedziałem, że nasze ciała są zdradliwe i to po prostu organiczne podniecenie, ale mimo wszystko. Gdy jej usta dotknęły mojego członka, a ja zacząłem lizać jej cipkę, na chwilę to straciło znaczenie.
Gdy skończyliśmy, padliśmy zmęczeni na podłogę. Siedział zadowolony w fotelu, ze strzelbą opartą o ścianę.
– Piękny pokaz, a teraz do mnie. Na czworaka!
– Zajmij go, a ja wezmę broń – wyszeptałem do Pauli.
– Ok – odpowiedziała cicho.
Paula wzięła jego członek w dłoń. Wyglądał na jeszcze większego, żylastego niż wcześniej. Kątem oka dostrzegłem, że w zapomnieniu odstawił broń obok. Miałem jedną szansę, by ją chwycić, ale była za daleko ode mnie. Zbliżyłem się i, wspominając sen, zaczęliśmy lizać go i całować. Słyszałem, jak wzdycha i jęczy. Po chwili Paula wstała i zaczęła wchodzić mu na kolana. Patrzyłem od dołu, jak jego duży członek dotyka jej cipki i ją rozciąga.
– Nie przestawaj, zaraz twoja kolej – krzyknął głośno. Wróciłem do lizania i całowania jego jąder i penisa, jednocześnie przesuwając się bliżej strzelby. Nagle Paula krzyknęła głosem mieszającego się strachu i rozkoszy, biorąc go całego. On też głośno sapnął. Wiedziałem, że zasłania mu widok i to jedyna szansa. Rzuciłem się, chwyciłem broń i odskoczyłem. Nie zdążył mnie zatrzymać.
– Puszczaj ją! – krzyknąłem, odbezpieczając. Modliłem się, by strzelba była nabita. Chyba była, bo tamten nagle zamarł.
Paula jeszcze chwilę miała go w sobie, aż jakby oniemiała zsunęła się i opadła na podłogę. Po chwili zaczęła się ubierać. Widziałem, że unika mojego wzroku.
– Przecież wam się podobało – krzyknął tamten. – Oddawaj broń, szczeniaku.
– Spieprzaj. Paula, poszukaj kluczyków i czegoś, by go związać.
W końcu znalazła rolkę srebrnej taśmy i klucze. Rzuciłem mu taśmę. Protestując, owinął nogi w kostkach, a potem przedramiona. Ze strzelbą przy czole Paula skończyła go pętać.
– Przejdziesz się z buta – rzuciłem na odchodne. Gdy odjeżdżaliśmy, w oddali dało się słyszeć dziwny zwierzęcy ryk – ten sam, który towarzyszył nam poprzedniego dnia. W myślach mówiłem sobie tylko: „a niech go licho zeżre”.
Kilka miesięcy później grupka turystów przemierzających ten szlak znalazła starą drewnianą chatę stojącą na skraju polany. Otwarte drzwi wisiały na dolnym zawiasie. Kilka ostrych, długich drzazg sterczało z górnej ich części, niczym pióra potrąconego przez samochód ptaka.
W środku panował bałagan. Podłogę pokrywały ślady zwierzęcych odchodów. Ich fetor mieszał się z czymś innym, jakby żelazistym i słodkawym. Mimo, że od wielu dni nie padało wciąż w powietrzu dało się wyczuć zapach świeżo rozkopanej gleby.
Na drewnianych belkach i niskim stropie chaty odznaczały się długie zadrapania. Na środku pokoju stał niski drewniany stołeczek, najwyraźniej omijany przez wszystkie wchodzące tu zwierzęta. Leżały na nim strzępy srebrnej taśmy.
Cała grupa wspólnie stwierdziła, że dla ich wspólnego dobra lepiej zapomnieć o tym, co zobaczyli i szybko opuściła polanę.
Steciu6969
Jak Ci się podobało?