Ilustracja: Gemini

Dzikość Karpat (III) - Wezwanie z Gór. Źródło

9 lipca 2026

Opowiadanie z serii:
Dzikość Karpat

1 godz 10 min

Czas na zakończenie tej nieco dziwnej i odstającej od tego miejsca opowieści.
Małe ostrzeżenie na początek: jeśli owoce morza wywołują w tobie paniczny lęk, czytasz na własną odpowiedzialność.

Opowiadanie inspirowane twórczością Lovecrafta i Lumleya.
Miłej lektury

Na ciasnym, jednoosobowym łóżku z trudem się mieściliśmy wtuleni w siebie. Ona była moją małą łyżeczką, z jędrną, opiętą w szare, bawełniane spodenki pupą, wciśniętą w moje krocze, rozpłaszczając nabrzmiałe przyrodzenie i z każdym ruchem, dolewając oliwy do ognia. Od dwóch godzin nie mogłem zasnąć, fantazjując o jej ciele. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wystarczyło zapytać i wyciągnąć rękę. Wiedziałem, że spodziewała się, że pójdziemy dalej niż pocałunki i przytulenie się do siebie, ale wciąż miałem w sobie to poczucie moralnego obowiązku, które wyprzedzało impulsywną potrzebę. W tym wszystkim moja własna głowa, była przeciw mnie, podsuwając kolejne wyobrażenia Pauli, zajętej na ponoć babskiej imprezie, zapewne moszcząc się w ramionach, jakiegoś umięśnionego faceta. Jednak wisząca nad tym wszystkim niepewność, nawet jeśli między nami było ostatnio kiepsko, nie dawała mi przyzwolenia do tej zdrady.

Dwa wilki walczyły we mnie, jeden głodny krwi i seksu, drugi próbujący zachować twarz i dostatecznie czyste sumienie, nawet jeśli wszystkie próby rozmowy z Paulą i odbudowy utykały na mieliźnie i nie zanosiło się, by coś miało ulec zmianie.

Musiałem stąd czym prędzej uciec, świadom, jak niewiele dzieli mnie od tego, bym rzucił się, jak wygłodniałe zwierzę na jej drobne, przykryte jedynie cienką koszulką piersi, a następnie zerwał z niej ledwo zakrywające kobiecość bawełniane spodenki. Oczami wyobraźni wbijałem się w nią, szturmując jej ciasną cipkę. Kilka razy powstrzymywałem się, gdy docierało do mnie, że jakby nieświadomy błądzę palcami po jej ramionach, coraz mocniej ocierając się o nią.

Wyszedłem chwilę po świcie. Żegnała mnie w półśnie, mamrocząc prośbę, bym został, chociaż do śniadania. Zbiegłem po schodach, czując zbliżającą się, niczym rozpędzony pociąg migrenę.

Kac moralny przyszedł po czasie, niczym rozpędzony pociąg. Na dole długo walczyłem o oddech, przewieszony przez barierkę niczym strudzony maratończyk. Lekka, zielonkawa mgiełka wypełzła z krawędzi widzenia, gaszone uliczne lampy lśniły kolistymi, rozedrganymi aureolami. Ruszyłem, kołysząc się lekko w kierunku akademika. Aura wokół świateł osłabła nieco, pozostawiając po sobie kłujący ból w skroniach.

Przede mną szła znacznie starsza kobieta w bordowej sukience, przykrytej z wierzchu jedynie lekką, jeansową kurteczką. Była na oko bliska pięćdziesiątki. Parę kroków przed nią maszerował dumnie niewielki, biały pies. Długa, żółta smycz przesuwała się, to na jedną, to na drugą stronę ścieżki. Rozmawiała z kimś przez telefon, z daleka było słychać lekko nosowy głos. Przystanąłem kilkanaście kroków za nią. Smoliście czarne proste włosy sięgały poniżej barków, odcinając się na tle błękitu jeansu. Bordowa sukienka do kolan opadała dość luźno, wyraźnie podkreślając pełne biodra i obfite pośladki. Kobieta skończyła rozmawiać i na chwilę pochyliła się, by pogłaskać pupila. Coś nie pozwalało mi odejść. Patrzyłem, jak nieświadoma, wypina się w moją stronę, wodząc wzrok po ciemnym szwie ciągnącym się wzdłuż rajstopy, idealnie w połowie łydki. Narastało we mnie podniecenie, dziwny szał, jak u wygłodniałego zwierzęcia. Pochyliłem się i udając, że wiązanie buta podniosłem z ziemi kawałek brukowca i zważyłem go w dłoni.

Cienie rzucane przez drzewa zdawały się falować i drgać, przypominając macki jakiegoś morskiego monstrum. Zielonkawa mgiełka wróciła, mocniejsza, dusząca, jednocześnie niematerialna i wszechobecna. Zrobiłem krok w jej kierunku, a raczej z przerażeniem, patrzyłem swoimi oczyma na ruchy ciała. Moje dłonie stały się nagle obce, chropowaty, mocno ściskany brukowiec, zaledwie odległym odczuciem. Zakołysałem się, czując, że tracę kontrolę. Coś we mnie łaknęło krwi i ciała tej obcej kobiety, pragnęło zadać jej ból, a potem posiąść ciało. Kolejny krok i nieludzki, jęk wydobył się z moich ust. Wyschnięte i ściśnięte gardło, nie współpracowało.

Dopiero teraz mnie zauważyła, widziałem z daleka przerażenie w jej oczach. Początkowo podświadome, ale z każdym moim, niestabilnym, kołyszącym się krokiem, coraz bardziej realne. Wreszcie zawołała coś, po czym ruszyła przed siebie.

Na chwilę odzyskałem kontrolę, a głośny stukot opadającego na żwir kamienia rozległ się w pustym o tej porze parku. Kobieta była już daleko. Nie wiem, co to było. Z pasażera we własnym ciele, znowu usiadłem za sterami, a paskudna zielonkawa mgiełka, nagle nabrała brzydkiego odcienia różu i tętniła w rytm bicia serca. Uciekałem jak najdalej przerażony samym sobą.

Dotarłem do akademika. Nie wiem, nawet jak, bo przebudziłem się po kilku godzinach. Zdarte podczas upadku kolano przypominało o moich niedoszłym czynie. Na szczęście migrena ulżyła, pozostawiając po sobie jedynie kłucie w skroniach. Ruszyłem pod prysznic, zmyć z siebie ten fantomowy brud. Spotkanie z Julią musiała, to coś sprowokować do działania, jakby zdrada, nawet nie w pełni skonsumowana była wystarczającym powodem, by otworzyć drzwi, dla tego czegoś. Coś innego i nienazwanego rosłą we mnie i w mojej duszy, pozostawiając po sobie niepokój i poczucie straty kontroli.

Gdy wróciłem do pokoju, telefon rozjaśniło powiadomienie. Wiadomość od Pauli: „Wrócę później” i nic więcej, nie świadczył zbyt dobrze. Tyle byłoby z jej oszczędzania się. Położyłem się na chwilę, ale nie potrafiłem zasnąć. Leżałem w pustym łóżka, gapiąc się beznamiętnie w sufit, gdy przypomniałem sobie o otrzymanej od Constantiny kartce z numerem telefonu.

Sięgnąłem do noszonych wczoraj spodni, gdzie w kieszeni dalej leżał różowy świstek papieru z zapisanym numerem oraz imieniem „Sylwia”.

Siedziałem dłuższą chwilę, artykułując w myślach kolejne zdania. Wydarzenia z poranka stawały się odległym koszmarem. W końcu zadzwoniłem do niej i po krótkiej rozmowie, umówiliśmy się na spotkanie po południu, w kawiarni przy muzeum etnograficznym.

Dotarłem na miejscu wcześniej. Zająłem miejsce w kawiarni w rogu pomieszczenia. Stresowało mnie to spotkanie. O tej porze było tu niezbyt dużo ludzi, także przynajmniej w odstępie stolika od nas, nikogo nie było. Przyszła punktualnie, ubrana w wytarte jeansy i jasnoniebieską koszulę. Szła pewnym i zdecydowanym krokiem.

– Cześć – przywitała się, wyciągając dłoń w moim kierunku.

– Cześć – odpowiedziałem i uścisnąłem jej dłoń. Miała mocny i pewny chwyt.

– Constantina wspominała o tobie. Mówiła, że jesteś całkiem interesujący. Mam nadzieję, że była wobec ciebie delikatna.

– No cóż – zająknąłem się. – Mówiła, że łączy nas coś.

– Mhm, od razu do sedna – uśmiechnęła się, zgarniając z czoła rudy kosmyk.

– Ehm, chciałbym dowiedzieć się więcej o tych znamionach. Próbuje je zrozumieć.

– Ja też. Dalej jest wiele niewiadomych – odpowiedziała, poważniejąc.

– Od kiedy to masz?

– Od jakichś dziesięciu lat – powiedziała cicho. Zamurowało mnie.

– Jak…?

– Podobnie jak ty. Pojechałam z przyjaciółką w góry, prowadzić badania. Musiałyśmy schować się, gdzieś w czasie burzy. Zasnęliśmy i następnego dnia, te ślady pojawiły się znikąd.

– Też wam się śniła ta jaskinia?

– A w niej dziwna świątynia? – skinąłem głową – Z wielką babą w środku.

– Babą z dwoma pe… – przerwałem.

– Tak, ta samo – potwierdziła.

– Masz, jakieś przypuszczenia, co to może oznaczać. Czym lub kim jest to co, nam się śniło.

– Do złudzenia przypomina podobizny z figurek, jakie znajdowałyśmy w okolicy. Myślałam, że to po prostu efekt przepracowania. Coś jak efekt Tetrisa. Cały dzień grasz w tę grę, a w nocy śnią ci się spadające i obracające klocki.

– Co takiego badałyście w górach?

– Wątki transpłciowości sakralnej i hermafrodytyzm u kultury Cucuteni-Trypoli – uśmiechnęła się, widząc moją minę. Rozumiałem pojedyncze słowa.

– Wiesz, są kultury, gdy mężczyźni wchodzą w rolę kobiece i na odwrót. Rzadko jednak odnajdujemy ślady w zapisach kopalnych. Niestety klimat polityczny wrzucił to wszystko na stertę pod tytułem „queerowość i LGBTQ+” i nie bardzo pasowało to części naszej uczelni.

– Co to były za ślady?

– Głównie figurki, no i dzbanki, gliniane naczynia z rysunkami. Większość wygląda typowo dla tego okresu, tęgie kobiety, szerokie biodra, duże piersi, jednym słowem dobrze odżywiona matka dla gromadki dzieci.

– A te wasze?

– Nasze? Sam zobacz – wyjęła telefon. Po chwili podała mi telefon z otwartą galerią zdjęć. Niewielki, gliniane figurki przypominały opisywane przez nią „typowe” boginki płodności. Z początku nie rozumiałem i wyjątkowości. Dopiero widząc moją zagubioną minę, wskazała na drobny szczegół na zdjęciu. Przeglądałem fotografie, spodziewając się dalszego ciągu historii. – Widzisz te jakby wstążki lub węże na wysokości łona lub bioder albo tą niby mackę wychodzącą spomiędzy ud na tym rysunku.

Faktycznie, zwłaszcza na dzbanku wężowate, zaokrąglone falliczne linie przywodziły na myśl jedno. Przesunąłem palcem na kolejne zdjęcie. Zamiast glinianej figurki zobaczyłem pochyloną, uśmiechniętą twarz Sylwii. Strój kąpielowy odsłaniał bardzo duże piersi, które usilnie próbowały wyskoczyć z okowów stroju. Miała uroczy wyraz twarzy i zjawiskowe ciało. Ktoś mógłby spróbować zarzucić nieduży brzuszek i wydatne, pokreślone kreskami rozstępów uda, ale mogła stanowić idealny, chociaż szczuplejszy pierwowzór dla jednej z figurek.

Zauważyła moje spojrzenie i na co patrzę, ale dopiero po kilku niezręcznych sekundach wyrwała mi telefon z ręki.

– Napatrzyłeś się?

– Wybacz, ładnie wyglądasz w stroju – zaryzykowałem komplement.

– Dzięki. To też prezent tego czegoś z gór – spojrzała wymownie na kryjący się pod luźnym swetrem biust.

– Są okazałe, ale całkiem… – zobaczyła mój rumieniec i nagły brak słów.

– Wielkie, niewygodne i wszyscy faceci patrzą na mnie, jak na gumową lalkę.

Czułem jej frustrację i bezsilność.

– Myślę, że jesteś po prostu atrakcyjna. Chociaż współczuje, jeśli inni tak ciebie traktują – powiedziałem po namyśle. Rozchmurzyła się trochę.

– Dzięki, ale po prostu są wielkie. Spróbuj, by ktoś traktował cię poważnie, jak twój rozmówca rozmyśla tylko o tym, jakie to uczucie, gdy jego kutas znajdzie się między nimi.

– Na bank, nie każdy tak myśli.

– Ale usłyszałam takie teksty. Zwłaszcza po alkoholu mężczyźni robią się bardzo szczerzy. Wiesz, zmieńmy temat. Polubiłam je, może nawet zaakceptowałam, ale dalej nie czuję, by były do końca częścią mnie.

– Mówiłaś o tych posążkach. Co to była za kultura?

– Cucuteni? Głównie rolnicy z późnego neolitu, którzy budowali pierwsze osady i przy tym jedne z większych na tych terenach. Wszędzie robili figurki bez tych fallusów.

– Te wyglądają jak tamta Istota ze snów.

– Dokładnie. Do tego większość znaleziono wokół na południe od Valea Lerii.

– To tam ją spotkaliśmy – potwierdziłem, upijając łyk ledwo ciepławej już kawy.

– My też.

– Jak…? Co było potem?

– Na początku wszystko wydawało się normalne. Wkrótce jednak Maria zaczęła się zmieniać. Jakby nasza… przyjaźń, to było zbyt mało. Ja zaczęłam miewać koszmary, robiłam rzeczy, z których nie jestem dumna, obie je robiłyśmy. Ona ciężej to przechodziła. Najpierw zmienił się jej charakter, psychika, a potem zmiany dotknęły również jej ciała. Zaczęła mnie namawiać, by razem wrócić w góry. Potem coś się jej stało. Nigdy mi nie powiedziała co dokładnie. Zamknęła się wtedy zupełnie w sobie.

– Czuję, że to nie koniec historii?

– Na krótko jej się polepszyło. Trochę, jak po lekach na depresję, nagle nabierasz siły, ale dalej chcesz ze sobą skończyć – powiedziała i czułem, że mówi z doświadczenia. – Potem wylądowała w zakładzie psychiatrycznym, niemal z dnia na dzień jej się pogorszyło. Wyszła po ponad tygodniu, nie chciała mnie widzieć, ani z nikim rozmawiać. To było jakieś 3 miesiące od dnia spotkania z tym czymś. Potem umówiła się w góry z mężczyzną, jak się okazuje pielęgniarzem poznanym w szpitalu i zaginęła. Chłopak nie miał pojęcia, co się stało. Powtarzał, że wyszła w nocy z namiotu i wyparowała. Wielu ludzi ją potem próbowało szukać, ale bezskutecznie.

– Ja… współczuje – czułem, że to, co je łączyło nie było tylko przyjaźnią.

– Jedynie moi rodzice zatrzymali mnie przed dołączeniem do niej. Robiłam tyle głupich rzeczy, by zapomnieć, ale…

– Musiała być dla ciebie ważna.

– Była – wyszeptała – A ty? Jak było z wami?

– To było niecały miesiąc temu…


Gdy wróciłem ze spotkania z Sylwią, zastałem Paulę zajętą gotowaniem obiadu. Musiała w międzyczasie znaleźć jakiś transport z domu Gabrieli.

– Cześć, jak tam impreza się udała?

– Aż za bardzo – skrzywiła się.

Objąłem ją czule. Wyglądała na zmęczoną i skacowaną.

– To dobrze. Chociaż wyglądasz okropnie.

– Jesteś świetny w komplementy, wiesz? A ty? Gdzie byłeś? – spytała, mieszając sos na patelni.

– Spotkałem ludzi, którzy wiedzą więcej na temat tego, co nas spotyka ostatnio.

– W sensie, byłeś u psychoterapeuty, czy psychiatry? – nie zmieniała szyderczego tonu.

– Ani to, ani to – powiedziałem w końcu.

– To, co nas spotyka? – powiedziała, po dłuższej chwili namysłu.

– Nie powiesz mi, że z nami wszystko jest normalnie, odkąd wróciliśmy z tych przeklętych gór.

– Nic nadzwyczajnego się nie dzieje – wzruszyła ramionami.

– Przecież wiesz, że ostatnio ledwo sypiam. Co chwilę boli mnie głowa, już nie mówiąc o nas. Nie powiesz mi chyba, że nic się nie zmieniło. Te pieprzone znamiona.

Paula spojrzała na mnie poważnie i czułem, że waży słowa.

– Co nas spotkało? Jakiś typ mnie zgwałcił, a robisz z siebie wielce poszkodowanego i doszukujesz się, jakiś wielkich tajemnic. To tylko siniak, albo coś – wrzasnęła na mnie. Widziałem, jak drży.

– Ale… Ja…

– Próbuje funkcjonować. To, że nie czuję się bezpiecznie, bo mój facet wolał zrobić mu laskę niż się postawić.

– Nie zapominaj, kto nas z tego wyciągnął.

– Nie zapominam. Widziałam, z jaką radością i poświęceniem przed nim klęczałeś – kpiła dalej, niemal sycząc – Gdybym nie zabrała mu tych kluczyków, jak zasnął to pewnie ciągnąłbyś mu do rana – krzyknęła wściekle.

– Paula, to nie tak… – zamilkłem. Nie rozumiałem, skąd to wszystko przyszło jej do głowy.

– Ja po prostu chcę się czuć bezpiecznie, ok. Janek, nie obraź się, ale nie mam ochoty na mówienie sobie „słodkie kochanie”. Skoro tego nie umiesz mi zapewnić, to chociaż przydaj się na coś i nie gadaj mi bzdur.

Spróbowałem przełamać impas, ale to było na nic. Nie wiedziałem, jak mogę zdobyć na nowo zaufanie, jednocześnie próbując zrozumieć, dlaczego wpiera mi coś tak idiotycznego i niemożliwego.

Gdy wieczorem kładliśmy się do łóżka miałem nadzieję, że uda nam się choć trochę porozmawiać. Przerażało mnie, jak bardzo wierzyła w to wszystko i z jakim przekonaniem utwierdzała mnie w swojej wersji. Jednak pamiętałem, zaciskanie dłoni na strzelbie, jej ciężar i minę Vlada.

– Paula, ja… – zacząłem, ale głos łamał mi się.

– Daj już spokój. Oglądam – rzuciła wpatrzona serial na telefonie.

– Pogadaj ze mną – powiedziałem. – To ważne.

– I co? Będzie jak dawniej? – spytała, pauzując na moment odcinek.

– Nie wiem, może chociaż normalniej.

– Janek. Nie mam ochoty na twoje przeprosiny.

– Ale…

– Idź spać i pozwól mi oglądać serial.

– To ważne dla mnie.

– To powiedz. Podobało ci się, patrzenie. Tam wtedy? Kręciło cię to? – spytała oskarżycielskim tonem.

– Ja… Nie… Wiesz dobrze – powiedziałem, przełykając głośno ślinę.

– Nie wiem. Wiem, co widziałam.

– Paula…

– Chcę po prostu czuć się bezpieczna, wiesz? Bezpieczna, zadbana i zaspokojona.

– Też tylko tego chcę.

– Ale nie dajesz mi tego.

– Jak mam ci to dać bardziej, jak mi nie pozwalasz? – zapytałem i pożałowałem.

– Pozwalam! Ok, dobrze pozwolę ci. Dobra – warknęła.

Na moment dziwny uśmieszek wypełzł jej na twarz. Zbliżyła się do mnie i wyszeptała kilka słów.

– Zrób to dla mnie. Przynajmniej poczuje, że ci zależy.

– Nie poznaje ciebie czasem.

– Wzajemnie kochanie – powiedziała jadowicie. Nie było w tym śladu miłości, ani czułości.

Wróciła do oglądania serialu, chociaż sądząc po błękitnych refleksach i drobnych ruchach palców pisała z kimś intensywnie. Bawełniane szorty z czerwonymi sznurkami zakołysały, wypełnione pełnymi pośladkami. Całe jej ciało stało się ostatnio takie, pełniejsze i obfitsze.

– To jak? – spytała wreszcie i uniosła sugestywnie tyłek do góry – Skoro i tak już śpimy ze sobą, to chociaż chcę mieć z tego trochę przyjemności.

– Wol…

– Nie mów nic więcej. Bierz albo skończmy temat.

Przyjąłem jej propozycję, zaciskając zęby na skraju spodenek i pociągnąłem je w dół.


Siedziałem w parku przygnębiony, gapiąc się w kałużę. Od ponad godziny krążyłem bez celu po piaszczystych ścieżkach, błądząc myślami. W końcu wybrałem numer Sylwii i odczekałem chwilę, by usłyszeć jej głos.

– Cześć, Sylwio.

– Cześć. Co tam?

– Mam dziwne pytanie.

– Tak?

– Czy to możliwe, że to wszystko – te ślady na ciele, widzenia, koszmary – to efekt jakiejś psychologicznej traumy czy coś podobnego?

– Dlaczego pytasz?

– Sam nie wiem. Paula… Według niej nic się nie zmieniło.

– A ty? Jak myślisz?

– Ciężko powiedzieć. Jej ciało się zmieniło, jej zachowania też. Przeszliśmy coś złego w górach. Nie tylko to spotkanie, a według niej po prostu mam urojenia. Ja… Nic już nie rozumiem. Ona upiera się, że tam wydarzyło się coś zupełnie innego niż pamiętam.

– Spotkajmy się może, co? – powiedziała po dłuższej chwili milczenia.

– Chętnie.

– Podejdź do muzeum etnograficznego. Jak miniesz szatnie, po lewej są zielone drzwi tylko dla pracowników. Jak przyjdziesz, to zadzwoń, wyjdę po ciebie.

– Dzięki. Nie chcę cię tym zarzucać. Krótko się znamy i w ogóle – powiedziałem przepraszająco.

– Jasne.

Dotarcie do muzeum zajęło mi dobre pół godziny. Zgodnie z jej instrukcją szybko znalazłem bladozielone drzwi z tabliczką „Tylko dla pracowników”. Wkrótce Sylwia wyszła do mnie. Była dość niska, o rudobrązowych włosach związanych w niedbały kucyk, z lekką pulchnością, która dodawała jej przytulnej, niemal domowej miękkości. Ubrana w wyciągnięty, brunatny sweter, który całkowicie ją otulał, i luźne jeansy, wyglądała jak ktoś, kto świadomie ukrywa się pod warstwami materiału. W dużych, okrągłych okularach sprawiała wrażenie raczej zagubionej studentki niż doświadczonej pani naukowiec.

Wprowadziła mnie w trzewia muzeum, a dokładniej do niedużego gabinetu wciśniętego obok kotłowni w piwnicy budynku.

– To moje królestwo – rzuciła z uśmiechem, gdy weszliśmy do ciasnej, zastawionej książkami i glinianymi garnkami przestrzeni.

– Przytulne – odpowiedziałem, ostrożnie zdejmując stertę książek z jedynego krzesła poza jej fotelem. Minęliśmy wcześniej przynajmniej jedno duże piętro biur i pracowni. Ta wyglądała jak świadoma decyzja. Pytanie brzmi, jej, czy jej szefostwa.

– Opowiadaj, co tam się stało?

Najpierw kluczyłem strasznie, nie wiedząc, jak nazwać to, co wydarzyło się w górach. Podała mi kubek z herbatą, która pachniała solidną porcją wlanego do środka rumu. Po kilku łykach udało mi się wydusić z siebie pokrótce całą historię oraz to, co z uporem maniaka powtarzała teraz Paula. Z trudem hamowałem łzy, a z każdym słowem mój głos stawał się cichszy i coraz bardziej rwany. Sylwia pokiwała głową i przez dłuższą chwilę milczała, szukając odpowiednich słów.

– Masz – rzuciła mi paczkę chusteczek – i wypij wszystko.

– Dzięki. Co o tym myślisz?

– Wcześniej nie wciskała ci tego kitu, tak? – spytała jakby upewniając się.

– Nie, tylko odkąd wróciła z tej imprezy urodzinowej z koleżankami – ostatnie słowa wywołały w mojej rozmówczyni dziwną reakcję. Zacisnęła nerwowo palce na kubku i na moment unikała mojego wzroku.

– Więc albo ktoś ją tam do tego namówił – wypowiedziała cicho.

– Albo?

– Wiesz, to coś próbuje wciągnąć nas w swoją grę. Opowiem ci pewną historię. Wydarzyła się prawie trzysta lat temu w jednym z żeńskich klasztorów stosunkowo niedaleko stąd. Przetrwał z tego okresu jeden pamiętnik opisujący te zdarzenia. – Odczekała chwilę. Nie rozumiałem, do czego zmierza, ale pokiwałem głową, dając jej przestrzeń do opowieści. Kątem oka dostrzegłem stojącą na biurku fotografię, przedstawiające dwie kobiety. Jedna ruda, druga lekko pulchna brunetka o pucołowatych policzkach. Stały przytulone obok siebie. – Kilka mniszek miało ponoć zaginąć w górach na dwa dni, gdy szukały ziół i jagód. Podobno dopadła je burza, chociaż przy klasztorze od tygodni nie padało. Kobiety wróciły i wszystkie opowiadały tę samą historię. Początkowo wydawało się, że jest dobrze, ale potem zaczęły się dziać rzeczy. Pamiętnik opisywał grzechy sodomii i plugastwa. Gdy przeorysza zakonu próbowała to wyjaśnić, jedna z młodych mniszek uciekła w nocy w góry i nigdy nie wróciła. Szukał jej ponoć cały klasztor i sąsiednie wioski, ale nigdy nie znaleziono śladu. Pozostałe popadały w coraz głębsze załamanie. Zrzucono to na opętanie, zamknięto kobiety w celach, aż się opamiętają, ale skutek był kiepski. Jedna z nich ponoć wyskoczyła z okien klasztoru na skały, druga uwiodła starszą mniszkę, a gdy ta nieświadomie zostawiła jej celę otwartą, uciekła do lasu i ślad po niej zaginął. Przeżyła tylko jedna z kobiet. Chociaż podobno przez długie tygodnie obawiano się, że całkiem postradała rozum. Majaczyła, opowiadając o koszmarach i wielopalczastych, włochatych bestiach z cienia, kłamała i manipulowała, tylko po to, by uciec z klasztoru.

Nie przerywałem jej, zasłuchany. Mówiła wolno, powoli dobierając słowa, głosem nawykłym do wykładania na starych, zakurzonych audytoriach. Moglibyśmy równie dobrze siedzieć na sali wykładowej albo gdzieś na bezludziu, przy wolno pełgającym ogniu. Oczami wyobraźni niemal widziałem koszmar tych kobiet, chociaż kryjąca się między wierszami zagadka kusiła i podniecała. Byłem ciekaw, ile wydarzeń z tamtych dni przemilczano lub ukryto pod ogólnikami. Czy Paula mogła zostać opanowana przez tę siłę tak samo jak te zakonnice w starym klasztorze. Gotowa na wszystko, byle tylko wrócić do leży zła.

– Zobacz, jak mocno to wszystko jest powiązane. W jaki sposób zwykłe mniszki nagle zaczynają zachowywać się jak nierządnice. Jak miła dziewczyna odkrywa w sobie ciemną stronę. Nie wiem, jak ten stwór to robi, ale to musi działać jak jakiś pasożyt.

– Może to coś fizycznego? Byłaś z tym u lekarzy?

– Badałam się na każdy sposób, we krwi, płynie mózgowo-rdzeniowym, ani w żadnej innej wydzielinie, nikt nie stwierdził niczego dziwnego. Jedynie poziom części hormonów zdawał się pulsować, ale rezonans nic nie pokazał. Nasze wyniki widziało czterech różnych psychiatrów i neurologów. Każdy mówił to samo, wszystko było z nami w porządku. Diagnozowali mnie na całą listę chorób, ale gdy dopytywałam o szczegóły, oni sami się gubili. Mój przypadek i mojej Marii nie wpisywał się w żadne znany medycynie schemat.

Zamilkłem, przyjmując jej słowa z narastającym lękiem. Rum w herbacie nieco pomagał. Kobieta spoglądała na mnie z mieszaniną czułości i fascynacji. Na moment nasze oczy się spotkały. Z trudem oderwałem wzrok od jej oczu w kształcie migdałów, policzków pokrytych drobnymi piegami i ciemnego różu, pełne, lekko rozchylone usta.

– A co, jeśli ten stwór wyzwala coś w nas? – spytałem cicho – Tylko po co, tyle wysiłku?

Sylwia wstała zza biurka, po czym pochyliła się lekko, skracając dystans. Bardzo dokładnie widziałem jej zielonkawe oczy i wyraziste, mocno zarysowane, smoliście czarne, mocno zarysowane brwi. Na moment zmarszczyła czoła, rozchylając usta, jakby w pół słowa. Brązowy sweter, ściskany teraz pomiędzy jej ramionami, wybrzuszał się, zdradzając wielkość tego, co kryje się pod nim.

– Ja… – zamarła w pół słowa, ale po chwili wyprostowała się, ściągając go z siebie. Zamurowało mnie na jej widok. Ten rodzaj figury zazwyczaj zarezerwowany jest dla nielicznych modelek. Czarny stanik z trudem utrzymywał dwie duże półkule, wyraźnie odznaczając się pod czarnym topem.

Teraz zrozumiałem, skąd taki ubiór pomimo panującej tutaj pogody. Im dłużej na nią patrzyłem, tym bardziej musiałem pilnować się, by nie rozdziawić ust albo nie palnąć czegoś. Była ogłupiająco seksowna.

– To też jego sprawka – powiedziała i lekki uśmiech przebiegł jej przez twarz.

– Robią wrażenie – stwierdziłem.

– Dlatego, nie lubię ich pokazywać. Już rude włosy przykuwają u nas uwagę, a jak dorzucisz taki biust, to nie sposób być postrzeganą tylko przez ich pryzmat.

– Masz rację. Nie chciałem się gapić – powiedziałem, usilnie starając się patrzeć jej w oczy.

Wolnym krokiem obeszła biurko i po chwili usiadła na jego krawędzi.

– Nie doświadczyła czegoś takiego jak wy. Była szczęśliwa, cudowna… Bardzo mi jej brakuje.

– Długo byłyście razem?

– Ponad dwa lata – powiedziała cicho, odwracając wzrok.

– Współczuję.

– Dzięki – powiedziała cicho. Zbliżyła się do mnie powoli, jakby walcząc ze sobą. Dotknęła mnie, ściskając ramię, ale czułem, że kryje się za tym coś więcej. Spojrzałem na nią w górę. Ze swojego miejsca, zagłębiony w starym fotelu, patrzyłem na jej twarz zza kurtyny dwóch ogromnych pagórków piersi, zwieńczonych teraz mocniejszymi wypukłościami sutków. Pochylała się nade mną, coraz mocniej – Dolać ci herbaty? – spytała, a w głosie zawibrowała dziwna nuta.

„Czy jej sutki sterczą? To z zimna, czy…” – pomyślałem, przełykając ślinę.

– Może trochę.

Gardło mi zaschło na wiór. Nie mogłem oderwać od niej wzroku, zwłaszcza teraz, gdy była tak blisko. Odeszła w końcu, wyciągając dużą torebkę w szkocką kratę. Wróciła do mnie, stawiając mi torbę na kolanach. Zadrżałem z nieludzkiej ekscytacji. Od kilku minut siedziałem jak na szpilkach. Każdy kawałek mojego ciała pożądał tej kobiety. Srebrna sprzączka mignęła mi przed oczami, gdy wydobyła ze środka termiczny kubek i dolała mi herbaty. Po chwili zanurzyła dłoń znowu, prowadząc mój wzrok do wyłożonego, ciemnozielonym zamszem wnętrza. Srebrzysta piersiówka leżała wciśnięta w środek. Każdy radzi sobie, jak może. Wyjęła ją, a coś dużego, fioletowego, pokrytego gęstą siecią żył i wypukłości wysunęło się z wewnętrznej kieszeni. Nie wiem, kto był pierwowzorem tego czegoś, ale szeroka, przypominająca głowę kobry końcówka i wygięty, zbyt gruby, bym mógł go objął jedną dłonią trzon nie przypominały, niczego stworzonego przez naturę. Tuż obok leżało małe, zgrabne etui, z daleka przypominające te od słuchawek. Sylwia widziała moją minę, lekki uśmiech rysował jej się na twarzy. Z przejęciem przestępowała z nogi na nogę, taksując mnie dokładnie i jakby czekając na reakcję

– Chcesz się przyjrzeć? – spytała cicho, wlewając mi solidną porcję złocistego płynu z piersiówki do kubka z herbatą.

– Mhm – westchnąłem, nie wiedząc, co powiedzieć. Skupiłem się na kubku i herbacie. Była letnia i miała w sobie zdecydowanie zbyt dużo alkoholu. Zakaszlałem, upijając kilka łyków.

Sięgnęła znowu do torby, odkładając piersiówkę i zamiast tego wzięła etui w dwa palce, obracając je ku mnie. Jej dłoń ocierała się teraz o to kosmiczne przyrodzenie, które dodatkowo pokryto imitacjami przyssawek na jednej stronie. Główka celowała teraz we mnie oskarżycielsko, a może zachęcająco. Bezwiednie rozchyliłem wargi, gotowy absolutnie na wszystko. Docisnęła mocniej torbę, a ja poczułem, jak materiał spodni ociera się o moje nabrzmiałe przyrodzenie. Powoli rozchyliła wieczko pudełko. Było puste, ale kształt wgłębienia zdradzał zawartość, z jednej strony jajowate, szerokości kurzego jaja, ale nieco od niego dłuższe, a z drugiej zwężone i zakończone szeroką podstawą. Pozostawało, jednak pytanie, gdzie ten obiekt się teraz znajduje.

– Puste? – spytałem, zachrypniętym głosem.

Kiwnęła głową, sugestywnie przestępując z nogi na nogę. Musiała mieć to teraz cały czas w sobie i to przez całą naszą rozmowę. Męskość naparła mocniej o spodnie, zacisnąłem uda, próbując się powstrzymać.

– Chcesz zobaczyć, gdzie jest? – spytała namiętnym głosem.

– Ja… – zamarłem.

– Pilnuj torebki – nakazała z lekkim uśmiechem.

Patrzyłem, jak wolno rozpina guzik jeansów i obraca się do mnie tyłem. Wolno zsunęła spodnie, najpierw do połowy krągłego pośladka, a potem niżej. Miała na sobie prześwitujące lekko, różowe figi, pod którymi wyraźnie widoczna była, lekko kanciasta nierówność. Były przemoczone.

– Zdejmij – poprosiła, patrząc na mnie przez ramię.

Jak zahipnotyzowany sięgnąłem do niej i zsunąłem w dół delikatny, wilgotny materiał. Idealnie czarny krążek tkwił idealnie w jej pupie. Sięgnąłem dalej, wodząc wokół niego palcami, a potem niżej, aż do wilgotnej kobiecości. Duże, szerokie mięsiste wargi zapraszały do pieszczot. Bez trudu odszukałem nabrzmiałą łechtaczkę. Cofnęła się o krok, opierając dłonie na kolanach, pozwalając mi kontynuować pieszczotę. Jej ciche pojękiwania potęgowały efekt. Ostrożnie chwyciłem wtyczkę i pociągnąłem ją odrobinę. Westchnęła głośno, a drobny wstrząs przeszył jej pośladki.

– Możesz odstawić torebkę – powiedziała, wzdychając, gdy zacząłem powoli obracać wtyczkę analną. W zasadzie rzuciłem torbę na ziemię, po czym w pośpiechu rozpiąłem spodnie i wydobywając wilgotnego od preejakulatu penisa. Powoli traciłem ostrość widzenia, znajoma różowo-zielonkawa mgiełka wracała i coś innego przejmowała kontrolę. Zajęczała głośno, gdy zanurzyłem w niej główkę. Sam nie wiem, ale miałem poczucie, że skraj widzenia rozmazuje się, pulsuje i drga. Kątem oka widziałem porzuconą na podłodze torbę i duże, na wpół wysunięte dildo. Ruszało się jakby ożyło nagle.

– Zerżnij mnie – powiedziała błagalnie.

Wraz z podnieceniem, coś we mnie się przebudziło. Nieludzka namiętność napełniała moje trzewia. Pchnąłem ją na biurko, zrzucając przy tym kilka książek. Krzyknęła zaskoczona, ale po chwili przytkała usta.

Jak zamroczony kołysałem się na nogach, ściskając pełne kobiece pośladki i wodząc, czubkiem penisa po jej pupie. Jedną ręką trzymała się biurka, drugą zaciskając usta, powstrzymując głośniejszy jęk. Sapiąc, wtargnąłem w nią tak, że aż biurko zadrżało. Z głośnym stuknięciem opadła drewniana ramka, ale nie zwróciliśmy na nią uwagi, zbyt zajęci sobą. Objąłem ją, zaciskając palce na wielkich piersiach i wszedłem do końca.

– Chcesz wsadzić między nie kutasa? – spytała.

– Tak – wyszeptałem.

– A nie mówiłam, jesteście wszyscy… – zatrzymała się wpół słowa, gdy wbiłem się w nią mocniej. Cała zadrżała, walcząc, by zachować ciszę. W ciepłym blasku lampki wydawać się mogło, że gliniane figurki na fotografiach ożyły, niczym pokryte setkami maleńkich mrówek. Dopiero wtedy zwróciłem uwagi na leżącą na biurku ramkę. Z oprawionej w niej fotografii patrzyły się z niej na mnie dwie kobiety, zupełnie inne, niepodobne do tego, co się z nimi stało. Wróciła mi świadomość, zamarłem w połowie pchnięcia. Cofnąłem się, wysuwając się z niej, niemal wpadając na stojący za mną fotel. Oddech ugrzązł mi w gardle.

– Ja… Nie… – próbowałem coś powiedzieć.

Ona też spoglądała na zdjęcie i jakby opadła z sił, stojąca w wazonie roślina. Opadła na biurko, a czarny okrąg wtyczki błyszczał, mokry od naszych soków.

– Ja… Sama nie wiem – szeptała.

Wydobyła z szafki chusteczki i zaczęła wycierać się, czerwona, jak rak. Po chwili oboje ubrani siedzieliśmy ze zwieszonymi głowami.

– Przepraszam. To ja…

– Ja też. To coś…

– Też to czułam – wyszeptała.

– Ja…

– Pilnuj Pauli. Uważaj na nią. Im częściej ulegasz, łamiesz swoje zasady, tym mocniejsze się staje to coś. Ja nie powinnam.

– Pójdę już – powiedziałem cicho, nie wiedząc, co lepszego powiedzieć.

– Tak będzie najlepiej – odpowiedziała, dochodząc powoli do siebie.


W pokoju panował gęsty półmrok i ciężki, duszny zaduch. Drobna sylwetka Pauli leżała skulona pod stertą koców i kołdry, jakby próbowała w ten sposób obronić się przed całym światem. Już rano, przed wyjściem na uczelnię, zauważyłem, jak kiepsko wyglądała – blada, z podkrążonymi oczami i skórą pokrytą cienką warstwą potu. Miałem nadzieję, że zwolnienie z zajęć i te kilka dodatkowych godzin odpoczynku postawią ją chociaż trochę na nogi. Okazało się jednak, że były niewystarczające.

Zbliżyłem się powoli do łóżka.

– Wszystko dobrze? – spytałem cicho, patrząc, jak drżąca, wysuwa się spod sterty pościeli.

Jej twarz była rozpalona, oczy szkliste, a oddech płytki i nierówny. Cała płonęła gorączką. Niemal parzyła w dotyku, gdy ostrożnie położyłem dłoń na jej czole.

– Chyba będę miała okres – rzuciła ze zbolałym, słabym głosem, ledwo unosząc powieki.

– Masz gorączkę – stwierdziłem z troską.

– Mhm… – westchnęła tylko, opadając z powrotem na poduszkę.

– Skoczę po jakieś leki.

– Dzięki… Weź mi coś słodkiego.

– A co chcesz?

– Czekoladę… albo dwie – wypowiedziała, pojękując cicho, jakby każde słowo kosztowało ją sporo wysiłku.

Kolejne dwa dni wyglądała, jakby zdjęto ją z krzyża. Gorączka, choć nieco złagodzona lekami, wciąż trzymała ją w swoim uścisku. Leżała osłabiona, z wilgotnymi od potu włosami przyklejonymi do czoła, a jej ciało zdawało się zmieniać w sposób subtelny, lecz niepokojący. Nie rozmawiałem z nią o tym, czego dowiedziałem się od Sylwii. Zresztą sama nie wracała do tematu. Wydawało się, że między nami jest odrobinę lepiej, choć napięcie wisiało w powietrzu jak niewidzialna mgła.

Moje koszmary nieco ustępowały, chociaż nadal budziłem się w środku nocy zlany potem. Przynajmniej nie pamiętałem ich szczegółów. W międzyczasie widziałem się jeszcze raz z Sylwią, ale zdążyliśmy zamienić zaledwie kilka słów. Podrzuciła mi przy tym książkę o ludach pierwotnych, ale odłożyłem ją na półkę.

– Jak się czujesz? – zapytałem, wchodząc do pokoju. Spakowane porcje obiadu ze stołówki parowały zachęcająco.

– Lepiej… trochę – powiedziała, siadając do stołu. – Wziąłeś mi jedną porcję dodatkowo! Kochany jesteś.

Zauważyłem, że od kilku dni miała wilczy apetyt. Jeszcze niedawno z trudem kończyła zwykłą porcję, a teraz dwie znikały bez najmniejszego problemu.

– Dobrze, że apetyt ci dopisuje – rzuciłem po cichu.

– No… Jakoś tak ostatnio – odparła, wzruszając ramionami.

Kątem oka dostrzegłem leżące na łóżku staniki, złożone w mały stosik. Wyglądały na wyraźnie za małe.

– Porządki robisz? – spytałem, wskazując na bieliznę.

– Nie, wiesz… Muszę chyba iść na zakupy. Strasznie mi się skurczyły wszystkie – westchnęła, nie zdając sobie sprawy z ironii własnych słów.

Nagle dreszcz przebiegł mi po plecach. Musiała zauważyć, że się jej przypatruję, bo jedynie wzruszyła ramionami. Spróbowałem zacząć z nią ten temat, prawiąc komplementy i szukając okazji, by ją przytulić, lecz najwidoczniej unikała mojego dotyku. Dopiero wieczorem, gdy staliśmy przy umywalce, myjąc zęby, postanowiłem zaryzykować. Przytuliłem się do niej od tyłu, czując na brzuchu miękki materiał szerokiego ręcznika. Gdy jednak tylko dotknąłem jej karku, by pocałować, usłyszałem krótkie:

– Przestań.

– Nie masz ochoty?

– Wiesz dobrze, że nie o to chodzi.

– To o co?

– O to, że nie pójdę z tobą do łóżka. Ja… Mam w sobie jakąś blokadę – wypowiedziała to nerwowo, odwracając wzrok.

– Brakuje mi ciebie.

– Wiem – westchnęła. Objąłem ją delikatnie, niczym motyla którego nie chcesz uszkodzić. Gdy przesunęła się po szczotkę do włosów z szafki, ręcznik rozsunął się, zawisając na moich dłoniach. Zadrżała, jakby przeraziło ją to, ale ostatecznie wróciła do powolnego rozczesywania brązowych włosów. W lustrze jej piersi wydawały się dziwnie nabrzmiałe jakby nabiegłe krwią. Ciemne, rozrosłe sutki otaczała gęsta siateczka żyłek, wyraźnych pod delikatną skórą. Przycisnąłem ją bardziej do siebie – zostaw – szepnęła, odsuwając moją rękę. Nie mogłem, nie zauważyć znamion, trzech ciemnych pasm, lekko wypukłych, jakby żyjących własnym życiem. „To coś ją zmienia” – pomyślałem.

– W porządku – odsunąłem się od niej, ręcznik zsunął się jeszcze. Miałem wrażenie, że odczekała chwilę, by go podnieść, jakby dając mi czas by podziwiać krągłość obfitych pośladków.

Gdy w pokoju kładliśmy się do łóżka, spojrzała na mnie wymownie.

– Chciałbyś mnie dzisiaj? – zapytała w końcu.

– Bardzo – odpowiedziałem, czując nagły nacisk w bokserkach. Niesamowicie jej pożądałem, a ona była tego w pełni świadoma.

– Zrobisz mi tak, jak ostatnio? – powiedziała zmysłowo, zsuwając na bok kołdrę. Leżała od pasa w dół naga.

– Dobrze kochanie – wypowiedziałem cicho i zbliżyłem się do niej.

Pachniała lawendą. Gdy zatopiłem w niej język, jęknęła cicho, po czym zaczęła lekko mruczeć, niczym głaskany za uchem, zadowolony kot. Spazm rozkoszy przebiegł przez jej ciało. Napięła się, naciskając na moją twarz. Gdy jednak chociażby zbliżyłem się do jej kobiecości, odsuwała się.

– Jeszcze nie teraz – przysłoniła rozcapierzonymi palcami mokrą od soków szparkę.

Nie naciskałem.

– Możesz się sam pobawić. Ja chętnie popatrzę – powiedziała cicho, po czym usiadła w końcu łóżka, drażniąc się palcami. Z przyjemnością obserwowała, jak masturbowałem, wpatrzony w jej rozpalone ciało. Gdy byłem o krok od finału, przerwała mi w pełni świadoma, że ból przeciągniętego orgazmu, odbierał mi jasność myślenia. Zaczęła palcami głaskać główkę penisa, czule głaszcząc wilgotną dziurkę.

– Ja… Wiesz, ja naprawdę chcę, by między nami było normalniej. Serio, ale nie umiem – wyszeptała. Napiąłem wszystkie mięśnie, ostatkiem sił powstrzymując wybuch. Z opóźnieniem docierały do mnie jej słowa.

– Jasne. Zrobię wszystko – wypowiedziałem, drżącym, rwanym głosem.

– Może, jakbym przełamała to, co nas dotknęło… – mówiła, wciąż drażniąc mnie paznokciem. Duże piersi kołysały się niczym dojrzałe owoce, proszące o zerwanie.

– W jaki sposób? – wyszeptałem.

– Zrobiłbyś to dla mnie? – spytała, pochylając się jeszcze bardziej. Była tak, blisko, że nasze wargi dzieliły centymetry. Boleśnie zacisnęła palce, na moim przyrodzeniu. Zatrzymany orgazm wstrząsnął mną, zapierając mi dech w piersi.

– Tak… Błagam… – wyjęczałem, zaskoczony własną uległością.

– Mówię o górach. Zabierz mnie tam. Chcę znowu poczuć się pewnie i dobrze przy tobie. Odczarujmy to wszystko. Razem… Co myślisz? Nie musimy jechać na długo. Po prostu chcę znowu, czuć się przy tobie bezpieczna.


Siedziałem w pokoju, kartkując plik kserokopii grubości kciuka. Jak okazało się, biblioteka nie udostępniała kopii elektronicznych prac, więc pozostało mi skanowanie kilku zeszytów, w których publikowała lata temu Sylwia i jej „przyjaciółka”. Nawet nie pokazywałem tych materiałów mojej partnerce, przewidując jej sceptycyzm. Zmieniła się przez ostatnie dni i to mocno. Niesamowicie podobały mi się jej nowe falujące piersi i duże, obfite pośladki. Pamiętałem ostrzeżenie Sylwii, które stało się bardzo realne, gdy Paula zadała mi pytanie o wyjazd w góry. Oblał mnie wtedy zimny pot. Dalej martwiłem się o nią i to, co nas czeka. Gdy tak rozważałem ostatnie dni, jej szara koszulka wylądowała na łóżku zaraz obok mnie.

– Piękna jesteś – powiedziałem, przyglądając się, jak zgarnia ręcznik i rusza pod prysznic. Słysząc mój komplement, uśmiechnęła się i puściła mi buziaka.

Nie umiałem jej pojąć. Nastrój i jej osobowość zdawały się zmieniać z dnia na dzień. Miałem wrażenie, że robi to tylko po to, bym pojechał z nią w góry. Kusiła mnie obietnicą ponownego bycia razem jak dawniej. Gdy drzwi od łazienki trzasnęły, zobaczyłem kątem oka pozostawiony przez nią telefon. Niewiele myśląc, odblokowałem go, szybko odszukując w ustawieniach opcje „Lokalizacji”. Sparowałem nasze telefony, przeczuwając, że może się to wkrótce okazać przydatne, gdyby niczym Maria, zdecydowała się samotnie ruszyć w góry.

Gdy skończyłem, byłem bliski odłożenia telefonu, ale wygrała we mnie ciekawość. Otworzyłem komunikator, jak rzadko nasłuchując dźwięku, lejącej się wody. Rozmowa ze Stefanem, szybko przewinąłem czat, coraz bardziej upewniając się, że romansowała z nim. Po chwili zobaczyłem jego zdjęcie. Leżał na łóżku, pokazując muskularny tors i duże, nabiegłe krwią przyrodzenie. Napuchła, ciemnoczerwona żołądź błyszczała na czubku szerokiego prącia barwy mosiądzu.

Do tego dopisek „Myślę o tobie teraz….”, sprawił, że niemal odrzuciłem telefon. Nagle dotarło do mnie, że prysznic ucichł. Nerwowo wyszedłem z jej komunikatora, wygasiłem telefon i pozostawiłem go, tak by nie wyglądał podejrzanie. Gdy Paula wróciła do mnie naga i rozgrzana, nie potrafiłem wyrzucić z głowy tego, co zobaczyłem. Zdradziła mnie, czułem ciężką grudę na żołądku, nerwowo zaciskałem palce na kocu, próbując niemal na siłę, skupić się na czytanej pracy. Czytałem te same zdania, po kilka razy, gdy wreszcie usłyszałem je głos.

– Chciałbyś posmarować mi plecy? – spytała niewinnie, układając się na kocu obok.

– Mhm – rzuciłem, zajmując miejsce u jej stóp. Rozlałem balsam na plecy i zacząłem rozsmarowywać go na niej.

„Ciekawe, czy pieprzyła się z nim” – pomyślałem, krążąc po plecach, drażniąc boki ciała i rozlane, półkule piersi.

– O tak – westchnęła. Naciskałem mocniej, ściskając jej ciało. Pragnąłem ją udusić.

Sam nie byłem bez winy. Może to też, by jedynie flirt, występek. Oboje walczymy z tym samym, chociaż czułem, że ona tego sobie nie uświadamia. Powiodłem palcami niżej, rozciągając pełne pośladki, rozcierając krem najpierw po wewnętrznej stronie ud, a następnie wyżej. Nie wiem, kiedy wściekłość przerodziła się w fantazjowanie o niej, o zdradzie. Słuchałem, jak wzdycha i jęczy, pachnąca żelem pod prysznic i lśniąca od balsamu.

Rozpiąłem spodnie, sposobiąc się do niej. Musiała uświadomić sobie, co robię, ale było zbyt późno. Wcisnąłem najpierw kciuk do środka, jęknęła głośno, a potem zastąpiłem go, najpierw napierając błyszczącą główką żołędzi.

– Ja… – westchnęła, próbując coś powiedzieć. Wcisnąłem jej twarz w poduszkę i wszedłem cały. Nie słyszałem jej słów, zduszonych przez materiał. Znowu to coś, przejęło kontrolę. Brałem ją ze zwierzęcą energią. Uda rytmicznie uderzały o jej wilgotne ciało z głośnymi plaśnięciami. Fala przeszyła przez nią. Widziałem, jak napina palce, próbując oderwać się od łóżka, ale nieskutecznie. Skończyłem szybko, pozwalając jej swobodnie usiąść. Głośno dyszała, a rozchylone wargi poruszały się bezgłośnie. Po chwili cofnęła się w kąt łóżka – wziąłeś mnie sobie? – zapytała wreszcie.

– Tak – stwierdziłem cicho.

– Przecież…

– Co? – spytałem.

– Wyżyłeś się na mnie! – warknęła.

– Podobało ci się – powiedziałem cicho.

– Prosiłam o masaż. Ja… Nie dotykaj mnie – odsunęła się bardziej.

Zaniemówiłem. Adrenalina ustępowała. To było niepodobne do mnie.

– Tak ciężko zrozumieć, że nie chcę – mówiła, ocierając policzek wierzchem dłoni. – twojego fiuta w sobie i że nie jestem gotowa.

– Przepraszam – wysapałem.

– Może nigdy nie będę, a ty po prostu mnie wziąłeś. Co!?

– Ja… Myślałem, że chcesz. Poniosło mnie.

– Jak cholera. Jak mogłam ci ufać?

– Przepraszam. Spieprzyłem. Kocham cię i cholernie ciebie pragnąłem. Nie wiem, co we mnie wstąpiło – próbowałem się tłumaczyć. Bezskutecznie.

– To lepiej kurwa myśl i nawet mnie nie dotykaj.


Przez kolejne dni panował, między nami paskudny nastrój. Na chwilę oboje wróciliśmy do laboratorium, ale prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. Ciemna szczelina dzieląca łóżka tylko się powiększyła.

W końcu, gdy wracaliśmy po dwóch dniach do akademika, przystanęła na chwilę. Widziałem jej spojrzenie, zwiastujące coś nieprzyjemnego.

– Janek, ja…. Wiesz, że ciężko mi będzie ci wybacz. Zaufać…. Ty mnie….

– Wiem, sam nie umiem wyjaśnić, co mnie napadło. Byłaś tak blisko, taka piękna….

– A słowa więcej. Wiesz, co jest w tobie chujowe? Proszę cię o pomoc, o wspólny wyjazd, bym mogła wrócić na nogi, a ty mi tylko dowalasz i to jeszcze tak?

– Zrobię wszystko, wiesz o tym – powiedziałem cicho.

– Wszystko? Lepiej już nic nie rób.

– Jedźmy gdziekolwiek. Zabiorę cię wszędzie, ale dlaczego mamy wracać, w te pieprzone góry

– Ja… – zamarła na chwilę – po prostu muszę tam być. Czuję to. Razem z tobą. Dlaczego mi nie możesz zaufać?

– Boję się o ciebie – wyszeptałem. Widziałem, jak dygocze. Zakołysała się i w ostatniej chwili podtrzymałem ją przed osunięciem na ziemię.


Następnego dnia zachowywała się, jakby nasza wczorajsza rozmowa nigdy nie miała miejsca. Wyglądała na rozkojarzoną i co chwilę zerkała w telefon. Miałem tylko nadzieję, że dała za wygraną. Około siedemnastej ktoś zadzwonił do niej. Nie wiedziałem z kim rozmawia, ale wyglądała na zbitą z tropu. Musiała rozmawiać z Veroniką, krążyła po pokoju, co chwilę wychodząc do przedsionka i na korytarz. Po chwili wróciła z zaciśniętymi wargami.

– Co się stało? – spytałem, widząc, że coś ją poruszyło.

– To Veronika.

– To z którą byłaś na urodzinach?

– Tak. Jezu muszę iść.

– Co się dzieje.

– Przepraszam. Chodzi o jej chłopaka, jest w bardzo ciężkim stanie. Potrzebuje mnie teraz – rzuciła rzewnym tonem. Patrzyłem, jak nerwowo zaciska palce na krześle, przestępując z nogi na nogę. Rozumiałem pilność tematu. Zresztą przyjaźniły się i spędzały ze sobą ostatnio dużo czasu.

– Mam iść z tobą?

– Nie, myślę, że czułaby się nieswojo. Wrócę szybko – rzuciła, wyciągając z szafy rozpinaną bluzę. Narzuciła ją w pośpiechu na jasnoróżową koszulę. Ostatnim co widziałem, to jej zgrabna pupa opięta w szare legginsy, znikająca za drzwiami. Wyjrzałem nawet za nią przez okno, ale szybko zniknęła, gdzieś między budynkami.

Czułem w jej zachowaniu coś niepokojącego. Wróciła bardzo późno i nawet nie wchodząc do pokoju ruszyła pod prysznic. Gdy weszła bez słowa naga, wciąż wilgotna, z jedynie luźno narzuconym ręcznikiem, wydawała się obca i nieobecna. Miałem poczucie, jakbym zobaczył inną, zupełnie obcą osobę. W jej oczach jarzyła się coś zwierzęcego.

Próbowałem wyciągnąć z niej cokolwiek, ale zbyła mnie półsłówkami. Jedynie przed snem wtuliła się w moje ramiona.

„Co się z tobą dzieje, mała?”


Następnego ranka ruszyłem samotnie na uczelnię. Paula pozostała w pokoju, tłumacząc się nawrotem migreny. Gdy wsiadałem do autobusu, napisała mi SMS-a „Kocham cię. Jak migrena trochę odpuści, pojadę do szpitala, pomóc Veronice. Mogę wrócić późno”.

Wszystko wydawało się zupełnie normalne i nie wzbudzało we mnie podejrzeń, aż do momentu, gdy wpadłem na Veronikę, wychodząc na przerwę.

Podszedłem do niej, gdy uśmiechnięta plotkowała z innymi dziewczynami.

– Hej, Paula wspominała o wypadku twojego chłopaka… – spytałem, przypominając sobie w ostatniej chwili imię.

– Nic strasznego, zwykła stłuczka na mieście – powiedziała z uśmiechem – Jak zwykle jeździł na zderzak.

– Jak to? – spytałem. Musiała dostrzec wyraz głębokiego szoku na mojej twarzy – Paula mówiła, że wylądował w szpitalu.

– Co? Chyba coś się jej pomyliło – odpowiedziała. Oboje byliśmy zaskoczeni tym kłamstwem, zupełnie do Pauli niepodobnym.

– Ponoć spotkałyście się wczoraj, chciałaś z nią pogadać, a dzisiaj miała jechać do szpitala pomóc ci.

– No, pisałam do niej. Chciałam ją wyciągnąć na spacer, ponoć ostatnio kiepsko z nią było, ale nie przyszła.

– A ponoć była z tobą dobre 3 godziny… – spytałem.

– Kurwa… – usłyszałem, rzucone z jej strony.

– Co?

– Wiesz, nie chciałam, żebyś się w ten sposób dowiedział. Myślałam, że to tylko tak po pijaku.

– Ale o czym ty mówisz? – dopytywałem.

– Przyłapałam ją na urodzinach Gabrieli. Jak obściskiwała się po kryjomu ze Stefanem. Próbowałyśmy ją odciągnąć, bo ten typ lubi wykorzystywać pijane naiwne dziewczyny.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Podziękowałem jej, po czym ruszyłem do akademika, prosząc, tylko by Veronika powiedziała coś przekonującego naszej opiekunce.

W pokoju oczywiście było pusto. Zniknął plecak Pauli i większość sprzętu górskiego. Dopiero po chwili znalazłem pozostawiony na stole liścik.

„Nie mogłam zostać. Muszę ją odnaleźć. Z tobą albo bez. Przepraszam. Kocham cię, ale dłużej nie mogę czekać na ciebie”

Usiadłem zszokowany na łóżku. W jej wyznaniu było coś ostatecznego niczym w liście pożegnalnym. Nie mając nikogo innego, kto mógłby mi pomóc, wybrałem numer Sylwii.

– Hej, potrzebuje twojej pomocy – zacząłem, łamiącym się głosem.

– Tak? Co się stało? – zapytała szybko.

– Paula gdzieś zaginęła. Chyba pojechała w góry, tak jak ostrzegałaś. Ja… Nie wierzę, że to zrobiła.

– Skąd wiesz, że pojechała w góry? Może wyszła gdzieś na chwilę?

– Zostawiła kartkę, „Nie mogłam zostać. Muszę ją odnaleźć. Z tobą albo bez. Przepraszam. Kocham cię, ale dłużej nie mogę czekać na ciebie”.

– Brzmi dostatecznie jasno – głos w słuchawce, stał się lodowato spokojny – Znowu to dzieje… – dodała na końcu, urywając zdanie.

– Pomożesz mi? Nie mam nikogo innego – poprosiłem.

– Pakuj się. Masz jakieś ciuchy w góry? Śpiwór?

– Tak, mam. Spakuję się, potrzebuję chwili.

– Ok, przyjadę po ciebie. Masz pomysł, gdzie dokładnie pojechała.

– Zaraz… – zawiesiłem się i szybko odszukałem lokalizację w telefonie. Czerwona kropka pokazywała ostatnią lokalizację telefonu. Znajdowała się trzy kilometry od miejsca, gdzie ruszyliśmy pierwszym razem. Niestety współrzędne zarejestrowano kilku godzin temu – Mam lokalizację. Wiem, gdzie była o jedenastej – powiedziałem, a potem powtórzyłem wolniej, tłumacząc Sylwii, skąd to wiem.

– Sprytny chłopiec – odpowiedziała z uznaniem – Pakuj się. Będę za jakieś trzydzieści minut. Napisz mi SMS-em adres.

– Już się robi. Dziękuję.

– Podziękujesz, jak ją znajdziemy – i się rozłączyła.


Podjechała niewielką, kanciastą terenówką. Fioletowy lakier obłaził płatami, sprawiając, że samochód wyglądał, jak obraz nędzy i rozpaczy. Na tylnym siedzenie leżało kilka pakunków i coś, co wyglądało na medyczną, składaną kozetkę. Ponagliła mnie gestem, abym wrzucił na szybko spakowaną torbę na tyły. Jej plecak leżał już tam. Na pierwszy rzut oka widziałem, że była lepiej ode mnie przygotowana. Szczególnie w oczy wrzucał się niewielki niemal zabawkowy pistolet w jaskrawym, pomarańczowym kolorze.

– Co to?

– Pistolet na racę.

– Po co?

– To Rumunia, kraina niedźwiedzi – rzuciła, uśmiechając się szeroko. Przełknąłem głośno ślinę i wcisnąłem plecak obok jej torby.

Po chwili ruszyliśmy, kierując się do wskazanej lokalizacji telefonu Pauli. Była sprzed kilku godzin, ale i tak było to znacznie lepsze niż błądzenie zupełnie po omacku. Według mapy to była kręta, ślepo zakończona droga za niewielką wioską w górach, poza którą ciągnęły się tylko połacie skał i lasu.

– Dobra, gadaj. Co to znaczy, „znowu to się dzieje” – zapytałem po chwili.

– Maria zrobiła to samo. Jak wróciliśmy z gór, nasza relacja też zaczęła się sypać.

– Przestała się odzywać?

– Żeby tylko. Po powrocie z gór zaczęła skarżyć się na koszmary, migreny, na które nie pomagały żadne leki. Z czasem zaczęła wychodzić z domu bez słowa. Wracała posiniaczona, markotna, jakby nieobecna. Podejrzewałam, że ma romans, ale nie potrafiłam do niej dotrzeć. Nie umiałam tego uratować, pomimo prób.

– Była jak ćma lecąca do ognia?

– Obie to robiłyśmy. Każda na swój sposób. Obie czułyśmy w sobie tą szukającą wrażeń obecność, która pragnie jedynie destrukcji i destabilizacji. Miała wrażenie, że to coś karmi się tym.

– Pcha do zdrady? – spytałem.

– To coś nudzi się stabilnością, zdrowiem. Nie wiem dlaczego? Może łatwiej kontrolować. To jak te grzyby i mrówki. Rozchwiany organizm łatwiej ulega wpływom i ma słabszą odporność. Zgadzałam się na wiele, wiesz – powiedziała smętnie na koniec.

– Nie wystarczyło?

– Sama nie wiem. Miłość straciła to coś. Nie umiem tego dobrze nazwać. Jakby woda nagle przestała gasić pragnienie.

– Słyszysz jeszcze tą istotę?

– Rzadko… Czasem są takie wieczory, gdy leżę sama w łóżku, nie mogąc zasnąć. Wiję się pod kołdrą, spocona i wygłodniała, jak jakiś ćpun na odwyku.

Próbuję ją pocieszyć, delikatnie dotykając jej ramienia.

– Czasem ulegałam… Częściej niż chciałabym przyznać. To bywa przyjemne – mówiła cicho, z wolna artykułując kolejne sylaby – ale gdy zbytnio zbliżam się do granicy, czuję to coś. Ten głos, zew w środku. Wiesz, gdy przyszedłeś do mnie, do muzeum też go poczułam.

– Nie musisz mi tego tłumaczyć. Oboje go poczuliśmy.

– Ale… Ja to zaczęłam. Pomyślałam, że to dobry pomysł i zanim się powstrzymałam, to się stało…

– Starczy – powiedziałem cicho. Skarciłem siebie w duchu. Czułem podniecenie na samo wspomnienie tego, co się tak wydarzyło, ale w tym momencie, to ostatnio czego potrzebowałem.

– Jasne. Tak tylko… – zamilkła i lekko drżącymi palcami zgarnęła opadające na czoło rude włosy, ścierając drobne kropelki potu.

– Rozumiem, ja też czułem to coś w sobie. Miałem nadzieję, że samo minie – powiedziałem w końcu.

– Ja też…

Przez chwilę jechaliśmy w ciszy.

– Ten stół z tyłu? – zapytałem, zmieniając temat.

– Stół do masażu? Dodatkowe zajęcie, wiesz. Praca w muzeum na kilka godzin w tygodniu ledwo starcza na życie.

– Jaki styl masażu stosujesz? Masaż sportowy, rekreacyjny?

– Relaksacyjny. Z dużą ilością olejku – powiedziała z uśmiechem. Czułem, że się czerwienię.

– A ta wielka, fioletowa macka? – spytałem, ciągnąc ją za język.

– No cóż. Czasem się przydaje. Mam do niej całkiem wygodne szelki. Niektórzy klienci bardzo ją sobie chwalą – powiedziała. Mogłem jedynie odwrócić czerwoną twarz w stronę drogi. Wizja doświadczenia tego masażu niesamowicie mnie podnieciła. Szybko opanowałem się, wiedząc, że chwila braku kontroli, może przedwcześnie zakończyć nasze poszukiwania.

– Gdzie poznałaś Constantinę?

– Widzę, szybka zmiana tematu. Wyobraziłeś sobie te szelki, takie czarne, skórzane, a od środka mają taką…

– Przestań. Proszę.

– Oj tylko próbuję cię rozruszać. Podstawa to nastawienie, a Constantinę poznałam, jak prowadziła warsztaty na temat tantry.

– Ciekawa osoba.

– Ma coś w sobie. Pojawia się i znika, gdy człowiek najmniej się tego spodziewa. A ty? Gdzie ją dopadłeś?

– Wpadłem na nią w klubie. W Dissonance.

– Nie znam. Pierwsze słyszę.

– Wygląda na to, że jak większość ludzi. Próbowałem ją jeszcze raz złapać, ale za nic nie mogłem trafić do tego klubu. Jakby wyparował, były tylko gołe ściany i puste zaułki. To wyglądało, jakby to miejsce nigdy nie istniało. Gdyby nie ty, zacząłbym wątpić, czy tam w ogóle byłem.

– Brzmi znajomo.

– Czy Constantina ma z nią jakiś…?

– Niemożliwie. Ona jest… Przyjaciółką. Jedną z nielicznych, które nie odwróciły się ode mnie – wyszeptała cicho.


Spojrzałem kątem oka na stertę książek i gruby plik wydruków na półce. Nie miałem zupełnie siły na projekt, zwłaszcza z pełnym żołądkiem. Resztka makaronu nędznie przysychała, razem z browarem, którego końcówka wietrzała na stole. Przerzuciłem z łóżka stertę ubrań na fotel. Nawet granie nie brzmiało zbyt zachęcająco.

Ułożyłem się na łóżku, przez chwilę rozważając poobiednią drzemkę, ale zamiast tego gapiłem się po prostu w sufit, wodząc wzrokiem za dwiema, szaleńczo goniącymi się muchami. Oczyma wyobraźni byłem jednak, gdzie indziej. W zapomnieniu zsunąłem dresy oraz bokserki, czując w dłoniach, ciepłą, ospałą męskość, budzącą się z wolna, jak tylko zbliżałem się we wspomnieniach coraz bliżej kulminacji ostatniego wieczoru.

Ze Stefanem znaliśmy się od kilku lat, imprezowaliśmy razem, wyrywaliśmy panienki w klubie dla studentów z wymiany. Wpadł wczoraj pograć na konsoli i napić się piwa. W swoim stylu, ze wszystkimi pikantnymi detalami opowiadał o nowo poznanej lasce z uczelni. Niby zajętej, a w rzeczywistości napalonej i pozbawionej zahamowań.

„Oj, ma takie balony, jak nadmuchane. W życiu nie trafiłem na taką”

„Zawsze tak gadasz” – rzuciłem z uśmiechem, podając mu piwo z lodówki, na co on, jak gdyby nigdy nic wyjął telefon i pokazał mi jej zdjęcie. Klęczała przed nim, z wielkimi oczami skierowanymi wprost w obiektyw telefonu, brązowy kucyk luźno opadał do tyłu. Szeroki dekolt prezentował parę nabrzmiałych z trudem powstrzymywanych przez zdecydowanie zbyt mały stanik piersi. Zamknął mi usta i z satysfakcją na twarzy, przerzucił na własnej roboty seks-taśmę.

„Nie mam ochoty oglądać twojego penisa” – powiedziałem, chociaż miał się, czym chłop chwalić.

„Oj, ale przyznasz, że utalentowana dziewczyna” – zagadnął z uśmiechem.

„Marzenie” – stwierdziłem i wypiliśmy za to.

„Jutro wiozę ją w góry. Błagała mnie o to prawie na kolanach” – uśmiechnął się, wtedy do siebie, jakby rozważając, jak wykorzystać tę szansę.

„Może zaproś ją. Pamiętasz te dwie Czeszki?” – rzuciłem, wiedząc, że trafiłem na żyzny grunt.

„Niezły pomysł” – stwierdził wreszcie. Poczułem ulgę i jednocześnie dziwny stres.

Po chwili do niej zadzwonił. Na początku opierała się, ale lekka sugestia, że będą musieli przesunąć jutrzejszy wyjazd, całkiem ją zmiękczył.

„Zależy jej” – powiedziałem.

„I dobrze”

Dotknąłem członka, czując jak boleśnie sterczy. Nabrzmiała ciemnoczerwona żołądź celowała w sufit. Zacząłem się onanizować, przypominając sobie szczegóły i moment, gdy ją pierwszy raz zobaczyłem.

Szare legginsy opinały jej zgrabny tyłeczek i jedynie przyduża bluza maskowała sylwetkę. Miała bardzo ładne usta, nie za duże, nie za wąskie i piękne, brązowe, luźne spływające włosy. Bardzo mi się podobała i żałowałem, że to nie ja jestem tym szczęściarzem, który jutro odbierze nagrodę za ratunek.

Zaczęliśmy gadać, trochę o Polsce, z której przyjechała, trochę o niej. Podałem jej piwo i rozmowa jakoś się kleiła. Na szczęście szybko pozbyła się tej bluzy, zostając w koszuli. Sutki odznaczały się na mocno rozciągniętym materiale. Stefan z pełną premedytacją głaskał ją, początkowo unikała dotyku i pieszczot, ale powiedział jej coś na ucho i najwyraźniej zadziałało. Lekko zawstydzona z coraz większą łatwością przyjmowała pieszczoty. Szybko też pozwoliła na rozpięcie kolejnych guzików koszuli.

Myślałem, że penis rozsadzi mi na jej widok spodnie. Ostatni guzik, jakimś cudem utrzymywał jej piersi w ryzach.

Usiedliśmy po obu jej stronach, dotykając i drażniąc ją. Najpierw trochę się obawiałem, czy Stefan nie będzie mi miał tego za złe, ale najwyraźniej jemu też podobał się mój udział w całej zabawie. Lizaliśmy na zmianę brodawki jej piersi. Zauważyłem kątem oka, że stanął przed nami, ze stojącym wyzywająco fallusem skierowanym wprost w jej stronę. Dziewczyna zrozumiała swoją rolę i uklękła przy łóżku. Z lekką tremą dołączyłem. Pragnąłem doświadczyć jej domniemanego talentu.

Dawałem sobie krótkie pauzy, odsuwając moment wytrysku, by w pełni rozkoszować się przyjemnym wspomnieniem. Wtedy usłyszałem głośny dzwonek telefonu.

Mimo wszystko głupio jakoś tak gadać przez telefon ze sterczącym penisem w garści więc przez chwilę szarpałem się, by poprawić spodnie. Wziąłem głębszy oddech i nacisnąłem zieloną słuchawkę.

– Kurwa mać, musisz mi pomóc. – głos Stefana, łamał się. Nigdy nie słyszał go aż tak przerażonego.

– Ok. Tylko spokojnie, co się stało? – spytałem, próbując brzmieć poważnie.


Gdy dojechaliśmy do ostatniej wioski, w której musiała być Paula, docierała do nas powoli skala problemu – naszej misji ratunkowej. Wioska była maleńka, z niewielkim sklepikiem wciśniętym pośrodku i kilkunastoma domami skupionymi wzdłuż jednej drogi. Sylwia zatrzymała się na chwilę pod sklepem, widząc kilku starszych mężczyzn na ławeczce. Po krótkiej rozmowie zniknęła w sklepie. Wyszła po chwili z dwoma butelkami wina. Najwyraźniej to wystarczyło, by znaleźć kolejny trop mojej dziewczyny.

– I co? Widzieli ją? – zapytałem, gdy Sylwia odpalała samochód.

– Była tu jakaś młoda turystka z nieco starszym chłopakiem, chyba Rumunem. Pojechali dalej prosto. Ponoć jest tam parking, zaraz obok mostku i zaczyna się szlak w góry.

– To brzmi jak oni. Dawno to było?

– Jakoś przed dziesiątą.

– Mają prawie pięć godzin przewagi – powiedziałem, do siebie.

– Tak, ale w nocy iść nie będą. O ile trzymają się szlaku, powinniśmy ich dogonić. Mamy latarki i sprzęt. Według moich nowych kolegów nie wyglądali na wybitnie przygotowanych.

Gdy znaleźliśmy parking obok mostu, ten był niestety zupełnie pusty. Sylwia postawiła samochód w jednym końcu. Wysiedliśmy, wypakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na szybki obchód. W międzyczasie spróbowałem dzwonić do Pauli, ale od kilku godzin sygnału nie było. Więc albo wyłączyła telefon, albo nie ma zasięgu.

– Patrz na to – powiedziałem, wskazując na stertę okruchów czerwonego szkła i ślady farby na drewnianym ogrodzeniu parkingu.

– Ktoś się spieszył – stwierdziła Sylwia.

Po chwili dostrzegłem puste pudełko po prezerwatywach w rozmiarze ekstraduże rzucone między krzewami i zużyty kondom, nędznie kołyszący się na iglaku nieopodal. Czułem, że powietrze ze mnie schodzi, chociaż dalej się łudziłem, że to nie może być ich ślad, a Paula nigdy by mnie nie zdradziła.

– Weź głęboki oddech. Jak ich znajdziemy, to będziesz mógł w spokoju jej to wygarnąć.

– Masz rację. Najpierw ich znajdźmy – odpowiedziałem, tłumiąc w sobie wzbierającą wściekłość.

Ruszyliśmy szybko, chociaż po kilkuset metrach podejścia widać było, że Sylwia przerasta mnie formą.

– Niezłą masz formę – rzuciłem. „Jeśli utrzyma tempo to zaraz wypluję płuca.”

– Kiedyś jeździłam w góry, prawie co weekend.

– Kiedyś?

– Najpierw sama, trochę też się wspinałam, a potem razem z Marią.

– Rozumiem. Mogę spytać, co się dokładnie z nią stało?

– My… kochałam ją – powiedziała, uciekając gdzieś wzrokiem – Byłyśmy, wtedy razem od jakiś dwóch lat. Najpierw ona stawiała mnie na nogi, jak mój były zostawił mnie dla wymalowanej lalki, a potem jakoś to poszło dalej.

– Czaję, a w jaki sposób wylądowałyście z tym? – wskazałem na jej bok.

– Te badania, nie były zbyt ciepło przyjmowane. Postanowiłyśmy poszukać u źródeł. Obie potrzebowałyśmy odpoczynku od uczelni, miasta. Jak ruszałyśmy w góry panował straszny skwar. Pamiętam, że szłyśmy bardzo długo, głównie kierując się w kierunku punktów, które na zdjęciach satelitarnych wyglądały, jak potencjalnie pozostałości dawnych wiosek albo kurhanów. Wszystko poza ubitymi szlakami. Zatrzymałyśmy się w końcu po wielu godzinach nad niewielkim strumieniem.

– A potem?

– Sama nie wiem. Maria stwierdziła, że to dobre miejsce na obóz. Było tak cicho i sielsko. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłyśmy się pieprzyć, a potem dalej było cicho, ale to nie była spokojna cisza. Tylko ta, które poprzedza nadejście drapieżnika. Wtedy to coś zaryczało, nie wiem do dzisiaj, co to takiego było. Złapaliśmy nasze rzeczy i uciekłyśmy. Wiesz, w górach z niedźwiedziami nie ma żartów. Może i noszę ten pistolecik na race, ale to tylko straszak.

– A więc uciekałyście?

– Tak, aż znalazłyśmy jaskinię, grotę nad szlakiem. Schowałyśmy się tam.

– A potem poszłyście spać i przyśniła wam się Ona.

– Mhm. A wy? Chyba oboje robiliśmy obozy w górach, ale czy jest coś, co nas łączy.

– Ehm – przełknąłem ślinę.

– Tak?

– My też, zrobiliśmy sobie piknik na łące i no… kochaliśmy się. Potem myślałem, że dobrze idziemy, bo szlak wyglądał tak samo, ale nie mogliśmy znaleźć oznaczeń.

– Serio…

– Co?

– To wygląda, jak jakaś kara za seks na łonie natury – rzuciła, śmiejąc się ponuro.

– Albo seks ją przyciąga – odpowiedziałem cicho.

– Cóż, kto wie. Zobacz, przed nami – powiedziała, wskazując na niewielką polanę palcem.

Na polanie stała nieduża, drewniana wiata, schron dla turystów. Wyglądał z daleka na pusty, ale jak zbliżyliśmy się do niego, szybko dostrzegliśmy porzucony w kącie, paskudnie rozdarty plecak.

– To Pauli?

– Nie. Ona miała ciemnoczerwony – odpowiedziałem cicho.

– Patrz – Sylwia rzuciła.

Drugi plecak leżał w całości kawałek dalej.

– Musieli tu być – powiedziałem.

– Ale gdzie są teraz. Plecaki zostały.

– Może porzucili je i uciekli na dół? – podpowiedziałem.

– Widziałeś te ślady na torbie. Chodź, rozejrzyjmy się wokół.

Zrobiliśmy większe koło, ale poza plecakami i rozrzuconymi strzępami z pierwsze z nich, nic tu nie było. Dopiero po kilkunastu minutach wpatrywania się w ziemię, Sylwia przywołała mnie do siebie. Pod rozłożystym świerkiem w błocie odcisnął się ślad buta, gałąź była obłamana, jakby ktoś w pędzie złamał ją, wbiegając do lasu. Kawałek dalej były wyraźnie odciśnięte kolejne ślady.

– Tu jest tylko ślad jednej osoby. Jaki miała rozmiar buta?

– Trzydzieści siedem.

– Pasowałoby.

– Czyli przynajmniej Paula ruszyła dalej, sama zapewne.

Poszliśmy po śladach, ale doprowadziły nas jedynie do sterty głazów i kolejnej polanki. Co było zadziwiające to, fakt, że tylko na początku długiej koleiny odcisnął się ślad stopy. Po drugiej stronie trop się urywał, jakby coś chwyciło moją dziewczynę w połowie kroku.

– Co do cholery – rzuciłem pod nosem, szukając kolejnych odcisków buta.

– Z Marią było tak samo. Jej też szukali, ale trop się urwał, wzięli nawet psy. Stanęły, jak wryte i zaczęły wyć, jak opętane, ale chociaż próbowali wiele razy, to nie zdołały znaleźć kolejnego tropu.

– Jakby UFO ją porwało – rzuciłem – Tylko dlaczego to coś przywołało Marię i Paulę, a nie nas.

– Nie wiem, coś w nich było innego.

Wkrótce usiedliśmy na kamieniach, szukając pomysłu na kolejny krok. Mogliśmy wrócić na dół, ale czuliśmy, że zgłaszając sprawę na policję, zapewne by znaleziono jedynie Stefana.

Po dłuższej chwili widząc, że robi się coraz później, Sylwia niemrawo zaczęła mówić.

– Wiesz, mam pewien pomysł. Brzmi idiotycznie, ale…

– Tak? – Nie mieliśmy wielu pomysłów, więc nawet najbardziej idiotyczny był lepszy niż żaden.

– To, co łączy nasze sprawy. Oboje poszliśmy w góry w parach, oboje kochaliśmy się w górach, a potem coś zmusiło nas do pozostania na noc.

– Oboje zgubiliśmy drogę, po tym, jak kochaliśmy się w lesie – dodałem.

– I straciliśmy poczucie czasu – dopowiedziała cicho. Pokiwałem głową.

– Może to jest jakiś wyzwalacz.

– Ale co?

– No seks. Nie wiem, jak to działa, ale innych to nie ruszało. Po szlakach przewala się masa turystów i jakoś nie słychać o wielkiej babie z dwoma kutasami.

– Chcesz to coś sprowokować?

– Spróbować znaleźć do niej drogę – odpowiedziała.

– Czy proponujesz, byśmy – wydukałem. Nie mogłem się zgodzić. Już to, co zrobiłem z Julią, przyprawiało mnie o okrutne wyrzuty sumienia. Po tym, co miało miejsce w jej gabinecie, wiedziałem, że seks z tą kobietą to igranie z ogniem.

– Biedaczek, musi kochać się z atrakcyjną kobietą, by uratować ukochaną – wypowiedziała z drwiną.

Zanim się obejrzałem, rozpięła koszulę.

– Rozbieraj się – rozkazała.

Dopiero teraz w pełni zobaczyłem jej biust. Był wielki, przypominając dwa dojrzałe, ogromne owoce, zakończone ciemnymi brodawkami sutków o szerokich, jasnoróżowych obwódkach. Zawstydzony zacząłem ściągać z siebie ubranie.

Sylwia podeszła do mnie i objęła, gestem naprowadziła moje usta na swój biust. Zacząłem ssać dużą sutkę, najpierw powoli, potem bardziej łapczywie. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, pchnęła mnie na ziemię i pośpiesznie skończyła się rozbierać. Nie potrafiłem oderwać wzroku od jej nabrzmiałej, zaczerwienionej łechtaczki i piersi przelewających się z każdym ruchem.

– Wytrzymaj trochę – sapnęła, na chwilę zwalniając – Oboje musimy dojść.

Jęknąłem głośno. Wszystko mnie bolało, biodra wgniecione w matę paliły, zacisnąłem palce na jej miękkich pośladkach i zepchnąłem ją na chwilę z siebie. Nie zważając na nic, oplotłem jej łechtaczkę językiem. Smak jej soków powalał mnie. Pomimo że czułem jej spocone, brudne ciało, podniecenie wygrało. Nie potrafiłem się oprzeć. Słyszałem, jak jęczy, napina mięśnie w ekstazie.

– Uderz mnie – wykrzyczała odchylając twarz.

Uderzyłem najpierw jej dużą piersi. Krzyknęła, napinając całe ciało, po czym przycisnęła moją dłoń do policzka. Uderzyłem znowu, a potem kolejny raz, aż czerwony ślad wykwitł na jej skórze. Wytrysnąłem po chwili z głośnym, zduszonym sapnięciem, a ona szarpnęła się pode mną. Spazm rozkoszy ogarnął jej ciało.

– No no, brawo młody – wysapała – a teraz złaź ze mnie.

Mogłem się jedynie uśmiechnąć. Zwlokłem się zmęczony, czując pulsowanie rozbudzonych mięśni i przyjemną błogość napływającą z lędźwi. Wciąż myślałem o tym uderzeniu. Nigdy nie dałem policzka kobiecie.

Usiadłem obok Sylwii, przyglądając się w ciszy, jak zmywa z siebie soki. „Boże, pobłogosław wynalazcę mokrych chusteczek”, pomyślałem.

– Udało się? – spytałem, wciąż zdyszany. Las i góry wyglądały tak samo.

– Zobaczymy – odparła.

Ubraliśmy się i ruszyliśmy w kierunku, gdzie wcześniej zniknęły ślady. Po kilku krokach jednak Sylwia stanęła jak wryta. Z miejsca czułem, że coś jest nie tak. Stanąłem obok, nie wiedząc do końca, na co patrzyć. Na skraju horyzontu podnosił się przypominający odwróconą literę C sierp księżyca.

– O w mordę – wyszeptała cicho. Przez moment grzebała w torbie, a po chwili uzbrojona w nieduży notesik, kartkowała szybko strony, szukając czegoś. Pokazała mi karteczkę, palcem wskazując niewielki księżyc narysowany w rogu strony – Dzisiaj powinna być pierwsza kwadra!

– A to jest ostatnia.

– Więc albo bzykaliśmy się dwa tygodnie, albo nie jesteśmy już w tym samym miejscu.

– Jak?

– Nie wiem, chyba nie chcę o tym myśleć. To nie może się dziać.

– Ale przecież sama mówiłaś – spytałem, powoli zdając sobie sprawę, z tego, co się właśnie wydarzyło.

– Kurwa, nie spodziewałam się tego – niemal krzyknęła, ale po chwili wróciło zwyczajne opanowanie.

– Ok. Ruszajmy. Zaraz będzie ciemno.


Pokiwała jedynie głową i wydobyła z plecaka latarki. Tym razem, za świerkiem ślad stóp nie urywał się nagle, ale biegł dalej. Wkrótce jednak ścieżka się urwała. Przed nami był jedynie mroczny las. Krążyliśmy wokół przez chwilę, zataczając coraz szersze kręgi. Gdy podniecenie i adrenalina schodziła ze mnie, świadomość inności tego miejsca zaczynała mnie przytłaczać. Udawałem pewność siebie, ale na dźwięk skrzypiącego drzewa, miałem ochotę rzucić się na ziemię albo uciekać stąd przed siebie. Serce waliło mi coraz mocniej i chyba tylko szczęście sprawiało, że jakimś cudem się nie pogubiliśmy.

– Patrz – Sylwia powiedziała, wskazując na coś na ziemi. Jedno, co było pewne to zapach butwienia i rozkładu, który unosił się tutaj. Po kilku krokach, gdy stanąłem obok mojej towarzyszki, zdałem sobie sprawę, skąd pochodzi. Każda szczelina pomiędzy gęsto splątanymi korzeniami zdawała się kipieć od białych pasm grzybni. Pomiędzy głazami, które przypominały fragmenty pradawnych posągów, tkwiły falliczne, na wpół pokryte lepką cieczą owocniki, dumnie skierowane w niebo. W coraz ciemniejszym lesie, światło latarki odbijało się od ich bladych sylwetek. Nagle coś błysnęło między nimi, sięgnąłem w to miejsce i po chwili trzymałem w palcach niewielką bransoletkę, oblepioną lepką, kleistą cieczą.

– To Pauli – powiedziałem – Musiała tu być.

– Dziwaczne miejsce – Sylwia stwierdziła drżącym głosem.

Ruszyliśmy dalej, wspinając się ścieżką. Dziwnych grzybów i gęstych korzeni było coraz więcej. Wszędzie unosił się ich dziwny słodkawy zapach. Mech całkiem ustąpił, odsłaniając niemal nagą skałę, po której miejscami ciekł, czarny niczym ropa śluz. Po kilku krokach dostrzegliśmy na kamieniach długą smugę i ślady palców. Ślady dłoni i zmiażdżone owocniki grzybów znaczyły drogę, aż do szczytu szlaku. Droga wykręcały ostro i niknęła w dole, jednakże ślad ze zdeptanych grzybów odchodził w bok między skarłowaciałymi drzewami.

Weszliśmy tam, z trudem balansując na śliskich głazach, aż odkryliśmy wąską, idealnie czarną czeluść.

– To tam? – spytałem.

Sylwia przełknęła ślinę i poprawiła uchwyt na dużej, wojskowej latarce. Wziąłem głęboki wdech, jakbym spodziewał się, że zaraz czeka mnie zanurzenie w wodzie i ruszyłem. Latarki z trudem przebijały ciemność. Po kilku krokach nieco się przejaśniło. Do tej pory niski sufit zniknął. Korytarz był dnem krętego parowu, miejscami na tyle wąskiego, że musieliśmy się przeciskać bokiem. Jedynie w nielicznych kałużach na dnie gromadził się czarny, błotnisty śluz, który czepiał się butów i wciągał, także nawet niewielkie spokojne plamy, ledwo przykryte cienką warstewką lśniącej w świetle latarek wody, sprawiały wrażenie przepastnie głębokich.

Z każdym krokiem, miałem wrażenie, że zaraz zostaniemy przygnieceni albo utkniemy w tym dziwnym świecie. Prawie się nie odzywaliśmy do siebie, raczej tylko dla podtrzymania ducha i by potwierdzenia sobie nawzajem, że to nie jest jakiś dziwaczny koszmar. Gdy stanęliśmy na końcu, pod wysoką, pokrytą rzadką siateczką korzeni skalną ścianą, poczuliśmy, że dotykamy czegoś pradawnego. Prymitywne posągi niedźwiedzi, na wpół wyżarte przez kapiącą z góry wodę stały na straży ciemnej jamy.

Więc ten korytarz był tylko wstępem przez faktyczną próbą. Wzmocniłem chwyt na latarce.

Nie wiem, jak to możliwe, albo czy istnieje jakaś gradacja ciemności, ale mrok przez nami, sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie zaznał światła. Nasze latarki zdawały się jedynie go podgryzać, rozpędzać na chwilę.

Po kilku krokach usłyszeliśmy ciche pluski błotnistej mazi pod stopami. Ciężej było znajdować stabilny grunt. Nagle poczułem przed sobą, że poza lepką cieczą nic nie ma. Dopiero Sylwia dopatrzyła się niewielkiej, odchodzącej w górę ścieżki. Nie dzieliła nas od niego duża odległość. To był raptem jeden dłuższy krok. Normalnie przeskakiwanie strumienia, czy rowu podobnej szerokości byłoby dla mnie co najwyżej dziecięcą zabawą, ale tutaj bałem się. Na szczęście najgorsze co mnie mogło czekać, to wpadnięcie w lepkie błoto.

Sylwia pewnym krokiem skoczyła w nieznane, z trudem utrzymując się na piaszczystym brzegu i po chwili stała po drugiej stronie. Odsunęła się pod ścianę, bym mógł skoczyć obok niej, jednak coś się wydarzyło.

Gdy stanąłem na skraju, by skoczyć, grunt zapadł się nagle, pociągając mnie za sobą. Próbowałem złapać równowagę, ale śliski, lepki muł sprawiał, że nie było to możliwe. Jak oszalały próbowałem złapać się czegokolwiek, ale wszystko wyślizgiwało się z mokrych dłoni. Wciąż widziałem plamę światła rzucaną przez latarkę mojej towarzyszki. Docierał do mnie jej przerażony krzyk, gdy próbowała mnie wyciągnąć. Nagle mrok i błoto przestały mnie tylko oblepiać. Uświadomiłem sobie, że on wciąga, oplata mnie, niczym masa wijących się węży. Z każdym szarpnięciem robił to mocniej i szybciej, dusząc i dławiąc. Coś w mroku, dłonie, bezcielesne i pogrążone w ciemności, chwytały mnie i trzymały w bezruchu. Szarpnąłem się, zamykając oczy, by ochronić je przed błotem, ale gdy znowu je otworzyłem, wokół było zupełnie ciemno. Przez chwilę myślałem, że to złudzenie, że to nie może być prawdziwe, ale chwyt tych nieznanych rąk, chociaż z początku łagodny, z każdym ruchem stawał się twardy niczym żelazo. Czułem, jak moje ubranie jest rozdzierane i szarpane, nie mając szans wobec tej nieludzkiej siły. W uszach dudniło mi oszalałe ze strachu, kołaczące serce. Niesamowita siła tego czegoś zdumiewała i przytłaczała, odbierając wszelką nadzieję na skuteczny opór wobec tego nienaturalnego gwałtu. Próbuje się uspokoić i na krótką chwilę, zdaje się to skutkować, bo nacisk słabnie. Lepkie, śliskie palce, bądź wici na moment odpuszczają, z zadziwiającą delikatnością ściągając ze mnie plecak. Nieznana wilgoć rozpływa mi się po podbrzuszu. Nagle szarpię się mocno, próbuję wyrwać, ale delikatne przed chwilą palce, zaciskają się, jak potworne imadła. Wilgoć ogarnia mnie, opływa krocze, uświadamiam sobie, że rozcięły, albo rozłożyły, jakoś moje spodnie i nic nie chroni moich genitaliów przed tym okrutnym dotykiem. Nigdy nie doświadczyłem, czegoś podobnego. Stwór dysponował jednocześnie nieznaną i obezwładniającą siłą i nieznaną delikatnością. Jakby wyczuwał każdy nerw i słaby punkt.
 Prowokując reakcję na nieludzką pieszczotę.

Tylko na chwilę, jednak macki dają mi wytchnienie, bo po chwili ich nacisk narasta. Wbijają się we mnie i chociaż usilnie próbuje zaciskać pośladki, to wszystko na nic. Coś ogromnego, niczym śliski pal wnika we mnie, otwieram usta, by krzyknąć, ale bezskutecznie. Lepka macka próbuje mnie zakneblować. Po chwilę jakaś wić twardnieje i zaciska mi się na nosie, odbierając szansę na oddech. Ogromny pal naciska dalej, odszukując każdy czuły punkt. Kolejne wici oplatają mojego penisa w czułym, potwornym uścisku, ich rytmiczne ruchy i pulsowania przypomina wielką, pulsującą waginę. Wyginam się wstrząśnięty tym potwornym gwałtem. Na chwilę otwieram usta, by nabrać oddech, a wtedy macki wciskają się do środka, uniemożliwiając ponowne zaciśnięcie zębów. Pozwala mi na szczęście oddychać. Dochodzę, wydając z siebie stłumiony jęk, bolesny wytrysk wstrząsnął całym moim ciałem.

Na krótki moment blade światło rozproszyło ciemność. Próbuję sięgnąć do tego promyka nadziei, jednak macki są szybsze. Oplatają mnie swoimi splotami, tłuste i pulsujące wciągając jeszcze głębiej w gęsty, przypominający płynny asfalt szlam. Ponownie mrok rozdziera rozbłysk światła, wszystko faluje i drga, jak oszalałe. Nacisk na całe ciało ustępuję. Mam w sobie dziwną pustkę, gdy potworne odnóże stwora wycofuje się ze mnie. Ktoś chwyta mnie za ramię i wyciąga na powierzchnię. Powoli zaczynam znowu widzieć.

– Żyjesz młody? – widzę znajomą twarz Sylwii nade mną. Wygląda na wstrząśniętą.

– Ledwo – szepcze. Po czasie udaje mi się usiąść w korytarzu jaskini.

Moje ubranie jest całe poszarpane i rozdarte. Śluz zdaje się parować z mojej skóry pod wpływem światła. Nigdy nie przeżyłem nic równie intensywnego.

– Widzę. To coś się dobrze tobą bawiło – stwierdza.

– Mhm – potwierdzam. Próba wstania kończy się kolejnym upadkiem.

– Ostrożnie.

– Dam radę – powiedziałem, odkasłując resztki śluzu.

Gdy wstaje, zdaje sobie sprawę, że spodnie i połowa ubrań wisi na włosku. Bielizna i spodnie zostały rozerwane albo przeżarte, odsłaniając nagą skórę. Zawstydzony zasłoniłem się, ale moja towarzyszka jedynie machnęła na to ręką.

– Przynajmniej wiemy, że nie lubi światła. Dopiero raca go odpędziła.

– Czułem go w sobie… – powiedziałem z konsternacją.

Powoli ruszyliśmy dalej. Korytarz nieco się powiększył i teraz jedynie skręcał ostro, tonąc w ciemnościach. Blade światło latarki odbijało się od ścian, na których wciąż gdzieniegdzie lśniły drobne, długie, szarożółte przypominające korzenie sznury, które rozszerzały się od cienkich, jak ołówek do grubych, niczym ramiona dorosłego mężczyzny. Poskręcane pnącza porastały wszystkie ściany, tworząc gęstą plątaninę, która zdawała się nieznacznie pulsować obcym życiem. W środku było gorąco i duszno. Poza naszymi latarkami, jedynym źródłem światła były lekko fosforyzując ściany, ale nie pozwalały na wychwycenie szczegółów.

Moja towarzyszka zatrzymała się, wskazując na coś w jednym z odchodzących w bok korytarzy. Początkowo myślałem, że to doskonale wykonane posągi, ale szybko zdałem sobie sprawę, czym są te rzeczy. Skamieniałe ciała ludzi pokrywał szary pył. Ich ciała były karykaturalnie zmienione. Na wpół wisiały zatopione w grubych pasmach tajemniczego organizmu. Dwie kobiety o rozrośniętych do nieludzkich rozmiarów piersiach wisiały przy jednej ze ścian, ich twarze zamarły w czymś na pograniczu przerażenia i ekstazy. Młody mężczyzna siedział w kącie, drobne, bezwłose ciało pokrywała siateczka korzeni, kumulując się wokół zdecydowanie kobiecych piersi. Zdawał się wrastać w ścianę, podtrzymywany w tej pozie ekstatycznego wstrząsu. Członek, wąski i niesamowicie długi, sterczał w górę opleciony wokół. Rozszerzał się przez to, zlewając z resztą.

Na wpół otwarte oczy, pokrywało białe bielmo. Nie mogłem oderwać wzroku od ust, wykrzywionych przez najdziwniejszy i najbardziej nieludzki uśmiech.

– Kim oni są? Co tu robią? – spytałem cicho, chociaż nie spodziewałem się odpowiedzi.

– Też chciałabym wiedzieć. Spójrz na ich ciała.

– Wyglądają, jak te posągi z Pompejów – powiedziałem, czubkiem palca dotykając wiszącej w kącie kobiety. Jej skóra była twarda, napięta i niesamowicie zimna. Z bliska widziałem grubą, jak moje przedramię wić, która wnikała do jej wnętrza.

– Mhm. Tylko po co? Może to coś się żywi ludźmi? – Sylwia rzuciła w powietrze.

– To po co? Te przemienione ciała. Po co wciskanie w nas macek jak w jakimś pieprzonym horrorze. Dlaczego nas nie zjada?

– Może zjada, ale w inny sposób. Może to jakiś pokryty mackami i śluzem sukkub, albo inny energetyczny wampir.

– Sukkuby nie powinny być… atrakcyjne?

– Tia… a anioły to słodkie bobaski ze skrzydełkami.

– A nie?

– Nawet nie pytaj… – zawiesiła.

– Według ciebie to coś żywi się naszą siłą witalną albo seksualną.

– Tylko przypuszczam.

– Chodźmy lepiej szukać Pauli. Może też, gdzieś tu wisi – rzuciłem posępnie, czując napływający chłód.

Wróciliśmy do głównego korytarza. W kolejnych podobnych do poprzedniej bocznych komorach wisieli kolejni ludzie. Zaglądaliśmy od każdej, szukając mojej dziewczyny, ale większość wyglądała, jakby wisiała tu od bardzo dawna.

– Przed nami się rozwidla – Sylwia rzuciła cicho, wchodząc do kolejnej z jam. Wysokie, starte przez wodę i czas posągi pokazujące hermafrodytyczne istoty okalały kolejny korytarz. Podeszła bliżej jednego z nich, delikatnie głaszcząc kamień w miejscu, gdzie posąg powinien mieć twarz. – Wyglądają jak Ona.

– Masz rację.

– Skręcamy – pokazała latarką, schodzący w dół korytarz i szerokie schody.

Po kilku stopniach, po naszej lewej stronie otwierała się kolejna głęboka nisza. Patrzyłem tylko, jak wchodzi do niej. Nagły stłumiony krzyk wypełnił salę. Odrzucona latarka spadła na ziemię i w ostatniej chwili zdążyłem ją chwycić, oświetlając napastnika.

W rozedrganym świetle szarpała się, próbując uwolnić z objęć nieznanej istoty. Część ściany pękła i ożyła dziesiątkami różowawych i czarnych, tętniących chwytnych ramion. Stwór wciągał ją do swojej niszy niczym jakiś podmorski ukwiał. Bez chwili zawahania chwyciłem ją za ręce, próbując wyciągnąć z wolno, zaciskającej się niszy.

– Uwolnij mnie – wyjęczała, zrywając z ust, leniwie sięgającą do nich wić.

Jakby w zwolnionym tempie grube sploty zamykały się, powoli wciągając ją głębiej. Po chwili kobieta utknęła po pachy w kamiennej pułapce.

– Wytrzymaj. Zaraz cię wyciągnę – wysapałem, ciągnąc ją za ręce ku wolności. Stwór jedynie zadrżał i jeszcze bardziej wzmocnił swój potworny uścisk. Nagle zapadła niesamowita cisza przerywana, jedynie naszym dyszeniem.

– Próbuje – powiedziała cicho, a potem zamarła i jej twarz się wykrzywiła. Głośny niekontrolowany jęk wyrwał się jej z gardła – ale to coś…

Kolejne odgłosy nadchodzącego orgazmu, przerywały jej słowa, zmieniając je w bezsensowny bełkot. Wyrwała się z mojego chwytu i samodzielnie próbowała tłuc pięściami w potężne pnącza, ale chwile wytchnienia były coraz krótsze.

 – Tylko nie od t… – sapnęła i urwała w połowie. – Ja mam dość… To coś chce mnie wyruchać na śmierć – wyrzuciła z siebie. Każde słowo kosztowało ją wiele wysiłku.

Drżącymi dłońmi wydobyłem z plecaka nóż. Pomimo sztywnej, gumowanej rękojeści palce ślizgały mi się na niej, mokre od potu i śluzu. Podszedłem, opanowując strach od boku do stwora, szukając w kamiennych okowach, jakiejkolwiek szczeliny, by chociaż spróbować go zranić.

Jęki mojej towarzyszki zaczęły zlewać się, mieszając się z dobiegającym z wnętrza odgłosów. Wyginała się, wykręcając w ciasnej przestrzeni. Po kolejnym szarpnięciu, nagle zaczęła niekontrolowanie chichotać.

 – Łasko…  – wyrzuciła z siebie, uderzając pięściami stwardniałe pnącze, grubości torsu dorosłego mężczyzny.

Spróbowałem dźgać ciało bestii, ale przypominało kamień lub beton. Nóż ślizgał się, kurz obsypywał się na ziemię, nie czyniąc temu czemuś żadnej widocznej krzywdy. Dopiero wysoko ponad uwięzioną kobietą, niemal u szczytu wąskiej, szpary tej na wpół żywej pułapki dostrzegłem szczelinę cieńszych, mniej rozrośniętych pasm skamieniałej tkanki. Tym razem, udało się rozchylić pancerz na boki i moim oczom okazało się przypominające ogromnego mięczaka wnętrze. Setka macek, wypustek i przyssawek pulsowała rytmicznie, penetrując każdy skrawek jej ciała.

– Pośpiesz się…. Ale mi dobrze, o tak… Wyjmij mnie stąd… Kurwa… – mówiła drżącym z podniecenia głosem. Poznałem ogarniające ją uczucie, aż za dobrze. Strach i dyskomfort mieszały się z niekontrolowanym podnieceniem.
 – Nie wytrzymam dłużej – wyjęczała i macki wewnątrz na chwilę się rozluźniły. Głęboko we wnętrzu, gruba, zwężająca się kończyna pulsowała pomiędzy nogami ofiary. Jednak, co innego zwróciło moją uwagę. Ciemnoczerwona, niemal fioletowa nabrzmiała, przypominająca krople struktura rosła wysoko nad nią. Pulsowała rytmicznie, a z każdy jej puls zdawał się zgrywać z zadawanymi pieszczotami. Musiałem, jednak do tego czegoś sięgnąć. Wziąłem głębszy wdech i z obrzydzeniem sięgnąłem do środka, wzdłuż ciała kobiety. Po chwili poczułem, że chwyciłem jedną z wypustek. Bez większych oporów wydobyłem obłą, falliczną wypustkę na zewnątrz. Krągłe koniec z wyraźnie zaznaczoną końcówką, zadrżał w moich dłoniach. Miałem przeczucie, że muszę dać temu czemuś dostatecznie dużą zachętę, by otworzyło się, pozwalając mi zadać ten finalny cios. Z trudem balansując na czubkach palców, zbliżyłem wypustkę do ust. Z wnętrza uderzył we mnie spotęgowany zapach kobiecych soków i nieznanej mi słodyczy. Woń zdawała się wypełniać wnętrze stwora i teraz wyciekała, gdy tylko rozchylał się. Gdy polizałem czubek nibyfallusa, stwór rozsunął paszczę szerzej, łaskawie odsłaniając fioletowe serce. Im pilniej i głębiej przyjmowałem odnogę, tym szersza była szczelina. Kolejne macki zbliżały się, wyczuwając nową ofiarę. Po ziemi już sunęły ku mnie nowe, spragnione wici. Wtedy pchnąłem nożem, wbijając ostrze w to, co uznałem za serce stwora. Nagły skurcz ogarnął całe ciało istoty i oboje upadliśmy na ziemię. Odnogi stwora były, jak sparaliżowane i drgały spazmatycznie. Na szczęście uwolnił Sylwię. Razem mogliśmy uciec poza jego zasięg.

– Chyba trafiłeś go w jaja – rzuciła z lekkim uśmiechem, łapiąc oddech.

– Na to wygląda. Spadajmy stąd, zanim dojdzie do siebie.

Ruszyliśmy przed siebie. Im głębiej schodziliśmy, tym cieplej i duszniej się robiło. Całe powietrze wypełniała słodka mgiełka. Wokół widzieliśmy kolejne drgające szczeliny, drobne ukwiały szukające w powietrzu ofiar. Schody zdawały się zbiegać w dół. Schodziłem zaraz za Sylwią i po kilku krokach nagle zdałem sobie sprawę, że jest wyżej ode mnie. Nie rozumiałem tego, już dawno przestałem choćby próbować zrozumieć to kuriozalne wnętrze.

Na samym dole w bocznej salce znaleźliśmy wykonane z tętniącej tkanki łożysko. W objęciach monstrum, niewielkie kobiece ciało wykrzywiało się w pieszczotach, daleko przekraczających możliwości pojmowania człowieka. Grube, przypominające potworne pępowiny macki opanowały jej ciało, wnikając i obejmując. Dopadłem się do straszliwego łoża i zanim moja kompanka coś powiedziała, wbiłem nóż w obcą tkankę. Była gumowata, pokryta siateczką różnobarwnych żyłek i po przecięciu zdawała się drgać, próbując zasklepić rozdarcie. Pępowiny pulsowały szaleńczo i dopiero światło latarki wprost skierowane na nie zdawało się je zmuszać do odwrotu. Odcinałem je, jedna po drugiej, po czym oboje chwyciliśmy jej drobne ciało i wydobyliśmy z wnętrza potwornego łoża. Ostrożnie wyciągałem z niej kawałki pępowiny, która zagnieździła się w jej wnętrzu. Najpierw z gardła. Niemal od razu łapczywie łapała powietrze, kaszląc i wyrzucając z siebie lepki śluz. Sylwia zajęła się pozostałymi pędami. Paula wygięła się w łuk, porażona, a po chwili opadła. Spojrzałem na drugą kobietę, trzymała w dłoniach dwie lekko jeszcze poruszające się wici.

– To nas czekało – powiedziała cicho.

– Ja… Chcę tam wróci… – moja dziewczyna spróbowała odpełznąć w kierunku dziwacznego zbiornika, ale Sylwia chwyciła ją mocno i dała mocny, siarczysty policzek. To musiało poskutkować, bo jej oczy odzyskały wyraz. Gapiła się na nas zaskoczona – Co ja tu robię? – zapytała.

Złapaliśmy ją pod ramiona. Osłabione, odzwyczajone od chodzenia nogi z trudem utrzymywały jej ciała. Na szczęście szybko odzyskiwała sprawność na tyle, by móc się poruszać o własnych siłach. Wyglądała na wymizerowaną, lepki śluz pokrywał jej ciało grubą warstwą.

– Ja przed chwilą byłam na łące, kocha… – zamarła, rozglądając się po przerażającym wnętrzu.

– Jak to? – spytałem cicho.

– Musiałam śnić o tym. Dużo śniłam…

– O seksie? – Sylwia spytała wprost, jakby domyślając się celu tego wszystkiego.

– Też – Paula wydukała – Głównie. Byłam w różnych ciałach, czasach. Ja znam… – zamarła na chwilę.

– Masz jakiś pomysł? – spytałem cicho, rudowłosą towarzyszkę.

– To dziadostwo musi wysysać emocje. Nic dziwnego, że też umie je wzbudzać Ja… Gdy trzymał mnie ten ślimak, czułam, jak wracają zaszyte w ciele wspomnienia.

Dochodziliśmy do szczytu schodów, gdy głośne równomierne dudnienie napełniło całą przestrzeń. Mocny powiew, niczym oddech wzbudził wilgotne powietrze, niczym mocny oddech. Coś obudziliśmy i było coraz bliżej. Natychmiast przyśpieszyliśmy, ale mimo wszystko przestrzeń i odległość zdawała się zmieniać. To, co wcześniej zajęło chwilę, nagle wydłużyło się, ściany i sufity pulsowały, a do tej pory nieruchome kamienne pędy drgały i wibrowały. Z każdej ściany w naszą stronę sięgały długie, delikatne macki. Jedna z nich mnie dotknęła. Fala mrowienia i dziwnego zimna ogarnęła mój bark. Szarpnąłem się, a kolejne macka padła na mnie próbując chwycić.

– Uważajcie na nie! – warknąłem i rzuciliśmy się niemal po omacku w ciemność przed nami.

Korytarz się zmieniał. Nagle potworny łoskot wypełnił pomieszczenie. Spojrzałem za siebie, a wielka humanoidalna sylwetka była zaledwie kilkanaście metrów za nami. Posągi na ścianach ożyły nagle i opadały ze zgrzytem.

Sylwia wydobyła z torby pomarańczowy pistolet i wsunęła racę do środka. Gdy jarzący się na czerwono pocisk wystrzelił, całe wnętrze zapełnił się kakofonią odgłosów i krzyków porażonych istot.

Dotarliśmy w końcu na skraj bagnistej kałuży. Kolejna raca rozpędziła zamieszkującego ją stwora, która nie tak dawno, niemal mnie pochłonął. Grube, jak męskie ramiona wężowate kończyny szamotały się wściekle, porażone blaskiem. Byliśmy coraz bliżej wyjścia na zewnątrz, gdy nagle coś szarpnęło naszą trójką. Odwróciliśmy się, z przerażeniem obserwując, jak długa, szeroka na początku niczym studzienka kanalizacyjna i zwężająca się na końcu, na kształt ludzkiej dłoni wić oplata nogę Sylwii. Kobieta wściekle szarpnęła się, ale wić nie ustępowała. Światło i ogień flary wżerał się w ciało bestii, pozostawiając sączące się granatowe rany. Szybko jednak nowa tkanka zaczęła zarastać uszkodzenia. Wielkie monstrum było coraz bliżej, widzieliśmy jak kroczy na czworaka w ciasnej przestrzeni, by w końcu stanąć za nami.

– Masz jeszcze race? – krzyknąłem.

– To była ostatnia – odpowiedziała Sylwia, kopiąc wściekle, trzymającą ją łapę stwora. W końcu udało jej się uwolnić stopę z buta i na moment wyrwała się, ale macka odrzuciła zdobycz i wystrzeliła jeszcze raz. Złapaliśmy Sylwię za ręce, próbując odciągnąć. Próbowałem przeciąć stwora nożem, ale każde nacięcie natychmiast zarastało świeżą tkanką.

Istota była tuż za nami. Czułem jej zapach, odurzającą woń piżma. Zalała mnie fala podniecenia, Paula wiła się na podłodze, zaciskając dłonie na kobiecości.  Poprawiłem chwyt na nożu i ostatkiem sił dźgnąłem. Dłoń Istoty i mój nóż się spotkały. Cofnęła się zaskoczona, wpatrując się długiemu rozcięciu z którego sączyła się granatowa krew. Dopiero teraz dostrzegłem jej oczy. Szerokie, nienaturalnie wielkie, niczym bezdenne studnie. Słyszałem w głowie jej kakofoniczny, przypominający rozstrojony chór głos. Wezwanie odbijało się od ścian, wnikało w nas, paraliżując i niemal powalając na ziemię.

– Uciekajcie – Sylwia wydyszała. Druga ręka Istoty złapała ją, jak lalkę i pociągnęła do siebie.

Ogłuszeni odczołgaliśmy się dalej. Istota zatrzymała się na chwilę, jakby kontemplując, schwytaną zdobycz. Szybko udało nam się zyskać dystans od niej.

Gdy opuściliśmy potworną jamę, słońce wisiało wysoko nad horyzontem. Obdarci i półnadzy wypadliśmy do lasu.

Nie wiem, jak długo szliśmy przed siebie. W pewnym momencie dobiegł do nas huk maszyny. Czerwono-żółty helikopter przeleciał wysoko nad lasem. Po chwili zawrócił.


EPILOG

Przeżyliśmy, ale wstrząs pozostał. Przytłoczyła nas obcość tego, co doświadczyliśmy. Dalej nie umiem pojąć tego, co nas spotkało. Trafiliśmy do szpitala na niemal tydzień. Badano nas z każdej strony, próbując zrozumieć, co nas spotkało. Co jednak dziwniejsze, cała placówka wydała się nam całkowicie wyludniona. Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że gdy nas znaleziono, ktoś ze służb kazał przenieść pacjentów w inne miejsce, pozostawiając wokół nas rodzaj kordonu bezpieczeństwa. Starsza pielęgniarka o wąskich ustach i krzywych zębach wracała regularnie do naszego pokoju, przynosząc posiłki i informując o terminie kolejnego badania.

Robiono nam wymazy i obdukcję. Nie wiedziałem, co im powiedzieć. Czułem, że prawda, wpędzi mnie w psychiatryczny kaftan.

Po czasie przyszedł do nas postawny starszy Rumun. Był niemal idealnie łysy, a siwiejący, pokaźny wąs kołysał się, jak tylko ten się uśmiechał lub przemawiał.

– Nigdy nie spotkaliśmy się z takim atakiem. Przypuszczamy, że mógł to zrobić niedźwiedź – mówił wolno, wyraźnie. Czuliśmy, jednak że nie mówi nam wszystkiego. – To mogłoby znacząco nadszarpnąć naszą opinią. Turystyka to ważna gałąź w naszym kraju i nie chcielibyśmy, by… Takie zjawiska wpływały na nią.

– Rozumiemy. Kiedy będziemy mogli opuścić szpital?

– Nawet jutro. Mam dla was dobrą wiadomość. Skontaktowaliśmy się z polską ambasadą. Zorganizowaliśmy dla was samolot powrotny. Pracownik ministerstwa odwiezie was do waszego akademika, a potem na lotnisko. Czy to jasne?

– Tak. Dziękujemy. My nie…

– Cóż, jesteśmy gościnnym krajem, ale dobrze, gdybyście wrócili do domu. Tak będzie dla was najlepiej.

– Ehm. Dziękujemy i tak – pokiwałem głową. Czułem, że chcą się nas pozbyć. Nie wierzyłem w jego wyjaśnienia, ale i tak było to nam na rękę. Oboje pragnęliśmy wrócić do domu i oddalić się od tego kraju.

Po Sylwii niestety ślad zaginął. Ekipa poszukiwawcza ponoć kilka dni szukała jej, ale nic nie znaleziono.

Koniec.

259
9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9/10 (1 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.