Dzikość Karpat (II) - Ślady i powroty
22 czerwca 2026
Dzikość Karpat
43 min
Wracamy do Janka i Pauli. Miłej lektury!
Jeszcze przez dłuższą chwilę pokrzykiwania pozostawionego w chacie mężczyzny rozdzierały noc. W końcu ucichły, zastąpione rzężeniem silnika starego samochodu. Stara Łada drżała, jakby zaraz miała rozsypać się w pyle, a w całości trzymało ją jedynie zastygłe błoto. Gdy w końcu ruszyliśmy, poczułem nieopisaną ulgę. Udało nam się wyrwać z rąk tego zboczeńca i teraz powoli sunęliśmy przez pogrążone w mroku leśne drogi. Szczęśliwie zasięg sieci wrócił jeszcze nieopodal chaty.
„Przynajmniej wiemy, dokąd jechać” – pomyślałem.
Paula leżała podkurczona na fotelu obok jakby nieobecna. Potrząsnąłem nią lekko, sprawdzając, czy nie straciła przytomności. Spojrzała na mnie tylko mętnym wzrokiem i ponownie utkwiła spojrzenie w czerni za oknem. Sprawiała wrażenie, jakby poruszała się na sznurkach, powolnymi, rwanymi ruchami. Jedynie spieczone usta zdawały się rozchylać i zamykać bezgłośnie. Niepokoiło mnie to, ale sam nie potrafiłem z nią teraz rozmawiać.
Kolejne kilometry pokonywaliśmy szybko, lecz groźba wciąż wisiała w powietrzu. Cieszyłem się, że pozostawiony za nami mężczyzna nie dopadnie nas. Nawet jeśli uda mu się prędzej, czy później rozciąć pęta z taśmy, będziemy dostatecznie daleko od niego. Pragnąłem dotrzeć do jakiejkolwiek cywilizacji, wyrwać się z tych przeklętych, zapomnianych przez Boga gór. Wskazówka miernika paliwa niebezpiecznie zbliżała się do zera. Zaciskałem palce na chropowatej skórze kierownicy i w duchu modliłem się, byśmy wydostali się stąd cało.
– Żyjesz? – spytałem cicho, widząc, że kłębek na siedzeniu obok zaczyna się poruszać.
– Ledwo – wyszeptała. – Daleko jeszcze?
– Tak. Strasznie okrężna ta trasa.
– Zatrzymasz się za jakiś czas?
– A co?
– Niedobrze mi – powiedziała.
Zerknąłem na nią. Była cała zaczerwieniona, a na czole perliły się drobne kropelki potu.
– I tak muszę zatankować – odparłem.
Na szczęście znaleźliśmy stację benzynową. Żółtawy, ledwo oświetlony znak stojący na wjeździe do niewielkiego miasteczka był widoczny już z daleka na tle pogrążonych w mroku gór. Ciężko mi opisać uczucie, jakie ogarnęło mnie, gdy wchodziłem do oświetlonego klinicznym, jarzeniowym światłem wnętrza. Sądząc po minie kasjerki, wyglądałem jak ostatnie nieszczęście. Na szczęście nie dopytywała o nic. Spojrzała tylko na mnie z ubolewaniem, po czym, gdy wyszedłem ze stacji, wróciła do swojego fotela wciśniętego w kącie i napoczętej książki. Paula wróciła do auta po chwili – blada i drżąca. Podałem jej świeżo kupioną wodę.
– Dojedziemy tym? – spytała cicho.
– Nie wiem. Na razie jedzie.
– A potem?
– Trzeba będzie je porzucić gdzieś.
– Z tyłu nadal leży jego strzelba – powiedziała, a jej oczy utkwiły w ciemnym przedmiocie na podłodze.
– Jak się trzymasz? – spytałem.
Nie spojrzała mi nawet w oczy. Przytuliliśmy się na chwilę i wsiedliśmy z powrotem do auta. Gdy rzężenie gaźnika ucichło, zastąpione miarowym odgłosem silnika, usłyszałem jej cichy głos:
– Jeszcze nie wiem. Po prostu chcę do domu.
– To koniec. Skurwiel długo się zastanowi, zanim kogoś znowu skrzywdzi.
– Ja… dlaczego ty…
W jej rwanych słowach słyszałem zarzut i wściekłość mieszającą się ze łzami. Dlaczego mu na to pozwoliłem? Dlaczego nie rzuciłem się na kogoś, kto trzymał broń? Szukałem odpowiedzi, ale czułem, że żadna nie będzie satysfakcjonująca.
Auto zostawiliśmy na wjeździe do miasta, na parkingu przy jednym z osiedli. Wsiedliśmy do pustego o tej porze autobusu i wkrótce dotarliśmy do bezpiecznej przystani akademika.
Następny dzień mógłby właściwie nie istnieć – był jedną wielką, ociężałą pauzą. Obudziliśmy się późno, długo walcząc z samym sobą, by wreszcie wyjść z łóżka. Nie miałem siły. Czułem się potwornie zmęczony. Wstawałem na raty, zmagając się z napływającymi zawrotami głowy i migreną, która rozsadzała mi czaszkę.
– Mamy coś przeciwbólowego? – spytałem, rozcierając skronie.
– Mam w torbie ibuprofen – rzuciła Paula ospale. – I zgaś światło, błagam – wyszeptała, zawijając się ciaśniej pod kołdrą.
Znalazłem białawy listek i wydusiłem dwie tabletki. Przełknąłem je, popijając letnią wodą z butelki znalezionej na podłodze.
– Zrób coś z tym światłem, głowa mi zaraz wybuchnie – wychrypiała Paula, chowając głowę pod poduszkę.
Dowlokłem się do okna i poprawiłem przekrzywioną roletę, jak tylko umiałem.
– Dzięki – szepnęła.
– Chodź, zjesz coś. Zrobię nam śniadanie – zerknąłem na zegar, który wskazywał piętnastą. – Późne śniadanie.
– Nie chcę. Nie mam ochoty.
Zajrzałem do lodówki. Poza dwiema puszkami piwa i resztką dżemu świeciła pustkami.
– Zamówię pizzę – stwierdziłem. Oboje potrzebowaliśmy czegoś ciepłego i znajomego.
Gdy po kilkunastu minutach wróciłem do pokoju z jedzeniem, Paula uniosła się na łokciach, niemrawo podnosząc się z poduszki. Kołdra leżała niedbale zrzucona na bok, podobnie jak koszulka.
– Podejdź.
Zbliżyłem się. Poczułem na skórze jej chłodne palce – najpierw na piersi, potem na boku. Ciemne wybroczyny, szersze od dłoni, pokrywały cały mój lewy bok.
– Nie wiem. Nie zwróciłem na to uwagi wcześniej.
– Boli, kiedy dotykam? – spytała, sprawdzając, czy mam całe żebra.
Pokręciłem tylko głową. Nic nie bolało.
Po chwili ona również się odchyliła. Miała identycznego siniaka – przypominającego trójpalczastą łapę – rozlewającego się na wysokości najniższego rzędu żeber.
– Niezbyt, to chyba tylko jakieś otarcia – powiedziałem.
Dzwonek telefonu przerwał oględziny. Pizza przyjechała. Wciągnąłem pośpiesznie spodenki i koszulkę, lepiące się do wciąż wilgotnej skóry, i wyszedłem z pokoju.
Z czasem wracaliśmy do zwykłej codzienności. Ciemne znamiona na naszych bokach zmniejszyły się znacznie i zblakły, pozostawiając po sobie jedynie trzy ciemniejsze smugi. Początkowo rozważaliśmy porzucenie wolontariatu i wyjazd do Polski, ale szybko dotarło do nas widmo konieczności pokrycia kosztów pobytu, które kryły się w naszym porozumieniu z uczelnią.
Spałem niezbyt dobrze, borykając się z wciąż dziwniejszymi koszmarami. Przebudzałem się kilka razy w ciągu nocy, z niejasnym poczuciem przerażenia i niepokoju. Nie wiem, co dokładnie mi się śniło. W pamięci pozostały mi zaledwie, krótkie urywki i głębokie poczucie bezsilności. Przez pierwsze kilka nocy budziłem się co godzinę lub dwie i nie mogłem zasnąć, a gdy wreszcie udawało mi się odpłynąć, wpadałem w lepką ciemność bez snów, po której rano budziłem się równie zmęczony. Wracałem z wolontariatu do pokoju i potrafiłem zasnąć, budząc się dopiero pod wieczór, choć nigdy wcześniej tak nie miałem.
Tyle dobrego, że praca w laboratorium była na tyle prosta, iż średnio rozwinięty orangutan lub student drugiego roku, dałby sobie z nią radę. Głównie cięliśmy i miażdżyliśmy liście oraz korzonki, by potem gotować je w szklanych kolbach wypełnionych odczynnikiem, a następnie rozpipetować zielonkawy płyn do szeregu probówek. Większość z nas, mniej lub bardziej po kryjomu, słuchała na słuchawkach kolejnych audiobooków, bo trudno było wytrzymać mozolne, mechaniczne rozcieranie, przemywanie i mycie. Czuliśmy się jak na zmywaku w jakiejś futurystycznej kuchni, albo w pracowni szalonego alchemika.
Nasz opiekun stażu zauważył moje zachowanie i proponował wzięcie wolnego lub przynajmniej przewietrzenie się. Możliwe, że spodziewał się, iż mogę zaraz zemdleć – patrząc na podkrążone oczy i bladą skórę, była to całkiem oczywista konkluzja. Skłamałem, zrzucając wszystko na przeziębienie, ale jedynie pokręcił głową z niedowierzaniem i odszedł na bok. Oczywiście nie musieliśmy tu być w zdrowiu i w chorobie, lecz mimo wszystko czułem, że lepiej zrobi mi przebywanie wśród ludzi.
Podziwiałem Paulę, która znosiła to wszystko lepiej. Nie wiedziałem, czy to wyparcie, czy jakaś tajemnicza wewnętrzna siła. Cieszyło mnie, że dobrze się czuje. Wciąż pamiętałem jej słowa z parkingu przed stacją benzynową. Nie nazywała tego wprost, ale w naszej relacji dało się odczuć narastający dystans. Musiała obwiniać mnie za to, co nas dotknęło. Sam się obwiniałem i dopiero powoli wracałem do normalności. Skłamię, mówiąc, że między nami panował zupełny chłód. Kochaliśmy się, sama na to naciskała, i przez pierwsze dni wydawało mi się, że jest lepiej. Pamiętam, że rozmawialiśmy o moich problemach ze snem, ale jedynie wzruszyła ramionami.
W laboratorium panował przyjemny chłód. Schowany w kącie sali, w białym, choć już zaplamionym na rękawach odczynnikami kitlu, zgniatałem w ciężkim ceramicznym moździerzu kolejną kępkę bulw, od czasu do czasu dodając do pasty odrobinę alkoholowego roztworu. Mimo dobrej wentylacji szpitalny spirytus uderzał w nos. Stojący obok mnie doktorant – śniadoskóry Rumun o orlim, mocno zarysowanym nosie – w mnisim skupieniu napełniał kolejne probówki żółtym roztworem. Potem probówki zostaną ogrzane i włożone do wirówki, gdzie, miejmy nadzieję, osadzą się niewielkie krople skoncentrowanej treści komórek. Przynajmniej tak to opisał.
– Jak ci idzie? – spojrzałem znad moździerza. Z naprzeciwka zbliżała się moja dziewczyna. Lekko rozpięty kitel odsłaniał niebieską spódniczkę i bluzkę w żółtawo-bordowe paski.
– Nieźle, a tobie?
– Skończyliśmy jedną partię i mam chwilę przerwy – rzuciła z uśmiechem, siadając po przeciwnej stronie stołu na obrotowym krzesełku.
– Mnie jeszcze chwilę tu zejdzie.
– Myślałam, że wyciągnę cię na krótki spacer – uśmiechnęła się.
– Jak mi pomożesz, to szybciej się uwiniemy – zaproponowałem.
Paula przesunęła się bliżej. W pierwszych chwilach nie zwróciłem na to uwagi, lecz cały czas widziałem, jak delikatnie się uśmiecha. Jakby czekała na coś, a ja nie miałem pojęcia na co. Nagle hałas z boku wyrwał mnie z zamyślenia. Doktorant rozkaszlał się mocno, a strumyczek żółtego płynu popłynął po metalowym blacie stołu.
– Może wody? – zapytałem, ale podziękował. Spojrzał tylko dziwnie w oczy Pauli z osobliwym uśmiechem na ustach, po czym odszedł na bok.
Zajęło mi znacznie dłużej, zanim zobaczyłem, to co on. W szerokiej przeszklonej szczelinie między stołami doskonale widać było jej pełne, rozwarte szeroko uda. Uniesiona, pozornie przez przypadek spódniczka naprowadzała wzrok wprost skraj jej kobiecości. Obaj musieliśmy zobaczyć to samo. Nie wiem, co w nią wstąpiłem, ale uśmiechała się teraz niewinnie. Zawstydziłem się, mogłem jedynie schować czerwoną twarz przed innymi, pochylając się głębiej nad moździerzem i walcząc z zapachem spirytusu.
– Nie zgubiłaś czegoś? – spytałem cicho.
Czułem na nas jego wzrok, jak świdrował moją dziewczynę. Jednocześnie problem w spodniach osiągnął poziom krytyczny, więc tym bardziej nie mogłem zbytnio się ruszyć.
– Nie. Wszystko mam.
– Na pewno?
– Oj tam. Na sobie, czy w torebce – wzruszyła ramionami i odeszła na przerwę.
Gdy opanowałem się nieco, ruszyłem za nią. Wyszła na moment, stojąc w przejściu prowadzącym do ogrodu. Jej twarz tonęła w słońcu. Brązowe włosy opadały lekkimi falami na ramiona.
– Nie marudź, nie mów, że ci się nie spodobało – powiedziała, bawiąc się kosmykiem włosów.
– Wiesz, że tak – szepnąłem, przytulając ją do siebie – ale nie musisz się pokazywać, tak wszystkim w labie.
– Nie wszystkim – wyszeptała.
– Tylko mi i Stefanowi? – usłyszała irytację w moim głosie.
W jej oczach był ten błysk samozadowolenia i podniety.
– Mniej stresu. Odpuść i daj się ponieść – zacisnęła palce na żołędzi.
Jęknąłem głośno. Bezmyślnie wciągnąłem ją głębiej. Zasłaniał nas żywopłot z cyprysów i wysokie krzewy z dziwnymi, szerokimi liśćmi. Miałem nadzieję, że żadne ciekawskie dziecko, ani żaden dorosły nie zajrzy tutaj. Usiadłem na przykrytej igliwiem ziemi, pozwalając by zajęła miejsce na mnie, przykrywając nas luźnym, materiałem spódniczki.
– Nie ma… – zaprotestowałem.
– Nic nie szkodzi – powiedziała i wsunęła mnie do swojego ciepłego, wilgotnego wnętrza.
Po chwili z miłosnego uniesienia wyrwało nas odległe szczekanie psa i odgłosy dzieci. Wcisnąłem sterczącą męskość w spodnie, pomstując i po chwili wyszliśmy z krzaków. Odczekaliśmy chwilę, by chociaż zachować pozory.
– Ciekawe, o czym pomyślał twój sąsiad z biurka – rzuciła, gdy wracaliśmy z przeciągniętej przerwy.
– Myślę, że będzie o tobie sporo myślał – stwierdziłem. Ukłucie zazdrości nie pozwoliło mi, nie zadać kolejnego pytania – To dlatego, to zrobiłaś przy nim?
– By fantazjował o mnie? Może…
– Podoba ci się.
– Poproszę o inny zestaw pytań.
– Myślałaś o nim, gdy to robiliśmy? – po chwili dotarło do mnie, że powiedziałem to na głos, ostatnie słowo zawisło w powietrzu, jak katowski topór.
Paula spojrzała na mnie kątem oka, poprawiając sukienkę. Gdy wchodziliśmy do laboratorium odeszła w swoją stronę w milczeniu.
– To było kiedyś… Tak jest lepiej.
Palec, jakby przypadkiem omsknął się jej z mojego paska i zsunął niżej. Nacisnęła na materiał, aż poczuła wypukłość ciała. Rozejrzałem się nerwowo, byliśmy w ogrodzie botanicznym w środku miasta. Pomimo, że była to boczna alejka, to regularnie kręcili się tu ludzie.
– Co masz na myśli? – spytałem, nerwowo przełykając ślinę, gdy naciskała na rozporek.
– Pozwól sobie na więcej. Może będziesz miał mniej tych koszmarów i w ogóle – rozpięła zamek, cofnąłem się o krok, między wysokie cyprysy. Czułem metal zamka wbijający się w skórę, gdy wyjmowała moją męskość na zewnątrz.
– Mhm – westchnąłem, spróbowałem jej przerwać, ale uciszyła mnie – Co ma jedno do drugiego? – zapytałem w końcu.
„To wariactwo” – pomyślałem. Pragnąłem jej, a sama świadomość, że od zdobycia upragnionego celu dzieli mnie jedynie luźny materiał sukienki, dodał mi jeszcze więcej ochoty i wigoru.
– Mniej stresu. Odpuść i daj się ponieść.
Zacisnęła palce na żołędzi. Jęknąłem głośno. Bezmyślnie wciągnąłem ją głębiej. Zasłaniał nas żywopłot z cyprysów i wysokie krzewy z dziwnymi, szerokimi liśćmi. Miałem nadzieję, że żadne ciekawskie dziecko, ani żaden dorosły nie zajrzy tutaj. Usiadłem na ściole, a ona na mnie, unosząc i zakrywając mnie luźną spódniczką.
– Nie mam… – zaprotestowałem.
– Nic nie szkodzi – powiedziała i wsunęła mnie do swojego ciepłego, wilgotnego wnętrza.
Po chwili odległe szczekanie psa wyrwało nas. Wcisnąłem sterczącą męskość w spodnie pomstując i po chwili wyszliśmy z krzaków. Odczekaliśmy chwilę, by chociaż zachować pozory.
– Ciekawe o czym pomyślał twój sąsiad z biurka – rzuciła, gdy wracaliśmy z przeciągniętej przerwy. Czułem, że będę musiał przyśpieszyć, by wyrobić się.
– Myślę, że będzie o tobie sporo myślał – stwierdziłem. Ukłucie zazdrości nie pozwoliło mi, nie zadać kolejnego pytania – To dlatego, to zrobiłaś przy nim?
– By fantazjował o mnie? Może…
– Podoba ci się.
– Poproszę o inny zestaw pytań.
– Myślałaś o nim, gdy to robiliśmy? – po chwili dotarło do mnie, że powiedziałem to na głos, ostatnie słowo zawisło w powietrzu, jak katowski topór.
Paula spojrzała na mnie kątem oka, poprawiając sukienkę. Gdy wchodziliśmy do laboratorium odeszła w swoją stronę w milczeniu.
„Czemu ja to robię?” – pomyślałam, wsparta o umywalkę i poprawiając makijaż. Przez chwilę zastanawiałam się nad wyborem właściwego koloru szminki, ostatecznie decydując się na głęboki fiolet. Różowa maszynka do golenia na umywalce lśniła od wilgoci. Wrzuciłam buteleczkę perfum do kosmetyczki, mając nadzieję, że lekka mgiełka nie będzie zbyt intensywna. Ostrożnie zapięłam kremowy stanik z delikatnym, koronkowym brzegiem. Moje piersi wyglądały w nim kusząco, zwłaszcza ostatnio, choć miałam wrażenie, że biustonosz jakby nieco się skurczył. Z trudem udało mi się go dopiąć. Wsunęłam palce w materiał majtek, jeszcze raz upewniając się, czy jestem dostatecznie wydepilowana.
„To tylko szybka kawa” – przeszło mi przez myśl, gdy ruszyłam do pokoju. Na wieszaku czekała jasna koszula z drobnymi, fioletowymi guzikami oraz jasnoniebieska spódniczka do połowy uda. Rozważyłam, czy dodać pończochy, zwłaszcza te ze wzorkiem wzdłuż łydki, lecz ostatecznie postanowiłam tego nie robić.
Gdy wciągałam spódniczkę, serce biło mi niczym dzwon. Sama myśl, że mam to teraz na sobie, była podniecająca i przerażająca zarazem. Janek wyszedł na chwilę do sklepu, więc zapewne wróci niebawem. Nie byłam gotowa na rozmowę z nim. Nasz związek przeżywał kryzys, po tym co zrobił, a raczej, czego nie zrobił w górach. Jego bezradność i poddanie było dla mnie trudne do zniesienia.
Prawdę powiedziawszy, za każdym razem, gdy cofam się myślami do wydarzeń w górach, fala przerażenia, nienaturalnej podniety i czystej ekscytacji wypełnia mnie całą. Duszę to w sobie, spycham na margines świadomości. Sen, który dzieliliśmy w górskiej jaskini, otworzył mi oczy na wiele rzeczy. Byłam pewna, że było w tym coś więcej, niż tylko sen. Może to był znak i obietnica. Ta Istota przemawiała do mnie, śpiewała w języku, którego nigdy nie zdołam powtórzyć, a jednocześnie, jak nigdy wcześniej odczuwała niezwykłe zjednoczenie z nią. Odkryła przede mną całą gamę barw, doznań i emocji, wyostrzając i wzmagając moje potrzeby. Potem była chata i ten potwór – ogromny, owłosiony, z łapami jak bochny chleba i przyrodzeniem, które wywołało we mnie najczystsze przerażenie. Bałam się go, ale Ona dała mi siłę. Wiedziałam, że to próba, najcięższy sprawdzian, by dostąpić jej prawdziwej mocy. Najtrudniejszy jednak był widok Janka – leżącego, zupełnie poddanego, patrzącego z dołu, jak ostrożnie i z lękiem dosiadam tego wielkiego samca. Z odrazą patrzyłam, z jaką przyjemnością korzył się przed moim oprawcą, dogadzał mu i zachęcał mnie do poświęcenia. Byłam bezbronna, mając tylko siebie, i zrobiłam, co mogłam. Dziękuję jej za ten dotyk, dar, który sprawił, że na chwilę mogłam postrzegać własne ciało i samą siebie obdartą z bólu i brudu. Odrzuciła cierpienie, pozostawiając ekstrakt rozkoszy.
Początkowo okłamywałam samą siebie. Próbowałam kochać się z Jankiem, zachowywać, jakby nic się nie zmieniło, ale nie umiałam. Ona pokazała mi rozkosz czystą i obdartą z lęku oraz oceny. On nigdy nie był w stanie mi takiej zapewnić. Ze wstrętem skrzywiłam się na myśl, że w jego dłoniach nigdy nie zbliżę się do bliskości z Boginią. Tam, w chacie, czułam jej głos – namacalną, wszechogarniającą bliskość, nadludzką pieszczotę.
Odkąd wróciłam szukałam tego samego. Na początku z moim chłopcem, ale ledwo dawał radę wykrzesać we mnie iskrę. Potem robiliśmy to w ogrodach uczelni, nawet na parkowej ławce. Publiczne miejsca i ryzyko wzmagały efekt, lecz wciąż daleko było temu do wyzwalającego uderzenia, niezwykłego szału i poczucia wszechmocy. Wciąż nie byłam gotowa, by ją przyjąć, a z Jankiem, nigdy tego stanu nie osiągnę.
Potem nadchodziła noc, a ja zasypiałam i we snach wracałam tam, w góry. Słowa tej górskiej Bogini, nawet jeśli ich nie rozumiałam, na emocjonalnym poziomie były jasne i klarowne. Po każdym takim śnie budziłam się rano mokra od potu i brudna od soków. Uciekałam do łazienki. Na początku wystarczał prysznic, lecz później onanizowałam się. Robiłam to znacznie częściej niż kiedyś. Najpierw palcami, potem dużym, obłym grzebieniem z czerwoną rączką. Gdy to robiłam, czułam, że senna Bogini jest blisko, bardzo blisko, ale uczucie szybko uciekało, odchodziło w niepamięć.
Któregoś dnia wracałam samotnie z uczelni. Siedziałam z tyłu autobusu naprzeciwko starego, siwego mężczyzny. Patrzył na mnie chciwie, gdy zaledwie błyskał cień moich ud. Przez moment byliśmy sami i wtedy to zrobiłam. Rozsunęłam uda, bezczelni unosząc spódniczkę, chociaż drżenie nóg i galopujące serce ledwo pozwalały mi usiedzieć na miejscu. Gapił się na mnie, oblizując usta, a grdyka latała mu pod obwisłą skórą chudego gardła. Mimo, że nie było w nim niczego podniecającego. Wypadłam na dwór na kolejnym przystanku. Gdy mijałam go, uśmiechnął się lekko i skinął głową. Był świadom, że w tym akcie ekshibicjonizmu nie było żadnej obietnicy, a jedynie równa wymiana.
Kolejnego razu na uczelni, w przerwie, schowałam się w toalecie, a myśli krążyły wokół jednego, natrętnego pomysłu. Wychodząc z kabiny, zerknęłam do torby. Pod pudełkiem na kanapki i książką leżała para niebieskich majtek. Potem, jak gdyby nigdy nic, podeszłam do chłopaków. Janek siedział z tym wysokim, dość przystojnym doktorantem, który podobał mi się od początku wolontariatu, choć nigdy nic z tym nie zrobiłam.
Podeszłam do nich, usiadłam na wysokim, obrotowym krześle i zrobiłam to znowu. Doktorant niemal się zakrztusił, patrząc na mnie, mój ukochany również, a ja poczułam gorąco rozlewające się po podbrzuszu, szalone dudnienie adrenaliny w żyłach i cichy, zadowolony szept Bogini w głowie. Niestety mój luby zareagował dokładnie tak, jak się spodziewałam. Nawet nie chciał słuchać tego, co miałam do powiedzenia.
Próbowałam się pohamować, ale to było silniejsze ode mnie. Im bardziej się powstrzymywałam, tym ciało reagowało gwałtowniej, jak u narkomana, któremu nagle odstawiono ulubioną używkę. Drżałam, nie mogłam zasnąć, a gdy wreszcie zasypiałam, dręczyły mnie koszmary i te uporczywe migreny. Kilka dni później w akademiku odbywała się impreza. Zwykle większość przenosiła się w plener, lecz tym razem późną nocą zabawa przeniosła się na piętro niżej. Janek zasnął szybko, a ja leżałam, nie mogąc zmrużyć oka. Wydawało mi się, że głowa mi eksploduje. W końcu poszłam do łazienki, ściskając w spoconej dłoni obły kształt grzebienia. Posmarowałam go lubrykantem, lecz i to niewiele pomagało. Wreszcie naciągnęłam granatową bluzę i dresy, po czym wyszłam na korytarz. Jakiś otyły chłopak w T-shircie z logiem FC Barcelony stał przy uchylonym oknie, kończąc papierosa. Wyglądał na pijanego, zataczał się lekko. Zaczęłam fantazjować, a wszystko we mnie krzyczało, by te fantazje zrealizować – pchało mnie w jego stronę.
Trzasnęłam drzwiami, walcząc z tą przemożną wolą, i ruszyłam z powrotem do sypialni. Kolejne dni były ciche. Z Jankiem mało rozmawialiśmy i wiedziałam, że nie potrafię do niego dotrzeć. Byłam tak cholernie niespokojna i spragniona, a gdy na niego patrzyłam, w głowie dudniło mi tylko: „to za mało”.
Znowu próbowałam spychać to na skraj świadomości, walczyć z narastającym pragnieniem, lecz potem na uczelni zagadnął do mnie ten doktorant. Nazywał się Stefan i był bardzo czarujący. Przez dłuższą chwilę przerzucaliśmy się wspomnieniami koncertów, na których byliśmy, potem dużo opowiadał o swoich wyjazdach i projektach. Gdy mimochodem wspomniał o tym, co wydarzyło się wtedy w laboratorium, zaczerwieniłam się. Próbowałam jakoś wytłumaczyć to wszystko, ale on jedynie przeprosił za wścibstwo i podziękował za niespodziewany pokaz.
„Myślałeś o tym później?” – spytałam go potem. Odwzajemnił moje spojrzenie i pokiwał głową.
„Może skoczymy razem na kawę?” – zapytał cicho.
„Ja jestem z…” – wyszeptałam przerażona.
„To tylko kawa z kolegą” – uśmiechnął się, lecz wiedziałam, że to jedynie pozór.
Odmówiłam, bo to było zbyt wiele, nawet dla mnie. Gdy nadszedł wieczór i leżeliśmy z Jankiem w łóżku, nie wiem, co mnie podkusiło, by napisać do niego na Messengerze. Napisałam, że następnego dnia umówiłam się z dziewczynami na piwo i jeśli ma ochotę, możemy złapać się na kawę wcześniej.
„Tylko ubierz tę niebieską spódniczkę. Ładnie ci w niej” – napisał do mnie, a telefon prawie wypadł mi z rąk.
– Ładnie pachniesz – powiedziałem, przytulając ją na odchodne. Błękitna spódniczka i bluzeczka zapinana na nieduże guziki sprawiały, że wyglądała niczym grzeczna uczennica.
– Dziękuję.
– Gdzie lecicie? – spytałem.
– Jak zwykle pewnie na kawę, może drinka i jakieś lody – odpowiedziała zdawkowo, a na jej policzku pojawił się leciutki rumieniec.
– A wy?
– Pewnie na piwo. Chłopaki wspominali o jakiejś nowej knajpie z konsolami, więc szykuje się walka na śmierć i życie w FIFĘ – uśmiechnąłem się półgębkiem. – Ale jak na ciebie patrzę, to aż żałuję, że nie idziemy razem.
Uśmiechnęła się nieznacznie i ruszyła w stronę windy, jakby lekko zawstydzona. Stałem jeszcze przez chwilę pod drzwiami, kontemplując jej zachowanie. Wszedłem w milczeniu do windy, gdzie dwóch czarnoskórych studentów z koszami pełnymi prania dyskutowało o czymś intensywnie.
Czekałem pod akademikiem jeszcze dłuższą chwilę, zanim pojawili się koledzy i razem ruszyliśmy na miasto. Przy konsoli szło mi całkiem dobrze, choć w ogólnym rozrachunku najwyżej remisowałem. Nie było to jednak istotne. Najważniejsza była pierwsza od dłuższego czasu okazja, by oderwać myśli od tego szaleństwa i choć na chwilę odpocząć. Gdy dosiadły się do nas koleżanki Petry – Sara i Julia, dwie blondynki prosto z Czech, które na pierwszy rzut oka wzięliśmy za siostry, wybuchła męska rywalizacja i gra szybko stała się nieznośna.
Porzuciliśmy konsole i przenieśliśmy się przecznicę dalej, do schowanego między blokami studenckiego pubu, który wygrywał przede wszystkim ceną piwa i kilkoma stołami do bilarda. Sara, nieco starsza z nich, w różowej bluzce z dość wydatnym dekoltem, najwyraźniej zapragnęła nauczyć się grać – a może tylko dobrze udawała zagubioną – i szybko znalazła się w centrum uwagi wszystkich chłopaków. Każdy był gotów do pomocy. Julia była bardziej wycofana i jedynie obserwowała te zaloty z wyraźnym ubolewaniem. Na początku sprawiała wrażenie mało przystępnej. Gdy jednak zobaczyłem na jej ramieniu znajomy kształt tatuażu i rozmowa zeszła z narzekań na studia na ulubione zaklęcia z „Harry’ego Pottera”, odsłoniła swoją znacznie sympatyczniejszą stronę. Przenieśliśmy się na kanapy, obserwując resztę graczy. Z każdym kolejnym piwem dystans między nami się skracał. Gdy patrzyłem, jak dumnie się pręży obok, niby od niechcenia bawiąc się kosmykami blond włosów, nie tylko moje ego poczuło się mile połechtane. Dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy niby przypadkiem przesunęła stopą po mojej łydce. Spojrzałem na nią karcąco, widząc, jak rumieni się i chowa za kuflem piwa.
Nie miałem szczególnej ochoty na flirt, tym bardziej że ostatnio między mną a Paulą było różnie. Niby nic złego się nie wydarzyło, ale oddalaliśmy się od siebie. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, stała się niedostępna, nie chcąc dzielić się ze mną swoimi odczuciami. Z drugiej strony wydawało się, że po początkowym kryzysie szybko doszła do siebie, wręcz odkrywając ekshibicjonistyczną i nieco bardziej wyuzdaną stronę swojej natury. Na samą myśl o tamtej górskiej chacie zrobiło mi się niedobrze.
Z rozmyśleń wyrwało mnie szturchnięcie Julii, która ciągnęła mnie do stołu bilardowego. Zagraliśmy w dwóch zespołach i ku mojemu zaskoczeniu to, co jeszcze przed chwilą sama krytykowała jako płytką próbę przypodobania się chłopakom, teraz stało się również jej udziałem. Nie mogłem nie dostrzec, jak wypina zgrabną pupę opiętą krótkimi, jasnymi szortami, prosząc mnie z premedytacją, bym pomógł jej lepiej ułożyć się przy stole. Kątem oka dostrzegłem jasnoróżową linię stringów, przyjemnie kontrastującą z miodowo opaloną skórą i czarnym tatuażem konika morskiego, który wystawał spod spodenek.
Alkohol uśmierzył wyrzuty sumienia wobec Pauli, lecz szybko się opanowałem. Nawet jeśli ciało było w pełnej gotowości, wciąż miałem dość godności, by wycofać się z twarzą. Zakończyliśmy partię, pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem w stronę wyjścia. Julia oczywiście dołączyła do mnie po chwili.
– Chyba wracamy w podobną stronę – rzuciła cicho. Mówiła z ładnym akcentem, próbując wplatać polskie słówka. Jak się okazało, jedna z jej babć pochodziła z Polski.
– Na to wygląda – odpowiedziałem.
– Może odprowadzisz mnie? Późno się robi – usłyszałem niby mimochodem. Musiałem wziąć głębszy oddech.
– Jasne. Wiesz, ja mam kogoś. Nie chciałbym robić ci fałszywych nadziei – wydusiłem z siebie, widząc zbliżający się autobus.
– Rozumiem – na jej policzku pojawił się lekki rumieniec – nie przeszkadza mi to.
– Ale mnie tak – prawie się zakrztusiłem. Wsiedliśmy w milczeniu do autobusu.
Nie mogłem zostawić jej samej. Odprowadziłem ją do bloków, w których mieszkała – jak się okazało, zaledwie jeden przystanek od mojego. Niewiele rozmawialiśmy, głównie o rodzinie i tym, że często bywała we Wrocławiu. Przez cały czas lodowaty szpikulec sumienia dźgał mnie w plecy, a jednocześnie coś pchało mnie w ramiona Czeszki. Jakby jakiś diablik wciskał mi do głowy kolejne obrazy jej ciała, dorysowując ciąg dalszy tatuażu, którego skrawek wystawał spod obcisłego topu. Z każdym krokiem fale gorąca zalewały mnie, dudniąc w uszach. Gdy nasze spojrzenia się spotykały, język stawał mi kołkiem. Nie wiem, czy to przez alkohol, czy przez coś innego, ale gdy tylko próbowałem się odsunąć, czułem, że tracę kontrolę nad własnym ciałem.
„Zrób to, przecież nikt się nie dowie” – szeptało coś we mnie. Coś? Moje pijane, napalone ja. W domu czekała Paula w tej niebieskiej kiecki i Bóg wie, czym pod spodem.
Otworzyły się drzwi klatki schodowej i Julia zaprosiła mnie do środka. Nie wiem, kiedy stałem już w progu jej mieszkania. Usłyszałem głuche trzaśnięcie za plecami.
– Sara pewnie jeszcze chwilę zabawi z chłopakami – dobiegło mnie jakby z oddali.
Poprowadziła mnie do pokoju, z białym tanim biurkiem zarzuconym książkami i łóżkiem z dużym, pluszowym jednorożcem. Usiadłem na skraju łóżka, przytrzymując się tandetnej ramy, jakby to była moja jedyna kotwica. Czułem, że tonę, gubiłem się w tym, a jednocześnie coś, jakby nie pozwalało mi się wynurzyć. Na samą myśl o wyjściu stąd, ogarniał mnie paniczny lęk. To było, jak wewnętrzny przymus, nacisk prowadzący mnie do zdrady, odpuszczenia granic i dotychczasowych zasad.
Każdy oddech wydawał się trudniejszy, a gorąco i ból promieniowały z boku, gdy tylko spróbowałem ruszyć się w kierunku drzwi. Poprawiłem się, czując męskość napierającą boleśnie na spodnie, oblizując spierzchnięte, wysuszone wargi. „Nie chcę tu być” – powiedziałem do siebie w myślach i spróbowałem podnieść się, ale jakiś cień wypełznął z kąta, a nogi ugięły się. Wtedy ona przyszła, zbliżyła się, jakby nigdy nic i czule przytuliła się do mnie. Jej nagie kolano dotknęło mnie. Patrzyłem, jak bierze pluszowego jednorożca i wygodnie rozsiada się na nim, sugestywnie obejmując róg między uda.
– Strasznie słabo wyglądasz. Chodź, siadaj – usłyszałem. Odsunęła się nieco, robiąc mi miejsce bliżej siebie.
– Ja, czuję, że nie powinienem – wyszeptałem.
– Ehm, bo wiesz. Podobasz mi się i chciałam się po prostu… – zaczęła gubić się.
– Wiem, dzięki. Jesteś piękna, ale ja mam kogoś – wyrzuciłem z siebie, chociaż każde słowo stawało mi w gardle.
– Nikomu nie powiem – uśmiechnęła się, rozpinając krótkie spodenki.
Jasna plama różu zapraszała i przyciągała. Widziałem, jak spogląda na równomierną wypukłość w moich spodniach. Róg pluszaka lekko poruszała się w rytm jej ruchów.
Wyprostowałem się czując, że wszystko we mnie jej pragnie i zerwałem się z ciasnego łóżka. Nawet nie wiem, kiedy siedziałem na dole, przewieszony przez ławkę wyrzucając z siebie ostatnie piwa. Kręciło mi się w głowie. Pamiętam widok Julii, która przerażona patrzyła na mnie, nie rozumiejąc, czemu mężczyzna na jej widok ucieka w popłochu. Zeszła chwilę po mnie, rozcierając nerwowo ramiona. Wybełkotałem przeprosiny i odszedłem w kierunku domu, a migrena dalej rozsadzała mi czaszkę z mocą kowalskiego młota. Białozielonkawa aura zdawała się niczym mgiełka rozlewać na skrajach mojego widzenia i oblekać okoliczne latarnie w dziwny całun. Cienie rzucone przez gałęzie falowały lekko, mimo że nie było wiatru.
Gdy dotarłam do umówionej kawiarni, siedział już na niedużym ogródku schowanym na tyłach lokalu. Usiedliśmy pod szpalerem wysokich cyprysów, odgrodzeni od świata i wścibskich spojrzeń. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, skubiąc zamówione ciasto. Potem wymknęłam się do łazienki. Gdy wróciłam, zauważyłam, że przesunął krzesło bliżej mojego. Usiadłam wygodnie, upiłam łyk gorącej, aromatycznej kawy, a gdy jego dłoń musnęła moją nogę, przyjemne, elektryzujące mrowienie przebiegło mi po skórze i wspięło się aż do podbrzusza.
Piłam kawę powoli, skubałam ciasto, starając się zachować poważną minę, podczas gdy jego dłoń meandrowała po moim udzie, leniwie zadzierając brzeg spódniczki coraz wyżej. Przygryzłam wargę, walcząc ze sobą, gdy palce dotarły do mojej kobiecości. Nagły, gorący prąd przeszył całe ciało, budząc falę wilgotnego ciepła między udami.
– Nie tutaj – wyszeptałam, zatrzymując jego dłoń.
– To dlaczego…? – rozejrzałam się nerwowo i przesunęłam się w fotelu.
– Nie mogę. Jestem umówiona z dziewczynami.
– O której kończycie?
– Jakoś o dziewiątej – odpowiedziałam, pozwalając mu jednak musnąć opuszką palca delikatne włoski. Czułam ciężki, drzewny zapach jego perfum, gdy pochylał się nade mną, widziałam brązowe, głęboko osadzone oczy i duże, mięsiste wargi, na których błąkał się ten pewny siebie uśmiech. Podobałam mu się. To wystarczało – a przynajmniej tak myślałam w tamtej chwili.
– Może zajrzysz do mnie? – zaproponował cicho i wycofał się.
Czy ja wariuję? Co ja tu właściwie robię?
Miałam milion myśli w głowie i jeden wyraźny, pierwotny zew – głód, którego nic innego nie było w stanie zaspokoić.
– Nie, ale możesz mnie podrzucić do akademika – wypowiedziałam, zbierając w sobie resztki pewności siebie.
Wychodząc z kawiarni, poczułam się nagle słabo. Nagły atak migreny wypełnił mi czaszkę ostrym, pulsującym bólem. To było jak zew. Przywoływało, narastało, przysłaniając pole widzenia bladą, drgającą mgiełką. Trwało tylko krótką chwilę, po czym ustąpiło równie nagle. Dotknęłam boku – znamię znowu rozpaliło się żywym ogniem i pulsowało, jakby stanowiło odrębny, obcy organizm pod skórą.
Skończyłam chwilę po dziewiątej, zostawiając dziewczyny same sobie. Większość czasu spędziłyśmy w parku, siedząc na kocach, popijając colę z rumem polewaną z plastikowej butelki. Nie było to eleganckie, lecz niczego więcej nie potrzebowałyśmy. Słodkawy zapach rumu mieszał się z wonią wilgotnej trawy i wieczornego chłodu. Gdy zrobiło się wyraźnie chłodniej, ruszyłyśmy do pubu na skraju parku. Dziewczyny proponowały odprowadzenie mnie pod akademik, ale szybko zbyłam je, mówiąc, że wezmę Ubera. Było jeszcze wcześnie, odpuściły więc bez większych pytań. Zgarnęłam swoje rzeczy, poprawiłam ubranie i włosy w łazience pubu, po czym wyszłam na zewnątrz i zadzwoniłam.
Podjechał kombi z przyciemnianymi szybami po kilkunastu minutach. Poprosiłam, by odebrał mnie kilka ulic dalej – tak, by nikt nie zauważył naszej schadzki. Byłam przerażona, ale jednocześnie od dawna nie czułam w głowie takiej idealnej, kojącej pustki. Jakby coś we mnie uznało, że to doskonały pomysł. Całe ciało to potwierdzało – lekkie drżenie ud, przyspieszony oddech, delikatne mrowienie skóry. Jedynie to idiotyczne znamię na boku promieniowało wciąż ciepłem, choć już słabiej, pulsując w rytmie serca.
Wsiadłam do środka. Początkowo jechaliśmy w kierunku akademików, lecz wkrótce skręcił w jakąś boczną uliczkę i wyjechał na niewielki parking otoczony zapomnianymi przez wszystkich ogrodami. Gdy położył mi dłoń na kolanie, fala gorąca niemal zalała mnie całą. Serce waliło mi jak oszalałe. Pocałował mnie najpierw w usta – głęboko, zachłannie – a potem musnął wargami kark i płatek ucha. Zapach jego perfum, ciężki i drzewny, otulił mnie szczelnie. Obecność Bogini napełniła mnie nagle, a dreszcze rozkoszy przelewały się przez ciało gorącymi, lepkim falami.
Wiedziałam, że nie jestem jego pierwszą partnerką, zbyt dobrze panował nad sobą, zbyt celnie grał na moim ciele.
– Będziesz moja? – spytał pewnym tonem. To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
– Tak – powiedziałam, drżącymi dłońmi rozpinałam guziki koszuli. Pomógł mi, pozwalając bym wygodniej rozparła się w odsuniętym fotelu.
Miał silne, mocne dłonie, była w nim władcza siła. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały silne przedramiona, srebrzysty zegar lśnił na tle opalonej miodowo skóry. Chwycił mnie, ściskając pierś, najpierw niemal brutalnie, a po chwili delikatniej. Gdy zaledwie dotknął wargami, naprężonej sutki, moje palce samoistnienie zacisnęły się na fotelu. Jęknęłam głośno, rozsuwając uda z cichym zaproszeniem. Pierwszy raz od dawna, czułą w sobie tą wolność, dotyk i obecność, jak spokojne, ciepłe morze obmywające moją duszę.
Od kilku dni nie potrafiłem przestać myśleć o tym wszystkim. Coraz częściej w ubiorze Pauli pojawiały się głębsze dekolty i krótsze spódniczki. Coraz częściej wymykała się na „spacery z dziewczynami”, by wracać późno, pachnąca winem, papierosami i czymś jeszcze – słodkawą, obcą nutą, której nie umiałem nazwać.
Sam czułem się coraz bardziej nieswojo. Czasem stawałem przed lustrem i patrzyłem na swoje odbicie, mając problem z rozpoznaniem samego siebie. Twarz niby ta sama – delikatne rysy, płowe, wiecznie zwichrzone włosy – lecz gdy wzrok ześlizgiwał się niżej, ogarniało mnie dziwne wrażenie, że zamieniłem się z kimś ciałem. Coś we mnie rosło, zmieniało się, nabierało własnej woli. Czułem to w biodrach, które stawały się szersze i bardziej miękkie, w pośladkach, które napierały na materiał spodni, w skórze, która wydawała się delikatniejsza, wrażliwsza na każdy dotyk. Paula też to widziała. W jej spojrzeniu mieszały się fascynacja i coś na kształt lęku – albo może obrzydzenia. Nie byłem pewien, co było wyrazistsze.
Gdy wciskałem się w dżinsy, materiał napinał się boleśnie, opinając pośladki, które nagle stały się pełniejsze i jakby kobiece. W autobusie jakiś znacznie starszy Rumun bezceremonialnie złapał mnie za tyłek. Gdy zmierzyłem go wzrokiem, speszył się i wymamrotał przeprosiny, tłumacząc, że się potknął. W sklepiku niedaleko akademika młody student usilnie dopytywał o mój numer telefonu. Dopiero gdy oznajmiłem mu oschle, że nie jestem kobietą, obraził się i odszedł, rzucając za sobą stłumione „przebieraniec”.
Paula na szczęście powstrzymała się przed dalszymi jawnymi wybuchami ekshibicjonizmu. Tylko od czasu do czasu wspominała mimochodem, że potrzebuje „urozmaicenia” w sypialni. Na uczelni widywałem, jak wraca z przerw zaczerwieniona, z rozbieganym wzrokiem i lekkim, nieobecnym uśmiechem. Gdy spytałem ją o to po kolejnym wyjściu do łazienki, wzruszyła ramionami i poszła w przeciwną stronę, nie mówiąc ani słowa.
Wewnątrz czułem narastającą, lodowatą pustkę. Zdrada paliła jak rozżarzony drut wbity w pierś. Próbowałem sobie tłumaczyć, że to tylko chwilowe szaleństwo po tym, co przeżyliśmy w górach, ale im bardziej się okłamywałem, tym wyraźniej czułem, że tracę ją – i siebie. Jednocześnie coś obcego we mnie szeptało, że może tak właśnie ma być. Że zmiana jest nieunikniona.
W środę dowiedziałem się o imprezie urodzinowej Gabrieli z wolontariatu, na którą zaproszoną Paulę. Dowiedziałem się przypadkiem, słysząc ich rozmowę na jednej z przerw. Gdy spróbowałem zorientować się, co w związku z nią planuje, obraziła się na brak zaufania i zbyła mnie bez żadnego wyjaśnienia. Wyjazd miał być w najbliższy piątek i do samego końca stał pod znakiem zapytania.
– Veronika mnie odbierze, jakoś po siedemnastej. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe – spytała, chociaż czułem, że nie chcąc kolejnej awantury, pytanie było retoryczne.
– Wiesz, co o tym myślę, kochanie – stwierdziłem cicho.
Nie chciałem jej ograniczać, ale cała tajemnica wokół tego wyjazdu, była co najmniej dziwna. Niepodobna do osoby, która znałem od prawie dwóch lat.
– Nie przejmuj się, obiecuję być grzeczna. Zresztą to tylko wypad do domku rodziców Gabrieli. Ma urodziny i zaprosiła nas na wieczór.
– Wolałbym być tam z tobą – powiedziałem w końcu.
– Zanudzisz się tam. Jadą same dziewczyny, chyba że masz ochotę pojechać. Znajdę ci jakąś sukienkę – wyszczerzyła się.
– To był cios poniżej pasa – powiedziałem.
– Przestań, żartuje sobie – powiedziała przepraszająco – Ale potrzebuje tego wypadu. Strasznie zazdrosny jesteś ostatnio.
– Bo czuję, że zachowujesz się inaczej.
– Przesadzasz. Postaram się wrócić o normalnej porze – uśmiechnęła się.
Gdy odjeżdżała, nagle poczułem się samotny i nieco porzucony. Myślę, że łatwiej zniósłbym to wszystko, gdyby od początku otwarcie opowiedziała mi o całej sprawie. Nawet nie czułbym w sobie złości. Szybko stwierdziłem, że siedzenie w pokoju i roztrząsanie tego to marny sposób na wieczór, zwłaszcza że tam pewnie leje się kolejny karton taniego wina. Wróci rano skacowana i wybawiona.
Napisałem do kilku kolegów, ale większość miała już plany. Pozostał serial na laptopie i piwo z lodówki. Nie skupiałem się na fabule i postaciach, piwo też jakoś nie smakowało. W każdym razie czułem narastającą frustrację i samotność. „Im dłużej będę tu siedział, tym gorzej dla mnie” – pomyślałem.
Postanowiłem się, jak najszybciej ubrać i ruszyć na miasto. Wychodząc z budynku, jakaś nieznana mi wysoka, bardzo szczupła dziewczyna mini i siatkowej koszulce wcisnęła mi różową ulotkę. Zanim zapytałem, o co chodzi, pobiegła, gdzieś dalej. Zapewne to akcja promocyjna, jakiegoś klubu, chociaż nie wyglądała na jedną z pań, zachęcających do wizyty w klubach ze striptizem, które czasem kręcą się w Polsce, w centrach miast.
Wsiadłem do autobusu w kierunku centrum, przeciskając się przez dwie grupy studentów. Odkąd wyszedłem z domu, coś zaprzątało mi głowę i musiałem się upewnić.
Uruchomiłem filmik jeszcze raz, a gdy dotarłem do ostatnich kilku sekund, w których moja dziewczyna wychodziła z hamaka, zmroziło mnie. W rogu idealnie widoczna była męska, umięśniona sylwetka w samych kąpielówkach, stojąca obok ogrodowego basenu. Nie wiedziałem, co myśleć, w głowie miałem tylko jej zapewnienia o babskiej imprezie. Lodowy szpikulec bólu dotknął mojego serca, napełniając mnie żalem. Uniosłem głowę znad telefonu i wtedy zdałem sobie sprawę, że wszyscy dawno wysiedli i pozostałem, jako jedyny. Nie wiedziałem nawet, jak daleko pojechałem.
Opuściłem autobus na kolejnym przystanku, uznając, że dalsza jazda i tak nie ma większego sensu. Przez chwilę odgłos silnika dudnił, mącąc ciszę, ale i on wkrótce zniknął, pozostawiając mnie sam na sam z myślami. Przez moment siedziałem na przystanku, nie wiedząc, co robić dalej. Szczerze byłem gotowy wycofać się i wrócić do pokoju, przyznając się do porażki i skończyć tę nędzną eskapadę.
W ostatnim momencie wydobyłem z kieszeni ulotkę. Prostą, wydrukowaną na domowej drukarce z niewielkim kodem QR w dole strony i dużym napisem “Dissonanse”. Wszystko wydrukowano na różowym papierze.
Zeskanowałem kod. Po chwili otworzyła się aplikacja z mapą, na której niewielka kropka znaczyła punkt niecałe pół kilometra od przystanku, na którym stałem.
Mimo aplikacji błądziłem w wąskich uliczkach, by w końcu stanąć przed budynkiem z czerwonej cegły, który przypominał stary magazyn. Większość wychodzących na dziedziniec okien zasklepiono lub przysłonięto, a z wnętrza widać było migające światła. Kilka osób kręciło się przed wejściem, dopalając papierosy. Różowy neon nad nimi miał najwyraźniej lepsze czasy za sobą. Pierwsze litery nazwy klubu paliły się głębokim różem, reszta natomiast migała i drgała, rzucając żółtawe lub niebieskie światło. Wejście i korytarz obwieszono tuzinami światełek, które sprawiały, że cało przejście tonęło w różnobarwnym, pstrokatym blasku. Wszedłem do środka, gdzie na podwórku pod szerokim parasolem rozstawiony został nieduży bar. Dłuższą chwilę próbowałem się w tym wszystkim odnaleźć, krążąc i rozglądając się po okolicy. Ostatecznie zamówiłem piwo i usiadłem w kącie. Może moja frustracja Paulą i jej babskimi wyjściami, na których kręcili się inni faceci nie była w pełni uzasadniona. Mógł przecież wpaść przypadkiem, ale mimo wszystko czułem się okłamany.
– Mogę się przysiąść? – usłyszałem męski głos.
Czarnowłosy chłopak mógł być niewiele starszy ode mnie, ale zdecydowanie wyższy.
– Tak, jasne – potwierdziłem.
– Niko.
Wyciągnął do mnie rękę. Na bladej skórze wymalował sobie czarnym tuszem jakiś dziwny, palczasty kształt. Na podświetlonym jedynie neonami podwórzu jego smoliście czarna kurtka i obcisłe spodnie zdawały się zlewać z otoczeniem.
– Jan – powiedziałem i na chwilę mnie zamurowało. Jego oczy wydawały się idealnie czarne, czasem tylko błyskając białkiem oka, gdy odwracał wzrok.
– Wybacz, soczewki kontaktowe – powiedział, widząc moje zakłopotanie.
– Jasne. Nie chciałem się gapić.
– Co tu robisz?
– Znalazłem ulotkę i wpadłem – powiedziałem cicho.
– Wygląda, jakby coś cię trapiło – Niko rzucił cicho i położył dłoń na moim barku. Miał melodyjny, lekko hipnotyczny głos.
– Ehm, nic takiego – powiedziałem cicho. Poczułem się dziwnie.
– Może masz ochotę potańczyć? W środku jest scena z elektroniką – zacisnął łagodnie palce na moim barku. Różowa bransoletka na jego nadgarstku błysnęła mi przed oczami.
– Ja… Dzięki – czułem się niepewnie, nie do końca, umiejąc sobie poradzić z tym zainteresowaniem. Odchodząc, czułem na sobie jego spojrzenie.
Dopiłem piwo i ruszyłem rozejrzeć się wokół. Szybko znalazłem scenę, gdzie właśnie zaczynał grać nowy DJ. Przecisnąłem się przez tłum w środku, szukając dla siebie miejsca. Bywałem wcześniej na podobnych imprezach, ale nigdy na czymś na tyle intensywnym. Gdy muzyka popłynęła, czułem, jakbym nagle odpłynął, wibracje rozlewały się po całym ciele, tak że odczucia zlewały się ze sobą. Spojrzałem na własne dłonie i na moment poczułem, jakbym patrzył na siebie, jakby z innej strony. Nie wiem, co się tu działo. Na skraju wzroku wysokie, zniekształcone cienie sunęły wokół, rzucając na tańczących nienaturalne kształty. Ktoś chwycił mnie w pasie, ocierając się o mnie w rytm muzyki, dociskając moje biodra do swoich. Wszystko zwolniło nagle, a muzykę zastąpiło regularne, przyśpieszające bicie. Dłonie tamtej osoby były jedynym, co trzymało mnie w tym momencie. Nagle ktoś wpadł na mnie, spychając mnie jeszcze bardziej. Dziewczyna, która mnie potrąciła, spojrzała w moją stroną z przepraszającą miną, by po chwili zniknąć w towarzystwie koleżanki w tłumie. Partner lub partnerka za moimi łagodnie pchnął mnie w plecy, dociskając moje pośladki do siebie. Byłem, jak bezwładna lalka, poddając się mu w pełni. Przyciągnął mnie, tak, że poczułem na karku jego ciepły oddech i mocny piżmowy zapach. Kątem oka widziałem różową bransoletkę, kołyszącą się na jego nadgarstku. Wtedy ktoś nas bezpardonowo rozdzielił. Byłem wdzięczny za interwencję, aczkolwiek, co samo w sobie, jest dla mnie zaskoczeniem, czułem ciepło pulsujące w głębi trzewi.
Spojrzałem w oczy wybawicielce. Były brązowe, w kształcie migdałów, niknące wśród przeplecionych włóczką dredów i opalonej skóry. Przytuliła się do mnie, na moment przysłaniając mi świat pokaźnymi biustem, z trudem mieszczącym się w głęboko rozciętym dekoltem. Nie wiem, ile miała lat, ale powiedziałbym, że bliżej czterdziestki.
– Chodź – powiedziała, pochylając się nade mną i pociągnęła za sobą, ale nie na zewnątrz, a wąskimi krętymi korytarzami w głąb klubu. Pod czerwonymi kotarami, które zasłaniały ściany, widać było stary, pękający tynk. Wszystko oświetlał blask kolejnych neonów i sznury ledowych lampek.
Na końcu wyszliśmy do niewielkiej salki kinowej. Kilka kanap ustawiono przed służącą za ekran, pobieloną ścianą. Nie było głosu, a jedynie cicha muzyka i odległy szum sceny.
– Jesteś u nas pierwszy raz, prawda? – kobieta spytała, sadzając mnie na jednej z kanap.
Na moment odeszła i po chwili wróciła z wodą w plastikowym kubeczku. Skinąłem głową, wciąż próbując zrozumieć, co się właśnie stało.
– No cóż. To miejsce umie wydobywać z ludzi rzeczy – stwierdziła tajemniczo. – Constantina.
– Jan – odpowiedziałem – nie wiem, co tam zaszło? – powiedziałem, niezbornie, nie umiejąc się wysłowić.
– Zbiorowa hipnoza, że tak powiem. Nasi DJ-e mają talent.
– Dziękuję za pomoc.
– Nie ma sprawy – uśmiechnęła się – wyglądałeś, jakbyś odpłynął.
– Tak było. Ja nigdy… – próbowałem wyjaśnić. Constantina zamknęła mi jednak usta.
– Widzę w tobie coś ciekawego.
– Tak…?
– Tutaj wiele osób odpływa, ale ty… – sięgnęła i nacisnęła na moją pierś. Nagle serce mi załomotało.
Dotykała mnie jeszcze w kilku miejscach, a gdy dotarła do mojego boku, ostrożnie rozpięła koszulę i uniosła do góry. Byłem jak zahipnotyzowany. Gdy to robiła, do pokoju wszedł ten dziwny, czarnowłosy mężczyzna. Przyglądał się mi przez moment z dziwnym, dwuznacznym uśmiechem. Tuż za nim weszła młoda, wesoła para. Nie przyglądałem się im zbytnio. Zajęli w trójkę lożę z tyłu.
– Ciekawe… – rzuciła, muskając trójpalczaste znamię opuszką palca, a dziwny prąd przebiegł przez całe moje ciało – skąd to masz?
– Pojawiło się, odkąd wróciłem z gór.
– Spotkałeś tam kogoś?
– Tak jakby… We śnie… – wychrypiałem.
– Musisz uważać na to. To nie jest zwykły siniec. Wiesz o tym?
– Domyśliłem się.
– Czy on reaguje jakoś?
– Czasem…
– Jak się podniecasz? Łamiesz swoje zasady?
– Tak.
– Wyobraź mnie sobie. Całą, wszystko, co chciałbyś ze mną zrobić – mówiła wolnym, sennym, zmysłowym głosem.
– Ale…?
– Proszę. To taki eksperyment myślowy – rzuciła, odsłaniając duże, opalone, kuszące miękkością udo.
Masywne piersi unosiły się wraz z oddechem, z każdą chwilą, jakby próbując wydostać się na wolność z okowów ubrania.
Znowu spadałem w przepaść, jakby sama pokusa odebrała mi rozum. Ta sama dziwna obecność, która w pokoju Julii cisnęła mnie na skraj świadomości, teraz pchała mnie, by chwycić tą kobietę. Wyobraźnia sama podsuwała obrazy i propozycję.
– Starczy!
Rozkaz był krótki, ale zadziałał, jak kubeł zimnej wody, wyrywając mnie z otępienia. Puściła mnie i odepchnęła od siebie. Dotknąłem boku, czując, jakby ktoś przyłożył mi do niego rozgrzany pręt.
– Prze… – cofnąłem się od niej o krok.
– Chłopcze. Coś w tobie rośnie i pcha cię do różnych rzeczy.
Pokiwałem głową.
– Ale co…?
– Czy tylko ciebie to dotknęło?
– Moją dziewczynę też, ale ona…
– Cóż… – tajemnicza kobieta uciekła wzrokiem. Wiedziałem, że jej odpowiedź może mnie zranić.
– Czy ona już…? – spytałem niepewnie.
– Znam kogoś, kto przeżywał to samo. Myślę, że może ci pomóc – wypowiedziała to spokojnie, poprawiła ubranie i odeszła gdzieś w głąb pomieszczenia. Po chwili wróciła, niosąc złożoną w połowie kartkę.
Wychodząc z klubu, spojrzałem jeszcze na numer zapisany czerwonym pisakiem i imię „Sylwia” zaraz pod nim. Pierwszy raz od wielu dni zrobiłem jakiś postęp. Gdy oślepiające neony zniknęły za rogiem, nocy wydawała się pochłaniać. Zerknąłem na telefon, ale jak na złość nie miał zasięgu. Pozostawało iść przed siebie. W ciemnościach słychać było dziwne zwierzęce odgłosy i odległe zawodzenia i wtedy usłyszałem za sobą kroki. Przeląkłem się, gdy spojrzałem za siebie na ciemną, opasłą sylwetkę wolno idącą za mną.
Przyśpieszyłem kroku, pokonując biegiem ostatnie metry, aż do widzianych i upragnionych kręgów światła rzucanych przez uliczne lampy. Niczym jaskiniowiec na widok ogniska wpadłem w żółtawy blask. Po chwili ciszę przerwał odgłos samochodu. Spojrzałem na telefon, który znowu znalazł zasięg sieci. Wibracje wskazywały na kolejne powiadomienia, jakbym nagle wrócił do świata.
Na szczęście dziwny człowiek zniknął, gdzieś w ciemnościach. Najwyraźniej poszedł w swoją stronę. Na przystanku byłem sam. Usiadłem na pobazgranej farbą ławce i przejrzałem wiadomości.
„Nie mam mnie kto odwieźć. Zostaje na noc. Wrócę jutro. Kocham cię”
Odczytałem i nie zdziwiło mnie to, a bynajmniej mniej niż powinno. Gdy miałem odkładać telefon, zauważyłem czerwoną kropkę przy folderze „Inne wiadomości”. Otworzyłem z ciekawości, spodziewając się zwykłego spamu. „Hej, śpisz?”, wyróżniało się na szczycie, a tuż obok wiadomości imię „Julia”. Blondynka z Czech, która o mały włos nie zaciągnęła mnie kilka dni wcześniej do łóżka, wyobraźnia podsunęła mi pluszowego jednorożca.
„Hej. Nie. Nie śpię” – odpisałem. Była prawie dwudziesta trzecia.
„Ja też. Co tam?” – napisałem, nie siląc się zbytnio na elokwencję.
„Jestem z dziewczynami w pubie i pomyślałam, że się odezwę.”
„Po ilu drinkach dla odwagi?”
„Phi… Jednym… Może dwóch. Głupio mi po ostatnim. Mam nadzieję, że cię nie wystraszyłam. Wyleciałeś ode mnie. Ja… Poniosło mnie”
„Trochę tak. Ja też nie powinienem robić ci nadziei. Sam nie wiem, po co do ciebie poszedłem”
„Wszystko ok?”
„Różnie. Nie mówmy o tym. Nie masz lepszych rzeczy do roboty o tej godzinie?”
„Patrzenie na liżącą się z kolejnym facetem Sarę?”
„No cóż. Łapię.”
„Co robisz?”
„Wracam z klubu” – pomyślałem chwilę, jak nazwać Dissonance.
„Ooo fajny jakiś? Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam”
„Nam? Sam jestem, Paula imprezuje z dziewczynami na imprezie urodzinowej”
„Sama???”
„Tak”
„Może masz ochotę na drinka… Albo się przejść”
„Odprowadzić cię jak ostatnio?”
„Na przykład, ale bez uciekania?”
„Bez straszenia jednorożcem?”
„Aaa… Chciałam cię rozruszać, ja… Poniosło mnie”
„Jasne. Możemy się przejść. Gdzie jesteś?”
Kolejne wiadomości płynęły, jedna za drugą. Wsiadłem do najbliższego autobusu, wkrótce dosiadła się ona. Tym razem dłuższa sukienka przyjemnie kołysała się w rytm jej ruchów.
– Bałam się, że znowu uciekniesz – rzuciła uśmiechnięta, odgarniając blond loki.
– To zależy od ciebie – odpowiedziałem.
– Żadnych jednorożców – powiedziała, kładąc dłoń na piersi w uroczystym przyrzeczeniu.
– Jasne.
– Wybacz za tamto. Po prostu dawno się przy nikim tak dobrze nie czułam i mnie poniosło.
– Widziałem – pokiwałem głową w zamyśleniu.
– Wpadłeś mi w oko, ale no. Nie powinnam, zwłaszcza że masz kogoś.
– Dzięki. Jesteś bardzo ładna – powiedziałem, warząc słowa. Nie chciałem znowu dawać jej złudnej nadziei. – Ale…
– Rozumiem. Miło mi – lekki rumieniec wypłynąć na jej policzki. Gdzieś zniknęła wcześniejsza pewność siebie.
Nawet nie wiem, kiedy dojechaliśmy na jej przystanek, by po chwili stanąć pod jej klatką. Ciężko było nam skończyć temat. W końcu zaproponowała, bym wszedł na górę. Z lekkim oporem podążyłem za nią. Coś mnie pchało za nią. Posadziła mnie na fotelu w swoim małym pokoju, teatralnie odstawiając pluszaka rogiem w kierunku ściany. Po chwili wróciła z parującymi kubkami herbaty.
– Dzięki.
– W jakim klubie byłeś? – spytała od niechcenia.
– Dissonance.
– Nie znam. Fajny?
– Dziwny, spoko muzyka i bardzo dziwni ludzie – stwierdziłem cicho.
– My wylądowałyśmy w jakimś steampunkowym, w środku wyglądał, jak wnętrze jakiejś lokomotywy, albo starej fabryki. Pełno rur i zaworów – gdy opowiadała, jej oczy błyszczały pełne entuzjazmu.
Gdy odstawiając kubek na biurko, otarła się o mnie, nasze spojrzenia się spotkały. Jej szaroniebieskie oczy błyszczały, niczym otwarte zaproszenie. Dotknąłem jej ramienia, a potem potoczyło się jakoś samo. Płynnie, delikatnie, bez jednorożców i wodotrysków. Na końcu wtuliła się we mnie na ciasnej przestrzeni łóżka, a ja zasnąłem wsłuchany w jej spokojny, miarowy oddech.
Byłem znowu w tej przeklętej chacie i patrzyłem, jak Paula promienieje i szamocze się, ujeżdżając to monstrum. Widziałem orgazm i ekstazę ogarniający jej ciało. Palce sztywniejące w ekstatycznym spazmie, jęk zatrzymany w gardle wielką łapą. Ten ogromny żywy pal, wydawał się niewzruszenie pulsować między jej nogami, niczym tłok w jakimś okrutnym, biologicznym silniku. Była malutka w porównaniu do niego. W końcu skończył, ściągnął ją z siebie, drobną i bezsilną. Rzuciłem się na niego, wściekły, szukając czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za broń, uderzałem na oślep pięściami. Chwycił mnie i pchnął na ziemię. Podniosłem oczy, a Ona tam stała. Posągowe uda i ogromne piersi niknęły, gdzieś w górze. Z trudem mieściła się w ciasnej chacie.
– Mogę cię uwolnić od tego – wypowiedziała. Coś mokrego spadło na moje pośladki.
– To zrób to – krzyknąłem.
– Przyjmij mnie. Odpuść. WEŹ JĄ!
– Nie – warknąłem, a potem wygiąłem się w łuk.
Obudziłem się z krzykiem, prostując się na łóżku. Oczy bolały mnie, jakby zasypane żwirem, a gardło ściskało imadło. Poczułem pod palcami coś miękkiego i pluszowego, ścisnąłem i przysunąłem do siebie różową zabawkę, jednorożec gapił się na mnie swoim czarnym okiem. Usiadłem na wąskim łóżku. W srebrzystej poświacie księżyca wpadającej przez okno poruszały się palczaste kształty, gałęzie drzew kołyszące się na wietrze. Po chwili usłyszałem stukanie w szybę, ciche skrobanie w parapet.
Spojrzałem w stronę okna i dopiero teraz dotarło do mnie, że jesteśmy na najwyższym piętrze, wysoka ponad koronami drzew. Palczaste kształty kołysały się jednak wciąż, nic sobie nie robiąc z mojego przerażenia. Wyszedłem z łóżka na drżących nogach. Cofnąłem się od okna, z którego do środka wlewały się cienie, napełniając swoją obecnością niewielki pokoik.
„Przyjdź do mnie” – usłyszałem, wypowiedziane wielogłosem, jakby przez źle zgrany chór. Spróbowałem wyjść z pokoju, potykając się o własne nogi. Nacisnąłem na klamkę, ale nie chciała ustąpić. Nagi dobiegłem do drzwi, a cienie wokół rosną. Duszę się, z trudem łapię oddech, szarpię, licząc, że za drzwiami czeka na mnie ocalenie. W końcu drzwi ustępują i wpadam w lepką ciemność.
Czyjeś ręce mnie powstrzymały, chwyciły i potrząsnęły lekko. Potem coś kliknęło i rozbłysk światła odepchnął otaczające mnie cienie. Pozostała jedynie drobna sylwetka w szarych figach z króliczkiem i białej koszulce na ramiączkach.
– Wracaj do mnie – usłyszałem jej zaspany głos – Zaraz obudzisz Sarę.
– Przepraszam, chyba…
– Wiesz, że lunatykujesz? – spytała.
– To chyba pierwszy raz. Od dziecka mi się to nie zdarzyło – wyrzuciłem z siebie.
Czułem się zdezorientowany. Po chwili jednak chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła z powrotem do sypialni. Gdy znowu się do mnie przytuliła, z trudem opanowałem się, by nie zerwać jej bielizny. Pragnąłem się poddać temu czemuś. Zacisnąłem palce, boleśnie wbijając paznokcie w dłoń.
pofantazjujmy!
Jak Ci się podobało?