Ilustracja: Mohammad Ali Mohtashami

Kryptonim Bushido - epizod Hotel Bryza

12 czerwca 2022

Opowiadanie z serii:
Kryptonim Bushido

48 min

Jeszcze jeden fragment "Kryptonimu Bushido". Co do porno, to... seks moim zdaniem jest jak cukier. Smakuje najlepiej, gdy nie wyżeramy go z cukierniczki. Gdy jest dodatkiem do czegoś. Do okoliczności przyrody, do klimatu, do tortu z wisienkami...

Czerwona toyota zwolniła na zakręcie. Po prawej stronie szosy, w sosnowym lesie, stał okazały budynek kościoła. Po przeciwnej straszył pustką nieczynny park linowy. Kierowca rozglądał się z nostalgią, wspominając dawne czasy, gdy co roku spędzał tu wakacje.

Jurata wyglądała jak wymarła. Latem tętniący życiem, po sezonie kameralny kurort zamieniał się w azyl ciszy.

 

Minął budynek stacyjki kolejowej i rząd pawilonów handlowych. Po kilkudziesięciu metrach  skręcił w lewo. Przejechał przez tory i zatrzymał się przed stojącym na wydmach hotelem.

- Obudziłeś się, łobuzie? – odwrócił się i wyciągnął dłoń w kierunku dorodnego owczarka niemieckiego, który bacznie obserwował widok za szybą. Na widok sosenek, zamerdał ogonem.

- Jasne. Najpierw pójdziemy na spacerek – poklepał psa po karku i wysiadł z samochodu. Otworzył tylne drzwi. Kudłaty stwór wyskoczył z godnością i zniknął pomiędzy drzewami.

Po kwadransie obaj weszli do eleganckiego hallu.

- Jak podróż, panie Macieju? – zapytała recepcjonistka.

- Poznała mnie pani? – zdziwił się przybyły.

- Jak nie, jak tak? – zaśmiała się. – Jedyny gość, któremu dyrektor pozwolił przyjechać z psem – wskazała szeroko otwartą mordę. – A poza tym czytałam pana ostatnią książkę – poprawiła zalotnie włosy. – Na żywo jest pan przystojniejszy, niż na zdjęciu. Dostanę autograf? – zapytała.

- Oczywiście, pani Moniko – Maciek odczytał imię dziewczyny z plakietki przyczepionej do bluzki. – Mam rezerwację bezterminową, tak? – upewnił się.

- Tak. I najlepszy apartament z widokiem na morze. Nasz dyrektor to pana znajomy? – zapytała niedyskretnie.

- Coś w tym rodzaju – uśmiechnął się tajemniczo. – Dużo macie gości?

- Co pan! O tej porze roku? “Bryza” prawie pusta. Aż się dziwimy z dziewczynami, że szefowi się opłaca trzymać interes otwarty. A pana co sprowadza? Może będzie pan pisał tu nową książkę? – zapytała z nadzieją. – O miłości… – rozmarzyła się.

- Zgadła pani – potwierdził. – Właśnie taki mam zamiar.

- Ojej! Jak opowiem w domu, to będą mi zazdrościć – jej twarz zaróżowiła się z przejęcia.

- Czego zazdrościć?

- No… że taki ciekawy człowiek pisze romanse w naszym hotelu – speszyła się lekko. – A swoją drogą to musi być bardzo opłacalne takie pisanie – spojrzała na mężczyznę z podziwem. – Ten apartament, nawet po sezonie, sporo kosztuje.

Maciej wykonał nieokreślony gest ręką. Nie mógł przecież przyznać, że pobyt nie będzie go kosztował ani grosza. Wręcz przeciwnie.

- On chce pić – zauważyła wywieszony jęzor owczarka. Sięgnęła pod ladę i wyciągnęła sporą miseczkę, do której nalała wody z butelki.

- Pan dyrektor kazał traktować pana w sposób szczególny – wyjaśniła z uśmiechem. – I spełniać wszystkie życzenia – dodała dwuznacznie, wywołując u przybyłego konsternację.

Wyszła zza recepcyjnej lady i nachyliła się, stawiając miskę na podłodze.

Niezła figura… – pomyślał odruchowo.

- On bez pozwolenia nie wypije? – zdziwiła się, widząc pytający wzrok psa, skierowany na pana.

- Pij, piesku – pogłaskał kudłacza po głowie. Rozległo się głośne chłeptanie.

- Boże, jaki mądry! Uczony, widać. Jak ma na imię? – zatrzepotała rzęsami w podziwie.

- Goliat. Ma na imię Goliat.


Mirek Borecki ostrożnie otworzył drzwi. Na zewnątrz panował mrok. Nieruchomy sierp księżyca, oświetlający zimnym blaskiem ogród i płot otaczający posesję, kontrastował z bezchmurnym, czarnym niebem.

Zbieg rozejrzał się czujnie dookoła i pobiegł na ugiętych nogach w kierunku ogrodzenia. Wymacał podmurówkę, oparł na niej stopę i podciągając się na rękach, podskoczył.

 

Do ściany lasu miał kilkanaście metrów. Obejrzał się za siebie. Nikt nie zauważył jego ucieczki. Po chwili przedzierał się przez sosnowy młodniak. Gałęzie szarpały ubranie, ale nie zważając na przeszkody, parł desperacko do przodu.

Pierwszy strzał padł z lewej strony. Pocisk przeleciał ze świstem tuż obok twarzy. Borecki odruchowo przywarł do ziemi.

Drugi strzelec zaatakował od prawej. Suchy trzask kilku wystrzałów zlał się w uszach uciekiniera w jeden huk.

Dłoń leżącego wymacała spory kamień. Chwycił go i z całych sił rzucił przed siebie.

Odgłos uderzenia o pień sosny zmylił pogoń.

- Tam jest! – usłyszał krzyk.

 

Wycofał się bezszelestnie i pobiegł w przeciwnym kierunku. Sto metrów dalej trafił na wąską ścieżkę.

Stanął, ciężko dysząc.

Gęste krzaki zasłaniały widoczność. Nie wiedział, gdzie jest i przez chwilę zastanawiał się, w którą stronę biec.

Przypadek zdecydował za niego. Jadąca pobliską szosą ciężarówka zahamowała gwałtownie, zgrzytając hamulcami. Jej kierowca cudem uniknął zderzenia ze spłoszoną hukiem wystrzałów sarną.

Borecki bez namysłu rzucił się sprintem w kierunku zbawczej drogi.


- Dlaczego akurat tu? – Wasilij Borodin usiadł na ławeczce obok Sierguna.

- Nie podobają ci się Patriarsze Prudy, majorze? – z ust generała wydobyła się chmura pary. – Piękny skwer, zwłaszcza wieczorem.

- Mam dziwne skojarzenia, generale… – wzdrygnął się Wasilij.

- “Wczoraj na Patriarszych Prudach spotkał pan szatana” – zacytował Bułhakowa szef GRU. – O to ci chodzi? – zaśmiał się diabolicznie. – Szatan, mój drogi, o ile istnieje… to nas wspiera. Nie biezpakojsia…

- Bardziej mi chodzi o Berlioza, którego głowa potoczyła się pod tramwajem. Tu, niedaleko… – major spojrzał na zamarzniętą taflę stawu.

- Nie myśl o “Mistrzu i Małgorzacie”. Pomyśl o Tołstoju. Też opisywał to miejsce – generał uśmiechnął się.

- A jak skończyła Anna Karenina, szefie? Pod kołami pociągu.

- Chwatit! Dość tych bzdur! Jesteś oficerem wywiadu, a nie przesądną babą! – rozzłościł się Siergun. – I melduj wreszcie – dodał już spokojniejszym tonem.

- Wczoraj odezwał się Bocian – Borodin westchnął i spojrzał na szefa.

- No i właśnie na to czekam, majorze.

- Dwie wiadomości. Jedna dobra, druga zła. Którą najpierw?

- Majorze, u nas w Rosji nie ma złych wiadomości. U nas są tylko dobre i te, które się pozornie wydają złe. A naszym zadaniem jest…

- Tak toczno, gienierał – przytaknął Wasilij. – To zacznę od tej dobrej. Ich kolumbijski rezydent nie wróci na placówkę, ale będzie awansowany. Głupi Polacy go nie rozpracowali – zaśmiał się.

- Na jakie stanowisko? – zapytał rzeczowo Igor.

- Tego jeszcze nie ustaliliśmy. Ale awans, znaczy awans. Świnka smaczniejsza, gdy obrasta w tłuszcz… – uśmiechnął się.

- Kto miał go… – zaczął mówić Siergun

- W Bogocie miał to zrobić Gonzales – przerwał rozmówcy Borodin. W tych okolicznościach zmieniamy plan.

- Mów, mów…

- Nie wiemy, gdzie jest teraz Czartoryski, ale wiemy, gdzie niedługo pojedzie.

- Na placówkę? Którą?

- Nie. Na coś w rodzaju wypoczynku. Luksusowy hotel nad Bałtykiem.

- Dobra okazja… – mruknął generał pułkownik. – Jeśli nie Gonzales, to kogo poślesz?

- Mam kogoś idealnie nadającego się – powiedział tajemniczo major.

- Głową odpowiadasz za powodzenie tej akcji, paniał? Kto to jest?

Gdy major zdradził szczegóły, Siergun aż mlasnął z zadowolenia.

- A druga wiadomość? – padło kolejne pytanie.

- “Goliat” – Borodin spojrzał na swoje buty.

- Jaśniej, majorze – ton głosu dobiegającego sześćdziesiątki zasłużonego razwiedczika sprawił, że podległy mu oficer wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać.

 

Gdy skończył, przez minutę na ławeczce panowała martwa cisza.

- Jutro wszyscy u mnie. O ósmej rano – syczący głos zdradzał emocje. – O postępy prac ekipy Gajdara nie zapytam, bo znam – dodał złowieszczo. – Ostrzegam, że Władimir Władimirowicz nie będzie zadowolony, gdy się dowie, że ludzie, którym zaufał… – nie dokończył i popatrzył złowrogo w oczy Wasilija.

Poczuł skurcz w okolicach żołądka, gdy pomyślał o spadających głowach pretorian.

 

Od strony Małej Bronnej nadszedł czarny kot. Stojący za ławką człowiek w długim płaszczu spojrzał na przybysza, który zjeżywszy sierść, miauknął przeraźliwie i wskoczył na drzewo.

Siergun i Borodin jednocześnie obejrzeli się za siebie.

Serce generała załomotało.


Borecki szedł poboczem, rozglądając się czujnie. Dochodziła północ i szansę na złapanie podwózki oceniał nisko.

Gdy zza zakrętu wyłoniła się furgonetka, wyskoczył na środek asfaltu i zaczął machać rękami.

Kierowca zlitował się i zatrzymał pojazd. W szoferce było ich dwóch. Drzwi otworzyły się.

- Jedziecie do Warszawy? – zapytał Mirek.

Zamiast odpowiedzi, w dłoni potężnie zbudowanego konwojenta pojawił się pistolet. Jednocześnie zaskrzypiały przesuwne drzwi samochodu. Z wnętrza wyskoczyło kolejnych dwóch facetów. Wciągnęli zaskoczonego Boreckiego do środka. Konwojent wrócił do szoferki.

Furgonetka ruszyła z piskiem opon.

- Jak się nazywasz? – lufa wycelowanego w Mirka pistoletu wzmacniała przekaz.

- Co was to obchodzi? – postawił się.

Cios w szczękę rzucił go o blaszaną ścianę.

- Nazwisko! – powtórzył pytanie zamaskowany mężczyzna.

- Jestem dyplomatą. Pożałujecie tego! – kolejny cios, tym razem w żołądek.

- Jestem Jacek Czartoryski, radca ambasady w Bogocie! – krzyknął Mirek.

- To co robisz w Polsce, głąbie? – zaśmiał się drugi zamaskowany.

- Gówno cię to obchodzi – odrzekł hardo Borecki.

- Taki jesteś twardy? – pierwszy z napastników zbliżył pistolet do twarzy pojmanego. Mirek błyskawicznie skrzyżował dłonie i uderzył nożycowym ciosem w nadgarstek. Wytrącony pistolet z głuchym stukiem odbił się od ścianki dzielącej kabinę kierowcy od przestrzeni ładunkowej.

Borecki kopnął zaskoczonego mężczyznę w krocze i poprawił ciosem w splot słoneczny. Drugi porywacz nie był uzbrojony. Zaatakował, próbując przeskoczyć leżące ciało kolegi.

Mirek był szybszy. Chwycił leżący w zasięgu ręki pistolet i bez namysłu strzelił. Na drzwiach furgonetki pojawiła się czerwona plama krwi wytryskującej z roztrzaskanej czaszki.

Samochód gwałtownie zahamował. Zbieg szarpnął klamkę i wyskoczył.

Nagle zapadła kompletna ciemność. Borecki znalazł się w pustce.

 

- Rewelacja… – pułkownik Krasnodębski oderwał wzrok od ekranu, na którym śledził bieg wypadków.

Ktoś zapalił światło w niewielkim pomieszczeniu. Ktoś inny zdjął hełm z głowy Boreckiego. Mirek leżał bezwładnie na podłodze.

- Co profesor sądzi o połączeniu pańskiej hipnozy z naszą techniką? – uśmiechnął się Robert.

- To… niesamowite – wyksztusił Choromański. – Na początku nie dowierzałem. Ale po tygodniu eksperymentów… nic mnie już nie zdziwi – spojrzał z podziwem na aparaturę VR.

- Nie wydaje się to panu zbyt okrutne, profesorze? – Krasnodębski spojrzał badawczym wzrokiem na brodatego psychiatrę.

- Okrutne? – zdziwił się Benedykt. – Wie pan, panie Robercie, ilu młodych i nie tylko młodych zapłaciłoby fortunę, żeby zagrać w taką grę? Nasz pacjent… przepraszam… obiekt… naprawdę przeżywa to, co mu podsuwamy. Fikcja staje się dla niego rzeczywistością – zamyślił się.

- Dokładnie – przytaknął pułkownik. – I dlatego mogę stwierdzić z całą pewnością, że Borecki zaliczył kolejny test.

- Ile ich jeszcze będzie? – zainteresował się Choromański.

- Najwyżej dwa. Profesorze, czy jego organizm dobrze znosi codzienne szkolenia?

- Nie widzę żadnych niepożądanych objawów. Mam wrażenie, że jego psychika potrzebowała czegoś takiego.

- Co ma pan na myśli?

- To jest… to był… słaby człowiek. Niepowodzenia życiowe zrobiły z niego kukłę, osłabiły charakter, rozumie pan?

- Chyba rozumiem.

- Ale gdzieś w głębi to zupełnie inna osobowość. W mojej praktyce lekarskiej miałem takie przypadki, że pozornie mocny gość okazywał się mięczakiem. Ale bywały i odwrotne. Widział pan kiedyś geodę?

- To takie coś z muzeum geologii? – uśmiechnął się Robert.

- Tak. Chodzi pan po górach, widzi kawałek szarego kamienia, który wygląda jak ziemniak. Rozłupuje pan młotkiem, a w środku piękne kryształy – profesor wstał z krzesełka. – Szkoda, że za moich studenckich czasów technika nie była tak rozwinięta – westchnął.

- Ma pan na myśli młotki do rozbijania geod, oczywiście? – pułkownik mrugnął okiem.

- Panie Robercie… czy oprogramowanie do tych młotków robi firma Vicbajt? – zadał nieoczekiwane pytanie Benedykt.

- Proszę się domyślić, profesorze – Krasnodębski podszedł do leżącego Boreckiego. – Zanieście go do łóżka – zwrócił się do dwóch asystujących barczystych mężczyzn. – Należy mu się kilka godzin snu.


Maciek siedział na osłoniętym karłowatymi sosnami piaszczystym wzgórku i patrzył na spienione fale. Gruba, puchowa kurtka chroniła go przed przeszywającymi na wskroś podmuchami zachodniego wiatru.

Obrośnięty gęstą, długą sierścią Goliat nie robił sobie nic z jesiennego sztormu. Przeciwnie - wydawał się szczęśliwy, mogąc godzinami swobodnie galopować po zupełnie pustej plaży. Znalezione patyki przynosił ukochanemu panu i radośnie merdał ogonem, ciesząc się z niespodziewanych wakacji.

Maciek spojrzał z czułością na owczarka. Przypomniał sobie okoliczności, w których los zetknął ich ze sobą i delikatnie pogłaskał wielki łeb.

- Wracamy do hotelu, Goliat – powiedział wstając.

Pies radośnie zaszczekał. Wydmowy las otulił ich spokojem.

Monika dziś znów miała dyżur w recepcji.

- Nie zmarzł pan?  – zapytała troskliwie.

- Lubię taką pogodę, pani Moniko – uśmiechnął się. – Co to za samochód na podjeździe? Nowi goście?

- W zasadzie nie wolno nam rozmawiać o gościach. Hotel bardzo dba o ich prywatność… ale panu mogę powiedzieć – spojrzała porozumiewawczo. – Przyjechała pewna Francuzka. To podobno jakaś aktorka, chociaż ja jej nie kojarzę z żadnego filmu.

- Aktorka z Francji na Półwyspie Helskim pod koniec listopada? – zdziwił się Maciek.

- Koleżanki mówiły, że ma zagrać w polskim filmie i postanowiła się… aklimatyzować – dziewczyna zmarszczyła brwi, przypominając sobie dziwacznie brzmiące słowo.

- Skąd wy to wszystko wiecie? – uśmiechnął się.

- Kobiety wszystko wiedzą, panie Macieju – zachichotała. – Ona nawet mówi trochę po naszemu – dodała. – O, właśnie idzie – wskazała wzrokiem drobną brunetkę zmierzającą w kierunku recepcji.

 

Goliat spojrzał na podchodzącą nieufnym wzrokiem. Lekko zawarczał.

Kobieta zatrzymała się.

- Vous acceptez les chiens ici? – zapytała z niezadowoloną miną po francusku, patrząc na recepcjonistkę. Dziewczyna nie znała tego języka.

- En Pologne on accepte tous les arrivants, qui ne causent pas de problèmes – Maciek nie mógł się powstrzymać od złośliwości.

- O, pan zna francuski. To niezwykłe.

- O, a pani podobno zna polski. To jeszcze bardziej niezwykłe.

Monika obserwowała parę gości, uśmiechając się dyplomatycznie, nie rozumiejąc ani słowa.

- Nie lubi pani psów? – zapytał Maciek.

- Po prostu byłam ciekawa, czy można tu wprowadzać takie duże zwierzęta. I z taką długą sierścią.

- Pani też ma długie włosy – zauważył Maciek, głaszcząc Goliata, który przestał warczeć, ale jego wzrok nadal wyrażał nieufność.

- Nie podobają się panu moje włosy? – uśmiechnęła się ironicznie.

- W ogóle mi się pani nie podoba – padła szczera odpowiedź. – Chodź, Goliat – zwrócił się do psa.

- Jak pan powiedział? – otworzyła szeroko oczy aktorka.

- Nie do pani. Do psa. Proszę nie liczyć na zaproszenie z mojej strony.

- Chodzi mi o imię.

- Maciek. A pani?

- Nicole – brunetka nagle zmieniła front, a w jej oczach pojawiły się ogniki.

- Je vous souhaite une bonne soirée – Maciek odwrócił się i pomaszerował w stronę schodów.

- Też panu życzę udanego wieczoru – odprowadziła go wzrokiem. – Co to za dziwak? – zapytała Monikę łamaną polszczyzną.

- To dość znany pisarz. Przystojny, prawda? – uśmiechnęła się recepcjonistka.

- Powiedział, że w waszym kraju akceptujecie wszystkich gości, którzy nie stwarzają problemów. To jakieś polskie przysłowie?

- Nie. Raczej doświadczenia historyczne – odparła odruchowo dziewczyna z recepcji.

- Jego pies ma na imię Goliat?

- Tak, proszę pani.

Francuzka powiodła zimnym spojrzeniem za znikającym na półpiętrze mężczyzną. Zamyśliła się głęboko.


- Kiedy zgarniamy naszego kolegę? – Robert odczuwał jeszcze skutki piątkowej imprezy. Barbara to popularne imię. Żona pułkownika zaprosiła grono najbliższych znajomych, znanych z tego, że ich męska połowa nie miała zwyczaju wylewać za kołnierz.

- Dobrze, że przyjechałeś taksówką – Stefan pociągnął nosem i odsunął się od siadającego na parkowej ławeczce przybysza.

Krasnodębski sięgnął do kieszeni i rozpakował paczuszkę gumy do żucia.

- Umysł mam trzeźwy, szefie – włożył do ust dwa listki o smaku mocnej mięty.

- To dlaczego zadajesz dziwne pytania? – Stefan poprawił kołnierz płaszcza.

- Panie Stefanie, ja od pewnego czasu mam wrażenie, że nie o wszystkim mi pan mówi – resztki alkoholu wciąż krążyły w żyłach, dodając śmiałości.

Siwy przeszył rozmówcę karcącym spojrzeniem.

- Od ilu lat współpracujemy, Robercie?

- Tak… wiem. Ale zauważyłem też, że… To znaczy wydaje mi się… że nasz nowy sojusznik wie znacznie więcej niż ja – ciągnął z uporem.

- Marek? – uśmiechnął się lekko Stefan. – O co ci chodzi? Przecież on od dwóch tygodni zajmuje się wyłącznie Vicbajtem i swoją dziewczyną – zmarszczył brwi.

- Właśnie nie jestem tego pewien.

- Dość tego! – podniesiony głos uzmysłowił Krasnodębskiemu, że rozmowa zmierza w niewłaściwym kierunku. – Masz przestać interesować się bratem Wiktora, zrozumiałeś? Masz z nim współpracować i tyle – uciął temat. – A co do Bociana… Czekamy na zbiory bursztynu.

- Na co?

- Robercie… Jeżeli jeszcze raz przyjdziesz na spotkanie nietrzeźwy, to pożałujesz – zasyczał siwy.

- Aaa… już rozumiem, szefie. Sztorm wyrzuca na plażę bryłki bursztynu.

- Nareszcie jesteś sobą – pokiwał głową Stefan. – Kiedy Borecki jedzie do Juraty?

- Jutro. Po egzaminie – pułkownik odzyskał jasność myślenia.

- Zda?

- Nie mam wątpliwości – szeroki uśmiech okrasił oblicze przywołanego do porządku podwładnego.

- Skoro, mam nadzieję,  wytrzeźwiałeś, to teraz uważnie posłuchaj instrukcji – szef spojrzał w oczy Roberta i nie spuścił z nich wzroku, upewniając się, że każde słowo dociera do skacowanego rozmówcy, który miał zaszczyt być od kilkunastu lat jego prawą ręką.


- Poznajesz ten samochód? – Krasnodębski dotknął nosa, poprawiając ciemne okulary, chroniące oczy przed oślepiającym słońcem, które na przekór pozbawionym liści drzewom dawało złudzenie powrotu złotej jesieni.

- Moja lancia – potwierdził Borecki, patrząc na widoczną z daleka zgrabną sylwetkę włoskiego produktu.

Pułkownik nie wyłączał silnika. Rozglądał się po okolicy. Ulica Miłobędzka zdawała się być pogrążona w niedzielnej drzemce.

- Jesteś gotowy? – zapytał wyłącznie pro forma.

- Jestem – padła stanowcza odpowiedź.

- To zabieraj walizkę i szerokiej drogi – Mirek poczuł w dłoni dotyk kluczyka do samochodu, a chwilę potem mocne klepnięcie w plecy.

 

Pułkownik obserwował oddalającą się postać. Gdy granatowa delta odjechała spod budynku Agencji, sięgnął po swój kosmicznie wyglądający telefon.

- Gotowe – zameldował.

- Dziękuję – usłyszał głos Stefana, który rozłączył się błyskawicznie i wybrał inny numer.

- Film, o którym rozmawialiśmy ostatnio, dostał nominację do Oscara. Sprawdź program telewizji na dziś wieczór.

- Merci – usłyszał zakłóconą przez szum wiatru odpowiedź. Rozłączył się.


Nicole nasyciła wzrok widokiem fal wściekle atakujących puste molo wcinające się długą kreską w zatokę i wracała pustym deptakiem. Minęła skrzyżowanie z ulicą Mestwina, kierując  się w stronę hotelu. Przechodząc obok pomnika Juraty, córki boga mórz, wzdrygnęła się. Według miejscowej legendy, bogini została zabita przez własnego ojca, niepotrafiącego wybaczyć uczucia, którym obdarzyła prostego rybaka.

W życiu Francuzki również nie było miejsca na miłość. To groziło nieobliczalnymi konsekwencjami. Trzydziestoletnia, atrakcyjna kobieta o południowej urodzie, przestrzegała zasad, chociaż w sercu rodził się narastający bunt.

 

Przechodząc przez tory kolejowe, rozejrzała się. Od strony Helu zbliżał się pociąg. Czerwone lampy sygnalizacyjne rogatek zaczęły pulsować ostrzegawczo. Przyspieszyła kroku.

Z przeciwka nadchodził ciepło ubrany mężczyzna z ogromnym owczarkiem niemieckim. Powstrzymała odruch skręcenia w boczną ścieżkę. Od dziecka bała się psów tej rasy, a dodatkowo jego właściciel budził w niej niezrozumiały lęk.

 

Przez cały pobyt starała się unikać obu. Próbowała złożyć skargę w dyrekcji hotelu, ale bezskutecznie. Grzecznie, lecz stanowczo wytłumaczono jej, że zarówno pies, jak i literat są bardzo mile widziani w “Bryzie”. Że żaden z nich nie zrobi jej krzywdy, zaś gdyby uznała wspólny pobyt za niemożliwy, to hotel pokryje koszty zakwaterowania uroczej pani w innym, dowolnie wybranym przez nią miejscu.

To akurat, z uwagi na powody przyjazdu Nicole, nie wchodziło w grę. Przełknęła zniewagę i cierpiała, tęskniąc za Lazurowym Wybrzeżem, marznąc w podmuchach północnych sztormów.

 

Mijając mężczyznę i jego psa, dostrzegła ironiczne spojrzenie rzucone w jej kierunku. Pomimo szumu sosen, jej uszom nie umknęło ciche warknięcie.

Obaj siebie warci – pomyślała, tłumiąc wulgarne przekleństwo i zakryła twarz wełnianym szalem.


Borecki nie czuł zmęczenia. Radość z prowadzenia szybkiego samochodu dodawała mu skrzydeł. Pomny przestróg pułkownika, nie nadużywał mocy silnika, delektując się posłuszeństwem reagującej na każdy bodziec włoskiej klaczy.

Nawigacja doprowadziła go pod sam hotel. Wyłączył silnik i spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma.

Noc jeszcze młoda – pomyślał.

 

Dobry wieczór – powiedział głośno, podchodząc do recepcji, zerkając jednocześnie kątem oka na siedzącą w głębi hallu ładną brunetkę.

- Witamy w “Bryzie”. Ma pan rezerwację? – zapytała uśmiechnięta dziewczyna, odstawiając szklankę z kawą na bok.

- Nazywam się Jacek Czartoryski i mam u was zabukowany pokój.

Recepcjonistka wpisała nazwisko do komputera i patrząc na płaski ekran, odgarnęła włosy z czoła.

- Wszystko się zgadza, panie Jacku – powiedziała, podziwiając złoty sygnet błyszczący na palcu.

Przystojniak – pomyślała. Ta francuska larwa już się na niego gapi – spojrzała zawistnie na Nicole, która odłożyła kolorowy magazyn na marmurowy blat stolika.

- Czy bar jest otwarty?

- Oczywiście. Tu ma pan kartę hotelową ze wszystkimi informacjami. Może pan korzystać z basenu i innych naszych atrakcji – podała Boreckiemu elegancki pakiet.

- Pani jest największą atrakcją – mrugnął uwodzicielsko do speszonej jego słowami dziewczyny.

- Życzę miłego pobytu – skwitowała profesjonalnie tekst, który słyszała już wielokrotnie. – Czy wezwać boya, żeby zaniósł panu walizkę? – zapytała.

- Dziękuję, poradzę sobie – odparł. – Spóźnione życzenia imieninowe, pani Basiu – zerknął na plakietkę z imieniem.

Dżentelmen podrywacz w każdym calu – uśmiechnęła się w duchu zmienniczka Moniki, patrząc z lubością na wysportowaną sylwetkę zmierzającego w stronę schodów mężczyzny.

 

Nicole wstała i powolnym krokiem udała się w stronę hotelowej kawiarni.


Wiatr ucichł, Bałtyk odzyskał spokój. Na czarnym niebie migotały miliony gwiezdnych punkcików. Oddalona o kilka kilometrów latarnia morska pozdrawiała marynarzy kojącym blaskiem.

Maciek czuł w nogach spacer do Jastarni i z powrotem. Przechodząc przez podjazd, zauważył lancię. Dotknął maski, wyczuwając ciepło bijące ze stygnącego silnika.

- Koniec nudy, piesku – mruknął pod nosem.

 

Gdy dotarli do apartamentu, wyciągnął z szafy walizkę, z której wydobył małe, zamykane na szyfrowy zamek, pudełeczko. Otworzył je i po chwili zastanowienia trzymał w dłoni mikroskopijny przedmiot.

- Zostań, Goliat. Pilnuj – wydał polecenie psu, który posłusznie położył się na swoim posłaniu.

Jego pan zszedł na parter. Kręcił się pozornie bez celu z roztargnionym wyrazem twarzy, niekiedy kierując oczy w kierunku sufitu i poruszając bezgłośnie wargami.

 

Pisarz szuka natchnienia – pomyślała Basia, ale nie śmiała odezwać się do cennego gościa, szanując jego dziwactwa.

Obserwowała z rozbawieniem literata, który najwyraźniej nie zauważył schodzącego po schodach opalonego, odświeżonego szybkim prysznicem i tryskającego energią Mirka. Zderzyli się, gdy pisarz znienacka zmienił kierunek swojej komicznie wyglądającej marszruty. Borecki stracił równowagę i byłby upadł, gdyby nie refleks sprawcy zamieszania.

- Najmocniej pana przepraszam! – wykrzyknął Maciek podtrzymując ofiarę swej nieostrożności. Przez moment jego dłoń zetknęła się z butonierką gustownej, czarnej marynarki nowego gościa.

- Nic się nie stało – mruknął elegant i niezrażony skierował się w kierunku kawiarni.

 

Pisarz spojrzał na Basię, ukłonił się jej z szacunkiem, po czym pobiegł schodami na górę.

Żaden artysta nie jest całkiem normalny… – pomyślała dziewczyna, przypominając sobie zachowanie niektórych celebrytów regularnie odwiedzających “Bryzę” w sezonie wakacyjnym.


Nicole sączyła drinka przy białym stoliku. Przeszklone, zaokrąglone ściany kawiarni skierowane były w stronę niewidocznej o tej godzinie plaży. Stojący nieopodal fortepian kontrastował czernią z trójkolorową szachownicą podłogi i jasnym wystrojem wnętrza.

Kobieta założyła nogę na nogę. Krótka, biała sukienka uniosła się, odsłaniając uda i przyciągając uwagę kelnera.

 

Mirek wszedł i rozejrzał się dookoła. Sala zionęła pustką. Zatrzymał wzrok na siedzącej brunetce. Uśmiechnął się. Odwzajemniła się tym samym i pokiwała zachęcająco dłonią.

- Witam w “Monte Carlo” – powiedziała, gdy Borecki stanął obok, nie ukrywając zainteresowania czarnymi pończochami, uwydatniającymi walory zgrabnych nóg.

- Dobra nazwa dla kawiarni, prawda? – zaśmiał się. – Rozumiem, że mogę pani dotrzymać towarzystwa? – zapytał z nadzieją w głosie i usiadł, nie czekając na pozwolenie.

- Jestem Jacek Czartoryski – wyciągnął dłoń.

- Podoba mi się pana śmiałość, panie Jacku – spojrzała mu w oczy. – Nicole Delobel – musnęła jego dłoń palcami.

- Francuzka? – ucieszył się Borecki. – Zaintrygował mnie pani akcent. Świetnie mówi pani po polsku – pochwalił.

Nicole skinęła na kelnera.

- Czego się pan napije? – zapytała.

- A pani czym się delektuje? – spojrzał na kolorową zawartość jej kieliszka o kształcie przypominającym gruszkę.

- “Sex on the beach” – zmrużyła oczy.

- Dla mnie to samo – Mirek zwrócił się do wyraźnie podekscytowanego chłopaka w uniformie.

- Dla mnie jeszcze jeden – dodała Nicole i wciągnęła przez słomkę resztę płynu.

- Uwielbiam seks na plaży. Szkoda, że to nie lato – Borecki poczynał sobie odważnie.

- Sądząc po pana opaleniźnie, jestem w stanie uwierzyć – podjęła wyzwanie.

- To słońce Ameryki Południowej. Jestem dyplomatą na urlopie w Polsce. A pani?

- Przygotowuję się do roli w filmie.

- Jest pani aktorką?

- Początkującą.

- Będzie pani grać w polskim filmie? – zainteresował się Mirek.

- To koprodukcja polsko-francuska. Szczegółów nie mogę zdradzić, mam w kontrakcie dyskrecję na ten temat. Ale kręcony będzie w Gdańsku – spojrzała karcącym wzrokiem na kelnera, który stawiając drinki, znowu obrzucił łakomym spojrzeniem jej nogi.

Chłopak zaczerwienił się i odszedł szybko od stolika.

 

- Za spotkanie! – Borecki uniósł koktajlowy kieliszek i spojrzał prosto w brązowe oczy Nicole.

- Za spotkanie – powtórzyła za nim kobieta i zmysłowym ruchem włożyła słomkę do ust. Mirek poczuł dreszcz.

- Opowie mi pan o pracy w dyplomacji?

- To nudny temat… Za to aktorstwo to ciekawy zawód, prawda? – uśmiechnął się, sącząc słodki płyn.

- Nie chciałbym państwu przeszkadzać, ale za dziesięć minut zamykamy lokal – kelner podszedł bezszelestnie i aby zatrzeć niemiłe wrażenie, skłonił się głęboko.

- Proszę dopisać drinki do mojego rachunku – powiedział Borecki, pokazując swoją kartę pobytu.

- Słabe te drinki, chociaż smaczne – uśmiechnęła się. – Mam w pokoju coś mocniejszego. Masz ochotę kontynuować… rozmowę? – oblizała górną wargę.

- Nie śmiałbym odmówić tak atrakcyjnej kobiecie – głos mu zadrżał.

- Viens alors… – wstała i pociągnęła zachwyconego Boreckiego do wyjścia.


Maciek poprawił słuchawki na uszach. Przy okazji sprawdził, czy jego laptop i urządzenie podłączone do gniazda USB nie wykazują zakłóceń. Na ekranie pulsował symbol nagrywania. Wszystko działało bez zarzutu.

Napił się wody mineralnej z małej butelki i oparł wygodnie o poduszkę wielkiego łoża. Goliat pochrapywał cicho, śniąc o piasku, w którym kopał dołki. Dużo głębokich dołków.


Wypita w pokoju Francuzki wódka szumiała w głowie, a obecność seksownej brunetki rozpaliła wyobraźnię. Panna Delobel niskim, zmysłowym głosem opowiadała mu o swoim życiu. O babci, która urodziła się w Polsce i uczyła Nicole języka przodków. O zamiłowaniu do teatru, o pierwszej szczeniackiej miłości, o pierwszej roli w szkolnym teatrzyku, o wielkich nadziejach związanych z filmem, w którym miała zagrać, aby móc rzucić chałtury w prowincjonalnych kabaretach.

 

- Usiądź wygodnie i odpręż się – cichy głos Nicole brzmiał kojąco.

Wychodzący z łazienki Mirek posłuchał bez wahania.

- Dlaczego mi to wszystko opowiedziałaś? – zdjął marynarkę, powiesił ją na oparciu krzesła, sam sadowiąc się w wygodnym fotelu.

Nicole stanęła za jego plecami i delikatnie gładziła lekko kręcone włosy gościa.

- Będę tu jeszcze przez dwa dni… W moim życiu nic nie trwa dłużej niż kilka dni, rozumiesz?

- Nie bardzo… – westchnął.

- Z nikim nie chcę… nie mogę się wiązać na dłużej.

- Dlaczego?

- Nie pytaj, proszę – spojrzała w wiszące na ścianie lustro, w którym zobaczyła swoją prawdziwą twarz. Twarz suki, wykorzystywanej do może i ważnych celów, ale podłymi metodami.

Sięgnęła po kieliszek wódki. Wypiła jednym haustem.

- Cieszmy się tą nocą, bo drugiej takiej może nie być – szepnęła rozmarzonemu Mirkowi do ucha. Co by się nie wydarzyło, zapamiętaj mnie taką, jaka jestem w tej chwili, dobrze?

Gładziła jego głowę, wodziła palcami po twarzy, sięgając pod rozpiętą koszulę. Borecki przymknął oczy i poddawał się pieszczotom.

- Nie przestawaj – poprosił, gdy oderwała dłonie. Zza fotela usłyszał szelest opadającej sukienki. Otworzył oczy i zobaczył ją przed sobą nagą. Wyciągnęła dłoń i pociągnęła go w kierunku łóżka.

Pospiesznie pozbył się koszuli, zaprasowanych w kant spodni, butów i skarpetek. Nicole zdarła z niego slipki, rozdzierając cienki materiał.

Leżąc na plecach, poczuł gorące usta w okolicach krocza. Jego penis stanął na baczność. Popatrzyła z satysfakcją i dosiadła go, wydając głośny jęk. Patrząc mężczyźnie w oczy, zataczała kręgi biodrami, ocierając się o niego i dysząc z podniecenia. Gdy rozkosz obojga sięgnęła zenitu, wbiła paznokcie w ramiona Mirka i przywarła piersiami do jego torsu. Z gardła Nicole popłynął szloch.

Leżała, płacząc. Zdezorientowany Borecki odruchowo przytulił kobietę i przykrył kołdrą. Zsunęła się na bok i zasnęła błyskawicznie.


Maciek zdjął słuchawki i ziewnął. Przełączył urządzenie na głośniki i położył się spać. Każdy głośniejszy od posapywania śpiącej pary dźwięk powinien go obudzić.

- Dobranoc, Goliat – mruknął w kierunku psiego posłania.


Borecki otworzył oczy. Rozejrzał się po luksusowo urządzonym pokoju i spróbował zebrać myśli. Analizował sytuację, patrząc na śpiącą obok drobną brunetkę. Jej długie włosy rozsypały się na poduszce, kontrastując z jasną karnacją apetycznego ciała.

Mirek oparł się na łokciu i odsunął kołdrę, sycąc wzrok widokiem nagiej kobiety.

Nicole drgnęła i nie podnosząc powiek, szepnęła coś, czego mężczyzna nie dosłyszał. Pogłaskał ją po głowie. Otworzyła oczy.

- Chcę cię – powiedziała. – Weź mnie jak sukę – niski głos zabrzmiał lubieżnie. Przekręciła się na brzuch i podkurczyła uda, unosząc wysoko biodra.

- Na co czekasz? – poruszała pośladkami.

Borecki nie zastanawiał się długo. Pierwszy raz miał do czynienia z tak bezpruderyjną partnerką. Dlaczego nie skorzystać? – pomyślał i wymierzył siarczystego klapsa w wypiętą pupę. Jego instrument był gotowy do gry.


Literat ściszył głośniki. Skontrolował funkcję nagrywania i pozostającą do dyspozycji przestrzeń na dysku.

Potem ubrał się i skinął na psa.

- Szybki spacerek, co ty na to?

Goliat zamerdał ogonem.


Dziewczyna leżała z szeroko rozłożonymi udami. Na jej czole perliły się kropelki potu.

- Od jak dawna nie miałeś kobiety? – zapytała bez cienia skrępowania.

- Dlaczego pytasz?

- Bo jesteś jak wyposzczony ogier – zaśmiała się gardłowo.

- To źle?

- Bardzo dobrze – pogłaskała go po mokrym podbrzuszu. – Wiesz co? Głodna jestem. Idziemy na śniadanie?

- Dobry pomysł – Borecki skinął głową. – Muszę iść do siebie. Przebiorę się i za pół godziny spotkamy się w restauracji, ok?

- Idź już, ogierze – ugryzła go delikatnie w szyję. A po śniadaniu pojedziemy na wycieczkę.

- Dokąd?

- Kilkanaście kilometrów stąd jest fokarium. Chcę to zobaczyć. No, leć już, bo cię znowu zgwałcę – zachichotała.


- Najmocniej pana przepraszam. Ostatnio jestem bardzo nieuważny – kajał się Maciek, podnosząc z posadzki Boreckiego.

- Mam wrażenie, że pan mi specjalnie podciął nogi – warknął Mirek.

- Ależ skąd – literat uśmiechnął się przyjaźnie. – Widzi pan, ja piszę nową książkę i się często zamyślam – dodał łagodnym tonem.

- Aaa… już pana kojarzę… to pan jest autorem “Afrodyty pod prysznicem”?

- Zgadza się. Z tym że tytuł narzucił wydawca – zaśmiał się pisarz. – Jeszcze raz przepraszam i nie zatrzymuję. Piękna kobieta, z którą pana widziałem na śniadaniu, już nadjeżdża swoim peugeotem. Do zobaczenia – spojrzał przez przeszkloną ścianę na podjazd i wycofał się w kierunku schodów.

 

Wbiegł szybko na górę, chwycił laptop, gwizdnął na psa i po kilku minutach pędził toyotą w kierunku Helu.

Zasięg jego aparatury nie przekraczał trzech kilometrów.


Nicole zamówiła kolację do pokoju. Na stole pojawiły się owoce morza, smażona ryba, zestawy surówek i kubełek z lodem, z którego wystawała butelka oryginalnego francuskiego szampana.

Wykąpany i pachnący drogą wodą po goleniu Borecki zjawił się punktualnie o ósmej. Miał na sobie tę samą czarną marynarkę, co poprzedniego wieczoru, do której tym razem dobrał beżowe spodnie.

Nicole włożyła bordową, mocno wydekoltowaną sukienkę, ledwo zakrywającą uda. Zrezygnowała z biustonosza i pończoch. Ogrzewanie w hotelu działało bez zarzutu.

 

Para spędziła ze sobą cały dzień. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. W fokarium Nicole śmiała się beztrosko i przemawiała po francusku do pływających w basenie morskich stworów, które pomimo pokrywających je obfitych warstw tłuszczu, wydawały się szczęśliwe. I zadowolone z obecności widzów. W przeciwieństwie do wielu niewiast w analogicznych okolicznościach.

 

- Jacek… ja jutro wyjeżdżam – powiedziała poważnym tonem. – To nasza ostatnia noc.

- Nie chcę, żeby to się tak skończyło – Mirek posmutniał.

- Ja też nie. Ale ja muszę wracać do Nicei, a ty do tej twojej Kolumbii, o której tyle opowiadałeś…

- Jak to do Nicei? A film w Gdańsku?

- Właśnie dostałam wiadomość, że zdjęcia przełożono. Nie wiadomo na kiedy. Jakieś problemy ze sponsorami. Znowu los mi nie sprzyja – spuściła głowę.

- Nicole, ale przecież mogłabyś zostać na trochę. Tu, w Polsce. A ja tak naprawdę nie wracam do Kolumbii. Dostałem inne stanowisko – powiedział zgodnie z prawdą.

 

- Możesz otworzyć szampana? – zignorowała propozycję.

Korek wystrzelił i jasny, spieniony płyn wypełnił kieliszki.

- Napijemy się i porozmawiamy o przyszłości, chcesz? – kobieta uniosła szampankę w górę.

- Oczywiście, że chcę – Mirek poczuł przyspieszone bicie serca. Czekał na ten moment.

- Oboje nie powiedzieliśmy sobie całej prawdy, zgadza się? – usłyszał zaskakujące stwierdzenie.

- Nie rozumiem… O czym mówisz?

- Wiesz, że ja miałam prababkę cygankę?

- To chyba nie problem? Dlaczego to ukrywałaś?

Nicole pochyliła się do przodu. Jej luźna sukienka odsłoniła biust.

- Źle mnie zrozumiałeś. Nie o to chodzi… Ja potrafię wróżyć z ręki. Daj lewą dłoń, a powiem ci prawdę – uśmiechnęła się.

- Proszę bardzo – Mirek wyciągnął rękę przed siebie. Nicole chwyciła ją za nadgarstek, odwróciła dłoń spodem do góry i zaczęła powoli wodzić paznokciami po skórze.

- Masz ciekawe życie, Jacku… – zaczęła. – Podwójna linia pracy… A nawet potrójna…

Borecki chrząknął, ale nie odezwał się. Słuchał cierpliwie.

 

- Bogaty jesteś pan… Widzę linię pieniędzy… Ale to niedobre pieniądze… Nieuczciwie zarobione… – kontynuowała, patrząc mu uważnie w oczy.

- Kim ty jesteś, Nicole? – wyrwał dłoń i sięgnął po kieliszek. Wypił do dna.

- Zagramy w otwarte karty, chcesz? – zapytała, mrużąc oczy.

- Chcę.

- Czy nazwa HSBC Bank na Kajmanach coś ci mówi? – również podniosła szampankę do ust.

- Może… A kogo to zainteresowało? – opanował drżenie głosu.

- Sojuszników. Amerykańskich sojuszników twojego kraju – odparła bez namysłu. – Rozpracowali cię, Jacek. – W dodatku Amerykanom bardzo przeszkadza przemyt kokainy na ich rynek. To działa na nich jak płachta na byka, rozumiesz?

- Rozumiem. Co jeszcze wiesz?

- Że nie jesteś tylko dyplomatą. Radca to przykrywka. Jesteś rezydentem waszego wywiadu – powiedziała to tak spokojnie, jakby chodziło o maskę karnawałową.

- No i…? – czekał z niecierpliwością na dalszy ciąg.

- No i masz dwa wyjścia. Pierwsze to takie, że od tej pory będziesz meldował o wszystkim, co się dzieje w tej waszej Agencji Wywiadu amerykańskim sojusznikom, za co dostaniesz uczciwie zarobione dolary oraz premię w postaci moich wizyt w Polsce… Na gruncie również prywatnym… czego zresztą też bym chciała – uśmiechnęła się, oblizując wargi.

- A drugie wyjście? – Borecki przypomniał sobie jedną z sesji szkoleniowych w zastawionym dziwnym sprzętem pokoju willi w Komorowie.

- Drugie nikomu się nie opłaci. Oznaczałoby dla ciebie więzienie. Długoletnie – zaznaczyła.

- Szantaż? Kij i marchewka? A macie dowody?

 

Nicole wstała i przyniosła dużą kopertę. W środku były zdjęcia. Dużo zdjęć, na których radca Czartoryski biesiadował w towarzystwie ludzi, których nazwiska spędzały sen z powiek niejednemu agentowi DEA.

Borecki zaśmiał się kpiąco.

- To moja praca. Nic z tego nie wynika.

- Czyżby? Zajrzyj głębiej do koperty…

Mirek wsunął dłoń i wydobył pendrive.

- Tak, Jacek. Tam są nagrania. Chcesz posłuchać próbki? – kobieta wyciągnęła z torebki dyktafon i nacisnęła przycisk odtwarzania. Z głośniczka popłynęły dialogi po hiszpańsku. Padały konkretne kwoty i nazwiska.

- Wystarczy? – zapytała. – Jest jeszcze kwestia powiązań z tym kolumbijsko-polskim pseudobiznesmenem… Sternem. On zresztą zniknął. Podobno nie żyje… Podawali to w waszym radio, chyba słyszałeś? – poprawiła rozpuszczone, opadające na czoło włosy.

- Nagrania jego rozmów też mamy. Amerykańskie służby nie śpią, Jacek. O tym, że nie wracasz do Bogoty, też wiedzą…

- Dasz mi te materiały… na pamiątkę? – zapytał dziwnym tonem Borecki.

- Oczywiście. To tylko kopie. Zrobisz z nimi, co chcesz, ale na twoim miejscu bym je zniszczyła.

- Dlaczego Amerykanie chcą szpiegować sojusznika? Przecież z nimi współpracujemy.

- Widocznie za słabo. Zresztą moim zadaniem nie jest zastanawianie się nad takimi rzeczami. Nalej jeszcze szampana – uśmiechnęła się.

- A ty kim jesteś? – ostrożnie rozlał resztę trunku do kieliszków.

- Ja… wykonuję zlecenia – odpowiedziała cicho. – Nie będę kłamać i powiem ci, że to zadanie mi się bardzo podoba. Ty mi się podobasz. I to jest prawda – zamyśliła się, bo zdała sobie sprawę, że nie chciała zrywać kontaktu z przystojnym dyplomatą.

 

- To jak? Którą opcję wybierasz? – zapytała z napięciem w głosie.

Borecki nie odpowiedział. Przeglądał zdjęcia. Wstał i podszedł do okna. Patrzył w ciemność. Gdy się odwrócił, Nicole leżała nago na łóżku.

- Fuck me – powiedziała po angielsku, głaszcząc się palcami w kroku.

 

Po kwadransie leżeli spoceni na skotłowanej pościeli.

- Zgadzam się – rzekł Borecki z mistrzowsko zagraną desperacją.


- Nareszcie… – mruknął literat i zdjął słuchawki. Sięgnął po nietypowo wyglądającą komórkę i wybrał numer.

- Nominacja do Oscara zupełnie zasłużona. Obejrzałem film aż do szczęśliwego końca – powiedział ze stoickim spokojem.

- Merci – odpowiedział Stefan i przerwał szyfrowane połączenie.


Zziajany po długim spacerze Goliat kroczył przy nodze Maćka. Przed hotelem rozgrywała się scena romantycznego pożegnania. Borecki całował się z Nicole, opartą o peugeota.

Literat przystanął taktownie w bezpiecznej odległości i czekał prawie pięć minut na finał. W końcu kobieta wskoczyła za kierownicę i ruszyła ostro. Przyhamowała na widok swojego hotelowego koszmaru i wyciągnęła dłoń z wyciągniętym w górę środkowym palcem. Maciek ukłonił jej się z emfazą i pomachał na pożegnanie.

 

- Ładny pies – powiedział Borecki. Mogę go pogłaskać?

Owczarek łypnął okiem na pytającego i poruszył przyjaźnie końcem ogona.

- Może pan – pozwolił jego pan.

Mirek poczochrał kudłaty łeb i skierował się do wejścia. Nagle coś sobie przypomniał.

- Nie. Pana puszczę przodem i poczekam. Gdy jest pan zbyt blisko, to dziwnym trafem tracę równowagę – uśmiechnął się krzywo.

- Jak szanowny pan sobie życzy – literat skłonił się uprzejmie i wszedł pierwszy. Gdy był przy schodach, usłyszał głośne przekleństwo i łomot.

- O Boże! Panie Jacku, nic się panu nie stało? – krzyknęła Monika, pomagając podnieść się leżącemu na podłodze Boreckiemu.  – Naprawdę nie rozumiem, skąd tu wzięła się ta szczotka!

7,378
9.11/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.11/10 (5 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (6)

Krystyna · 27 maja 2022

+1
0

Pospiesznie pozbył się koszuli, zaprasowanych w kant spodni, butów i skarpetek.


Przy tym zdaniu się uśmiechnęłam. Polecam przeczytać je wszystkim mężczyznom, w razie potrzeby nawet kilkukrotnie.
Jeżeli ktoś nadal zastanawia się dlaczego, podpowiem: pozbył się... i skarpetek 😉

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 28 maja 2022

+1
0

Bardzo celna uwaga, Krysiu 😉 Ci, którzy nie zdejmują skarpetek, oglądają po prostu bardzo niskobudżetowe pornole 😉

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Krystyna · 2 czerwca 2022

0
0

Nie biezpakojsia…


Rosyjski znam, więc poniałam...

- Je vous souhaite une bonne soirée


francuskiego ani w ząb... Ciekawe, jak inni czytelnicy.
Teraz moje pytanie do autora. To jedynie fragment większej całości i tym wyjaśniam sobie brak tłumaczenia, chociaż dziwi mnie bardzo, że jeszcze nikt ci tu tego nie wytknął. Wracając jednak do meritum; jak rozwiązałeś tę sprawę w oryginale? Odnośniki na koniec lub na dół strony (chociaż gwiazdek nie widzę)? A może całkiem pominąłeś temat zdając się na zaradność czytelnika?

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 2 czerwca 2022

0
0

@Krystyna
- Je vous souhaite une bonne soirée – Maciek odwrócił się i pomaszerował w stronę schodów.

- Też panu życzę udanego wieczoru – odprowadziła go wzrokiem.


- En Pologne on accepte tous les arrivants, qui ne causent pas de problèmes – Maciek nie mógł się powstrzymać od złośliwości.
(...)
- Powiedział, że w waszym kraju akceptujecie wszystkich gości, którzy nie stwarzają problemów. To jakieś polskie przysłowie?

Ano w ten subtelny sposób to było rozwiązane 😉 W razie gdyby i to nie wystarczyło, to oczywiście mamy google translatora...

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Krystyna · 2 czerwca 2022

+1
0

Zawsze byłam zdania, że czytelnik jest bardziej inteligentny, niż się to co poniektórym wydaje 😉

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

SENSEIH · Autor · 2 czerwca 2022

+1
0

Otóż to, Krysiu... I stąd moje "subtelne" naprowadzanie czytelnika na francuskie tropy 🙂 Zresztą akurat ten język powinien być powszechnie znany wśród wielbicieli erotyki, z powodów ogólnie znanych 😀

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.