Kurier Maksym. Cash on Delivery
7 lipca 2026
16 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Xoxo,
SamX
Otworzyłam oczy kilka minut przed budzikiem. Za chwilę z ukrytych w suficie głośników miał popłynąć szum morskich fal, by delikatnie zmyć ciszę. Ten zaprogramowany, kojący szum, dobiegający z ukrytych w suficie głośników, był częścią naszej idealnie wyreżyserowanej codzienności. Przez krótki, złudny moment panował spokój – złożony z chłodu pościeli i miarowego rytmu szumiącego oceanu.
Ale ta chwila nie trwała długo. Zaledwie kilka uderzeń serca później poczułam jego dłoń na swoim ciele. Przesunął palcami po moim boku, pewnie i bez pytania, jakby sprawdzał stan posiadania przed rozpoczęciem kolejnej procedury. Zaczął mnie całować. Najpierw leniwie w kark, potem jego usta powędrowały wyżej, w stronę ucha, drażniąc moją skórę rannym, jeszcze ciężkim oddechem i szorstkością dwudniowego zarostu. Jego wargi błądziły po mojej szyi z rutynową zachłannością, a dłoń zacisnęła się mocniej na moim biodrze, przyciągając mnie do siebie. W tych pocałunkach była zapowiedź kolejnego zadania do wykonania, podszyta wymuszoną czułością.
Zamiast tradycyjnego „dzień dobry”, usłyszałam jego niskie, zachrypnięte mruknięcie prosto do ucha: – Mam pierwsze spotkanie dopiero o jedenastej – szepnął, a ja poczułam, jak moje ciało odruchowo sztywnieje pod wpływem tego konkretnego, zimnego tonu.
– Poza tym… pamiętasz? Środa to dzień loda, kochanie. Trzeba to uczcić.
Kiedy to powiedział, uśmiechnął się tym swoim wymownym uśmieszkiem, który od razu przypomniał mi o obowiązku, jaki konsekwentnie realizowałam od dnia naszego ślubu. Nienawidziłam tego hasła. Brzmiało jak tani żart z biurowej kuchni, ale w jego ustach stawało się powoli częścią naszego pierdolonego, małżeńskiego ładu.
To był przedostatni dzień moich dni płodnych, które perfekcyjnie monitorowaliśmy razem z mężem w aplikacji każdego miesiąca. A dokładniej to on je monitorował, a ja poddawałam się temu z nadzieją, że już niedługo to się skończy. Wiedziałam, że to tak naprawdę nasza jedyna szansa w tym cyklu, żeby jeszcze się do siebie zbliżyć i spróbować skutecznie zajść w ciążę. Ta świadomość paraliżowała mnie bardziej niż jego dłoń na moim ciele. Od pół roku, odkąd założyliśmy obrączki, w tym okresie przestawałam należeć do siebie samej. Stałam się częścią korporacyjnego grafiku i aplikacji, która domagała się rezultatów tu i teraz. Byłam chodzącym inkubatorem, a nasz seks stał się sterylnym, waniliowym obowiązkiem.
Czułam narastające, nieme obrzydzenie, ale posłusznie zsunęłam się w dół, w stronę krawędzi łóżka. Zaczęłam robić to, czego oczekiwał. Mechanicznie, z lekką dozą namiętności, po prostu odhaczając kolejny punkt w harmonogramie. I wtedy znów to poczułam. To nie był pierwszy raz. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Ale Błażej za każdym razem desperacko zasłaniał się zmęczeniem i dużym stresem w pracy. Zamiast twardnieć, jego ciało po raz kolejny zaczęło się poddawać. Rozłożył trochę szerzej nogi, jakby chciał dać mi lepszy dostęp, a ja zaczęłam obciągać jego kutasa, próbując mocno złapać go wargami, żeby wywołać w nim jakiekolwiek podniecenie. Jeden raz. Drugi. Trzeci. Jedenasty… Ale on cały czas był miękki. Stał się tylko wiotkim dowodem naszej wspólnej, prokreacyjnej porażki w dniu ostatniej szansy tego miesiąca.
Wycofał się z głuchym przekleństwem i opadł na poduszki. Powietrze w sypialni natychmiast zgęstniało od niewypowiedzianych pretensji. Zbliżył swoją twarz do mojej, chyba chciał mnie przeprosić albo spróbować jeszcze raz, ale wtedy zauważył, że moje oczy są zeszklone od łez. Te żałosne, piekące krople były całkowicie poza moją kontrolą. Nie mogłam znieść jego wzroku. Kolejna nieudana próba… Wyskoczyłam z łóżka i uciekłam do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi.
Paliło się tu tylko chłodne światło aktywowane z czujki ruchu. Oparłam się o umywalkę, patrząc w lustro na swoją rozmazaną twarz. Po ślubie zamieszkaliśmy w dużym apartamencie z widokiem na warszawski Skyliner, gdzie każda przestrzeń była zaprojektowana z myślą o oddechu i wolności, ale w tamtej chwili czułam się jak w pułapce. Miałam ochotę zrzygać się na ten nasz idealny, poukładany teatrzyk.
Drzwi uderzyły o ścianę z trzaskiem. Wparował za mną nagi, wściekły i sfrustrowany własną niemocą.
– Co, kurwa?! – warknął, stając tuż przede mną, a jego potężna sylwetka całkowicie przysłoniła mi światło. Choć nasza łazienka była przestronna, jego ciało osaczyło mnie w taki sposób, że poczułam się, jakby zamykał mnie w jakimś klaustrofobicznym, ciasnym pomieszczeniu, z którego nie było wyjścia.
– Możesz chociaż raz nie ryczeć?! – wrzasnął, a jego głos odbił się od marmurów. Zadziałało to na mnie jak zapalnik. Przerażona własną odwagą, odkrzyknęłam mu prosto w twarz: – A ty możesz chociaż raz stanąć na wysokości zadania?!
Jego twarz stężała. Zamachnął się i z impetem uderzył otwartą dłonią w ścianę tuż obok mojej głowy. Huk odbił się od marmurów, a wibracja kafelków przeszła na moje plecy. Zamrugałam. Był znacznie większy ode mnie, a jego potężna sylwetka w ułamku sekundy całkowicie mnie osaczyła. Wyciągnął moje ręce, brutalnie przyciskając je do kafelków, po czym zaczął delikatnie zbliżać swoje wargi do moich, jakby w tym całym amoku chciał mnie nagle pocałować, przepraszając za to, co zrobił. Czułam, że mógł w tamtej chwili zrobić dosłownie wszystko. Tak bardzo pragnęłam, żeby jego druga, wolna dłoń gwałtownie wylądowała na moim ciele. Chciałam go sprowokować jeszcze bardziej, zrywając z niego ostatni hamulec bezpieczeństwa.
I wtedy, zamiast strachu, poczułam falę obezwładniającego, brudnego gorąca uderzającą prosto w krocze. Nagła, gwałtowna wilgoć zalała moje uda. Jego agresja zadziałała jak zapalnik, ostatecznie rozbijając maskę przykładnej żony. Uświadomiłam sobie swój najbrudniejszy sekret: rzygałam już czułościami i „staraniem się”. Chciałam, żeby przestał być mężem. Chciałam, żeby mnie upodlił, zdominował i po prostu brutalnie zerżnął.
Zauważył to. Widział moje rozszerzone źrenice i urywany, płytki oddech. Na jego ustach pojawił się drapieżny uśmiech.
– Podoba ci się to, co? – wyszeptał, a jego głos był teraz niski i niebezpieczny.
– Chcesz się pobawić ostrzej?
– Przestań… puszczaj mnie – wydukałam, ale moje usta kłamały. Chciałam go po prostu ostatecznie wkurwić, zdeptać jego ego do samej ziemi, dlatego z jadowitą pogardą dorzuciłam: – Zresztą, i tak nie jesteś nawet na tyle twardy, żeby we mnie wejść.
Spojrzałam mu prosto w twarz i natychmiast zobaczyłam w jego oczach wkurwienie. Trafiłam w sam środek.
– No weź – rzuciłam z wyzwaniem, nie spuszczając z niego wzroku.
– Uderz mnie. Przypierdol mi teraz — zaczęłam krzyczeć, a z oczu poleciały mi łzy. – Szkoda ściany, przypierdol mi – próbowałam udawać, że mnie to boli, ale w moim głosie słychać było niezaspokojone pragnienie wygłodniałej suki, która skomle o to, żeby być zdominowaną.
Zamiast wybuchnąć, uśmiechnął się tylko zimno, drapieżnie. Doskonale widział, jak bardzo zaczyna mi się to podobać.
– To byłoby za łatwe, laleczko – mruknął, po czym pochylił się jeszcze bliżej.
– Ciekawe, jakie jeszcze tajemnice skrywa moja żona… Bo widzę, że bardzo tego chcesz – dodał, zbliżając się do mnie.
Te słowa uderzyły we mnie silniej niż cokolwiek wcześniej. Poczułam się, jakby właśnie włamał się do mojej głowy i wyciągnął na światło dzienne myśli, których na siłę próbowałam się przed sobą wstydzić. Wyprzedził to, co naprawdę czułam, nazywając po imieniu mój najmroczniejszy głód. Próbowałam się przeciwstawić, próbowałam utrzymać tę żałosną pozę, żeby tylko nie pomyślał, że jestem wyuzdaną kurwą, która marzy o tym, by ją teraz bezlitośnie dojechał. Ale on to widział. Zdradzały mnie moje oczy, szerokie z przerażenia zmieszanego z żądzą, zdradzały mnie twardniejące pod cienkim jedwabiem piżamy sutki i zdradzała mnie cipa.
Wsunął dłoń pod materiał, dotykając palcami moich warg, które były już odurzająco mokre. Wilgotna i nabrzmiała jak dojrzała brzoskwinia, którą ktoś właśnie zaczął delikatnie obierać ze skórki, sprawiając, że bezwstydnie puściła swoje lepkie soki. Zacisnął dłoń na materiale mojej góry od piżamy i jednym, mocnym szarpnięciem wyprowadził mnie z łazienki. Z każdym jego gwałtownym ruchem zaczynałam bezwładnie jęczeć. To nie był jęk sprzeciwu. To był dźwięk upragnionej kapitulacji. Prowadził mnie siłą, jak swoją własność, prosto do sypialni. Rzucił mnie na to samo pogniecione prześcieradło, które przed chwilą było świadkiem naszej porażki. Padł na mnie całym ciężarem, wgniatając mnie w materac. Czułam, jak narasta we mnie dzika, pierwotna potrzeba – nie mogłam się już doczekać, kiedy rzuci się na mnie i po prostu mnie zerżnie mi cipę, niszcząc ostatnie resztki tej sterylnej rzeczywistości.
Zaczął mnie rozbierać siłą, nie marnując czasu na pocałunki czy czułe słówka. Ale nagle, w połowie gwałtownego ruchu, zamarł. Zatrzymał się, jakby chciał dać mi ostatnią szansę. Czekał na moją zgodę. Poczułam jego usta tuż przy moich – nie całował mnie jeszcze, tylko drażnił swoją szorstką szczeciną, która z każdym mikroruchem wysyłała prąd prosto do mojego podbrzusza. Widziałam w jego wzroku, że jedno słowo dzieli mnie od zrealizowania wszystkich pragnień, których wstydziłam się przed lustrem. Nie bałam się go. Wiedziałam, że mi nie zrobi krzywdy, że to, co zaraz się wydarzy, jest dokładnie tym, czego oboje potrzebujemy. On czekał tylko na to jedno słowo. Nie byłam w stanie protestować. Patrząc mu prosto w oczy, wyszeptałam: – Tak.
To zadziałało na niego jak detonator. W ułamku sekundy cała frustracja zmieniła się w destrukcyjną energię. Poczułam, jak jego palce zaciskają się na moich nadgarstkach, przygniatając ręce do materaca. Rzucił się na moje usta. Całował mnie jak kochanek, który czuje narastające pożądanie, który właśnie teraz mnie zdobywa i realizuje swoje najbardziej brudne fantazje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio całowaliśmy się z taką zachłannością; może nigdy. Czułam smak jego desperacji, zmieszany z nagłym pożądaniem.
Nie było miejsca na delikatność. Jednym gwałtownym ruchem chwycił moją jedwabną piżamę. Symbol statusu idealnej żony poddał się bez walki. Słyszałam dźwięk pękających szwów, czułam chłód klimatyzowanego powietrza na nagiej skórze, gdy zdzierał ze mnie resztki wstydu. Pochylił się nade mną, a jego oddech palił moją skórę.
– Tyle kasy wydanej na te twoje pieprzone jedwabie… – wysyczał z lodowatą pogardą, przejeżdżając dłonią po moim nagim brzuchu. – A pod spodem jesteś tylko zwykłą, napaloną suką, która błaga, żeby potraktować ją jak śmiecia. Prawda? – warknął, domagając się odpowiedzi.
– Przyznaj to.
Kiedy słyszałam te słowa, rozpalały mnie one jak gorące kamienie. Brzmiały w moich uszach jak słowa brudne pochwały, których byłam wygłodniała przez całą naszą dotychczasową relację. Chciałam, żeby był jeszcze bardziej wulgarny, żeby w końcu mu stanął i żeby bezlitośnie mnie wypierdolił.
Zadrżałam, a w zupełnie bezwarunkowym odruchu, czując, jak moje ciało ostatecznie kapituluje przed jego dominacją, wyszeptałam: – Tak… jestem.
Czekałam na uderzenie. Jego ciężar wgniatał mnie w materac, a ja byłam rozchylona, naga i całkowicie poddana jego władzy. Jego dłoń brutalnie rozsunęła moje uda, obnażając przed nim to, co w zasadzie zostało stworzone na jego własne zamówienie.
– Pokaż mi, za co zapłaciłem – warknął, bezceremonialnie wbijając palce w moją wilgoć.
– Zobacz, jak rzygasz tymi swoimi sokami. Chirurg odwalił kawał dobrej roboty, wyglądasz tu jak ciasna, niewinna nastolatka, ale rozlewasz się na mnie jak najtańsza dziwka z motelu. Chcesz, żebym rozjebał to, co tak ładnie ci uformowali? – zapytał głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Rok temu poszłam dla niego pod skalpel. Waginoplastyka. Zniosłam ten ból, opuchliznę i upokarzającą rekonwalescencję tylko po to, by zrealizować jego perwersyjną fantazję o ciele absolutnym. Wykroiłam z siebie kawałek własnej natury, żeby zafundować mu wiecznie młodą, nienaturalnie ciasną i sprężystą cipę. Każdy milimetr moich warg sromowych został na nowo, symetrycznie wyprofilowany przez chirurga tak, by prezentować się bezwstydnie perfekcyjnie. Zrobiłam to tylko w jednym, brudnym celu – by ta idealnie skrojona, estetyczna dziura mogła zawsze czekać wyłącznie na jego fiuta, gotowa go pożreć i zaciskać się na nim z młodzieńczą siłą. I teraz ta sama cipa, luksusowy produkt jego wyobraźni, pulsowała z pożądania, zalewając się lepkimi sokami i błagając, by z bezlitosną siłą wreszcie wypełnił to, za co sam zapłacił.
Zamiast strachu, poczułam tylko kolejną falę uderzającego gorąca. Spojrzałam mu prosto w oczy, a moje dłonie powędrowały w górę. Chwyciłam się za piersi, unosząc je lekko w jego stronę, dając mu wyraźny, bezwstydny znak, że może dalej decydować o każdym kawałku mojego ciała.
– Czego jeszcze byś chciał? – wyszeptałam, prowokując go. – Czego jeszcze byś chciał, Błażej? Chcesz, żebym je poprawiła? Chcesz, żeby były większe? Żeby były zrobione idealnie na twoje zamówienie?
Widziałam, jak na te słowa kąciki jego ust unoszą się w drapieżnym, chłodnym uśmiechu. Zsunął dłonie wzdłuż mojego ciała, by mocno chwycić moje piersi. Zniżył głowę, a ja głośno jęknęłam, gdy jego usta zachłannie opadły na moją skórę, na przemian całując i drażniąc zębami moje twardniejące sutki.
Nagle przestał. Oderwał usta od moich piersi, uniósł się nieznacznie i zbliżył swoją twarz do mojej. Przesunął dłonią po moim policzku w zaskakująco łagodnym, niemal władczym geście.
– Najpierw dziecko – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy. – A potem się nimi zajmiemy.
Doskonale wiedziałam, o czym mówi. Urodzenie mu syna było dla niego jak trofeum, ostateczne osiągnięcie kolejnego levelu społecznego, na który mogłam pomóc mu wejść. Kiwnęłam grzecznie głową, poddając się jego słowom.
Zbliżył się jeszcze bardziej i szepnął, składając mi tym samym twardą obietnicę: – Urodzisz mi syna i zajmiemy się resztą.
Patrzyłam na niego i przez ułamek sekundy zastanawiałam się, co będzie, jeśli kiedyś zajdę w końcu w tę ciążę i okaże się, że noszę jego córkę. Wielokrotnie, kiedy rozmawialiśmy o dziecku, zapędzał się w swojej obsesji. Tak bardzo chciał mieć syna, że próbował nawet stosować mój kalendarzyk i te wszystkie wyszukane w sieci sposoby, które rzekomo gwarantowały zapłodnienie na chłopca. Czułam, że z każdym dniem coraz bardziej staję się po prostu jego własnością, lalką z katalogu zabawek dla dorosłych. I najgorsze, a zarazem najbardziej fascynujące było to, że ten fakt potwornie mnie podniecał. Wiedziałam, że od tej pory już nigdy nie spojrzy na mnie tak samo, ale w końcu będzie znał o mnie prawdę. Tak bardzo tego chciałam. Czułam, że jestem przed nim już zupełnie naga. Od całkowitej, absolutnej nagości dzieliła mnie już tylko lepka warstwa płynu, który wypływał z mojej cipy i powoli na niej zasychał. Ale to nie miało znaczenia, bo wiedziałam, że zaraz przetrze tę wilgoć jego twardy kutas, brutalnie wchodząc we mnie. Tak bardzo tego chciałam. Proszę, tak bardzo tego chciałam.
Ocierał się o mnie, dyszał, wplatał palce w moje włosy, nazywając mnie kurwą. Jego słowa działały jak najczystszy narkotyk, dławiąc resztki mojego rozsądku, ale w pewnym momencie mój instynkt zamarł. Poczułam to. A właściwie poczułam uderzający brak. Pomimo całego tego wyuzdanego, brutalnego teatru, pomimo tego, że ostatecznie zrzuciłam przed nim maskę i oddałam mu się w stu procentach… jego kutas wciąż był miękki. Zupełnie mu nie stawał. Patrzyłam na niego i z jednej strony czułam dławiące obrzydzenie do jego słabości, ale z drugiej tak bardzo, tak desperacko chciałam go teraz w sobie poczuć. Moje rozpalone ciało domagało się finału. Zaczęłam bezwładnie jęczeć, błagając go i zaklinając rzeczywistość: – Pragnę cię, Błażej… Pragnę cię, Błażej… Kocham cię, Błażej!
Przycisnął mnie mocniej do materaca, patrząc na mnie z góry z chorym poczuciem wyższości. –
Głośniej, kurwa – rzucił zimno. – Błagaj o mojego kutasa. Powiedz: zerżnij mnie, Błażej.
– Zerżnij mnie… – szlochałam z pożądania, całkowicie już złamana. – Proszę, zerżnij mnie!
Wtedy on nagle spowolnił. Zatrzymał się, zawieszając nade mną swój ciężar. – Powiedz to jeszcze raz – poprosił cicho. Ten powolny, niemal hipnotyczny ton wywołał we mnie poczucie jeszcze głębszego, obezwładniającego podniecenia. Ledwo byłam w stanie nabrać powietrza, ale posłusznie zrealizowałam to, czego chciał.
– Zerżnij mnie… – wydyszałam. Zwolnił jeszcze bardziej. Zbliżył swoje usta do moich tak blisko, że dzieliły nas milimetry. Miałam wrażenie, że od tego napięcia zaraz po prostu zemdleję. Patrzył mi prosto w oczy i zaczął cicho, prowokacyjnie przeciągać pierwszą literę: – Zzz… Zzz… no powiedz, na co masz ochotę. Wtedy to zrozumiałam. Chciał, żebym w końcu wyznała to, co naprawdę czułam. To, czego pragnęłam z głębi mojego zepsucia. – Zzz… no powiedz ładnie. Nie zrobię ci krzywdy – dodał. – Nie bój się, musisz mi przecież jeszcze wystarczyć na parę lat. Kiedy to powiedział, uśmiechnął się szyderczo, rzucając ten makabryczny żart. Ale ja bez wahania przerwałam jego rozbawienie moim ostatecznym wyznaniem.
– Zgwałć mnie – powiedziałam pewnym głosem, całkowicie napompowanym pożądaniem.
Spojrzałam na niego i natychmiast zobaczyłam w jego oczach uśmiech. Zrozumiałam, że tym jednym sformułowaniem przełamałam coś również w nim, uwalniając jakieś jego własne, głęboko skrywane pragnienie. Tak bardzo tego chciałam. Pragnęłam, żeby właśnie w tej sekundzie zrobił się twardy i dosłownie zrobił to, co powiedziałam.
Ale czułam, co się dzieje. Zamiast twardnieć, znów go traciłam. W akcie desperacji, postanowiłam pozbawić się resztek jakiejkolwiek godności, byle tylko uratować tę chwilę.
– Nie patrz na mnie, Błażej… – wyszeptałam gorączkowo, wplatając palce w prześcieradło. – Po prostu zamknij oczy. Zamknij oczy, myśl o tym i po prostu mnie zerżnij. Błagam cię.
Ale to nie działało. Jeździł swoim wiotkim, bezużytecznym, kurczącym się fiutem po moim ociekającym sokami, perfekcyjnym kroczu, desperacko szukając erekcji, której tam po prostu nie było. Odruchowo zaczęłam myśleć, że to moja wina, że to ja go nie podniecam. Zapominając, że podniecenie to jest transakcja wiązana.
To uderzyło we mnie z siłą rozpędzonego pociągu. To było ostateczne upokorzenie. Leżałam w naszym ogromnym, małżeńskim łóżku, wyuzdana do granic możliwości, zrobiona i uformowana dokładnie tak, jak tego chciał, bezbronna jak rzucone na pożarcie, najdroższe mięso – a on nie potrafił ze mnie skorzystać. Nawet moja pełna uległość nie była w stanie podnieść jego męskości. Napięcie nagle boleśnie uderzyło o ścianę. To zwierzęce pożądanie zaczęło się we mnie gwałtownie dławić. Z moich oczu bezwiednie zaczęły wylewać się łzy. Próbowałam je powstrzymać. Zaciskałam powieki, chcąc połknąć te łzy zanim jeszcze napłynęły do moich oczu. Nie chciałam, żeby to zauważył. Bezskutecznie…
Wkurwił się w ułamku sekundy. Dopadł do mnie, brutalnie łapiąc mnie za ramiona. – Ja pierdolę! Wszystko, dosłownie wszystko, kurwa, potrafisz zepsuć! – wrzasnął prosto w moją twarz, potrząsając mną z toksyczną wściekłością.
– Jak ma mi stanąć, kiedy znowu zaczynasz ryczeć?! Jak?! Powiedz mi, kurwa, jak!?
Z tymi słowami odepchnął mnie z potężną siłą, odrzucając bezwładnie na łóżko. Gwałtownie zsunął się z materaca i odwrócił wzrok, stając tyłem do mnie, ciężko oddychając. Popatrzyłam na niego z czystą, lodowatą pogardą. Patrząc na jego napięte plecy, widziałam, jak ta porażka targa nim od środka. Był wiceprezesem w potężnej korporacji. Facetem, który na co dzień zarządzał ludźmi i podejmował decyzje dotyczące ogromnych pieniędzy. Miał władzę nad wszystkim – poza własnym ciałem.
Za wszelką cenę próbował ukryć przede mną to upokorzenie. Znał mój cykl na pamięć. Miał w swoim telefonie zainstalowaną dokładnie tę samą aplikację co ja, w której z bezwzględną precyzją monitorował moje dni płodne. Kiedy tylko się zbliżały, zaczynał się festiwal sztuczności. Drogie niespodzianki, prezenty, które miały przykryć to, co za chwilę znowu się nie uda. Miał wszystko pod kontrolą, dopóki nie wchodziliśmy do łóżka. Czasami, kiedy już nie wytrzymywał presji, gwałtownie uciekał z łóżka tak jak teraz. Czasami mu stawał, ale z naciskiem na czasami. A ja udawałam. Tak bardzo udawałam, że pragnę, by mnie wreszcie zapłodnił. Kiedy patrzył na moje łzy, myślał, że płaczę nad kolejną straconą szansą na dziecko. Nie miał pojęcia, że nasze starania stały się dla mnie wyłącznie pierdolonym treningiem. Treningiem, w którym każdego pieprzonego miesiąca walczyłam ze sobą, żeby, widząc jego żałosną niemoc, nie zapytać go, o co chodzi. Nie bałam się zadać tego pytania, bałam się odpowiedzi i coraz częściej po kolejnej nieudanej próbie miałam nadzieję, że dla urozmaicenia zaproponuje nam np. trójkąt. Coraz bardziej tego chciałam.
Tamtego poranka leżałam w łóżku, zagryzając kawałek pościeli, w której próbowałam ukryć swoje wymuszone łzy. Zmieszane z gasnącym podnieceniem.
Drako
Jak Ci się podobało?