Marta nałożnicą? Propozycja nie do odrzucenia
14 czerwca 2026
32 min
Słowa królowej Elinory zawisły w dusznej przestrzeni komnaty niczym naostrzony topór, gotowy opaść na szyję. Zapach palonego piżma i lawendy, ulatniający się ze srebrnej, kunsztownie rzeźbionej kadzielnicy, wydawał mi się tak gęsty, iż z trudem łapałam oddech. Moje dłonie, dotąd kurczowo splecione na brzuchu, osunęły się bezwiednie na fałdy szmaragdowej spódnicy. Materiał, choć skrojony wedle najnowszej mody i kusząco opinający biodra, nie potrafił ukryć drżenia nóg.
Władczyni nie spuszczała ze mnie zimnych, szarych oczu, w których odbijał się blask słońca, przesączający się przez witrażowe okna. Zrobiła krok w moją stronę, a jej purpurowa szata zaszorowała o dębowe, wypolerowane deski podłogi z cichym, złowrogim szelestem. Zatrzymała się tuż przede mną, a jej wzrok zsunął się z mojej bladej twarzy niżej, ku obfitemu biustowi napinającemu cienki gorset. Ów biust falował teraz gwałtownie pod wpływem rwanego oddechu.
– Wszystko może być dobrze, Marto – podjęła królowa, a jej głos stał się miękki niczym aksamit, choć wyczuwałam ukryty akcent, ostry jak sztylet. Uniosła dłoń ozdobioną ciężkim sygnetem z rubinem.
– Twój umysł, twoja wiedza nie mogą zmarnować się w lochu. Ani też twoje ciało nie powinno stać się łupem jakiegoś opryszka. Znam jadowite szepty, które pojawiły się po wizycie Ser Kaelana.
Skłoniłam głowę, nie śmiąc przerwać tej przemowy, choć serce tłukło się niczym uwięziony ptak.
– Jesteś niewiastą wykształconą, niezwykłej urody, o subtelnym języku i manierach godnych najzacniejszych komnat – kontynuowała Elinora, wodząc palcem po jedwabnej tapiserii przedstawiającej polowanie na jednorożca w gęstwinie winorośli. – A jako kobieta tak… hojnie obdarzona – tu jej wzrok spoczął otwarcie na moim bujnym biuście, który unosił się szybko pod aksamitem – masz oręż, jakiego inne nie posiadają. Mężczyźni tracą rozum, gdy widzą takie wdzięki. One właśnie mogą otworzyć drzwi, do których moi najbystrzejsi szpiedzy nie mają dostępu. Pragnę, abyś dla mnie słuchała. Abyś splatała historie, które dzieją się na dworze. Wielmoże czy posłowie zapewne chętnie ulegną wdziękowi tak ponętnej i mądrej białogłowy. Będziesz moim uchem w ich alkowach.
W tym momencie królowa odwróciła się gwałtownie, a blask rubinu na jej palcu drgnął niczym kropla świeżej krwi. Jej szept stał się cichszy, lecz uderzył we mnie z mocą turniejowej kopii.
– A jeśli zajdzie potrzeba, by wydobyć z nich głębsze sekrety… ulegniesz im w łożu. Rozchylisz uda przed tymi, których wskażę. Dasz im to, czym tak szafowałaś wobec czarnego rycerza. Co więcej – dodała, a jej twarz stężała w wyrazie bezwzględnej kalkulacji – gdy uznam, iż któryś z moich zasłużonych podopiecznych, wielmoża lubo pośledniejszy mąż, godzien jest nagrody… ty będziesz ową nagrodą. By związać ich lojalność z tronem. Na moje skinienie, oddasz się komu zechcę.
Słuchając tych słów, poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, pozostawiając jedynie piekący wstyd. Moja duma i skromność niewieścia nakazywały mi rzucić się do nóg królowej i rzec kategoryczne nie.
Jednak przed oczami stanęła mi Eleonora z Północy, zakopana żywcem.
Jednocześnie, wbrew wszelkiej logice, gdzieś głęboko w moim podbrzuszu zrodziło się coś zgoła innego. Zdrożne uczucie, które sprawiło, iż skóra pod jedwabiem sukni pokryła się gęsią skórką. Ku mojemu zdumieniu, owa bezpardonowa propozycja… zaczęła mnie podniecać. Wizja oddawania się wielmożom – jako narzędzie państwowej wagi, obudziła we mnie przedziwny dreszcz rozkoszy. A przecie i tak nie miałam wyjścia. Dwór już uważał mnie za łatwą dziewkę… Alternatywą w najlepszym razie mógł być loch.
Podniosłam wzrok, starając się, by moje oczy odzwierciedlały jedynie skromność i lekkie, naturalne zmieszanie przestraszonej białogłowy.
– Wasza Królewska Mość… – zaczęłam cicho, mój głos drżał – Rola, którą dla mnie kreślicie… mąci me myśli. Moja skromna, niewieścia natura trwoży się przed tak wielkim ciężarem… Błagam Cię, Miłościwa Pani, o łaskę kilku nocy pełnych modlitwy i wyciszenia, bym mogła w pełni to rozważyć… Aha… – ta myśl nie dawała mi spokoju. – Czy możesz mi, Pani powiedzieć, coś o misji Ser Kaelana?
Królowa Elinora patrzyła na mnie przez długą, pełną napięcia chwilę. W jej oczach błysnęło zadowolenie – dostrzegła, że ziarno zostało zasiane, a mój brak natychmiastowego buntu zwiastował uległość.
– Dobrze więc, Marto – rzekła gładko, odwracając się z powrotem ku oknu, skąd rozpościerał się widok na zamkowy dziedziniec, na którym rycerze właśnie czyścili swe zbroje. – Idź i rozważ to dobrze. Aha… Kaelan. Nie… Nic ci nie mogę powiedzieć.
Noc w mojej skromnej, usytuowanej na poddaszu izdebce ciągnęła się niczym pasmo niekończącej się udręki. Przez wąskie, łukowate okienko sączył się blady blask księżyca, oświetlając skromne sprzęty: ciężką dębową skrzynię na szaty, pulpit z kałamarzem i pergaminami oraz łoże, zasłane zgrzebnym, lecz czystym płótnem.
Leżałam bezsennie, w cienkiej lnianej koszulince, która ledwo zakrywała nabrzmiałe piersi. Przemyśliwałam o Ser Kaelanie, ale nader wszystko ważyłam słowa królowej. Myśli moje rwały się niczym spłoszone konie. Serce biło nierówno, jakby chciało wyskoczyć z piersi.
Wiedziałam, że na dworze w Therenwaldzie prawdziwa władza lokowała się w cieniu dwóch walczących ze sobą koterii, które bezlitośnie gryzły się o każdy skrawek wpływów. Wrogie wobec królowej było stronnictwo kanclerskie, do którego należeli najpotężniejsi urzędnicy królestwa oraz wielu dowódców wojskowych. Na czele stał kanclerz Korin – mężczyzna dumny, o chłodnym spojrzeniu i umyśle ostrym jak klinga. Jego prawą ręką był marszałek Magnus – surowy wojownik o posturze niedźwiedzia.
To ich frakcję zapewne miałabym szpiegować.
Jakże to upokarzające… – szeptałam sama do siebie, gardło dławił mi wstyd. Zatem ja, szanowana nauczycielka potomstwa Rodericów, miałam stać się szpiegiem i pospolitą nałożnicą, rozkładającą nogi na skinienie, by łowić sekrety możnowładców? Lubo miałam oddawać się jako nagroda dla zaufanych wasali?
Z jednej strony czułam się upodlona, potraktowana jak towar wystawiony na jarmarku. Z drugiej jednak… o przedziwna, grzeszna naturo ludzka! Gdzieś w najgłębszych zakamarkach mego będącego przy nadziei łona, rodziła się i duma… i podniecenie. Skoro sama królowa uznała mnie za wyjątkowo ponętną, skoro mój powab miał stać się orężem wobec najpotężniejszych mężów, poczułam dreszcz, jakiego nie zdołałam okiełznać.
Stopniowo ogarniało mnie coraz silniejsze pożądanie. Zsunęłam z ramion nocną koszulę. Dłonie, drżące i wilgotne, powędrowały ku piersiom, które ostatnio stały się ciężkie. Objęłam je, ważąc ich ciężar. Palce zatopiłam w miękkim, ciepłym ciele, ugniatając je powoli, okrężnymi ruchami. Sutki stwardniały natychmiast, wrażliwe i nabrzmiałe. Ściskałam je delikatnie, potem mocniej, pociągając, jakby same pragnęły oddać się w czyjeś obce dłonie. Westchnęłam cicho, gryząc wargę.
Zaczęłam je pieścić, a nawet gnieść, jakby naśladując zapamiętane dokładnie ruchy hebanowego rycerza. Jęknęłam cicho, gdy rozkoszny ból rozlał się w dół brzucha. Dłoń zsunęła się niżej, ku gładkim udom, wślizgując się między nogi, gdzie już wezbrała gorąca wilgoć. Dotykałam łona, coraz bardziej przyspieszając oddech, lecz palce nie przynosiły ukojenia nienasyconej żądzy. Podniecenie stało się nie do zniesienia.
Wtedy, wiedziona nagłym impulsem, wstałam z łoża i boso podeszłam do skrzyni, wydobyłam z niej sekretną szkatułkę, ukrytą pod kaftanikami. Trzymałam tam osobliwy dar od Gaspara, bogatego, ale i frywolnego zamorskiego kupca, który niegdyś, upiwszy się na królewskiej uczcie, wetknął mi go w dłoń jako rzadkie kuriozum. Był to sztuczny fallus, kunsztownie uformowany z twardej, czarnej skóry, nader pokaźnych rozmiarów – tak gruby i długi, że sam jego widok budził trwogę. Pomyślałam ze wstydem, że przypomina włócznię Ser Kaelana… Palona wewnętrznym ogniem, powróciłam na posłanie. Podwinęłam halkę, rozchyliłam szeroko kolana, uniosłam biodra i nakierowałam ciemny czubek przyrządu ku mojemu rozpalonemu wnętrzu. Przyłożyłam chłodną, gładką główkę do mokrej szczeliny. Powoli, z cichym westchnieniem, zaczęłam wciskać go w siebie. Poczułam opór. Najpierw wepchnęłam tylko główkę – poczułam, jak napiera na wąskie wejście. Skórzane narzędzie wchodziło z trudem, bezlitośnie rozpychając ciasne, delikatne ścianki.
Intensywnie czułam wnikający we mnie pal. Wsuwałam go głębiej, cal po calu, aż poczułam, jak gruba kolumna rozpycha mnie bezlitośnie, wypełniając całą.
Wtedy z gardła wyrwał się cichy skowyt, poczułam mieszaninę bólu i bezgranicznej rozkoszy. Twardy kształt rozciągał moje łono do samych granic. Poruszałam nim miarowo, zatracając się w tym bezwstydnym akcie, wyobrażając sobie możnych panów, którzy wkrótce mieli tak właśnie brać mnie w posiadanie… Najpierw wyobraziłam sobie Polda, podczaszego, jowialnego, zawsze rozześmianego grubaska – ewidentnie stronnika królowej. Roiłam sobie, że trzyma mnie kurczowo za biodra, jednocześnie pakując we mnie swą męskość… Pomyślałam sobie, że skoro tak szybko miele jęzorem, to i tak szybko wywija drążkiem. Dlatego natychmiast przyspieszyłam ruchy, aż zagryzłam wargę.
Potem wyobraziłam sobie Kordiana – kapitana gwardii, jednookiego brutala, w przeciwieństwie do podczaszego nad wyraz małomównego. Widywano go wyłącznie w zbroi. Dworski błazen dowcipkował, że gwardzista nawet chędoży, nie zdejmując pancerza. I takoż też go sobie imaginowałam, jak kładzie się na mnie… i że jego przyrodzenie też jest stalowe – twarde jak z żelaza i bezlitosne jak stal. Dłonią masowałam pierś i nabrzmiały sutek, jakby to bezceremonialnie czynił kapitan. Gryzłam wargi, by nie jęczeć zbyt głośno. Drugą dłonią wpychałam w siebie sztucznego fallusa, najmocniej jak mogłam, bo tak zapewne tarabaniłby się we mnie arogancki żołdak. Ruchy stawały się szybsze, bardziej natarczywe, aż nadeszło uderzenie nagłej, obezwładniającej rozkoszy. Wygięłam plecy, drżąc całym ciałem, z gardła wyrwał mi się zduszony, długi jęk.
Pomyślałam: jak to dobrze, że nikt nie widzi mnie takiej wymęczonej, bezsilnej na zmiętej pościeli…
Rankiem presja ze strony królowej stała się niemal namacalna. Choć nie wypowiedziała ani słowa, jej rzucane ukradkiem, wyczekujące spojrzenia paliły niczym rozżarzone węgle. Domyślałam się, jak wiele sobie po mnie obiecuje. Na dworze w Therenwaldzie roiło się wszak od niebezpiecznych intryg. Za kanclerzem stali wpływowi urzędnicy, a za królową prowincjonalni lordowie, którzy bali się rosnącej władzy kanclerskiej.
Walka toczyła się o wszystko: o urzędy, o nadania ziemskie, o dostęp do ucha króla. Gdy królowa wyprawiała ucztę, dla ludzi kanclerza szykowano najgorsze miejsca przy stole. Gdy kanclerz organizował wielkie polowanie, lordowie kojarzeni z królową nagle otrzymywali pilne wezwania w odległe zakątki królestwa.
Przed południem, nagle w korytarzu wyrosła przede mną wysoka, chuda sylwetka owinięta w ciężką, czarną szatę. Był to ojciec Gwidon, nadworny kapelan, człowiek o twarzy bladej jak pergamin i głębokich, nieruchomych oczach, w których czaił się fanatyczny żar. Wiedziałam iż słowa z jego ust potrafiły palić mocniej niż katowski ogień, oraz że był bezwzględnym zaufanym królowej.
– Stój, córko – rzekł głosem niskim, chropowatym. – Dokąd zmierzasz? Dostrzegam brzemię grzechu w twym łonie. Musisz się wyspowiadać, nim diabeł zapuści korzenie…
– Ojcze kapelanie… – zaoponowałam, cofając się o krok, a mój obfity biust zafalował gwałtownie. – Moje myśli są w rozgardiaszu, muszę powrócić do swych obowiązków…
Wtedy Gwido postąpił ku mnie, a z jego oczu wykwitła zimna, okrutna satysfakcja. Nachylił się tak blisko, że poczułam zapach kadzidła i starego, skwaśniałego wina mszalnego.
– Nie chcesz? – syknął, a w jego głosie zadźwięczała groźba, która zmroziła mi krew w żyłach. – Czy wiesz ty, nierządnico, jakie kary czekają w tym królestwie za grzech cudzołóstwa i lżenie boskich praw? – Jego oczy zwęziły się w szparki. – Prawo nakazuje przepędzenie takiej białogłowy przez całe miasto, obnażonej! Od bramy do bramy. Zbierają się wtedy najgorsi hultaje, najplugawsi obwiesie. Polują, co by taką dziewkę tęgo smagnąć po zadku! A już zwłaszcza, gdy ma taki jak ty panno, nielichy…
Zadrżałam, wbijając palce w materiał sukni, a on kontynuował z drapieżnym uśmiechem, wodząc wzrokiem po moich piersiach:
– Albo gdy ma tak wybujały jak ty biust… każą jej skakać przez jakie przeszkody, co by te obfite piersi latały na wszystkie strony ku uciesze pospólstwa! A najgorsi… wtykają jej między nogi co popadnie!
Przeszły mnie dreszcze. Przypomniałam sobie pewną mieszczkę, wdowę z Krochmalnej… – przytrzymali ją, wetknęli żywego kreta i rechotali, że rodzi bękarta. A ja… o której mówiliby, że noszę czarne nasienie? Diabelskie… Kogo mi kazaliby urodzić?
Przerażenie odebrało mi dech. Przed oczami stanął mi obraz rozjuszonego tłumu obdzierającego mnie z sukni… łajdaków pastwiących się nad moimi piersiami i łonem..
– Ojcze kapelanie… zgadzam się… – potulnie skłoniłam się i niemal natychmiast poczułam wzrok Gwidona na swym biuście. – Przyjdę zaraz po naukach dla dzieci królewskich…
Po południu towarzystwo zebrało się w wielkiej komnacie bawialnej. Była to przestronna sala z ogromnym kominkiem posadzką wyłożoną miękkimi kobiercami. Ściany zdobiły gobeliny przedstawiające dworskie zabawy, w rogach stały rzeźbione kandelabry, a rzędy miękkich szezlongów zajmowały damy dworu w szeleszczących sukniach.
Królowa podejmowała właśnie swych dwóch najbardziej faworyzowanych Lordów – wysokiego jak tyka lorda Variana z Valdorii i brzuchatego lorda Brika z Bramandii. Odniosłam wrażenie, że obaj, zwłaszcza Varian, co rusz posyłali mi lubieżne spojrzenia.
Łowiłam strzępy rozmów, zdało mi się, że coś prawią o Ser Kaelanie. Że przepadł jak kamień w wodzie…
Uczyłam właśnie młodszą księżniczkę Lysandrę wierszyków, starając się zachować powagę. Odnosiłam wrażenie, że moja kusząca spódnica i misterny fryzunek przyciągały wzrok obecnych w sali dworzan.
Pośrodku komnaty zaczął dokazywać błazen królewski – karzeł imieniem Pipin (zwany nierzadko przez dworzan „Ladaco”), postać pokraczna, o krzywych nogach, wielkiej głowie i oczach pełnych przebiegłej złośliwości. Ubrany zazwyczaj w pstrokaty kaftan z dzwoneczkami. Cieszył się on prawem bezkarnego mówienia prawdy, lecz tym razem jego uszczypliwości miały okazać się nader dotkliwe.
Począł pląsać wokół mojego krzesła, brzdąkając na małej lutni i strojąc sprośne miny.
– Uczona panna, przykład czystości…
Nagle rycerza w swym łożu gości!
– zaczął piskliwym głosem, wywołując parsknięcia śmiechu wśród młodszych rycerzy.
– Dziewka wstydliwa, przecie wzór cnoty,
Wpuściła mieczyk do swojej groty!
Zamarłam. Damy dworu zasłoniły usta wachlarzami, lordowie Varian i Brik szeptali do siebie z uciechą.
– A ten miecz w damie, o dziwo, czarny,
Los nierządnicy pewnikiem marny!
Czułam, jak płoną mi policzki. Dzieci patrzyły zaciekawione, damy udawały oburzenie, lecz oczy im błyszczały wesoło.
– Wszak hebanowy męczył ją srodze,
I hebanowe dziecię już w drodze!
Szyderstwa te, przetykane sprośnymi przyśpiewkami, raniły moją dumę. Domyślałam się intencji tego przedstawienia. Karzeł to wierny piesek królowej…
– Hardo ją obracał hebanowy pan.
Tera nosi brzuszek tęgi jako dzban!
Karzeł jął biegać wkoło, udając, że nosi przed sobą wielki, ciężki brzuch, po czym przeskoczył nad podnóżkiem, niemal ocierając się o moje nogi.
Nie miałam wątpliwości, że to Elinora kazała mu wywrzeć na mnie taką presję, postawić mnie pod pręgierzem publicznego wstydu, cobym rychlej i łacniej skłoniła się ku kapitulacji.
– Z czarnym rycerzem zaznawała nieba.
Będzie brzuch wielki jako bochen chleba!
Na koniec jednak bezczelny gnom posunął się do czynu, który napełnił mnie ostateczną konfuzją. Gdy obróciłam się w stronę Lysandry, pragnąc ukryć zmieszanie, karzeł wykorzystał chwilę nieuwagi. Zwinny niczym łasica, zanurkował nagle pod fałdy mojej spódnicy.
– Ach! – krzyknęłam cicho, zrywając się z gwałtownie krzesła, lecz materiał uwięził pokrakę. Poczułam, jak jego szorstkie dłonie i twarda głowa ocierają się o moje uda, niemal dotykając łona. Cała komnata zamarła w konsternacji. Gruby lord Brik wybałuszył oczy.
Cała czerwona ze wstydu i wściekłości, wybawiłam się wreszcie od karła, który wysunął się spod materiału z głośnym piskiem.
Szaławiła złożył mi dworny ukłon, szeroko się uśmiechając. Oblizał wargi z miną, jakby pokosztował czegoś wybitnie smakowitego. W sali wybuchła salwa nieskrępowanego, grubiańskiego śmiechu, któremu najgłośniej przewodził lord Varin. A moje serce waliło jak szalone.
Pragnęłam jak najszybciej skryć się przed szyderczymi spojrzeniami dworzan, wybiegłam z sali, tnąc powietrze wzburzonymi fałdami spódnicy.
***
Wkrótce, na korytarzu znów spotkałam ojca Gwidona. Tym razem, na jego wezwanie, potulnie skinęłam głową i w milczeniu ruszyłam za nim, niczym owca prowadzona na rzeź.
Weszliśmy do zamkowej kaplicy. Było to miejsce ponure, przesiąknięte wiecznym chłodem oraz zapachem kadzidła i wosku. Wysokie, strzeliste łuki niknęły w mroku, a jedyne światło rzucały grube świece. Stąpaliśmy po wielkich, surowych, szarych płytach, od których bił lodowaty ziąb.
Gdy tylko przekroczyłam próg, kapelan zatrzasnął ciężkie, dębowe drzwi, a zgrzyt przekręcanego w zamku wielkiego klucza obwieścił, że mam zamkniętą drogę odwrotu.
– Uklęknij – rozkazał surowo, stając nade mną niczym sędzia.
Chciałam osunąć się na kolana, lecz on powstrzymał mnie ruchem dłoni.
– Nie tak! Masz uklęknąć, ale na gołe kolana, na tę zimną posadzkę, by ciało cierpiało za grzechy! Podkasaj spódnicę i halkę!
Poczułam, jak zalewa mnie potężna fala wstydu. Chwyciłam rąbek spódnicy oraz gęstej, lnianej halki, wykończonej śliczną koronką. Uniosłam je z drżeniem, odsłaniając nogi aż do samych ud. Opadłam na lodowaty kamień. Czułam się obnażona i upokorzona, trzymając materiał uniesiony wysoko.
– Wyznawaj, córko, i nie kryj niczego – ponaglił Gwidon, zasiadając na rzeźbionym krześle przy blacie spowiedniczym. – Wyspowiadaj się o obcowaniu z Kaelanem. Opowiedz, jak wziął cię ów czarny hultaj?
Drżącym głosem zaczęłam opowiadać. O tym, jak Kaelan zaciągnął mnie do swej komnaty…. Jak zsunął mi suknię, jak rzucił na skóry. Jak mnie na nich posiadł…
– Powiadaj, jako cię chędożył. I nie oszczędzaj szczegółów! Powiadają o nim, że z zamysłem pędzi po różnych krainach i bałamuci urodziwe i uczciwe dziewki, najchętniej wysoko urodzone, albo zacne w swej cnocie… I… że jego posłannictwem jest je brzuchacić! Co by siać czarcie plemię!
– Dlaczego… dlaczego mam zeznawać o takich bezwstydnych niuansach, ojcze? – zapytałam cicho, płonąc z konfuzji, gdy moje uda drżały na kamiennych płytach.
– Ponieważ ów czarny wojownik to sam pomiot piekielny! – żachnął się kapłan, a jego oddech stał się dziwnie świszczący. – To wielki, śmiertelny grzech, a żeby owego czarta z ciebie przepędzić, muszę poznać każdy szczegół jego grzesznego najazdu na twe ciało! Mów! Jak wielka była jego męskość? Jak głęboko wnikał w twoje łono?
Musiałam mówić. Drżącym głosem, o dziwo – sama podniecona, opisywałam z detalami, jak jego czarne, szorstkie dłonie gniotły moje piersi… Jak nakierował swą wielką, nabrzmiałą, ciemną włócznię na me łono… Jak rozchylił wargi i zadał potężny sztych, rozpychając wnętrze aż do granic. Jak wchodził we mnie mocno, bez litości, na całą grubość i długość…
Kapelan dopytywał bezwstydnie, sapiąc:
– Co czułaś, gdy rozpychał twe łono?
Gdy mówiłam o tym jak to intensywnie, dojmująco przeżywałam, jak rozpaczliwie jęczałam, jak bałam się, a jednocześnie czułam rozkosz, słyszałam nad sobą głośne, chrapliwe sapanie kapelana. Ukradkiem dostrzegłam, że jego dłonie gwałtownie poruszają się pod fałdami czarnej szaty, a on sam drży jakby z podniecenia, chłonąc moją intymną opowieść.
– Tak… wielki to grzech i niezwykły, to spółkowanie z diabłem… – wycharczał Gwidon, prostując się nagle. – Zaiste, szatan w tobie siedzi! Bij się w piersi, Marto!
Gdy uderzyłam się pierwszy raz, zganił mnie.
– Nie tak! One też muszą być nagie, by skrucha była szczera! Rozepnij kaftanik, obnaż je przed obliczem Pańskim!
Zesztywniałam z wrażenia, lecz wiedząc, co mi grozi, poczęłam drżącymi palcami rozpinać haftki gorsetu. Materiał rozstąpił się, a moje obfite piersi wyskoczyły na chłodne powietrze kaplicy, lśniąc w blasku świec niczym dwie białe kule. Pod wpływem zimna i wewnętrznego rozpalenia, sutki natychmiast stwardniały i uniosły się dumnie.
– Bij się! – zażądał.
Uniosłam dłoń i poczęłam uderzać się w nagie, miękkie ciało. Przy każdym uderzeniu bujne piersi falowały gwałtownie, drgając i kołysząc się na boki.
Sapanie kapłana stało się jeszcze głośniejsze, słyszałam wyraźny, miarowy szelest jego szat.
Uderzałam się otwartą dłonią – raz, drugi, trzeci. Piersi podskakiwały, uderzały o siebie nawzajem z miękkim plaśnięciem, co wywoływało we mnie przedziwny dreszcz.
– Teraz… czas na ostateczne wypędzenie czarta – oznajmił kapłan głosem mocno zmienionym, drżącym, jakby z żądzy. – Pochyl się naprzód, oprzyj dłonie o blat spowiedniczy… i wypnij się mocno!
Byłam silnie zaintrygowana, ale i podniecona. Uniosłam się nieco z kolan, nachylając ciało nad drewnianym blatem. Piersi zwisały bezwładnie ku dołowi, a tyłek uniósł się wysoko. Gwido podwinął mi spódnicę.
Ledwie jednak przyjęłam tę, zdałoby się, niestosowną pozę, gdy powietrze rozciął świst i otrzymałam sążnistego, potężnego klapsa otwartą dłonią prosto w pośladek.
– Tak się wygania szatana! – krzyknął kapłan. – Podwiń spódnicę jeszcze wyżej! Masz wypinać nagi zadek!
Z płaczem i wstydem zarzuciłam szmaragdowy jedwab na plecy, odsłaniając całkowicie mój nagi, okrągły tyłek. W tym momencie na moje nagie pośladki spadł grad potężnych, piekących klapsów. Kapłan uderzał raz za razem, z całej siły, a skóra na pupie zaczęła płonąć żywym ogniem. Jednocześnie Gwidon zaczął mamrotać potężnym głosem rytmiczne wersy:
– Exorcizamus te, omnisimmundusspiritus, omnissatanicapotestas… percutecarnem, bannidiabolum! – krzyczał, a każde słowo akcentował mocnym, mięsistym uderzeniem dłoni w moje pośladki, aż cała drżałam pod wpływem tego bolesnego rytmu.
Gdy razy nagle ustały, a tyłek był już cały czerwony i rozpalony, chciałam z ulgą opuścić spódnicę, żeby czym prędzej zakryć nagą pupę.
– Ani mi się waż! – warknął ostro kapłan, przytrzymując materiał na plecach. – Masz pozostać w tej pozycji, trwać w zadumie i pokorze! Ja zaś będę się jeszcze nad tobą modlił, by dopełnić rytuału.
Nieruchoma, z wypiętym, nagim tyłkiem i zwisającymi piersiami, czekałam w napięciu. Nagle usłyszałam nad sobą gwałtowne, chrapliwe westchnienie, po którym poczułam, że z góry lecą na mnie jakieś gęste, gorące i lepkie krople.
– Nie odwracaj się! – krzyknął Gwidon, gdy drgnęłam z zaskoczenia. – To święte kropidło! Kropię cię tako solidnie, by zmyć czartowskie nasienie!
Trwało to dłuższą chwilę. Czułam, jak owa dziwna, gęsta i ciepła substancja osiada wszędzie: spływa po rozpalonych pośladkach, kapie na nagie piersi, klei się we włosach, a nawet ścieka w dół, ku wilgotnemu łonu.
– Pozostań tak, dopóki nie wyjdę i nie odmówisz całego pacierza – rzucił chrapliwie kapłan, po czym usłyszałam szybki krok, zgrzyt klucza i trzask zamykanych drzwi. Zostałam sama w chłodzie kaplicy, umazana owym „kropidłem”, z nagim tyłkiem.
I tak trwałam, rozmyślając nad swym nędznym losem. Dlaczego owa sytuacja, to upodlenie, te razy i owo obmierzłe kropienie tak potwornie mnie podnieciło? Moje łono pulsowało wręcz szaloną, grzeszną żądzą…? Dlaczego Gwido urządził takie przedziwne przedstawienie? Domyślałam się, że kapelan, jako ścisły zausznik Jej Królewskiej Mości, nie działał sam z siebie. Ta cała „spowiedź” była ukartowaną lekcją. Miała na celu ostateczne złamanie mojej dumy…
Gdy mrok nocy otulił krużganki Therenwaldu, siedziałam przy małym pulpicie w swej komnatce. Dłonie, którymi niedawno wycierałam z nagich pośladków i piersi gęstą substancję pozostawioną przez kapelana, wciąż drżały.
Rozmyślałam o tym, kto należy do której frakcji na dworze. Stronnictwo królowej Elinory to na pewno i podczaszy i szambelan, i ojciec Gwido, no i większość lordów prowincji – ludziach twardych, często wulgarnych i nieokrzesanych, lecz lojalnych. Najgłośniejszymi z nich byli właśnie lord Varian z Valdorii, znany z rubasznego śmiechu, oraz Brik z Bramandii – brutal o rękach jak bochny chleba, który podobno własnymi dłońmi łamał karki buntownikom…
Rozczesywałam lśniące, długie włosy, starając się przywrócić im nienaganny ład, gdy nagle ciszę mojej izdebki przerwało ciche, rytmiczne pukanie. Niski dźwięk, jakby ktoś uderzał w dół dębowych drzwi.
Wstałam zaniepokojona, poprawiając gorset, który naciągnął się mocno na biuście. Otworzyłam odrzwia i zamarłam.
Na korytarzu stał… błazen królewski. We dworze dlatego przezywano go Ladaco, albowiem swym bezczelnym zachowaniem i plugawym językiem solidnie na to miano zapracował. W jego oczach błyszczała ta sama zuchwałość, co za dnia w sali bawialnej.
– Ty tutaj? – syknęłam. Natychmiast wezbrało we mnie oburzenie. – Precz stąd, poczwaro!
Pchnęłam skrzydło drzwi, pragnąc zatrzasnąć mu je przed samym nosem, lecz gnom okazał się szybszy. Z chrzęstem skórzanego trzewika wbił swoją małą, lecz krępą stopę w szczelinę między odrzwiami.
– Nie tak hożo, piękna panno od ksiąg! Gość w dom, Bóg w dom, choćby i tak małego wzrostu! – zawołał piskliwym, lecz pewnym głosem. – Bo zawołam głośno, że guwernantka królewskich dzieci przyjmuje nocą w komnacie podejrzanych gości!
Targana przedziwnym, wewnętrznym niepokojem, cofnęłam się, pozwalając mu wejść do wnętrza mojej skromnej komnatki. Rodziła się też chłodna kalkulacja – może zdołam wywiedzieć się od niego, jakie instrukcje otrzymał od królowej? Lecz była też i druga strona przyzwolenia. Wspomnienie chwili, gdy ten bezczelny gnom zanurkował pod moją spódnicę, ocierając się o nogi, wywołało we mnie nagłe, pulsujące uderzenie gorąca. Ku własnemu zgorszeniu poczułam, że obecność tego małego bezwstydnika zaczyna mnie ekscytować.
– A wejdźże, ale przyznaj się natychmiast, dlaczegoś tak na mnie parol zagiął? – ganiłam go, krzyżując ręce na piersiach, by ukryć ich gwałtowne falowanie. – Jak możesz mi takie afronta czynić przed całym dworem? Szydzić z mej czci niewieściej?!
Ladaco uśmiechnął się szeroko, ukazując drobne, ostre zęby, i zrzucił z głowy błazeńską czapkę na moją skrzynię z szatami.
– Ach, Marto… Czyżby mądre księgi nie nauczyły cię prostej prawdy, że kto się czubi, ten się lubi? A nawet bardzo lubi… – rzekł żartobliwie, kładąc dłoń na swym sercu i kłaniając się kuriozalnie nisko. Zrobił teatralną pauzę, patrząc mi prosto w dekolt. – Przychodzę wyznać ci sekret, który pali moją małą pierś. Ty mi się podobasz, panno. Nad wyraz mi się podobasz.
Parsknęłam cichym, pogardliwym śmiechem, choć w duchu wiedziałam swoje. To sprawka Elinory, pomyślałam. To na polecenie królowej przyszedł mnie nękać, by dopełnić dzieła. Postanowiłam go podejść.
– Osobliwy sposób na wyznanie afektu znajdujesz, Pipinie – rzekłam, zniżając głos i postępując o krok ku niemu, przez co moja spódnica zaszeleściła zmysłowo. – Powiedz mi zatem, dlaczego akurat ja? Dlaczego tak bardzo ci się podobam i co mam uczynić, byś przestał mi przy wszystkich czynić owe sprośne wstręty?
Karzeł spoważniał, a jego wzrok przylgnął do mego dekoltu niczym pijawka. Szeptał, wspinając się na palce, by być bliżej mojej twarzy.
– Powiem ci to w najgłębszej tajemnicy, boś uczona i może pojmiesz – zaczął, a w jego głosie pojawiła się nuta drapieżnej szczerości. – Mam ci ja taką przypadłość. Słabość, co to ma natura niechybnie powoduje…. Skorom jest mały jak osesek, to i potrzeby mam jak osesek… Tracę wszelkie zmysły i rozum, gdy widzę piękne, obfite biusty. A ty, Marto, nosisz pod tym kaftanikiem dwie największe, najwspanialsze półkule spośród wszystkich dwórek Therenwaldu. Takie pełne, kołyszące się przy każdym kroku. Są jak dojrzałe owoce, dla których dałbym się poćwiartować.
Zamurowało mnie. Słowa te, tak bezczelne, a zarazem uderzające w mą niewieścią próżność, sprawiły, że poczułam nagłą dumę, choć pomieszaną ze wstydem. Moje piersi, wieczny powód szeptów pachołków, znowu okazały się niewieścim atutem. Podniecenie uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą, zwłaszcza gdy karzeł postąpił bliżej i wyszeptał:
– Bardzo chciałbym possać twoje wspaniałe piersi, Marto… Oddać się tej rozkoszy oseska. Przysięgam na wszystkie świętości, że nigdy więcej nie usłyszysz z moich ust żadnego szyderstwa.
– Na co ty sobie pozwalasz?! – zawołałam stanowczo, choć mój głos załamał się lekko, zdradzając wewnętrzne rozedrganie. – Cofnij się! Znowu mą cześć niewieścią zamiarujesz psować!
Zdawałam sobie sprawę, że argument czci niewieściej jest w moim przypadku dość wątpliwy.
Ladaco zrobił żałosną minę.
– To daj mi chociaż dotknąć. Pomacać choćby tylko przez materiał! – prosił, wznosząc małe rączęta. – Pozwól mi poczuć ich ciężar w dłoniach…
– Nie, jak możesz uczciwej pannie składać tak wszeteczne propozycje! – protestowałam, lecz samo słuchanie sprośnych błagań sprawiało, iż moje łono stawało się coraz bardziej wilgotne, a sutki napinały gorset.
– To chociaż… – gnom zniżył głos do błagalnego szeptu, tonując żądania – rozepnij ten kaftanik. Daj tylko spojrzeć… tylko trochę… Choćby malutko… I tak tu ciemno… Niechaj moje oczy napasą się tym widokiem choćże w blasku świecy.
– Dość tego! Wynoś się natychmiast! – krzyknęłam, starając się brzmieć dumnie, lecz w moich oczach musiał buchać płomień…
Gdy Pipin poczuł się ostatecznie zbyty, jego twarz nagle zmieniła się. Zniknął żartobliwy grymas, a w oczach zapłonęła złość. Czerwone plamy wykwitły na policzkach.
– Ach, tak?! – wrzasnął, a jego głos stał się gruby, ochrypły. – Zatem obcemu, i to w dodatku czarnemu rycerzowi, nie tylko piersi, ale i łono ofiarowujesz! Rozkładasz nogi, pozwalasz się poużywać… chędożyć w wieży jak ostatnia ladacznica… A mnie, wiernemu słudze tego zamku, nawet na tyle nie pozwolisz?! To znaczy, że jestem dla ciebie niczym? Bezwartościowym karzełkiem?!
Rozsierdzony zrobił krok naprzód. Rzucił się na mnie z zwinnością małpy. Chciałam go odepchnąć, lecz nagle chwycił mnie za nadgarstki z siłą, jakiej się po nim nie spodziewałam. Myślałam, że z łatwością opędzę się od tego małego stworzenia, lecz ku memu przerażeniu, gnom okazał się nieludzko wręcz mocarny. Jego małe, grube palce wpiły się w moje biodra z siłą żelaznych kleszczy. Obłapił mnie z tyłu, paraliżując ruchy, i przyciągnął moje pośladki do krępego brzucha.
– Puść mnie! – krzyknęłam, szarpiąc się.
Lecz on pchnął mnie na łoże, tak że upadłam na plecy. Moja spódnica podwinęła się, odsłaniając nogi. Karzeł błyskawicznie wdrapał się na mnie, przygniatając swym ciężarem. Małe, lecz twarde jak kamień dłonie dopadły haftek kaftanika. Szarpnął je zręcznie i z taką gwałtownością, że nici pękły z głośnym trzaskiem. Materiał rozstąpił się na boki i białe piersi wyskoczyły z gorsetu, kołysząc się gwałtownie.
Karzeł zamarł na ułamek sekundy, jego oczy rozszerzyły się w niemym zachwycie.
– O Matko… Cudne… – wycharczał zachwycony, patrząc na nie jak na skarb. – Jakie hojne… idealne…
Po czym, mimo moich słabnących protestów i kręcenia głową, dopadł do nich lepkimi łapkami. Począł je bezceremonialnie obłapiać, macać, ugniatać obiema dłońmi, niczym bochny chleba, sprawdzając ich sprężystość i wagę. Każde jego ściśnięcie wywoływało we mnie ostry, palący dreszcz, który spływał wprost do łona.
– Przestań… proszę… – szepnęłam, ale głos drżał mi wyraźnie.
Nie posłuchał. Pochylił swą wielką głowę, uniósł lewą pierś i rozwarł usta. Chciwie przywarł nimi do sutka. Zaczął ssać – zachłannie, mocno, z drapieżną siłą dorosłego męża i łapczywością głodnego niemowlęcia, mlaskając głośno. Jego język wirował wokół pączka, ciągnął go, drażnił zębami. Drugą dłonią miętosił prawą pierś, ugniatając ją bez litości, ściskając tak mocno, że skóra zaróżowiła się pod jego palcami.
Czułam, jak żar rozlewa się po moim ciele. Piersi stały się jeszcze cięższe, sutki boleśnie wrażliwe. Między udami znowu zrobiło się mokro. Moje wnętrze eksplodowało szaloną rozkoszą. Jęknęłam głośno, wyginając plecy w łuk. Wstydziłam się samej siebie – jak mogłam tak reagować na tego karła?
Tymczasem Ladaco ssał zachłannie, przenosząc usta z jednej piersi na drugą, mrucząc z rozkoszą:
– Takie… pyszne… takie wielgachne… moje…
Pipin zatracił się bez reszty. Jego sapaniu, głębokiemu i chrapliwemu, towarzyszył mlaszczący dźwięk. Łapczywość karła przekraczała wszelkie granice dworskiej przyzwoitości.
Uniósł się nieco na swych krótkich, krępych udach, gniotąc mi brzuch i napierając całym ciężarem na łono.
Jego drobne, lecz zaskakująco silne dłonie wbijały się w miękkie ciało moich piersi jak szpony. Ugniatał je bez litości, ściskając tak mocno, że palce niemal znikały w białej, drżącej masie. Za każdym razem, gdy unosił jedną z nich do ust, nabrzmiały sutek znikał między jego wargami z głośnym, mokrym mlaśnięciem. Ssąc, wydawał z siebie niskie, gardłowe pomruki – dźwięk tak pierwotny, że aż nie pasował do jego karlego ciała.
Czułam, jak żar falami rozchodzi się po moim brzuchu. Łono pulsowało boleśnie, puste i jednocześnie przepełnione wstydliwą wilgocią, która już zdążyła przesiąknąć cienką tkaninę halki. Za każdym razem, gdy jego zęby delikatnie zaciskały się na sutku, z ust wyrywał mi się cichy, zdławiony jęk. Próbowałam zacisnąć uda, ale on siedział na mnie okrakiem, a jego krępe biodra ocierały się o podbrzusze w niekontrolowanym, coraz szybszym rytmie.
– Pipinie… błagam… – wyszeptałam, choć sama nie wiedziałam, o co właściwie proszę.
Nie odpowiadał. Jego oddech stawał się coraz cięższy, gorętszy. Wielka głowa poruszała się zachłannie między piersiami, zostawiając na skórze ślady śliny, które w blasku świecy lśniły niczym perły.
Nagle jego ruchy stały się bardziej nerwowe, rozpaczliwe. Biodra karła zaczęły uderzać o moje łono mocniej, szybciej. Przez cienką materię jego pstrokatych spodni czułam coś twardego, gorącego, co pulsowało i napierało na mnie z siłą, jakiej się po nim nie spodziewałam. Ladaco oderwał usta od mojej piersi tylko na chwilę – długa nitka śliny połączyła jego wargi z sutkiem – i wydał z siebie zduszony, zwierzęcy warkot.
– Nie mogę… już nie mogę… – wycharczał, po czym ponownie rzucił się na piersi jak wygłodniały.
Ocierał się o moje łono coraz gwałtowniej, niemal boleśnie. Czułam, jak drży całe jego małe ciało – jak napinają się mięśnie pod pstrokatym kaftanem.
Pipin wydał z siebie wysoki, zdławiony skowyt i zesztywniał na mnie całym sobą. Jego usta zacisnęły się na piersi z taką mocą, że krzyknęłam cicho z bólu i rozkoszy. Poczułam, jak jego biodra drgają spazmatycznie, jak coś gorącego i gęstego tryska na mój brzuch i na podwinętą spódnicę. Raz, drugi, trzeci…
A karzeł ssał dalej, jakby nie potrafił się oderwać od mego biustu. Drżał, jęczał, mlaskał, a małe dłonie zaciskały się konwulsyjnie na nagiej skórze.
Dopiero po dłuższej chwili jego ciało zwiotczało. Ladaco opadł twarzą między moje piersi, dysząc ciężko, zlany potem. Oddech miał gorący i wilgotny. Czułam bijący od niego zapach – mieszaninę wina, kadzidła i ostrej, męskiej woni…
Leżałam pod nim bezwładna, z rozrzuconymi na boki rękami i piersiami czerwonymi od jego uścisków i śliny, wciąż uwięzionymi w silnych łapkach. Serce dudniło mi niczym oszalałe. Wstyd, gęsty i dławiący, palił policzki żywym ogniem, niemal odbierając zmysły. Jednocześnie łono pulsowało tak mocno, że musiałam zagryźć wargę, by nie jęknąć.
***
Tego wieczora długo nie mogłam usnąć. Rozdygotana przemyśliwałam o tym, co się wydarzyło, o propozycji Elinory, o koteriach na dworze widocznych gołym okiem nawet po tym jak zasiadano podczas biesiad, niekiedy nawet urągając dworskiej etykiecie… Zastanawiałam się, z którą frakcją miał do czynienia Ser Kaelan? Południowym krainom sprzyjało stronnictwo królowej. Zarówno Krajowi Hebanu, jak i bogatej Meldii i słynnej Arkanii. To partia kanclerza szukała sojuszu z mroźnymi Nordią i Winlandią. Czy może gdzieś tam zawędrował mój Czarny Rycerz?
Gdy wreszcie zasnęłam, opętały mnie przedziwne mary.
Stałam w wielkiej, mrocznej komnacie o czarnych ścianach, oświetlonej jedynie blaskiem ciężkich, czerwonych świec. Ubrana wytwornie, jak na dworską audiencję u samej królowej – w burgundowej sukni z aksamitu, mocno opinającej biust i wąską talię. Dekolt był tak głęboki, że ciężkie piersi niemal wylewały się z gorsetu. Czułam na sobie ciężar sukni, halek, chłód srebrnego naszyjnika między piersiami.
Nie byłam sama. Z cienia wyszli oni.
Ser Kaelan, potężny i nagi od pasa w górę, z hebanową skórą lśniącą w blasku świec. Jego monstrualna, ciemna męskość sterczała dumnie. Bez słowa chwycił mnie i pocałował brutalnie, wciskając język głęboko w usta. Ogromne dłonie rozdarły dekolt sukni – materiał pękł z głośnym trzaskiem, a piersi wyskoczyły na zewnątrz.
Nagle z boku pojawił się karzeł, zwinny i szybki, wsunął się pod moją suknię. Poczułam małe, lecz silne dłonie na udach, a potem gorący, chciwy oddech na łonie. Zaczął ssać, mlaskając głośno i bezwstydnie.
Zaś za mną stanął… ojciec Gwidon! W rozchylonej czarnej szacie, z twarzą wykrzywioną fanatycznym pożądaniem. Chwycił moje nadgarstki i wykręcił ręce. Następnie wysoko uniósł moją ciężką spódnicę.. Poczułam na pośladkach serię piekących klapsów.
– Nierządnica… – wysyczał mi prosto do ucha. – Dziewka szatana…
Pchnęli mnie na ogromne łoże o czarnych kolumnach.
Kaelan wziął mnie pierwszy – mocno, głęboko, rozciągając moje wnętrze swoją ogromną, hebanową włócznią. Jęczałam rozpaczliwie, wyginając się pod nim, gdy wbijał się we mnie raz za razem. Ladaco wspiął się i wepchnął grubą, a krótką pałkę w usta, zmuszając, bym go ssała.
Zmieniali się. Raz za razem. Moje piersi podskakiwały, sutki czerwieniły się obrzmiałe od ciągłego ssania i szczypania. Łono zalane ich sokami pulsowało. Leżałam na plecach, z nogami rozłożonymi obscenicznie szeroko. Wszyscy trzej stanęli nade mną.
– Razem… – wyszeptał Kaelan głębokim, gardłowym głosem.
Przycisnęli mnie mocniej do łoża. Poczułam, jak trzy grube główki napierają jednocześnie na rozpalone wejście. Próbowałam krzyczeć, ale Ladaco wepchnął mi palce do ust. Napierali. Razem. Bez litości. Powoli, boleśnie, nieubłaganie weszli we mnie wszyscy trzej naraz.
Czułam, jak ścianki łona palą żywym ogniem, że tracę oddech, gdy wewnątrz mnie – raz głębiej, raz płycej, ocierają się o siebie…
***
Poranne słońce Therenwaldu nie przyniosło ukojenia. Wciąż nie byłam zdecydowana, gdy stanęłam przed obliczem królowej Elinory w jej prywatnych, ukrytych w głębi zamku apartamentach.
Królowa siedziała na rzeźbionym krześle o wysokim oparciu, odziana w ciemną, granatową suknię. W komnacie unosił się zapach ciężkich, orientalnych woni – mirry i paczuli. Przez dłuższą chwilę mierzyła mnie zimnym, przenikliwym spojrzeniem, jakby chciała odczytać każdą moją najgłębiej skrytą myśl.
Nie pytała o moje zdanie. Zamiast tego z bladym, drapieżnym uśmiechem skinęła ręką, każąc mi iść za sobą. Przeszłyśmy przez ukryte w dębowej boazerii zamaskowane drzwi, schodząc w dół sekretnym przejściem, którego nigdy wcześniej nie widziałam, wąskimi, kamiennymi schodami. Ściany były tu jakby grubsze, a powietrze cięższe, bardziej wilgotne. Zatrzymałyśmy się przed niewielkimi, dyskretnymi drzwiami.
– Wejdź – poleciła.
W ciasnej, niemal klaustrofobicznej, pozbawionej okien izbicy, mrok rozświetlała zaledwie jedna lampa olejna. Ściany wyłożone były ciemnym suknem, tłumiącym wszelki dźwięk, a pośrodku stał tylko niski, pokryte aksamitem klęcznik.
Obejrzałam się przytomnie i zamarłam, a moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia. W panelu, na wysokości mniej więcej męskiego biodra, znajdował się starannie wycięty otwór – okrągły, gładko wykończony, obwiedziony miękką skórą. Natychmiast pojęłam bezecny zamysł tego miejsca.Nie było wątpliwości, do czego służyło. Moje serce uderzyło mocno o żebra, a gardło ścisnął nagły skurcz. Domyśliłam się, co miałabym tam robić.
Królowa stanęła za mną. Poczułam jej oddech na karku.
– Nie widziałabyś go – powiedziała cicho, niemal poufale. – Ani on ciebie. Tylko twoje usta. Tylko to, co potrafisz zrobić językiem i wargami. Żadnych spojrzeń, żadnych imion.
Stałam jak wryta, wpatrując się w otwór. Zżerała mnie jednak potworna, paląca ciekawość – Jakiż to bezimienny wielmoża?
Poczułam, że sutki znowu twardnieją pod gorsetem.
– Kto… kto to miałby być? – wyszeptałam, ledwo panując nad głosem.
Królowa uśmiechnęła się leniwie.
– Mąż zacny i wielce zasłużony dla korony męża. A imię… Na razie nie musisz go znać.
Zadrżałam.
I nagle, wbrew wszelkiej logice i uczciwości, poczułam, jak owa myśl – wszeteczna i wyuzdana – zaczyna mnie obezwładniająco ekscytować. Ku mojemu własnemu przerażeniu, w dole brzucha rozlało się gorące, zdradzieckie mrowienie. Wyobraźnia podsunęła gotowy obraz. Zobaczyłam samą siebie, klęczącą na miękkim aksamicie w gęstym mroku. Zaś z owego otworu wysuwa się nabrzmiała męskość. Jak przybliżam do niej twarz, czując obcy, samczy zapach, jak rozchylam usta, wilgotne i drżące, by powoli, cal po calu, brać owego nieznanego członka, twardego i pulsującego, należącego do kogoś, kogo nie widzę. Ssać go i pieścić językiem, podczas gdy ów wielmoża dyszałby ciężko po drugiej stronie ściany, nie widząc mnie… Dreszcz rozkoszy zwinął się ciasnym supełkiem w moim łonie, sprawiając, że ledwo utrzymałam równowagę.
Ta myśl – tak upokarzająca, a jednocześnie tak obscenicznie podniecająca – sprawiła, że zacisnęłam uda.
Królowa, jakby czytając w moich myślach, uśmiechnęła się chłodno i odwróciła, nakazując powrót na górę.
– Twoje pierwsze, prawdziwe zadanie będzie wymagało całego twojego sprytu, Marto – podjęła w sposób, jakbym już jej zakomunikowała decyzję, gdy z powrotem znalazłyśmy się w jej jasnym gabinecie. – Pierwszym, którym się zaopiekujesz, będzie kupiec z zamorskich krajów, Gasparo z Lewantu.
Na dźwięk tego imienia uniosłam lekko brwi. Przecież go poznałam. To od niego otrzymałam sekretny prezent. Wtedy nie wiedziałam, że jest bajecznie wręcz bogaty. Przywoził niebywale drogie klejnoty, jedwabie i rzadkie medykamenty, a z racji swego fachu gościł na najważniejszych dworach. Pamiętałam go… pamiętałam go dobrze.
– Czy ów zamorski pan… nie jest aby zbyt bliski stronnictwu kanclerza, Miłościwa Pani? – zapytałam cicho, starając się, by mój głos brzmiał rzeczowo.
Elinora przymknęła na chwilę powieki. – Gasparo to lis, Marto. Pije na ucztach kanclerza, lecz wprasza się także w moje łaski.
Przypomniałam sobie strzępy rozmów lordów, które niegdyś podsłuchałam. Gra na dwa fronty. Kupiec zręcznie lawirował między dwiema potęgami Therenwaldu.
– Ów Gasparo – kontynuowała królowa, podchodząc do okna – nade wszystko gustuje w niewiastach wykształconych, pięknych i nienagannie eleganckich. Dlatego ty, ze swym oczytaniem i manierami, będziesz dla niego idealna. Już moja w tym głowa, by zaaranżować takie spotkanie, abyś z pozoru przypadkiem znalazła się z nim sama w komnacie.
Władczyni odwróciła się gwałtownie, a w jej szarych oczach zapłonęła drapieżna iskra. Zniżyła głos do zmysłowego szeptu.
– Ponoć Gasparo jest ponad wszelkie pojęcie wyrafinowany w sztuce miłosnej… Zna takie jej arkana, o jakich w naszym surowym królestwie nikomu się nawet nie śniło. Ponoć potrafi doprowadzić niewiastę na skraj szaleństwa…
Zawiesiła głos, po czym dodała z zagadkowym uśmieszkiem:
– Przywozi też cudeńka. Na przykład prawdziwą nowinkę. Pończochy. Słyszałaś co to takiego?
– Tak… pono to odzienie na nogi, jak rajtuzy, ale tkane z tak cienkiego, przejrzystego jedwabiu, że opinając kobiecą nogę, czynią ją niemal nagą.
– Mówi się, że gdy kobieta je zakłada… mężczyzna traci rozum.
Siedziałam w milczeniu, czując, jak serce tłucze mi się w piersi. Królowa Elinora postąpiła krok ku mnie. Jej szata szurnęła o podłogę, a zimne oczy wbiły się we mnie z mocą rozżarzonego żelaza.
– Marto – głos stał się ostry jak krawędź sztyletu. – Jaka jest twoja ostateczna decyzja?
KD
Jak Ci się podobało?