Niebieska Sukienka (II)

24 lipca 2026

Opowiadanie z serii:
Niebieska Sukienka

2 godz 24 min

Tydzień później.


– Jutro chcesz to zagrać? – Basista z perkusistą siedzieli na podeście, na którym ustawiono „gary”, trwała ostatnia próba przed występem.

– Jutro. – Przez ostatni tydzień Julia codziennie, w przerwach między kilkoma próbami, ćwiczyła śpiewanie a capella. Utwór faktycznie okazał się trudny wokalnie, a jego wyciągnięcie, zwłaszcza górnych partii refrenu, było nie lada wyzwaniem. – Dzisiaj próba generalna, a jutro „Dzień zero”.

– Wiesz. – Drugi gitarzysta włączył się rozmowy. – To dość dziwny kawałek jak na tę publiczność. Jesteś pewna? Reakcje mogą być, mówiąc oględnie, niezbyt entuzjastyczne.

– Wiecie, gdzie mam reakcje? – zapytała, patrząc na całą trójkę. – Nie śpiewam tego dla publiczności.

– A dla kogo? – zdziwił się.

– Dla siebie.

Spojrzeli po sobie, nie komentując.

– A szef wie?

– Dowie się w trakcie. – Puściła do nich oko.

– Wiecie co? – Perkusista usiadł na stołku i sprawdził naciągi na bębnach. – Zagrajmy to z takim powerem, żeby im buty pospadały. – Klawiszowiec wpadł w ostatniej chwili, spóźniony. – Damian, ogarnąłeś tę cholerną trąbkę?

– Mam wszystko przygotowane, spokojnie. – Ostatni, który dotarł, jako jedyny oprócz Julii nosił długie włosy, którymi machnął i zaśmiał się. – Jedziemy z koksem.


– Plan jest następujący. – Marek stał przed flipchartem w biurze Bogusławskiego. Z podsłuchów wiedział już, że chcą go wystawić policji. Ostatnie kilka dni jeździł po okolicy, obserwował, rozmawiał też, jako mediator, z Kataryną. Spędził dość pracowite osiem dni, w godzinach wieczornych i nocnych okraszane czasem z Adrianną.

Zaangażował się w związek z nią mocniej i był pewien, że propozycja wspólnego wyjazdu okazała się właściwym krokiem.

Wrócił do rzeczywistości. Plan, jaki przygotował, był w jego mniemaniu prosty i skuteczny.

– Zembrzycki ma przyjechać na miejsce spotkania na dziewiętnastą, tak samo Kataryna. Kiedy tylko znajdą się w tutaj – wskazał na punkt na mapie – zdejmujecie ich tyły, przód dostaje z lasu. – Laser ze wskaźnika pojawił się na kolejnym punkcie. – Środek, czyli obu panów, jeśli nie rzucą broni, likwidujecie po ostrzeżeniu. Ile mamy ludzi?

– Dwudziestu – Czacha odezwał się pierwszy.

– Powinno wystarczyć, jest rezerwa, jeśli ktoś oberwie. Trzy omawiane grupy dzielimy po pięciu. Wbijcie im do głowy, żeby uważali na kąt strzału, tam jest dość wąsko i można trafić swojego, zwłaszcza grupa z lasu może oberwać od centrum. Tyły też muszą uważać, żeby nie trafić tych z lasu. Dlatego do dwóch pierwszych grup dajcie najlepiej strzelających ludzi. – Obaj przysłuchiwali się jak oczarowani.

– A ja? – obudził się Marian.

– Ty czekasz na telefon z dobrymi informacjami. Ciała znikają, krematorium jest opłacone i będzie siedzieć cicho. Wszystko jasne?

– Jasne. – Sądząc po wyrazie twarzy Bogusławskiego, był zadowolony, ale bardzo nie chciał tego okazać. To, co usłyszał, idealnie pasowało do jego planów.

Czyli rozwalenia całej ekipy Kataryny i zabicia w innym miejscu Zembrzyckiego. Ciało wraz z bronią i sfabrykowanymi odciskami palców Góralczyka, miało zostać podrzucone tak, aby ktoś je szybko znalazł.

– A gdzie będziesz ty? – Zainteresował się Czacha. Pomyślał, że gdyby nie zapytał, mogłoby to wyglądać dość dziwnie, w rzeczywistości miał to gdzieś, bo w obecnej sytuacji Marek nie bym im do niczego potrzebny, poza zrobieniem z niego kozła ofiarnego.

– W pobliżu, będę czuwał, żeby wszystko przebiegło tak, jak powinno – uśmiechnął się, podszedł do obu i uścisnął im dłonie. – Powodzenia jutro.

Wyszedł.

Zdziwieni zachowaniem spojrzeli po sobie. Takiej ekspresji uczuć nie okazywał.

– Mamy odciski?

– Tak, zdjęliśmy z jednej ze szklanek, w których pił kompot w barze kilka dni temu.

– Fantastycznie. Mam nadzieję, że ten technik przygotuje je prawidłowo, pięćdziesiąt tysięcy za coś takiego to sporo pieniędzy.

– Lepiej wydać pięćdziesiąt tysięcy technikowi niż jemu półtora miliona. – Czacha spojrzał na szefa, a w myślach z pogardą stwierdził, że to tępy chłop, nieobejmujący całej perspektywy. Według planu Mariana dostaną odciski od technika policyjnego na żelowych nakładkach. Wystarczy nakleić je na broni, którą zastrzelą Zembrzyckiego i problem z głowy.

– To co. – Bogusławski wstał. – Jutro wielki dzień. – Poklepał Barskiego po ramieniu. –  A później będziemy jebanymi panami świata.

Czacha wyszedł z biura szefa oraz budynku, wsiadł do samochodu i wyjął telefon z kieszeni.

– Wszystko gotowe – rzucił do słuchawki. – Plan taki, jak ustalaliśmy. – Rozmówca odpowiedział coś, na co gangster zagryzł usta i rzucił nerwowo „tak, pamiętam o twojej działce” i rozłączył się.

– Pazerny kutas – wycedził i odpalił silnik.


Julia pamiętała doskonale słowa piosenki „Ta ostatnia niedziela” i przygotowując się do występu, nuciła ją pod nosem, uśmiechając się, raz po raz. Oczywiście, nie zamierzała „walnąć swojaka”, jak prostacko określał udanie się bez pomocy osób trzecich na drugą stronę Marian, wręcz odwrotnie – chciała stać się „nową Julią”, a ostatnia niedziela była dla tej „starej”. Na pożegnanie. Natchnienie, jakie przyszło po przeczytaniu pamiętnika Adama, zadziwiło ją samą, a to, co zaplanowała, wymagało sporo odwagi, jak później przyznała przed sobą.

Kwadrans po osiemnastej siedziała w garderobie, malując się nago przed lustrem. Marian był nieobecny, cały dzień pracował w biurze, a ona niekoniecznie szukała z nim kontaktu. Wątpiła, żeby zapałał entuzjazmem do pomysłu, wyszła z założenia, że jeśli będzie mniej rzucać się w oczy, to i on zapomni o niej, a zainteresowany będzie tylko przed występem. Żeby dobrze wypadła.

Lekki makijaż był już w zasadzie ukończony, dochodziła dziewiętnasta. Spojrzała za siebie, na krześle leżał czarny, koronkowy biustonosz, stringi w tym samym kolorze, obok stały czarne szpilki, a na wieszaku rozciągała się w pełni, długa, niebieska sukienka z aksamitu. Oszałamiająca, przyciągająca wzrok, emanująca seksem, powagą, a jednocześnie idealnie pasująca do tekstu utworu. Uszyta ekspresowo na zamówienie, specjalnie na ten wieczór.

Jak ogromne miała znaczenie, wiedziała tylko Julia.

Powoli i bez pośpiechu ubrała się, celebrując każdy ruch. Dopasowała długość ramiączek biustonosza, delektowała się opięciem skóry na biodrach gumką stringów czy dotknięciem koronkowego materiału płatków między udami. Dreszcz ekscytacji, radości, podniecenia i niepewności przepłynął przez nią, niczym fala prądu. Wszystkie wrażenia odbierała, jakby była na narkotykach, a jedynym środkiem odurzającym, jaki przyjęła, była chęć uwolnienia się od wszystkiego, co ją otaczało.

Nacisk na skórę miękkiego, aksamitnego materiału był tak przyjemny, że zadrżała i dostała gęsiej skórki. Ubierała się tyłem do ogromnego, ciągnącego się od podłogi do sufitu lustra, celowo nie chcąc widzieć się w trakcie i wywołać efekt „wow”. Sukienka przylgnęła do niej, niczym druga skóra, poczuła się tak pewnie, jak po kresce kokainy, jakby świat miał leżeć za chwilę u jej stóp.

Po wsunięciu stóp w szpilki odetchnęła głęboko i odwróciła się.

Zamurowało ją. Z ledwością poznała kobietę w lustrze. Zbliżyła się do szklanej powierzchni, zadowolona z efektu uśmiechnęła lekko i szepnęła: „Wow, świetnie wyglądasz”. Oszałamiający widok przedstawiał piękną kobietę po trzydziestce, która przyciągnie wszystkie spojrzenia w okolicy, włosy opadające na ramiona i lekki makijaż dopełniały wizerunku kogoś, kto wie, czego chce i zna sposób, jak wizualnie cel osiągnąć.

Pięć minut przed czasem spojrzała jeszcze raz w lustro, pokiwała z uznaniem głową, stwierdziła z rosnącą pewnością w głosie: „Czas się zbierać” i po chwili lekkiego zawahania przeżegnała się i zamknęła drzwi od zewnątrz.


– Ada. – Przywołał ją do porządku. – Słuchasz mnie?

Odwróciła w kierunku Marka roztargniony wzrok. Czuł i widział, że bardzo się denerwuje i mimo wielokrotnych zapewnień, że wszystko będzie dobrze, plan jest niemal perfekcyjny, a jej rola – marginalna, nie działało.

– Słucham, kochanie. Słucham – westchnęła. Przez ostatni tydzień uczucie między nimi wybuchło i rozlało się, a on przyznał przed sobą, że najchętniej rzuciłby wszystko w diabły, włącznie ze zleceniem, uciekł z nią gdzieś daleko i został tam, na zawsze. Czuł, że zaczynają się w sobie zakochiwać, z jednej strony bał się i wewnętrzny głos, ten żołnierza i szpiega, podpowiadał, że robi źle i nie powinien angażować się do zakończenia akcji uczuciowo. Serce nie zwracało na to uwagi, kierując uczucia i myśli ku niej.

– Zastanawiam się, może jednak zrobię wszystko sam?

– Nie – odparła natychmiast. – Przecież mówiłeś, że powinna zadzwonić kobieta, żeby zmylić policję.

– Tak, ale… – Zawahał się. Chciał dodać, że to, co robi, jest przeciwne wszelkim podręcznikom i naukom, jednak zrezygnował. Wystarczająco się denerwowała, nie chciał dodatkowo jej dokładać. – To jak, powtarzamy plan? – Wziął spory łyk herbaty i spojrzał na zegar, wybiła siedemnasta.

– Znowu? – Zrobiła kwaśną minę.

– Masz znać go o drugiej w nocy, kiedy obudzę cię z najgłębszego snu, rozumiesz? Krok po kroku, bez odstępstw. Każda pomyłka, nawet o kilkanaście sekund, może spowodować porażkę.

– No dobrze. Powtórzmy. – Zrezygnowana machnęła dłonią. – Jedziesz po Zembrzyckiego, czekam na telefon, nie ruszam się stąd, a smartfona zabieram nawet do toalety. Kiedy zadzwonisz, natychmiast informuję o strzelaninie policję z tego telefonu. Dokładnie w taki sposób i mówiąc słowo w słowo to, jak mnie uczyłeś. – Pokazała na dostarczony przez Marka smartfon.

– I?

– I tuż po telefonie jadę pod wbity do głowy adres, nie oglądając się na nikogo i na nic. Dlaczego nie mogę jechać od razu, na przykład teraz?

– Twój dom jest obserwowany, jeśli znikniesz zbyt wcześnie, zorientują się, że coś jest nie tak.

– To może pojadę z tobą? – zapytała nieśmiało.

– Myślałem o tym, ale to zbyt duże ryzyko. Nie jesteś przeszkolona, ktoś może ci zrobić przypadkowo zdjęcie lub rozpoznać. Albo wydarzy się coś i będę musiał walczyć, a nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo. Będę zamaskowany, poza tym to dla mnie zwykła praca, jak dla ciebie ugotowanie obiadu. – Pocałował ją lekko. – Wiem, że się denerwujesz, ale plan jest dobry, punktów ryzyka mało. Nie otwieraj drzwi, bądź czujna przy telefonie i będzie dobrze, zobaczysz. – Dopił herbatę. – Chodź do mnie. – Wstała z niepokojem w oczach. Pocałował ją lekko i zetknął ich nosy.

– Wiem – odparła bez przekonania. – Boję się.

– Kto się nie boi, ten jest idiotą albo kłamie. – Pogłaskał Adriannę po głowie jak dziecko.

Nerwowo wtuliła się w niego, po czym poszukała jego ust. Czuł, jak drżała i chwyciła go mocno, chłonąc spokój i opanowanie, bijące od muskularnego ciała. Odsunął ją od siebie, zdjął t–shirt i poszukał piersi dłonią przez materiał bluzki. Mruknęła lekko i zareagowała, przesuwając dłoń w kierunku członka, uciskając go przez spodnie, po czym ściągnęła je wraz z bokserkami i klęknęła, biorąc w połowie wzwiedzionego do buzi. Gdy był gotowy, pchnęła go na podłogę i opadła powoli, wypuszczając powietrze z delikatnym jęknięciem na końcu po tym, kiedy wypełnił ją po brzegi. Poruszała biodrami, ściągając z siebie bluzkę oraz biustonosz, wreszcie oparła dłonie na torsie i patrząc mu w oczy, nabijała się coraz szybciej, oddychając nerwowo i mrucząc z zamkniętymi ustami. Chcąc odpocząć, przylgnęła do niego i całowała głęboko, kręcąc pupą. Niewiele myśląc, chwycił ją za pośladki z tyłu, nabijał szybko i gładko, nie wsuwając się do końca. Jęknęła, długo, mocno i głęboko, prosząc aby nie zmieniał tempa. Zaciskając oczy, szorowała biustem po jego twarzy i po nabraniu na chwilę powietrza, wypuszczała je po pauzie szybkimi jęknięciami, coraz głośniejszymi i bardziej intensywnymi. Doszła, a on tuż po niej, z głębokim, gardłowym krzykiem, strzelając we wnętrze kilkukrotnie.

Wtuliła się, dysząc ciężko. Podniosła wzrok i spojrzała na niego.

Była od krok od zakochania. On chyba też. Czuła, że gdyby poprosił ją, przeniosłaby dla niego góry i jednocześnie tak bardzo bała się, a instynkt podpowiadał, że coś złego jest blisko. Próbowała uspokajać się i wmawiać, że panują nad sytuacją, a Marek jest doświadczony i wszystko przemyślał, cały czas jednak miała wrażenie, że czerń w pobliżu czai się gdzieś i szuka możliwości ataku.

Uspokajali oddechy, leżąc na podłodze, po chwili rozłączyli się i ubrali.

– Jadę. Wszystko będzie dobrze, tak? – Stanął przed nią, tuż przed zamkniętymi drzwiami. – Czekaj na sygnał.

– Piotrek? – Nazwała go prawdziwym imieniem. Odwrócił się w ostatniej chwili, chcąc wychodzić. – Wróć do mnie, dobrze?

– Wrócę, obiecuję. – Nachylił się i pocałował ją na pożegnanie.

Ubrany w maskujące, czarne ubranie, poruszając się bezszelestnie, jak pantera, zniknął w ciemnościach. Zamknęła drzwi, usiadła w kuchni i z niepokojem wpatrywała się w martwy ekran smartfona, leżącego na stole.


Słysząc rozgrzewający się zespół, Julii zadrżały nogi, przemogła się jednak i raźnym wkroczyła na scenę. Publika dopisała w większej liczbie, niż ostatnio, co ucieszyło ją i jednocześnie nieco wystraszyło. Opanowała się, czując, że cel jest blisko i pozostał jeden krok.

Na pewno będą zachwyceni tym, co zaraz im zaserwujemy – uśmiechnęła się promiennie do tłumu. Czekali na „Takie tango”, „Białego misia” i „Zabiorę cię właśnie tam”, a dostaną…

„Niebieską sukienkę”. Dosłownie i w przenośni.

– Julka, świetnie wyglądasz, nowa stylizacja? – Hendriks ewidentnie pod wrażeniem oglądał ją niczym eksponat na wystawie.

– Raczej uzupełnienie tekstu, który jest ważny dla mnie.

– No właśnie, czytałem.

– Tak? I co myślisz?

– Chcesz nam o czymś powiedzieć?

– Nie rozumiem? – Zdziwiona uniosła brwi.

– Źle ci się z nami gra?

– Och, nie – uśmiechnęła się. Chciała go po przyjacielsku cmoknąć w policzek, ale przeszkodą było około pół tysiąca ludzi za plecami, którzy natychmiast donieśliby o tym Marianowi, więc poprzestała na ciepłym uśmiechu. – To manifestacja wobec siebie i duchowej przemiany, jaką przechodzę. Nie bój się, jeśli tylko będę mogła, zagram z wami do końca świata i jeden dzień dłużej. – Parsknął.

– Oni – pokazała głową na publikę – nie mają o tym pojęcia, o tym, dlaczego gramy ten utwór, po co się tak ubrałam i mieć nie muszą. Myślą, że po prostu wystroiłam się dla nich. Także dla was to po prostu utwór, może fajny, a może nudny, a dla mnie coś więcej. Przepraszam, ale nie chcę o tym rozmawiać.

– W porządku. – Wycofał się szybko. – Coś się dzisiaj wydarzy, czujesz to? Powietrze jest jakieś takie – szukał słowa – elektryczne.

O mało nie powiedziała mu prawdy, powstrzymała się w ostatniej chwili.

– Myślę, że najważniejszym wydarzeniem będzie brak obrzucenia nas, a w szczególności mnie pomidorami, jajkami i butami. – Oboje wybuchli śmiechem. – Ile mamy czasu?

– Trzy minuty. Idę sprawdzić jeszcze raz strojenie, gotowa?

– Nigdy nie byłam bardziej – uśmiechnęła się pod nosem. Zauważyła, że oprócz ekscytacji, jest nieco podniecona seksualnie. Zdziwiła się, jednocześnie ignorując ten stan, nie miała czasu na zastanawianie się nad przyczyną. Czas zainicjować grę.

Światła przygasły, rozległy się syknięcia talerzy perkusyjnych, wyznaczające rytm.

Raz, dwa, trzy, cztery.

Ściana gitar uderzyła z całą mocą.

Rozpoczął się rytuał.


– Jesteśmy gotowi. – Czacha zameldował Marianowi przez telefon.

– Doskonale. Odezwał się?

– Nie, ale nie potrzebujemy go. Jeśli jest gdzieś w pobliżu, to trudno. Będzie musiał przyjechać po wszystkim, a wtedy nie wyjedzie.

– Czekam na pomyślne wieści. – Rozłączył się.

Czacha rozejrzał się. Trzy grupy ustawiły się zgodnie z planem. Na zegarze wybiła osiemnasta piętnaście. Dokładnie po pięciu minutach zadzwonił. Niepokoiła go jedynie pogoda, odległe błyskawice i grzmoty stwarzały ryzyko naciągnięcia burzy w najmniej pożądanym momencie. Nie miał jednak na to wpływu, więc wzruszył ramionami.

Wybrał kolejny numer w smartfonie.

– Gotowy? To dobrze. Masz się pojawić tam zgodnie z ustaleniami o dziewiętnastej trzydzieści. I nie spóźnij się, bo stracimy kluczowy element układanki. Tak, wszystko jest dograne tip–top, rób swoje. – Rozłączył się bez pożegnania.

Po kolejnych dziesięciu minutach wsiadł do samochodu i samotnie ruszył przez bramę.


Marek przesiadł się w Łodzi do samochodu, pozostawionego dzień wcześniej uprzednio na dzikim parkingu bez kamer, auto wynajął w wypożyczalni na kolejny komplet lewych dokumentów, tym razem nazywał się Dariusz Buczkowski, lat trzydzieści osiem, instruktor fitnessu. Celowo wybierał takie legendy, aby pasowały do wyglądu, ciężko być nauczycielem angielskiego z posturą średnio zaawansowanego kulturysty.

Lokalizację, w której miał przebywać Zembrzycki, rozpoznał od razu – przez kilka dni wkuł na pamięć mapę całej dzielnicy i poruszał się w niej z zamkniętymi oczami. Czarną Skodę Superb inspektora namierzył bez pudła, stała niedaleko od knajpy, w której bawił się cel, więc jedyne, co pozostało, to cierpliwie czekać. Krótka obserwacja oraz czas na zegarze wskazywały, że zaraz będzie wychodził i faktycznie, tak się stało. Na korzyść Marka działał fakt, że samochód gliny stał zasłonięty dużym drzewem i ciągiem krzewów, niemal niewidoczny z ulicy, a z drugiej strony znajdowała się ściana domu, na dodatek bez okien. Marek uznał to za perfekcyjne miejsce na porwanie i z lekką ekscytacją oczekiwał na skorumpowanego policjanta. Zembrzycki pewnym krokiem podszedł do samochodu i gdy próbował otworzyć drzwi, Góralczyk strzelił z małego pistoletu. Nabojami były środki usypiające z aplikowane zwierzętom, co prawda musiał chałupniczo zmodyfikować zawartość (oryginalna dawka uśpiłaby go na dobę, a na to nie mógł sobie pozwolić), jednak strzałka bez większych problemów wbiła się w szyję, a cel osunął na ziemię, na co Marek błyskawicznie podjechał obok i zwinnie wrzucił go do bagażnika, zapinając uprzednio kajdanki na dłoniach i na wszelki wypadek zakładając knebel. Parking, na którym trzymał BMW, znajdował się w odległości półtora kilometra od miejsca porwania, tam przełoży glinę do bagażnika i ruszy po Adę.

Dokładnie dwie minuty i dwadzieścia sekund później zaparkował obok Bety, po czym uniósł tylną klapę.

Glina miał otwarte oczy, najwidoczniej dawka była jednak zbyt słaba. Na widok Marka zaczął krzyczeć i szarpać się. Góralczyk najpierw zdzielił go w twarz, ogłuszając lekko, a następnie szepnął do ucha.

– Zdejmę knebel i pozwolę ci mówić, ale jeśli zaczniesz coś odpierdalać, wbiję palce w oczy, rozumiesz? – Nerwowe kiwanie oznaczało zgodę. – Gadaj, bo nie mam czasu.

– Przecież miałeś być na miejscu. – Zembrzycki wściekły wyrzucił z siebie.

– Na miejscu? Owszem, jestem na miejscu, ale tym właściwym.  – Nagle z tyłu głowy wykwitła przerażająca myśl, pełzająca jak czarny śluz wzdłuż kręgosłupa, ku sercu. To nie było TO miejsce! – Kto zdradził?

Glina zorientował się, że Marek nie wie i krótko zaśmiał się, odchylając głowę do tyłu.

– Czacha zrobił cię w chuja, co? Gówno wiesz, chłopie.

– Co miałbym wiedzieć? – Marek na zewnątrz działał jak robot, ale w środku gotowało się. Miał ochotę rozerwać glinę dłońmi, aby wydobyć z niego jak najszybciej informacje, musiał jednak czekać, a policjant był mu potrzebny.

– Długo szukaliśmy twojego słabego punktu, a on był tuż pod nosem. – Nie przestawał złośliwie się uśmiechać. – Nawet jeśli teraz do niej pojedziesz, będzie za późno.

Gniew, strach, przerażenie i desperacja, które obudziły się w Marku, spowodowały, że zakręciło się w głowie. Wiedział już, że najprawdopodobniej nie wystarczy czasu, liczył jednak na ślepy fart, szczęście, które często dopisywało w życiu. Pozostało jeszcze jedno pytanie i wszystkie klocki wskoczą we właściwe miejsca.

– A Marian?

– Pójdzie na twoje konto, na wszystko podłożymy dowody, nie dasz rady się wywinąć. A jak cię zgarniemy, to za dwa, trzy miesiące, skruszony po okropnych morderstwach i świadomy, jak okrutnym i złym człowiekiem jesteś, wyhuśtasz się w celi. Sprawa zamknięt…

Usta zamknął mu paralizator, ustawiony na maksymalną moc. Mimo że na zewnątrz nie było tego widać, miał ochotę bić się po głowie, do skutku, aż zemdleje. Czuł, był pewien, że pozostawienie jej samej to zły pomysł.

A mimo to zignorował ostrzeżenia, wysyłane przez instynkt, dotychczas nigdy niezawodzący i teraz poniesie konsekwencje. Niestety nie tylko on.

Ruszył z piskiem opon, modląc się po raz pierwszy od śmierci ojca w wieku dziesięciu lat.

Oby zdążył.


Ciężki riff gitarowy rozpoczął utwór. Widzowie zgromadzeni pod sceną początkowo myśleli, że to żart, albo zespół się rozgrzewa, kiedy jednak wszystkie instrumenty z wyjątkiem gitary ucichły, a Julia zaczęła śpiewać, błyskawicznie przestali się ruszać i z coraz szerzej otwartymi oczami obserwowali szóstkę muzyków, serwujących im dźwięki kompletnie inne od spodziewanych. Przy partii wokalnej „I’m trapped like a wasp in a beer glass” głos zadrżał Julii nieco, jednak kilkadziesiąt sekund później, śpiewając w tej samej tonacji „I’m trapped inside a nice velvet, blue dress” śpiewała już pewnie i stanowczo, a początek refrenu z wchodzącymi wszystkimi instrumentami i słowami „All my monsters...” wywołał ciarki u niejednego widza. Ludzie ci, nieprzywykli do tego typu muzyki, w większości prości i wychowani na disco–polo, z fascynacją i podziwem obserwowali zespół, a w szczególności wokalistkę, ściągającą niemal całą uwagę osobowością, charyzmą i seksapilem.

O dziwo, nikt nie zagwizdał, słuchający stali praktycznie w bezruchu. Zespół był nieco skryty w cieniu i za dymem, a światła skierowane na postać w niebieskiej sukience, gdy przestawała śpiewać, niknęła w półmroku, a oświetlenie, celowo nikłe i rozmyte, aby stworzyć mroczną atmosferę, padało na pozostałych.

Po dwóch refrenach niespodziewanie dla publiczności utwór zgasł i wybrzmiała partia z trąbką, puszczona z sampli przez klawiszowca. Zaległa niemal całkowita ciemność, przerywana sporadycznymi błyskami światła, wśród których migały czarno–białe sylwetki, oświetlane błyskami ze stroboskopów, a widzowie łapali pojedyncze klatki stojących w bezruchu muzyków, jak na fleszach od aparatu. Julia czuła się jak w transie, nie kierowała ruchami ciała i śpiewem, wszystko działo się samoczynnie, jakby została zaprogramowana. Trąbka wygasła, pojawił się rytm perkusji i jej wejście wokalne, robiące tym razem jako tło dla basu i plumkającej w tle gitary prowadzącej.

Nagle wszystko zgasło, a wraz z nerwowym riffem, światło zaczęło pulsować na ciemnopomarańczowy kolor, nie skupiając się na pojedynczym punkcie. Riff przeszedł w blast i nagle urwał się, eksplodując płaczliwą solówką, po której łzy zaszkliły się w jej oczach, a scena została zalana jasnym światłem, odkrywając wszystkich muzyków.

To dla ciebie – szepnęła w myślach do Adama.

Gitara Hendriksa brzmiała fantastycznie, niemal jak oryginał, otarła ukradkiem łzy, przypominając sobie, jak odsłuchała kompozycję po raz pierwszy nad jeziorem i płakała w głos w trakcie solo. Finalnie wrócili do refrenu i utwór powoli wygasł, śpiewała ostatnie wersy z zamkniętymi oczami, aż wreszcie umilkła.

Zaległa cisza.

Podniosła powieki.

Publiczność stała oszołomiona, niektórzy mieli opadnięte z wrażenia szczęki. Rozległy się nieśmiałe brawa, które po kilku sekundach przeszły w ogłuszający hałas, krzyki, gratulacje, entuzjastyczne pochwały i gwizdy. Spojrzała do tyłu, zespół uśmiechał się coraz szerzej i również bił brawo.

– Muszę na chwilę wyjść. – Podbiegła do Hendriksa i szepnęła mu w ucho. – Zagracie coś sami? Za pięć minut wracam. – Skinął głową ze zrozumieniem i rzucił kilka słów do zespołu, po czym zaczął grać riff, nierozpoznany przez Julię. Ona miała już co innego w głowie i szybkim krokiem zmierzała do garderoby.

Krytyczny punkt planu nastąpił, jeśli teraz wykona krok, nie będzie już odwrotu.


Coraz bardziej zdenerwowany Marian czekał w biurze, co chwila zmieniając kanały w telewizji. Miał ochotę najpierw wybrać numer do Góralczyka, a później do Czachy, ale pomny nakazów tego pierwszego, zrezygnował. Wstał i zaczął chodzić od ściany do ściany, gdy nagle do pokoju wtargnął jeden z ochroniarzy z zespołu, Marian nigdy nie potrafił zapamiętać jego ksywy, zresztą miał kiepską pamięć do imion, zdecydowanie lepiej szło mu z twarzami. Zdziwiony obecnością niskiego stopniem członka gangu tutaj, chciał zapytać, co tamten tu, do kurwy nędzy, robi, skoro miał czekać razem z Barskim na przyjazd Kataryny. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy ochroniarz (Kozioł, przypomniał sobie ksywę) wyciągnął pistolet z tłumikiem i strzelił mu prosto w głowę, a kiedy Bolesławski upadł na dywan, poprawił kilkoma strzałami w plecy, po czym wyszedł.


Punkt dziewiętnasta Ada zaczęła się modlić. Wiedziała, że zbliża się krytyczna godzina i hipnotyzowała telefon na stole, podskakując na krześle na każdy dźwięk, przerywający ciszę. Jedyne, co przynosiło ulgę, to oglądanie wspólnego, jedynego zdjęcia z Piotrkiem (tak wolała nazywać go w myślach, mimo że zakazał jej wymawiać prawdziwe imię), gdy leżeli razem na hamaku i zrobili sobie selfie. Uważała, że świetnie do siebie pasują i nie przyznała mu się, ale… była w nim zakochana. Czuła, że tak się stanie, wiedziała, od kiedy go ujrzała, że ten obcy, który niespodziewanie pojawił się w jej życiu i wywrócił je do góry nogami, obiecując coś lepszego niż obecnie, jest przeznaczony dla niej. Zakochała się w chrapliwym, cichym śmiechu, mocnych dłoniach, stalowych oczach, których spojrzenie rozbierało i nieco cynicznym, ale szczerym i w sumie prostym charakterze. Nie uważała się za intelektualistkę, mówiła o sobie „dziewczyna ze wsi”, miała jednak pojęcie, jak powinno wyglądać życie i do czego dążyła. Do jego przyjazdu marzenia były mrzonką, teraz jednak wszystko zmierzało ku szczęśliwemu finałowi.

Stłumiła krzyk, gdy zabrzęczał dzwonek u drzwi. Nie spodziewała się wizyty, Piotrek miał dzwonić telefonem, a klient, chcący wynająć pokój po raz ostatni, nie licząc jego, pojawił się miesiąc temu. Niedziela wieczorem to raczej nie jest pora na wynajem, zwłaszcza na tym odludziu.

Ostrożnie podeszła do wyjścia i zapytała, patrząc w wizjer, kto to. Na co mężczyzna po drugiej stronie odparł, że sąsiad, mieszka niedaleko od wczoraj i potrzebuje trochę cukru, bo mu się skończył. Żarówka na tarasie przestała działać akurat w tej chwili i nie widziała tam kompletnie nic. Pamiętała słowa Piotrka, uczulającego ją, aby absolutnie nikomu nie otwierała. Rzuciła przez drzwi: „Proszę odejść”, na co załomotał pięścią, a następnie kopnął w powierzchnię z drugiej strony i zaczął napierać na nią barkiem, próbując wyważyć je z futryny. Krzyknęła wystraszona i zaczęła uciekać. Za plecami rozległ się strzał, agresor zniszczył zamek, po czym kopniakiem wyłamał zamknięcie i skoczył za nią.

Silny cios w twarz powalił Adriannę na ziemię, a kolejny w żebra odebrał dech. Próbowała bronić się na oślep, ale mocne, męskie dłonie chwyciły ją za szyję i poddusiły lekko. W połowie ogłuszona została przeniesiona na łóżko w sypialni i rzucona. Leżała tak przez chwilę, próbując zastanowić się, co dalej i udając nieprzytomną.

– Czekałem na to długo. – Gdy dotarło do niej, kim jest oprawca, zrozumiała, że jeśli Piotrek nie zdąży wrócić, jest zgubiona. Otworzyła oczy i ujrzała stojącego nad nią z ponurą miną Czachę. Ubrany w czarny garnitur zdjął marynarkę i nachylił, próbując pocałować. Napluła mu w twarz, z całej siły, zbierając przez chwilę ślinę w ustach i próbowała kopnąć w krocze. Złapał ją za nogę i uderzył mocno pięścią w policzek. Zaczęła krwawić z wargi, łzy bezwiednie popłynęły z oczu, spowodowane bólem. Brutalnie i bezceremonialnie zerwał z niej bluzkę, spodenki i majtki. Leżała naga, kuląc się.

– Pamiętasz, jak kiedyś było nam razem dobrze? – Docierał do niej dźwięk zdejmowanego ubrania, rozsuwanego paska od spodni i rzuconych na podłogę slipek. Stanął nad nią. – Nie musiałem cię tłuc, chciałaś to robić cały czas i byłaś naprawdę fajną dziewczyną, Ada.

– Byłabym nią może dalej, gdybyś na moich oczach nie zamordował chłopaka, który tylko ze mną zatańczył, ty zwyrodnialcu. – Spojrzała na niego z nienawiścią.

– Nikt nie będzie macał mojej kobiety, w tańcu czy bez. Rozumiesz? – Nachylił się nad jej głową, a do nozdrzy dotarł kwaśny zapach oddechu.

– Właśnie dlatego nie jestem twoją kobietą i nigdy nie będę. Ty nie nadajesz się do związku.

– Za to on się nadaje, co? – zaśmiał się. – Wielki pan szpieg, którego zrobimy przepięknie w chuja. Najpierw zostanie gwiazdą telewizyjną, proces, sąd, kamery i prasa. Oczywiście na podstawie zgłoszenia praworządnych, anonimowych obywateli. A później, za jakieś dwa miesiące, dopadną go wyrzuty sumienia i pójdzie ścieżką Pana, do Bozi. – Z krzywym uśmiechem obwieścił złowieszczo. Obrócił ją na bok, wsunął palce do pochwy i krzywiąc się z niesmakiem: „Sucha”, napluł na dwa, po czym wsadził do wewnątrz, a następnie wepchnął się brutalnie.

– Och, tak. Już zapomniałem, jak to jest cię pieprzyć, Adrianna. Z tych wszystkich kurewek, które ruchałem ze stajni Mariana, ty zawsze byłaś najlepsza. – Zaczął ruszać biodrami.

Nie czuła przyjemności, a jedynie ból i wściekłość. Nienawidziła go z całego serca.

– Jebał cię wcześniej, czuję, że cię walił. Zostało jeszcze trochę spermy w środku. – Zdziwiony zatrzymał się na chwilę. – A tak pierdolił, że są zasady i w trakcie akcji oraz planowania nie można się rozpraszać. Tymczasem sam się wyłożył na podstawach. – Jęknął i przyspieszył gwałtownie. Czuła, że niedługo skończy, a kiedy wyjdzie z niej…

– Mogłaś mieć wszystko, to dziwko. Ty pierdolona, głupia dziwko. – Przerwał i chwycił ją za włosy, po czym uderzył w twarz. Ogłuszona, zaczęła odpływać i modlić się, żeby Piotrek zdążył wrócić i uratować ją. Barski zauważył, że dziewczyna mdleje.

– Budź się, masz być wszystkiego świadoma! – Ocucił ją kilkoma pacnięciami w twarz.

– Wiesz co? Jesteś zerem, nie tylko jako mężczyzna, ale też człowiek. Możesz mieć pieniądze, władzę, ale nigdy nie zmienisz jednego, on jest lepszy od ciebie i ja go wybrałam. – Wypluwała z nienawiścią kolejne słowa, nie zważając na to, co z nią robi.

– Och, kurwa, ja pierdolę! – Barski ryknął i spuścił się z głośnym jękiem, poruszał się jeszcze chwilę, po czym wstał, naciągnął spodnie i stanął nad nią. Nie reagowała, jakby to nie ją przed chwilą zgwałcono i pobito. Nachylił się i wymusił, żeby na niego spojrzała.

Wiedziała już, że to koniec, Piotrek nie zdąży.

Kocham cię – powiedziała poważnie w myślach. – Szkoda, że nam się nie uda.

– Pierdol się – szepnęła miękko do Barskiego, patrząc na lufę pistoletu, kierującą się w jej stronę.

– To robiłem przed chwilą. – W odpowiedzi rzucił Czacha i nacisnął spust.


Pędzące po lokalnych drogach BMW Marka przypominało bardziej pocisk niż auto. Kierował na pamięć, nie zważając na fakt, że może zatrzymać go policja, a w bagażniku jedzie Zembrzycki, który najprawdopodobniej stracił już połowę zębów. Kilkukrotnie próbował dodzwonić się do Adrianny, ale telefon nie odpowiadał. Powtarzał w myślach, że to nic, pewnie nie słyszy, ale głos w środku podpowiadał, że glina mówił prawdę.

Co było tylko i wyłącznie jego winą, powinien zabrać ją ze sobą! Przecież, nawet jeśli ktoś by ją rozpoznał, jutro byliby poza granicami kraju!

Ty idioto! Ty bezmózgu!

Dwie minuty później z trudem zahamował pod domem Ady, wyskoczył z samochodu i popędził do drzwi.

Ujrzał przestrzelony zamek i wiedział już, że nie zdążył. Ścisnęło mu serce, a w gardle stanęła gula. Tak bardzo chciał, aby dom okazał się pusty. Może zdążyła uciec albo została porwana i żyje. Głos wewnętrzny, gdzieś w środku mówił, że nie ma co łudzić się nadziejami.

Bezgłośnie wszedł do przedpokoju, mijając kuchnię, w której w dalszym ciągu paliło się światło, a oba smartfony leżały na stole. Wrócił na korytarz i ruszył do sypialni.

Zobaczył ją, na łóżku. Z otwartymi oczami, zaskoczeniem w gasnącym wzroku, śladami po kulach w klatce piersiowej, nagą, zgwałconą, zbezczeszczoną. Jego Adriannę, kobietę, z którą zaplanował życie, w której, czego jeszcze nie oznajmił, a chciał to zrobić na miejscu, za jakiś czas wręczając pierścionek zaręczynowy, zaczął się zakochiwać.

Uświadomił sobie, że wszystko runęło w gruzy i gwałtowny żal ścisnął gardło Piotra. Klęknął, delikatnie dotykając jej twarzy i zapłakał, pierwszy raz od pogrzebu ojca, zacisnął pięść i łkał  cicho, kuląc się w kłębek i bujając w przód i tył. Czuł, jak z ciepłej jeszcze skóry uchodzi coraz szybciej życie, wiedział że ma niewiele czasu, że za chwilę będzie tu policja, potrzebował jednak tylko jednej minuty. Rozejrzał się po sypialni, chcąc zapamiętać na zawsze miejsce, w którym spędził najszczęśliwsze chwile życia. I gdzie dostał szansę na coś normalnego, co błędnymi decyzjami koncertowo spierdolił.

Spojrzał po raz kolejny na dziewczynę. Gwałt był wiadomość dla niego.

Zamknął oczy, ujął pęk blond włosów w dłonie i głęboko wciągnął zapach do płuc oraz w nozdrza, chcąc zapamiętać go na zawsze. Trwał tak jeszcze przez krótki moment, po chwili wstał, pocałował w chłodne już usta i nie spoglądając za siebie, wyszedł.

 

Przechodząc przez drzwi wejściowe, był już w pełni opanowany. Przeszkolenie wojskowe i doświadczenie wzięło górę, ponadto kiełkująca wewnątrz chęć brutalnej zemsty dawała mu radość i nadzieję, powstrzymywał się jednak, wiedząc, że na emocje przyjdzie czas, a żeby dopaść tego, kto ją zabił, musi działać metodycznie. Z piskiem wystartował sprzed domu i kilka kilometrów dalej zjechał w kompletne ciemności z polnej drogi, po czym wyciągnął Zembrzyckiego z bagażnika. Glinie krwawiło z nosa, a w oddali grzmiało. Zbliżała się burza.

– Rozwiąż mnie, sadys… – Narzekanie uciszył cios prawym prostym i poprawił hakiem w żebra.

– Zatłukę cię, robaku – wysyczał w twarz krztuszącemu się policjantowi. Rzucił go na ziemię i kopnął.

– Będziesz gwiazdą wszystkich serwisów informacyjnych, a twoją gębę pokażą nawet w CNN – zaśmiał się Zembrzycki, kaszląc i plując krwią.

– Patrz, co mam. – Marek wynurzył się z ciemności, niosąc przenośną wiertarkę, na której widok związanego zmroziło i zaczął szaleńczo rzucać się oraz krzyczeć. – Zamknij mordę. – Uruchomił sprzęt i bez ostrzeżenia przewiercił lewą dłoń gliny. Ten zawył, ryknął z bólu i zawodził płaczliwie cały czas.

– To za Adriannę. – Beznamiętny głos oznaczał jedno, nie będzie litości. – A teraz zadam pytanie, na które będzie tylko jedna, prawidłowa odpowiedź. Jesteś mi potrzebny, poradzę sobie jednak również bez ciebie. – Zbliżył cieknące krwią, kręcące się powoli wiertło do oka policjanta, na co ten zareagował wrzaskiem. – Kto?

– Czacha, to był Czacha! – wykrzyknął natychmiast przez łzy. – Ja tego nie chciałem, mówiłem mu, że to zły pomysł, ale się uparł, bo chciał się na tobie odegrać za tą akcję sprzed baru z żarciem! Mówiłem, że wystarczy ją poobijać, ale on chciał cię wrobić w morderstwo!

– Dobrze. – Marek pogłaskał go po głowie niczym zdolnego ucznia po prawidłowej odpowiedzi w szkole. –  Jedno oko uratowałeś, ciekawe czy uda ci się z drugim. – Przesunął rękę w lewo. – Dlaczego zdjęliście Bolesławskiego?

– Zabije mnie, jeśli ci powiem. – Zembrzycki zanosił się od płaczu, z nosa ciekła mu krew, a dłoń wyglądała koszmarnie.

– Możesz wybrać, zabiję cię wcześniej i bardziej boleśnie, niż Czacha. Sypniesz, to może jeszcze chwilę pożyjesz, jeśli okażesz się użyteczny.

– Kurwa, a trzeba było odmówić!

– Za późno na żal. – Marek ponownie uruchomił wiertarkę.

– Powiem, kurwa! Powiem, ałaaaaahahaa! – załkał głośno. – Żona Bolesławskiego ma takie same uprawnienia do jego kont, mieliśmy go kropnąć, porwać ją, zmusić do wykonania przelewów i też rozwalić. Wszyscy poszliby na twoje konto, Czacha zdobył twoje odciski, które chciał podłożyć na miejscach zbrodni.

Markowi w zupełności to wystarczyło i ułożyło się w logiczną całość. Kataryna z ekipą wylądowałby w krematorium i zniknął bez śladu.

Rąbnął najmocniejszym ciosem, jakim dysponował Zembrzyckiego w twarz, ogłuszając go, po czym związał jak prosiaka, zakneblował i wrzucił do bagażnika.

Liczyła się każda sekunda. Wybrał numer w Signal.

– Coś ty, chłopie, nawywijał. – Rozmówca był zmartwiony. – Mówią o tobie w wiadomościach.

– O którym? – Zaniepokoił się.

– Na szczęście o Marku, ale jesteś jebaną gwiazdą. Celebryta wśród zawodowych zabójców. Może założysz profil na Fejsie? Chętnych do obserwowania na pewno znajdziesz.

– Potrzebuję w tej chwili numer do Julii Bogusławskiej. – Zignorował żarty.

– A skąd ja mam go wziąć? Wyczarować?

– Z billingów Bogusławskiego, masz je przecież. – zniecierpliwił się, ale natychmiast uspokoił. Tylko pełne opanowanie mogło przynieść efekty, uczucia wyładuje na Barskim.

– Znajdź numer, tylko szybko. Beze mnie byłbyś jak dziecko we mgle. – Słuchał zrzędzenia jednym uchem, nie reagując i skupiając się na nie wypadnięciu z wąskiej drogi. Coraz silniejszy wiatr nie ułatwiał zadania, małe gałęzie i liście wpadały na asfalt, rozpraszając koncentrację i utrudniając manewrowanie.

Zaległa cisza i nastąpił atak kliknięć w klawiaturę. Wciąż pędził w stronę domu Mariana, nie zważając na znaki. Miał tylko nadzieję, że po drodze nie napotka na patrol. Policja na pewno była przekabacona przez Czachę, a mimo wszystko wolał nie likwidować zwykłych krawężników, po zabiciu gliny rzuciliby się na niego jak sfora hartów.

– Będziesz wisiał mi sporą przysługę. – Rozmówca podyktował numer.

– Zrobię, co powiesz. Teraz to już nie jest biznes, a sprawa osobista. Dzięki. – Marek rozłączył się i wybrał kolejny numer.


Julia miała mało czasu. Plan zakładał, że Marian, publiczność, zespół oraz ochrona będą zachwyceni występem, oszołomieni chwilowo, co spowoduje, że będzie mogła po cichu się ulotnić. Błyskawicznie wpadła do garderoby, zrzuciła z siebie kieckę, bieliznę, założyła sportowy biustonosz, czarny dres, miękkie, sportowe buty, a włosy związała i schowała pod czapkę.

Wyglądała, jakby wybierała się na jogging.

Miała wychodzić, gdy w kieszeni spodni zabrzęczał telefon. Obcy numer. Odebrała.

– Musisz natychmiast opuścić klub i uciekać. Czekam trzy kilometry stąd, przy drodze.

– Kto mówi? – zapytała nerwowo.

– Marian nie żyje, a za chwilę Czacha przyjdzie po ciebie, zmusi cię do podania kodów dostępowych do kont Mariana, a później zabije, rozumiesz? Jeśli chcesz uratować dupę, uciekaj stamtąd jak najszybciej. – Głos był spokojny, ale rozkazujący i nieznoszący sprzeciwu.

– Rozłączam się, nie mam ochoty słuch…

– Zamknij się! – Mężczyzna uniósł się nieco, ale uspokoił natychmiast. – Jeśli mnie nie posłuchasz, nie przeżyjesz.

Ważyła chwilę słowa.

– Kim jesteś?

– Cmentarz, podczas pogrzebu rozmawiałem z twoim mężem.

Przypomniała sobie krępego, brodatego mężczyznę w okularach. Trzęsły się jej ręce.

– Skąd mam wiedzieć, że to nie pułapka?

– Bo jestem obcy i nie uwikłany w miejscowej układy, poza tym rozmawiasz z jedyną osobą, która chce uratować twój tyłek, więc rusz go z łaski swojej, jeśli chcesz żyć.

Spojrzała w ścianę, a następnie wyjrzała przez małe okienko, wychodzące z garderoby na salę koncertową. Po drugiej stronie było lustrem weneckim, więc mogła oglądać bez przeszkód, co tam się dzieje.

Miał rację. Ochrona zaczęła biegać nerwowo, coś się działo. Jeśli mówił prawdę, czasu faktycznie pozostało niewiele.

– Jak cię rozpoznam?

– Ja rozpoznam ciebie, tylko stamtąd wyjedź.

 

Pobiegła tunelem do podziemnego garażu i wsiadła do X5. Samochód zamruczał cicho, pół minuty później jechała polną drogą, kierując się przed siebie. Przez trzy kilometry nie miała gdzie skręcić, pruła z możliwie największą prędkością, nie zważając na coraz większy wiatr oraz lecące na przednią szybę liście i gałęzie.

Zahamowała gwałtownie, widząc dwukrotnie mrugnięcie światłami w odległości kilkudziesięciu metrów.

– Jesteś sama? – Marek zapalił podręczną, przypiętą do nadgarstka latarkę i poświęcił w jej stronę, a później zwrócił na siebie.

– Tak. – Rozpoznała twarz mężczyzny z cmentarza i odetchnęła z ulgą.

– Wsiadaj, musimy znikać. Twój samochód ma przyczepiony nadajnik GPS, więc Czacha na pewno wie, gdzie jesteś.

 

– Dokąd jedziemy? – wyszeptała wystraszona. Dopiero w BMW Marka uświadomiła sobie, że Marian nie żyje, a ona, mimo że chciała okraść go i uciec, zabijać nie zamierzała. Uroniła skrycie łzę i otarła nadgarstkiem.

– Zmienić samochód, a później zobaczysz.

– Dlaczego zginął? – Patrzyła na niego badawczo.

– Bo stał Barskiemu na drodze. Czacha ma ambicję większe, niż bycie zastępcą twojego męża. Sprzymierzył się ze skorumpowanym gliną z CBŚ, Zembrzyckim i postanowił rozwalić wszystkich konkurentów, a na koniec wrobić mnie.

– Ciebie?

– Mnie. – Marek spojrzał na nią. – Miałem dla twojego męża wykończyć Katarynę i tego agenta, a okazało się, że Czacha grał na dwa fronty, rozwalił Mariana, Katarynę i jego ekipę wystrzelał w zasadzce, wrobił mnie w morderstwo twojego męża oraz… – Zacisnął dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały kości. – Ty byłaś i dalej jesteś kluczowym elementem układanki, bo potrzebne mu są pieniądze Mariana. A tylko ty masz do nich dostęp po jego śmierci. – Wywód przerwało łupanie w bagażniku. – Zapomniałem o czymś, a w zasadzie o kimś. – Zatrzymał się na poboczu i wyskoczył z auta, a Julia za nim. Gdy otworzył klapę, z przerażeniem ujrzała związanego, zakrwawionego mężczyznę, próbującego wydawać dźwięki przez knebel.

– Kto to? – wyszeptała wystraszona.

– Nasza polisa do wolności – rzucił Marek. – A jednocześnie skurwiały, skorumpowany glina. – Uderzył Zembrzyckiego w żebra i wyjął materiał z ust.

– Daj mi wody, sadysto – wyrzęził policjant.

– Gdybyś palił się przede mną, nie podszedłbym odlać się na twoje ścierwo. – Splunął mu w twarz. – Czas na jeszcze jeden telefon. – Odszukał smartfon w kieszeni policjanta, o dziwo sprzęt działał, mimo notorycznego obijania różnych części ciała gliny przez Marka od dobrej godziny.

– Kod?

– Jeden, siedem, dwa, osiem – zapłakał Zembrzycki.

Wybrał numer telefonu z pamięci, w międzyczasie zamknął klapę bagażnika, gestem nakazał Julii powrót do samochodu i sam zasiadł za kierownicą.

Rozmówca odebrał po dwóch sygnałach.

– Gdzie ty, kurwa, jesteś? – Wściekły syknął w słuchawkę. – Miałeś tam być kwadrans temu. Zajebię cię!

– Nie żyjesz, Czacha – powiedział cicho do telefonu. – Rozmawiam z trupem.

– To ty? – W głosie Barskiego pobrzmiewało niedowierzanie.

– Mogłeś zrobić wszystko, zabić lub wrobić mnie, ale nie dotykać jej. Teraz to już nie jest biznes, a sprawa osobista. – Rozłączył się, nie czekając na odpowiedź, rzucił telefon na półkę obok dźwigni zmiany biegów i ze złości rąbnął oboma dłońmi w kierownicę.

Wystraszona Julia patrzyła na niego z obawą w oczach.

– Nie powinniśmy jechać? – zapytała w końcu.

Nie odpowiadając, ruszył przed siebie. Wybrał kolejny numer, tym razem przez Signal i ze swojego telefonu.

– Dzisiaj będziemy tu mieli hotline jak na infolinii 112. – Rozmówca zachichotał.

– Nie jesteśmy sami – ostrzegł Marek.

– Kto jest z tobą?

– Żona zleceniodawcy. Możesz spróbować znaleźć info w policyjnych papierach, pewnie to mają, kto jest w hierarchii za Kataryną? Czacha rozwalił wszystkich od niego, którzy pojechali na rozkminkę, ale może ktoś został, kto ma tam jeszcze prawo głosu.

– Dobry wieczór, chociaż to niewłaściwie brzmi wobec wydarzeń z ostatnich godzin, pani Bogusławska, więc miło panią poznać – Głos przedstawił się Julii, na co odparła szeptem: „Dobry wieczór” i niewiele rozumiejąc, spojrzała na Marka. Zaczynało padać, chciał wyjechać z lasu i zmienić samochód. BMW było teraz na świeczniku, a policja na pewno dostała na niego namiar.

Cisza oznaczała, że rozmówca pracuje.

– Mam! – krzyknął triumfalnie. – Syn Kataryny, niejaki Gabriel Wróbel, lat dwadzieścia trzy, zlokalizowałem jego kartę SIM w Łodzi, więc nie było go w tym samym miejscu, co ojca. Według informacji w aktach jest prawą ręką starego, śmiało możesz z nim gadać. Wysyłam zdjęcie, nawet niezłej jakości. Vendetta?

– Ja, självklart.

– Przestań bełkotać w języku tych barbarzyńców z północy.

– Powiedziałem: „Tak, oczywiście”. Gdzie jest ten Gabriel? – Rozmówca podał namiary. – Dzięki. Możesz go pilnować i jakby się przemieszczał, dać mi znać?

– Aye, aye, sir. – Połączenie zostało przerwane.


– To gdzieś tutaj musi być. – Kierowca Andrzeja Wróbla, o wdzięcznej ksywie Wiertara, wskazał na ekran smartfona. Kawalkada samochodów, w liczbie sześciu zwykłych limuzyn oraz jednej, opancerzonej toczyła się polną drogą, w zapadających, z powodu nadciągającej burzy, ciemności. – Kurwa, szefie. Tu nic nie ma. W chuja nas zrobili.

– Spokojnie. – Kataryna wyciągnął telefon i wybrał numer do Mariana. Po kilku sygnałach został przekierowany na pocztę głosową. – Grzała i Kajtek. – Huknął do słuchawki włożonej do ucha. – Sprawdźcie, co się dzieje.

W tej samej chwili błysnęło i rozległ się grzmot w tak bliskiej odległości, że siedzący w samochodzie mężczyźni aż podskoczyli.

– Spierdolona pogoda – mruknął Wiertara. Kolejny huk rozległ się przed nimi, uświadomili sobie, że to nie grzmot, a…

– Kurwa, walą do nas! – W słuchawkach rozległ się krzyk gangsterów z pozostałych aut. Burza rozszalała się na dobre, tłumiąc terkot broni maszynowej oraz wybuch dwóch pocisków, wystrzelonych z RPG, które wyłączyły z akcji ostatni i pierwszy samochód.

– Na podłogę! – Osobisty ochroniarz Kataryny, Skała, rzucił szefa na fotel i wrzasnął do Wiertary, żeby spierdalali.

– Kurwa, nie mam jak! – Kierowca próbował manewrować, ale został zablokowany przez jadące przed i za nim inne samochody, których prowadzący w międzyczasie zostali zastrzeleni za kierownicą lub wydostali się z auta. Ziemia spłynęła krwią, a krzyżowy ogień z automatów oraz kolejny pocisk z wyrzutni wyeliminował przedostatni samochód.

Kataryna, czując, że to ostatnia szansa, wyrwał się z uścisku, otworzył drzwi i próbował uciec, w tym samym momencie kolejny pocisk z RPG trafił w samochód, którym jechał, impet uderzenia urwał drzwi, które poleciały przez pole bitwy, niczym bumerang i trafiły Wróbla w plecy, niemal przecinając na pół i zabijając na miejscu.

Po kilku minutach terkot broni ucichł, a deszcz ugasił pożary samochodów.

Strzelcy z ekipy Czachy obeszli pobojowisko, strzałami w głowę i plecy dobijając rannych.

– Wszyscy? – Czacha stanął za Budzikiem.

– Wygląda na to, że tak.

– Wiecie, co dalej? – Zastępca kiwnął głową. – Auta na złom i do kasacji, trupy na pakę i do spalenia.

Specjalnie przygotowana do transportu zwłok ciężarówka, wyłożona od wewnątrz folią, aby ograniczyć wyciek krwi w trakcie jazdy, podjechała niedaleko. Czacha, widząc że wszystko gra, oddalił się i wyjął telefon.

– Kozioł? Jak tam?

– Cel numer jeden odpalony. – Zdyszany zabójca Mariana najwyraźniej biegł.

– A dwójka? – Odpowiedziała mu cisza. – Kozioł?

– Szefie. – Czacha po tonie głosu domyślił się, że coś jest nie tak. – Nie ma jej.

– Jak to, kurwa, nie ma?! Przecież chwilę temu wyła na jebanej scenie!

– No nie ma! Garderoba jest pusta!

– Kurwa mać! – Barski wściekł się tak mocno, że ze złości wystrzelał pozostałość magazynka z broni w powietrze. – Jeśli uciekła, to tylko X5. Ma nadajnik pod samochodem! – Przypomniał sobie i uruchomił aplikację do monitorowania. – Spierdala, samochód się przemieszcza, ruszajcie za nią! – Wydarł się do Kozła i wściekły rozłączył.

– Kurwa jebana mać! – zaklął siarczyście i spojrzał na zegarek. Dziewiętnasta trzydzieści. Wykonał kolejny telefon. Rozmówca nie odebrał.

– Jeszcze, kurwa, brakuje, żeby tamten się uaktywnił – mruknął i usiadł na pieńku drzewa, obserwując, jak jego chłopcy zbierają trupy i wrzucają na pakę. Emocje opadały, ale od adrenaliny wciąż trzęsły mu się ręce.

Smartfon zadzwonił po kwadransie.

– Gdzie ty, kurwa, jesteś? – Wściekły syknął w słuchawkę. – Miałeś tam być kwadrans temu. Zajebię cię!

– Nie żyjesz, Czacha. – Usłyszał cichy głos, który rozpoznał natychmiast. – Rozmawiam z trupem.

– To ty? – Zmroziło go. Jakkolwiek mocny czuł się obecnie, wiedział, że w walce sam na sam z Góralczykiem nie ma najmniejszych szans. A jeśli tamten zacznie na niego polować, będzie jak antylopa uciekająca przed lwem.

– Mogłeś zrobić wszystko, zabić lub wrobić mnie, ale nie dotykać jej. Teraz to już nie jest biznes, a sprawa osobista. –  Nastąpiło kliknięcie i połączenie zostało przerwane.

Spodziewał się tego, w końcu załatwił, Maj, a Góralczyk najwyraźniej zakochał się w tej kurewce.

A skoro dzwonił z telefonu Zembrzyckiego, oznaczało to, że glina jest w jego rękach. To może być problematyczne, ale nie musi. Kluczowy był kto inny.

– Najważniejsza jest Bogusławska – powiedział do siebie i wybrał numer Kozła.


– Zostaniesz w samochodzie. – Po zmianie auta Marek tłumaczył cierpliwie Julii, jak ma się zachować. – Wyjdę i spróbuję porozmawiać z synem Kataryny. Czy ktoś z nich, ktokolwiek, widział cię kiedyś? Są w stanie cię rozpoznać?

– Nie wiem – przyznała, na twarzy miała wypisany strach. – A co, jeśli ktoś tu przyjdzie?

– Zamknij się od środka, kluczyki masz, jakby coś, odjedziesz. Gdybyś musiała uciekać, jedź pod ten adres. – Wysłał jej namiar na Mapach Google przez Whatsapp. – I czekaj tam na mnie, wszystko jasne?

– Boję się – stwierdziła, a Marka strzeliło uderzenie żalu i rozpaczy, przypomniał sobie, że tak samo mówiła do niego Adrianna. Zamknął oczy, odchylił głowę do tyłu, zaciskając mocno dłonie na kierownicy i odetchnął głęboko.

– Dobrze się czujesz? – Spojrzała zaniepokojona.

– Tak. Po prostu – urwał. – Nieważne. Idę, a ty bądź czujna. – Wysiadł i zniknął w ciemnościach niczym duch.

Pierwszy raz od dawna poczuła się bardzo samotna i jednocześnie… wolna. Ścigana przez Czachę, zależna jednak tylko od siebie i trzymająca karty w ręku. Bała się, chyba najmocniej w życiu, bardziej, niż kiedy bił ją Marian. Wiedziała, że decyzja o ucieczce była słuszna, a ten obcy, mężczyzna pomagający jej, jakiekolwiek są jego motywy, a ukrywał coś, widziała to wyraźnie, sprawiał wrażenie uczciwego, przynajmniej wobec niej. W końcu zdawał sobie sprawę, że tylko ona dysponuje milionami Mariana, a mimo to nie zmuszał jej do podania danych do kont i przelania pieniędzy.

Odetchnęła głęboko i naciągnęła czapkę na głowę, ubrana cała na czarno, w ciemnościach panujących na zewnątrz była niewidoczna dla przechodniów i taką chciała pozostać. Do jego powrotu.


– Dalej tam jest?

– Tak. – Rozmówca poklikał w klawiaturę. – Masz dwieście metrów, później schodami w dół. Knajpa nazywa się „Czarna Dziura”

– Coś jak mój nastrój – mruknął do siebie Góralczyk. – Widzę. Bez odbioru.

Pub był pełny ludzi, a wejście Góralczyka zostało odnotowane przez kilka osób, siedzących przy drzwiach. Domyślał się, że wyglądał, jakby właśnie wrócił z włamania,  miał to gdzieś, liczył się czas i efekt działania, a nie wrażenia wizualne. Rozejrzał się, szukając Wróbla Juniora, odnalazł go pod ścianą, nawijającego makaron na uszy blondynce z napompowanymi ustami i sztucznym biustem.

Ruszył w kierunku gangstera. Drogę zastąpił mu ochroniarz, którego Marek położył szybkim ciosem w splot słoneczny, poprawił prostym w skroń. Kolejnych dwóch oberwało po kolei, uderzeniem z półobrotu w stylu Chucka Norrisa i mocnymi ciosami prostą dłonią w kark. Zamieszanie dotarło do zainteresowanego, który zaniepokojony wstał.

– Gabriel Wróbel! – krzyknął, siłując się z kolejnym osiłkiem. – Chcę pogadać.

Młody Kataryna gestem nakazał ochronie odstąpienie i wskazał miejsce naprzeciw siebie, wyganiając jednocześnie blondynkę.

– Kim jesteś i czego chcesz? – zapytał, gdy Marek zasiadł przed nim. Widać było, że to syn starego Kataryny, te same oczy, podobny sposób wypowiadania się oraz mimika. Długie, proste brązowe włosy do ramion i broda w szpic dopełniały wizerunku młodego gangstera. Góralczyk postanowił grać w otwarte karty.

– Twój ojciec nie żyje.

Gabriel uniósł brwi.

– Jasne, a twój?

– Mój od trzydziestu pięciu lat.

– Zaraz. To ty spotykałeś się z nim w zeszłym tygodniu. – Młody skleił fakty. – Ojciec miał jechać dzisiaj na rozkminkę z Bogusławskim.

– Bogusławski też nie żyje.

– Kurwa, anioł śmierci przyjechał – zaśmiał się, a za nim siedmiu ochroniarzy, stojących dookoła. Pub błyskawicznie wyludnił się i zostali sami. – Co jeszcze mi powiesz, aniele?

– Zembrzycki zdradził twojego ojca i wystawił go na egzekucję. Cała ekipa, która tam pojechała, nie żyje. Ich ciała zostaną skremowane w zakładzie pogrzebowym w Dzikanowie, a samochody skasowane na złomie. Ma nie zostać po nich ślad.

– Żartowniś. – Mina nieco mu zrzedła, ale wciąż zachowywał rezon. – Sprawdź to – wydał polecenie jednemu z ochroniarzy. Tamten zaczął dzwonić. – Jeśli okaże się, że wciągnąłeś go w pułapkę, będziesz umierał powoli przez kilka dni, rozumiesz? A jak zrobisz już krok na drugą stronę, to wydam tysiące, żeby lekarze odratowali cię i po wyleczeniu nastąpi powtórka.– Brązowe oczy stały się nagle poważne, a dłoń zacisnęła na kancie blatu.

– Szefie, żaden z numerów nie odpowiada.

– Gdybym był winny śmierci twojego starego, raczej bym się tu nie pojawił. Patrz na to. – Marek wyjął smartfona i puścił film, na którym widniała zakrwawiona twarz.

Wróbel obejrzał nagranie i wyczekująco zwrócił spojrzenie na Góralczyka.

– Dobra, to teraz kawa na ławę. Zembrzycki wystawił twojego ojca i sprzymierzył się z Czachą, a Czacha zdjął również Bogusławskiego. Mnie wrobili w morderstwo Bogdana, nie przewidzieli dwóch kwestii. Pierwsza, zanim Zembrzycki zdążył dojechać na upozorowane miejsce zbrodni i znaleźć „dowody” na mnie, porwałem go dwie godziny temu. A druga – odetchnął głęboko – Czacha nie ma pieniędzy i żeby dalej działać, chciał dobrać się do kasy Bogdana, poprzez jego żonę.

– Po co mi to wszystko mówisz?

– Wystawię wam Czachę z ekipą. Warunek – po wszystkim znikam, żona Bogusławskiego też, a Czacha jest mój. Reszta, czyli „Acapulco”, tereny po Bogdanie plus potencjalny biznes nad jeziorem zostaje sprzedana i odpuszczona wam.

Wróbel mierzył Marka wzrokiem, po czym skinął na najbliższego ochroniarza i szepnął mu coś na ucho.

– Dlaczego miałbym ci wierzyć?

Góralczyk oddał spojrzenie.

– To dla mnie sprawa osobista – wycedził. – Barski zabił kogoś… – wziął oddech – na kim mi zależało. Pomogę wam odjebać go razem z ekipą, ale on zostaje dla mnie. Po wszystkim będziesz mógł obwołać się królem świata i okolic, a ja w spokoju zniknę z tego parszywego kraju.

– Wykazałeś się odwagą, przychodząc tutaj. – Gabriel nachylił się w jego kierunku. – A może powinniśmy zająć się tobą, później żoną Bogusławskiego, a na koniec, już bez ciebie – Czachą. Kto nam przeszkodzi? Ty? Ośmiu przeciwko jednemu?

Marek tylko zaśmiał się cicho pod nosem.

– Powiedziałem coś zabawnego?

– Wiesz, dzieciaku. – Błyskawicznie chwycił go za poły garnituru, owinął rękawy wokół głowy oraz szyi i zaczął dusić. – Jeden zbędny ruch i złamię mu kark – ostrzegł ochroniarzy, wstając, unosząc za sobą Wróbla Juniora i opierając o ścianę za plecami. – Dzisiaj zamordowano kobietę, z którą zamierzałem wyjechać i planowałem przyszłość. Jestem w niezbyt dobrym nastroju – wysyczał mu do ucha. – Naprawdę mam lepsze zajęcia, niż niańczenie smarkacza bez doświadczenia i bandy napompowanych karków. Decyzja, wchodzisz w ten biznes albo radzicie sobie sami, a ja Czachę i tak załatwię, z waszą pomocą czy bez. Rozumiesz? – Szarpnął nim. – Rozumiesz, kurwo, czy nie?! – krzyknął mu prosto w ucho.

Zaległa cisza. Młody Wróbel nerwowo szarpał nogami, po czym wzorem zapaśników, poddających się, uderzył trzy razy ręką w stół.

Marek zwolnił uścisk.


Coraz bardziej przerażona Julia trzymała telefon w dłoni, wahając się, czy zadzwonić do niego. Nie miała pojęcia, kim jest, jak się nazywa, ale nie ruszała się z miejsca, wierząc, że wróci. Po prawie godzinie zrezygnowana spojrzała na zegarek, dochodziła dwudziesta trzecia, z bagażnika nie dochodziły żadne dźwięki, najwyraźniej porwany glina zasnął.

Albo nie żyje! – Z przerażeniem doszło do niej, że jeśli samochód zaczęłaby rewidować policja, zostałaby podejrzaną o morderstwo! Spanikowana zamierzała wysiąść, zaczynało brakować jej tlenu, gdy nagle Marek zapukał w szybę od strony pasażera i gestem nakazał otwarcie drzwi.

Odetchnęła z ulgą i nacisnęła przycisk.

– Już myślałam, że nie wrócisz. – Z ulgą w głosie powitała go we wnętrzu auta.

– Negocjacje chwilę trwały. – Nie zamierzał opowiadać szczegółów. – Jedziemy.

– Dokąd?

– Pozbyć się balastu z bagażnika, ukryć i zaplanować kolejne kroki. – O mało nie powiedział: „Zemstę”. Nie chciał wtajemniczać jej w szczegóły, w razie wpadki im mniej osób zna detale, tym lepiej.

– Chcesz go zabić? – Otworzyła szeroko oczy.

– Nie, choć z chęcią bym to zrobił. Ktoś inny pobrudzi sobie ręce. – Spojrzał prosto w brązowe źrenice Julii.

– Kim ty jesteś? – Usłyszał to pytanie po raz drugi w ciągu kilkunastu dni.

– Nie wiem – odparł i uruchomił silnik. – Na tylnym siedzeniu leżą koce, schowaj się tam i przykryj nimi, jeśli nie będziesz się ruszać, nie zauważą cię.

– Kto?

– Ludzie Kataryny. Nie mogą wiedzieć, że jesteś ze mną. Jeśli by to odkryli, będzie grozić nam śmiertelne niebezpieczeństwo.

Przełączyła się w tryb przyjmowania i wykonywania poleceń, położyła na tylnym siedzeniu, zwinęła w kulkę i przykryła kocami. Jechali Toyotą CH–R, która ma malutkie okienka z tyłu, więc zajrzenie do środka było bardzo utrudnione. Mimo to musiała uważać.

Samochód ruszył i co raz zwalniał oraz przyspieszał. Po pięciu minutach zatrzymał się, Marek wysiadł i usłyszała przytłumione zamkniętymi drzwiami głosy.

Otworzył bagażnik i poświecił latarką do środka. Policjant zamrugał nerwowo powiekami i skulił się, chcąc najwyraźniej uniknąć kolejnych ciosów. Zakrwawiona, prawa dłoń nie wyglądała zbyt dobrze.

– Bawiliście się w Jezusa i Poncjusza Piłata? – Gabriel wskazał rękę Zembrzyckiego.

– Nie miałem niestety czasu, żeby porządnie się nim zająć, liczę że stworzycie mu przytulną, domową atmosferę. – Na słowa Marka glina uświadomił sobie, dokąd jeździe i zaczął wrzeszczeć oraz szarpać się. Paralizator przyłożony do ciała skutecznie pozbawił go przytomności. – Dajcie mu pić za jakiś czas, żeby za szybko nie pierdolnął w kalendarz.

– Jak się skontaktujemy? – Wróbel spojrzał na Góralczyka.

– Za dwa dni zadzwonię do ciebie i powiem, co dalej. W tym czasie zbierz ludzi, broń i czekaj. Nie wykonuj żadnych ruchów, na ewentualne prowokacje Czachy czy próby rozmów nie odpowiadaj.

– Jeśli nie zacznę szukać ojca, to będzie dziwnie wyglądać, poza tym z tego co wiem, to jesteś dość popularną personą. – Pokazał ekran smartfona. Przy jednym z głównych postów na pierwszej stronie Onetu widniało niezbyt wyraźne zdjęcie twarzy najemnika, odrobina starania i dałoby się go rozpoznać.

– Czacha wie, że ty wiesz. Nie zaatakuje cię frontalnie, a jeśli tak, masz przewagę, bo będziesz u siebie. Masz w ekipie kogoś, kto służył w wojsku? – Młody pokręcił głową. – Niedobrze, nieważne. Okopcie się w posiadłości, ogarnijcie uzbrojenie i czekajcie.

Zapadła chwila milczenia. Młody gangster wpatrywał się badawczo w stalowe, zmęczone oczy człowieka, stojącego przed nim.

– Dobrze – odparł powoli. – Bierzcie go. – Wydał polecenie.

– Bogusławska wyznaczy upoważnionego adwokata do spotkania z wami w sprawie terenów w Dzikanowie. Za dwa dni wracam. – Marek wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył. Grupa gangsterów stała w bezruchu, obserwując, jak odjeżdża. Musiał przyznać, że podobał mu się ten młody, był opanowany i równie zimny co on, może nawet bardziej. Na śmierć starego nie zareagował, może go nienawidził, a może zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później Kataryna zostanie zlikwidowany, bo takie jest życie gangstera.

– Powiem ci, kiedy będziesz mogła wstać, zaczekaj jeszcze chwilę – ostrzegł Julię. Odjechał na kilkaset metrów, skręcił dwa razy i zatrzymał się. – Teraz.

 

– Dokąd jedziemy? – zapytała chwilę później, moszcząc się na przednim siedzeniu.

– Do Włocławka.

– Dlaczego tam?

– Tam mam zapasowy samochód. Poza tym musimy odpocząć, przegrupować siły. I wrócimy, a w zasadzie ja to zrobię.

– Dlaczego? Nie powinniśmy uciekać?

– Mam tu jeszcze coś do dokończenia, ty zresztą również.

– Ja? – Zdziwiona otworzyła oczy.

– Tak, porozmawiamy o tym, jak będziemy na miejscu. Teraz śpij.

Zignorował długie spojrzenie Julii, która po chwili odwróciła się na bok, twarzą do bocznej szyby i odpłynęła.

Podróż trwała dwie godziny, jechał bocznymi drogami zgodnie z przepisami, uciekając przed nadciągającą z południa burzą oraz próbując nie wzbudzać podejrzeń, spodziewając się wzmożonych patroli policji. Przez cały czas miał przed oczami gasnące spojrzenie Ady i uciekające z niej życie, jak ocenił, zabrakło mu około kwadransa. Myśląc o tym, za każdym razem z wściekłością zagryzał usta.

 

– Jesteśmy na miejscu. – Obudziło ją delikatne szarpnięcie w ramię. Rozejrzała się, był środek nocy, stali przed jakimś przydrożnym motelem.

– Zadanie dla ciebie, jestem poszukiwany, więc wolę pokazywać się jak najmniej. Musisz wynająć nam pokój. Bez podawania danych.

– Jak mam to zrobić, skoro mają obowiązek meldowania wszystkich wynajmujących?

Marek popatrzył na nią przeciągle.

– Ile masz lat?

– A co to ma znaczyć? – obruszyła się. – Dżentelmen nie pyta kobiet o wiek.

– Jak pewnie zauważysz, do dżentelmena mi daleko. – Pierwszy raz od pożegnania Adrianny w progu jej domu uśmiechnął się, po czym momentalnie spoważniał.

– Trzydzieści dwa – westchnęła. – Jestem zmęczona, śpiąca i potrzebuję odpoczynku.

– Pomyśl, jak przekonać tego gościa. – Skinął w kierunku wielkiej szyby, zza której widać było recepcjonistę, ziewającego z nudów i braku snu.

Spojrzała na wskazanego mężczyznę, chwyciła trzymany przez Marka w prawej dłoni plik banknotów i bez słowa zamknęła drzwi.

 

– Dobry wieczór. – Recepcjonista poderwał się na nogi, słysząc damski głos. Nienawidził nocnych zmian, a dzisiejsza była wyjątkowo koszmarna, dzień wcześniej zabalował i nie spał ponad pół nocy, głowa opadała mu na pierś ze zmęczenia, a w utrzymaniu stanu świadomości na pewno nie pomagało wypalenie trzy godziny wcześniej fifki pełnej zioła na tyłach motelu.

– Dobry wieczór – wycharczał, przecierając oczy. Dość niska, chuda i wyraźnie zmęczona, ubrana na sportowo brunetka, z kręconymi włosami do ramion stała przed nim.

– Chciałabym wynająć pokój dla dwóch osób.

– Proszę wypełnić dane tutaj. – Podał jej formularz. – Doba kosztuje dwieście złotych. I jak pani wypełni, to proszę mnie obudzić i przygotować dowodzik, będzie na koniec potrzebny. – Położył głowę na blacie.

– Wie pan. – Julia starała się brzmieć jak zakłopotana, a rzeczywistości bała się, a uda drżały jej tak, że ostatkiem sił powstrzymywała się, żeby nie uciec. – Wolałabym tak bardziej nieoficjalnie. – Nachyliła się, podniósł głowę i spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem.

– Paniusiu, ja za to mogę pójść siedzieć. Dziękuję bardzo. – Pokazał palcem księgę meldunków i ponownie położył głowę na blacie. Poczuł, że coś zostało wciśnięte w dłoń.

– To za fatygę. – Spojrzał na zwitek banknotów. Tysiąc złotych. Jedna czwarta pensji miesięcznej w jedną noc? – A to opłata za pokój. – Podała mu kolejne sześćset. – Biorę na trzy noce.

Natychmiast oprzytomniał , spojrzał na Julię, następnie na pieniądze, które po chwilowym zawahaniu schował do kieszeni.

– A druga osoba gdzie jest? – Zainteresował się.

– Narzeczony. Siedzi w samochodzie. – Skinęła do Marka przez szybę. Założył wcześniej czapkę Julii i naciągnął ją na czoło, żeby nie zostać rozpoznanym.

– Kochanie. – Odwróciła się do niego, dając sygnał, jaką rolę ma zagrać, gdy pojawił się w holu. – Pan zgodził się wynająć nam pokój.

– Bardzo panu dziękujemy. Po prostu. – Góralczyk nachylił się konspiracyjnie, doskonale wyczuwając, o co chodziło Julii. Zaśmiał się w duchu, przypominając sobie stare czasy, ze służby w wywiadzie. – Narzeczona jest w trakcie rozwodu, a jej jeszcze mąż to zazdrosny skurwiel. Nie chcemy zostawiać śladów, a wie pan, stęskniliśmy się za sobą, hehe. – Puścił oko do recepcjonisty, który zarechotał, jak stary zboczeniec. Julia pomyślała, że to było obleśne i przypomniał się jej proboszcza z Dzikanowa. Wzdrygnęła się.

– No jasne, mamy grube ściany, więc spokojnie. – Marek zaśmiał się gardłowo, słysząc żart. – A pan kim jest z zawodu? Nieźle pan przytyrany, siłka pewnie grana codziennie.

– Narzeczony jest ochroniarzem w Carrefourze. – Marek otworzył już usta, ale ubiegła go i wzrokiem kazała się zamknąć. – Kochanie, może pójdź po bagaże, a ja dokończę z panem. – Skinęła do Góralczyka, który nie komentując, wyszedł do samochodu. – Proszę tylko zadbać o to, żeby nikt z pańskich kolegów się do nas nie doczepił, wie pan, o co chodzi, prawda? – Rozejrzała się po recepcji, w motelu załamywało PRL–em, musieli jednak brać, co było pod ręką, bez wybrzydzania.

– Wpisałem was z fejkowymi danymi. Przecież mógł się ktoś z fałszywym dowodem pojawić, prawda? Nie mam tu skanera dowodów, żeby sprawdzić autentyczność. Jesteście Agnieszka Kowalska i Jan Nowak. – Puścił do niej oko. – Nie chcecie kupić zioła? Mam trochę dobrego jarania, będziecie się dobrze po tym bawić.

– Dziękuję, może później. Późno dojechaliśmy, więc sam pan rozumie, trzeba odpocząć, zanim zaczniemy… – uśmiechnęła się znacząco i urwała. Recepcjonista zaśmiał się, a w jego wzroku widziała, że na sto procent będzie trzepał się, za chwilę lub nieco później, myśląc o tym, jak ten wielki facet, nawet nie znała jego imienia, pieprzy ją w wynajętym pokoju.

Mężczyźni są obrzydliwi.

– Mam wszystko. – Marek wpadł do recepcji z dwoma torbami podręcznymi oraz małym plecakiem. – Klucz? – Chwycił rzucony przez recepcjonistę.

– Tylko nie szalejcie za bardzo, gołąbeczki, żeby łóżko wytrzymało.

– Hahaha. – Marek zarechotał i wsiadł do windy, uśmiechając się. Jak tylko drzwi zamknęły się z lekkim piknięciem, uśmiech zniknął z twarzy. – Nic nie mów – ostrzegł Julię gestem palca przyłożonego do ust.

W ciszy weszli do pokoju, ponownie palcem na ustach nakazał ciszę. Z jednej z toreb wyjął prostokątne urządzenie z antenką, które uruchomił i zaczął przesuwać wzdłuż ścian.

– Czysto. – Po kilku minutach odezwał się wreszcie. – Jeszcze jedno. – Zdjął kratki wentylacyjne w pokoju oraz łazience, obejrzał dokładnie miejsca, gdzie mogłaby potencjalnie być zamontowana kamera. – Możemy spokojnie rozmawiać. Serio, ochroniarzem w Carrefourze?

– Mogłam zawsze powiedzieć, że cieciem na budowie – zażartowała. – Przepraszam, jestem przeraźliwie zmęczona i gadam trzy po trzy.

Usiadła przy małym stoliku i spoważniała.

– Jak masz na imię?

Zawahał się.

– Marek. – Podał jednak to fałszywe. Za duże ryzyko, gdyby Czacha przypadkowo ją dorwał, mogłoby grozić mu niebezpieczeństwo. Rzucił dowód na stół. Zerknęła przelotnie.

– Kim jesteś? Na pewno nie gliną, nie jesteś też gangsterem, jak mój mąż, to kim? Mordercą do wynajęcia?

Zastanawiał się, jak to rozegrać. Był środek nocy i powinni iść spać, z drugiej strony należały się jej przynajmniej podstawowe wyjaśnienia. Na razie nie zamierzał mówić wszystkiego.

– Nie, nie jestem mordercą, ale twój mąż wynajął mnie, abym usunął konkurencję, czyli Katarynę. – Uniosła brwi – Andrzej Wróbel, bandzior tak jak Marian. Kataryna miał kontakty w lokalnym oddziale CBŚ w Łodzi, więc dostałem również zlecenie na inspektora CBŚ, którego widziałaś w bagażniku. Resztę historii znasz, mówiłem o tym wcześniej albo możesz sobie dopowiedzieć. Czacha skumał się z Zembrzyckim, o czym nie wiedziałem, natomiast chciałem wystawić wszystkich policji i uciec z… – Zamilkł.

– Z kim? – Spojrzała badawczo. Zdjęła z siebie bluzę, zostając w samym t–shircie. Ocenił, że była drobniejszej budowy, niż Adrianna, ale o całkiem przyjemnej aparycji oraz uśmiechu. I miała włosy takie, jakie lubił. Czarne, kręcone i długie.

A na pytanie nie odpowiedział.

– W każdym razie, ucieczka się nie udała. – Wznowił wypowiedź. – Zorientowałem się w międzyczasie, że zostałem wrobiony w morderstwo Mariana. Stąd sprzymierzenie się z synem Kataryny. Zanim pójdziemy spać, plan na jutro, a w zasadzie dzisiaj rano. Po pierwsze, pójdziesz po zakupy, kupisz jedzenie, najlepiej takie, żeby się nie psuło i było dość energetyczne, cztery półtoralitrowe butelki wody niegazowanej, farbę do włosów, nożyczki i jednorazową maszynkę do golenia oraz piankę. Po drugie, musimy oboje zmienić wygląd, ty staniesz się skandynawską blond pięknością i skrócisz włosy o połowę, a ja łysym chamem bez zarostu.

Pomyślała, że jednak dobrze mieć go obok siebie.

– Resztę omówimy jutro.

Rozejrzała się. Jedno łóżko. No tak, przecież dostali pokój dla pary, a ten oblech na dole wyobraża sobie, że rżną się jak króliki.

– Bez obaw, prześpię się na podłodze, przywykłem do dużo gorszych warunków – uśmiechnął się lekko, wyczuwając, o czym myśli.

– Dziękuję – odparła poważnie. – Dlaczego mi pomagasz?

Milczał przez chwilę.

– Nie zamierzam dopuścić, żeby i ciebie Czacha zabił.

– Ale mógłbyś uciec. Co cię obchodzi Marian? Spróbować wymusić na mnie, żebym dała ci wszystkie pieniądze i również zabić. Powiedziałeś w samochodzie, że to sprawa osobista, a nie biznes. Dlaczego? – Drążyła, a Marek nie miał ochoty na rozmowę na ten temat.

– Julia – zawahał się. – Porozmawiamy jutro, obiecuję. Prześpij się, ja też tego potrzebuję.

Bez słowa wstała i zamknęła za sobą drzwi do łazienki. Słyszał, jak krząta się. Całe szczęście, że łoże małżeńskie miało dwie kołdry, rzucił jedną z nich na podłogę wraz z poduszką, położył się na niej i nakrył kocem, przykrywającym pościel.

Nie mógł zasnąć, mimo prób używania technik, stosowanych i działających podczas najtrudniejszych warunków oraz akcji. Przed wzrok wracała cały czas twarz Adrianny, smutna i zaniepokojona, gdy wychodził i widział ją po raz ostatni żywą. Chciał pozostawić w pamięci tylko ten obraz, podobnie jak te pozytywne, z ubiegłych dni, niestety umysł pokazywał mu widok, wracający niczym bezlitosny bumerang, zastany kilka kwadransów temu. Nie płakał, wieloletni trening i opanowanie pomogły mu w trzymaniu emocji na wodzy, czuł jednak, że przekroczył próg i coś w nim się zmieniło. Wiedział, że to koniec, że po załatwieniu bieżącej sprawy zniknie i nie wróci do pracy.

Julia wróciła do pokoju i zauważyła Marka, leżącego na podłodze. Śpiącego. Bez słowa ułożyła się na drugim krańcu łóżka i po chwili zasnęła.


– Rusz dupę, Mirecki. – Czacha wpadł do gabinetu Mariana.

– Wyjdź stąd, idioto! – wydarł się na niego glina. – Zadeptujesz ślady.

– Ślady są na pistolecie, resztę jebać. – Nie musiał dodawać, że na rękojeści gnata naklejono odciski Góralczyka.

– Muszę zbadać całe miejsce zbrod…

– Chuja musisz – syknął Barski. Odciągnął go na bok. – Nie zapominaj, kto ci płaci.

– Płacił mi Marian, ty jesteś chłopcem na posyłki i przekaźnikiem pieniędzy. – Mirecki uwolnił się z uścisku. – A teraz daj mi pracować.

Wściekły Czacha wyszedł na korytarz i zadzwonił.

– I co z nią? Jest namiar?

– Zostawiła samochód w lesie i zniknęła bez śladu.

– Kurwa, musiał ją przechwycić.

– Najprawdopodobniej tak. Deszcz zatarł ślady opon, więc ciężko powiedzieć, czy stał tam inny samochód, ale nikt jej nie widział, a na pewno zostałaby po drodze zauważona.

– Dobra, szukajcie jej, musi się znaleźć. Podzwońcie, może ktoś ze znajomych albo naszych kontaktów w okolicznych miastach coś widział. – Rozłączył się i zaklął szpetnie.

Wszystko szło dobrze, tylko ta wyjąca dziwka musiała uciec. A tak miałby już fundusze i szansę na rozwinięcie biznesu, który, zdaniem Barskiego, marnował potencjał pod pieczą takiego ignoranta, co Marian. Przez chwilę zastanawiał się, czy ma jakikolwiek punkt zaczepienia, gdzie jej szukać i poza domem rodzinnym nie znalazł żadnego.

Postanowił, że przejedzie się tam jutro i powęszy.


Marek obudził się jako pierwszy. Spojrzał na zegarek – siódma trzydzieści, przespał sześć godzin, dawno tyle mu się nie udało, ostatnie kilkanaście nocy spędził…

Powstrzymał siłą woli smutek po Adzie, mówiąc sobie, że na opłakiwanie jej przyjdzie jeszcze czas i zaczął poranny trening. Musiał wykonać go w pokoju, dopóki nie zmieni image’u, postanowił ograniczyć pokazywanie się publicznie. Podczas szóstej serii pompek Julia obudziła się i spojrzała na niego jak na szaleńca.

– Która jest godzina? – wyszeptała.

– Dochodzi ósma. – Skończył ostatnią serię. – Ogarnij się i czas do sklepu. Sprawdziłem, najbliższy market jest dwieście metrów stąd, podjedziesz samochodem, żeby nie rzucać się w oczy pieszo. Auto jest czyste, policja ani Czacha nie wiedzą, że się nim poruszamy.

Podniosła się i ziewnęła potężnie.

– Możesz się odwrócić? – Zorientowała się, że jest w samym biustonoszu i stringach. Nie komentując, spojrzał w okno.

– Już. – Stanęła obok i wyciągnęła dłoń. – Potrzebuję pieniądze na zakupy. Nie mam gotówki, a chyba lepiej byłoby, żebym nie płaciła kartą, prawda?

Wręczył jej czterysta złotych, minutę później został sam, położył się na łóżku i uruchomił zdjęcia z Adrianną, zrobione smartfonem. Miał ich kilka, starał się nie patrzeć na nie ciągle, aby nie wywoływać więcej bólu, a z drugiej strony przyciągały, jak narkotyk. Odurzał się uśmiechem, szczęściem widocznym na twarzy dziewczyny i nadzieją w oczach, wiedząc, że zawiódł i to przez niego spotkała ją straszna śmierć.

 

Obudził go klik klamki i Julia wnosząca siaty z zakupami.

– Klasyka, facet leży na kanapie, a kobieta z torbami biega – skomentowała zgryźliwie.

– Kupiłaś wszystko? – Dopadł do niej.

– Nawet więcej – uśmiechnęła się, zadowolona z siebie. – Wydałam wszystkie pieniądze, ale – wyjęła elektryczną maszynkę do golenia – pomyślałam, że zamiast męczyć się z nożyczkami, tak będzie ci łatwiej.

Zaskoczony oddał uśmiech i podziękował jej gestem, a po chwili słownie.

– Kupiłam też pastę oraz szczoteczki do zębów, szampony, ubrania na zmianę, bieliznę. – Zatrzymała się. – Nie wiedziałam, jaki nosisz rozmiar. – Zaczerwieniła się lekko.

– Czy podziękowałem ci już? – Marek pomyślał, że obecność tej kobiety może być naprawdę przydatna, a ona ma zmysł i mimo braku doświadczenia, jest opanowana i spokojna.

– Tak, ale możesz zrobić to ponownie. Powiedzieć: „Julio, dziękuję ci za to, co kupiłaś, mimo że nic o mnie nie wiesz i mogłabyś uciec, bo wyglądam na bandziora i trzeba się mnie bać” – zaśmiała się, niby żartem, ale wiedział, że mówiła to poważnie.

Zastanawiał się dłuższą chwilę.

– Zrobisz śniadanie? Rozpakuję resztę gratów i pogadamy.

Zdziwiona nieco reakcją, kiwnęła porozumiewawczo.

 

– Smaczne, dawno nie jadłem mozzarelli.

– Też lubię – skomentowała, przyglądając mu się, kiedy na zmianę jadł i przeglądał sprzęt, wyciągnięty z toreb i plecaka. – Podsłuchy rozpoznałam, ale co to jest, to nie wiem. – Pokazała palcem na prostokątne pudełko.

– Wykrywacz pluskiew, podsłuchów. – Spojrzał na nią. Zadanie, które miał do wykonania, wypychało z głowy myślenie o Adzie, ale siedząc w pokoju hotelowym z Julią, wciąż myślał o poranku sprzed kilku dni, gdy pokazywał sprzęt Adriannie.

– To już nie wróci – mruknął do siebie. – Dobra. Musimy pogadać o planowaniu. Pojutrze wrócę do młodego Kataryny i rozwiążę wspólnie z nim problem Czachy. Ty nie możesz dać się złapać, to po pierwsze…

– Poczekaj – przerwała. – Musisz coś wiedzieć. Gdy zadzwoniłeś, byłam przygotowana do ucieczki.

Milczał, czekając na ciąg dalszy.

– Chciałam uciec od Mariana, wykorzystując zamieszane związane z występem oraz wizytą VIP–ów. Zamierzałam – nabrała powietrza, jakby wstydziła się tego, co za chwilę padnie. – Zamierzałam okraść go ze wszystkich pieniędzy i uciec do kraju, z którym Polska nie ma umowy ekstradycyjnej, gdzieś na drugi koniec świata.

Mamy coś wspólnego, tylko powody są inne – skomentował w myślach Marek.

– Nie zamierzam cię zatrzymywać – odparł poważnie.

– Nie chcesz ich? – Zdziwiła się.

– Mam wystarczająco dużo swoich. Będziesz jednak musiała coś zrobić. – Uniosła pytająco brwi. – Wszystkie pieniądze Bogdana są twoje, ale tereny posiadłości plus klub idą dla Młodego Kataryny. Na handel.

– Dlaczego? – Zaskoczyła go brakiem protestów. Spodziewał się oporu i niechęci do współpracy, z argumentami, że „przecież to dorobek życia mojego męża” albo „nie zamierzam sprzedawać niczego konkurencji”.

– To nasze wykupne i rekompensata za rozwalenie starego Kataryny z ekipą przez Czachę. Tym sposobem pozyskamy go do walki przeciwko Barskiemu, odciągniemy od zemsty na tobie i damy marchewkę. – Zastanowił się chwilę. – Ile jest pieniędzy na kontach Mariana? Nie bój się. – Uspokoił ją gestem dłoni. – Naprawdę mam wystarczająco wiele swoich, nie potrzebuję niczego od ciebie.

– Kilkanaście milionów euro.

– Myślę, że to powinno wystarczyć na godne życie gdzieś w ciepłych krajach. – Puścił do niej oko. Zrobiła minę: „Co ty nie powiesz”. – Marian miał adwokata, znasz namiary? – Kiwnęła głową, potwierdzając. – Skontaktuj się z nim i zleć mu przygotowanie umowy sprzedaży. Niech dogra temat z adwokatem młodego Kataryny, a my zajmiemy się tym, co obecnie najważniejsze.

– Czyli czym?  – Zaciekawiła się.

– Zmianą wyglądu, pani Bolesławska. Zapraszam do salonu fryzjerskiego. – Chwycił jedną ręką krzesło, przeniósł do łazienki i postawił na środku przed lustrem.

– Nie mów, że zamierzasz obciąć mi włosy! – zaprotestowała. – Bezpieczniej będzie, jeśli zrobię to sama.

– Przestań, robiłem to wielokrotnie, sobie. Zmieniałem wygląd, zobaczysz, że będzie dobrze. Maszynki nie będziesz musiała używać.

Westchnęła ciężko i usiadła.

– Zdejmij bluzkę, bo będzie nadawała się tylko do prania, a pralki nie mamy.

– Nie ma mowy. – Obróciła się i założyła ręce na piersi.

– Posłuchaj. – Klęknął przed nią i spojrzał w brązowe oczy. Uznał, że są naprawdę piękne, a ona zawróciłaby mu w głowie, gdyby nie fakt, że kilkanaście godzin temu stracił Adę. – Wczoraj wieczorem – nabrał powietrza – zginął ktoś, kobieta, z którą planowałem wspólną przyszłość. Zabił ją Czacha.

– Czacha?

– Tak. – Zacisnął mocno usta. – Znasz Adriannę Maj?

– Znam, dziewczyna ze stacji benzynowej i „Zajazdu u Ady”? – Julia podniosła dłoń do ust. – Piękna i pogodna, to bydle ją zabiło? – Dojrzał przerażenie w jej oczach.

– Przystanku, nie zajazdu – poprawił ponurym głosem. – Została zamordowana, a przed śmiercią zgwałcona. – Łza pociekła po policzku Julii. –  Rozumiesz teraz, że nie patrzę w ten sposób na ciebie czy inne kobiety? – Załamał mu się głos. – Przepraszam, zawsze myślałem, że jestem twardy. Coś mnie jednak ruszyło, kiedy spotkałem Adę. Mimo że znaliśmy się kilkanaście dni, coś, co niej poczułem, a ona do mnie i po wszystkim mieliśmy razem wyjechać. Miałem wszystko gotowe i… – Urwał. Nieśmiało dotknęła jego dłoni i pogłaskała po głowie.

– Bardzo mi przykro. – Spojrzała w oczy Marka. – To naprawdę jest straszne. Wiem, że nic nie ukoi twojego bólu, tak jak mojego – zamilkła na chwilę. – Ja również kogoś straciłam, niedawno.

– Pogrzeb? – Kiwnęła głową. – Z tego, co wiem, to był syn Mariana. Byliście blisko?

– Kochałam go, a on mnie – szepnęła. Kolejna, pojedyncza pociekła po policzku. – Żyłam jednak w takim środowisku, że nic by z tego nie wyszło, oboje nigdy nie powiedzieliśmy sobie, co do siebie czujemy, a o tym, że on kocha mnie, dowiedziałam się z pamiętnika, który odkryłam po jego śmierci.

– Trzeba było z nim uciec. – Szarostalowe oczy Marka w niewytłumaczalny sposób uspokajały ją. Marian powodował strach, Adam emocje, wibracje i drżenie wnętrza, on, ten dziwny, obcesowy, na pierwszy rzut oka oschły, ale niespodziewanie emocjonalny chwilami człowiek, wyciszał i dawał pewność, że nic złego się nie stanie.

– Marian ścigałby nas do końca świata. Był szalony, widziałam, co zrobił z jedną z dziewczyn z burdelu, która była nieposłuszna. – Spojrzała na niego ze strachem.

– Mariana już nie ma  – podsumował, przemywając wodą twarz w umywalce. – A ty jesteś wolna. Załatwimy co mamy do zrobienia i nie wiem, jak ty, ale ja zamierzam zniknąć stąd i nie wracać. I Julia. – Klęknął przed nią. – Dziękuję ci, że ze mną rozmawiasz, mimo że mnie nie znasz. To jest ważne. – W międzyczasie zdjęła bluzkę i została w samym biustonoszu. Spojrzał na włosy, wziął pęk w dłoń i przyłożył palce. Damskie obcinał drugi raz w życiu, ale nie zamierzał jej tego mówić. Uciekłaby z krzykiem.

– Obetnę do wysokości uszu, a tył przytnę lekko maszynką. Będzie taki grzybek. – Zaproponował, a Julię aż zmroziło, ale po chwili machnęła dłonią z rezygnacją.

– A obcinaj, najwyżej ogolę się na łyso, założę perukę, a jak mnie zapytają, co się stało, to powiem, że jestem po chemii  – zażartowała, uśmiechnął się, wziął nożyczki i przystąpił do dzieła. – Marek. – Zatrzymał ostrze, tuż obok włosów. – Nie wiem, kim jesteś, ale widzę w tobie dobro. Mam nadzieję, że mnie nie skrzywdzisz. – Zamilkła, a on patrzył chwilę na odbicie w lustrze i zaczął ciąć.

 

– Człowiek wielu talentów. – Obejrzała się pół godziny później. Skrócił, wycieniował, wyglądało, jakby wyszła od fryzjera. – Jest coś, czego nie potrafisz?

– Rodzić dzieci. – Puścił do niej oko. Zaśmiała się perliście. – Teraz moja kolej, ty się farbuj, a ja wpadnę „pod kosiarkę”.

 

Po kolejnych trzydziestu minutach stanęli we dwójkę przed lustrem.

– Ekhm – skomentowała. – Wyglądamy jak zdjęci z planu „Urodzonych morderców”. – Parsknął. W krótkich blond włosach miała o jakieś pięć lat mniej, a jego rozpoznać można było tylko po muskulaturze. Twarz z całkiem miłego, misiowatego mężczyzny przeobraziła się w maskę rodem ze starożytnych posągów. Należałoby dodać, że niezbyt przyjazną.

– Jeszcze coś zrobimy, ale później. – Spojrzał na nią. – Muszę przyznać, że gdybym był zwykłym, przeciętnym człowiekiem z ulicy, omijałbym nas z daleka.

– To akurat chyba dobrze, prawda? – Oddała spojrzenie. Po wydarzeniach z ostatnich kilkunastu godzin obcinanie i farbowanie włosów przyniosło namiastkę normalności i pozwoliło odpocząć głowie. Czuła, że sielanka kończy się i wrócą za chwilę do tematów z rana.

– To zależy, nie powinniśmy zbytnio przyciągać wzroku. – Obejrzał dokładnie blond włosy, wyraźnie zadowolony. – Dobrze, bardzo dobrze – pochwalił wygląd. – Myślę, że możemy wyjść w miasto, bez większego ryzyka rozpoznania. Najpierw jednak wykonasz telefon. Gdzie adwokat ma kancelarię?

– W Łodzi.

– Dzwoń. Jeśli znajdzie dzisiaj czas, pojedziemy od razu.


Kac, z jakim Czacha podniósł się z łóżka, był tak koszmarny, że po kilku krokach pobiegł zwymiotować, a następnie przez kwadrans stał pod prysznicem, lejąc na głowę chłodną wodę i trzęsąc się, jak osika. Wreszcie udało mu się zwalczyć ból, jednak cały czas miał dreszcze. Pomyślał, że mieszanka koksu, wódki, jeden blant i kilka papierosów to fatalny pomysł, zwłaszcza w sytuacji, gdy musi być „na chodzie” od rana. W biurze pojawił się chwilę po dziesiątej, do pokoju wpadł natychmiast Budzik, którego Barski umocował jako prawą rękę.

– Chyba ich mamy. – Czacha ożywił się natychmiast. – Ktoś widział podobną dwójkę w Łodzi. Zmienili wygląd, ale jego poznano po sylwetce.

– Tak jak myślałem, to ten skurwiel ją przechwycił. Tylko po chuj jadą do Łodzi?

– Będziemy myśleć po drodze, jedźmy tam. – Budzik stał już w drzwiach. Barski cenił go za opanowanie i sylwetkę, potężny, wyciągnięty z oktagonu mężczyzna imponował siłą i gabarytami, będąc przy tym lojalnym i skutecznym. Zerwał się z krzesła, z trudem tłumiąc wymioty i wybiegł za podwładnym.


Zbliżali się do „Miasta Włókniarzy”. Marek spał, Julia zgodziła się poprowadzić. Pogoda po nocnej serii burz zmieniła się na chłodniejszą i pochmurną. W trakcie zastanawiała się nad dalszymi krokami. Z jednej strony miała ochotę po prostu uciec, nie oglądając się za siebie, czuła jednak wdzięczność, dług oraz rosnącą sympatię do Marka, wdzięczność za uratowanie przed bandziorami Mariana i… współczuła mu śmierci Adrianny. Dziewczynę pamiętała jak przez mgłę, kojarzyła blond włosy, uśmiechniętą i pogodną twarz oraz seksapil, który tamta roztaczała wokół.

Nie ma co się dziwić, że wpadła mu w oko. – Podsumowała.

Zjechała z A1 w kierunku miasta i obudziła go.

– Muszę zadzwonić. – Poderwał się i sięgnął po smartfona, zerkając przy okazji na ekran nawigacji. Pięć kilometrów.

 

– Jest nasz celebryta.

– Daruj sobie żarciki. Potrzebuję papiery.

– Żółte?

– Ja pierdolę – westchnął ciężko, a Julia parsknęła. – Tak. I Niebieską Kartę.

– Na kogo?

– Polka, tym razem bez udziwnień.

– Wiek?

– Trzydzieści cztery. – Dodał jej dwa lata, na co zareagowała udawanym obruszeniem w spojrzeniu.

– Stawka standardowa, ID i paszport?

– Ja, du läste mina tankar.

– Mówiłem ci już, żebyś porozumiewał się w cywilizowanej mowie, a nie tym charkocie z północy.

– Języków trzeba się było uczyć, ignorancie. – Twarz Marka pozostała poważna, ale w głosie słychać było śmiech. Julia zachichotała i zatrzymała się na światłach.

– Słyszę, że jesteście we dwójkę, tylko papier chcesz, czy ze zdjęciem?

– Żadnych zdjęć, to ogarnę sam.

Klikanie klawiatury.

– Jutro, dostaniesz namiar na lokalizację. Jesteś tam, gdzie ostatnio?

– Bliżej Łodzi i Włocławka, ale mogę podjechać.

– Bądź czujny, ktoś się odezwie. A – rozmówca zawiesił głos – poszperałem trochę swoimi kanałami i dobrze byłoby, żebyś przeszedł na emeryturę. Pewne osoby chciałyby, żebyś zniknął z horyzontu zdarzeń, jeśli rozumiesz, o czym mowa.

Spoglądał w szybę, na staruszkę, ledwo idącą przez przejście dla pieszych.

– O niczym innym nie marzę – powiedział cicho. – Przekaż kontaktom, że skończę, co mam to zrobienia i znikam. Na stałe.

– I tego „co mam do zrobienia” najbardziej się boję. – W głosie mężczyzny wybrzmiała obawa. – Uważaj na siebie. – Rozłączył się bez pożegnania.

– Dwie minuty. – Julia odezwała się niespodziewanie. – Kolega?

– Przyjaciel, jedyny, jakiego mam. – Wciąż spoglądał w okno.

Chciała najwyraźniej o coś jeszcze zapytać, ale przerwał, mówiąc: „Tutaj” i wskazując zatoczkę parkingową tuż przy ulicy. Zatrzymała samochód i po zakupie biletu ruszyli oboje do kancelarii.

 

– Pani Julio, ale… – Adwokat Zbigniew Potulski spoglądał na zmianę na żonę największego klienta kancelarii i nieprzyjaznego, potężnie zbudowanego mężczyznę, roztaczającego aurę niepewności i grozy. – W ogóle nie powinienem z panią rozmawiać, tylko zadzwonić po policję. Znajduje się pani w towarzystwie człowieka oskarżonego o podwójne morderstwo! – Spojrzał z obrzydzeniem na Marka, a ten utkwił w siedemdziesięcioletnim dziadku stalowy wzrok i patrzył się tak długo, aż prawnik zmieszany odwrócił oczy.

– Panie Zbigniewie, znał pan mojego męża, wie pan, jaki to był człowiek i z kim robił interesy, bo wielokrotnie go pan bronił! Proszę nie próbować robić z siebie świętego, bo ma pan równie wiele za uszami. – Adwokat zaczerwienił się i chciał coś powiedzieć, ale Góralczyk wstał, nachylił się nad nim i powiedział krótko.

– Wysłuchaj jej, dobrze ci radzę.

– Marek, spokojnie. A mój towarzysz nikogo nie zabił, a na pewno nie Mariana. To z ręki Grzegorza Barskiego zginął mąż. – Zamilkła, wpatrując się w przestraszoną twarz za okularami.

– Słuchaj, dziadek. – Marek doszedł do wniosku, że nie ma co się bawić w ceregiele i włączył tryb „straszenie”. – Mamy biznes do zrobienia i brakuje nam czasu. Pomożesz dobrowolnie, albo zostaniesz do tego nakłoniony. Na początek spróbujemy marchewką, a jeśli nie wykażesz zainteresowania, dostaniesz kijem i cię zmusimy, rozumiesz? – Zakończył cicho, patrząc na wystraszoną coraz bardziej twarz.

– Panie Zbigniewie. – Julia uśmiechnęła się w duchu, stwierdzając, że całkiem nieźle im idzie i ona jest dobrym policjantem, a Marek złym. – Zacznijmy od początku. Jaką prowizję bierze pan od umowy sprzedaży?

– Zwykle jeden procent – odparł, patrząc na zmianę na oboje. – A co chce pani sprzedać?

– Wszystko – powiedziała ciepło. Góralczyk doszedł do wniosku, że dziewczyna ma talent i przy odrobinie treningu potrafiłaby opchnąć Arabowi piasek na pustyni.

– Wsz… – Głos ugrzązł mu w gardle. – To znaczy, że…

– Tak, wartość transakcji to minimum dziesięć milionów złotych, w skład wejdzie willa Mariana i budynki niedaleko plus klub i okoliczne tereny.

– Ale – Potulski bezwiednie oblizał spoconą z emocji górną wargę – to ogromna umowa, zajmie mnóstwo czasu.

– Oczywiście, że nie – odparła z uśmiechem. – Przecież to prosta umowa sprzedaży, tylko o sporej wartości. Na pewno taki ekspert jak pan doskonale sobie poradzi, panie Zbigniewie.

– A komu sprzedajemy? – Urósł, dumny jak paw, słysząc komplement.

– Gabrielowi Wróblowi. – Do rozmowy włączył się Marek.

– Ale to… – Potulski brzmiał, jakby zacięła mu się płyta.

– Tak, konkurencja Mariana – weszła w słowo. – Mój mąż nie żyje, zabił go jego najbliższy współpracownik, a ja chcę się tego po prostu pozbyć i żyć jak zwykły człowiek, rozumie pan?

Zamilkł, kalkulując czy ryzyko jest opłacalne.

– Mówił pan, że jaka jest pańska standardowa stawka? – Marek przerwał ciszę.

– Jeden procent od kwoty transakcji – odparł ze strachem.

– Czyli jeśli kwota transakcji wyniesie, załóżmy dziesięć milionów złotych, to pan dostanie sto tysięcy? – Wzrokiem dał znać Julii, żeby przez chwilę się nie odzywała. Zrozumiała w mig i mrugnęła twierdząco powiekami.

– No, tak. Do czego pan zmierz…

– Myślę, że z racji powagi umowy, pośpiechu i konieczności działania pod presją, jaki bonus możemy dorzucić panu Zbigniewowi jedno zero do prowizji. Julia?

– Jestem za – przytaknęła. – A jeśli uda się panu wynegocjować wyższą kwotę, to procent pozostaje ten sam… – urwała.

Potulski spoglądał na oboje przez chwilę, na zmianę, jeden a dziesięć procent to „znacząca” różnica. Wreszcie wstał, podał najpierw dłoń jej, później jemu.

– Macie ochotę się napić? – Z widoczną ulgą potrząsnął dłonią Góralczyka. Ten uważał dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu adwokatów za pazerne gnidy, ale zachował się dyplomatycznie i powstrzymał się od zmiażdżenia dłoni papugi, jak pogardliwie nazywał prawnika w myślach. – Taka umowa wymaga choć symbolicznego toastu. Zapraszam państwa.


– Kurwa, moja głowa. – Kac Czachy osiągnął punkt szczytowy. Jęknął i połknął kolejny Ketonal, popijając wodą.

– Pół godziny. – Prowadzący Budzik, zerknął z niepokojem na Barskiego, który wyglądał, jakby miał wyzionąć ducha. – Szefie, wszystko gra?

– Tak, jedź – wydukał blady jak ściana Czacha. – Znajdźmy tę kurwę i załatwmy sprawę do końca. Ilu mamy ludzi?

– Łącznie ósemkę. Więcej nie dało się zebrać. Reszta pracuje w terenie albo jest w krematorium. – Nie musiał dodawać, po co.

– Wystarczy – szepnął Czacha.

Po co mi to, kurwa, było! Trzeba było siedzieć cicho, z Marianem. A tak, wszystko się jebie. – Niewesołe myśli gromadziły się w głowie gangstera.

– Naszym celem jest Bolesławska. Jego ignorujemy, chyba że sam nas zaatakuje – wyjęczał. – Obudź mnie, jak będziemy na miejscu. – Odwrócił się na prawy bok i zasnął.


– Świetnie sobie poradziłaś – pochwalił ją, wychodząc z bramy kamienicy, w której mieściła się kancelaria. Ostatecznie Julia podpisała notarialne pełnomocnictwo, ograniczone wyłącznie do prowadzenia negocjacji przez Potulskiego na sprzedaż dowolnej osobie lub podmiotowi, z prowizją dla niego wysokości dziesięciu procent od transakcji, dziadek o mało nie całował ich po rękach.

Minusem pozostała konieczność znalezienia osoby, która w jej imieniu zawrze umowę. Postanowili tym zająć się później.

– Tak mówisz? Dziękuję – uśmiechnęła się z wdzięcznością. – Co teraz?

– Wracamy do Włocławka i czekam… – urwał, widząc dwa czarne samochody po lewej stronie. – Na ziemię! – rzucił i kryjąc się za najbliższym autem, pociągnął za sobą Julię.

– Co się stało? – Kucnęła wystraszona.

– Czacha. – Wystarczyło jedno słowo i zaczęła drżeć. – Spokojnie, poradzimy sobie. Nie chciałem, tylko żeby nas zobaczyli.

– Ale jak nas znaleźli? – Usta zbielały jej ze zdenerwowania.

– Nie ma to większego znaczenia. Pewnie ktoś nas rozpoznał i dał im cynk. Na pewno nie Potulski, nie zdążyliby dojechać. – Wychylił się zza auta. Ludzie przechodzący za nimi po chodniku patrzyli się ze zdziwieniem. – Musimy niepostrzeżenie dostać się do naszego samochodu. Idę pierwszy, wsiądę od strony pasażera i uruchomię silnik. Obserwuj tylne światła, jak zobaczysz dwukrotne mrugnięcie, biegnij i wskakuj na miejsce obok kierowcy. Wszystko jasne? – Kiwnęła głową.

– Marek? – Spojrzał na nią. – Nie daj się zabić, bez ciebie nie dam sobie rady. – Uśmiechnął się uspokajająco i odwrócił.

Zdziwiony, jak empatyczny stał się przez ostatnie kilkanaście dni („To chyba efekt przebywania wśród kobiet, zamiast mężczyzn”, uzmysłowił sobie), przemieścił się w kucki między samochodami na parkingu, otworzył pilotem Toyotę i wślizgnął się na siedzenie.

Ostrożnie wyglądała zza karoserii starego, brązowego Mercedesa „beczki”, stojącego trzy auta od ich Toyoty, zerkając na dwa czarne Audi A8, tak charakterystyczne dla Czachy, które jako jedno z dwóch zaparkowano jakieś piętnaście metrów dalej. Kątem oka wyłapała mrugnięcie tylnych świateł. Uniosła się nieco i biegnąc na ugiętych nogach, wskoczyła na przednie siedzenie. Ruszył z lekkim piskiem.

– Kurwa, zauważyli nas. – Sięgnął do schowka przed kolanami Julii i wyjął broń.

– Boże. – Wystraszyła się.

– Spokojnie. – Przecisnął się między dwoma samochodami i przyspieszył, wyjeżdżając na główną ulicę. – Strzelać raczej nie będą, bo jesteśmy w centrum miasta, a ja znam sporo sposobów, żeby im uciec. Zapnij pasy, może być ostro  – ostrzegł i niespodziewanie wcisnął pedał gazu w podłogę, zmieniając pas z prawego na lewy. Chór klaksonów obtrąbił ich grupowo, po czym wykonał zawrotkę na najbliższym skrzyżowaniu, przeciął ponownie całą szerokość jezdni i wjechał w boczną uliczkę.

– Jeden z głowy. – Spojrzał na Julię i puścił oko. Wystraszona obserwowała go, trzymając się uchwytu nad głową. Był opanowany, chłodny, wręcz zimny, a jednocześnie w nieprawdopodobny sposób uspokajał, gasił strach we wnętrzu i wlewał otuchę.

– Mamy drugiego. – Spojrzał w boczne lusterko. –  Walą do nas, na podłogę! – warknął. Krzyknęła wystraszona, odpięła pas, odsunęła siedzenie maksymalnie do tyłu i klęknęła z głową schowaną między udami i ramionami. Czuła gwałtowne skręty, hamowanie, słyszała pisk opon i dźwięki klaksonów samochodów, jednocześnie modląc się o wyjście cało z pościgu.

Marek kątem oka zauważył drugie Audi oraz strzelca, mierzącego do nich z tyłu, na szczęście niecelnie. Nakazał jej skulenie się na podłodze przy siedzeniu, a sam wyjął broń, zwolnił nieco i kiedy oba samochody zrównały się, strzelił przez otwarte okno w oponę Audi. Niemieckie auto natychmiast zgubiło tor jazdy i wyhamowało tuż przed ścianą, unieruchomione.

– Ach! – Podskoczyła na dźwięk strzału z pistoletu, z którego Marek wypalił sekundę wcześniej. Dźwięk był tak ogłuszający, że przestała cokolwiek słyszeć na lewe ucho, które było odsłonięte, prawe na szczęście przypadkowo chwilę wcześniej zakryła ramieniem.

– Spokojnie, wszyscy żyją. Przestrzeliłem im oponę, zaraz będziemy bezpieczni. – Poczuła dłoń, głaszczącą głowę, chyba próbował ją uspokoić. Przeszedł ją dreszcz, od dawna nikt nie dotykał jej w taki sposób, z czułością. W absurdzie sytuacji, mimo zagrożenia życia, dotyk wywołał podniecenie, za co miała ochotę dać sobie po głowie, a jednocześnie odczuwała z tego powodu rosnącą przyjemność. Pomyślała, że mógłby tak głaskać ją w trakcie gdy…

Klęknęłaby przed nim.

– Możesz się podnieść. – Wygramoliła się spod siedzenia, porzucając erotyczne myśli. W międzyczasie zatrzymał się na poboczu. Rzuciła mu w ramiona, szlochając z emocji.

– Spokojnie. – Gładził ją po włosach, czując, jak drobne ciało drży i rozpaczliwie tuli się do niego w strachu. – Wszystko będzie dobrze, już jesteśmy bezpieczni, tak? Julia? – Odsunął ją od siebie i spojrzał w brązowe, załzawione oczy. Przytaknęła, szepnęła: „Dziękuję” i pocałowała go w policzek.

Zaskoczony uśmiechnął się smutno i ruszył powoli, włączając się do ruchu. Za nimi wyły syreny.


– Kurwa jebana mać. – Czacha zaklął, wysiadając z Audi. Flak w prawym, przednim kole skutecznie zakończył pościg.

– To była kula. – Bączek oglądał oponę. – Jebany, jak on nas trafił? Prowadząc i jednocześnie celując.

– Jebać go, zmieniamy gumę i spierdalamy, zaraz pojawią się pały.

– Tak, tak. – Budzik rzucił się w kwietniu bagażnika.

 

Kwadrans później jechali z powrotem w kierunku Dzikanowa.

– Czacha, co my, kurwa, zrobimy, jak jej nie dopadniemy?

– Będziemy musieli radzić sobie bez hajsu, ot co.

– Ale ona jest właścicielem wszystkiego. Całego terenu, a jak – Budzik miał chyba najwięcej oleju w głowie, spośród ich wszystkich – pozbędzie się chaty i klubu?

Czacha zaciskał zęby. Jeszcze wczoraj wszystko pięknie się układało, ale ten brodaty skurwiel musiał się wmieszać!

Trzeba było zostawić tę kurewkę, Maj. – Wyrzucał sobie kilkukrotnie. – Nie wiedziałby nawet, że go wrobiliśmy. Dobrze przynajmniej, że udało się podłożyć odc…

Zadzwonił telefon. Mirecki.

– No? – odebrał bez powitania.

– Jesteś w dupie i to ciemnej, Czacha. – Glina wystrzelił z garłacza wiadomościami.

– Co? Co się stało? – Ożywił się natychmiast.

– Odciski palców nie należą do Góralczyka, ty idioto! – Zgromił go.

– Jak, kurwa, nie do Góralczyka! Przecież własnoręcznie zajebałem szklankę, za której chwilę wcześniej skończył pić i podnosił ją gołymi dłońmi!

– Nie wiem, jak, ale te zidentyfikowane należą do niejakiego Zenona Krzywego, urodzonego w lutym tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego w Wodzisławiu Śląskim, zmarłego w marcu dwa tysiące jedenaście w Szpitalu Psychiatrycznym w Tworkach pod Warszawą. Tym sposobem nic na niego nie mamy, poza twoimi zeznaniami, które wiarygodnością nie grzeszą. Żeby go zgarnąć, musimy mieć twarde dowody, rozumiesz, idioto?

Barski zamilkł.

– Ja pierdolę – szepnął. – A ja zostawiłem ślady…

– Powiedz mi tylko jedno, czy Maj to też twoja robota? Nie mów, że tak.

Cisza oznaczała jedno.

– Kurwa! – Zachichotał złośliwie glina. – Ty naprawdę jesteś głupi.– Zaśmiał się ponownie i rozłączył.

Jakim, kurwa, cudem to nie jego odciski – główkował gorączkowo. – Chyba że… – Zrobił się blady. – On nosi na palcach nakładki! Skoro to jakiś szpieg, to na pewno ma dostęp do takich gadżetów i kupił je gdzieś.

– Kurwa! – Uderzył ze złości w tapicerkę. – Budzik, muszę spierdalać, zostawiam ci hajs, a sam muszę się zadekować i pomyśleć, co dalej.

Ogromny gangster, z ledwością mieszczący się za kierownicą A8 przytaknął tylko, w myślach stwierdzając, że chyba lepiej było nie rozwalać Mariana.


– Masz kogoś, kto podpisze za ciebie umowę? – W drodze powrotnej prowadził Marek, który po dłuższej chwili ciszy zagaił temat.

– Nie mam. – W głosie Julii wybrzmiewał niepokój. – I to jest problem.

– No jest, bo musiałabyś wrócić do Polski. – Widząc przerażenie w brązowych oczach, dodał. –  Ale to nie wchodzi w grę, wiem o tym. Naprawdę nie masz nikogo? Brata, matki, ojca? Może jakaś ciotka?

– Jestem jedynaczką, a z rodzicami nie mam kontaktu od prawie sześciu lat. Reszty w zasadzie nie znam.

– O, proszę. I to jest ta modelowa rodzina, o której pierdolą politycy. – Żachnął się. – Posłuchaj, a. – Urwał i spojrzał na nią. – Ufasz mi?

– A cóż to ta pytanie? – Brązowe oczy kobiety lustrowały go czujnie. Musiał przyznać, że była piękna. Zupełnie inny typ urody niż Ada.

– Zasadne, wobec tego, co chcę ci za chwilę zaproponować.

Zastanowiła się chwilę.

– Uratowałeś mi życie, pomagasz, rozmawiasz ze mną i wiem, że nie kłamiesz. Chronisz, tłumaczysz i – zawahała się, po czym uśmiechnęła do niego, trochę jak do znajomego, a trochę jak do kogoś „więcej” – stałeś się kimś na kształt przyjaciela, mimo że znam cię dwa dni. – Dotknęła leżącej na dźwigni zmiany biegów dłoni. Poczuł ciepłe, miękkie poduszki palców na wierzchniej części ręki. – Tak, ufam ci, mimo że nic o tobie nie wiem.

– Obiecuję, że dowiesz się więcej, odpowiem na twoje pytania, a przynajmniej ich większość, jeśli tylko będziesz chciała je zadać. – Odwrócił do niej ponownie głowę, w międzyczasie zerkając na drogę. – Dobra. Mam kogoś, kto mógłby się nadać, dzwonić?

– Dzwoń – przytaknęła.

 

– Jak będziesz tak często do mnie wydzwaniał, to Dominika stanie się zazdrosna.

– Dobra, dobra, po prostu przyznaj, że lubisz ze mną nawijać i szukasz pretekstu, żeby uciec od tej gaduły.

– Do brzegu, znowu nie możesz się beze mnie obejść, co?

– Potrzebuję pomocy, ale… – zawahał się Marek – musiałbyś tu przyjechać.

W głośniku smartfona zaległa cisza.

– Przecież wiesz, że operacyjnie nie nadaję się do niczego. – Głos był zniecierpliwiony.

– Nie potrzebuję cię do walk…

– Przepraszam, dzień dobry, tu Julia Bogusławska. – Włączyła się do rozmowy. – Nie znam pana i nie mam pojęcia, kim pan jest, ale Marek panu ufa, a ja ufam Markowi. – Spojrzała na Góralczyka i uśmiechnęła się lekko. Oddał uśmiech. – To ja potrzebuję pańskiej pomocy. Zainteresowany?

– To zależy, jeśli każe mi pani tańczyć nago w night clubie, to nie. – Zachichotali oboje. – Proszę mówić.

Przez kilka kolejnych minut opowiadała mu szczegóły, co należałoby zrobić.

– Podsumowując, miałbym z upoważnienia notarialnego podpisać w pani imieniu umowy na sprzedaż gruntów i budynków na nich stojących z konkurencją pani nieżyjącego męża i przy okazji zgarnąć bonus w postaci miliona złotych za sam podpis. – Przytaknęła. – Marek, jesteś tam? – Użył fałszywego imienia, nie wiedzieć, czy Julia zna prawdziwe.

– Jestem.

– To brzmi gorzej niż scenariusz do tureckiego filmu sensacyjnego klasy C.

– Bańka też brzmi źle?

– Pieniądze są nieważne. Czy pani wie, jak wyglądam?

– Nie – przyznała. – Nawet nie wiem, jak ma pan na imię. Wyciągnięcie cokolwiek z Marka przypomina golenie nóg tępym nożem. – Zaśmiał się.

– Stary, opowiedz jej o mnie później, nie teraz. Kim jestem i jakie, hmm, mam ograniczenia. A później, jeśli będzie pani w dalszym ciągu zainteresowana, proszę o telefon. – Rozmówca rozłączył się.

Spojrzała pytająco na Góralczyka.

– Później, wróćmy do Włocławka. Jeszcze jeden telefon.

Wybrał numer z pamięci.

– Umowa aktualna? – Rozmówca odebrał po sygnale, odezwał się bez powitania.

– Aktualna, namiar na twojego prawnika? – Spojrzał na Julię i szepnął: „Wróbel”.

– Dostaniesz za chwilę. Cena początkowa?

– Negocjują prawnicy, nie ja.

– Kto podpisuje?

– Z twojej strony kogokolwiek wyznaczysz.

– A z twojej?

– Ktoś, kto zostanie wyznaczony. Z odpowiednim upoważnieniem. – Patrzyła się na niego pytająco.

– Coś jeszcze?

– Tak. Pojutrze w nocy ruszam na Czachę.

– I? – Wyczuł zdziwienie u Młodego Kataryny w głosie.

– I oczekuję, że zgodnie z umową pomożesz mi.

– Najpierw teren, później Czacha.

– Pomożesz mi teraz albo poradzę sobie, a terenów nie dostaniesz nigdy. Zostaną sprzedane komuś innemu.

– Komu? – Zaśmiał się Wróbel. – Myślisz, że ktoś to kupi? Będzie miał od razu ze mną do czynienia, a jeśli dowiem się wcześniej, że jest chętny, skutecznie go od tego odwiodę.

Marek wpatrywał się chwilę w smartfon.

– Jeśli nie pomożesz mi teraz, zabiję Czachę sam, a później przyjdę do ciebie, rozumiesz, dzieciaku? – Od cichego głosu Góralczyka Julię przeszły ciarki, spojrzała na niego i wystraszyła się. W oczach miał zimno, twarz przypominała nieruchomą maskę, nie poruszał się, z wyłączeniem dłoni i oczu. – Potrafię zakraść się do ściśle strzeżonego domu, bezgłośnie, a potem pozabijać wszystkich. Albo zastrzelić cię z odległości kilkuset metrów, a twoi chłopcy zorientują się, co się stało dopiero po tym, kiedy upadniesz na ziemię bez połowy głowy. Mam w planach wyjazd za kilka dni, z chęcią go przełożę, jeśli zajdzie taka potrzeba i zajmę się tobą. – Zamilkł na chwilę. – Jesteś tam? – upewnił się, ponure: „Tak” potwierdziło obecność młodego Kataryny. – Do jutra do dwunastej czekam na telefon z danymi od prawnika. I twoją deklarację lojalności. – Rozłączył się bez czekania na odpowiedź.

– Boję się ciebie, kiedy taki jesteś.– Patrzyła ze strachem.

– Sam siebie się boję – odparł, zaskakując nie tylko Julię. Od chwili, gdy poznał najpierw Adriannę, a teraz, jakkolwiek to brzmi, spędzał czas z nią, niespodziewanie dla siebie odsłaniał się, w najmniej spodziewanych momentach. Po raz kolejny do głowy wpadła myśl, że zrobił się miękki i czas na emeryturę. Wiedział, że koniec kariery zbliża się wielkimi krokami, czuł, że to właściwa chwila, aby zniknąć, ponadto nie chciał być ścigany przez byłych szefów. Wystawienie na niego kontraktu dla zawodowych zabójców byłoby… problematyczne, jak przyznał w myślach.


Gabriel Wróbel, rzucony na głęboką wodę dorosłości zastanawiał się, co jeszcze może wydarzyć się niespodziewanego. Zaginięcie ojca oraz ponad połowy ekipy stwarzało potężne zagrożenie, głównie ze strony Czachy oraz jego osiłków, gdyby teraz nastąpiła otwarta konfrontacja, mogłoby nie wystarczyć im ludzi. Kwestią numer dwa był ten gość. Ten z brodą, który sam rozłożył trzech osiłków od niego w knajpie, a samemu Gabrielowi o mało nie skręcił karku. Kataryna Junior, będący przeciwieństwem ojca i osobą oszczędną w gestach i słowach, bał się tego człowieka. Pierwszy raz w dorosłym życiu odczuł prawdziwy strach.

A do tego doszedł jeszcze telefon kilkanaście godzin później. Nie chciał i nie miał zamiaru angażować się w konflikt z Czachą, ale najwyraźniej chyba będzie do tego zmuszony.

– Gabriel? – Do biura weszła Violetta, jedna z wielu utrzymanek, które posiadał. Zwykły lachociąg, z pustostanem pod kopułą, jak to zwykł określać ojciec. Młody wiedział i był uczulany przez seniora, że zmiana warty może przyjść nagle i niespodziewanie. I Gabriel powinien być gotowy.

Po fakcie uznał, że nigdy nie można być gotowym. Nawet będąc tak opanowanym i bezemocjonalnym, jak on.

– Co? – odparł obcesowo. Liczba spraw, jakie na niego spadły pod nieobecność ojca przytłaczała, a on, zamiast bawić się, tak jak do tej pory, ślęczał nad papierzyskami i rozmawiał z „partnerami biznesowymi”.

No i dochodziła jeszcze sprawa tego gliny. Młody nie miał ochoty brudzić sobie rąk, wiedział jednak, że zdrada, jakiej dopuścił się Zembrzycki, musi zostać surowo ukarana. Jako przykład, zwłaszcza że przyczynił się do zaginięcia i przypuszczalnie śmierci ojca oraz potężnej ekipy.

Dobrych chłopaków.

– Strasznie spięty jesteś, ostatnio nie masz w ogóle dla mnie czasu. – Stanęła za nim i zaczęła masować kark. Od nacisku palców zakręciło mu się w głowie.

– Mam w chuj roboty, tylko papierzyska i papierzyska – westchnął.

– Słuchaj, to może. – Obeszła go i usiadła twarzą do Gabriela na jego kroczu. – Może potrzebujesz odrobiny relaksu, co?

– Violka, kurwa mać, przecież ja nie mam kiedy się po dupie podrapać, a co dopiero o dymaniu myśl… – zaczął tyradę, po czym wzrok padł na zdjęcie ojca, stojące na biurku. Stary powtarzał mu zawsze, że jeśli czujesz się zmęczony pracą, zwłaszcza umysłową, odpocznij i porób coś, co wymaga wysiłku fizycznego.

– Chociaż, poczekaj. – Zatrzymał ją w progu drzwi. – Chodź tu do mnie, mała. – Stanęła obok biurka z naburmuszoną miną. – No chodź, siadaj. – Posadził ją siłą w tej samej pozycji, w której usadowiła się chwilę temu. – A jakie masz pomysły na relaks, hę?

– Nooo. – Tlenione blond włosy dziewczyny kontrastowały z czerwoną szminką, groteskowo długimi, czarnymi rzęsami oraz równie odstającymi od normy paznokciami. O ile wyglądało to cholernie podniecająco, gdy mu obciągała, o tyle zastanawiał się już kilka razy, jak podciera sobie tyłek…

Rozwiązania nie znalazł.

– No co? – Chwycił ją za brodę i ścisnął lekko. – Co moja dupeczka ma dzisiaj do zaoferowania?

– Może lodzik na początek? – Zsunęła się na podłogę, klęknęła między nogami i niewiele myśląc, wydobyła kutasa przez rozpięty rozporek.

– Całkiem niezły pomysł. – Wciągnął powietrze i z rosnącym podnieceniem obserwował, jak, niczym profesjonalna kurwa, którą w istocie w zasadzie była, obrabia go językiem i ustami, niczym stado szalejących mrówek. Szybko uznał, że to był świetny pomysł, uniósł się z fotela, zrzucił marynarkę oraz rozpiął koszulę, po czym stojąc, położył ręce na głowie dziewczyny, ruszając rytmicznie biodrami.

– Dobrze, teraz ręką – dopingował ją do bardziej zaangażowanej pracy. Palce zakończone szponami ślizgały się po powierzchni członka, a język lizał trzon, schodząc do jąder i wracając do główki.

– Weź oba do dzioba – zrymował Gabriel i parsknął.

– Nie dam rady, za duże są. – Spojrzała w górę.

– Jadłaś kiedyś pączka w całości? To wyobraź sobie, że musisz połknąć całego na raz. – Obserwował ją, jak szeroko otworzyła usta, nakierował wór i powoli opuścił.

– O, kurwa! – jęknął głośno, gdy z mrucząc „mmmm” trzymała jego jaja w ustach, masturbując go jednocześnie powoli. Zaśmiała się prowokacyjnie i przyspieszyła, gdy podniósł ton jęków.

– Zajebiste to było, teraz chcę do środka. Wypnij dupsko – zarządził. Podniosła sukienkę, przesunęła na bok stringi i jęknęła, czując, jak wjechał w nią szybko i do samego końca.

– Sucha trochę jestem, powoli. – Obróciła się za siebie, gdy zaczął nabijać ją w dość wolnym rytmie. – Teraz lepiej, możesz przyspieszyć, och! – krzyknęła, gdy niespodziewanie zaczął pieprzyć ją szybko, wyciągając na wierzch piersi i ściskając mocno. Obojgu było coraz przyjemniej, oglądała się na niego co rusz, jęcząc nieco sztucznie, coraz głośniej.

– Kładź się na biurko – rzucił. Ściągnęła z siebie resztę ubrania i naga rozłożyła szeroko uda. Wjechał brutalnie i ostro, pieprząc ją bez ceregieli, jak maszyna lalkę. Zamknęła oczy, odczuwając coraz mniejszą przyjemność i udając przed szefem, że zbliża się do orgazmu, a kiedy ten spuścił się w nią wreszcie, z ulgą powitała koniec.

Dysząc ciężko, opadł głową na mały biust.

– Świetny pomysł, Violka, muszę o tym pamiętać – uśmiechnął się, a ona za nim. Bała się go i kiedy tylko był zadowolony, również stawała się szczęśliwa.

– Szefie! – Jeden z przybocznych Gabriela wpadł do biura. – O, kurwa! Sorry, szefie. – Zaczął wycofywać się szybko, widząc oboje nagich.

– Co tam, Karton? – Bandzior nosił ksywę od kartonów wódki, którymi handlował na początku przestępczej kariery przy lokalnym bazarze.

– Telefon. – Gabriel uniósł pytająco brwi. – Czacha.

– Wypierdalaj. – Spojrzał na Violkę, która zabierając ubranie, ulotniła się błyskawicznie, bojąc się gniewu. – Dawaj ten telefon. – Wziął smartfon w dloń.

– Nie wiem, po co tu dzwonisz. Poddać się? – rzucił w słuchawkę.

– Mam propozycję. – Czacha postanowił od razu przejść do konkretów.

Cisza po drugiej stronie była przyzwoleniem na kontynuację.

– To nie ja chciałem zabicia twojego ojca, tylko Marian. Musiałem wykonywać jego polecenia.

– Zembrzycki mówi co innego, a z akumulatorem na jajach nikt jeszcze nie kłamał.

– Gabriel. – Czacha odetchnął głęboko. – Plan był taki, że twój ojciec z ekipą zostaną rozwaleni przez ludzi Mariana. – Nie dodał, że to obecnie jego ludzie. – A po wszystkim mieliśmy zmusić cię wspólnie z Zembrzyckim do zmiany planów, stawiając pod ścianą.

– To, co się zesrało? – Gabriel znał całą historię od skorumpowanego gliny, który pokiereszowany dogorywał w piwnicy budynku obok.

– Góralczyk, ten cyngiel, który wszystko zorganizował, kropnął Mariana i porwał Zembrzyckiego oraz Bolesławską.

– Po co?

– Żeby zgarnąć cały szmal!

– Mówił mi co innego, że to ty kropnąłeś szefa i rozjebałeś mu dupę, którą pukał – wycedził młody Kataryna.

– Pierdolenie! – Głos Czachy stał się lekko piskliwy. – To jakiś jebany szpieg albo żołnierz. Wiem, że poszedł do ciebie, pewnie z propozycją. Dogadajmy się, zdejmijmy go, podzielimy wpływy i zawrzemy pokój.

Cisza.

– Gabriel?

– Po co miałbym to robić? – Postanowił nie mówić na razie o propozycji Góralczyka, dotyczącej kupna terenów Mariana.

– Bo wojna nikomu nie służy, lepiej podzielić teren i żyć w pokoju. – Czacha mrugnął do Budzika, który wzniósł kciuk do góry.

– Gładkie pierdolenie, Czacha. Przekonaj mnie czymś albo się rozłączam.

– Zrezygnuję z terenów pod hotel nad jeziorem, tylko pomóż mi go znaleźć albo wystawić.

Gabriel milczał, wpatrując się w zdjęcie ojca na biurku. Czachę poznał jakiś czas temu, starszy od niego około dziesięć lat bandzior był w miarę inteligentny, ale miał ograniczenia i nie potrafił myśleć długofalowo.

Westchnął głęboko i zaczął mówić.


Po powrocie z obiadu zaszyli się w pokoju, strzelanina, pościg, rozmowa z adwokatem – Julia czuła się wyczerpana, z drugiej strony wiedziała, że musi z nim porozmawiać. Była pewna, że jeśli ma zaufać Markowi w większym stopniu, powinien odsłonić się przed nią.

– Powiesz mi, kim jesteś? Ale tak naprawdę, bo Marek to nie jest twoje prawdziwe imię, prawda? – Usiadła na łóżku, naprzeciw niego. Leżał, patrząc się w okno.

Odwrócił głowę.

– Co chcesz wiedzieć?

– Na początek, jak naprawdę się nazywasz.

Kalkulował. Zaufanie do niej miał, ale z tyłu głowy zawsze pozostaje pytanie, czy jeśli dostałaby się w niepowołane ręce, zdradziłaby jego tożsamość na przykład podczas tortur.

Postanowił zaryzykować.

– Piotr, nazywam się Piotr Michalski. – Czuł się, jakby odsłaniał duszę.

– Ładnie. Marek jest taki, suchy i neutralny. Piotr to piękne imię, w dodatku można zdrobnić na Piotrka czy Piotrusia.

– Mówienie do mnie Piotruś, to jak określanie Pudzianowskiego Mariuszkiem  – zażartował. Uśmiechnęła się.

– Kim jesteś?

Patrzył w brązowe oczy. Nie oceniał już, czy jest warta zaufania, bo była. Okazała się sprytną, inteligentną i sporo rozumiejącą kobietą. Doświadczoną życiowo. Przyszło mu do głowy, że całkiem nieźle się uzupełniają i czuje się z nią spokojny. Adrianna podbijała emocje, jakby jego wnętrze w obecności dziewczyny gotowało się w emocjonalnym kociołku. Z Julią jest odwrotnie – wiedział, że dobrze czyta zachowanie, wie, kiedy się odezwać i milczeć, jest chłodniejsza, bardziej opanowana, a jednocześnie nieco tajemnicza i smutna.

Może byłoby z tego coś więcej? – Podpowiedział głos we wnętrzu, zignorowany. Dopóki nie pomści Ady, nie ma o czym mówić.

– Byłem szpiegiem, żołnierzem sił specjalnych i Legii Cudzoziemskiej.

Teraz dla odmiany ona zamilkła, oceniając czy mówi prawdę. Stalowe oczy fascynowały, jednocześnie bała się trochę, coraz mniej, wciąż jednak pierwiastek strachu był obecny. Wiedziała, że nie skrzywdzi jej, jednak czuła obawę przed tym człowiekiem, tak jak czasem idąc ulicą, instynktownie omija się pewne osoby na chodniku. Groźby rzucane w samochodzie do młodego Wróbla nie były bezpodstawne, a teraz uzyskała potwierdzenie przypuszczeń. To nie był blef.

– Ilu ludzi zabiłeś?

– Bawisz się w księdza? – odparował natychmiast.

– Nie, po prostu chcę wiedzieć, czy mam do czynienia z mordercą, takim jak mój mąż czy Czacha.

– Gdybym nim był, Zembrzycki dawno leżałby zakopany głęboko w lesie w okolicach Dzikanowa.

– Nie odpowiedziałeś na pytanie – drążyła.

– Tylu, ilu było potrzeba. Jeśli to coś zmieni, nie zabiłem dziecka, a kobiety, jeśli istniała możliwość, oszczędzałem. – Wzrok mówił wszystko: „Wiesz, jak jest, żyłaś z kimś takim”.

Odetchnęła w głębi, na zewnątrz pozostając chłodną.

– Dlaczego chcesz uciec?

– Słyszałaś rozmowę? Jeśli zostanę, byli szefowie wyślą za mną zawodowych zabójców. Poza tym – zamilkł na chwilę – mam czterdzieści pięć lat, wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zniknąć i zaszyć się gdzieś, gdzie jest ciepło i mieć spokój. Zakładałem, że po zleceniu dla Mariana, które wyglądało na proste, wyjadę bez większych problemów. Najwyraźniej los chciał inaczej.

Ważyła słowa Piotra. Czuła, że nie jest zwykłym bandytą, widziała ich dziesiątki, a on zachowywał się inaczej, poza tym był zbyt inteligentny. Patrzyła na niego, a on na nią. Bez słowa.

– Kim jest mężczyzna, z którym rozmawiasz? Mówiłeś o nim, że to twój przyjaciel.

– Znamy się z Rafałem od dziecka. Razem chodziliśmy do szkoły, nasze pierwsze dziewczyny też były bliskimi przyjaciółkami, pierwszy raz upiłem się właśnie z nim. Później nasze drogi rozeszły się, poszliśmy do innych liceów, ale spotkaliśmy się w szkole oficerskiej, a następnie przerzucono nas do jednostki specjalnej. Po tym on poszedł do wywiadu, a ja tułałem się po świecie na różnych misjach w wojsku, aż wywiad zaczął poszukiwać ludzi. Wzięli mnie, bo znałem oprócz polskiego angielski, hiszpański i francuski. Później, już w wywiadzie nauczyłem się innych języków. – Słuchała z zapartym tchem, nie odrywając od niego wzroku. – Pracowaliśmy razem do feralnego dnia, gdy byliśmy w Damaszku i wybuchł samochód – pułapka. Mnie nic się nie stało, ale Rafał dostał kilkoma odłamkami w nogę, wdało się zakażenie i niestety musieli amputować, od uda w dół. Po tym zdarzeniu jego przesunęli za biurko i tam pracuje do dzisiaj, w sumie to nie wiem nawet, jaką funkcję pełni, ale na pewno jest wysoko, a ja odszedłem z wywiadu i trafiłem do Legii Cudzoziemskiej i po kilku latach zostałem wolnym strzelcem do wynajęcia. To w zasadzie chyba wszystko, a ty wiesz o mnie więcej, niż ktokolwiek na świecie.

Milczała przez chwilę.

– Jesteś fascynującym mężczyzną, Piotr. Nie jestem zaskoczona, że się w tobie zakochała. – Spoglądała na niego poważnie. – Nie, nie, to nie propozycja matrymonialna. – Zauważyła zdziwienie w szarych oczach. – Dziękuję, że mi zaufałeś i opowiedziałeś o sobie. Teraz rozumiem już twoje zachowanie i to, co dzieje się dookoła – zamilkła.

– Julia?

– Tak?

– Cieszę się, że cię spotkałem – uśmiechnęła się ciepło i poklepała go po dłoni. – Dzięki tobie jest mi łatwiej, wiesz z czym… – Urwał. Przesunęła się bliżej i nieśmiało pogłaskała po głowie. Gdy przytulił się, wyczuła, że powstrzymuje płacz. Szepnęła cicho: „Jeśli potrzebujesz wypłakać się, nie musisz się krępować, nie powiem nikomu”. Zaśmiał się lekko, podniósł wzrok, którym podziękował. Położyła się na łóżku, a on opadł za nią i wtulił się w drobne ciało. Trzymając głowę na piersi, muskała jego ramię i włosy na rękach.

 

Obudzili się oboje godzinę później, przytuleni „na łyżeczki” po krótkiej drzemce. Czując się nieco dziwnie i lekko niekomfortowo, z zakłopotanym uśmiechem rozłączyli się.

– Dobra. – Był w dużo lepszym nastroju. – Kończąc temat Rafała, jest niepełnosprawny, ale to bardziej on robi z siebie kalekę, niż faktycznie nim jest. Ma protezę, dzięki której porusza się pieszo niewiele wolniej ode mnie, a da się z nią nawet biegać. Przyjedzie, jeśli tylko go o to poproszę.

– A ty co sądzisz? – Julia zaufała mu na tyle, że zdała się całkowicie na jego zdanie. Pobudka w ramionach Piotra zaskoczyła ją. Nie przypuszczała, że odczuje to tak przyjemnie. Niemal z żalem podniosła się, mając ochotę na dalsze wylegiwanie.

– To mój jedyny przyjaciel i człowiek, który nigdy mnie nie zawiódł. Ale to ty decydujesz, a nie ja.

Zamilkła. Wpatrywała się w okno, ważąc „za i przeciw”. Wreszcie spojrzała na w szare oczy i uśmiechnęła się.

 

– Biuro obsługi klienta, słucham.

– Chciałbym zamówić pana do podpisania umowy.

– Pan nie umie w umowy. – Rafał parsknął.

– Dzień dobry, panie Rafale. – Julia włączyła się do rozmowy. – Może przejdziemy na ty? Rozmawiałam z Piotrkiem i chciałabym, żeby to był pan.

Zaległa cisza.

– Powiedziałeś jej? – W głosie po drugiej stronie wybrzmiało niedowierzanie.

– O tobie? – zdziwił się. – Przecież sam chciałeś…

– Nie, nie o mnie – przerwał. – Powiedziałeś jej, jak masz na imię. Julia, jesteś tam?

– Tak, cały czas. – Spojrzała pytająco na Piotra, wzruszył ramionami.

– Uważaj, bo o ile dobrze wiem, zdradził swoje prawdziwe dane tylko dwóm kobietom w życiu! Ty jesteś trzecia.

– Powinnam się bać albo czuć wyróżniona?

– Raczej zastanowić się, czy chcesz mieć takiego faceta.

– Kurwa, Rafał… – Piotrek zgromił przyjaciela.

– Podanie prawdziwego imienia to oświadczyny? – rzuciła ze śmiechem do smartfona, a Piotrkowi posłała żartobliwe spojrzenie i puściła oko.

– W przypadku tej emocjonalnej ściany z betonu? Żebyś wiedziała – parsknął.

– Wiecie co? Pogadajcie sobie, bo widzę, że świetnie się bawicie oboje. – Piotr wstał i skierował się do toreb ze sprzętem, stojących pod ścianą.

– Przyjmujesz propozycję? – Julia spoważniała.

– Tak. Zrobię to, zarówno dla niego, jak i dla ciebie.

– Dla mnie? – Zdumiał ją. – Przecież mnie nie znasz.

– Ale poznam, a przez telefon wydajesz się świetną, interesującą osobą. Wyśle wam namiar, gdzie macie się pojawić, jutro przed dwunastą. Cześć.

 

– Będziemy? – Zerknęła na Piotra.

– Tak, będą. Poznasz jego żonę – odparł, nie odwracając głowy.

– Sądząc po tonie głosu, chyba niezbyt entuzjastycznie jesteś nastawiony?

– Oględnie ujmując – zastanowił się chwilę – nie.

Zaśmiała się, zawtórował basem.

– Zawodowym dyplomatą to ty raczej nie zostaniesz – rzuciła z przekąsem.

– Nie planuję.

– Aż taka straszna jest?

– Straszna? – Odwrócił głowę. – Jeśli straszną można nazwać kobietę, która trzebiocze jak nienormalna przez kilkadziesiąt minut bez ładu i składu, to tak.

– O mój Boże, nie zostawiaj mnie z nią! – W oczach Julii pojawiło się przerażenie. – Oszaleję albo coś jej zrobię!

– Sama chciałaś. – Podniósł dłonie, szczerząc zęby w uśmiechu. – Ja umywam ręce.

 

– Piotrek? – Leżała na łóżku, światło słoneczne na zewnątrz dogasało, zaczynał się przyjemny, chłodny wieczór.

– Hm? – Zerknął na nią. Przestała się przy nim krępować i położyła się w samym biustonoszu i stringach na pościeli. Doszedł do wniosku, że coś w nim jest, co sprawia, że kobiety czują się bezpiecznie w jego obecności i otwierają się.

– Jaki masz cel w życiu? – Patrzyła w ścianę.

– Cel? Nie dopuścić, żeby coś ci się stało, zabić Czachę i wyjechać.

– Nie, nie mówię o tym, co dzieje się teraz. – Zwróciła w jego stronę spojrzenie. Podłapał i zetknęli wzrok. Lubił ją i coraz lepiej czuł się w towarzystwie wdowy po Bolesławskim. – Jak już to wszystko się skończy. Co chciałbyś robić?

– Pytasz poważnie? – Usiadł obok, w samych bokserkach, bokiem do niej. – Zawsze chciałem mieć knajpę gdzieś na Karaibach. Na przykład na Barbados. Przy plaży. Bar z restauracją, pod palmami. Taki, w którym możesz skosztować lokalnych potraw, napić się, potańczyć i pobawić.

– Poważnie? – Ożywiła się natychmiast. – To świetny pomysł!

– Mówisz serio? – Odwrócił się i uśmiechnął.

– No pewnie! Co prawda nie wyobrażam sobie ciebie jako barmana, a raczej wykidajłę. – Parsknął. – Masz jednak sporo ukrytych talentów, których na pewno jeszcze nie pokazałeś. Myślę, że byłbyś świetnym szefem.

– Dlaczego?

– Bo potrafisz myśleć, analizować i wyciągać właściwe wnioski. Jestem po psychologii, panie Piotrze i potrafię obserwować ludzi.

Zamilkł i położył się obok.

– Marzyłem o tym, żeby postawić knajpkę przy Mullins Beach na Barbados. Byłem tam kilkukrotnie, mam już nawet upatrzone miejsce. – Pierwszy raz widziała u Piotra, tak twardego i momentami bezlitosnego mężczyzny rozmarzony wzrok. Pomyślała, że gdyby spotkali się w innych, lepszych okolicznościach, zakochałaby się w nim po uszy. – Zamierzam serwować tam najlepsze Corn’n’Oil na całej wyspie.

– Co to jest?

– Drink. Z rumem, falernum, bitters i lodem na dnie – odparł sennym głosem. – A ty? Masz jakieś plany?

– Nie mam. – Patrzyła w ścianę. – Niczego nie planowałam, po prostu chciałam uciec i osiąść gdzieś, gdzie jest ciepło. – Przeturlała się na bok i położyła na torsie głową, opierając dłoń na jego brzuchu. Zdziwiony spojrzał na nią, ale nie zareagował.

– Jeśli czujesz się skrępowany, przesunę się na swoją stronę. – Zerknęła w górę, odparł: „Nie, jeśli jej jest wygodnie, jemu to nie przeszkadza”. Leżeli tak przez dłuższą chwilę, zaczął bawić się włosami Julii, a ona palcami przesuwała po skórze na brzuchu i klatce piersiowej.

Po chwili uniosła głowę i opierając brodę na torsie, patrzyła w szare oczy. Spojrzenia spotkały się, Julia poczuła, jakby przeszedł przez nią ładunek elektrostatyczny, uniosła się lekko na dłoniach i przesunęła w górę, tuż nad jego twarz. Serce waliło jak szalone, gdy blond włosa głowa zniżyła się naprzeciw,  wstrzymał oddech, nie reagując.

Usta spotkały się, przez głowę kobiety frunęła nawałnica myśli, począwszy od „Boże, co ja robię”, przez „przecież on jest w żałobie”, po „świetnie smakuje”. Początkowo nie zareagował, zszokowany, po czym z wahaniem dotknął głowy Julii z tyłu. Jęknęła cicho i naparła mocniej językiem, wpuścił ją, wciąż niepewny i wahający się. Całując ją, czuł, jakby brakujący klocek wskoczył we właściwe miejsce, a szala na wadze przechylała się coraz bardziej w stronę „kontynuacja”, gdy…

Przed oczami stanął obraz Adrianny, żegnającej go z niepokojem w oczach wieczorem dwa dni temu.

– Przepraszam, Julia, ja… – Odsunął ją od siebie delikatnie. Maskując rozczarowanie, odparła: „W porządku, rozumiem”, nie patrząc na niego, przetoczyła się na swoją połowę i odwróciła tyłem.

– Julia…

– Piotrek, w porządku. Rozumiem.

– Gdyby nie…

– Piotrek! – przerwała, podnosząc głos. – Nie musisz się tłumaczyć, a ja nie powinnam tego robić. Chodźmy spać. – Zgasiła lampkę po swojej stronie i ułożyła się tyłem.

Dopiero po chwili zorientował się, że nie kazała mu iść na podłogę. Zastanawiał się, czy tego nie zrobić, finalnie jednak został, kładąc się w bezpiecznej odległości.

Czuł się winny, a jednocześnie wiedział, że nie mógł tego zrobić. Nie dzisiaj, nie kiedy przed oczami miał Adriannę. Nie, kiedy rana była wciąż niezabliźniona. Nie, bo, mimo że lubił Julię coraz bardziej i bał się myśleć o niej jako kimś więcej, niż osobie, której pomaga, instynkt podpowiadał mu, że pasuje do niego lepiej, niż Ada, a on nie wiedzieć czemu, nie chciał przyjąć tego do wiadomości.

Chciał być fair, a dzisiaj… wykorzystałby ją.

Nie mógł długo zasnąć, przewracając się z boku na bok i czując słodki smak ust Julii.

Wreszcie zmęczony walką, poległ.


Wstała pierwsza, chcąc uniknąć patrzenia mu w oczy w łóżku i współczującego spojrzenia.

Wieczór zakończył się porażką, ale czego w sumie mogłaś się spodziewać? – strofowała się w myślach. – Chciałaś uwieść mężczyznę, który trzy dni wcześniej kogoś stracił. I jeszcze ci o tym powiedział. – Czesząc się przed lustrem, zastanawiała się, jak wielką idiotką okazała się i jak skompromitowała w jego oczach.

 

Godzinę później jadła śniadanie, gdy Piotrek otworzył oczy.

– Dzień dobry. – Spojrzał na nią.

– Dzień dobry – odparła, patrząc w ekran smartfona.

– Poranna pobudka? – Podniósł się i zerknął na zegarek, po czym zaklął: „Kurwa, zaspałem o półtorej godziny”.

– Raczej o normalnej porze, jak się śpi do dziewiątej, to tak się kończy – podsumowała z przekąsem, biorąc kęs kanapki.

– Julia… – Stanął za nią.

– Daj spokój, Piotrek  – przerwała. – Nie ma o czym rozmawiać. O której spotkanie? – Zmieniła szybko temat.

Zamilkł, zmierzył ją wzrokiem, na co nie zareagowała.

– O dwunastej. Rafał wynajął pokój na godziny w hotelu. Potulski wie?

– Zaraz napiszę do niego. – Wciąż patrzyła się w ekran.

– Julia…

– Piotrek, proszę cię. – Wstała i spojrzała mu prosto w oczy. – Zróbmy co mamy do zrobienia i skończmy to, zanim nie będziemy mogli na siebie patrzeć. – Wyszła do łazienki.

Zdziwił się, nie zareagował jednak, stwierdzając w myślach, że może faktycznie powinni skupić się na spotkaniu, a porozmawiać później.

W samochodzie panowała cisza. Prowadził, Julia patrzyła w okno, milcząc. Chciał nawiązać rozmowę, o czymkolwiek, czuł jednak, że wszystkie próby napotkają mur, co dała mu do zrozumienia przy stole, w motelu.

 

Pokój hotelowy okazał się loftem, z aneksem kuchennym, oddzielną sypialnią oraz łazienką. Z zachwytem stwierdziła w myślach, że tutaj mogłaby mieszkać, zamiast tego obskurnego, choć na szczęście czystego motelu.

Rafał z Dominiką czekali na nich, przyjaciel Piotra okazał się wysokim, szczupłym mężczyzną o pociągłej twarzy, bez zarostu, z przenikliwymi, brązowymi oczami, a Dominika – korpulentną, dość wysoką kobietą, wyglądającą przy Julii jak starsza siostra. Ewidentnie polubiła Bogusławską od samego początku, niestety bez wzajemności. Po kwadransie rozmowy Julia miała ochotę uciec.

– Znasz jego prawdziwe imię?

– Znam. Dlaczego pytasz? – Po serii pytań o rodzinę, zwierzęta, poglądy polityczne, ulubione ciuchy, miejsca wakacyjne czy liczbę facetów, przeszły na tematy związane z rzeczywistością.

– Oni mają świra na punkcie ukrywania tożsamości. Nie dziwię się, bo zależy od tego powodzenie akcji, a często zdrowie, a nawet życie. Ale żonie chyba można powiedzieć, co? –  Chciała wtrącić, że nie jest żoną Piotra, ale Dominika nie dała jej dojść do słowa. – Musi ci ufać.

– Kto?

– No, Piotrek. Podał ci swoje imię, a to znak, że wpuścił cię do supertajnego, wewnętrznego kręgu. – Wywróciła oczami. – Poza tym jesteś w jego typie. Zawsze mówił, że jeśli się kiedykolwiek ożeni, to wybranka będzie miała ciemne, kręcone włosy. Masz nie do końca pofarbowane i widać, że są naturalnie ciemne.

– To chyba nie wchodzi w grę. – Udało się jej wejść w słowotok. – Nie jesteśmy parą, a ja świeżo upieczoną wdową, od trzech dni. – Nie dodała, że dzisiaj w nocy dostała kosza, co może nie bolało, ale ubodło w jakimś stopniu kobiecą dumę.

– Och, nie wiedziałam, przepraszam! – Dominika złapała się z głowę. – Nie miałam pojęcia…

– Nie masz za co przepraszać, bo to było skończone bydlę. Niech mu ziemia ciężką będzie.

– To w sumie dobrze, dla ciebie, gorzej dla męża – wybuchła głośnym rechotem, a Julia zaśmiała się krótko, wznosząc w myślach modlitwy o ratunek. – Muszę powiedzieć, że pasujecie do siebie. Może skoro ty jesteś wolna i on też, to… – Zrobiła prowokującą minę.

– To nie będzie możliwe – odparła. – Nie wydaje mi się, żeby Piotrek kogoś szukał, a ja tym bardziej.

– A szkoda, bo dobrze razem wyglądacie, a widziałam, jak on na ciebie patrzy.

– Nie patrzy tak, on. – Nie chciała mówić o Adriannie, uznała, że to nie jej sprawa. – Po prostu to się nie wydarzy, przepraszam. – Wyszła do łazienki.

Stojąc przed lustrem, widziała siebie, a jednocześnie kogoś innego. Przypomniała sobie „The Dress” i uznała, że Adam miał rację. Tekst zmienił jej życie, dzięki niemu odważyła się zdjąć maskę i uciec.

Jedyne obawy, jakie żywiła, wynikały ze strachu przed nieznanym. Wchodziła w to sama, bez wsparcia oraz pomocy i nawet pieniądze Mariana nie mogły zagwarantować, że wszystko skończy się dobrze. Mogła poprosić jego, Piotrka, żeby pomógł jej, coś jednak podpowiadało, że tę drogę musi przejść sama, a wydarzenia z poprzedniego wieczoru tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że powzięła właściwą decyzję. Lewe dokumenty, które Rafał przywiózł dzisiaj, były wystarczającym wytrychem do lepszego życia.

Paulina Nowowiejska, lat trzydzieści cztery. Dowód i paszport wydane w Łodzi. Ważne jeszcze pięć lat. – Przestudiowała dokładnie oba dokumenty, ucząc się danych na pamięć.

– Wszystko w porządku? Julia? – Usłyszała głos Piotrka za drzwiami do łazienki. Nie zorientowała się, że siedzi w niej ponad kwadrans.

– Tak! Zaraz wychodzę! – odkrzyknęła i sfinalizowała transakcję kupna biletów.

W jedną stronę.

 

– Szanowni państwo, jestem dumny, mogąc uczestniczyć z państwem w tak potężnej transakcji. – Potulski jakby mógł, kobietom całowałby stopy, a Piotrowi oraz Rafałowi zrobił loda. – Umowę mamy uzgodnioną, państwa dane, pani Julii i pani Dominiki również mam, świetnie!

– Dobra, ale umowa musi być sporządzona w obecności notariusza, jakoś go tu nie widzę. – Piotr wyhamował zachwyt prawnika.

– Panie Marku. – Prawnik odezwał się jowialnym głosem, nie znając prawdziwego imienia Michalskiego. – Proszę pozwolić mnie zatroszczyć się o ten szczegół. Przy takiej prowizji pokryłem ten nikły wydatek na notariusza z własnej kieszeni, zapewniając państwu komfort i brak konieczności udania się w kolejne miejsce. – Piotrek, słysząc głos dziada, miał ochotę wbić mu nos w twarz. – Po naszym spotkaniu pojadę do notariusza i dopełnię w państwa imieniu formalności – uśmiechnął się po raz kolejny, a Michalski zacisnął pięści i zdusił w sobie kolejną chęć zmasakrowania prawnika.

 

– Panie Zbigniewie, proszę pamiętać, że czeka pan pół godziny, a następnie wychodzi tylnym wyjściem, do podstawionego samochodu, okej? – Rafał po raz kolejny tłukł do głowy prawnikowi, jak ma się zachować po ich wyjściu. Obaj z Piotrkiem byli niemal pewni, że przyciągnął za sobą ogon, a powodem śledzenia go była Julia. Zastanawiali się, jak to rozegrać, kiedy obie weszła do kuchni.

– Co się dzieje, czemu szepczecie tu, jak konspiratorzy? – Spojrzała na obu. Nie odzywali się do siebie z Piotrem po poranku, poza wymianą kilku zdań podczas spotkania z Potulskim.

– Prawnik przyciągnął ogon, zastanawiamy się, jak to rozegrać, żeby stworzyć jak najmniej zagrożenia. – wypalił Rafał, na co Michalski zgromił przyjaciela wzrokiem.

– Myślimy, żeby wywabić ich, unieszkodliwić i wrócić po was. – Włączył się Piotrek.

– Chcecie nas tu zostawić? – wystraszyła się. – A jak Czacha pośle ludzi do budynku i zaczną nas szukać? Nie damy rady się obronić.


– Gotowi? – Przyjechali w trzy samochody, w tym jeden, śledzący adwokata. Czacha sprawdzał gotowość pozostałych. Obaj kierowcy zgłosili się na wyznaczonych stanowiskach. – Teraz nam nie spierdolą, ostatnio daliśmy się zaskoczyć. – Odwrócił się w stronę siedzącego za kierownicą Budzika, który przytaknął, obserwując wyjazd z parkingu podziemnego.

– Jest! – zauważył po kilku minutach, gdy brama podniosła się i wyjechała przez nią czarna Toyota CH–R.

– Są – rzucił Czacha do telefonu.

Ruszyli powoli, kryjąc się za samochodem dostawczym, jadącym między nimi. Wąska uliczka, w której znajdował się wyjazd z garażu, skończyła się i po wyjeździe na jedną z arterii miasta, trzypasmową ulicę, Toyota przyspieszyła gwałtownie, zmieniając pas z prawego na lewy.

– Próbuje spierdalać – sapnął Budzik, manewrując między autami. Ruch był spory, jednak bez korka, a gangster musiał przyznać, że ten najemnik prowadził zajebiście.

– No to dawaj, dawaj. – Czacha wyjął broń zza pazuchy. – Musisz podjechać bliżej, na równoległym pasie.

– Łatwo ci, kurwa, mówić, to jakiś jebany Lewis Hamilton jest. – Budzik aż spocił się w trakcie jazdy. Jechali dość szybko jak na ulicę i porę dnia, bo prawie osiemdziesiąt na godzinę. – O, jebany! – Otworzył szeroko oczy, gdy CH–R wykonała nawrót na zakazie i ruszyła w przeciwnym kierunku, po czym przeskoczyła na prawy pas z zamiarem skrętu w prawo.

– Dwójka, jest wasz! – Czacha wydarł się do słuchawki.

– Dwójka zgłasza się.

– Na najbliższym w lewo, później prosto, jeśli chce pojechać tam, gdzie myślę, przetniemy mu drogę za – policzył na mapie – półtora kilometra.

A8 z potężnym, czterolitrowym silnikiem Diesla skoczyło gwałtownie do przodu. Budzik musiał wykazać się nie lada umiejętnościami, unikając zderzenia.

– Zaraz ktoś nas zgłosi na pały. – Spocony spojrzał na Czachę.

– Jest, kurwa jebana! – Ten nie zwracał uwagi na kierowcę, skupiony na ściganym samochodzie. Wyjął broń i kiedy auta zaczęły zrównywać się, strzelił w kierunku przedniego siedzenia pasażera w CH–R. Pocisk utkwił w karoserii, a Toyota uderzyła bokiem w A8. Masa obu pojazdów była nieporównywalna, a Audi cięższe o ponad pół tony.

Rozległy się syreny policyjne.

– Musimy spierdalać! – Budzik spojrzał w tylne lusterko. – Psy!

– Chuj z nimi, podjedź bliżej! – wrzasnął i strzelił dwa razy. Oba na szczęście niecelne. Toyota niespodziewanie zwolniła gwałtownie i skręciła w lewo, pod prąd. Po czym po raz kolejny w lewo, wjeżdżając w osiedlową uliczkę.

– Szefie, naprawdę musimy spierdalać. Znam tę okolicę, on jedzie pod komisariat!

– Kurwaaaaa! – Wściekły Barski rąbnął rękojeścią Glocka w tapicerkę, uszkadzając ją. – Jebany skurwiel, zajebię go i ta wyjącą dziwkę! – Miał taki obłęd w oczach, że Budzik wystraszył się jego wyrazu twarzy. Audi zjechało na bok i po chwili zgubiło ślad ściganego samochodu.

– Nic nie mogliśmy zrobić. – Samochód zatrzymał sie na poboczu, a Budzik spojrzał na Czachę. Ten wściekły oddychał szybko.

– Wiem – rzucił krótko. – Spierdalamy, bo nas powiną.


– Słuszna uwaga. – Rafał z uznaniem poparł Julię. – Po prostu zamieńmy samochody.

Spojrzeli na Piotrka.

– Robię się stary i przestaję myśleć – westchnął. – Czym przyjechałeś? Tylko nie mów, że TT–tką Dominiki.

– A co, nie chciałbyś się karnąć? – parsknął. – XC60, łap. – Rzucił mu kluczyki i otrzymał nieme podziękowania wzrokiem.

– Stary, uważaj na siebie. Dawno nie przebywałeś w terenie. W schowku masz Glocka. – Piotrek stanął naprzeciw przyjaciela i przybił piątkę, a następnie uściskał. – Dzięki za wszystko.

– Uspokój się, kobiety patrzą. Jeszcze gotowe są pomyśleć, że zrobiliśmy się miękcy. – Mrugnął okiem do Julii, która uśmiechnęła się bez słowa.

 

Wyjechali minutę po Toyocie, niezauważeni włączyli się do ruchu i po chwili zniknęli w tysiącach samochodów, krążących tego dnia po Łodzi. Wracali w ciszy, identycznej co podczas porannej podróży. Myśli Piotrka krążyły wokół Julii, wiedział, czego ona chce i szala coraz bardziej przechylała się w stronę, której poprzedniego wieczoru wystraszył się i zrejterował. Sumienie krzyczało: „Ada”, a rozsądek spokojnie mówił: ”Julia”.

– Mam pomysł. – Spojrzała na niego, odwracając powoli wzrok. Uderzył go brązowy, intensywny kolor tęczówek i, mimo że zafarbowane kiepsko włosy zaczynały brązowieć, a u nasady pojawiał się naturalny kolor, piękno i spokój wewnętrzny kobiety opanował zmysły. – Trzeba uczcić to obiadem. Nie jesteś głodna?

– Jestem. – Odwróciła spojrzenie w okno. – Co proponujesz?

– Po restauracjach nie bardzo możemy się włóczyć, ale – zastanowił się – może poszukasz na Google trzech najlepszych barów z domowym jedzeniem we Włocławku? Weźmiemy na wynos i zjemy w motelu.

– Randka przy żarciu ze styropianowych pudełek? Tego jeszcze nie przeżyłam. – Wciąż patrzyła w szybę. Zaskoczyła go próba żartu, był pewien, że obraziła się i do rozstania nie będzie się odzywać. – Chcę De Vollaile, frytkami i surówką.

– Twe życzenie jest dla mnie rozkazem, pani. – W sztywności charakteru Piotrek odnalazł ślady schowanego głęboko flirtu. Zaśmiała się krótko i odwróciła wzrok, patrząc się przez dłuższą chwilę w lewo, na niego. Gdy spojrzenia spotkały się, uśmiechnął się lekko, na co oddała uśmiech i rzuciła.

– Prowadź w takim razie, na tę styropianowa randkę, milordzie.

Zadzwonił Signal. Rafał.

– Słuchaj, ten CH–R to był ubezpieczony? – Stał chyba przy ruchliwej ulicy, kiepsko było go słychać.

– Nie mam pojęcia, jesteście cali? – zaniepokoił się Piotr.

– Poza kulą, która utkwiła w drzwiach od strony pasażera z przodu, nic nam nie jest – zaśmiał się. Julia zbladła.

– Dominika z tobą jechała? Boże, na pewno jesteście cali?!– Wyrwała się do przodu i krzyknęła do smartfona.

– Piotrek? Ona ma nas za jakichś amatorów, co? Szanowna pani, najbezpieczniejsze miejsce w samochodzie to siedzenie z tyłu za kierowcą i tam usadziłem małżonkę. Przeżyła rajd i poza próbą strzelaniny, bawiła się setnie. Dzwonię, tylko żeby powiedzieć, że jak już skończycie wasze wojaże i zaprosicie nas na ślub, to przy okazji dajcie namiar na Volvo, żebym mógł po nie podjechać. Bye. – Rozłączył się.

– Taki przyjaciel to skarb. Nie strać go. – Spojrzała na niego z uwagą, ignorując żart o ślubie. Nie odpowiedział, wciąż zastanawiając się, co dalej.

Dwa tygodnie, dwie kobiety.

Tyle kandydatek na partnerkę nie spotkał przez ostatnie… dwie dekady? Musiałby sięgnąć pamięcią wstecz, ale tak mu się klarowało w głowie.

Nie potrzebował ich, radził sobie świetnie sam. Nie licząc Astrid, tej pięknej Szwedki, z którą ponad dziesięć lat temu łączył go seks i w zasadzie niewiele więcej, kobiety były obecne w jego życiu głównie jako cele lub prostytutki.

Tymczasem przez ostatnie dni zderzył się ze ścianą emocji. Najpierw Ada, a teraz Julia.

Czy druga z nich była TĄ osobą? Pytanie dźwięczało w głowie całą drogę. Dla osób z boku absurdalnie zabrzmiałoby zastanawianie się, czy kobieta znana mu od dwóch dni nadaje się na partnerkę, być może na całe życie. Był jednak pewien, że przychodzą momenty, gdzie trafia się na tego KOGOŚ, drugą połówkę.

A on, mimo że nie angażował się wcześniej w związki, na starość nie zamierzał zostawać sam. A tym bardziej przegapić tej „właściwej” kobiety.

Wrócił do rzeczywistości, nie czuł wyrzutów sumienia z powodu poprzedniego wieczoru, rozumiał też jej zachowanie i rozczarowanie. Mimo że uczuć nie da się w prosty sposób zanalizować i rozłożyć na czynniki pierwsze, starał się to wykonać.

Na końcu, tuż przed motelem, doszedł do wniosku, że… dalej nic nie wie.

 

– Powiedz mi. – Jedli w milczeniu. Miał nadzieję, że coś zmieni się po obiedzie lub w trakcie, ale w dalszym ciągu była wycofana i niewiele mówiła. – Jak to się stało, że kobieta po studiach, oczytana i z możliwościami zawodowymi, skończyła jako żona lokalnego ojca chrzestnego?

Popatrzyła na niego przeciągle.

– Mówisz to, bo naprawdę chcesz wiedzieć, czy przeszkadza ci cisza i chcesz ją czymś wypełnić?

Milczał przez chwilę.

– Nie musisz być niemiła.

– Nie jestem, stawiam granicę.

– Granicę czego?

Nie odpowiedziała.

– Tak, interesuje mnie to, nie dlatego, żeby zapełnić ciszę. Chcę dowiedzieć się, bo naprawdę mnie interesujesz. Ty.

Brązowooki wzrok spoczął na jego twarzy. Mierzyła go jeszcze przez chwilę, po czym zaczęła mówić.

– Wiesz, co to jest DDA?

– Dziecko Dorosłych Alkoholików – odparł. – Znam niektóre terminy z psychologii.

– Wiesz też pewnie zatem, co się z tym wiąże i jakie są konsekwencje dla dzieck… – Słuchał jednym uchem, obserwując jednocześnie, jak porusza dłońmi, układają się usta, obserwował oczy, sylwetkę, chłonął dźwięczny głos. – Po studiach wróciłam do domu, próbując być silną i przeprowadzić samodzielną terapię na ojcu, ale jako ofiara najpierw sama powinnam się wyleczyć. Popełniłam głupi błąd, jak nowicjuszka. Mechanizmy wbite do głowy u dziecka, chore i złe, wygrały z wiedzą wyuczoną. Skończyło się tym, że zamiast leczyć ojca, zostałam tam, wpadając w negatywne mechanizmy zachowań, nabyte w dzieciństwie, pracując w gospodarstwie i chroniąc matkę przed nim. Marian zauważył mnie przypadkowo, przejeżdżając niedaleko. Przyniósł ojcu zgrzewkę Whisky i zabrał do siebie, mając wybór pozostania tam albo życia z nim, nawet takiego jak mi często fundował, ale w luksusowych warunkach, raczej nie zastanawiałam się, co wybrać.

– Nie chciałaś, nie próbowałaś uciec? Mówię o domu rodzinnym.

– Nie znasz schematów, jakimi myślą DDA, nie próbuj mnie nawet zrozumieć. A ja nie mam ochoty ci tego tłumaczyć – umilkła i wstała, kończąc posiłek.

– Znowu jesteś niemiła. Oschła.

Zignorowała go.

– Julia?

Cisza.

– Julia! – wściekł się i ruszył za nią. Myła ręce w umywalce w łazience. – Musisz być taka? – Pierwszy raz widziała go podnoszącego głos.

– Czego ty ode mnie chcesz, Piotrek? – Odwróciła się i stała z mokrymi dłońmi. We wzroku spostrzegł, że jest zła. – Powiesz mi? Bo wczoraj dałeś wystarczająco wyraźnie do zrozumienia, czego. Nie zamierzam stawać ci na drodze i proszę, żebyś dał mi spokój. Jutro uwolnię cię od swojego towarzystwa. – Minęła go i złapała za ręcznik.

Chciała być sama, a on wymuszał wspólne przebywanie. Nie miała na to ochoty, ubiegłego wieczoru dostała jasny sygnał, jakie są jego cele.

– Julka! – Pierwszy raz zdrobnił imię. – Zaczekaj, kurwa mać! – Chwycił za ramię, odwrócił i pocałował.

Świat zatrzymał się. Zamarła, początkowo nie wiedząc, jak zareagować. Nie był nachalny, próbował wybadać grunt językiem i ustami, a kiedy nie oddała pocałunku, odsunął się.

– Nie zamierzam być substytutem – powiedziała cicho. – Nie traktuj mnie tak, jeśli masz ją dalej w głowie, zatrzymaj się tam, gdzie jesteś.

– Adrianna zostanie zapamiętana, w sposób jej należny. Na pewno o niej nie zapomnę. – Zbliżył się, dotknął policzka i włożył włosy między palce. – Zależy mi na tobie i… – urwał – nie jestem dobry w te klocki.

– Kiedyś musisz zacząć być, czas dorosnąć – patrzyła chłodno.

– Julia… – Widziała, jak jest mu ciężko, ale nie zamierzała ułatwiać zadania. – Dobra, w porządku. Nie kocham cię, ale cholernie lubię. Bardzo. I dobrze się czuję  z tobą, uważam, że świetnie się uzupełniamy. Chciałbym, żebyśmy spróbowali, bo widzę w tym sens i… pasujemy do siebie. – Oddychał szybko, zdenerwowany. Pierwszy raz oglądała go takiego, niemal odsłoniętego i bezbronnego, jak dziecko. – Czy się w tobie zakocham, nie wiem, bo nie mam pojęcia, czy potrafię. – Mówił coraz szybciej. – Nie wiem nawet, czy kochałem kogokolwiek w życiu. Chciałbym jednak, żebyś była moją – wziął głęboki oddech – kobietą. Nie jesteś tą drugą, nigdy cię tak nie traktowałem, wczoraj chciałem być wobec ciebie fair i nie mogłem tego zrobić, ale dzisiaj uświadomiłem sobie, że jeśli pozwolę ci odejść, będę żałował do końca życia.

Zamilkł. Brązowe oczy wpatrywały się w łysą głowę, twarz z trzydniowym zarostem.

Zakocham się w nim, jeśli tylko zrobię krok – stwierdziła w myślach.

– Julia? – Z niepokojem szepnął. – Wszystko oke… – Nie zdołał dokończyć, zamknęła mu usta pocałunkiem, tym razem bez badania, zaatakowała pełną mocą, wsuwając język do ust, a gdy przyjął ją całą, jęknęła głośno i przywarła do niego całym ciałem.

Zrzucali z siebie ubrania, jedno po drugim, nie przerywając pocałunków, wreszcie stanęli nadzy naprzeciw, jakby oceniali wzajemnie, czy są warci dalszym działań.

– I co dalej? – rzuciła poważnie, w oczach dojrzał uśmiech.

– Cicho. – Kiedy uniósł ją, uświadomił sobie, jak lekka i drobna jest. Położył na łóżko, rozsunął uda i zaczął całować wewnętrzną część, przesuwając się w górę. Zamknęła oczy i oddychała miarowo, ciężko, czekając, aż dotrze tam, gdzie jest najbardziej oczekiwany. Zostawiał mokre ślady na skórze, chłonąc zapach i feromony, aż wreszcie dotarł do niej, pocałował mokro, pełnymi ustami z zewnętrznej strony i rozchylił delikatnie płatki czubkiem języka.

Jęknęła nerwowo i spojrzała w dół. Spojrzenia spotkały się, naparł mocniej, czym wywołał strzał przyjemności. Sięgnęła palcami i rozsunęła ją, eksponując różowe wnętrze, po którym przejechał całą powierzchnią języka. Wygięła ciało w łuk, nie spodziewając się, że odczuje pieszczotę tak mocno i jęknęła głęboko oraz długo, dając sygnał, że to ostatnie było przyjemne. Powtórzył ruch, później po raz kolejny. I następny. Po każdym liźnięciu jęk był coraz szybszy i głośniejszy, bardziej chaotyczny i oczekujący. Gdy czubek języka dotknął guziczka, w nomenklaturze Julii, magicznego guziczka, krzyknęła i zadrżała, po czym poprosiła, żeby nie przestawał. Głaskała go po włosach i szeptem dopingowała, aby pracował i nie przerywał. Obręcz w ciele zaczęła zaciskać się, ona milkła coraz częściej, wstrzymując oddech, aż puszczała powietrze, oddychając tak szybko, jakby hiperwentylowała, po czym zaciskała się, a uda drżały w niekontrolowanej serii skurczy.

Wreszcie doszła.

Z długim, cichym, namiętnym jękiem, wsuwając mu palce we włosy i wyginając ciało w łuk. Z zamkniętymi oczami próbowała uspokoić oddech, gdy usłyszała, jak rozpakowuje prezerwatywę.

– Nie trzeba, nie musisz – szepnęła, nie otwierając oczu. – Chodź do mnie, bardzo chcę cię we wnętrzu. – Podniosła powieki i ujrzała stalowe oczy, wpatrujące się z pożądaniem oraz pozostałość orgazmu na policzkach i ustach. Uczucie wypełnienia, jakie dopadło ją po chwili, wywołało drżenie ud, a kiedy usłyszała jego oddech, chrapliwy, przyspieszony, dzięki przyjemności, jaką mu dawała, doszła po raz kolejny, natychmiast. Wbiła paznokcie w ramiona Piotra, krzycząc.

– Jula. – Zdrobnił pieszczotliwie imię. – Wszystko dobrze?

Uśmiechnęła się bez słowa.

– Nie mogło być lepiej. – Przeciągnęła się, wciąż mając go w sobie. – Przeleć mnie i skończ w środku. Zrób to tak, w jaki sposób masz ochotę. Och! – Gdy wznowił ruchy, poczuła go jeszcze mocniej. Dotykała napiętych mięśni brzucha, torsu, chwytała za pośladki. Pracował metodycznie i niespiesznie, obserwując twarz dziewczyny, oraz napięte sutki piersi i całując ją, raz po raz. Widząc, że przyspieszył i chyba chce kończyć, przyciągnęła go do siebie i objęła udami.

– Jula, już – wyszeptał prosto w jej ucho. Poczuła wypełnienie ciepłem, ulgę, zadowolenie i zachwyt. Poruszał się jeszcze przez chwilę, po czym wysunął ostrożnie.

Położyła się na jego ramieniu i uspokajała oddech.

 

– Nie biorę antykoncepcji. – Po dziecięciu minutach ciszy, gdy myślał, że zasnęła, odezwała się niespodziewanie.

– To jak… – Uniósł się i spojrzał na nią. O dzieciach nie myślał, nie planował i raczej nie miał ochoty na potomka, zwłaszcza że najmłodszy już nie był. Poza tym to byłoby absurdalne, gdyby chciała mieć teraz z nim…

– Nie mogę mieć dzieci.

Zamilkł, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć.

– Przepraszam – wyszeptał w końcu. – Nie…

– Nie masz za co – przerwała. – To nie twoja wina.

– A czyja? – Zanim skończył pytanie, pomyślał, że nie powinien go zadawać.

Zamilkła na chwilę.

– Mariana – szepnęła. – Oddał mnie kiedyś dwóm Ukraińcom, z którymi robił biznesy narkotykowe i przemycał dziewczyny do burdeli. Takim o głowę większym od ciebie i ważącym ponad sto kilo. Później dosypał mi coś jeszcze, jakiś środek, po którym nie czułam bólu i byłam obojętna, a mimo to ciało miało ochotę na seks. Gwałcili mnie we trzech całą noc. Skończyło się aborcją, zakażeniem chlamydią i… – Łza popłynęła po policzku, błyskając w świetle lampki. – I to cała historia.

– Bardzo mi przykro. – Głaskał lekko skórę Julii na ramieniu. Nie reagowała, patrząc pustym wzrokiem przed siebie.

– Pamiętam, kiedy po wszystkim obudziłam się z sypialni – kontynuowała głuchym głosem. – Stał nade mną lekarz, a ja nie miałam pojęcia, co się stało. W ogóle nie pamiętałam gwałtów i całej nocy. Dopiero później przypomniałam sobie, a kiedy dowiedziałam się… – umilkła i usiadła, płacząc. Wstał za nią, wtuliła się w niego, drżąc i zostawiając mokre ślady po łzach na torsie i bicepsie.

– Spokojnie, jesteś bezpieczna, ze mną – szeptał. – Nic złego się nie stanie.

– Nienawidzę go. – Opadła na poduszkę i otarła łzy. – Nie chciałam mieć dzieci, przynajmniej do tej pory o nich nie myślałam. Jednak móc, a nie chcieć i nie móc oraz nie mieć wyboru, to jest różnica, prawda?

Nie odpowiedział, tuląc ją i bawiąc się włosami.

– Czy coś zmieni, jeśli powiem, że gdybyśmy byli razem, to nie ma dla mnie znaczenia? Pewnie zakocham się w tobie i będę kochał, obojętne, czy dasz mi potomstwo, czy nie. Najwyżej kupimy sobie psa. Albo kozę  – zażartował. Uśmiechnęła się smutno.

– Chcę się dalej kochać. – Naparł na nią, poczuła, że znów jest gotowy i na myśl o tym, że wejdzie w nią, kiedy jest we wnętrzu wilgotna od jego orgazmu, podnieciła się momentalnie, zapominając o smutkach. Zaskoczony obserwował, jak wstaje, klęka tyłem i eksponuje błyszczącą, ociekającą nasieniem świątynię przyjemności, do której wjechał kilka sekund później.

Skończyli późnym wieczorem, a kiedy położyli się obok, Piotr wiedział, że wybrał właściwie.


Nie spała pół nocy, od trzeciej trzydzieści w zasadzie czuwając. Ukradkiem, kiedy zasnął wieczorem, spakowała się w jedną z toreb i ustawiła ją tuż przy wyjściu z pokoju. Alarm miała nastawiony na czwartą trzydzieści, wyłączyła go kwadrans przed czasem, podniosła się po cichu, nie chcąc go budzić i zaczęła się krzątać.

Pół godziny później pod motel podjechał Uber, poruszając się jak duch, bezszelestnie otworzyła drzwi, wystawiła torbę na zewnątrz i zniknęła.


Obudził się, dotykając ręką pościeli obok. Wyczuł pustkę, szepnął: „Jula, jesteś tam?”.

Odpowiedziała cisza.

Przetoczył się na bok, zerkając na zegarek w smartfonie.

Siódma dwadzieścia.

– Jula? – Podniósł się i rozejrzał. Pokój był pusty, w łazience ciemno. Zdezorientowany wstał i od razu wiedział, że jest sam. Zaskoczony pomyślał, że może poszła po zakupy, tak jak po pierwszej nocy, gdy ujrzał jednak kartkę, wypełnioną równym, ładnym pismem, leżącą na stole, wiedział już, co się stało.

Wnętrze wypełnił żal i rozpacz. Rzucił się na kawałek papieru i zaczął czytać.

Piotrek. A może powinnam napisać, Piotrusiu. Po tym, co przeżyliśmy razem, nie tylko ostatniej nocy, ale w ciągu ostatnich trzech dni, chyba mogę, prawda?

Przerwał lekturę, podniósł wzrok i spojrzał w sufit. Czuł się, jakby grunt usunął się spod nóg.

„Nie chciałam tego, plan zakładał, że będziemy dalej pokłóceni, a ja zniknę w nocy. Tak byłoby łatwiej. Jednak ostatnie kilka godzin zmieniło mnie, dałeś mi coś, czego nie zaoferował żaden mężczyzna, szansę na związek i coś naprawdę poważnego. Wahałam się do samego końca, co zrobić. Uznałam jednak, że ścieżka, która otwiera się przede mną, ścieżka rozpoczęcia wszystkiego od nowa, na własny rachunek, musi być tylko moją. Czujesz się zapewne oszukany i… masz rację. Jeśli znienawidzisz mnie za zostawienie cię w sytuacji, gdy właściwie zaczęliśmy być razem, nie będę miała do ciebie pretensji. Nie mogę.

Wiedz, że to nie twoja wina, nie zrobiłeś niczego, co wywołało odejście. Czuję, że muszę to zrobić, a co się stanie dalej, tego nie wie nikt. Po prostu muszę sama zdecydować, czego chcę, a twoja obecność, mimo że pożądana, wpływałaby na tę decyzję.

Nazwij mnie egoistką, pewnie sama tak bym się określiła. To, co robię, nie jest skierowane przeciw Tobie lub nam, bo po dzisiejszej nocy jesteśmy my.

Tak, dobrze czytasz. Nie „byliśmy”, cały czas „jesteśmy”. I będziemy, nawet jeśli nigdy nie spotkam Cię i nasze ścieżki się nie przetną, nie popatrzę w te szarostalowe oczy i nie usłyszę Twego niskiego, wzbudzającego wibracje w ciele i wnętrzu głosu.

Nie mówię „żegnaj”, bo zabrzmiałoby to melodramatycznie i… chyba nie to chciałbyś usłyszeć. Nie chcę obiecywać Ci czegokolwiek, bo nie wiem, czy będę mogła obietnic dotrzymać.

Pewna jestem tylko jednego. Zakocham się w tobie, jeśli będziemy razem, bo czuję to ciałem i całą sobą.

Twoja Julia.”


Przygotowania w posiadłości, należącej niegdyś do Mariana, a obecnie zajmowanej samozwańczo przez Czachę trwały. Gangsterzy zgromadzili całą broń, jaką posiadali, ściągnęli ludzi z terenu.

Dysponowali łącznie dwudziestoma dwoma głowami, włączając w to Czachę i Budzika. Barski od rana chodził podminowany i nakręcony, ciskając się co rusz i czepiając wszystkich dookoła.

I jeszcze ten cholerny gówniarz, syn Kataryny, traktował go z góry, niczym służącego.

Po piętnastej zrobił obchód, brama – zabezpieczona i uzbrojona. Dwumetrowy mur za drutem kolczastym, w środku oddział chłopaków pod bronią, na zewnątrz rozstawione patrole, a dookoła posiadłości zamontował w ostatnich chwili czujniki ruchu. Kosztowały niemało, zwłaszcza że zlecenie trafiło do pewnej firmy poza kolejnością, dostał jednak gwarancję, że mysz się nie prześlizgnie.

– Wróbel dzwonił? – Około osiemnastej spotkał się z Budzikiem na obchodzie. Ten zaprzeczył kiwnięciem i zapytał, czy to coś zmienia.

– Wątpię, pewnie umył ręce. Po co miałby angażować się w walkę po jego stronie.

Po to, żeby zdobyć tereny, które są w rękach Bogusławskiej – dopowiedział w głowie. Myśl, że straciłby dostęp do posiadłości, przerażała go, jednocześnie zgubienie ich dzień wcześniej w Łodzi było koszmarnym niepowodzeniem, które, miał nadzieję, nie spowoduje konsekwencji, których najbardziej się bał.

Usiadł na tarasie drugiego piętra domu i z niepokojem, trzymając w rękach broń, patrzył w pochmurne, gasnące niebo.


Do pierwszego samolotu, na lotnisku w Łodzi wsiadła o jedenastej. Lot do Madrytu miał potrwać nieco ponad trzy godziny, w międzyczasie załatwiła jeszcze kilka formalności i tuż przed południem wystartowała.

Żegnała ją pochmurna, brzydka pogoda, mimo że powinna być radosna, czuła żal i zastanawiała się cały czas, czy nie popełniła błędu. Przed oczami miała jego twarz, oczy, gdy z zaangażowaniem tłumaczył powody wcześniejszego zachowania, uczucie, które rosło, gdy kochał się z nią.

Odprawiając się, wciąż przez głowę przechodziła myśl, że jeszcze może się wycofać, wrócić i… polecieć wspólnie, jutro. Bo nie wątpiła, że on w Polsce nie zostanie. Przeszła jednak kontrolę na bramkach, biernie, jakby ktoś sterował ciałem i nie dopuszczał myśli, że mogłaby się jednak cofnąć.

Może. – Spoglądała w okno, gdy samolot przyspieszał na pasie startowym. – Może tak po prostu musi być. A ja, zamiast próbować pisać scenariusz, poddam się temu, co się wydarzy?

W głębi duszy grała cicho nadzieja spotkania go, kiedyś, w bliższej lub nieco dalszej przyszłości. Obok stała obawa, na razie skutecznie zagłuszana, niepokój o to, czy będzie chciał w ogóle z nią rozmawiać.

Nie wrócę tu już, nigdy. – Spojrzała w dół, na polskie krajobrazy i przez głowę przemknęła myśl, że resztę życia spędzi gdzieś daleko od Polski.


Dochodziła jedenasta, gdy metodycznie i bez pośpiechu zaczął przenosić sprzęt do samochodu. Wszystko miał spakowane w podręczne torby, a po drodze potrzebował zmienić auto, z XC60 Rafała przesiąść się do ostatniego, wynajętego na potrzeby akcji Jeepa z napędem na cztery koła. Dwie godziny później, w całkowitej ciszy, zjadł obiad, suchy prowiant, kupiony przez Julię. Szare chmury za oknem odpowiadały nastrojowi, jednocześnie miał nadzieję, że nie wypogodzi się do wieczora – według kalendarza miała być pełnia, a świecący księżyc przy nocnych akcjach jest prawie niczym latarnia nad głową. Chwilę po dwunastej zostawił klucz do pokoju na recepcji, recepcjonisty z nocy przyjazdu już nie spotkał, może chłopak wyleciał albo uznał, że ten tysiak wystarczy i pierdoli taką robotę? Piotr nie wiedział tego i po szybkim zastanowieniu stwierdził, że ma to w dupie.

Jechali powoli, nie spiesząc się, w zasadzie nie mając do czego. W połowie drogi wybrał numer, kolejny spamiętany przez ostatnie dni.

– Nie zadzwoniłeś wczoraj – odezwał się tuż po odebraniu przez drugą stronę. – Po ciebie też mam przyjść?

– Umowa aktualna, z Czachą nie zamierzam ci pomagać.

– Czyli jednak wybrałeś źle. W porządku. – Rozłączył się bez pożegnania, zostawiając Wróbla z wątpliwościami.

Zmiana samochodu pod Łodzią przebiegła bezboleśnie. Przerzucił wszystkie graty do Jeepa, a kluczyki do Volvo zostawił w środku, wysyłając Rafałowi lokalizację garażu w mapach Google. Przez cały czas myśli błądziły wokół Adrianny i Julii. Tę pierwszą pragnął pomścić, wciąż nosząc w sobie ból sprzed kilku dni, gdy zobaczył ją martwą na łóżku. Do Julii czuł żal, za to, jak odeszła i dlaczego to zrobiła, mimo że otworzyła się przed nim ubiegłej nocy. Miał wrażenie, jakby wnętrze rozdarto na dwoje, połowę zabrała ze sobą Ada, drugą – Julia i obie pozostawiły pustkę oraz nicość.

Prowadził jak automat, nie zwracając uwagi na to, że Jeep śmierdział w środku papierosami i stęchlizną, najwidoczniej poprzedni użytkownicy niezbyt dbali o czystość. Nie miał czasu na sprzątanie, zresztą gdyby nawet go miał, samochód po akcji będzie nadawał się zapewne do kasacji.


Zbliżała się dwudziesta pierwsza. Czacha chodził po posiadłości, nerwowo sprawdzając stan posterunków i czujność ludzi. Przeciwnik nie pokazał się do obecnej chwili, Barski nie wątpił jednak, że w nocy dojdzie do konfrontacji, a najbardziej obawiał się znużenia i utraty koncentracji. Pokonać go mogli tylko dyscypliną i czujnością, a im dłużej trwało oczekiwanie, tym ta pierwsza u jego ludzi spadała, a druga nikła jeszcze szybciej – w końcu nie byli zawodowymi żołnierzami, a zwykłymi bandziorami, których wyszkoliła ulica. Spojrzał w pochmurne niebo i pomyślał, że może jednak źle zrobił i nie powinien zabijać Mariana oraz Maj? Po chwili jednak wygonił obie myśli z głowy, przypominając sobie, co myślał o byłym szefie i za jak ciężkiego idiotę go uważał, a tej blond kurewki nienawidził, za to, że rzuciła go dwa lata wcześniej, Góralczyk był jedynie pretekstem do zajęcia się nią i osobistej zemsty.

– Niech zdycha, dziwka pierdolona. – Wstał z plastikowego krzesła na tarasie i poszedł do minibarku, nalać drinka. – Jak mam pierdolnąć, to przynajmniej na haju! – zaśmiał się i wciągnął kreskę, a po chwili wypadł na taras i wystrzelił serię z karabinu w powietrze, krzycząc: „No chodź, skurwysynu! Czekam na ciebie!”.


Piotr nie słyszał wrzasków oraz strzałów Czachy z prostej przyczyny, przed akcją zaszył się głęboko w lesie i medytował przed ponad godzinę, koncentrując się oraz oczyszczając umysł ze zbędnych myśli. Gdy skończył, cel miał tylko jeden – unieszkodliwienie przeciwników, ktokolwiek nawinie się pod rękę, zostanie zneutralizowany, a jeśli będzie stawiał opór, permanentnie.

Przebrał się w strój maskujący, wyglądając trochę jak ninja, na twarz założył gogle, łączące w sobie nokto i termowizję, wynalazek wojska, kupiony na czarnym rynku. Stopy tradycyjnie odział w obuwie, które zamawiał indywidualnie dla siebie u znajomego, prowadzącego firmę obuwniczą. Do stroju miał doczepione w kilku miejscach noże różnych gabarytów, broń palną i granaty. Mapę posiadłości oraz okolic opracował samodzielnie we wcześniejszym tygodniu, nanosząc precyzyjne dane o posterunkach ochrony i ważnych do zneutralizowania punktach, jak choćby stację trafo, zapasowy agregat czy przepompownię wody, pod które tydzień wcześniej na wszelki wypadek po kryjomu podłożył ładunki, uruchamiane zdalnie sterowanymi zapalnikami. Gdyby planowana z Marianem akcja powiodła się, ładunki pozostałyby nie użyte.

W obecnej sytuacji stały się bronią na wagę złota.

Punktualnie o dwudziestej trzeciej, po krótkiej drzemce, wyszedł z Jeepa, przeciągnął się i rozejrzał. Dookoła panowały egipskie ciemności, słyszał dźwięki zwierząt, najprawdopodobniej dzików, poruszających się gdzieś niedaleko. Wiedział, że im dłużej będzie czekać, tym bardziej zmęczeni staną się przeciwnicy, a że to amatorzy, to prędzej czy później zasną lub stracą koncentrację, a wtedy on wkroczy do akcji.

Na początek postanowił zrobić rekonesans i sprawdzić teren dookoła muru. Był pewien, że Czacha nie okaże się aż tak głupi, zostawiając ludzi na zewnątrz i nie pomylił się – gangster nie dość, że schował się za osłoną, to jeszcze zainstalował na terenie najbliższym posiadłości czujniki ruchu. Piotr, chwaląc w myślach pomysł na gogle z funkcją termowizji, wykrywające wszelkie ciepło, również wydzielane przez elektronikę w czujnikach, wpadł na pomysł, że zneutralizuje je tuż przed początkiem akcji, a wcześniej przytaszczy resztę sprzętu na miejsce, z auta.


Gdzie on, kurwa, jest. – Czacha wciągnął już dwie kreski i nerwowo bębnił w oparcie plastikowego krzesła, stojącego na tarasie. Kazał zapalić wszystkie jupitery wewnątrz posiadłości, która z daleka wyglądała niczym choinka bożonarodzeniowa.

– Jesteś tam gdzieś, ty skurwysynu! – wysyczał przez zęby. – Zajebię cię, tylko wystaw nos.

Minęła północ, Barskiemu dwukrotnie opadła głowa na pierś. Czuł coraz większe znużenie i zmęczenie, a przeciwnik nie nadchodził. Nieprzywykły do czuwania i obserwacji, najchętniej poszedłby w las, znalazł przeciwnika i walczył. Zachował jednak na tyle dużo zdrowego rozsądku i wciągnął zbyt mało kresek białego proszku, aby wpaść na tak nierozsądny pomysł. Poza tym za jego plecami stał, na szczęście Barskiego, rozsądny i trzeźwo myślący Budzik, który odwiódł od pochopnej decyzji miotającego się w szale Czachę.

Sprawdził raz jeszcze broń.

Zbliżała się pierwsza. Spojrzał w ciemność, za mur.

Gdzieś tam był on.

I czekał.


Piotr obudził się, otwierając powoli oczy. Zasnął w klasycznej pozycji siedzącej na gałęzi drzewa, oparty plecami o pień i przywiązany do niego pasem. Praktykował taki sposób odpoczynku w dżungli, gdzie spanie na ziemi groziło pożarciem przez robactwo lub węże, a i na drzewach było niewiele bezpieczniej. Tutaj, w Polsce, czuł się jak na rodzinnym pikniku, mimo że dość mocno wiało, a z drzewa leciała mu na głowę woda. Okrył się wcześniej nieprzemakalnym płaszczem, a na głowę założył kaptur.

Spojrzał na fluorescencyjną tarczę zegarka – dochodziła pierwsza. Uznał, że to dobry czas na przygotowanie się do ataku. Po północy człowiek zwykle wchodził w fazę głębokiego snu, osoby nieprzywykłe do czuwania staną się najbardziej śpiące, zareagują z opóźnieniem, a jemu zależało na zaskoczeniu i szybkiej eksterminacji większości gangsterów.

Zsunął się na ziemię i stąpając ostrożnie, nasłuchiwał odgłosów lasu. Dookoła panowała głucha cisza, przerywana co jakiś czas pohukiwaniem sowy. Założył hełm, przełączając go w tryb termowizyjny i rozejrzał się. Dojrzał kształt, wspinający się po drzewie, wyglądał na wiewiórkę, poza tym las, przynajmniej w jego okolicy, spał. Przemieścił się w stronę posiadłości Mariana, zauważając po drodze kilka czerwonych punktów na drzewach.

– Są, skurwysynki – mruknął, notując w pamięci miejsca czujników ruchu, których zasięg zwykle wynosił do dwudziestu metrów. Obchód trwał niecałą godzinę, znalazł kilkanaście, z których potrzebował zlikwidować mniej więcej połowę.

Skierował się w drogę powrotną do samochodu, z którego wyjął wodę i prowiant.

Druga.

Czas na imprezę – powiedział do siebie. Był chłodny, opanowany do granic możliwości, a zimno we wzroku i ruchach nakręcał obrazem martwej Ady, widniejącym przed oczami, niczym wspomnienie z koszmarnego snu. Uzbroił samoczynne, koreańskie karabiny SGR–A1, które nielegalnie zmodyfikowane zakupił w Darknecie. Dookoła posiadłości postawił trzy, a każdy z nich, mający zasięg strzału do trzystu metrów, wykrywał przeciwnika w podczerwieni porą nocną w odległości do dwóch kilometrów. Karabiny, a w zasadzie stacjonarne, zrobotyzowane działka, postawił w upatrzonych wcześniej miejscach. Co prawda musiały przebić się przez mur, ale posiadały wbudowany granatnik, który miał w tym pomóc.

Podkradł się zbadaną wcześniej trasą, uśmiechnął, wyjął małego pilota z kieszeni i nacisnął przycisk.


Czacha spał, podobnie jak większość kompanów, dwóch z bronią siedziało na balkonie. W niewiedzy i ignorancji oświetlili wcześniej cały teren, niemal rozkładając przed Piotrem dywan.

Wybuch, jaki wstrząsnął posadami posiadłości i spowodował eksplozję pobliskiego transformatora oraz przepompowni, wywołał ciemności, dodatkowo wzmagane chaosem w postaci strzelających automatycznych działek, które najpierw rozniosły w pył większą część muru, a następnie przez dziury w nim zaczęły wyłapywać bezradnych gangsterów. On sam, tuż po wysadzeniu kluczowej infrastruktury, zniszczył pojedynczymi strzałami czujniki, aż dotarł do zmasakrowanego muru i kontrolując zasięg działek, przeszedł na drugą stronę.

Na placu rozgrywał się armageddon w czystej postaci. Wysadzenie przepompowni wywołało wystrzelenie ze wszystkich źródeł wody strumieni, które szybko zgasły z powodu braku ciśnienia w rurach. Ciemności były przerywane jękami rannych i błyskami broni, z której bandyci strzelali na oślep, nie wiedząc, że są masakrowani przez zrobotyzowane karabiny z dalszej odległości. Piotr powoli przemieścił się wzdłuż pozostałości ze ściany muru, pozostając poza zasięgiem śmiertelnie groźnych koreańskich maszyn i likwidując przy okazji dwoma strzałami w głowę skradającego się niedaleko bandytę. Uśmiechnął się i stwierdził w myślach, że „przełącznik trybu z termo na nokto w hełmie to genialna sprawa”. Kolejny gangster zakończył życie z nożem w szyi, a ostatniego przed wejściem do posiadłości postrzelił w czoło.

Wszedł do wewnątrz, zdjął hełm i zamknął drzwi. Hałas oraz wybuchy docierały do niego przytłumione, postanowił skupić się na odszukaniu Czachy, a jakby ktoś po drodze się nawinął, to również nie będzie miał litości. Pierwszego chętnego do zmierzenia się natrafił niemal od razu, z drzwi otwierających się do korytarza wyszedł potężny, łysy gangster z dwoma kolczykami w obu uszach i świńską twarzą. Po ujrzeniu zamaskowanej, czarnej postaci, z karabinem z tłumikiem w ręku, wyglądającej jak jednoosobowy szwadron śmierci otworzył szeroko usta. Brak natychmiastowej reakcji kosztował go życie, zanim zdążył sięgnąć po broń, Piotr nacisnął raz spust, a bandzior zwalił się na ziemię niczym worek ziemniaków, z gęstniejącą wokół głowy plamą krwi oraz małą dziurką na czole.

Przydałby się jeden żywy, żeby dowiedzieć się, gdzie Czacha. – Rozglądając się, planował kolejne ruchy. Parter okazał się pusty, miał możliwość, aby pójść na piętro lub do piwnicy.

Wybrał to pierwsze i po chwili dwóch kolejnych oponentów upadło na ziemię, martwych. Pomyślał, że czasem trudniej jest wyciągnąć wtyczkę z gniazdka i zaśmiał się w duchu. Nie miał dla nich nawet krzty litości i zrozumienia, pomijając sam fakt, że gardził ta bandą amatorów, śmierć Ady z ręki jednego z nich doprowadziła go do takiego stanu, że chętnie by ich jeszcze torturował przez długie godziny.

Piętro, poza dwoma kolejnymi martwymi przeciwnikami okazało się puste. W aplikacji w smartfonie sprawdził status karabinków, wszystkie działały, na widoku nie wykrywały obecnie żadnych przeciwników, co oznaczało, że wszyscy nie żyją lub schowali się gdzieś, gdzie jest bezpiecznie.

Stąpając powoli, na krawędziach stóp, niczym czarny anioł zagłady, skierował kroki do piwnicy. Instynktownie wyczuł, że ktoś w niej jest i nie pomylił się. Zanim zgasło światło, zdołał ujrzeć trzech przeciwników, noszących noktowizory. On niestety swój hełm zostawił na zewnątrz.

Zabawne – pomyślał. – Przechodziłem wielokrotnie trening walki w ciemnościach, również z przeciwnikiem, który mnie widzi. Zobaczymy, czy uda się przeżyć.

Dla przeciętnego człowieka sposób myślenia Piotra byłby niezrozumiały, on jednak, mimo zagrożenia życia, traktował walkę jako wyzwanie, nie bacząc na zagrożenie.

– Jest nasz trzech, a ty sam i ślepy, poddaj się, zanim cię zajebiemy. – Głos Czachy rozległ się gdzieś z lewej strony. Oczy przyzwyczaiły się już do otoczenia i zaczął widzieć zarys sprzętów. Ciemności nie była całkowita, a nikłe światło, wpadające do pomieszczenia przez okienko po drugiej stronie, ułatwiało mu zdecydowanie walkę. Wyciągnął granat hukowo–błyskowy i cisnął w kierunku głosu.

Wybuch, jaki rozległ się, wywołał dziki wrzask całej trójki, ujrzał mężczyzn zataczających się i trzymających za oczy oraz uszy, trzy krótkie strzały zlikwidowały przeciwników, a kiedy podszedł, żeby sprawdzić ciała, poczuł mocne uderzenie w bok, a później w ramię.

– Kurwa, dostałem. – Uzmysłowił sobie po fakcie i stracił przytomność.


Przerażony Czacha zbiegł do piwnicy, zabierając ze sobą trójkę przypadkowo odnalezionych chłopaków, błąkających się bez ładu i składu po domu. Większość z nich spała, gdy nagle rozległ się huk, zgasło światło, wybuchły krany z wodą, a na zewnątrz ktoś rozwalał z karabinów maszynowych zza muru resztę ekipy.

– Ja pierdolę, to jakaś jebana armia zaatakowała. – Uciekając schodami w dół, zastanawiał się, kogo ściągnął Góralczyk i jakim cudem zorganizował taką ekipę w tak krótkim czasie do roboty.

– Noktowizory na oczy, jak tylko zgaśnie światło. Ja czekam na podeście i jak tylko go zobaczę, zdejmę z broni. – Pokazał karabin.

Długo czekać nie musiał, przeciwnik pojawił się niespełna minutę po tym, jak zajęli stanowiska. Natychmiast, zobaczywszy ich przed zgaszeniem światła, schował się.

– Jest nasz trzech, a ty sam i ślepy, poddaj się, zanim cię zajebiemy. – Czacha celowo skłamał, licząc, że Marek weźmie go za jednego z ludzi z noktowizorami. Chwilę później na podłodze wybuchł granat, od którego o mało nie stracił słuchu, a tylko fakt, żeby odwrócony tyłem nie spowodował oślepienia. Trzy ciche strzały, których nie dosłyszał, zlikwidowały kompanów, a Barski kątem oka ujrzał sylwetkę w noktowizorze, skradającą się w jego kierunku.

Strzelił dwukrotnie, bez celowania. Jeden pocisk trafił w bok, drugi w ramię.

– Mam cię, kurwo – zamruczał i wyszedł z ukrycia.


Piotrek ocknął się, przywiązany do krzesła. Bolało go ramię, a z boku sączyła się krew.

– Wróciłeś. – Czacha stanął nad nim, oświetlony małą latarką, robiąca za lampkę. – Wiedziałeś, że będę czekać, a mimo to wróciłeś.

Piotr milczał, kalkulując. Był poważnie ranny, wiązanie na nadgarstkach było mocne, a on nie przetrwałby trytytek nawet nie będąc postrzelony w bark, co najwyżej pokaleczył się. Na szczęście nie miał związanych nóg i to był błąd, który zamierzał w odpowiedniej chwili wykorzystać.

– Słyszysz mnie? – Barski trącił Piotra w twarz. – A może trzeba cię rozruszać, co? – Chwycił w dłoń nóż i przeciągnął po twarzy przywiązanego. Śmiech zbił go z pantałyku.

– Rób, co masz robić i przestań pierdolić – warknął. Krew płynęła po policzku i skapywała na podłogę, dokładając kolejne krople do solidnej już kałuży.

– W porządku. –  Zamierzył się i rąbnął Piotra z całej siły pięścią w policzek. Głowa opadła do tyłu, a następnie wróciła do pionu.

– I z czego się, kurwo, śmiejesz? –  Nachylił się, wściekły nad zakrwawioną twarzą, plując na policzki i nos śliną.

– Nie dość, że jesteś żałosną gnidą, gwałcicielem, to jeszcze pizdą i nie potrafisz nawet porządnie przyjebać – zaśmiał się charkotliwie. Czacha zamierzył się i trafił go w ranny bok, a Piotrowi zrobiło się ciemno przed oczami i o mało nie zemdlał.

– Lepiej? – wysyczał.

– Mocniej klepię starą po tyłku w trakcie ruchania. – Odkaszlnął i splunął krwią. – Rób, co masz robić, bo nie mam czasu.

– Ty nie masz czasu? – Czacha stanął przed nim, idealnie między nogami Piotra, który wyczuł właściwy moment i bez słowa podciął go. Zaskoczony gangster upadł na ziemię, otrzymał nokautujący cios piętą buta w twarz, kolejny w grdykę, a na koniec Michalski rozbujał krzesło, które wywróciło się na bok i założył mu na szyję klasyczny trójkąt z gardy. Czacha charczał, wierzgał, próbował uwolnić się, Piotr nie puszczał jednak i mimo poczucia, że zaraz zemdleje z upływu krwi oraz bólu, utrzymywał żelazny uścisk na szyi bandziora. Po krótkiej walce ruchy Barskiego ustały.

Uniósł się na łokciu i spojrzał w martwe oczy.

– I po co ci to było? – szepnął. Kręciło mu się w głowie, rany bolały tak, że ledwo był w stanie oddychać. Na dodatek zauważył, że do piwnicy przedostał się ogień, a stojące nieopodal metalowe regały z drewnianymi półkami zaczynają się palić.

– Tyle, kurwa, akcji. Na całym świecie. I na koniec usmażę się w piwnicy jakiegoś tępego gangusa, jak jebana karkówka na grillu – parsknął i zakasłał krwią. Spróbował sięgnąć po nóż, przypięty nad piętą, żeby przeciąć wiązanie na nadgarstkach, gdy krzesło przewróciło się na niego, przygniatając i zemdlał z bólu.


Kilka dni później.


Szybkie, długie kroki rozbrzmiewały w pustym, oświetlonym jarzeniówkami korytarzu. Dwóch mężczyzn, jeden wysoki, wyraźnie kulejący na lewą nogę, a drugi, nieco niższy, ewidentnie wyszkolony w sztukach walki, co można było rozpoznać po charakterystycznym chodzie, pędzili w tylko sobie znanym kierunku. Zbliżał się koniec korytarza i gdy dotarli do niego, drzwi otworzyły się same.

– Co z nim? – zapytał ten wyższy. Leżący na łóżku kształt, najwyraźniej również płci męskiej, z ledwo widoczną spod plątaniny rurek twarzą, oddychał miarowo. Kropki krwi, niezmyte z policzków świadczyły o dość poważnych obrażeniach lub walce, którą stoczył, podobnie jak liczba bandaży i opatrunków, okalających ciało nieprzytomnego.

– Po trzech operacjach. Rozwalony bark, nie do złożenia, postrzelony w śledzionę, usunięta, oparzenia pierwszego stopnia, uszkodzona powierzchnia ciała, jakieś trzydzieści procent.

– Szanse na przeżycie? – Spojrzenie tego wyższego padło na łóżko.

– Wysokie. Skurwiel jest zawzięty, jak bulterier. Lekarz mówił, że dawno nie widział tak mocnego organizmu u czterdziestopięciolatka. Dziewięćdziesiąt procent.

– Dobra. Dzięki. Idźcie już. – Towarzysz wysokiego zerknął zaniepokojony. – Nie patrz tak, przecież mnie nie zaatakuje. – Zgromił ochroniarza wzrokiem.

Zostali sami.


Uchylenie powieki zajęło mu dobrych kilka minut. Początkowo miał wrażenie, że ktoś spiął ją klamerką do podtrzymania prania, spróbował jednak ponownie, tym razem z powodzeniem. Obraz rozjeżdżał się na boki, po czym wracał do pionu. I tak kilka razy.

Próbował powiedzieć słowo. Cokolwiek. Uświadomił sobie, że w ustach ma rurkę, podobnie jak w nosie, a w zasadzie całe ciało jest pokryte bandażami i opatrunkami.

– Yyygrghgh. – Mężczyzna siedzący na krześle zerwał się, obudzony ze snu i wcisnął przycisk, wołający personel. Po kilku sekundach do pokoju wpadła pielęgniarka.

– Bardzo ładnie, panie Piotrze, witamy wśród żywych. – Powitała go z uśmiechem nałogowego palacza i kawosza. Całkiem już przytomny rozejrzał się po pomieszczeniu.

– Ile? – szepnął.

– Pięć dni. Lekarz wszystko panu opowie, chce się panu pić? – Skinął głową. Podała plastikowy kubeczek, którym zwilżył usta oraz podniebienie. Woda smakowała jak nektar, napój bogów.

– Rafał? – Przywołał wysokiego mężczyznę, przyjaciel dopadł do niego. – Jak to się stało?

– Śpij, stary. Wszystko ci opowiem, ale nie teraz. Jesteś za słaby, przyjadę jutro i pogadamy.

– Dostanie pan mocne środki znieczulające, po których będzie pan spał jak dziecko. – Pielęgniarka uśmiechnęła się szeroko. – Dobranoc, panie Piotrze.

Zaległa ciemność.


– Powiesz mi? – zapytał siedzącego dzień później przy łóżku Rafała. Czuł się trochę lepiej, przynajmniej był stanie mówić, a nie szeptać.

– Co chcesz wiedzieć?

– Jak znalazłem się tutaj, ostatnie co pamiętam, to pożar rozprzestrzeniający się po piwnicy w domu Bogusławskiego.

– Miałeś więcej szczęścia niż rozumu. Zostałbyś tam i znaleźliby twoje kości, jak Czachy.

– Kto pomógł?

– Znasz niejakiego Budzika? Okazało się, że narkotykowi mają w gangu wtykę, niejakiego Nikodema Rudnego, ksywa Budzik. Tenże pan, zresocjalizowany gangus, handlujący niegdyś wszystkim, co dawało haj, wyniósł cię na własnych plecach, zanim cały dom zawalił się od pożaru. Swoją drogą, niezłą sieczkę im tam przygotowałeś. – Rafał pokręcił głową z uznaniem. – Wiesz, ilu przeżyło? – Piotrek uniósł brwi. – Tylko Budzik. A te pieprzone koreańskie samobieżne działka zrobiły taką masakrę, że całe podwórko było pokryte kałużami krwi.

– Zasłużyli. – Michalski zamknął oczy.

Milczeli przez dłuższą chwilę.

– Co mam uszkodzone? – Podniósł wzrok.

– Emerytura cię czeka, czy tego chcesz, czy nie – uśmiechnął się Rafał. – Bark w częściach, będziesz jak cholerna stacja IMGW, każda zmiana pogody da ci w kość. Usunięta śledziona i oparzenia pierwszego stopnia na około jednej trzeciej powierzchni ciała. Przeżyjesz, ale blizny zostaną. – Urwał na chwilę. – Po co tam wróciłeś? Przecież mogłeś wyjechać.

Piotr milczał przez chwilę.

– Adrianna Maj – szepnął.

– Kto to?

– W noc morderstwa Bogusławskiego zabito też dziewczynę, właścicielkę małego motelu, dziesięć kilometrów od Dzikanowa.

– I?

– Ada była moją kobietą, to dla niej przeznaczyłem szwedzki paszport. Dzień później miałem wylecieć z nią z Polski. Podczas gdy zajmowałem się Zembrzyckim, Czacha pojechał tam, zgwałcił ją i zastrzelił. Przyjechałem na miejsce o kwadrans za późno. – Brzmiał jak robot.

Zapadło milczenie. Nie musieli nic więcej mówić, obaj wiedzieli, że inne rozwiązanie, niż zabicie Czachy nie wchodziło w grę.

– Mam coś dla ciebie. – Rafał przypomniał sobie o czymś najwyraźniej, wstał i podał kopertę.

– Bilety na Barbados? Stać mnie, dzięki.

– Wiem, że cię stać. Powiedzmy, że – zawiesił na chwilę głos – firma dba o to, żebyś przeszedł na wcześniejszą emeryturę i nie zboczył z kursu. – Poklepał go po dłoni. – Zatrzymaj, pierwsza klasa, z darmowym posiłkiem i open barem. Żal nie skorzystać. – Zerknął na zegarek. – Muszę lecieć, wpadnę jutro.

– Rafał?

– Tak? – Najlepszy przyjaciel Piotra zatrzymał się w półkroku, z ręką na klamce.

– Co z nią?

– Poleciała do Madrytu, tego samego dnia do Panamy i tam zniknęła. Mądra dziewczyna, wynajęła profesjonalną agencję ochrony w Polsce, żeby za nią jeździli. Płaci im horrendalne pieniądze, ale z tego co mi wiadomo, stać ją. – Puścił oko. – Odpoczywaj, stary. Jutro wpadnę, przywiozę ci rosół od Dominiki. Przecież jajo prawie zniosła, kiedy dowiedziała się, że to ty rozkręciłeś tę awanturę. Pół Polski o tym gadało. No, lecę. – Skinął na pożegnanie. – Do jutra.

Został sam. Zamknął oczy i podziękował wszystkim siłom, istniejącym czy nie, za natchnienie Julii i mądrość dziewczyny w kwestii ochrony. Samotna, piękna trzydziestolatka na Karaibach to idealny cel dla handlarzy ludźmi oraz organów.

– Jedna pomszczona, druga cała i bezpieczna. Mogę w spokoju odejść na emeryturę – mruknął i chwilę później spał.


Kilka miesięcy później.


Zachodzące za linią palm słońce rzucało fantazyjny cień na ściany restauracji. Krzątał się przez chwilę przy stolikach, ścierając piasek oraz poprawiając stojące w malutkich wazonach kwiaty.

– Marcus! – krzyknął po angielsku do wspólnika. – Klienci przy stoliku.

Młodszego o kilka lat miejscowego poznał tuż po przylocie, podczas obiadu, gdy tamten zaczepił go z pytaniem, czy nie szuka domu do wynajęcia. Początkowo tylko odpoczywał, regenerując się po serii operacji i nie mając ochoty na nic więcej, niż relaks. W końcu korzystał z urlopu, pierwszego po ponad dwudziestu latach wojaży po całym świecie. Od początku przypadli sobie do gustu, czując że nadają na tych samych falach, a po kilkunastu dniach znajomości zeszło na temat przyszłości. Marcus wyznał, że zawsze chciał odtworzyć knajpę przy plaży, z restauracją i barem oraz salą taneczną, tylko brakowało mu funduszy. Piotr początkowo nie zareagował, ale za jakiś czas, gdy upili się polską wódką, a dzień później nowy przyjaciel leczył największego kaca w życiu, zaproponował wspólną inwestycję.

Tym sposobem otworzyli knajpkę przy Mullins Beach, niezbyt obleganej, jednak dość rozwiniętej infrastrukturalnie plaży, gdzie turyści i goście wpadali często na drinka i jedzenie. Knajpka, początkowo niezbyt popularna, po kilkunastu dniach od otwarcia zdobyła sławę wśród miejscowych, gdy odwiedził ich lokalny influencer i wyszedł zachwycony atmosferą, jedzeniem, klimatem oraz świetnymi drinkami.

Piotr założył, że jeśli coś robi, to porządnie i na „dzień dobry” podkupił konkurencji najlepszego kucharza oraz barmana. Tym sposobem płacił sporo za pensje, jednak dostarczał wysokiej jakości jedzenie i drinki, goście zachwycali się tym równie mocno, co atmosferą miejsca. Czasem sam stawał za barem, robił to zazwyczaj tylko przy specjalnych okazjach.

Rozejrzał się z dumą dookoła. To było coś, co w końcu wyszło mu w życiu. Restauracja była piękna wizualnie, a rajskie otoczenie i bajkowe kolory świeczek w specjalnie stworzonych do tego pojemnikach nadawały miejscu misterny i tajemniczy klimat.

– Stanę za barem – rzucił do wspólnika. Ten błysnął białymi zębami, doskonale widocznymi na tle ciemnej karnacji i skierował się w stronę pierwszych klientów. Bar był dość duży, a za plecami Piotra stały cztery półki alkoholu, przekrój z całych Karaibów oraz Ameryki Południowej i Północnej.

– Podobno serwują tu najlepsze Corn’ n’Oil na całym Barbados – usłyszał zza pleców. Miał niejasne poczucie, że zna ten głos, a kiedy uświadomił sobie, po kilku miesiącach nieużywania języka ojczystego, że osoba mówi po polsku, a w dodatku jest nią kobietą, zamarł i odwrócił się powoli.

Stała po drugiej stronie, z niepewnością, radością i ekscytacją na twarzy, usilnie próbując ukryć uczucia. Zapuściła długie włosy, sięgające za łopatki, a mocna opalenizna wskazywała, że na Karaibach nie przebywa od wczoraj. W błękitnej sukience, kontrastującej z brązową skórą, lekkim makijażu i pomalowanych na pomarańczowy, żarówkowy kolor paznokciach wyglądała oszałamiająco.

Przyciągała wzrok.

– Tak mówią na mieście – odparł, wychodząc zza baru i stając naprzeciw. – Jak mnie znalazłaś?

– Nie ukrywałeś się zbytnio. Najlepsza knajpa na wyspie, ze średnią w Google 4.9 na ponad trzysta ocen, która na dodatek nosi nazwę: „Stop at Ada’s”  – rzuciła z przekąsem i zerknęła w górę na podświetlony szyld. – Przepraszam. – Spoważniała.

– Za co? – zdziwił się.

– Za to, w jaki sposób cię zostawiłam. I w jakim momencie – zamilkła. – Musiałam to zrobić.

– Wiem – skwitował. – Nie mam do ciebie pretensji, cieszyłem się, że bezpiecznie udało ci się uciec.

– I już? – Otworzyła oczy. – Tak po prostu? A ja jadąc tu, przygotowałam sobie całą przemowę, gotowa na dramatyczne sceny, płacz…

– Już, już. Zbastuj. – Wziął ją w ramiona i przytulił, przerywając potok słów. – Masz wygodne buty? A może jednak. – Spojrzał w dół. – Na bosaka też będzie dobrze.

– Co ty chcesz robić na bosaka? – zapytała podejrzliwym głosem.

– Dzisiaj jest piątek, a w ostatni dzień pracujący organizujemy na zmianę karaoke i konkurs taneczny.

– O, Boże – jęknęła. – Po pytaniu o buty wnioskuję… – Zbladła.

– Tak – zaśmiał się. – Nie będziesz musiała dzisiaj śpiewać, za to sobie pobalujemy. – Wyraz twarzy Julii wskazywał, że jest przerażona pomysłem. – Co prawda z lokalsami nie mamy szans, bo wymiatają lepiej, niż Maserak, ale śmiechu będzie co niemiara.

– Ale ja nie umiem tańczyć. – Wzbraniała się.

– Najlepsze jest to, że ja też. – Dotknął opalonych policzków i pocałował lekko.

– No ale… – Próbowała się bronić.

– Ćśś. – Położył palec na jej ustach.

– Ech, no dobrze, spróbuję. Piotrek? – Spojrzała prosto w szare oczy. – W tym liście napisałam prawdę. W całym, ale w szczególności na samym końcu.

– Wiem, Jula, wiem. Ja w tobie się też, mała – westchnął, pocałował ją po raz kolejny i objął w pasie. – Zapoznam cię ze wspólnikiem, a później zrobimy ten Corn’n’Oil. Musisz się trochę wstawić, zanim wyjdziemy na parkiet, bo tańczę tak, że koło od Stara lepiej się prowadzi. – Zachichotała. – Marcus! Chodź, poznasz moją kobietę! – Spojrzała na niego z rosnącym we wnętrzu uczuciem i stwierdziła w myślach, że jeszcze nie narzeczoną, ale pewnie chleb z tej mąki będzie.

94
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.