Powiatowe Życia: Jan Dziąsło
5 stycznia 2026
17 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Powiatowe Życia będą opowiadać o krótkich epizodach z życia mieszkańców pewnego, anonimowego małego miasta. W tym opowiadaniu poznacie historię nauczyciela, a co będzie dalej... zobaczymy!
Prosiłbym o szczerze opinie, ponieważ w tematyce literatury około obyczajowej nie czuję się najmocniej.
Miłego czytania!
W pewnym powiatowym mieście Janowi Dziąśle doskwierał brak sensu.
Uczył kilku przedmiotów w lokalnej podstawówce imienia Wincentego Witosa, zarabiając całkiem nieźle. Po wcześnie zmarłych rodzicach odziedziczył dom oraz dwie kawalerki. Mieszkania wynajmował, a w domu żył sam.
W porównaniu z resztą mieszkańców tego kilkudziesięciotysięcznego miasta, żył na wysokim poziomie. Odkładał pieniądze na czarną godzinę, spełniając jednocześnie swoje zachcianki. Pracował ciężko, przekazując wiedzę następnym pokoleniom. Karierę zaczynał zaraz po studiach, a teraz nieuchronnie zbliżały się jego trzydzieste piąte urodziny.
Mimo przyzwoitego życia… czegoś mu brakowało.
Rozmyślał o tym, podczas gdy klasa pisała wypracowanie. Sądząc po udręczonych minach, porównanie koncepcji federacyjnej Piłsudskiego z koncepcją narodową Dmowskiego sprawiało uczniom olbrzymie trudności. Oczywiście prymusom szło jak z płatka, były to jednak wyjątki potwierdzające regułę. Jan przyglądał się szczególnie synowi lokalnego adwokata, potentata w swojej branży. Chłopak pocił się, pisał i kreślił, ale wyraźnie sobie nie radził.
Byli jednak uczniowie, którym szło znacznie gorzej. Do tej grupy należał Tomek Kowalski.
Jan traktował go ulgowo, mimo że chłopak często wyprowadzał go z równowagi. Zamiast uważać na lekcji, siedział z głową w chmurach i gapił się w okno. Przesadzenie go na drugą stronę sali nie pomogło – zaczął rysować w zeszycie. W środkowym rzędzie było tylko gorzej: zaczął rozrabiać z Adamem Więcławskim, synem adwokata.
W końcu Jan posadził go w pierwszej ławce, tuż przed biurkiem. Miał nadzieję, że to rozwiąże problem, ale srogo się mylił. Tomek nadal nie potrafił się skupić. Wtedy Jan zauważył, że chłopak bębni palcami o blat. Nie było to przypadkowe stukanie: miało swój rytm, a każde uderzenie zdawało się uspokajać ucznia. To specyficzne zachowanie, w połączeniu z wcześniejszymi problemami, skłoniło Jana do rozmowy ze szkolnym pedagogiem.
Efektem rozmowy było wezwanie matki chłopca, Małgorzaty Kowalskiej. Miała spotkać się z Janem, młodą pedagog Dominiką Gęgał oraz zbliżającą się do emerytury wychowawczynią, Anetą Kozioł.
Kobieta wchodziła do gabinetu z duszą na ramieniu. Jan obrzucił ją szybkim spojrzeniem. Byli rówieśnikami, ale zmęczona twarz i zaniedbany wygląd postarzały ją. Na widok trójki nauczycieli podeszła niepewnie, przywitała się i usiadła. Splotła kurczowo dłonie, bojąc się tego, co za chwilę usłyszy. Była pewna, że Tomek znowu coś przeskrobał. Mimo że z natury był spokojny, często wdawał się w bójki – zazwyczaj przez opacznie zrozumiane żarty. Nauczycielom brakowało do niego cierpliwości, przez co był zagrożony z kilku przedmiotów.
Małgorzata przygotowywała się na najgorsze. Mimo to słowa szkolnej pedagog zszokowały kobietę…
– Pani syn prawdopodobnie jest w spektrum autyzmu – oznajmiła młodziutka Dominika. Poprawiła się na krześle, sięgając po papiery. – Kłopoty z koncentracją, nadpobudliwość ruchowa, problemy w komunikacji z rówieśnikami, trudności z interpretacją humoru, metafor czy porównań… – Widząc przerażoną minę matki, Dominika złagodziła ton. – Niech się pani nie martwi, to nie wyrok. Dołożymy wszelkich starań, aby Tomek otrzymał odpowiednie wsparcie.
Po spotkaniu Małgorzata udała się do poradni, gdzie wstępna diagnoza się potwierdziła. Mając oficjalne orzeczenie, zespół pedagogów w podstawówce mógł zacząć działać. Chłopiec trafił na dodatkowe zajęcia, a jego nauczycielem wspomagającym został Jan Dziąsło. Po miesiącu pracy nadszedł czas na pierwsze spotkanie podsumowujące.
Jan przebywał w sali zaraz po lekcjach. Poprawiał kartkówki z historii Drugiej Rzeczypospolitej, kiedy do jego biurka podszedł młody Więcławski.
– W czym mogę ci pomóc, Adamie? – zapytał nauczyciel, odkładając pracę na bok. – Jeśli chodzi o pytanie, jak poszła ci kartkówka, to mogę zdradzić, że bezbłędnie. Gratulacje!
Adam pokiwał gwałtownie głową. Gładko przystrzyżony, schludnie ubrany w markowe ciuchy, na tle biedniejszej klasy przypominał papugę pośród gołębi. Szczególnie błysk w oczach młodego Więcławskiego nie podobał się Janowi. Było w nim coś… wyższościowego.
– Mój tata chce, abym poprosił pana o pomoc w przygotowaniach do olimpiady historycznej.
Tacy ludzie lubili mieć rację. Zawsze.
– Obawiam się, że muszę odmówić – odpowiedział Jan, poprawiając ubranie. – Niestety, szkoła dołożyła mi pracy i nie byłbym w stanie ci pomóc. Niech twój tata do mnie zadzwoni, polecę innych, kompetentnych korepetytorów.
Adam, przybierając pozę pokornego ucznia, podziękował i pożegnał się. Nauczyciel podejrzewał, że ta postawa była zaledwie maską. Liczył jednak, że chociaż na tym froncie zapanuje spokój. Miał już wystarczająco dużo na głowie, by jeszcze wydzielać dodatkowe godziny na korepetycje.
Jan wrócił do sprawdzania prac, aż ktoś zapukał do drzwi sali numer trzynaście.
– Proszę!
Do sali wpadła wysportowana pedagożka. Odgarnęła blond włosy, uśmiechając się do Jana. Ich spojrzenia się spotkały; w tym zderzeniu było coś… pociągającego. Ze względu jednak na formalny charakter spotkania, z tych iskier nie powstał żaden płomień. Dominika położyła na biurku teczkę.
– W środku masz opinię od innych nauczycieli Tomka – powiedziała, poprawiając niezbyt subtelnie włosy. – Wychodząc z roboty, postanowiłam dostarczyć ci je osobiście.
Jan otworzył teczkę i zaczął przeglądać dokumenty. Widząc niezbyt pochlebne opinie, mimowolnie się skrzywił.
– Dobra, dzięki Dominika. – Podniósł wzrok znad morza papierów. – Chciałbym ci jakoś wynagrodzić twój wkład. Strasznie się zaangażowałaś w pomoc Tomkowi, bez ciebie nic bym nie zdziałał.
Twarz pedagożki oblał rumieniec.
– Taka moja praca, nie musisz dziękować – odpowiedziała, przygryzając subtelnie dolną wargę. – Jak skończysz z Kowalską, zadzwoń. Jakoś się dogadamy.
Jan pożegnał się z Dominiką kurtuazyjnie, a następnie usiadł do dostarczonych materiałów. Stracił nieco koncentrację, lecz mimo presji czasu udało mu się przejrzeć wszystko, nim po raz kolejny ktoś zapukał do drzwi.
– Proszę! W drzwiach pojawiła się Małgorzata Kowalska. Ubrana w schludny, choć zbyt duży na nią strój, podeszła zmęczonym krokiem w stronę biurka. Dorośli podali sobie dłonie, a następnie zasiedli do rozmowy.
– Po miesiącu zachowanie Tomka znacząco się poprawiło – zaczął pozytywnie Jan, szykując się jednak do przekazania gorszych wieści. – Niestety, dalej nie potrafi się skupić na lekcjach, przez co przynosi same oceny niedostateczne. Czy ćwiczy pani z synem to, co zleciła pani Gęgał?
– Bardzo się staram, ale pracując dzień i noc…
– Gdzie jest ojciec? – przerwał Jan. Dopiero po fakcie uświadomił sobie, że to pytanie było nie na miejscu. Mimo to chciał wiedzieć. Czuł, że życie Tomka nie jest usłane różami i w miarę swoich możliwości chciał pomóc chłopcu oraz jego matce.
– Gdy zaszłam w ciążę, rozpłynął się w powietrzu. – Kobieta ciężko westchnęła, a Jan mimowolnie zacisnął pięści pod biurkiem. – Nie będę kryć, że bardzo ciężko wychowuje mi się samej Tomusia.
– A władze miasta? – drążył temat nauczyciel. – Przecież powinna pani otrzymywać pomoc socjalną.
– Starałam się o nią, ale nie została mi przyznana.
Jan westchnął ciężko. Widział przed sobą kobietę styraną pracą. Prawdopodobnie po wielu latach wycieńczającej roboty plecy już odmawiały jej posłuszeństwa.
I ta kobieta jest pozostawiona sama sobie?! – oburzał się w myślach Jan. – Banda przeklętych złodziei!
Jan milczał, analizując sytuację. Małgorzata wbiła wzrok w blat ławki. Z jej błękitnych oczu popłynęły pojedyncze łzy. Zdziwiony Jan zerwał się z krzesła i objął szlochającą kobietę.
– Ja… naprawdę bardzo się staram! Haruję ponad siły, by zapewnić Tomusiowi jak najlepsze warunki, ale… ja nie daję rady! – zawodziła w ramię mężczyzny. – Czy ja robię coś nie tak? Może się do tego nie nadaję? Może jestem tragiczną matką?!
Wiedziony instynktem, Jan mocniej przytulił Małgorzatę. Poczuł jej jędrny biust na swojej klatce piersiowej, lecz prędko odrzucił tę myśl. Nie czas i pora. Dał się jej wypłakać, a gdy zamilkła, odezwał się uspokajającym tonem:
– Pani Małgorzato, niech pani tak o sobie nie mówi. Daje pani z siebie sto dziesięć procent. Po prostu to przeklęte państwo nie jest w stanie pani pomóc. Przecież gdyby nie moja interwencja, pani syn dalej nie otrzymałby fachowej pomocy! To absurdalne!
Małgorzata podniosła głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Jan nie ujrzał już w nich udręki, lecz błękit serdecznej wdzięczności. Odruchowo uścisnął ją mocniej. Sala numer trzynaście na moment zamieniła się w azyl dla zatroskanych dusz.
Nie byli jednak świadomi, że ktoś ich podgląda.
– Niech pani siada, powiem, jak to zrobimy.
Mimo wielu zaprzeczeń, Małgorzata zgodziła się na propozycję Jana. W najbliższym czasie kończyła się umowa najmu jednej z kawalerek mężczyzny. Nauczyciel zdecydował się nie przedłużać jej poprzednim lokatorom i zaoferować korzystne warunki Małgorzacie. Zadeklarował też, że jednego dnia w tygodniu będzie zostawać w szkole godzinę dłużej, by charytatywnie pomóc Tomkowi w zaległościach.
– Pan jest taki dobry… – szepnęła Małgorzata, nie mogąc pojąć skali pomocy. – Będę się za pana modliła. Dziękuję, naprawdę dziękuję! Jan machnął ręką. – Po to jestem – odpowiedział, czując, że spełnia swoje powołanie.
Pożegnał matkę kurtuazyjnym objęciem, które również nie umknęło uwadze podglądacza.
Następnie Jan zadzwonił do Dominiki, proponując wizytę u niego. Wymówką było dojedzenie wczorajszej lazanii, ale oboje wiedzieli, że nie o kuchnię chodzi.
Gdy tylko Dominika pojawiła się w drzwiach Jana, rzuciła się w jego objęcia, całując go głęboko. Duże dłonie mężczyzny chwyciły ją w talii, a następnie zsunęły się na jej pośladki. Wiatrołap stał się świadkiem gwałtownej gry wstępnej. Dominika bez wahania przejęła inicjatywę, klękając przed Janem. Rozpięła jego spodnie, uwalniając nabrzmiałe przyrodzenie, i zajęła się nim z niesamowitą pasją.
Jan oparł się o ścianę, walcząc ze sobą, by nie skończyć zbyt szybko. W końcu podciągnął Dominikę do góry, całując ją zachłannie. Zostawiając ubrania w przedpokoju, przenieśli się do salonu. Tam, na sofie, ich ciała splatały się w gwałtownym rytmie. Dominika ujeżdżała go, a on wbijał wzrok w jej poruszające się piersi. Zmieniali pozycje, ignorując skrzypienie mebli. Jan czuł, że dla takiej chwili mógłby nawet zniszczyć tę kanapę.
O kurwa, ale mam szczęście – pomyślał. W końcu, w pozycji na pieska, przy akompaniamencie jęków, Janek doszedł, zalewając pośladki pedagożki.
Chwilę później, wciąż nieco rozczochrani, siedzieli przy winie i odgrzewanej lazanii. Okazało się, że poza chemią fizyczną łączy ich też poczucie humoru i wspólne tematy.
– No patrz, że wcześniej się nie zgadaliśmy – powiedział Jan, dopijając kieliszek i zerkając na dekolt Dominiki. – I to wszystko przez Tomka.
– A propos Tomka, musisz trochę wrzucić na luz.
Jan zmarszczył brwi.
– Rozwiniesz myśl?
– Masz w klasie jeszcze dwadzieścia siedem innych dzieciaków, a skupiasz się tylko na jednym – stwierdziła rzeczowo. – Ludzie zaczną gadać, że go faworyzujesz.
– Ale on potrzebuje specjalnego wsparcia! Jako pedagog wiesz to najlepiej.
– Oczywiście, ale nie kosztem reszty klasy. – Dominika dopiła wino i zaczęła rozpinać koszulę. – Dobrze, nie rozmawiajmy teraz o pracy. Mamy lepsze rzeczy do roboty.
Po tych słowach Jan ponownie przyciągnął ją do siebie. Kochał się z nią z energią, jakiej dawno nie czuł, myśląc, że przy takiej kobiecie wcale nie jest jeszcze stary. Gdy ona zasnęła, on przewracał się z boku na bok. Nie mógł przestać myśleć o Tomku.
Czy to źle, że chcę mu pomóc, skoro cały świat go odrzuca?
Jan wychodził ze szkoły, a przed wejściem czekał na niego Więcławski senior.
W przeciwieństwie do stereotypowego prawnika w czerni, ojciec Adama nosił oliwkową marynarkę, fioletowe spodnie i pstrokaty krawat. Zmierzył nauczyciela wzrokiem, a ten zamarł. Prawnik podszedł tanecznym krokiem.
– Panie Dziąsło, niezmiernie mi miło. – Uścisk jego dłoni był zaskakująco silny. – Pomyślałem, że bezpośrednia rozmowa w sprawie zajęć z Adasiem przyniesie inny skutek.
– Obawiam się, że odniósł pan mylne wrażenie – odpowiedział Jan, siląc się na formalny ton. – Nie jestem w stanie wygospodarować dodatkowej godziny.
Czuł, że drży w środku. Stał przed człowiekiem, który potrafił zniszczyć przeciwnika na sali sądowej jednym zdaniem.
Więcławski postąpił krok naprzód i poprawił klapę marynarki Jana.
– Co pan…?
– Nie lubię fuszerki – rzucił prawnik, odwracając się na pięcie. – Niech się pan jeszcze zastanowi. Zapłacić potrafię. Do widzenia, panie Dziąsło.
Wsiadł do srebrnego wozu i odjechał. Jan wrócił do pokoju nauczycielskiego. Był sam. Zabrał teczkę i już miał wychodzić, gdy drogę zastąpiła mu Dominika.
– Panie Dziąsło, cóż za przypadek! – zawołała oficjalnie, choć przygryzała wargę. – Czy mogłabym prosić o chwilę przy kawie?
– Oczywiście, pani Gęgał.
Przy kawie z podrzędnego ekspresu Jan opowiedział jej o spotkaniu z Więcławskim.
– Jezu, tobie to się ostatnio trafiają przygody – zachichotała, ale zaraz spoważniała. – Z nim trzeba ostrożnie. Podobno, kiedy miał sprzeczkę z naszym wuefistą, nasłał na niego skarbówkę.
– Więc tak załatwiono Józka… – Jan pobladł. – Jak mam to rozegrać, żeby nie dobrał mi się do dupy?
– Nie możesz wziąć tego bachora na zajęcia?
– Postaram się – odpowiedział wymijająco. – Dzięki, muszę lecieć.
Dominika przytuliła go na pożegnanie, a gdy wyszedł, pokiwała głową z politowaniem.
Jan pojechał na miasto zjeść u „Chińczyka” (który w rzeczywistości był Wietnamczykiem). Jedzenie było tanie i dobre, choć jego sylwetka domagała się czegoś zdrowszego. Po posiłku ruszył do dzielnicy walących się bloków. Zaparkował kawałek dalej, nie chcąc ryzykować uszkodzenia auta. Szedł z rękami w kieszeniach, wzrok wbijając w chodnik. Zadzwonił domofonem pod numer Małgorzaty.
– Pan Jan?
– We własnej osobie.
Winda nie działała albo wyglądała tak, że strach było do niej wsiąść, więc wszedł na czwarte piętro. Klatka schodowa przypominała kręgi piekieł: śmieci, smród moczu, mrugające światło.
Z ulgą stanął przed otwartymi drzwiami mieszkania. Kawalerka miała może dwadzieścia metrów. Mieściła rozłożoną sofę, chwiejny stół, aneks kuchenny i wilgotną łazienkę. Tomek spał, a Małgorzata, wciąż w stroju roboczym z supermarketu, witała gościa.
– Niezmiernie panu dziękuję, nie miałam kiedy odebrać tych dokumentów – powiedziała, biorąc teczkę. – Mam nadzieję, że nie narobiłam kłopotu?
Jan uśmiechnął się blado.
Problemy to dopiero będę miał – stwierdził w myślach. Mimochodem zadrżał, lecz… bynajmniej nie przez to, że w myślach przypałętała mu się sylwetka Więcławskiego. Wchodząc do tego bloku, czuł dzielący ich dystans. Gdy w nozdrzach pojawił się smród, przed oczami ta bieda, naturalną konsekwencją była myśl. – Boże, ja naprawdę jestem w nieporównywalnie lepszej pozycji od tej dwójki.
Od tego stwierdzenia do następnego, dzielił tylko krok… jednak ten krok równoznaczny był z przekroczeniem Rubikonu.
Jestem od nich lepszy?
Uśmiech Jana przyjął momentalnie wyraz, gdy ujrzał badawcze spojrzenie Małgorzaty.
– Odnotowałem, że dokumenty odebrane. Nie powinno być komplikacji. Kobieta chłonęła każde jego słowo. Czuła, że los wreszcie się do niej uśmiecha. – Tylko wie pani… odbiór kluczy i podpisanie umowy na moje mieszkanie…
– Wszystko załatwiłam! – przerwała. – Za tydzień wytargałam wolne, będę mogła się stawić. Dziękuję panu.
Jan objął ją. Nie czuł już tylko obowiązku, ale dziwną przyjemność. Czy to satysfakcja z bycia dobrym samarytaninem? A może po prostu czuł władzę?
– Nie ma za co. Cieszę się, że mogę pomóc.
Kłamał, choć sam przed sobą nie chciał przyznać, co tak naprawdę sprawiało mu radość.
Jan czekał na kobietę w swojej kawalerce.
Poprawiał sprawdziany, gdy zadzwonił telefon.
– Dzwonię w sprawie olimpiady mojego syna.
Jan przełknął ślinę.
– Jak już mówiłem, mam dużo zobowiązań…– Panie Dziąsło, przy odpowiedniej stawce człowiek rezygnuje z innych obowiązków. Chcę konkretnie pana.
– Powinien pan nauczyć się słowa „nie”.
Jan rozłączył się. Chodził po pokoju, próbując opanować nerwy.
Paranoja – powtarzał sobie w myślach.
Wtedy zadzwonił domofon. Małgorzata wyglądała inaczej. Beżowa sukienka, makijaż, rozpuszczone włosy. A przede wszystkim – uśmiechała się.
– Pani Małgorzato, zapraszam.
Podpisali umowę. Dłoń kobiety spoczęła na jego ręce. Jan poczuł dreszcz.
– Nie wiem, jak mogłabym się odwdzięczyć… – powiedziała, patrząc mu głęboko w oczy. – Chciałabym jakoś panu to wynagrodzić.
Jan toczył wewnętrzną walkę. Z jednej strony pożądanie i stres, który chciał rozładować. Z drugiej – świadomość, że nie po to jej pomagał. Ale jej dotyk był zachęcający.
Czy to coś złego, jeśli oboje tego chcą?
Gdy kobieta ujrzała jego przyrodzenie, zaniemówiła. Zaczęła je nieśmiało masować, nie wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić. Jan, widząc jej zmieszanie, spróbował ją ośmielić. Ujął członka i skierował go do ust Małgorzaty, a ona zaczęła ssać z naiwną fascynacją. Jan zacisnął dłonie na krawędzi stołu. Odchylił lekko głowę i przymknął oczy.
Jezu, ssie jak posłuszna suka! – krzyknął w myślach, zaskoczony własnym, pełnym pożądania tonem. Nie znał tej strony swojej natury, ale szybko uznał ją za własną. – Ciekawe, jak będzie się pieprzyć?
Wyraz jego twarzy momentalnie stwardniał. Objął oburącz głowę Małgorzaty i zaczął gwałtownie pchać w jej usta. Kobieta zareagowała zaskoczeniem i odruchowym oporem, lecz prędko ugięła się pod jego wolą. Zrobiła to z podniecenia? Nie chciała zawieść mężczyzny, który tak bardzo jej pomógł? A może bała się, że jeśli powie „stop”, jej syn straci wsparcie?
Nauczyciel, wolny od podobnych rozterek, napierał coraz mocniej, aż w końcu zmienił taktykę. Chwycił Małgorzatę i bez słowa ustawił ją na stole, by wziąć ją od tyłu. Kobieta, niczym szmaciana lalka, poddała się woli mężczyzny, który bez oporów w nią wszedł. Zaczął ją brać. Brać bez opamiętania, ignorując fakt, że jej ciało krzyczało „nie”. Małgorzata krzywiła się pod naporem mężczyzny, lecz wytrwała w tej pozycji. Jan poruszał się w niej z wprawą, czując narastającą falę rozkoszy. Wreszcie, nie panując nad sobą, doszedł, wypełniając ją nasieniem. Rozstali się po dopełnieniu urzędowych formalności.
Gdy Jan skończył pracę, poszedł prosto do monopolowego. Kupił kilka czteropaków, a potem upił się do nieprzytomności, nie mogąc znieść samego siebie.
Od tamtego dnia widywali się regularnie.
Zazwyczaj wtedy, gdy Tomek spał. Małgorzata oddawała się mu, wierząc, że to cena za lepszą przyszłość syna.
Pewnego wieczoru, gdy Jan wracał do domu, dostał maila. Wiadomość była pusta, ale zawierała załączniki. Zdjęcia. On i Małgorzata w szkole. Ona wchodząca do jego bloku. I najgorsze – oni nadzy w jego salonie. Chwilę później przyszedł drugi mail: „Posiadam również skan umowy poświadczonej notarialnie. Jeden telefon i masz dyscyplinarkę”. Jan poczuł, że to koniec.
Pojechał prosto do Dominiki.
– Janek, kurwa, jest druga w nocy!
– Muszę pogadać.
Wpuściła go. Wyglądał jak wrak: brzuch, zapach alkoholu, łysina. Opowiedział jej wszystko.
– Coś ty odjebał… – Dominika nalała sobie wody. – Wiesz, co ci grozi?
– Wiem. Ale nie wiem, kto mnie szantażuje! Więcławski?
– Może. Tacy bogacze mają kaprysy.
– Co mam zrobić?
– Wypowiedz umowę Kowalskiej, rzuć Tomka i weź syna prawnika na korepetycje.
– To podłe!
– A dmuchanie samotnej matki, która jest od ciebie zależna, nie jest kurwa podłe?!
Jan zamilkł. Zrozumiał, kim się stał.
Następnego dnia Jan wypowiedział Małgorzacie umowę najmu. Zaraz potem zadzwonił do Więcławskiego z pytaniem, czy korepetycje dla jego syna są nadal aktualne. Prawnik się zgodził. Małgorzata wydzwaniała do niego, błagając o litość, ale nie odbierał. Gdy próbowała łapać go w szkole, unikał jej. Kiedy jednak w jednej z wiadomości wspomniała o krokach prawnych, odpowiedź nadeszła błyskawicznie… choć z zupełnie niespodziewanej strony.
Pewnego dnia, gdy Małgorzata gotowała obiad, otrzymała SMS z nieznanego numeru. Treść była krótka: „Jutro o siedemnastej na ławce przed blokiem”. Małgorzata nie przespała nocy, czekając na to spotkanie. Wróciła do domu po szesnastej, wykończona pracą w magazynie supermarketu. Tomek zdążył już wrócić ze szkoły i podgrzać wczorajszy obiad. Małgorzata poczuła dumę – dzięki radom pedagog Gęgały syn zaczął próbować nowych potraw. Myśląc o dziecku, punktualnie o siedemnastej wyszła przed blok.
Nie wierzyła własnym oczom. Na ławce siedziała zgrabna, wysportowana blondynka. Gdy Dominika Gęgała zauważyła wzrok Małgorzaty, podeszła do niej.
– Dzień dobry, pani Kowalska – przywitała się tonem, jakby wpadły na siebie przypadkiem. – Cóż za spotkanie!
– Czego ode mnie chcesz? – Małgorzata dopadła do niej i szarpnęła za płaszcz. – Co to za anonimowe esemesy? Chcecie mnie zastraszyć?!
Zaskoczona Dominika wyrwała się i odskoczyła za ławkę. Wiedziała, że matka walcząca o dziecko jest zdolna do wszystkiego, dlatego postanowiła się streszczać.
– Odpieprz się od Janka, a załatwię ci mieszkanie socjalne – rzuciła prosto z mostu. – Mam chody w urzędzie, coś wykombinują.
– Próbujesz mnie przekupić, smarkulo? Dla tego drania?!
Dominika zignorowała pytanie. Założyła okulary przeciwsłoneczne i rzuciła na odchodne:
– Bierz, co dają, albo twój bachor tego pożałuje. – Nastroszyła się, przypominając wielkiego kruka. – Zgłoszę cię gdzie trzeba. Opieka społeczna zabierze ci Tomusia za puszczanie się, ty dziwko! Myślisz, że jesteś kimś lepszym, co?
Małgorzata, niewiele myśląc, zdzieliła ją w twarz sierpowym. Wiedziała, że to jedyna sprawiedliwość, na jaką ją stać. Cios dał jej chwile satysfakcji i pozwolił nie myśleć o tym, dlaczego na nią i Tomka spada tyle nieszczęść.
Po nocy pełnej wrażeń Jana zmógł sen. Gdy Dominika upewniła się, że mężczyzna głęboko śpi, wstała z łóżka. Włożyła majtki wiszące na klamce i narzuciła na nagie ciało szlafrok, po czym przeszła do swojego gabinetu.
Niewielkie biurko otoczone regałami pełnymi książek było jej azylem. Na sam widok tego miejsca uśmiechnęła się mimowolnie. Rozsiadła się w fotelu, przeciągając leniwie, i otworzyła laptopa. Musiała po raz ostatni sprawdzić, czy wszystkiego dopilnowała. Gdy upewniła się, że tak, odsunęła komputer. Włączyła Netflixa, a z bocznej szuflady wyjęła paczkę chipsów. Wiedziała, że nie wpłynie to dobrze na jej sylwetkę, ale natychmiast odpędziła tę myśl.
Uruchamiając najnowszy serialowy hit, chciała się po prostu wyłączyć. Gdy poczuła na języku paprykowy smak, ogarnęła ją satysfakcja. Zdobyła dzianego faceta, który ustawi ją do końca życia. Może sposób, w jaki to zrobiła, nie był zbyt moralny, ale tak to już bywa.
Gdy chce się coś osiągnąć, prędzej czy później muszą paść trupy.
Zamiatacz
Jak Ci się podobało?