Prima aprilis, czyli niespodzianki chodzą parami (I) – Nie da ci ojciec ani matka tego, co oferują uwodziciele z naprzeciwka
31 marca 2026
Prima aprilis
22 min
Miało być pięknie, a wyszło… no właśnie nic nie wyszło. Nawet koszula ze spodni. Wciąż więc czekam, mając nadzieję, że wreszcie coś się wydarzy. Co dokładnie? Najlepiej coś takiego, co zapamiętam do końca życia. Niespodzianka, jaką tylko i wyłącznie moja druga połówka jest w stanie najpierw wymyślić, a następnie zrealizować. I może być to dosłownie cokolwiek.
Przestawienie wszystkich zegarów, zegarków i wyświetlaczy, by każdy pokazywał inną (i każdy złą) godzinę? Było! Kanapka do pracy z pasztetową, salcesonem oraz rolmopsem, upchniętymi w pączku? Też była, czego zresztą do dziś współtowarzysze mej korponiedoli nie omieszkują mi wypominać. Kolaż ujęć pewnej części ciała w spodniach, bez spodni, w majtkach, bez majtek, aż wreszcie przysłoniętej biletem na wieczorny seans najbardziej romantycznej z romantycznych komedii, jaką można było wówczas znaleźć w repertuarze kin? Był, a nawet jest, zapisany na pamiątkę w galerii telefonu. I takie właśnie wspomnienia muszą mi chwilowo wystarczyć.
Na szczęście wiosna ostatecznie pokazała zimie środkowy palec, korzystam więc z okazji i rozpinam suwak kurteczki. Bluzkę pod nią zresztą też, a niech się co bardziej niedyskretni paczacze napaczą! W sumie czemu by nie? Może oni w domu tego nie mają?
Wchodzę jeszcze po drodze do ekskluzywnej butikowej ekologicznej kawiarenko-cukierenko-patissiere… budki z ciastkami i kawą, w której nabywam pokaźną porcję przepłaconych kalorii, by po paru minutach od opuszczenia siedliska nędzy, rozpaczy oraz degeneracji, nazwanego dla niepoznaki pojazdem komunikacji publicznej, stanąć przed wejściem do bloku. I tylko stanąć, gdyż dalszą drogę blokuje mi znana skądinąd zrudziała matrona, którą po prawdzie niespecjalnie mam ochotę oglądać. Co nie zmienia faktu, że jakoś przejść muszę.
– Dzień dobry! – anonsuję swą obecność.
– A dzień dobry, dzień dobry! – odpowiada mi rozemocjonowany szczebiot. – Już, już, momencik, zaraz wpuszczę, tylko torby wezmę. Tyle się jakoś tego nazbierało!
– Ale ja chcę tylko… Ech, pani to da, pomogę. I tak jedziemy na to samo piętro.
– Nie, naprawdę nie trzeba, poza tym to ciężkie i zaraz syn zejdzie…
Jakby ta sierota miała pomóc, to już dawno by to zrobiła – myślę pod nosem. I na tym poprzestaję, podnosząc w zamian dwie torby z wiadomego niebieskiego sklepu. Te największe. Załadowane po same brzegi, aż rączki trzeszczą.
Nie czekając na reakcję, pakuję się do windy i wciskam łokciem guziczek. Przeglądam się w lustrze, udając, że nie zauważam ciekawskiego wzroku, taksującego mnie z góry na dół. Ze szczególnym uwzględnieniem tego, co odsłonięte.
– Ładna pogoda dzisiaj, aż żal w domu siedzieć. Jeszcze chwila i zamiast morsowania będzie opalanie! I to takie topless!
Mogę zignorować kolejny podtekst, tylko po co? Uśmiecham się więc szeroko, przesuwam bagaż tak, by kurtka rozsunęła się jeszcze szerzej i odpowiadam:
– Dlatego właśnie korzystam ze słoneczka.
– Widzę, widzę! – towarzyszka podróży potakuje z uznaniem, wciąż patrząc na mniej jak na towar na wystawie. – A właśnie, przy okazji mam taką jedną sprawę. Miałam syna poprosić, bo dzisiaj jestem tylko przejazdem, ale skoro nadarzyła się okazja, to skorzystam. Tylko najpierw wysiądźmy…
– A to jest bardzo pilne? I tak się pewnie z nim zobaczę na dniach.
O, przepraszam, już się widzimy.
– Mamo, przecież mówiłem, żebyś zadzwoniła! Po co żeś tyle tego nakupowała, ja naprawdę mam tu wszystko, co trzeba… o żesz, ile to waży?
Nie bez satysfakcji obserwuję, jak udający – i najwyraźniej jedynie udający – wielkiego fifarafę dumny reprezentant rodzaju męskiego próbuje wejść do mieszkania z dwiema torbami naraz, odbijając się to od futryny, to od ściany. Stojąca przy mnie przedstawicielka płci teoretycznie słabszej też tylko wzdycha, po czym ponownie przenosi wzrok na mnie. I kończy, co zaczęła, podając mi wyczarowaną nie wiadomo skąd, zawiniętą w papier blaszkę:
– Proszę, to dla ciebie… przepraszam, dla was. Niby do Wielkanocy jeszcze parę dni, ale spokojnie się przechowa w lodówce. Oczywiście możesz… możecie też zjeść wcześniej. Smacznego!
– Ale ja nie wiem, co powiedzieć – wzdycham z nieudawaną niezręcznością. – Nie trzeba było.
– Nalegam! Bo się obrażę!
– W takim razie dziękuję bardzo. Postaram się odwdzięczyć, tylko nie wiem, kiedy to będzie, bo… a to co? Bo raczej nie dla mnie?
– Leżało pod waszymi drzwiami – sąsiad wtrąca się w rozmowę – to wziąłem na przechowanie, bo różne elementy się tu czasem kręcą. Adresu nie widzę, ale to pewnie jakiś cichy wielbiciel… albo wielbicielka, bo dzisiaj to nigdy nie wiadomo!
Biorę do rąk całkiem spore, za to zaskakująco lekkie pudełko. Faktycznie bez żadnej informacji, jedynie z narysowanym czerwonym markerem, przebitym strzałą Kupidyna serduszkiem.
Zerkam na darczyńcę. Na jego matkę. I mało się nie zapowietrzam. Choć nigdy nie rozmawialiśmy o tym wprost, podejrzewam… nie, teraz już wiem. Wiem, że on wie, a przynajmniej się domyśla. Ona chyba nawet bardziej.
– Tak, tak, na pewno jakiś… ktoś… dziękuję. Znaczy za ciasto. Oddam. W sensie foremkę. Synowi. Jak będzie. To ja… eee… do widzenia. A w ogóle to wesołych świąt.
Starając się opanować drżenie nie tylko rąk, wchodzę do mieszkania i przekręcam klucz. Powoli uspokajam oddech, odkładam po kolei wszystko na stolik, zdejmuję buty oraz kurtkę. I nieopatrznie zerkam w wizjer.
Jeśli nie tak wygląda stan przedzawałowy, to ja nie wiem, jak. O ile młodzik kontynuuje taszczenie bagaży, o tyle tyleż niewysoka, co korpulentna, ewidentnie farbowana koafiura w mocno średnim wieku wciąż stoi i patrzy wprost w moje drzwi. Z miną, która mówi coś pomiędzy „takie bajeczki z mchu i paproci to sobie możesz dzieciom na dobranoc opowiadać” a „ni wuja Wacława ci nie wierzę”.
Na miękkich kolanach wchodzę do kuchni, drżącymi dłońmi nalewam resztki porannej esencji do filiżanki, włączam czajnik i czym prędzej siadam, nim podłoga ucieknie mi spod nóg. I zaczynam intensywny proces tentegowania w głowie.
Gdzieś po trzecim łyku dochodzę do jedynego słusznego wniosku pod tytułem „a co mnie to w zasadzie obchodzi”? Przecież nawet jeśli sąsiedzi faktycznie dorobili do mojego życia towarzyskiego jakąś rozpustną teorię, to i tak oparli się tylko na tym, co zobaczyli. Ergo: nie ma ona tak wiele wspólnego z prawdą, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Dlaczego? Choćby dlatego, że i ja ledwie jestem w stanie w nią uwierzyć, choć przecież codziennie doświadczam jej efektów w praktyce, a nie tylko „się domyślam”.
A jeżeli powodem tych wszystkich ukradkowych spojrzeń, zagadywania dla samego zagadania, cukierkowej wręcz uprzejmości i innych podobnych zachowań jest nie zwyczajna ciekawość, nie podszyta niegrzecznymi myślami podejrzliwość, a… nie, to niemożliwe! Nie ma takiej opcji!
Tylko czy na pewno?
Różne rzeczy mogę myśleć (i mówić tym bardziej) o sąsiedzie. Że mamusi króliczek, taka trochę ciepła klucha i życiowa niedorajda do kompletu, że paleta cegieł ma w sobie więcej taktu a sowiecki buldożer subtelności, że nie zauważyłby zawoalowanej sugestii czy tym bardziej dwuznaczności, nawet gdyby ta zatańczyła przed nim na golasa. Chociaż nie, przepraszam, akurat goliznę widzi wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie jej nie ma.
No i co z tego? Czy to jego wina, że ma bardzo miłą i równie sympatyczną, lecz równocześnie zaborczą aż do przesady matkę? I tak bez porównania lepszą niż moja, która od lat nie potrafi wyjść poza „pachnacej choinki wesolego aleluja wszystkiego dobrego z okazji urodzin tylko nie dzwon za czesto bo nie mam czasu”. Czy mam mieć do niego pretensje, że ewidentnie nie umie ani w small talk, ani tym bardziej flirt? Może po prostu jest nieśmiały? Wstydzi się? Nikt go tego nie nauczył, więc nadrabia źle rozumianą pewnością siebie?
A że się do mnie przystawia? Nie on pierwszy i nie ostatni. I, jakkolwiek samolubnie to nie zabrzmi, niespecjalnie mu się dziwię. Jego matce zresztą też, choć zapewne jej motywacje są zgoła inne i mają na celu znalezienie najlepszej partii dla synusia, a nie zaciągnięcie mnie do łóżka. A przynajmniej taką mam nadzieję. Będącą, jako rzecze mądrość ludowa, zazwyczaj matką głupich.
Wtem przychodzi mi do głowy jeszcze jedna myśl. Szalona. Ryzykowna. Głupia. Idealna!
Sięgam ku darowanej foremce i wyjmuję ociekającą lukrem babkę na talerz. Przekładam do pustej już blaszki kilka z kupionych wcześniej słodkości i wracam ku drzwiom. Nie, stop! Skoro już mam się bawić w takie rzeczy, to na pełnej. Szybko zamieniam sieciówkowy zestaw biurowego popychadła niespecjalnie wysokiego szczebla na plisowaną kieckę ponad kolana oraz top niewiele szerszy od paska tejże. Przyozdabiam szyję największym z leżących pod lustrem wisiorków, przeciągam błyszczykiem po ustach, wzburzam włosy palcami i – zanim dotrze do mnie, co właściwie wyrabiam – wychodzę na korytarz. Pusty. I wciskam dzwonek.
A trzeba było siedzieć na dupie…
Ewidentnie „ja tylko przejazdem” nie oznaczało wcale „wejdę, zostawię zapas proszku do prania na następne dziesięć lat i od razu wyjdę”, gdyż zamiast sportowej bluzy wita mnie rozpięty płaszczyk. Dekolt odpowiedni raczej dla osoby połowę młodszej. Niedające się nijak okiełznać cycki w rozmiarze z okolic połowy alfabetu. Spojrzenie, mówiące więcej niż tysiąc słów.
– Przepraszam za to na korytarzu – mówię szybko, zanim skończy mi się odwaga, rozum oraz godność człowieka. – Ciężki dzień w robocie, na głowie masa rzeczy do załatwienia przed świętami, pani wie. Poza tym… chyba faktycznie ta wiosna tak działa! – Aż krzywię się z żenady. – Obiecuję, że jak się ogarnę, to też w zamian coś upiekę i przyniosę, a na razie proszę, chociaż takie sklepowe. Ale naprawdę dobre, polecam, tu zaraz za rogiem sprzedają.
– Wezmę, wezmę, ale pod jednym warunkiem: że wejdziesz i zjemy razem. Znaczy zjecie, bo ja muszę już lecieć… niestety. – Blondyna dopowiada bardziej sobie niż mnie. – To jak, wolisz kawę, herbatę? Coś mocniejszego?
– Nie. W sensie tak. Kawę. Ale naprawdę nie chce się narzucać, równie dobrze mogę podejść jutro czy… kiedyś tam.
– Ja tam widzę, że nie ma na co czekać!
Sąsiadka rzuca żarcikiem, rzuca tapirem, rzuca cyckiem. Tyłkiem nawet bardziej. Tak bezczelnie, aż gołębie na parapecie odwracają łebki. Zarzuca też wzorzysty szalik na szyję, zamiast jednak udać się w kierunku windy, przystaje na wprost mnie na odległość pachnącego tanim vapem oddechu i podnosi głowę.
– Muszę przyznać, że baaardzo seksownie dzisiaj wyglądasz! – szepcze tak, by nawet pająk na ścianie nie dał rady podsłuchać. – I powiem… wyznam ci w zaufaniu, że… no cóż, jakbym była te parę lat szczuplejsza, to kto wie, może sama bym cię zaprosiła? Od razu wódeczkę, a nie jakieś tam herbatki! Chyba że lubisz takie… doświadczone kobiety, to tylko powiedz! Ja jestem otwarta na różne… układy i układziki – chichocze i nim jakakolwiek riposta w ogóle przychodzi mi do głowy, wychodzi.
Tyle że nie. Za to mruga podmalowanym okiem. Uśmiecha się tak, aż prąd przechodzi mi po kręgosłupie. I wreszcie mnie klepie. W du… plisę.
Po czym już w drzwiach krzyczy na pół bloku:
– No wyłaź z tego kibla, gościa masz!
Policzki płoną mi żywym ogniem, serce wali jak młotem, w gardle mam Saharę a w głowie refren znanego skądinąd hiciora, ze szczególnym uwzględnieniem fragmentu „z ruuudą noooce są wspaniałeee”. I co w takim razie mi pozostaje poza udawaniem, że nic się nie wydarzyło? Ucieczka? Znowu? Całe życie mam tchórzyć, gdy tylko pojawią się problemy? Niedoczekanie!
Wchodzę więc do kuchni i siadam przy stoliku, mając nadzieję, że gospodarz powita mnie w czymś nieco bardziej odpowiedniejszym do przyjmowania gości niż jego matka. Na szczęście tym razem mam rację.
Połowicznie. Owszem, jest ubrany w wyglądającą na wyjętą wprost z szafy polówkę, jednak minę robi dokładnie taką samą, co rodzicielka.
– To… co mówiłaś, że chcesz? Kawę, co nie? Ale chyba normalne mleko mi się skończyło, to zaproponuję… co to za wynalazek? Sojowe? Skąd ja to mam?
– Jak nie ma normalnego, to da radę nawet popier… nienormalne – parskam nieco wymuszonym śmiechem.
Zalana wrzątkiem sypanka z wyprzedaży i tak będzie się nadawała tylko i wyłącznie do popijania ciasta, więc równie dobrze może mi dolać ryżowego, kokosowego, wapiennego, wszystko jedno. Niemniej dziękuję i – pamiętając o trudnościach w nawiązywaniu konwersacji – ni to pytam, ni stwierdzam fakt:
– Te zakupy to chyba już na następne święta?
– Ano tak jakoś wyszło. Mówiłem, że za dużo, ale wiesz, jak to jest z rodzicami. Bo chyba wiesz… sorka, w sumie jakoś nigdy nie zapytałem, jak u ciebie z takimi rzeczami.
– Nie, nie pytałeś. Ale nie ma sprawy, nic się nie stało. Moi za bardzo mnie nie odwiedzają, bo mieszkają daleko i tyle – ucinam wątek pół prawdą, pół gówno prawdą.
– A tak w ogóle to dobrze się wam mieszka? Bo wcześniej mieliśmy tu studentów i czasami bywało… rozrywkowo, że tak powiem.
– Jest w porządku. Zwłaszcza jeśli chodzi o sąsiadów – rzucam aluzją. Trafiającą zgodnie z przewidywaniami w próżnię.
– W pracy też okej? Bo takie czasy, że dzisiaj wszystko super, a jutro zwolnią bez powodu, bo się tabelka w excelu nie skleja. Ja się trzymam, ale paru kumpli miało pecha.
– W sumie nie narzekam. Wiadomo, nie ma lekko, czasem trzeba zostać do późna albo i w weekendy, ale dajemy radę.
– A… miałem już o to wcześniej zapytać, ale… między wami jak się układa?
Moje szczęście, że aktualnie nie mam w ustach ani ciasta, ani tym bardziej wyrobu kawopodobnego, bo wylądowałyby na blacie. Na sąsiedzie tym bardziej.
– Ale my… przecież już mówiłam, że mieszkamy razem, bo samemu byłoby ciężko z opłatami i…
Dobra, kurdebele, szanujmy się. Najwyższa pora skończyć z utrwalaniem fikcji, bo i tak nikt już w nią nie wierzy. Dlatego oddycham głęboko, popijam łyk kapucziny i robię mocno spóźniony twardy reset.
– Dobrze się układa. I uprzedzając pytanie, które zapewne będziesz chciał prędzej czy później zadać: jeżeli będzie się układało źle, to się o tym dowiesz. A że mam oczy i widzę, co się dzieje, to powiem otwartym tekstem: nie obiecuj sobie nie wiadomo czego, dobrze? Jesteś bardzo spoko, ale… rozumiesz, jako taki kolega z klatki.
– Czyli wieczny friendzone? – kolega z klatki wzdycha ciężko.
– Eeech – odpowiadam równie sapiąco, co wymownie – tu nie ma tak, że „friend”, albo że „nie-friend”. Serio mam wchodzić w jakieś intymne szczegóły, tłumaczyć ci własne… preferencje i tak dalej? No właśnie, sam widzisz. I żeby było jasne: jesteś i zawsze byłeś wobec mnie fair. Nie narzucałeś się, nie odstawiałeś obrażalskiego, jak coś poszło nie po twojej myśli, nie próbowałeś jakichś chamskich podrywów i tak dalej. Powiem ci też szczerze, że naprawdę jesteś atrakcyjny, a nawet seksowny, więc gdyby sytuacja była inna… no dobra, nie jest i nie będzie – ucinam. –Poza tym serio mógłbyś przestać chodzić w tych dresach z pomocy dla powodzian jak do ludzi wychodzisz!
Tym razem śmiech jest jak najbardziej szczery. Nie tylko mój.
– Tak, od razu gajera ze studniówki założę!
– Z komunii! Może nawet pieniądze w kieszeni znajdziesz? A wracając do spraw ważnych – zmieniam temat – to mi jeszcze powiedz, bo wydawało mi się… twoja mama o nas pytała? W sensie nie mnie i ciebie, ale o mnie i… wiesz.
– Tak. Przepraszam. Mówiłem, że to nie jest jej sprawa, ale widzisz, jaka jest. Nic się przed nią nie ukryje. Chociaż w sumie to chciała się bardziej upewnić, bo i tak przyuważyła was razem. Ale nie martw się, powiedziałem tylko tyle, co może zobaczyć każdy z naszej klatki i nic więcej! Aczkolwiek… mam wrażenie, że nie chciała do końca uwierzyć, bo i tak później jeszcze ciągła mnie za język.
Moje wątpliwości wobec jej intencji jedynie narastają, jednak wolę nie brnąć dalej w coraz bardziej podejrzane podejrzenia. W zamian przekierowuję uwagę na siebie.
– „Ciągnęła”, nie „ciągła”. I nie przepraszaj, bo nie masz za co. Tak właściwie to trochę moja, a nawet nasza wina, bo przecież co to za problem powiedzieć „to moja dziewczyna, chłopak, partnerka, konkubent, ktokolwiek”? A jak ktoś będzie z tego powodu strzelał z dupy, to to jego dupa i tyle.
Wzruszam teatralnie ramionami. I korzystając z chwili przerwy, spoglądam na mego rozmówcę nieco inaczej niż do tej pory. Nie jak na maminsynka, który z własnej woli spędza wieczory na graniu w gry, oglądaniu seriali albo… powiedzmy, że robótkach ręcznych, tylko zagubionego chłopaka, który nigdy niczego nie udowodnił żadnej dziewczynie, bo najzwyczajniej nie dostał takiej szansy. Okej, pewnie zatańczył przytulaska na szkolnej dyskotece z jedną koleżanką, drugą wziął na romantyczny spacerek, trzecią zaprosił na kebaba, jednak nic nigdy z tego nie wynikło.
A co, jeżeli nie doświadczył nawet i tego? Być może spróbował raz czy drugi, ale został na dzień dobry zignorowany / odrzucony / wyśmiany / upokorzony (niepotrzebne skreślić) i najzwyczajniej nie odważył się na więcej, bo niby po co? By znów zderzyć się z wygórowanymi oczekiwaniami księżniczek ze złotymi kijami we wiadomym otworze ciała, o których atencję należy dopraszać się na kolanach, a i tak koniec końców zostać przez nie potraktowanym jak śmieć? Dlatego absolutnie by mnie nie zdziwiło, gdyby sytuacja „chujowo, ale stabilnie” stała się dla niego niezbyt wygodną, lecz jednak strefą komfortu. Przewidywalną oazą stabilności. Kątem, w którym może się w razie potrzeby schować, zgasić światło i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku.
I tutaj wjeżdżam ja, galopując na srającym landrynkowym brokatem jednorożcu. Tak, jasne, jakby był on do czegokolwiek potrzebny… wystarczy już tylko najbardziej rzucający się w oczy ponadprzeciętny wzrost, by ludzie odwracali się za mną na ulicy. A to dopiero początek. Dodajmy do tego oczojebnie marchewkowe włosy, równie wyraziste brwi, naturalnie bladą cerę, tatuaże we wszystkich kolorach tęczy, kolczyki nie tylko w uszach. Widoczne tu i ówdzie mięśnie, jakich niejedna instagramowa fitneska by się nie powstydziła. Złośliwy, bezczelny i naturalnie dążący do podporządkowywania sobie innych charakterek. U tak dalej, i tak dalej.
W efekcie daje to chodzącą mieszankę wybuchową, o której skuteczność wystarczy zapytać – wielokrotnie już zresztą wspominaną – moją drugą połówkę.
– I tak uważam, że to przeze mnie to wszystko – odzywa się nagle mamusi… całkiem przystojny szatyn, przerywając mi dywagacje na temat własnej zajebiaszczości. – Bo to ja jej powiedziałem, że taka fajna sąsiadka się wprowadziła obok, że się czasami widujemy, że sobie pogadamy o tym i tamtym. No i… no dużo o tobie mówiłem, to ona sobie dopowiedziała resztę, no i masz.
– A ja powtarzam, że nie mam o to pretensji. Wiem, że rzucam się w oczy i… no cóż, czasami robię ludziom wodę z mózgu tylko przez to, że w ogóle jestem gdzieś w okolicy. I to akurat jest moja wina, bo trzeba było od razu ustalić pewne granice, a nie teraz płakać nad rozlanym mlekiem. Nawet sojowym.
– To co, strefa przyjaźni zaklepana i podpisana?
– Dobra, niech tak będzie. Jak dasz kartkę, to się ogarnie jakiś wieczysty pakt o wzajemnym niepodrywaniu. Tylko mam jeden warunek, bez którego na nic się nie zgodzę.
– Jaki?
– Nie rób mi więcej tego zajzajeru! – prycham ze śmiertelną powagą.
Zamiast jednak skorzystać z rozluźnienia atmosfery i wrócić do niezobowiązujących ploteczek, zaczynam się nagle zastanawiać nad czymś zgoła innym. Nad ideą tak zaskakującą, aż wymagającą skorzystania z ciasta. Kawy niekoniecznie. Już prędzej tej wódeczki.
Zerkam na talerzyk, kubek, sąsiada. Wyraźnie pogodzonego z tym, co usłyszał, choć zapewne mającego w głębi duszy jeszcze jakąś nadzieję, że coś kiedyś się zmieni. Wiem, bo i w moim, nastoletnim jeszcze wówczas serduszku, taki płomyczek także swego czasu się tlił. Także dla kogoś, kto nigdy nawet nie pomyślałby o mnie jak o kimś więcej niż tylko…
Dalsze rozważania przerywa mi sygnał powiadomienia. Sięgam odruchowo do kieszeni, lecz zatrzymuję rękę wpół drogi. W końcu w gościach jestem, więc kultura obowiązuje. Przyzwoitość także. Pytanie, czy nie jest ona zbytnio wybiórcza, gdyż to, na co mam ochotę, wykracza daleko poza przeglądanie telefonu przy ludziach. Poza wzajemne zaufanie w związku tym bardziej.
Poza tym co ja jestem, postać z pomarańczowego jutuba czy innego różowego zbiorku literatury nieubranego faktu? Scenariusz samozwańczej pornopisarzyny z realnym życiem mi się pomieszał? Otóż nie. Prowadzę w zasadzie szarą egzystencję w szarym bloku na równie szarym osiedlu i nawet kwitnące za oknem forsycje nie są w stanie mnie oszukać.
Tylko czy na pewno? No właśnie niekoniecznie.
– Mam do ciebie poważne pytanie – zaczynam, nim zmądrzeję.
– A poprzednie to były niepoważne?
– Nie, dla jaj były. Kwadratowych. W każdym razie… chcę ci podziękować za to, co mi dzisiaj powiedziałeś. Za twoją uczciwość i za szczerość. Tylko uprzedzam, że drugi raz tego nie powtórzę. I niczego to nie zmieni w naszych… – waham się nadspodziewanie długo – stosunkach. Będziemy tylko znajomymi z tej samego piętra bez żadnych podtekstów, tyle że z małym sekretem. Tylko moim i twoim, nikogo innego.
– Ale nadal nie wiem, gdzie tu pytanie.
– To daj mi skończyć.
Biorę głęboki oddech i HA, TFU… a nie, nie ten mem. Za to odpalam detonator:
– Chciałbyś mnie pocałować?
Czekam na reakcję. Jakąkolwiek, choćby nawet „eee, ja nie wiem, ja nie myślałem, ja ni znaju, ja ni panimaju, ja muszę sprawdzić zdolność kredytową i matki zapytać”. I zaczynam się niecierpliwić. W końcu dociera do mnie, że tak samo, jak pytanie było moje, także i odpowiedź będzie musiała być.
Wstaję. Podchodzę do chłopaka, który ewidentnie zaczyna się rozglądać za drogą ewakuacyjną. Niedoczekanie! Biorę go pod rękę i nakłaniam… praktycznie zmuszam, by też się zmienił pozycję na wertykalną. Podniósł głowę, bo nawet na stojąco brakuje mu dobrych kilku, jak nie kilkunastu centymetrów, by nasze oczy były na tej samej wysokości.
Usta tym bardziej.
Kładę mu jedną dłoń na biodrze. Drugą na karku. Pochylam się ostrożnie, aby go nie spłoszyć, choć już samo objęcie skutecznie uniemożliwiłoby ucieczkę. Chyba że przez okno, czego jednak przy aktualnym piętrze nie polecam.
Pierwszy dotyk jest… nijaki. Sztywny, chłodny, smakujący imitacją kawy i czymś słodkawo-chemicznym w tle. Czyżby też jakąś e-fajką? Kremem z któregoś ciasteczka? Trzecia opcja nie przychodzi mi do głowy, zajętej bez porównania ważniejszymi sprawami.
Drugi jest już dłuższy, bardziej świadomy, choć wciąż uroczo niezdarny. No i co z tego? Gdyby mi ktoś zaproponował coś podobnego, musiałby najpierw mnie dogonić, a jak jakimś cudem nasze paszcze jednak by się zetknęły, przypominałoby to zapewne gody glonojadów lub coś podobnie porywającego.
Trzeci wreszcie jest godzien, by nazywać się pocałunkiem. O ile dobrze czuję – a coś twardego, napierającego na moją nogę, raczej nie pozostawia pola do interpretacji – budzącym niedające się już dłużej kontrolować podniecenie nie tylko we mnie. Palce wbijają się w skórę, biodra napierają na siebie coraz mocniej, ślina zaczyna zbierać się w kącikach warg.
Dość!
Odrzucam głowę do tyłu, by zakończyć to raz a dobrze. Tak, mam ochotę na więcej. Na dużo, duuużo więcej niż jeszcze przez ledwie kilkoma chwilami mi się wydawało. Jednak wiem, że nie mogę. Ze względu na niego. Na siebie. Na kogoś, kogo przecież kocham i kto jest dla mnie całym światem.
– Ja… ja ci dziękuję. To było niesamowite. Bo wiesz, ja nigdy…
– Nic nie mów. Proszę. Niech to zostanie tajemnicą. Tylko dla ciebie – dyszę, próbując uspokoić i jego, i zwłaszcza siebie.
Raczej marna to próba, lecz lepszej nie będzie. Ani teraz, ani nigdy.
Patrzymy na siebie wzajemnie, wyczuwając… mając pewność. Wiedząc. Rozumiejąc doskonale już teraz, że to był błąd. On już zawsze będzie wiedział, że ja wiem, że on wie. I tak dalej. I mimo mej wcześniejszej deklaracji nie będzie to jedynie pikantny, lecz w gruncie rzeczy niewinny sekrecik, tylko bolesna zadra, wbita w samiutki środek wzajemnego zaufania. A świadomość, że inni ludzie, być może nawet w tym samym momencie i za dosłownie kilkoma ścianami, uprawiają pozamałżeńskie rypanie bez zabezpieczenia, jakoś wcale mi nie pomaga.
Jedno, na co jestem w stanie się zdobyć, to ciche:
– Przepraszam, chyba muszę już iść.
– Ja… ja też mam swoje sprawy. Czy my… jeszcze się zobaczymy?
– Nie wiem. Mam nadzieję, że tak, ale nie wiem. Naprawdę. I nie nalegaj. Proszę.
Nie kończę. Nie jestem w stanie. Po prostu wychodzę i zamykam za sobą drzwi.
Siadam na tym samym krzesełku i wpatruję się tępo w tą samą filiżankę z tą samą herbatą. Zimną jak moje serce.
Nie no, bez przesady! Tak pretensjonalnych porównań, metafor czy co to tam jeszcze jest, nawet taka literacka durna pała jak ja nie zdzierży. Wystarczy, że czuję się jak świnia. Jak – jakby środków stylistycznych nie najwyższych lotów wciąż nie było dość – ostatnie bydlę. Zachciało mi się jakichś flirtów na poziomie nagrzanej dyskotekowej maniury, to mam! Za swoje, nie za cudze! I po co? Chyba faktycznie „po jajco”, bo innego powodu nie dostrzegam. Za to czuję. Boli mnie to i będzie bolało nie tylko za każdym razem, gdy tylko spojrzę na sąsiada, ale także – a może przede wszystkim – na…
A właśnie, paczka!
Mimo braku adresówki wiem doskonale, kto ją zostawił. I dla kogo. Pozostaje pytanie: czemu właściwie nie została położona choćby na stole, tylko w miejscu jakby nie patrzeć publicznym? Może właśnie tak miało być? Może to od początku miała być deklaracja, skierowana do jednej, konkretnej osoby? Może sąsiad miał ją zauważyć, podnieść, zobaczyć serduszko? Może… za dużo tych powtórzeń.
Otwieram pudełko i własnym oczom nie wierzę. Znaczy wierzę, natomiast co z tą wiarą mam począć, to już inna kwestia. Niby przeznaczenie tych ledwie kilku przedmiotów jest nadto wyraźne, jednak szczegóły ich wykorzystania wciąż są dla mnie zagadką. Chyba że gdzieś jest jakaś instrukcja? Kartka, dopisek na wewnętrznej stronie kartonu? Nie? To może coś mi przyszło na telefon?
„Mam nadzieję, że prezenty się podobają. Jak tak to się przebierz i zaczekaj na mnie. Będę za jakieś poł godzinki XOXOXOXOXO”
Patrzę na godzinę dostarczenia. I na bieżącą.
– Ożeszkurrr… – rzucam w próżnię, mając nadzieję, tym razem zakorkują się nie tylko te miejsca, co zwykle, ale i całe miasto. A najlepiej od razu galaktyka.
Jedną ręką odkręcam prysznic, drugą nakładam pastę do zębów na szczoteczkę, ściągam stopą zaplątane dokoła kostki majtki. A przynajmniej próbuję.
Gąbka, pumeks, peeling do ciała, peeling do twarzy, żel do kąpieli, żel do golenia, płyn do ust, płyn do dupy. Ręcznik. Suchy szampon. Szczotka. Balsam. Krem. Olejek. Perfumy. Tusz. Róż. Szminka. Szybkoschnący lakier do pazurów. Kolczyki. Wisiorek. Szpilki. Szwarc, mydło i powidło. Skumbrie, byczki, śledzie, leszcze, oranżada i co jeszcze?
Dosłownie w ostatniej chwili rzucam koc na łóżko, zapalam tealighta, puszczam jakąś muzyczkę w tle.
Słyszę zgrzyt przekręcanego klucza, stukanie ściąganych butów, szelest zdejmowanej kurtki. Skrzypienie paneli. I najprostsze z prostych pytanie, zadane niewinnie słodkim głosikiem:
– Jesteś?
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:
facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/
Z góry dziękuję!
Jak Ci się podobało?