Ilustracja: Pixabay

Prima aprilis, czyli niespodzianki chodzą parami (II) – Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz... chłopaczek?

1 kwietnia 2026

Opowiadanie z serii:
Prima aprilis

24 min

Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!

"Trolling jest najważniejszą ze sztuk" - Д.Р.Р. Ле́нин



– Jestem, jestem! – odpowiadam najsłodziej, jak potrafię, tyle że efekt przypomina raczej nędzną podróbę pączka z dyskontu niż rzemieślniczą eklerkę.

– Mam się szykować na niespodziankę?

– Być może – droczę się.

– To poczekaj jeszcze chwilę, przygotuję swoją.

Zazwyczaj takie oczekiwanie mnie irytuje, jednak dziś dziękuję opatrzności za te chociaż parę dodatkowych minut, jakże koniecznych dla uspokojenia ciała i ducha. Nie wiem, którego bardziej. Korzystając z okazji, rozkładam jeszcze poduszki, zmieniam playlistę, ostatni poprawiam włosy. Zresztą nie tylko je. Przy moich proporcjach pończochy okazują się jak zwykle nieco za krótkie, natomiast body zbyt luźne – zwłaszcza w biodrach i biuście – jednak mam nadzieję, że nikt tego nie zauważy. A jeśli mimo wszystko dostrzeże, to kulturalnie zmilczy.

Na dźwięk kroków kładę się na powrót na brzuchu, podpieram na łokciach i krzyżuję nogi w pozie godnej katalogu z bielizną. Nie skupiam się jednak na sobie, tylko stającej w drzwiach sypialni postaci w celowo ponadwymiarowej, bladobłękitnej koszuli, zapiętej na pojedynczy guzik. Podziwiam drobne, niemal nastoletnie ciało. Uroczego blond jeżozwierza na głowie. Oczy niemalże komiksowego rozmiaru. Te same, które oczarowały mnie lata temu. I ten sam uśmiech pełnych ust, któremu do dziś nie mogę się oprzeć.

– Pięknie wyglądasz.

– Ty też.

Niby tyle już się znamy i nie mamy przed sobą żadnych tajemnic, w tym także tych najbardziej intymnych, a jednak wciąż nie potrafimy opanować emocji. Słowa więzną nam w gardle, rumienimy się, spuszczamy zawstydzony wzrok niczym na pierwszej randce. Dokładnie tak, jak teraz.

– Bardzo ci dziękuję za prezent. Jest… cudowny – zaczynam. – Mam nadzieję, że chociaż trochę ci się w nim podobam!

– No wiesz co? Oczywiście! Mogę… bardzo by mi zależało, żeby sprawić ci dzisiaj przyjemność.

– Zrobisz wszystko, na co tylko masz ochotę. Niestety nie mam dzisiaj nic równie ładnego, więc może… może właśnie to będzie mój prezent dla ciebie? A jak będziemy gdzieś razem, to sobie coś wybierzesz?

– Nie! To ty jesteś moim podarunkiem i zaraz go sobie odpakuję!

Moja jedyna miłość podchodzi bliżej, pochyla się i całuje. We włosy. W czoło, nos, policzki. W usta. Unoszę się na rękach, by było nam wygodniej. Korzystając z okoliczności, obie dłonie wnikają pomiędzy jaskrawopomarańczowe fale i odchylają głowę. Głaszczą mnie po karku, obojczykach i barkach. Wędrują niżej, aż docierają do biustu, gdzie znów się zatrzymują.

Wzdycham sugestywnie, prosząc tym samym o jeszcze. Prężę się niczym kotka, nastawiając najczulsze z czułych miejsca ku pieszczotom. Deszcz całusków spada już nie tylko na usta, lecz na powrót zrasza policzki. I uszy. Zwłaszcza je. Podkreślone cichym cmokaniem podgryzanie przyozdobionych złotymi kółeczkami płatków, w połączeniu z wciąż drażnionymi sutkami, nieoczekiwanie doprowadza mnie znacznie bliżej rozkoszy niż…

– Zaczekaj chwilę – szepczę.

– A jak nie? – pytanie jest jednoznacznie prowokacyjne.

– To się zaraz przekonasz, ty… no gdzie mnie z tymi ręcoma? Delikatniej… już lepiej… o tak dobrze…

Wtem, niczym najbardziej traumatyczny flashback z bitwy o karpia, przed oczami znów pojawia się wiadomo-kto we wiadomo-jakich okolicznościach. Wracają wyrzuty sumienia. Poczucie winy. Odruchowo spinam się tak mocno, aż nie pozostaje to niezauważone.

– Wszystko w porządku?

– Tak… nie wiem… – wyduszam z siebie.

Nie, nie powiem prawdy. Nie mogę. Nie jestem w… chociaż nie. Tak właściwie to jak najbardziej jestem w stanie. Tyle że nie chcę. Nie chcę teraz, a nie w ogóle.

Uczciwie, szczerze i do wszystkiego się przyznam. Bez pomijania szczegółów na czele z tym, jak bardzo było mi wówczas przyjemnie. I że mimo składanych wcale nie tak dawno deklaracji nie tylko wkrótce znów odwiedzę sąsiada, ale być może od razu zapytam, czy nie chciałby tego powtórzyć? A nawet pójść o krok dalej, choć wciąż bez żadnych dalszych obietnic ani tym bardziej poważniejszych zobowiązań. 

Dlaczego? Cóż… bo mogę? Choć ostateczna decyzja nie będzie należała tylko do mnie i o tym także muszę pamiętać. Tak w przyszłości, jak i teraz.

– Czy… ja na pewno ci się podobam? – dopytuję ni stąd, ni z piczy, chcąc czym prędzej ustalić pewne fakty.

– Zaraz cię całą pogryzę, jak nie przestaniesz gadać tych głupot!

– Ja serio pytam. Tak serio-serio. Bo wiesz, może i nie mam jakiejś ładnej twarzy, ale za to płaski tyłek i małe cycki.

– W takim razie uznajmy, że mam spaczony gust i lubię takie z płaskim tyłkiem i małymi cyckami. No dawaj mi jej tutaj, tylko szybko!

Próbuję zareagować, jednak zaskoczenie zwycięża i jedyne, co mi pozostaje, to poddać się przyjemności. Już nie palce, a usta i zęby pobudzają piersi. Ssą mnie, liżą i przygryzają przez drobniutką siateczkę body. Tak delikatną, aż zaczynam się obawiać o jej porwanie, lecz nic takiego się nie dzieje. Wydarza się za to coś innego.

Niespodziewanie zdecydowanie dłonie obracają mnie lekko bokiem. Odchylają nogę. Krążą po wewnętrznej stronie ud, biodrach oraz brzuchu, niespiesznie zacieśniając spiralę. Wreszcie docierają do łona. I dalej.

– A teraz ci pokażę, co myślę na temat twojej płaskiej dupy! Wypnij się!

Jak twierdzą uczeni w piśmie: tylko głupi odmawia, gdy mądry prosi. Zresztą na co mam czekać? Po co udawać, że nie mam ochoty? Miast jednak nad tym deliberować, spełniam prośbę. Rozkaz? Czuję, jak materiał zostaje odsunięty spomiędzy pośladków i ud. Jak w jego miejsce pojawiają się najpierw palce, a po chwili także język. Jak pieszczą mnie z największą czułością.

– Lubisz, jak cię tak całuję?

– Teraz to ty pytasz bez sensu… – mruczę.

Wyciągam rękę ku tyłowi, znajduję włosy i dociskam głowę mocniej. Wyginam kręgosłup i otwieram się jeszcze szerzej. Teraz nie jestem już kotką, a kocicą. I to taką w rui. Pragnącą być całowaną, lizaną… penetrowaną już też. Powolutku, z najwyższą czułością i przede wszystkim ostrożnością, lecz w bardzo jednoznacznym celu.

– Masz ochotę na więcej?

Zamiast odpowiedzi rozchylam uda. Jednak, co zaskakujące, nie doczekuję się żadnej reakcji. W końcu zaczynam się obawiać, iż z moją higieną intymną jest coś nie tak i cofam dłonie.

– Czy… coś się stało? Wszystko dobrze?

– Tak, tylko… uwielbiam tak patrzeć na ciebie. Ja… bardzo mnie to podnieca.

– To cię podnieca?

Tym razem wbijam palce bardziej w pośladki i otwieram się na tyle, na ile tylko jestem w stanie. I cierpliwie czekam na efekty. Słyszę coraz głośniejsze westchnienia. Odgłos, jakby ktoś czymś pocierał. I wreszcie pytanie:

– Obrócisz się?

Teraz już nie odpowiadam, tylko czym prędzej zadośćuczyniam kolejnemu życzeniu. Kładę się na plecach, chwytam pod kolana i unoszę biodra, czekając na… nie muszę już jedynie podejrzewać, na co. Wiem. Widzę. Czuję. Pragnę, by usta i palce pieściły mnie w tym samym momencie. Dokładnie tak, jak teraz. Niezwykle delikatnie, niemalże na granicy łaskotek. By doprowadzały mnie na skraj rozkoszy, przerywały w ostatniej chwili, pozwalając się uspokoić, a następnie zaczynały wszystko od nowa. Tak długo, aż wreszcie nikt ani nic nie będzie w stanie mnie powstrzymać.

– Wolniej, poczekaj chwilę… Nie! Przestań!

Puszczam nogi, oddycham głęboko, nawet odwracam głowę ku oknu, szukając tam uspokojenia, lecz jest za późno.

Tylko czy na pewno? Gdyby to naprawdę był taki pełny, stuprocentowy orgazm, nie obyłoby się bez konieczności wytarcia łona, brzucha, prześcieradła, a zapewne także wciąż pochylonej pomiędzy mymi udami twarzy, lecz nic takiego nie jest potrzebne. Owszem, czuję niedającą się pomylić z niczym wilgoć we wiadomych miejscach, lecz jest jej bez porównania mniej niż zwykle. A mimo to mogę jednoznacznie stwierdzić: tak, było mi przyjemnie. Tyle że inaczej.

– Wszystko dobrze?

– Tak… chyba tak. To było…

Przed kim ja się właściwie tłumaczę? I po co? Jakie to ma znaczenie, co się stało? Było, minęło, czas na więcej. Zdecydowanie więcej!

Ściągam ramiączka body, odsłaniając piersi. Sięgam po płaską poduszkę i podkładam ją pod biodra. Unoszę nogi jeszcze wyżej i w jeszcze większym rozwarciu niż poprzednio. Tak, by odsłonić całe krocze. Idealnie gładziutkie. Mokre. Chętne.

– Chcesz? – pytam.

Odpowiedź jest zbędna. Co nie znaczy, że mamy się gdziekolwiek spieszyć. A już na pewno ja nie odmówię sobie… przyglądania się. Podziwiania emanującego subtelną erotyką ciała. Widocznego spod rozpiętej już całkowicie koszuli płaskiego brzucha. Idealnie wykrojonych ust, obsypujących całuskami moje łydki i stopy. Smukłych dłoni, rozprowadzających przyjemnie chłodny lubrykant. Wszędzie tam, gdzie jest to konieczne.


Pierwsze pchnięcie jest bardzo płytkie i krótkie. Każde kolejne już odrobinę głębsze i dłuższe. Oddycham miarowo, przygotowując mięśnie do tego, co się za chwilę stanie. Co już się dzieje.

A dzieje się bardzo, ale to baaardzo przyjemnie. Dokładnie w taki sposób, w jaki tego chcę. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak „idealny seks”, to doświadczam go właśnie teraz. Leżąc na świeżo wypranym kocu we własnej sypialni. W stroju, w którym czuję się… seksownie. Tylko tyle i aż tyle. I naprawdę niczego więcej mi nie potrzeba.

Nie mam też zamiaru – choć przecież mogę – oczekiwać więcej od mojej ukochanej. Mojego ukochanego. Ech, żeby to było takie proste…

O, przepraszam bardzo. Jest proste. Banalnie proste. Jak budowa pały.

Już od pierwszego naszego spotkania, pierwszego uścisku dłoni, pierwszej rozmowy, pierwszych wspólnych lodów, kawy czy wreszcie drinka sytuacja była jasna, jednoznaczna i nie pozostawiająca przestrzeni dla jakiejkolwiek subiektywnej interpretacji rzeczywistości. Zresztą… dlaczego miałoby być inaczej? To jest jego prywatna sprawa, jego seksualność i jego poczucie własnej tożsamości.

O, znowu przepraszam! Jej poczucie tożsamości. Nie tylko tej erotycznej. Dla mnie od samego początku ona była… nią. Bez najmniejszych nawet wątpliwości. I nie tylko dla mnie, gdyż w dokładnie taki sam sposób traktują ją jej współpracownicy, jej koledzy, jej przyjaciele, jej fryzjer, jej znajoma pani z warzywniaka, jej rodzina. Zwłaszcza ona. Czego zresztą ogromnie jej zazdroszczę.

Jej, jej i jeszcze raz jej! A jak będzie trzeba, powtórzę to jeszcze sto razy!

Poza tym kim ja w ogóle jestem, by kogokolwiek oceniać? Zwłaszcza kogoś, kogo kocham jak nikogo innego na świecie i kto właśnie kocha się ze mną. W dokładnie tym momencie wsadza mi penis… penisa… jak to się właściwie powinno odmieniać… penetruje mnie swym w pełni naturalnym penisem w stanie równie naturalnej erekcji. Co jak co, ale jakakolwiek uwaga wobec zarówno posiadaczki przyrodzonego przyrodzenia, jak owego organu jako takiego, byłaby z mojej strony skrajną hipokryzją.

Jakby tego wciąż było nie dość, to patrząc całkowicie obiektywnie, ma jedyna, ukochana i najdroższa jest ładniejsza ode mnie. Tak po prostu. Atrakcyjniejsza. Zgrabniejsza. Bardziej kobieca. I to wszystko bez jakiejkolwiek ingerencji chirurgicznej. Bez terapii hormonalnej. Bez kilograma tapety. Bez strojenia się w miniówę i dekolt do pasa. Wystarcza wystylizowana fryzura, lekki makijaż, odpowiednio użyty depilator oraz subtelna modulacja głosu jako wisienka na genderowym torciku i nawet postronne, oceniające ją jedynie na podstawie wyglądu zewnętrznego osoby, niczego nie podejrzewają. Na czele ze wścibskim sąsiadem z naprzeciwka.

Co prawda sama zainteresowana próbuje zaklinać rzeczywistość, lecz ja wiem swoje i zamierzam jej o tym regularnie przypominać.

– Piękna jesteś – szepczę.

– Wiesz, że nie.

– Wiem, że tak i niech mi nikt nie wmawia, że jest inaczej! Tobie też… oooch… mocniej, proszę!

– Specjalnie dla ciebie! A może… chcesz, żebym była za tobą?

– Nie! Dzisiaj tylko tak!

Mam wrażenie, że przez twarz mej najdroższej przebiega cień zawodu, jednak zdania nie zmienię. Chcę dziś czegoś innego. Patrzenia prosto w oczy. W uśmiech. Delektowania się obserwowaniem najnaturalniejszych z naturalnych reakcji. I nie tylko.

– Chciałabyś dojść we mnie? – pytam wprost.

– Ale że jak? Tak teraz?

– Nie. Bez zabezpieczenia.

– Na pewno?

– Na pewno. Wiem, jak to lubisz i jak bardzo chcesz. I nie martw się, wszystko jest w porządku – zapewniam z pełnym przekonaniem.

Mimo tego odpowiada mi cisza. Podejrzanie długa. O tyle dobrze, że kołysanie nie ustaje.

– A mogę najpierw… mogę cię jeszcze pocałować?

– Choćby teraz!

Tego już nie muszę powtarzać. Mija ledwie chwila, a ma ukochana pieści mnie dokładnie tak samo, jak wcześniej. A nawet bardziej. Dokładnie wylizuje miejsca, które wcześniej ominęła. Spija moje podniecenie zarówno ze skóry, jak i materiału. I naprawdę mało brakuje, by tym razem już nic nie powstrzymało mnie przed finałem. Na to jednak przyjdzie jeszcze czas.

– Czekaj, poprawię się.

Zgodnie z deklaracją poprawiam poduszkę, poprawiam pośladki, poprawiam fryzurę – o ile można tak nazwać jej całkowite zdefasonowanie. Poprawiam także body, czy raczej próbuję poprawić, bo jak z jednej strony nie pociągnę, to druga zaraz zaczyna odstawać i vice versa.

– Pomóc ci?

– Nie, tylko coś mi się podwinęło… – dziękuję, znów walcząc z ramiączkiem. – O, już! A może chciałabyś, żeby był większy?

– Co „większy”? Nie ten rozmiar? Wydawało mi się, że będzie pasował.

– Nie, głupia! Biust. Tak sam z siebie już raczej nie urośnie, ale wiesz, że mogę zrobić sobie operację. Stać mnie na to, lekarz nie ma nic przeciwko, wystarczy mi twoja zgoda.

– Nie! Nigdy! – przerywa mi gwałtownie, lecz już po chwili spuszcza z tonu. – Przepraszam, nie chciałam cię urazić… A ty chcesz? Bo jak tak, to wiesz… nie będę ci broniła, ale…

– Mnie tam z moimi cyckami jest dobrze – odpowiadam, choć do pełnego przekonania trochę mi brakuje. – Tylko wydaje mi się, że ostatnio nie zajmujesz się nimi tak, jak wcześniej. Może jakby były chociaż trochę większe, na przykład żebyś mogła się wsunąć pomiędzy nie, podobałyby ci się bardziej?

– Ale przecież mogę! Patrz!

Na potwierdzenie tezy ma nienasycona kochanica pochyla się i zaczyna całować. W sutki. W dekolt, szyję, usta. Znów niżej. A gdy uznaje, że będzie tego dobrego, ostentacyjnie zdejmuje prezerwatywę, nabiera parę kropel żelu nawilżającego na dłoń i siada na mnie okrakiem. Wsuwa penis… penisa… a chuj z tym! Ważne, że między piersi. Nieduże, bo nieduże, jednak przy odpowiedniej kreatywności jak najbardziej nadające się do tejże czynności.

Główka rzeczonego organu przysuwa się zbyt blisko mej twarzy, by uznać to jedynie za przypadek. Dlatego unoszę głowę, rozchylam wargi, wysuwam język i pozwalam, by moja najdroższa sama zdecydowała, na co ma ochotę. A ma, co bardzo szybko udowadnia, na wcale nie takie małe fellatio. Owszem, może i jej rozmiarowi brakuje nieco od średniej pornograficznej, niemniej naprawdę muszę uważać, by się nie zakrztusić. Zwłaszcza gdy unosi biodra, podpiera się na rękach i zaczyna penetrować mnie w usta tak głęboko, aż dotykam nosem łona.

Z każdą chwilą kołysze się coraz energiczniej. Tak, jakby chciała dojść już teraz. I nie są to jedynie przypuszczenia, a fakt.

Tyle że znów niekoniecznie. Gdy mam już całkowitą pewność, że od finału dzieli ją zaledwie kilka ruchów i zaczynam się przygotowywać na wytrysk, ona nagle wstaje, przysiada za moimi nogami, unosi je i jednym pchnięciem wbija się we mnie aż do końca. Tym razem bez przygotowania, bez dodatkowego nawilżenia, bez niczego. Bezwiednie zagryzam zęby, zaciskam pięści i rzucam w powietrze:

– Oszzz kurrrwa!

Jedynym efektem nieplanowanego wulgaryzmu jest nagłe przyspieszenie ruchów. To już nie jest kochanie, a ruchanie. By nie użyć jeszcze mniej kulturalnego, za to bardziej odpowiedniego do okoliczności określenia. Do utraty tchu, zmysłów, przyzwoitości.

Wbijam paznokcie w koc. W ramiona mojej… pieprzącej mnie szaleńczo dzikuski. W jej klatkę piersiową. W sutki. Z takim rezultatem, że ta przyciska mnie całym ciężarem i wpija się w usta. I nie odpuszcza, póki nie dochodzi. Tym razem definitywnie.

Czuję gęste ciepło, rozlewające się po mym wnętrzu. Wypychane zeń kolejnymi uderzeniami bioder. Ściekające po udach i pośladkach. Już-już mam zamiar użyć siły, by wreszcie to zakończyć, lecz wówczas dostrzegam w pochylonej nade mną twarzy… wszystko to, co powinno nam towarzyszyć nie tylko w łóżku. Pożądanie, namiętność, pragnienie, żądzę, długo by wymieniać. Satysfakcję? Radość? Szczęście? Tym bardziej!

Dlatego pozwalam jej spokojnie zwolnić. Odetchnąć. Wyprostować się. Przeciągnąć. Wysunąć ze mnie ostrożnie i dyskretnie skorzystać z przygotowanego specjalnie na takie sytuacje niewielkiego ręcznika. Spojrzeć na mnie choć trochę bardziej przytomnym wzrokiem. I – mimo że tego akurat na liście życzeń i zażaleń nie było – przeprosić.

– Wybacz mi, nie chciałam… jak nie było ci przyjemnie, to powiedz, więcej nie będę…

Czym prędzej przerywam to samobiczowanie. Samo-bitchowanie. Hehe, nawet zabawne… Robię to gestem, woląc nie nadużywać słów knajackiej proweniencji, bez których zdecydowanie by się nie obyło. Równocześnie podnoszę się, na wszelki wypadek także sięgam po ręczniczek, a gdy mam pewność, że faktycznie wszystko jest w najlepszym porządku, przytulam się do mej jedynej. Ukochanej. Najdroższej. Takiej, jaką jest. Bez żadnego upiększania, udawania, okłamywania się.

Całuję ją w usta. Tym razem najczulej, jak tylko potrafię. Głaszczę jej włosy, ramiona, brzuch. Wciąż pobudzonego penisa… pobudzony penis… dupa cicho, wy w krzywe cydzysłowy kopane językowe aktywiszcza! Nie wasze – i to dosłownie – interesy, więc się nie wtrącajcie, bo hiperpoprawnej mordy dostaniecie!


– Mogę o coś zapytać? – zaczynam.

– Co to, jakieś „Trudne sprawy” dzisiaj mamy?

– Tak, „Aj em sory”, odcinek dwa-jeden-trzy-siedem – prycham w odpowiedzi i jeszcze pokazuję język. – Po prostu mnie ciekawi, czemu nie zostawiłaś paczki w mieszkaniu, tylko na zewnątrz? Tak, jakby ktoś miał go zobaczyć.

– No, no… kombinuj dalej, dobrze ci idzie!

– Ale wiesz, że w tej sposób tylko potwierdzasz podejrzenia sąsiadów?

– A niech se myślą, co chcą! Ich problem, nie nasz.

– Kłócić się nie będę, tylko potem dziwnym trafem to mnie zagadują, a nie ciebie – prycham.

– Co? Znowu ten z naprzeciwka?

– Tak, znowu.

– To mu trzeba było powiedzieć, żeby poszedł w pizdu!

Wznoszę oczy ku niebu, jednak szybko orientuję się, że to nie wystarczy.

– Możesz przestać?

– No co?

– No jajco. A nawet dwa. Jak berety. Pogadaliśmy sobie chwilę dzisiaj, zanim wróciłaś i… – waham się, ile na ten moment chcę i mogę ujawnić, lecz wciąż postanawiam zachować pewne detale dla siebie. – I powiem ci, że to jest naprawdę spoko gość, tylko ta sytuacja trochę go przerasta. W sensie ta z nami. Dołóż sobie do tego nadopiekuńczą matkę i masz, co masz.

– W jakim sensie i z jakimi nami? Następny się do ciebie przystawia?

– Proszę cię, bez taniej zazdrości. To nie twój poziom. Doskonale wiesz, że mogłoby się do mnie przystawiać pół bloku, a nawet i osiedla, a i tak nic by to nie zmieniło – tłumaczę cierpliwie, jakby tak oczywiste oczywistości w ogóle wymagały jakiegokolwiek komentarza. – Ciebie kocham i innej nie chcę. Innego tym bardziej. No chodź tu, gdzie uciekasz!

Przytulam ukochaną i znów całuję. Tym razem w policzki, unoszące się powoli w uśmiechu. Jednak oczy wciąż są niespokojne, wyraźnie poszukujące spokojnej przystani. I, ku memu zaskoczeniu, znajdują ją w zupełnie nieoczekiwanym miejscu. Konkretnie pomiędzy moimi udami.

– No gdzie się patrzysz? Tak, mam jeszcze trochę siły, a bo co? – chichoczę, choć po prawdzie wciąż niezaspokojone podniecenie zaczyna mnie nieco drażnić.

– Bo ja…

– Bo na serio, to ci za chwilę nakopię! Co to, czat GPT pisze nam dialogi i musi wyrobić limit stron, czy co? Jak masz na coś ochotę, to mów otwarcie, a nie się czaisz jak szpak na zmywanie!

– Pamiętasz tę sukienkę z wyprzedaży? Tę, co ci się spodobała? – pyta nieoczekiwanie.

– No tak, ale przecież to nie mój rozmiar był.

– Zgadza się. Był mój. I ją kupiłam.

– To co się nie chwalisz! Pokazuj! – Wybucham nieukrywaną radością.

– Teraz?

– A kiedy? Nie udawaj mi tu, że sobie o niej bez powodu przypomniałaś! Idź się normalnie przebrać, ja też się ogarnę i zaraz mi się pokażesz.

Nie czekając na aprobatę, powstaję i chyżo bieżę ku buduarowi. Do kibla znaczy idę. Odświeżam, co mam do odświeżenia, na wszelki wypadek płuczę, co mam do wypłukania i wracam, celowo pozostawiając otwarte drzwi, by współlokatorka od razu wiedziała, że wolne.

Kładę się i czekam. Niby nigdzie mi się nie spieszy, lecz im dłuższa będzie przerwa, tym później trudniej będzie mi się w pełni zaangażować w dalsze (s)ekscesy. A zwalić… odwalić byle czego nie chcę. Zwłaszcza dziś.


Na szczęście obawy okazują się całkowicie bezpodstawne. Wystarcza jedno spojrzenie na wchodzącą do sypialni pięknotkę, by na me policzki powrócił rumieniec. Jeden uśmiech karminowych ust i jedno mrugnięcie mocno podmalowanych oczu, aby ciepło rozlało się na podbrzusze. Jeden obrót, zaakcentowany poderwaniem krawędzi kremowobiałej sukienki i stuknięciem burgundowych szpilek, by prąd podniecenia przeszył całe ciało. Jedno pochylenie, odsłaniające koronkowe figi. Jeden gest, ujawniający rozcięcie materiału.

– Mam dla ciebie coś jeszcze.

– Przecież nie musisz… – stękam, ledwie opanowując emocje.

– Nie muszę, ale chcę. I daj… pozwól mi skończyć. Chcę ci dać siebie. Chcę obciągnąć ci tak samo, jak ty mi. Chcę, żebyś wzięła mnie od tyłu na stojąco. Chcę, żebyś się we mnie spuściła. Chcę tego wszystkiego, rozumiesz!

Dobrze, że body zostało w łazience, bo wzwód rozerwałby go na strzępy. Nim jednak cała krew opuści rozum (że o wspominanej już godności człowieka nie wspomnę) i spłynie do organów wiadomego przeznaczenia, wolę dopytać:

– Zastanów się dwa razy, o co prosisz. Ja za ciebie jutro do pracy nie pójdę.

– Trudno, najwyżej nie nakurwię targetu.

– Nie bądź wulgarna!

– Dopiero będę!

– Proszę cię po raz ostatni, żebyś mnie nie prowokowała – mówię już absolutnie bez przekonania, wiedząc, jak to się tak czy inaczej skończy.

– To co, wyruchasz wreszcie swoją małą dziwkę, czy nie?

Zamiast odpowiedzi rzucam poduszkę na podłogę i staję nad nią w lekkim rozkroku.

– W takim razie klękaj, mała dziwko, i mi obciągnij. Tylko do końca!

O ile ja jestem w stanie, choć nie bez pewnych obiektywnych trudności, wziąć moją… jak się rzekło: małą dziwkę w całości do ust, to ona mnie nie. Nieważne, jak bardzo by się nie starała, dochodzi do może dwóch trzecich długości i dalej nie daje rady. Co nie oznacza, że mam zamiar jej odpuścić. Łapię ją za włosy, dociskam aż do oporu i trzymam, póki nie zaczyna się krztusić. Odpuszczam na chwilę, by tylko mogła złapać oddech, po czym zaczynam od nowa.

Po ledwie kilku takich powtórzeniach mój mały lachociąg wygląda dokładnie tak, jak sam chciał. Jak sama chciała. Klęczy przede mną z rozczochranymi włosami, obślinioną twarzą, załzawionymi oczami. I wciąż nie ma dość. Dlatego tym razem chwytam ją pod kark oraz gardło i zaczynam pieprzyć. Mocno. Nie przestaję pomimo charczenia. Zadławienia. Próby wyrwania się. Dopiero desperackie wbicie paznokci w uda mnie powstrzymuje.

Podnoszę wciąż oszołomione ciało do pionu. Zlizuję naszą wspólną namiętność z ust, podbródka, policzków. Wpycham język w gardło. Gryzę wargi.

Przysuwam biodra do bioder i sięgam dłonią po penisy. Oba naraz. Pobudzam je intensywnie, przy okazji podlewając obficie lubrykantem.

– Odwróć się! Pod ścianę!

Czego jak czego, ale niektórych spraw nie należy zaniedbywać niezależnie od sytuacji, przeciągam więc śliską dłonią pomiędzy pośladkami i… A to skąd się wzięło?

– Ożesz ty zboczenico!

– Zboczenica to dopiero będzie… włóż mi rękę w majtki… dalej w lewo… o tu!

Mam ochotę coś odpowiedzieć. Naprawdę. Ostatni raz spytać rzeczoną zboczenicę, czy na pewno to przemyślała. Głową, nie dupą. Czy w ogóle wie, czym grozi to, co za chwilę zrobię, jeśli nikt mnie nie powstrzyma. Tylko po co? Dała mi do zrozumienia wystarczająco jasno, o co nie tyle grzecznie prosi, a czego otwarcie, by nie rzec bezczelnie żąda.

Chwytam palcami za oprawiony w chromowany metal kryształek, lecz nie mam zamiaru go wyciągać. A przynajmniej nie od razu. Najpierw robię dokładnie odwrotnie, naciskając lekko. Słysząc w odpowiedzi ciche jęknięcie, ciągnę. I znów pcham. Za każdym kolejnym ruchem mocniej i dalej, aż wreszcie wyjmuję go całego.

Albo i nie. Okazuje się bowiem, że to dopiero przewężenie, za którym koreczek jeszcze mocniej się rozszerza. Wzdycham nie bez podziwu i kontynuuję, chcąc czym prędzej zaspokoić ciekawość. Tym razem jednak faktycznie jest to koniec. A skoro tak, nie ma na co dłużej czekać. Czym prędzej rozrywam znalezioną pod majtkami paczuszkę i… znów muszę ugryźć się w język, by nie zadać pytania, na które przecież i tak znam odpowiedź.

Wytłoczona w wystające wypustki prezerwatywa ledwie daje się naciągnąć. Nie na wyjątkowo kształtnego oraz zadbanego, lecz równocześnie całkiem przeciętnego rozmiaru penisa, a rasowego kutasa. Długiego, grubego i sztywnego. Pokrytego wyraźnie widocznymi nawet przez lateks, napiętymi żyłami. Ukoronowanego niemal bordową, jeszcze szerszą niż trzon główką. Napierającą z największą ostrożnością, lecz i nie bez niezbędnego zdecydowania na nadal rozchylony po wyciągnięciu zabaweczki, różowiutki tyłeczek.

Mimo odczuwalnego oporu nie odpuszczam ani na moment i pokonując naturalny odruch zaciśnięcia, wsuwając się coraz głębiej. Kawałeczek po kawałeczku. Jęknięcie po jęknięciu. Urwany oddech po oddechu. Gdy czuję, że dalej nie dam rady, wycofuję się ostrożnie, odczekuję kilka chwil i napieram znowu. Aż do samego końca, któremu towarzyszy najgłośniejsze do tej pory stęknięcie.

– Aleee… tyyy… jeeesteeeś… duuużaaa…

– Sama chciałaś – udaję opanowanie, lecz tak naprawdę i ja ledwo daję radę.

– Chcę. Chcę tylkooo… ojaciękurwajebię!

– Miałaś nie kląć!

– A ty wcześniej to co?

– A mnie wolno, moja mała zdziro. Lubisz to, jak się tak do ciebie mówi, co?

– Lubię, jak mnie jebasz od tyłu. Rób to mocniej!

– Mówi się „jebiesz”. I matka sąsiada mi świadkiem, że naprawdę zaraz tak cię wyjebię, aż nie będziesz mogła stać!

– A co ona ma…

– Zamknij się i przytrzymaj tę kieckę!

Łapię za wypięte pośladki, próbując utrzymać równowagę, jednak na niewiele się to zdaje. Nawet przy wysokich szpilkach dalsze utrzymywanie pozycji stojącej bez dodatkowego podparcia zamienia się w walkę z różnicą wzrostu oraz wagi. I wówczas coś przychodzi mi do głowy. Aż dziwne, że dopiero teraz.

– Masz ochotę na coś naprawdę ostrego, ty mała kurewko? – rzucam. – Na taką perwersję, jakiej jeszcze nie widziałaś?

– Tak! TAK! Zrób ze mną, co chcesz! Pierdol mnie! – odpowiada mi nawet nie prośba, a wręcz rozkaz.

– Stawaj prosto. Weź mnie i obejmij… nie, bardziej bokiem… czekaj, pokażę ci… Dobrze! A teraz uważaj!

Nie wiem, jakim cudem udaje nam się to już za pierwszym razem, lecz nie mam zamiaru tracić czasu na zbędne rozmyślania. Mam za to inne, sporo ważniejsze sprawy na głowie. Na chuju tym bardziej. Zwłaszcza że może i mój mały słodziak… mała słodziaczka faktycznie nie grzeszy rozmiarem, niemniej z waty cukrowej ulepiona też nie jest i już po paru chwilach orientuję się, że muszę działać szybko. Albo i jeszcze prędzej.

Stoimy naprzeciwko zawieszonego na ścianie lustra. Niezbyt dużego, niemniej pozwalającego widzieć wystarczająco wiele. Mnie. Ją. W pozycji, której nie jestem w stanie opisać w sposób nie wywołujący reakcji „ale że o co chodzi?”. Bo tak: ja stoję na lekko rozszerzonych nogach, przechylając się do tyłu dla równowagi, natomiast ma perwersyjna kochanica jest zawieszona w powietrzu, podtrzymywana rękami za uda. Plecami do mnie, za to przodem do zwierciadła, w którym widać jej podskakującego z każdym pchnięciem penisa. Jej penisa, gdyż mój bierze udział w owych pchnięciach. W dupę. Także jej, bo niby czyją?

Sama myśl o tym sprawia, że ledwo się powstrzymuje, a co dopiero odbicie, ujawniające najbardziej intymne, niewidoczne z żadnej innej perspektywy sekrety. A skoro tak, dlaczego nie pójść za ciosem i spróbować jeszcze czegoś?

– Bardzo bym… – zaczynam, walcząc z coraz bardziej bezczelną grawitacją. – Chcę, żebyś… dasz radę dojść jeszcze raz?

– Nie wiem… chyba musiałabyś mi pomóc…

– A możesz sama?

Odpowiada mi zaskakująco długie milczenie, przerywane jedynie odgłosami zderzających się ciał.

– Tak teraz? Przy tobie?

– A jak? Przecież tyle razy to robiłaś! Zwal sobie! – stękam w desperacji.

Skutecznej desperacji.

Aż za bardzo. Nawet nie staram się nie myśleć o tym, co się właśnie dzieje. Tym bardziej nie próbuję nie patrzeć, ponieważ i tak nie ma to sensu. W tym momencie nawet ice bucket challenge nie powstrzymałby mnie przed wytryskiem, więc jedyne, co mi pozostaje, to maksymalnie przyspieszenie także tego drugiego. Na podłogę, lustro, ścianę, gdziekolwiek. Byle jak najszybciej.

Zgodnie z wcześniejszym, wyrażonym jakże subtelnie życzeniem, spuszczam się wprost w dupę mojej małej dziwki. Już nie subtelnie zaróżowioną, oczekującą mnie w delikatnym rozwarciu, a ewidentnie obtartą, przeruchaną po całej długości, szerokości i zwłaszcza głębokości. I choć trzymam pion już chyba tylko siłą bezwładności, wciąż nie przestaję jej pieprzyć. Jak sama zainteresowana powiedziała: pierdolić. Do momentu, aż pierwsze krople ostentacyjnie strzepanej spermy spadają na leżący przed łóżkiem dywanik. Że też akurat musiały tam…


Resztką resztek sił wyjmuję wiadomo-co z wiadomo-czego wiadomo-kogo, po czym momentalnie padam na materac. Nie dbam o to, jak wyglądam i że zamiast koca potrzebuję raczej prysznica. I drinka. Dużego i jeszcze mocniejszego. I… przytulenia. Objęcia mej najdroższej i jedynej ramieniem, pocałowania jej nie tylko w usta, odgarnięcia włosów z twarzy, wyszeptania paru czułych słówek do uszka. Nacieszenia się tym, że jest. Tym, że ją kocham. Że ona kocha mnie. Miłością idealną.

Tyle że nie do końca.

Owszem, nasza relacja pełna jest wzlotów, blasków oraz pięknych słówek, lecz także upadków, cieni oraz wyrazów, które nigdy nie powinny paść w kulturalnej dyskusji. I być może, jeśli oczywiście nadarzy się taka okazja – oraz odpowiednio zaufani słuchacze, potrafiący wyjść poza schematy, stereotypy i inne szufladki – kiedyś o niej opowiem.

Opowiem o trudnych początkach, pełnych podejrzliwości, wzajemnych pretensji, oskarżeń o fałszywe intencje. O poszukiwaniu własnej tożsamości i późniejszej walce o nią z całym światem. O przełamywaniu barier. O wstydzie. O krwi, pocie i łzach – i to dosłownie.

Nie pominę także odkrywania siebie. Zaspokajania własnych potrzeb, pragnień, fantazji. Niedającego się ukryć faktu, że nie zawsze w naszym związku drzwi dla osób trzecich były szczelnie zawarte. A kto wie, być może znów się co nieco uchylą?

Na koniec powiem o szczęściu. Zrozumieniu. Akceptacji. Tolerancji. O tym, jak bardzo punkt widzenia zależy od punktu postrzegania siebie i innych. Oraz, jakkolwiek pretensjonalnie to nie zabrzmi, o odnalezieniu bratniej, a może i siostrzanej duszy.

Nie czas jednak na to. Liczy się tylko…

– Słuchaj…

– Słucham, kochanie? – mruczę rozanielona.

– ...to powiesz mi w końcu, co robiłaś z tym sąsiadem?



Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.


Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

123
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.