Przebudzona (X-XII)
21 maja 2026
Przebudzona
29 min
Rozdział 10
- Zgadzam się – rzuciła od razu, gdy przekroczyła próg gabinetu szefowej. – Biorę tę robotę.
Poniedziałkowego ranka gabinet redaktor naczelnej tonął w promieniach wczesnego słońca. Ostre cienie, odbite od szklanych i wypolerowanych elementów wystroju, kroiły cień na ścianach i podłodze, niczym świetlisty miecz. Prawie poziome promienie migotały drobinkami kurzu.
Anna Romilczak podniosła wzrok znad ekranu laptopa i spojrzała na podwładną. Upiła łyk energetyka i opadła na oparcie. Po jej nietęgiej minie dało się wywnioskować, że spodziewała się innego obrotu sprawy.
- Gratuluję – rzuciła gorzko. Ewidentnie miała nadzieję, że Sara spęka. Sama częściowo spreparowała teczkę tak, żeby nie pozbawiać się świetnej kierowniczki działu, który przynosi pieniądze. Chciała ją zniechęcić, lecz ostateczna decyzja musiała wyjść od jej podwładnej.
Cóż, ona też miała szefa.
Bezwzględnego.
A jego życzenie było rozkazem.
Mimo wyraźnych poleceń, postanowiła jednak lekko wyperswadować podwładnej ten pomysł.
Tymczasem Sara podeszła do biurka i oparła się o krawędź. W oczach miała ogień. I coś jeszcze.
Anna z miejsca dostrzegła to “coś”, co kiedyś napędzało ją samą. W spojrzeniu podwładnej paliła się determinacja. Coś, co nie tylko stało za decyzją, lecz za odpowiedzią na kluczowe pytanie ludzi, którzy chwytają byka za rogi i powalają go w piach. Sara wiedziała już, “dlaczego” chce to zrobić. Była pewna, że nic nie powstrzyma tej zdeterminowanej kobiety. Zrobi co trzeba i wykona każde zadanie, bo poznała prawdziwy powód, dlaczego powinna się tego podjąć. Redaktor naczelna w głowę zachodziła, cóż takiego mogło być przyczyną tak twardej determinacji, która promieniowała wręcz z postawy Sary. Ona nie podjęłaby się tego zadania za nic na świecie.
Dlatego, gdy tylko pojęła, że nie da rady przekonać podwładnej do zmiany decyzji, zmieniła natychmiast front.
- Gratuluję, kochana – tym razem zabrzmiało to uroczyście. – To doskonała decyzja. Czego potrzebujesz na start?
Musiała okazać pomoc. Na wypadek, gdyby Sarze, nie daj boże, wyszło, ona również by na tym skorzystała. Poza tym, jej własna kariera również była na szali. Podwładna, rzecz jasna, za nic nie mogła się o tym dowiedzieć.
- Potrzeba mi szczegółów – rzuciła Sara. – Więcej detali. Od czego zacząć?
- Ależ wszystko jest w aktach. Masz dostać się na ten teren, do tej posiadłości i napisać reportaż o tym, co się tam dzieje. Rzetelnie, obiektywnie i dogłębnie.
- Tylko tyle? – To pytanie Sara wypowiedziała trochę zbyt sarkastycznie. Przełożona nie przejęła się tym.
- Nikt nie czarował, że fach dziennikarza śledczego to łatwa robota, dziewczyno. Sama chciałaś. Prosiłaś miesiącami, więc musiałaś wiedzieć, że trzeba czasem ryzykować, oszukiwać, udawać kogoś innego, kłamać. Często nawet męża. Bywa, że musisz wyjechać na dłużej, jeżeli sprawa tego wymaga. I poświęcić się sprawie. To nie robota. Nie profesja. I zdecydowanie nie etat. To misja.
Zamilkły obie. Po minie Sary Anna Romilczak wywnioskowała, że nie za bardzo jej pomogła.
- Słuchaj – zaczęła ponownie i dopiła napój. – Raz na kwartał odbywają się dziwne, tajne spotkania pewnej grupy ludzi. Ludzi z wysokich sfer. Rzekomo, bo sprawa owiana jest tajemnicą. Cała rzecz zresztą jest śliska, niepewna i w najmniejszym stopniu nie poparta ani dowodami, ani zeznaniami naocznych świadków. Mamy tylko plotki, domysły i tyle. Czyli idealny materiał na śledztwo dziennikarskie. Twoje zadanie to napisać o tym, co się tam dzieje. Kto bywa na tych spotkaniach. I wszystko pieczołowicie udokumentować. Bez dowodów całym materiałem będzie się można co najwyżej podetrzeć.
- Dlaczego? – rzuciła Sara. – Nie takie tematy przechodziły i nie było kłopotu.
- Tak, zgadza się. Ale tylko w przypadku, gdy chodziło o zrzut ścieku przez lokalną firmę meblarską albo inną aferę, w którą nie był zamieszany nikt z polityków, włodarzy albo kleru. Gdy tylko sprawa dotyka tych śmierdzących obszarów – dowody są naszym dupochronem. No i przede wszystkim – podnoszą wiarygodność.
- A jeżeli jakimś cudem dostanę się tam i sfotografuję tych gości, a później okaże się, że to jakiś radny, burmistrz, albo prezydent miasta?
- Albo biskup? – dokończyła redaktor naczelna.
- Właśnie. Co wtedy?
- Wtedy bez dowodów będziemy mieć bardzo gorący kartofel, którego trzeba będzie się bardzo szybko pozbyć.
Na potwierdzenie tych słów rzuciła pustą puszkę do kosza. Po biurze rozległ się metaliczny dźwięk.
Sara zamilkła zszokowana.
- No co się tak patrzysz? – Szefowa wydawała się lekko urażona jej postawą. – Zasiedziałaś się w ciuszkach i modzie, to nie wiesz, jak wygląda ten prawdziwy świat. Świat władzy, pieniędzy, dziwek i szemranego towarzystwa. To nie przelewki. I naprawdę, Sara, lubię cię i cenię – tym razem powiedziała to szczerze – dlatego doradzę ci jedną rzecz. Jeśli cię złapią – graj do końca. Udawaj, ściemniaj, oszukuj. Wiem, że jesteś wierząca i hołdujesz wierności, ale gdy przybranie roli dziwki uratuje twoją skórę, radzę ci dać dupy.
- Postaram się, szefowo jej nie dać – obiecała solennie Sara.
- Nie zrozumiałaś, złotko. W takich sytuacjach, gdy może być niebezpiecznie, masz wykorzystać wszystkie swoje atuty i przetrwać. Te również – wskazała wprost na biust dziewczyny. – Rozumiesz teraz?
Na policzki Sary wpełzł rumieniec. Nareszcie zrozumiała.
- Zaczynasz od środy – wydała dyspozycję. – Zastąpi cię Angelika. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy kogoś na twoje miejsce. Załatwione?
- Załatwione – odparła Sara. Klamka ostatecznie zapadła.
- Doskonale. I nie stresuj sie na zapas. Naprawdę nie mamy pojęcia, co tam się wyprawia. Może to dzikie satanistyczne rytuały z mordowaniem kozłów i dziewic albo partyjki brydża na duże stawki. To zresztą twoje zadanie dowiedzieć się co. Masz czas do soboty, żeby opracować plan działania.
- Do soboty?
- A co? Nie czytałaś akt? Pierwsze spotkanie w sobotę. Za pięć dni.
Sara zaniemówiła.
A więc to prawda – pomyślała. – To się dzieje naprawdę.
Rozdział 11
Zmiana kariery? Ryzyko utraty pracy i w rezultacie wilczy bilet w branży? Ryzyko, które aż mrozi krew? Działanie po omacku? To wszystko pikuś. Prawdziwe wyzwanie dopiero przed nią.
Rozmowa z mężem.
To okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Ale Sara i tym razem miała szczęście.
Często bywa tak, że zwlekanie z podjęciem decyzji jest tym, co najbardziej paraliżuje. To nie strach przed zadaniem jest źródłem strachu, lecz wpatrywanie się w drogowskaz. Wahanie samo w sobie. Im dłużej człowiek analizuje, tym bardziej staje się sparaliżowany. Po podjęciu decyzji człowiek najczęściej doznaje wyzwalającej ulgi, że oto nie ma już wyboru i może skoncentrować się na właściwym przebyciu drogi, na którą się zdecydował.
Stojąc na rozdrożu, wędrowiec martwi się wszystkimi szlakami, które wskazują przybite gwoździami strzałki na słupie. Ale gdy już wyruszy – większość ciężaru znika. Nie ma bowiem sensu przejmować się drogą, której się nie wybrało.
Przynajmniej tak postępują ci rozsądni.
Pod tym kątem Sara należała do takich.
Oficjalnego pożegnania w dziale fashion nie było. Przejęcie obowiązków przez Angelę stanowiło dla dziewczyny zaskoczenie, lecz przyjęła to z odpowiedzialnością, która aż nie pasowała do jej frywolności. Sara martwiła się, że nowe stanowisko skwasi jej humor i zamieni tę czarującą dziewczynę w drugą Romilczak. Obawy te jednak okazały się bezpodstawne, bo już po dwóch dniach jej była podwładna wdrożyła się w obowiązki. Paradoksalnie najtrudniej było zmienić podejście do zespołu. Dawni koledzy i koleżanki z działu stali się nagle podwładnymi. To rzecz jasna wywołało szereg spięć i fochów. Nie obyło się bez oskarżeń. Pomogło walne zebranie całego zespołu, na którym Sara oficjalnie przekazała wszelkie plenipotencje podwładnej, namaszczając ją tym samym na pełnoprawną władczynię działu. Dalej poszło gładko. Praktycznie cały zespół uwielbiał Angelikę, jako współpracownicę. Byli zaznajomieni z jej fachowym i sumiennym podejściem do obowiązków. Postanowili dać kredyt zaufania. Zresztą nie było czasu na marudzenie, ponieważ zbliżał się termin kolejnego wydania, co oznaczało cały huk roboty. Na marudzenie, fochy i kąśliwości nie starczyło więc czasu, ponieważ wszystkich co do jednego Angela zagoniła do roboty.
Sara z dumą patrzyła na to przejęcie steru. A Angelika? Miało się wrażenie, że wygrała los na loterii. Takie zresztą sprawiała wrażenie. Nie było się zresztą czemu dziwić, bo jej awans, jako drugiej po dyrektorce był możliwy wyłącznie po odejściu przełożonej. A tę lubiła, ceniła i nie życzyła jej źle.
Jednego była pewna. Angelika ma u Sary potężny dług wdzięczności. I kto wie? Być może Sara kiedyś poprosi o spłatę.
Przejęcie steru poszło tak sprawnie, że mogła wyjść wcześniej, by wieczorem zaszyć się w fotelu i w całości poświęcić planowaniu sobotniej akcji.
* *
Wróciła do domu wcześniej, niż zazwyczaj. Andrzej często pracował zdalnie. Chciała od razu z nim porozmawiać, bo czekało ją mnóstwo przygotowań. Wyznawała zasadę, że zerwany od razy plaster boli mniej, niż odrywany stopniowo.
Nie znalazła go w salonie ani kuchni, ale cisza zalegająca dom nie zaskoczyła jej zbytnio.
Zaskoczyło ją za to co innego. Chociaż tak naprawdę to słowo w najmniejszym stopniu nie oddawało jej szoku.
Weszła do gabinetu męża, żeby sprawdzić, czy siedzi tam ze słuchawkami na uszach i pracuje. Pomieszczenie okazało się puste. Chociaż nie mogła powiedzieć, że niczego nie znalazła.
Uderzył ją obraz zastany na ekranie komputera.
Na stopklatce wideo prężyła się wyeksponowana naga kobieta z wydepilowanym kroczem. Gładka, błyszcząca cipka ociekała resztkami czegoś, co wyglądało na spermę. Aktorka rozanielonym wzrokiem wpatrywała się w kamerę. Na blacie leżał samotny kłębek papieru. Serwetki albo ręcznika papierowego.
Gdy dotarło do niej, co właśnie widzi, szok prawie odebrał jej dech.
- Co to do cholery ma być? – powiedziała do siebie czując, że wściekłość wzbiera w niej, niczym gejzer.
Podniosła zawiniątko i przystawiła do twarzy. Powąchała. Zapach nasienia nie pozostawiał wątpliwości, co do tego, co się tutaj działo, gdy jej nie było. Poczuła, że zaraz wybuchnie. Nie eksplodowała tylko dlatego, że nie mogła przyjąć do wiadomości, że jej mąż, bogobojny katolik, który uznaje tylko po bożemu w ciemności, oraz koniecznie pod kołdrą, właśnie został przyłapany na masturbacji.
I to, że robi sobie dobrze do porno! Do najbardziej zakazanego przez kanon obrzydlistwa.
A to nie było byle jakie porno.
Sara czuła sią otumaniona, gdy ponownie spojrzała na ekran. Na rozłożone nogi zgrabnej blondynki. Jej opięte pończochami nogi. Gładkie łono. Zdumiona i z mieszanymi emocjami wpatrywała się w to, czego jeszcze nie potrafiła zauważyć. Pojąć. Przekręciłą głowę, zbliżyła do ekranu i nagle do niej dotarło. Patrzyła oto na obwiązanego żyłami członka wbijającego się odbyt dziewczyny.
Jak ona może to pomieścić? – przeszło jej przez myśl.
Idea ta, chociaż niedorzeczna, uświadomiła jej paradoks tej chwili. Po chwili wróciła do normalności.
Stopklatka oznaczała jedno: w tej chwili jej Andrzej właśnie się spuścił. Patrząc na rżnięcie na ekranie. Znaczenie tego właśnie do niej dotarło. Seks analny. Pełne światło. Ekspozycja tak dokładna i zbliżenie tak dosadne, że z pewnością obiektyw musiał zaparować od żaru z piczki tej dziwki.
Fala zazdrości, żalu, złości i poniżenia zalały ją, niczym tsunami. Kobieca pewność siebie zapikowała na samo dno upokorzenia i rozpaczy.
Kurwa! – zaklęła w myślach. – Ten walikoń ma lepsze życie erotyczne, niż ja! Ja mu nie wystarczam?
Oczy zaszły jej mgłą.
Nie jestem wystarczająco dobra. – Złapała się na tej myśli. – Wcale go nie podniecam.
Ta myśl spoliczkowała ją. Uświadomiła sobie, że albo nie zadowala swojego męża, albo go po prostu nie kręci. Albo może ma jakieś perwersje? Wstydliwe tak, że nie mówi tego nikomu poza spowiednikiem? Albo jeszcze gorsze: takie, z których nawet on nie mam odwagi się spowiadać? W rezultacie ona robi sobie potajemnie palcówki a on wali konia, gdy jej nie ma w pobliżu.
Kurwa mać – zaklęła w myślach całkowicie skołowana.
Wnioski wnioskami, ale przecież musiała go ukarać. Albo solidnie opieprzyć. Jak to jest, że od święta raczy ją tylko ledwie, byle jak i po ciemku… szukała właściwego słowa na to, co zwykł jej wtedy robić. Najbliższym było: spółkowanie.
Nie podobało się jej to słowo.
Przełknęła gulę w gardle. Mleko się rozlało.
Przypomniała sobie obrazy seksu z nocy przyjęcia. Błyszczące od potu i błyskawic ciała kochanków. Sterczący, gruby pal wbijający się w pochwę jej byłej podwładnej. Jęki i wrzaski rżniętej kochanki. Rozkosz, która rozpaliła jej własną żądzę. Żar, jaki palił ją pomiędzy nogami wyzwolił w niej podniecenie tak wielkie, że nie dało się go ugasić inaczej, jak gwałtowną marturbacją na trzy palce.
Wpatrując się z głodem na dzikość rozgrywającą się przed jej oczami.
Przypomniała sobie jeszcze coś. To, że Maks ją zauważył. Że to dla niej był ten akt. Z perspektywy Angeli był dupkiem, fakt, ale gdy tryskał w jej gardło a ona połykała jego spermę, robił to dla niej. Dla Sary.
Ze wstydem musiała przyznać, że pojawił się chyba jeden moment, sekunda może, gdy chciała zamienić się z Angelą.
A to oznacza zdradę!
- Kurwa mać! – zaklęła znowu, czując, że sama ma za uszami. Nagle zrozumiała, że nie może stawać do pojedynku, bo magazynki ma puste.
Oczywiście, nijak nie miała zamiaru się do tego przyznawać, ale…
Spojrzała na ekran. Kliknęła spację. Obraz ruszył.
Z leżących na blacie słuchawek dobył się jęk zaspokajanej kobiety. Gruby pal wnikał do jej wnętrza, wyzwalając kolejne spazmy rozkoszy. Obraz był niesamowity. Sama musiała to przyznać.
Włączyła pauzę.
No dobra – pomyślała szukając pretekstu – ale przecież on robił sobie dobrze patrząc, jak inni uprawiają seks!
A ty nie robiłaś tak? – Od razu odezwał się ten wkurzający głosik, który zwykł psuć plany zemsty, oczekiwanie kłótni stulecia i srogą karę. – Ty nie robisz sobie dobrze? Marząc o…
- Zamknij się, cholero! – syknęła do siebie samej, chcąc zagłuszyć ten bezczelny głos.
Ścisnęła w ręku zawiniątko z efektem pracy jej męża nad penisem. Poczuła wilgoć. W dłoni i pomiędzy nogami.
Spojrzała na naznaczoną wytryskiem twarz aktorki. Skrzywiła się. Sama nie wiedziała, czy w poprawnym oburzeniu, czy niepoprawnej zazdrości.
Trudno. Ponownie stwierdziła, że mleko się już rozlało. Mleczko.
Skołowana siedziała otumaniona w poszukiwaniu odpowiedzi.
I nagle ją natchnęło. Znowu.
Postanowiła to wykorzystać.
Wyszła z gabinetu, zostawiając wszystko tak, jak zastała.
Zbliżyła się do łazienki. Usłyszała dźwięk lejącej się wody. Strugi prysznica przypomniały jej bicze deszczu spływające po szybach jej biura w tę pamiętną noc, gdy Maks penetrował Angelę. Ze zdumieniem uświadomiła sobie, że jest podniecona. Ten dźwięk działał na nią, jak wyzwalacz.
Przeanalizowała szybko swoją sytuację.
Cała ta sprawa związana ze zmianą kierunku kariery ekscytowała ją. Bezwzględnie. Nawet zadanie, które wydawało się absurdalne i niemożliwe do wykonania. A teraz to? Odkrycie, że jej własny mąż ogląda pornosy i robi sobie do nich dobrze, paradoksalnie mogło uratować ich intymność. Musi tylko, tak jak zawsze zresztą, być mądrzejszą od niego. I odpowiednio to rozegrać.
Poczuła wilgoć pomiędzy nogami. Podjęta decyzja podnieciła ją. To był tydzień ryzykowania. A jeżeli poszczęściło się jej raz, to może zaryzykować ponownie.
Jest okazja? – pomyślała. – Biorę. Ryzykowna? No i co z tego? Co mogę stracić, gdy nie wypali? – pomyślała przez chwilę. – Chujowy seks.
No rzeczywiście jest się o co bać. Faktycznie – pomyślała z sarkazmem.
Szum wody nasilił się.
Nagle podjęła zupełnie szaloną decyzję. Tak zwariowaną, że aż nie chciała myśleć o konsekwencjach.
Szybko zdjęła sukienkę. Rozpięła stanik i rzuciła na podłogę. Zsunęła stringi i kopnęła gdzieś w kąt. Przejechała dłońmi po piersiach. Sutki sterczały z podniecenia. Stanęła w rozkroku i chcąc się upewnić, co do jej stanu, włożyła dłoń pomiędzy nogi. Dotknęła mokrych warg sromowych. Ociekała sokami. Trochę nie kojarzyła rzeczywistości, ale fakty przemawiały za tym, że faktycznie była napalona.
Tak przygotowana, z wizją pary z ekranu komputera, pary podglądanej w burzową noc, stanęła w rozkroku przed drzwiami łazienki.
Postanowiła zaczekać.
Andrzej spłukał szampon i ociekając wodą wyszedł spod prysznica. Czuł się nie tylko zrelaksowany, ale wręcz błogo.
Miał wyrzuty sumienia, ale podjął próbę, by je skutecznie zagłuszyć. Zresztą, kto nigdy nie zgrzeszył, niech rzuci kamieniem. To usprawiedliwianie pomagało tylko na moment.
Wytarł plecy. Szorstkość ręcznika drażniła go, ale w tych okolicznościach było to nawet wskazane. Pomyślał o żonie. Po raz tysięczny żałował, że jego wychowanie i wpojone zasady nie pozwalają mu na to, by zgrzeszyć bardziej. Mocniej. Te obrazy, które nawiedzały go coraz częściej były złe, ale nie mógł się ich pozbyć z wyobraźni. Tylko ulga zrobiona sama sobie powstrzymywała na jakiś czas te upiorne wizje splątanych ciał, sterczących z podniecenia sutków, wyuzdanych pozycji.
Tak, musiał udawać przed Sarą, bo ona tego oczekiwała. Jako przykładna żona i kiedyś matka jego dzieci, odebrała podobne wychowanie, co on. Znała granicę nakazaną przez kościół i za nic nie zgodziłaby się przekroczyć progu przyzwoitości. Za granicą perwersji jest już tylko upadek.
Nie chciał zgorszyć żony. Dlatego nie poruszał z nią tego tematu. Jak w porządnej, religijnej rodzinie, nie rozmawiał o seksie. O współżyciu. Ale natura ciągle płatała mu figle. Nie raz podziwiał piękno, zgrabne ciało Sary. Nawet workowate koszule nocne nie pomagały pozbyć się wścibskich obrazów.
Czuł się rozdarty. Kochał ją i ze zdumieniem oraz poczuciem winy coraz częściej łapał na tym, że również jej pragnie.
W sposób ewidentnie zakazany!
Myśli o niej, ale tak, jak mąż nie powinien ani widzieć, ani dotykać żony.
Dotąd pilnował się i dzięki żelaznej dyscyplinie, trzymał kanonicznych zasad.
Przegrywał jednak coraz częściej. Natura upominała się o swoje. Jedynym wyjściem okazywała się masturbacja. Mniejszy grzech.
Westchnął, odłożył wilgotny ręcznik i nie przejmując się nagością otworzył drzwi.
- O Boże święty! – krzyknął i podskoczył, jak oparzony.
- Ja też cię witam, mężu – odpowiedziała zadziornie Sara.
Stał, niczym słup soli i gapił się na ciało swojej kobiety. Widząc jego reakcję Sara przybiła sobie piątkę. Te mordercze treningi, ćwiczenia, kardio i diety opłaciły się. Jasne, praca na jej dawnym stanowisku obligowała do tego, żeby się wylaszczyć, ale podziw męża to coś zupełnie innego.
Andrzej zapomniał nie tylko języka w gębie, ale dodatkowo również oddychać. Uświadomiła sobie, że widzi ją tak po raz pierwszy. Że przekroczyła barierę, za którą jest grzech, rozpusta i rozwiązłość. Ta sama, która niszczy małżeństwo i doprowadza do upadku moralnego, co jest prostą drogą do potępienia i piekła. Miała świadomość, że Andrzej myśli to samo. Na pewno ma podobne rozterki. Ale – co zauważyła z ekscytacją – jego członek miał gdzieś nakazy, zakazy i moralne pieprzenie. Pulsująco rósł. Podnosił się. Ku jej chwale i uznaniu. To ona to sprawiła. Miała nad nim władzę.
- Podoba ci się ten widok? – zapytała bezczelnie, chociaż znałą odpowiedź. Obróciła się, dając okazję do podziwiania jej z każdej strony. Usłyszała chrząknięcie i westchnienie. Dobrze – pomyślała. Każda kobieta wie, gdy się podoba. I bynajmniej nie chodzi o to, czy jest w stanie samą tylko obecnością wyprężyć czyjegoś członka, bo tego przecież nie zawsze widać. Chodzi o spojrzenie. To specyficzne, przepełnione szaleństwem i głodem spojrzenie mężczyzny, ślizgające się po obiekcie żądzy. To lekkie drżenie rąk, które rwą się do tego, by rwać ubranie i pieścić gorące kobiece ciało. Dalszych oznak rejestrować nie musiała, ponieważ najważniejszy wskaźnik prężył się właśnie przed jej nagim ciałem.
Ze zdumieniem odkryła, że nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Może to przez podniecenie?
Andrzej powoli wracał do rzeczywistości. Ale nie tej, którą dzielił z żoną na co dzień. Tym razem otumaniła go rządza. Ten żar tłumił skutecznie coraz słabsze wyrzuty sumienia. W końcu co złego w tym, że żona mu się podoba? Zdał sobie sprawę, jak głupio to brzmi w chwili, gdy w kroczu poczuł twardy ucisk. Spojrzał w dół i ze zdumieniem dostrzegł, że jego penis sterczy do góry, twardy i bordowy na czubku. Żołądź błyszczała od kropli preejakulatu, który zdążył już wypłynąć. Nie pamiętał tak silnej twardości. Stawało się to wręcz niekomfortowe.
Sara ze zdumieniem obserwowała rosnące podniecenie męża. Ta nowość i perwersja wręcz przerażały ją, choć jednocześnie rozpalały do białości. Za smakiem zakazanego owocu. Za tym, by go dotknąć. I, o zgrozo, posmakować?
Podeszła do niego. Andrzej trząsł się, jakby miał atak. Delikatnie zbliżyła do niego. Poczuła ciepło, zapach mydła, szamponu i wody kolońskiej. Chwilowo nie liczyło się to, że przyłapała go na tym, co robił w gabinecie. Dostarczy mu takich wrażeń, że na zawsze zrozumie, która kobieta ma być na pierwszym miejscu, gdy nawet zdarzy mu się robić sobie dobrze. To miała być ona i tylko ona!
Tylko jak to zrobić? – pomyślała w lekkiej panice. – Nie mam pojęcia, co dalej.
No tak. Jej doświadczenie erotyczne kończyło się na odebraniu dyplomu z nauk przedmałżeńskich, które dostarczały tyle materiału dla wyobraźni, co kot napłakał. Przypomniała sobie, co Angela zrobiła z Maksem i wdzięczna za tę edukacyjną prezentację, której była widzem, uklękła.
- Zrelaksuj się, kochanie – powiedziała czule. – Za chwilę zrobię to, co chciałam zrobić od dawna.
- Sara, Jezu, co ty ze mną robisz? Czy tak wolno? Czy to się dzieje naprawdę? – Andrzej widocznie był jeszcze w fazie natchnienia i oderwania od rzeczywistości. To nic – pomyślała Sara. – Jak tylko wsadzę sobie jego kutasa w usta, natychmiast rozum mu wróci.
Opuściła wzrok i spojrzała na narząd, twardy, sterczący i obwiązany żyłkami. Pod kątem anatomicznym nie był ani duży, ani mały. Ani gruby, ani cienki. Normalny penis.
Ale mój! – uświadomiła z satysfakcją. – I stoi, jak na marmurowej figurze u świętego Grzegorza.
Zbliżyła usta do bordowej żołędzi. Andrzej poczuł na członku jej oddech i zadrżał z podniecenia. Zaczął mu się rwać oddech. Mięśnie brzucha zagrały. Naprężył się, jakby chciał już w nią wejść. Nie wejść – wedrzeć się. Dziko i zachłannie.
Wszystko przed nami – pomyślała podniecona Sara i oblizała czubek. Ledwo, lekko i tylko czubkiem języka.
Tego widocznie było za dużo. Andrzej zawył, wyprężył się i strzelił. Pierwsza salwa nasienia trafiła ją w oko. Sperma wystrzeliła z taką siłą, że tym razem Sara prawie uwierzyła, że to nie dzieje się naprawdę. Przecież nawet nie zaczęli! A tu już to? Drugi strzał trafił na jej język i głębiej, do gardła. Poczuła smak nasienia. Po raz pierwszy bezpośrednio z kranika. Kolejne salwy szczytującego męża dekorowały jej policzki, szyję i dekolt. Ostatnie strzały sperliły się na piersiach. Nasienie zaczęło spływać po brzuchu aż w kierunku krocza. Głodnego i niezaspokojonego krocza.
Andrzej sapał niczym bawół po dniu orki na kamienistym stoku Kilimandżaro.
- Przepraszam – wyszeptał w końcu zdyszany. – To wypadek. Niechcący.
Sara wyczuła w jego głosie przeprosiny i tłumaczenie. Strasznie się podniecił. Fakt. Ale sama miała co innego na głowie. Jak on mógł tak od razu strzelić, gdy już zrobił sobie dobrze wcześniej w gabinecie? O co chodzi? Czyżby jej facet był jurniejszy, niż czytała w zakazanych książkach? Poza tym nie podobał się jej ten ton.
- Przestań – rzuciła twardo, choć czule. – Uwielbiam to. To super uczucie, gdy obdarowujesz mnie swoim wytryskiem. Czuję się twoją kobietą. Tylko twoją, rozumiesz?
Patrzył na nią skołowany. Jeszcze nie docierało do niego, co właśnie usłyszał.
- Nie jesteś zła? – zapytał. – Że tak szybko skończyłem?
- Kochany – uśmiechnęła się i roztarła spermę po dekolcie – tak naprawdę, jeżeli mam być szczera, to ty jeszcze nawet nie zacząłeś. Ale zaczniesz. Mam nadzieję, że za moment. Mnie też się coś należy.
- Nie wiem, czy to w porządku – odparł, a Sara zrozumiała, że niestety zaczął już wracać do swoich zasad i moralnych kajdan. Na jego twarzy malowało się poczucie winy. – To grzech. Nie przystoi. Sara, nie wiem, czy powinienem… Ty z tym jesteś okay?
Te słowa podziałały na nią, jak płachta na byka. Natychmiast się zagotowała. W sekundę osiągnęła poziom wrzenia.
- To ty sobie ulżyłeś, chociaż nawet szczerze palcem nie kiwnęłam, a teraz, zamiast się odwdzięczyć, to pieprzysz jakieś pierdoły o kościelnych zasadach? Na głowę upadłeś?
Nie odezwał się. Na jego twarzy przemknął cień strachu. Nagle wszystko stało się dla niej oczywiste.
I w tej konkretnej chwili za jej sprawą dokonywał się właśnie cud przemienienia. Podniecenia w złość. Złości we wkurw. Wkurwu w chęć zemsty. Jeżeli się jej adekwatnie nie odwdzięczy, oczy mu wydrapie. Albo zgwałci. No ale jak? Kutas mu nie stanie. Dopiero strzelał. A może…
Wstała i energicznym krokiem skierowała się w stronę gabinetu. Pośladki podskakiwały w rytm kroków.
- Czekaj – krzyknął za nią świadom, co tam zastanie. – Nie wchodź tam! Pracuję nad czymś ważnym! – Rzucił bez zastanowienia. Ale Sara już nacisnęła klamkę.
Zimny dreszcz przerażenia przeszedł mu po plecach. Przyłapanie go na tej perwersji, której się dopuszczał, mogło skończyć się rozwodem. A nie ma większego wstydu, niż rozwód właśnie.
- Co to jest?! – rzuciła Sara wskazując ekran monitora. Na ten z rozwartą cipą dziwki nadziewanej analnie na grubego fiuta.
Andrzej stał, jak sparaliżowany.
Skurczył się w sobie i przyjął postawę bitego psa, który za moment znowu dostanie kijem. Nie odezwał się słowem, no bo jak to niby skomentować? Wstyd i poniżenie wżarły się w jego pewność siebie. Nie pomagało to, że jest całkiem nagi. I właśnie przed minutą wytrysnął na twarz swojej kobiety.
Sara, udekorowana spermą, nie zawracała sobie głowy tym męskim ornamentem i złożyła ręce na biodra. Żądanie było oczywiste. Żądanie odpowiedzi.
- To nie tak, jak myślisz… – zaczął, ale natychmiast przerwał. Sara nie była głupia. I na pewno nie zasługiwała na takie tanie wykręty. Andrzej czuł, że nie ma nic do stracenia. Stał na krawędzi. – To tylko – zaczął ponownie, ale znowu zabrakło mu słów. – Przepraszam, kochanie – dokończył w jedyny sposób, w jaki jeszcze mógł.
– Przepraszam? – Sara podniosła głos. – Przepraszam?! To ja chodzę wygłodniała i niezaspokojona, a ty potajemnie sobie robisz dobrze do pornosów?
Wykrzyczenie tej prawdy głośno zadziałało na niego, jak policzek. Opuścił wzrok i zakrył krocze dłońmi. Wyglądał żałośnie, ale ona nie dała się nabrać. Nie weźmie ją na numer kota ze Shreka. Zdawała sobie sprawę, że albo coś się zmieni, albo to koniec. Życia szkoda. Widziała, jak ludzie uprawiają radosny seks. Na własne oczy. Jak czerpią z tego radość, rozkosz. Miała wyrzuty sumienia, że sama robi sobie palcówki. Czuła, że grzeszy. Andrzej zawsze taki kościelny i porządny! “Współżycie tylko według księgi. Seks to grzech.” A tu takie coś?
Spojrzenie Sary ciskało piorunami. Nie zamierzała odpuszczać. Wiedziała, że jeżeli teraz przerwie kłótnię w połowie, oboje przegrają. Nie kontrolowała jednak emocji. Ściskało ją w dołku z bólu.
– To zobaczmy, co takiego ciekawego sobie mój mężuś ogląda, gdy żony nie ma w domu – wypowiedziała kwaśno i włączyła play. Ze słuchawek dobiegł wyraźny jęk rżniętej kobiety.
– Wyłącz… – szepnął Andrzej. Zrobił krok w stronę komputera. – Proszę.
– A co? – Rzuciła z sarkazmem. – Teraz się wstydzisz? A jak chwytasz swojego kutasa, to już nie? Jak walisz konia patrząc na te kurwy i spuszczasz się w ręcznik papierowy, to jest okay? Jak jesteś sam, to porno jest fajne, a jak jestem tutaj ja, to już nie jest? Co? Stoję goła, jak Ewa w raju i wstyd cię ogarnia? Przed własną żoną? Ze mną tylko po ciemku i pod kołdrą, bo nie przystoi ale to – słuchawki zaczęły emitować głośniejsze jęki aktorki – to w pełnym zbliżeniu i w detalach?
Głos zaczął się jej łamać. Dochodziła do granicy.
Andrzej milczał. Patrzyła na niego. Na postawę chłopca przyłapanego na kradzieży batonika i karconego przed całą klasą. Tego samego, który jeszcze parę minut wcześniej strzelał spermą na jej twarz.
– Odezwiesz się w końcu?! – krzyknęła. – Stoisz, jak ciele i nic nie mówisz! Co ja mam sobie myśleć? Dlaczego nie wytłumaczysz tego, co robisz? To jest tak popierdolone, że Boże mój.
– Nie bluźnij, proszę…
– Pierdol się, Endrju! Będę bluźnić, będę rzucać kurwami, bo mam tego, do jasnej cholery dość! Rozumiesz to? – Oczywiście, jak prawie każdy facet: nie rozumiał. – Spójrz na mnie! No patrz!
Niechętnie podniósł skruszony wzrok.
– Co widzisz? – zapytała już spokojniej. – Powiedz, co widzisz, gdy na mnie patrzysz?
– Widzę moją żonę – odparł niepewnie, wcale nie pewien, czy trafił.
– I tylko tyle?
To pytanie niestety już go przerosło. Milczał, szukając w głowie nie tyle odpowiedzi właściwej, co pasującej do jej pytania. Odpowiedzi, która nie musi być szczera, ale zdecydowanie powinna być akuratna. Po przeszukaniu wzdłuż i wszerz całych banków pamięci skapitulował.
– Andrzej – zaczęła znowu i rozłożyła ręce, prezentując mu się w całej okazałości. – Naprawdę nie widzisz nic poza tym, że stoi przed tobą twoja żona? Serio, kurwa?! Nie dostrzegasz tego, że jestem młoda, ładna, zgrabna? Że stoję nago umazana twoim nasieniem i aż gotuje się we mnie z rozpaczy? Zrozumiałabym, gdybym była suchą raszplą uczuloną na penisa. To jeszcze bym pojęła. Ale to? Nie widzisz nic więcej we mnie? – Po jej policzku spłynęła łza. – Co jest z tobą, kurwa nie tak?! – Wybuch łez targnął jej ciałem. – Co jest ze mną nie tak? – dopowiedziała już ciszej.
Ze słuchawek dobiegł dźwięk udawanego orgazmu nadziewanej na członka kobiety.
Zaiste koniec godny tematu.
Andrzej z każdej strony był osaczony. Zrobił więc jedyną rzecz, której być może nie powinien, chociaż to była jego powinność. Podszedł powoli, z lekką obawą, czy nie uruchomi zapalnika i wziął ją w ramiona.
Chciała się wyrwać, ale nie wypuścił jej z objęć. Zaczęła okładać go pięściami. Raz za razem. W klatkę piersiową, ramiona. Na tyle, na ile mogła zadać cios na tak krótkim dystansie. Zniósł to mężnie. Nie odezwał się. Wtulił w ramiona mocniej. Obsmarkana i upaćkana nasieniem wtuliła się w końcu w niego i rozryczała z żalu. Zgniecione piersi targał szloch tak gorzki, tak od dawna potrzebny, tak wyzwalający.
Zmiana wisiała w powietrzu. Była konieczna. Ale w którą skręcą stronę?
Czuła się zraniona. Wbił jej sztylet w serce, chociaż może niespecjalnie.
Pojmowała bardziej rozumem, niż sercem, że go przecież kocha. Tak. Musiała przecież go kochać, bo jej zależało. Nie czuła tego w tym momencie, ale gdzieś tam na pewno to czuła.
Z tego powodu nienawidziła tego, że się na niego wścieka.
Chociaż coś podpowiadało jej, że powinna go zatłuc gołymi rękami.
Z drugiej strony potrzebowała, żeby przytulił ją mocniej.
Miała wyrzuty sumienia, że chce mu zrobić krzywdę.
Wściekała się o to, że potraktował ją tak, jak nie powinien.
No i za to, że nie traktował jej tak, jak zdecydowanie powinien.
Ten konglomerat emocji, tak jawnie sprzecznych ze sobą, że mogłyby współistnieć wyłącznie w sercu kobiety, targał nią, jak łódeczką na środku oceanu. Jednocześnie stabilny, niezmienny i silny uścisk tego, kto był źródłem jej wściekłości i żalu uspokajał ten sztorm. Paradoks? Może. Niektórzy nazywają to małżeństwem. Miłością. Partnerstwem.
Albo jedyną opcją.
Niemniej – działało. Jeszcze daleko było do prześwitu słońca. Blasku nadziei. Ale powoli, stale – uspokajała się.
W końcu nadeszło to westchnienie, które kończy każdą kłótnię. To, które wypuszcza resztki emocji.
Pozostała pustka. I mnóstwo pytań bez odpowiedzi.
Ale dziś, teraz, nie miała ochoty na więcej. Na rozmowę przyjdzie czas. Gdy całkiem minie jej złość. I pozbiera resztki swojej kobiecości do kupy.
A później weźmie ten cały bajzel, te resztki i wykorzysta na swoją korzyść.
Rozdział 12
Po kłótni z mężem nastały ciche dni. Nie było gniewu ani złości, lecz terapeutyczna cisza. Mijali się i unikali dalszych rozmów. Każde z nich czuło, że mała iskra może wywołać pożar, który pochłonie ich zranione dusze. Porozmawiają, było oczywiste. Ale teraz oboje potrzebowali regeneracji. Naprawy.
Sara zniosła to lepiej, niż on. Jako kobieta wiedziała, że kłótnie były, są i będą. I najgorszym, co może się stać, to dzień, w którym już nie będzie o co kruszyć kopii. Pasja, nerwy, wrzaski czy nawet silniejsze emocje są dowodem, że obojgu jeszcze zależy. Jest o co walczyć. Łączy ich coś.
Brak kłótni i sporów to akceptacja obojętności. A ta – jak zawsze – pożera resztki tego, co łączy dwoje ludzi, w zamian pozostawiając tylko puste skorupy, koegzystujące razem, lecz już do końca obok siebie.
Tymczasem? Dopóki się spierają, walczą, kłócą – jest nadzieja, bo to oznacza, że jest uczucie.
Mając świadomość, że będzie dobrze, postanowiła zająć czymś myśli. Miała w końcu zadanie do wykonania. Czemu w życiu tak jest – pytała samą siebie i nieobecnego demiurga – że jak jedno się komplikuje, to zaraz coś drugiego się spieprzy?
Dostała zadanie. Decydujące o dalszym kierunku jej kariery. Na nim musiała się skupić. Poświęcić mu pełną uwagę. Jeżeli da ciała – będzie koniec. Sprawy z Andrzejem zatem powędrowały do szafki “na później”.
* *
Przygotowanie do akcji było czymś tak nowym, tak świeżym, że Sara aż nie mogła się doczekać soboty. Nie wiedziała jeszcze, jak dostanie się do środka, ale plan zaczynał się rysować.
Z akt znała przybliżoną lokalizację posiadłości, na której teren musiała się dostać. Niecałe czterdzieści kilometrów na południowy wschód od Warszawy. Bardziej w kierunku zadupia, niż cywilizacji.
Usiadła przed laptopem i postanowiła zaplanować trasę. Adres odkryła w miarę szybko. Po zjeździe z S17 na wysokości Garwolina należało skręcić w kierunku Łukowa. Później coraz mniej uczęszczane trasy, aż do serca lasu w jakimś zadupiu bez nazwy. Przełączyła widok na satelitarny i zdumiała się. Docelowe miejsce na mapach było zamazane. Kto miał taką władzę i dojścia, żeby nakazać Google zamazanie zdjęć danego obszaru? Pojęcia nie miała, lecz instynkt podpowiadał jej, że możliwości te musiały być niemałe.
Openstreetmap okazał się bardziej pomocny, chociaż warstwa ortofotomapy nie była w dobrej rozdzielczości.
Wysnuła wniosek, że zdjęcia lotnicze w aktach musiał wykonać jakiś operator drona. Da się więc zbliżyć bezpiecznie na odpowiednią odległość. Ale to wciąż za mało, żeby zaplanować podejście.
Rzuciła okiem na zdjęcia.
Posiadłość ulokowana była przy północnej granicy rozległego terenu. Szacowała, że w najszerszym miejscu od granicy wschodniej do zachodniej dzielił kilometr. Mniej więcej. Dużo. I bogato. Od bramy i strażnicy aż do wejścia do rezydencji prowadził podjazd zakończony efektownym rondem. Poza głównym budynkiem dostrzegła inne nieruchomości. Ich rozmieszczenie pozwalało przypuszczać ich funkcję, jednak na ten moment nie przejmowała się nimi. Zdjęcia przedstawiały korty tenisowe, stajnie, ogrody, park i staw lub małe jezioro z molo. Droga do głównego wejścia prowadziła od zachodniej strony, zakręcając łukiem od północy tuż przy granicy dzikiego lasu, by skręcić na południe wprost na główny wjazd. Od południowej strony zauważyłą drogę polną lub techniczną. Jej Toyota nie przejedzie, ale terenówka i owszem, dałaby radę.
Niby dużo, ale ciągle za mało.
- Cholera – zaklęła – przydałaby się wizja lokalna. Głupio iść tak w ciemno.
Miała w pamięci zdjęcie strażnika z długą bronią.
Przeszperała ponownie akta w poszukiwaniu dodatkowych wskazówek. Mimochodem sięgnęła po świstek, którego przeznaczenia od początku nie mogła rozszyfrować. Urwany kawałek serwetki z odręcznie napisanymi literami N GATE i czterema cyframi 5339. Pojęcia nie miała, czy to okaże się pomocne, lecz postanowiła zapamiętać. Powtórzyła kilka razy, po czym chwyciła komórkę i zrobiła zdjęcie dla pewności.
Pamięć bywa zawodna.
Nagle ją oświeciło.
Wstała i pobiegła do sypialni. Otworzyła szafę i zaczęła przerzucać szparagały, pudła i cały śmietnik, który zbierał się na jej dnie.
- Andrzej – krzyknęła, gdy nie znalazła tego, czego szuka. – Gdzie mamy drona?
W drzwiach po chwili pojawił się zdziwiony mąż. Zamyślił się.
- Tego, co kupiłem na wakacje w Chorwacji?
- A mamy innego? – rzuciła trochę zbyt ostro. – Tego DJI. Potrzebowałabym.
- A zrobiłaś uprawnienia?
No żesz cholera! – samo się jej pomyślało.
- Tak – skłamała.
- W garażu. Wyniosłem, bo tu nigdzie nie polata, a tylko miejsce zajmuje. Przynieść?
- A mógłbyś? Potrzebuję go do pracy. Chyba trzeba naładować baterie.
- Jasne – powiedział i zniknął. Nie pytał gdzie chce latać, kiedy, po co. Cały Andrzej.
Pięć minut później cały hub trzech akumulatorów łapczywie spijał energię z ładowarki.
W podziękowaniu za przysługę, dała całusa mężowi. Wystarczy. Dobre na początek.
Zadowolona z siebie wróciła do planowania.
Rzuciła okiem na listę rzeczy do zabrania:
Aparat z funkcją nagrywania wideo
Dyktafon
Komórka plus powerbank
Portfel
Gotówka
Papierowa mapa (gdyby nie było zasięgu)
Dopisała do listy: DJI MINI 3.
No – pomyślała z zadowoleniem. – W sobotę zrobię wizję lokalną. Polatam, obfotografuję teren i przygotuję plan dostania się do środka. Musi się udać!
Paul J. Simmons
Jak Ci się podobało?