Służka Krwi i Księżyca (II) – Ułuda Dnia
29 kwietnia 2026
Służka krwi i księżyca
53 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Wszystkim wiernym (i niewiernym siłą rzeczy też) czytelniczkom i czytelnikom opowiem na start ciekawostkę. Pierwotnie rozdział ten był jedynie podrozdziałem w obrębie rozdziału II. Teraz jednak, kiedy wróciłam do tej historii, postanowiłam go nieco rozbudować. Na tyle, że dawny podrozdział nie tylko stał się samodzielnym rozdziałem, ale jeszcze przebił objętością oryginał.
Raz jeszcze dziękuję koleżance Agnessie za pomoc! Mam nadzieję, że tym razem dobrze wszystko sformatowałam. Wszystkim czytelniczkom i czytelnikom zaś życzę miłej lektury – najlepiej z kubkiem gorzkiego kakao lub herbaty.
Bawcie się dobrze!
Rozdział II:
Ułuda Dnia
„It is a mistake to fancy that horror is associated inextricably with darkness, silence, and solitude”
– The Loner of Providence
Powietrze na najwyższym tarasie apartamentowca smakowało rześką wilgocią i chłodną stalą. Elyara przesunęła palcami po skórzastym liściu rozłożystej rośliny, strącając z niego kroplę wody. Mosiężny zraszacz cicho syknął, wyrzucając z siebie mgiełkę, która natychmiast opadła na gęste pnącza. Ten mały, zielony azyl, utrzymany w harmonijnej, eleganckiej estetyce, stanowił jaskrawy kontrast dla zindustrializowanego Miasta Pary.
A przynajmniej tych jego części, które stanowiły niegdyś podstawę metropolii.
Elyara miała na sobie jedynie koronkowe figi i luźno narzucony, cienki szlafrok, którego krawędzie delikatnie poruszał poranny wiatr. Bosa, stała na gładkich deskach, z przyjemnością chłonąc spokój miejskiego poranka. Upiła łyk gorącej kawy z filiżanki. Po paru godzinach snu u boku tętniącego witalnością oraz eterem człowieka, czuła się absolutnie wspaniale.
Spojrzała przez ramię. Za na wpół odsuniętymi, przeszklonymi drzwiami sypialni, na pościeli z jasnego lnu wciąż spał Viktor. Oddychał miarowo, głęboko. Gdy tylko dotarli do mieszkania, ponownie oddali się sobie z niesłabnącą namiętnością i pożądaniem, a uleczona magią rana na jego szyi przypominała teraz jedynie mglisty powidok wczorajszej nocy.
– Powiesz mu kiedyś? – rozległ się skrzekliwy, dobrze jej znany głos.
Z cienia rzucanego przez bujne liście wyłoniła się wrona. Ciemne pióra zafalowały, mieniąc się w bladym świetle poranka odcieniami indygo i błękitu. Ptak usiadł na miedzianej balustradzie, wystukując pazurami nieznany Elyarze rytm.
– Myślę, że kiedyś tak. Jeśli to nasze coś w ogóle przetrwa – odparła kruczowłosa, nie odrywając wzroku od śpiącego oficera.
– Ryzykujesz. Głupio ryzykujesz. – Wrona zaskrzeczała lekko i podskoczyła, poprawiając pozycję. – Jak zresztą nader często.
– Być może, Rebecco, ale jego wynalazki mogą opłacić się Bractwu.
– Nie o tym mówię. Wampiry nie powinny…
– ...spokrewnieni bądź Lilianie... – przerwała jej miękko Elyara, uśmiechając się pod nosem.
– ...tak lekkomyślnie wchodzić w relacje z celami – dokończyła niezrażona wrona, strosząc pióra. – Nie patrzysz na niego tak, jakby to był tylko seks czy biznes.
Kobieta westchnęła cicho. Wrona znała ją zbyt dobrze. Została jej przydzielona w noc Przebudzenia, gdy jako zagubiona, nieświadoma niczego studentka Uniwersytetu Gwiazd obudziła się w centrum skandalu, nie znając nawet swojego stwórcy.
Książę nie wydał na nią wyroku śmierci. Przy obojętnej akceptacji Markizów, zdumieniu Lordów oraz uciesze wszystkich niżej postawionych Lilian, zaoferował jej nowe życie i podarował Rebeccę – przewodniczkę, strażniczkę i dyskretne oko Zakonu, która z czasem stała się jej powierniczką.
Elyara nie do końca pojmowała, czym w istocie była jej towarzyszka. Pierwotnie istota ta nosiła zgoła inne miano, którego kruczowłosa jednakowoż nie potrafiła przetoczyć przez gardło, stąd też poczęła ją zwać Rebeccą. Ptak zrazu boczył się, złościł i obstawał przy swoim, aż w końcu z nieskrywaną dumą począł obnosić się z owym nowym mianem. Podobne byty przydzielano w Lumerii wszystkim członkom Bractwa, w których krwi tętniła siła godna Lorda. Nie stanowiły one zatem rzadkości, acz jednocześnie zaledwie ułamek Zakonu mógł poszczycić się posiadaniem tego rodzaju chowańca.
– Dziwisz mi się? – zapytała Elyara, upijając kolejny łyk kawy.
– Dziwię się wszystkiemu, co nielogiczne.
– To nie jest nielogiczne, Bec. Mam wrażenie – kobieta oparła się plecami o barierkę, spoglądając to na wronę, to na panoramę miasta – że ta dziwna amnezja, która mnie męczy, zanika przy nim. Częściowo.
– I?
– I uważam, że warto to zbadać. Mimo ryzyka. A zanim zaczniesz mnie krytykować, to tak, mam do niego słabość i zdaję sobie z tego sprawę. Nie wiem dokładnie, czemu tak jest, ale tak właśnie jest.
Wrona zaskrzeczała radośnie i zatrzepotała parę razy skrzydłami. Jak na istotę o niesamowitej wiedzy oraz elegancji, oznajmiała swój entuzjazm czy satysfakcję niezwykle hałaśliwie i prymitywnie.
– Czyli jednak, czyli jednak! – zaświergotała, po czym uradowana podskoczyła bliżej do Elyary. – Acz przyznam, że masz rację. O ile nie kłamiesz z tą amnezją, to powinnaś to zbadać. Cenna informacja, cenna.
– Dziękuję za… czekaj, co? Zgadzasz się ze mną?
Zdumiona Lilianka spojrzała na ptaszysko, które zdawało się jednym okiem spoglądać na nią, drugim zaś na ulice parę pięter niżej. Jak Rebecca to robiła – pozostawało to jej słodkim sekretem.
– Nie krytykuję cię aż tak często – odparła, skubiąc dziobem pióra pod skrzydłem. – Jestem po prostu rozsądna i nie tak pochopna, jak ty.
– Nie spodziewałam się, że się ze mną zgodzisz. Myślałam, że gdy tylko się dowiesz o mojej słabości do Viktora, natychmiast zaczniesz…
– Za dużo myślisz o rzeczach, o których nie powinnaś – przerwała jej wrona, prostując się i patrząc na nią mądrymi oczami. – A za mało o rzeczach, o których powinnaś.
Elyara zrazu nie odpowiedziała. Zastukała paznokciami o balustradę i spojrzała na pobliską kawiarenkę. Człowiek z tej odległości niewiele by dostrzegł, lecz ona z łatwością obserwowała, jak i podsłuchiwała kłótnię między klientem a kelnerką i właścicielem. Lumerianie w tej części miasta nie dawali sobą ot tak pomiatać tylko dlatego, iż ktoś miał zasobny portfel. Zasada „klient nasz pan” zdecydowanie tu nie obowiązywała.
Kłótnia dotyczyła w zasadzie banału, acz Elyara szybko wydedukowała, że klient jest cudzoziemcem, który myślał, że jego status szlachecki coś tutaj znaczył. Być może wstał lewą nogą i od samego świtu szukał ofiary, żeby wyrzucić z siebie frustrację, a kelnerka, o pięknym imieniu Maraeys, co znaczyło „szept” w starszym języku, napatoczyła się jako pierwsza.
Rzecz w tym, że zamiast stanąć po stronie klienta, właściciel od razu zaczął bronić pracownicy. Co kruczowłosa szczerze szanowała i podziwiała.
– Trafne spostrzeżenie. Postaram się dostosować do tej porady – rzekła w końcu, dopijając kawę do końca.
Rebecca przekrzywiła łeb, wbijając w nią lśniące oko. Tupnęła szponem o metal. Była to chyba oznaka zgody, jak i przestroga, aczkolwiek Elyarze wciąż było trudno wywnioskować, co dokładnie oznaczała mowa ciała ptaka.
– Jakie masz więc plany? – zaskrzeczała, prostując skrzydła.
– Zaraz go obudzę. Potem pójdziemy do magazynu. Następnie rozstaniemy się z obietnicą ponownego spotkania, ja zaś udam się do Kastella.
– Rozsądnie. Wymyśliłaś już, co mu powiesz?
– Będę improwizować.
– Pamiętaj, żeby nie kłamać Kastellowi. On potrafi…
– Wiem, co potrafi. – Lilianka skrzywiła się nieco, po czym westchnęła ciężko. – Na całe szczęście wiem. Widzimy się później, Becca?
– Oczywiście. Jestem w końcu twoją opiekunką.
Wrona zaskrzeczała po raz ostatni, wzbijając się w powietrze z szumem przypominającym łopotanie ciężkiego jedwabiu. Zamiast odlecieć w stronę budzącego się miasta, Rebecca po prostu rozpłynęła się w cieniach tarasu, zostawiając po sobie jedynie zapach eteru i niknące echo trzepotu skrzydeł.
Elyara odwróciła się, wciągając powoli do płuc rześkie powietrze. Mimo wiszących w przestworzach majestatycznych sterowców i zgiełku metropolii budzącej się w dole, wiatr na tej wysokości niósł ze sobą orzeźwienie. Odstawiła filiżankę na stolik kawowy, wykonany z ciemnego drewna, i niespiesznie przekroczyła próg przeszklonych drzwi, wkraczając w cień sypialni.
Viktor leżał dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiła – na plecach, z twarzą wpół zakopaną w poduszkę, z jedną ręką swobodnie zwisającą z krawędzi łóżka. W dziennym świetle, pozbawionym dusznej mgły efemeru i abstrakcyjnych barw Triady, oficer prezentował się zgoła odmiennie, a zarazem równie fascynująco. Twarde, ostre rysy jego twarzy złagodniały w objęciach snu, a rozrzucone w nieładzie włosy nadawały mu chłopięcego uroku, tak kontrastującego z wojskowym rygorem i wczorajszą, drapieżną zachłannością.
Podeszła cicho, bezszelestnie niczym kot. Jej chłodne stopy zapadały się w miękki dywan. Usiadła na skraju łóżka, przyglądając się mężczyźnie. Dostrzegła miejsce na karku, gdzie w nocy złożyła krwawy pocałunek, wbijając kły w rozgrzaną do czerwoności tętnicę. Teraz niemal nie było po tym śladu. Nim oddali się w objęcia snu, bezbłędnie zasklepiła ranę eterem, ukrywając ów brutalny akt pod postacią drobnego zasinienia, przypominającego jeno pamiątkę po nad wyraz intensywnej pieszczocie.
Wyciągnęła dłoń i powoli, z czułą zaborczością, przeczesała palcami jego włosy. Mężczyzna zamruczał przez sen, a gdy chłód smukłych palców spoczął na karku, drgnął lekko. Uchylił powieki, mrugając parę razy, po czym uśmiechnął się na jej widok.
– Skoro tak wygląda lumeriańska sfera wyższa, to zdecydowanie spędziłem za dużo czasu za granicą – mruknął zachrypniętym, zaspanym głosem, spoglądając na nią tym cudownym, stalowoszarym spojrzeniem.
– Myślisz, że tak kończą się wszystkie zabawy w Triadzie?
– Tego nie wiem, lecz jestem przekonany, że dzisiaj trafiłem do nieba – odparł i podniósł się, po czym ułożył dłoń na jej udzie. – Chociaż przyznam, że anioły, o których czytałem w książkach za dzieciaka, wyobrażałem sobie inaczej. Wyglądasz obłędnie, El.
– Dziękuję. To miłe, że podobam ci się również na trzeźwo.
– Podobasz? To mało powiedziane, El. Jesteś…
Nie pozwoliła mu dokończyć. Pochyliła się i oparłszy się o szeroką klatkę piersiową, złożyła na jego ustach czuły pocałunek. Viktor, choć przez ułamek sekundy zaskoczony, zaraz go odwzajemnił. Zamruczał gardłowo i chwycił ją za szyję, przyciągając bliżej.
Dreszczyki przeszły jej po ciele. Jego ciepło było doprawdy uzależniające, a szorstkie dłonie sprawiały zdecydowanie zbyt dużo przyjemności.
– Czym sobie zasłużyłem na takie przywitanie? – zapytał oficer, kiedy ich usta rozdzieliły się z cichym cmoknięciem.
– Ach, bywam po prostu impulsywna. Przywykniesz – odpowiedziała z uśmiechem i pacnęła go opuszką palca w nos, po czym usiadła wygodniej na brzegu łóżka. – Obawiam się jednak, że anioły wyglądają inaczej niż ja.
– W takim razie zdecydowanie wolę pozostać grzesznikiem. – Viktor uśmiechnął się szeroko, po czym podniósł się do pozycji siedzącej, opierając się o wezgłowie. – Wiedziałaś, że na zachodzie wciąż stawiają nowe świątynie? Czytałem tam trochę o bogach i aniołach. To fascynujące zabobony.
– Nasi dziadkowie mogli jeszcze w nie wierzyć, Viktorze, wiesz o tym?
– Pradziadkowie z pewnością, ale czy dziadkowie również?
– Sam wczoraj kilkukrotnie rzuciłeś sformułowaniem „bogowie”, mój drogi. – Elyara przechyliła głowę na bok, uśmiechając się lekko. – Jeszcze długo nie wyzbędziemy się wielu z tych naleciałości.
– Czyli jesteśmy skazani na zabobony?
– W starych podaniach kryje się wiele prawdy, Vik. Nie traktuj wiary jako czegoś, co można zbyć machnięciem ręki, póki tego naprawdę nie poznasz.
Tak jak ty chcesz poznać, prawda? Pisma Barzaia czekają, a ty nawet nie wiesz, w jakim języku zostały spisane.
Viktor przyjrzał się jej uważnie. Zmarszczył brwi i otworzył usta, by coś powiedzieć, acz szybko je zamknął. Przez chwilę panowała między nimi cisza. Tylko niewielka fontanna w rogu pomieszczenia szemrała łagodnie, ożywiając poranną ciszę swym kojącym dźwiękiem.
– Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób. Od dzieciaka uczyli mnie, że wiara to idiotyzm. W Akademii zwłaszcza. Ty również zdawałaś się być tego samego zdania. Co sprawia, że teraz myślisz inaczej? – zapytał w końcu, patrząc jej w oczy z poważnym wyrazem.
– Przez czas naszej rozłąki sporo się wydarzyło. Do tego jednak wrócimy kiedy indziej. A na dziś zapamiętaj, że aniołem być nie mogę, bo anioły zdecydowanie nie przepadają za czarnymi koronkami – odpowiedziała miękkim tonem i pochyliła się do mężczyzny raz jeszcze. Złożyła krótki pocałunek na policzku, a wyprostowawszy się, zapytała: – Jak się czujesz? Po takiej ilości efemeru i whiskey, zwłaszcza po okresie abstynencji od tego pierwszego, powinieneś przechodzić katusze.
Oficer parsknął śmiechem. Przeciągnął się szeroko i na tyle mocno, aż w jego barkach coś cicho chrupnęło. Elyara zmrużyła nieznacznie oczy na ten dźwięk, a dreszczyk ekscytacji zatańczył w jej złoto-czarnym spojrzeniu. Viktor był tak pełny życia. Obserwowała uważnie, jak ten przeciągał się leniwie, przyglądał własnym dłoniom, sprawdzał, czy ciało reaguje tak, jak duch tego pragnie.
Nagi od pasa w górę, skąpany w lekkim świetle poranka, wyglądał nieprzyzwoicie wręcz przystojnie i apetycznie.
W końcu potrząsnął głową parę razy na lewo i prawo, po czym przeciągnął się po raz ostatni. Wziął głęboki wdech i westchnął ciężko, przymykając powieki. Kiedy je otworzył, spojrzał na nią z wesołymi ognikami w oczach.
– O dziwo, doskonale – przyznał i przetarł twarz dłońmi. Przesunął nimi po brodzie, aż w końcu zatrzymał palce na szyi. Elyara zamarła na sekundę, lecz Viktor roześmiał się i dodał: – Noc z piękną kobietą widocznie potrafi wyleczyć każdego kaca!
To powiedziawszy, rzucił się w jej stronę jednocześnie gwałtownie, jak i z gracją, niczym lampart, którego ofiara w końcu podeszła do kryjówki. Mogła zareagować, powstrzymać go. Jej zmysły były bardziej precyzyjne od jego, refleks lepszy niźli jakiegokolwiek czarodzieja bitewnego – nawet emanującego tak silną aurą magiczną, jak Viktor. Jednak nie miała zamiaru się opierać tego poranka. Dobrowolnie poddała się temu nagłemu zrywowi.
Opadła na plecy, chichocząc lekko niczym podlotek, nie zaś dorosła kobieta. Miękki materac ugiął się pod połączonym ciężarem ciał, a z jej gardła uleciało ciche westchnięcie, gdy Viktor zręcznym ruchem przygwoździł ją do pościeli. Rozkoszne gorąco jego skóry uderzyło w nią natychmiast – tak samo, jak wczorajszego wieczoru.
Tego właśnie pragniesz, prawda? To twoja zguba.
Mężczyzna oparł dłonie po obu stronach Elyary na wysokości jej ramion, patrząc na nią z góry. W porannym Słońcu, omiatającym sypialnię złocistym blaskiem, stalowoszare oczy wydawały się głębsze, całkowicie pozbawione fałszu, z którym tak często spotykała się w Lumerii. Chociaż zdawała sobie sprawę, że to banalne, poczuła, jak rozkoszny dreszczyk ciepła rozchodzi się wzdłuż jej kręgosłupa. Viktor wyglądał w owej chwili niczym książę, który po przebudzeniu nie mógł doczekać się, aby cały dzień spędzić ze swą ukochaną.
Pochylił się, chwytając jej wargi w pocałunku, który nie miał w sobie absolutnie nic z wczorajszej, brutalnej drapieżności. Był niespieszny, celebrujący każdą sekundę, przepełniony leniwym, porannym pożądaniem. Słońce, jakby zazdrosne o ich namiętność, zaświeciło mocniej, dołączając do intymnej chwili złocistymi promieniami.
Elyara zamruczała gardłowo, wsuwając palce w gęste włosy. Mężczyzna oderwał od niej usta, po czym zsunął z alabastrowych ramion jedwabny szlafrok. Uniosła się na chwilę, pozwalając, aby materiał z szelestem opadł na prześcieradło, zostawiając ją jedynie w czarnych, koronkowych figach. Viktor zawiesił na niej wzrok, a na jego twarzy malował się absolutny, niemal nabożny zachwyt.
Szorstkie, żołnierskie dłonie spoczęły na jej talii. Dotyk był pewny i zaborczy, a jednocześnie zaskakująco delikatny. Mężczyzna gładził podłużnymi ruchami boki oraz krągłe biodra, wywołując przyjemne dreszcze, które falami rozchodziły się po całym ciele wraz ze słonecznymi pieszczotami. Viktor pochylił się raz jeszcze i złożył wzdłuż delikatnej, spragnionej dotyku i gorąca szyi kilka mokrych, palących pocałunków. Pieścił wargami obojczyki i zaokrąglenia piersi, niespiesznie i z premedytacją drażniąc wrażliwą skórę.
Gorący, urywany oddech owiewał jej ciało, przypominając o tym, czym było życie. Z każdym calem, o który Viktor przesuwał się w dół, bicie ludzkiego serca rezonowało tuż przy niej z coraz większą siłą. Usta błądziły po płaskim brzuchu, zostawiając za sobą ścieżkę ognia, którą złośliwe Słońce rozżarzało jeszcze mocniej. W końcu zuchwałe, chciwe palce zahaczyły o krawędź czarnej koronki. Elyara westchnęła, po czym zamruczała zadowolona i uniosła biodra, ułatwiając kochankowi pozbycie się ostatniej bariery z płynnością kogoś, kto doskonale wiedział, jak sprawić przyjemność.
Viktor w ogóle się nie spieszył. Leniwymi ruchami ust, jak i dłoni pieścił ją po udach w niezwykle ekscytującej, a także, na swój sposób, irytującej manierze. Kruczowłosa potrafiła przewidywać wiele ludzkich emocji, reakcji i zachowań, lecz w owej chwili nie była w stanie określić, w którym miejscu następny pocałunek ozdobi jej ciało. Palce mężczyzny jakimś cudem co chwila ją zaskakiwały, drażniąc zmysł dotyku oraz charakter, który z reguły nakazywał jej kontrolę nad czasem, miejscem i sytuacją.
Z początku chciała walczyć, pokazać, iż nie jest jeno bierną odbiorczynią przyjemności, acz nagle wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy mężczyzna złożył pocałunek na wzgórku. Elyara zacisnęła dłoń na pościeli, a promienie Słońca sięgnęły pokrytych gęsią skórką piersi, pieszcząc ją niczym drugi kochanek.
Wówczas to postanowiła się poddać – chociażby na ten jeden, leniwy poranek.
Rozluźniła palce i z westchnieniem odrzuciła głowę w tył, zamykając oczy. Pierwsze gorące, wilgotne dotknięcie ust tuż przy kobiecości było obezwładniające w swojej irytującej i nieprzewidywalnej precyzji. Wzdrygnęła się, a z rozchylonych warg uleciał dźwięk, w którym głęboka ulga mieszała się z bezradną niecierpliwością oraz przyjemnością.
Viktor całował ją z anielską cierpliwością, która z każdą sekundą doprowadzała kruczowłosą do coraz większego szaleństwa. Drażnił wrażliwą, gładką skórę leniwymi ruchami. Nie potrafiła przewidzieć, czy następne pociągnięcie będzie tylko ulotnym muśnięciem, czy twardym, stanowczym naciskiem. Ta niewiadoma, brutalnie odbierająca jej ukochaną kontrolę, okazała się niesamowicie silnym afrodyzjakiem.
Złociste Słońce pieściło obnażone piersi, jakby wprzódy umówiło się z Viktorem, aby ten poranek poświęcić wyłącznie Elyarze. Uśmiechnęła się sama do siebie, zdając sobie sprawę z absurdu tej myśli. Przesunęła niespiesznie opuszkami palców po ramieniu kochanka, a następnie wplotła dłoń w gęste włosy. Zrobiła to na wpółświadomie, pragnąc utrzymać kontakt z rzeczywistością, która to coraz bardziej traciła na wyrazistości. Jej wyostrzone zmysły chłonęły wszystko z porażającą intensywnością: szelest gniecionej pościeli, kojący szum fontanny w rogu sypialni, chrapliwy oddech i wibrującą w powietrzu męską witalność.
Wiedziała, że kiedyś ta chwila nadejdzie, acz nie potrafiła i nie chciała powstrzymać drżącego jęku, gdy poczuła na łechtaczce zwinny język, a zaraz po nim ciepłe usta. Wygięła nieznacznie plecy w łuk, z westchnieniem zafalowała biodrami. Słońce zalśniło jaśniej, obdarzając ją złocistym urokiem – a przynajmniej takie odniosła wrażenie.
Viktor odczytywał reakcje jej ciała bezbłędnie. Szorstkie dłonie pewnie spoczęły na wewnętrznej stronie ud. Przez chwilę tam zostały, pieszcząc ją stanowczo, acz delikatnie, po czym jedna z nich wsunęła się między pośladek Elyary a materac. Mężczyzna zacisnął rękę zaskakująco mocno, kontrastując to z niezmiennie delikatnymi pieszczotami warg i języka.
Kruczowłosa jęknęła głośniej i spojrzała na kochanka, który jednakowoż zdawał się nie dostrzec jej zdziwienia. Złapał ją pewnie za biodro drugą ręką. Ów zaborczy, męski uścisk przyszpilił ją do materaca, jakby była tylko młódką, po raz pierwszy poznającą rozkosz, jaką potrafi dać jej własne ciało. Takie zachowanie Viktora nieco ją rozbawiło, acz przy tym w swej niewinności i szarmanckości było nieziemsko podniecające. Pozwoliła mu na ekspresję męskiej energii, dała szansę na to, aby twarde dłonie uniemożliwiły ucieczkę przed narastającą falą doznań. Ciepło jego warg i niespieszne, drażniące i arytmiczne pieszczoty wprawiały ciało Elyary w głębokie drżenie, jakiego nie doświadczyła od dawna. Z każdym kolejnym muśnięciem pożądanie gęstniało, pulsując w podbrzuszu w obezwładniającym wręcz tempie.
Promienie Słońca coraz intensywniej wlewały się przez okno, rozgaszczając się na łóżku zupełnie tak, jakby były w owym miejscu i czasie gospodarzem całej przestrzeni. Piekący żar budzący się w dole brzucha zdawał się wibrować w harmonii ze słonecznymi zabawami, topiąc wrodzony chłód Lilianki i zacierając barierę między własnym bytem a otaczającą ją rzeczywistością.
Dwa źródła bezlitosnego gorąca – z nieboskłonu i od kochanka – otuliły szczelnie jej zmysły niczym złocisty kokon utkany z żaru i oddechu.
Kiedy rytm pieszczot stał się nieznacznie szybszy, a zuchwałe usta i język poczęły z drapieżną, wilgotną precyzją naciskać na wrażliwe punkty, Elyara wydała z siebie kolejny, wysoki jęk. Palce dłoni wplecionej w ciemne włosy mężczyzny zacisnęły się konwulsyjnie. Wszelkie myśli odpłynęły, a racjonalny, analityczny umysł audytorki i członkini Bractwa został niemal całkowicie uciszony, ustępując miejsca pierwotnej naturze i zwierzęcemu wręcz instynktowi.
Tylko ten drażliwy głosik z tyłu głowy cały czas wytykał jej błędy, acz dobrotliwe Słońce robiło co w jego ognistej mocy, aby go stłumić.
Napięcie w jej ciele narastało falami, ciągnąc ją nieustannie ku krawędzi. Viktor zdawał się wyczuwać to doskonale, jego pieszczoty bowiem stały się nieco bardziej regularne, rytmiczne. Acz jednocześnie nie pozwolił jej tak od razu na spełnienie – to nie byłoby w jego stylu. W pełni świadomie, celowo i z wyrafinowaniem przeciągał ów graniczny moment, balansując na cienkiej linii między dręczącą tęsknotą a niewyobrażalną ulgą.
Aż wreszcie, sprowokowana stanowczym, głębokim pocałunkiem w najwrażliwszym miejscu, kropla nektaru przelała się z kieliszka rozkoszy. Reszta zaś podążyła za nią niczym rwący potok, niszcząc starannie wprzódy zbudowaną tamę.
Spełnienie uderzyło w nią z siłą wezbranej fali, lecz nie zamknęło się w jednym, krótkim wybuchu. Rozkosz rozlała się po ciele powoli, gęsto i obezwładniająco, przejmując władzę nad każdym skrawkiem. Z ust kruczowłosej wyrwał się długi, drżący krzyk, pozbawiony jakichkolwiek resztek lumeriańskiego decorum. Wbiła ostre paznokcie wolnej dłoni w materac, wstrząsana potężnymi spazmami, które przetaczały się przez jej sylwetkę arytmicznymi, hipnotycznymi falami. Zamknęła mocno oczy, dygocząc pod uderzeniami przedłużającej się, perfekcyjnej ekstazy, całkowicie pochłonięta przez światło Słońca i człowieka, który właśnie dał jej to, czego pożądała, w sposób, o którym myślała, że go nienawidzi.
Złote promienie zatańczyły tęczą na oknie. Ta chwila była idealna.
Leżeli przez chwilę niemal w bezruchu. Elyara oparła głowę o klatkę Viktora, ten zaś pieścił ją leniwymi, podłużnymi ruchami po plecach oraz ramionach. Uniosła się z lekkim uśmiechem, układając dłoń na rozgrzanym tułowiu kochanka i złączyła ich usta w niespiesznym pocałunku.
– Byłeś cudowny – mruknęła, gdy ich wargi rozdzieliły się z cmoknięciem. Ucałowała go leniwie po szyi parę razy, z satysfakcją obserwując, jak mężczyzna zadrżał, a jego skóra pokryła się gęsią skórką. – Dziękuję.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł, obdarzając ją uśmiechem. Zaraz jednak zarumienił się i zmieszał wyraźnie, kiedy dłoń Elyary poczęła wędrować nieco niżej.
– Coś nie tak? – zapytała gładkim tonem. – Nie musisz się wstydzić, Vik.
– Wiesz… bardzo chętnie bym kontynuował nasze zabawy, ale… czy będziesz zła, jak teraz skończymy? Ja… jesteś przepiękna, El, ale…
Mężczyzna odwrócił wzrok i zagryzł wargę, widocznie nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Minęły dwa uderzenia serca, nim kruczowłosa zrozumiała powód owego wstydu oraz zmieszania. Wiedziała, że nie powinna, ale parsknęła lekko śmiechem, na co Viktor zarumienił się jeszcze bardziej. Pocałowała go w policzek w ramach przeprosin, po czym podniosła się na klęczki. Ujęła go jedną ręką za podbródek, drugą za policzek i przyciągnęła tak, aby nie miał wyboru innego, niż spojrzeć jej prosto w oczy.
– Viktorze – zaczęła żartobliwie poważnym tonem – spędziłam z tobą cudowny wieczór, noc i poranek. Czy naprawdę myślisz, że byłabym na ciebie zła za coś takiego?
– Ja… nie mówię, że zła, ale może rozczarowana?
– Nie jestem rozczarowana.
– Na pewno? – zapytał drżącym głosem. Stalowoszare spojrzenie wyrażało wątpliwość.
– Na pewno. – Kruczowłosa pogłaskała go po policzku, po czym schyliła się i ucałowała. Podniosła się zaraz po tym i dodała: – Byłeś wspaniały, naprawdę. I jesteś dalej.
– Dzięki, El, lecz mężczyzna powinien móc zadowolić kobietę, kiedy…
– Nawet nie zaczynaj z tymi oświeceniowymi bzdurami – mruknęła, a gdy ten chciał zaprotestować, ułożyła mu palec na ustach. Delikatnie, acz rozkazująco zarazem. – Zadowoliłeś mnie bardziej, niźli bym się spodziewała. A nawet gdybyś tego nie zrobił, to relacja nie jest listą wymagań do spełnienia. Gdybyś więcej czasu spędził na studiowaniu dawnych religii oraz mitów, a mniej słuchał tych sztywnych etyków, może byś to wiedział.
Przez chwilę milczeli. Z perspektywy postronnego obserwatora owa cisza mogłaby wydać się gęstsza od wczorajszej mgły zwiastującej burzę. Oni jednak wiedzieli lepiej. Uśmiechali się do siebie coraz to szerzej z każdą sekundą, aż w końcu Viktor odetchnął głęboko i podniósł się do pozycji półsiedzącej. Ucałował ją najpierw w jedno, potem w drugie kolano, a następnie spojrzał jej w oczy z gorącym uczuciem.
Za gorącym, nie sądzisz?
– Cieszę się, że się spotkaliśmy ponownie, El. Naprawdę się cieszę – zapewnił ją, ujmując jedną jej dłoń i patrząc nieprzerwanie w złocisto-czarne oczy, pocałował parę razy.
– Uczucie jest jak najbardziej odwzajemnione – odparła, wolną ręką głaszcząc go po policzku. – A teraz polecam, abyś zażył kąpieli. I nadmienię, że nie chce mi się nic gotować. Zjemy coś po drodze?
– Oczywiście. Jestem głodny jak wilk. Masz jakieś prefe…
– Zajdziemy do mojej ulubionej naleśnikarni w okolicy – przerwała pewnym tonem. Nie miała zamiaru spontanicznie poszukiwać nowej śniadaniowni.
– A mają tam coś, co nie jest wypełnione cukrem, zalane cukrem, z dodatkiem cukru?
– Coś wymyślą na pewno. Najwyżej zapijesz kawą. Niektóre z ich ziaren są tak gorzkie, że nawet nie czujesz smaku.
– Brzmi perfekcyjnie.
Z błyskiem w oku ucałował ją raz jeszcze, po czym podniósł się z łóżka. Elyara przez chwilę go obserwowała z figlarnym uśmiechem. Wciąż czuła od niego zapach efemeru. Powszechnie uważano, iż eter w nim zawarty, z racji swej wysokiej rafinacji, pobudza pierwotne ludzkie zmysły, minimalizując ryzyko efektów ubocznych. Stąd był tak powszechny wśród wyższych sfer – w dyfuzorach, wymieszany z tytoniem, jako komponent koktajlów, czy spalany bezpośrednio w fajkach wodnych.
Jego wady uwidaczniały się dopiero na drugi dzień, z czego większość łączono nie tyle z samym narkotykiem, a raczej ze zmęczeniem organizmu. W przeciwieństwie do alkoholu czy innych używek sam w sobie efemer nie wywoływał zawrotów głowy, wymiotów czy kaca – nie licząc tego o charakterze moralnym. W przypadku wielu osób wzmacniał negatywne skutki alkoholu, acz widocznie Viktor, jako czarodziej o niesamowitych zapasach eteru, był na to odporny.
Jedna z niewątpliwych wad efemeru dotykała jednak bezpośrednio płci męskiej. Nawet najbardziej jurni dżentelmeni, którzy poprzedniego wieczoru bez najmniejszego trudu zaspokoiliby plejadę dam, następnego poranka cierpieli na nader kłopotliwą niemoc.
Istniało wiele naukowych hipotez, wygłaszanych przez erudytów i badaczy, które tłumaczyły taki efekt. Zjawisko to przypisywano zmęczeniu, długotrwałemu zaburzeniu naturalnego przepływu eteru oraz gorszemu funkcjonowaniu układu krwionośnego w obwodowych naczyniach po tym, jak narkotyk opuszczał ciało. Powszechnie się z owymi teoriami zgadzano, a empiryczne badania zdawały się je potwierdzać.
Elyara, mając owe naukowe wnioski z tyłu głowy, obserwowała uważnie Viktora. Doskonale widziała, jak krew na nowo odżywia sprawny organizm od czubka głowy po palce u stóp; jak eter, chociaż nieco zaburzony, rozpływa się w swej charakterystycznej manierze; wreszcie, że zmęczenie tańcem nijak nie mogło równać się z harówką, jakiej mężczyzna doświadczał w wojsku.
Uśmiechnęła się kącikami ust do samej siebie. Słońce skryło się na parę sekund za chmurą.
Kruczowłosa przeciągnęła się leniwie, podniosła się z łóżka i niespiesznym, pełnym kociej elegancji krokiem ruszyła w stronę rzeźbionej szafy. Kiedy usłyszała szum wody płynącej z mosiężnych rur w łazience, pozwoliła sobie na chwilę zadumy przed kryształowym lustrem. Ślady rozkosznego poranka powoli ulatywały z jej postawy. Drapieżna, namiętna kochanka musiała ustąpić miejsca wyrachowanej audytorce, służącej u samego markiza Kastell, której intelekt i urok osobisty stanowiły potężną broń w arsenale Konsorcjum oraz Bractwa.
Ubrała się z pedantyczną dbałością o każdy detal. Tego dnia postawiła na ciemnoczerwoną koszulę, ściąganą w talii przez gorset, który w Lumerii chronił ją lepiej niźli jakakolwiek zbroja. Przód kreacji wzmacniał rząd złoto-mosiężnych klamer i zapięć, które drastycznie kontrastowały z głębokim, odważnym dekoltem, pnącym się aż do obojczyków misterną, czarną koronką. Szkarłatny materiał na ramionach układał się w obfite, dumnie uniesione bufki, by zaraz potem spłynąć w dół pod postacią ciasno dopasowanych rękawów, opinających przedramiona niczym druga skóra. Z drugiej strony koszula ściśle przylegała do jej bioder, podkreślając ich krągły kształt, z przodu zaś zbiegała na wysokości podbrzusza.
Po krótkiej chwili zastanowienia zrezygnowała ze spódnicy. Dół jej kreacji uzupełniły ciemne, idealnie skrojone spodnie, zdobione na biodrach skórzanymi paskami. Przeplatały się tam drobne, mosiężne łańcuszki i dyskretne sprzączki, które skrzyły się nieznacznie w promieniach Słońca, cicho pobrzękując przy każdym kroku.
Zwieńczeniem jej stroju był przedmiot, z którym rzadko rozstawała się za dnia. Sięgnęła po parasol stojący w rogu garderoby. Było to małe dzieło sztuki – jego rączkę wykonano z ciemnego dębu inkrustowanego ciemnym złotem, a poszycie z grubego jedwabiu o głębokiej, hebanowej barwie. Wystarczyło delikatne wciśnięcie mechanizmu przy rękojeści, by misterne, mosiężne żebra ukryte pod materiałem rozłożyły czaszę, tworząc idealną osłonę, a przy tym stylowy dodatek.
Elyara nie bała się Słońca, jak co niżej postawieni członkowie Bractwa, acz owa parasolka była zdecydowanie zbyt piękna, aby pozwolić jej gnić w rogu szafy. Spojrzała na siebie w lustrze, oceniając efekt. Bujne, ciemne włosy pozostawiła rozpuszczone, pozwalając im opaść na ramiona dzikimi falami, usta zaś podkreśliła krwistoczerwoną szminką oraz dodała nieco różu na policzkach.
Gdy Viktor opuścił łazienkę, ubrany, odświeżony i pachnący jej olejkiem eterycznym o aromacie cedru, zastał ją gotową do wyjścia. Na jego widok oparła dłonie na rączce złożonego parasola, uśmiechając się z profesjonalną, acz ciepłą powściągliwością.
– Wyglądasz jak personifikacja autorytetu, El – skomentował z uznaniem, zapinając ostatni guzik swojej kamizelki. – Aż strach pomyśleć, co mi zrobisz na tym audycie.
– To zależy wyłącznie od tego, jak dobry jest twój projekt, Viktorze.
– Lepszego nie znajdziesz, zapewniam.
– Całe szczęście, że nie ufam nikomu na słowo.
– Od dzisiaj zaczniesz – stwierdził i poprawił koszulę, po czym zaoferował jej ramię. – Co prawda nie wiem, dokąd zmierzamy na nasze śniadanie, lecz pozwolisz, że będę prowadzić?
– Och, pozwolę, pozwolę – odparła lekkim tonem, przyjmując jego ramię. – Postaram się dawać wskazówki odnośnie do kierunku tak subtelnie, jak tylko potrafię.
Opuścili apartament, wychodząc na ulice Lumerii, która powitała ich z witalnością, jakiej nie oferowało żadne inne miasto na całym kontynencie. Słońce odbijało się od kopulastych dachów okazałych pasaży handlowych i mosiężnych zdobień kamienic. Gazowe latarnie uliczne już wygasły, acz charakterystyczny zapach wciąż unosił się w powietrzu, eteryczne kryształy zaś jeszcze tliły się resztkami energii.
Chodniki, wyłożone jasnym, precyzyjnie przyciętym kamieniem, zapełniały się ludźmi. Dżentelmeni w wymyślnych cylindrach i długich surdutach mijali damy w bufiastych sukniach, których kapelusze co rusz były przedmiotem czyichś komplementów. Elyara z zaciekawieniem nadstawiła ucha, wysłuchując rozmowy dwóch szanownych dam w wieku studenckim. Zdawały się one przynależeć do klasy La Haute Noblesse, co oznaczało, iż miały wyższą pozycję społeczną niźli Viktor, acz kruczowłosa nie potrafiła stwierdzić po ich eterze, czy naturalnej perfumie, czy są hrabinami, czy markizkami. Ich rozmowa była w gruncie rzeczy banalna, obie bowiem były zafascynowane najnowszymi trendami dotyczącymi kapeluszy i prześcigały się w pomysłach, jak to też wykorzystać na przyjęciu, które miało się odbyć tego wieczoru.
Elyara uśmiechnęła się kącikami ust i zakręciła parasolką raz w lewą stronę, raz w prawą. Lumeriańskie poranki zawsze potrafiły ją napełnić pozytywną energią.
Gdy dotarli do jednej z szerszych alei, zza zakrętu, po gładkich szynach wtopionych w bruk, wysunął się niemal bezszelestnie tramwaj parowy. Jego miedziany kocioł lśnił w Słońcu, runy zdobiące boki rozbłyskiwały raz po raz, a wypuszczana kominem czysta biała para rozwiewała się natychmiast w powietrzu.
Elyara szła tuż obok Viktora, trzymając go pod ramię. Dyskutowali o wszystkim i o niczym zarazem. Z boku wyglądali jak para znajomych z dawnych lat – wysoko postawiona dama oraz szanowany oficer wojskowy, zmierzający na wspólne śniadanie. I choć publicznie nie afiszowali się z uczuciami, to w sposobie, w jaki mężczyzna pochylał się, by uchwycić jej słowa w ulicznym zgiełku, i w tym, jak ona odpowiadała mu lekkim, acz ciepłym uśmiechem, kryła się komfortowa zażyłość.
Kruczowłosa wiedziała bowiem, iż ukrywanie przed Bractwem tego, jak spędziła noc, było działaniem bezcelowym, którego podjąć mógłby się jedynie ktoś nieznający struktur Zakonu. Chociaż kojarzył się on wielu nowicjuszom z ciemnymi sekretami oraz krwawymi tajemnicami, jego największa siła kryła się nie w cieniach Lumerii, a w jej najgorętszym świetle.
Kawiarnia Le Tasse de Café znajdowała się na rogu wysadzanego drzewami bulwaru. Było to miejsce popularne wśród niższej arystokracji i artystów – pełne bujnych roślin w wielobarwnych donicach, z okrągłymi, drewnianymi stolikami i krzesłami o oparciach przypominających skrzydła motyli. Powietrze przesycone było zapachem palonych ziaren kawy, karmelizowanego cukru, wanilii oraz świeżych owoców.
Kelner, wysoki mężczyzna o bystrym spojrzeniu i nienagannych manierach, natychmiast rozpoznał Elyarę i skłoniwszy się przed nią, zaprowadził ich do ustronnego stolika znajdującego się na balkonie na pierwszym piętrze lokalu. Odsunąwszy jej krzesło, uśmiechnął się wpierw do niej, później zaś do Viktora. Kruczowłosa dostrzegła w oczach kelnera błysk uznania, kiedy jego wzrok spoczął na dwóch broszkach. Jedna świadczyła o pozycji oficera, druga zaś o czynnej służbie, odbytej za granicą.
W ciągu ostatnich dekad wojskowi zyskali olbrzymi szacunek w społeczeństwie. Na tyle wysoki, iż przynależność Viktora do La Petite Noblesse, wynikająca z tytułu barona, o czym świadczył rodowy sygnet na palcu, miała tu mniejsze znaczenie.
– Czym mogę służyć na początku, szanowni państwo, nim przyniosę nasze menu? – zapytał niskim, wibrującym głosem.
– Dwie porcje Crêpes Suzette z tym waszym absurdalnie słodkim syropem z brzoskwiń dla mnie – stwierdziła Elyara.
– Widzę, że zdecydowana jak zawsze? – zapytał z ironicznym uśmieszkiem Viktor.
– Oczywiście. Szkoda czasu na czytanie czegoś, co znam na pamięć.
– Trudno mi z tym polemizować. Czy zechcesz mi powiedzieć, dobry człowieku, co takiego polecisz, abym się nie zasłodził jak moja piękna towarzyszka?
– Oczywiście, szanowny panie. Mogę zaproponować klasyczną, wytrawną galette z wędzoną szynką, pastą pomidorową i dojrzewającym serem. Jeśli woli pan coś na gorąco, świetnie sprawdzą się jajka zapiekane z duszonym porem i pikantną chorizo. Polecam również chrupiące grzanki na zakwasie z wędzonym pstrągiem oraz jajkiem w koszulce. Żadna z tych pozycji nie zrujnuje pańskiego podniebienia słodyczą.
– Bogowie, Lumeria naprawdę tak wyglądała od zawsze? – ni to zapytał, ni to stwierdził Viktor i zaśmiał się gromko. – Niechże będzie ta pozycja z pstrągiem. Dawno nie miałem okazji zjeść porządnej ryby.
– Oczywiście, szanowny panie. Do picia zaś mogę zaproponować…
– Sangrię de Cava dla mnie. Kieliszek. Ten większy – wtrąciła Elyara, opierając się lewym łokciem o podłokietnik i spoglądając na tętniącą życiem ulicę.
– Ja zaś… kawę. Po prostu kawę. Bez cukru, bez mleka i, bogowie brońcie, bez miodu.
– Gorzka czy karmelizowana?
– Gorzka. Najczarniejsza, jaką macie.
– Oczywiście, szanowny panie. Panienko.
Kelner skłonił się nisko – niżej, niż wówczas, kiedy Elyara przybywała tu sama – i odszedł sprężystym krokiem. Jego ciemna karnacja idealnie kontrastowała z koszulą o barwie ni to białej, ni to beżowej, jakby projektant nie mógł się zdecydować, czy symbolem Le Tasse de Café powinna być biel mąki, czy też mleczna barwa kawy.
Kruczowłosa odprowadziła go wzrokiem, prawą dłonią bawiąc się rączką parasola, aż w końcu oparła go o krawędź barierki. Zdjęła cienkie, jedwabne rękawiczki i oparła łokcie o stół, splatając smukłe palce. Przyglądała się Viktorowi z rozbawieniem, doskonale wiedząc, jak z jego perspektywy kusząco prezentuje się w owej chwili jej dekolt.
– Połowa miasta zabiłaby za te słodkie kreacje, a ty wybierasz pstrąga. I grzanki. Jesteś do bólu pragmatyczny, mości oficerze.
– Porażenie kubków smakowych od wczesnego rana nie leży w mojej naturze – odparł z łagodnym uśmiechem, sięgając po kryształową karafkę, by nalać im wody. Wpierw wypełnił jej kieliszek, później zaś swój. Jego wzrok jeno dwukrotnie uciekł na biust. – Zwłaszcza że dzisiejszy dzień będzie wymagał ode mnie absolutnego skupienia. Muszę w końcu przekonać główną audytorkę Konsorcjum, że moje dziecko, tkwiące w zimnym hangarze, zrewolucjonizuje podróże powietrzne.
– Moje zadanie polega na tym, by ocenić fakty, a nie twoje oratorskie zdolności – rzuciła z udawaną surowością, choć w jej oczach tańczyły wesołe ogniki. – Pamiętaj, Vik, że dla Konsorcjum Aetheris sentymenty nie mają żadnego znaczenia. Jeśli twój prototyp posiada skazę, znajdę ją.
– Nie spodziewałbym się po tobie niczego innego. Właściwie, byłbym zawiedziony, gdybyś nagle stała się pobłażliwa – stwierdził lekkim tonem, rozsiadając się wygodniej.
Śniadanie przebiegło w atmosferze ożywionej dyskusji, która płynnie meandrowała między luźnymi obserwacjami na temat stanu miasta, lokalnych plotek, a technicznymi nowinkami. Elyara jadła niespiesznie. Jej organizm nie potrzebował jedzenia w tej samej manierze, co u ludzi oraz większości Spokrewnionych, lecz lumeriańskie słodycze sprawiały jej wyjątkową przyjemność, będąc bardziej doświadczeniem sensorycznym niż formą odżywiania.
Viktor z kolei pochłaniał posiłek z apetytem kogoś, kto faktycznie potrzebował paliwa do życia. Widać było po nim dwie przeciwstawne siły. Z jednej strony nauczony był manier i etykiety przy stole, z drugiej zaś żołnierskiego pragmatyzmu, który nakazywał mu zjeść jak najszybciej i szykować się do wymarszu. Tym bardziej kruczowłosa doceniała, kiedy widziała, jak ten świadomie się powstrzymuje, aby nie włożyć do ust od razu całej grzanki.
Rozmawiali o sztuce, o najnowszej wystawie obrazów malowanych za pomocą eterycznych pigmentów, i o tym, jak w Dolnym Mieście rozkwitał handel nielegalnymi częściami do maszyn parowych. Byli jak dwoje zaufanych przyjaciół, którzy wcale nie zniknęli nawzajem ze swojego życia na długie lata.
Gdy dzbanek kawy opustoszał, a na talerzach nie pozostał nawet okruch, Viktor uregulował rachunek, odrzucając stanowczym gestem dłoni próbę Elyary, by pokryć koszty zamówienia.
– Oficerowi nie wypada pozwalać damie płacić za śniadanie – skwitował, podając jej jedwabne rękawiczki.
Wyszli z powrotem na zalaną Słońcem ulicę. Kruczowłosa z ledwie słyszalnym trzaskiem rozłożyła złoto-czarny parasol, ukrywając twarz w kojącym cieniu. Opuścili elegancki bulwar, kierując się w stronę niższych poziomów miasta, gdzie luksusowe kamienice i przeszklone pasaże zaczęły ustępować miejsca potężnym, ceglanym budowlom oraz stalowym konstrukcjom o wyraźnie utylitarnym charakterze.
Zmierzali do doków przynależnych Politechnice Lumeriańskiej. Im bliżej nich się znajdowali, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Delikatny aromat kawy i perfum został zastąpiony zapachem smaru, mosiądzu i palonego węgla, wymieszanego z rześką nutą surowego eteru. Dźwięk skrzypiec dobiegający z kawiarenek zagłuszyły rytmiczne uderzenia młotów parowych i syk upuszczanego pod ciśnieniem powietrza.
– Wyjaśnij mi, proszę – zagaiła Elyara, zafascynowana jednym z miniaturowych sterowców, który unosił się ledwo kilkanaście stóp nad nimi – jak to się stało, że wraz ze mną uczęszczałeś na Uniwersytet Gwiazd, a skończyłeś, pracując z inżynierami z Politechniki?
– W gruncie rzeczy to proste. Jeszcze na naszej Alma Mater rozpocząłem projekt, który jednakowoż nie przyciągnął zainteresowania wykładowców. Wówczas zgłosiłem się do Politechniki, która, jak zapewne wiesz, od dawna jest silnie związana z wojskiem. Ja zaś…
– Masz rodzinę o tradycji wojskowej – dokończyła za niego Elyara, obracając parasol między palcami. – Logiczne. Zastanawia mnie jednak, czemu nasza uczelnia nie dostrzegła twojego talentu?
– Oczywiście, że dostrzegła, El. Bez tego nigdy bym się tam nie dostał przecież. Po prostu ten projekt był… cóż, niedoskonały, a ja zbyt uparty.
– Czyli dlatego nie podjąłeś dalszej nauki po zakończeniu pierwszego stopnia?
– Nie do końca. – Oficer uśmiechnął się kącikami ust. – Ciągnęło mnie już do akcji po prostu. Chciałem się wykazać jako czarodziej bitewny. Pokazać, że jestem kimś więcej, niż tylko baronem z dobrej rodziny, której przypadkowo trafiła się markiza.
Szum, trzask, śmiechy. Zakrapiana zabawa, gdy efemer jeszcze dla nich nie istniał. Długie spojrzenia, dzikie pląsy na nieistniejącym parkiecie.
Oczy Elyary błysnęły zielenią na ułamek sekundy. Nagle przypomniała sobie, jakim cudem Viktor dostał się na Uniwersytet Gwiazd. Uczelnia, która była marzeniem każdego – kuźnia elit dla najwyższej administracji państwowej, wojskowej i dyplomacji. Trafiali tam tylko i wyłącznie najlepsi. Nie wystarczyła sama ciężka praca. Liczyły się nade wszystko talent w sztukach magicznych, aura energetyczna oraz naturalne zasoby eteru.
To sprawiało, że do Uniwersytetu trafiały przede wszystkim osoby ze szlachty wyższej – La Haute Noblesse, od najniżej postawionych hrabiów, przez markizów aż po samych diuków. Paradoksalnie, industrializacja Lumerii, chociaż umożliwiła wzrost nowej klasie industrialnej, jeszcze bardziej wzmocniła rody arystokratyczne. To w ich żyłach płynęła bowiem krew, która od eonów była pełna eteru. W świecie, w którym magia stała się jednym z najcenniejszych zasobów, ci, którzy nią władali, mogli liczyć na lukratywne posady w każdej dziedzinie życia.
Viktor miał tytuł barona, co znaczyło, iż przynależał do szlachty niższej. Jednak Uniwersytet Gwiazd nie zwracał uwagi na samo urodzenie, jak inne uczelnie – dla nich liczył się tylko talent i eter. Jeśli więc zdarzyło się, że ktoś niżej urodzony zdradzał niesamowite zdolności, uczelnia przyjmowała go z otwartymi ramionami. Viktor zaś…
– Wybaczysz niedyskretne pytanie? – zapytała Elyara po chwili milczenia.
– Oczywiście. Najwyżej na nie nie odpowiem.
– Twoja matka była z urodzenia tą przypadkową markizą, prawda? Kiedyś… kiedyś o niej mówiłeś.
Oficer westchnął, a jego twarz skrzywiła się w bolesnym grymasie. Milczał przez kilka sekund, prowadząc ją w stronę hangaru, aż w końcu poczęła się obawiać, że jej pytanie było nazbyt intymne. Chciała już przeprosić, kiedy ten odpowiedział:
– Tak, to prawda. To dzięki niej ja i moje rodzeństwo jesteśmy obdarzeni takimi zasobami eteru. Nasz ojciec jak na barona również miał się czym pochwalić. Ba, niemal dorównywał co słabszym przedstawicielom La Haute Noblesse. Aczkolwiek, rzecz jasna, do kogoś o tytule markiza nie miał nawet podejścia.
– Przepraszam, jeśli…
– Nie przepraszaj, El. – Mężczyzna zatrzymał się na chwilę i obrócił do niej. – Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Tymczasem mamy ważne sprawy na głowie, nieprawdaż, pani audytor?
Ruchem głowy wskazał na jeden z hangarów. Oczy Elyary błysnęły oranżem ekscytacji oraz czerwienią niecierpliwości. Ramię w ramię z Viktorem, w profesjonalnym milczeniu, dotarli do ogrodzonego murem terenu. Przed nimi wyrastał masywny budynek wojskowego hangaru, z drzwiami tak wielkimi, że bez problemu mogłyby przepuścić pełnowymiarowy sterowiec, oszczędzając konieczności rozsuwania dachu. Po całym terenie przechadzali się wojskowi, pozornie załatwiając ważkie sprawy, acz kruczowłosa wiedziała, iż to tylko pozorowany chaos – w rzeczywistości obiekt był pilnie strzeżony, a rzekomy nieład był niczym więcej jak pułapką na lekkomyślnych złodziejaszków.
Przyszedł czas, by iluzja spokojnego poranka ustąpiła miejsca obowiązkom.
Wielkie, dwuskrzydłowe wrota ze wzmocnionej stali, zdobione wytłoczonym godłem lumeriańskiej armii, rozsunęły się z cichym, hydraulicznym sykiem, wpuszczając ich do wnętrza hangaru. Elyara złożyła parasol, gdy tylko znaleźli się w chłodnym, pozbawionym Słońca półmroku.
Wnętrze przypominało świątynię nowej ery. Powietrze pachniało tu inaczej niż na ulicach – było ostre od ozonu, przesycone wonią polerowanego mosiądzu i rafinowanego eteru. Mieściły się tu rozliczne narzędzia, plany inżynieryjne, lecz co najistotniejsze – silniki do sterowców. Viktor od razu zaprowadził ją ku bocznej stronie, gdzie jeden z nich spoczywał na specjalnym rusztowaniu, acz kruczowłosa od razu wyczuła po dziwnej pustce eterycznej dokładne położenie jego prototypu.
Otoczony rusztowaniami oraz dziesiątkami precyzyjnych instrumentów pomiarowych, nie przypominał standardowych silników, które napędzały cywilne sterowce, ani nawet klasycznych wojskowych jednostek bojowych. Był smukły, drapieżny, zbudowany z ciemnej, szczotkowanej stali i poprzecinany siecią miedzianych cewek.
Jednak to, co natychmiast przykuło wyostrzone zmysły Lilianki, znajdowało się na samej obudowie runicznej.
Podeszła bliżej, a stukot obcasów poniósł się echem po rozległym pomieszczeniu. Runy zdawały się nieczynne, acz ona widziała, że jest inaczej. Nawet bez źródła energii część z nich nieustannie pracowała niczym skryty w cieniach strażnik. Rozpoznała je po krótkich oględzinach – te same gnomie runy, które jeszcze na uczelni studiowała z Viktorem. Czemu o nich zapomniałaś?
Mężczyzna obserwował ją z lekkim uśmiechem. Oparł się o jedną ławę kreślarską i dał jej kilka minut na to, aby zapoznała się z eterycznymi wzorami. Znów był oficerem i inżynierem – dumnym, skupionym i pewnym swego dzieła.
– Silnik typu Widmo – powiedział w końcu, nie siląc się na fałszywą skromność. – Standardowe napędy eteryczne, nawet te najlepiej wyciszone, zostawiają na niebie wyraźną sygnaturę. Ciepło, zniekształcenia magii, rezonans kryształów. Dla odpowiednio czułych radarów wroga, nasz sterowiec świeci w nocy jak latarnia morska. Ja postanowiłem ten problem wyeliminować.
Elyara wyciągnęła dłoń. Przesunęła opuszkami palców tuż nad grawerunkami zdobiącymi metalową powłokę, zatrzymując je zaledwie cal od zimnej stali. Jej zmysły, zazwyczaj bezbłędnie wychwytujące najdrobniejsze wibracje energii, tutaj napotykały ledwo drobne nitki. Z odległości nie byłaby w stanie ich wyczuć.
Nie musiała aktywować silnika, aby domyślić się, jak to zadziała, acz oczywiście to uczyniła. Wlała nieco eteru w runiczny obwód, po czym cofnęła się kilka kroków. Viktor nie zaprotestował – zdawał się wręcz zadowolony z tego, że Elyara go testuje. Jej złośliwa część nakazywała zetrzeć mu ten dumny uśmieszek z twarzy, lecz w owej chwili była audytorką Konsorcjum Aetheris oraz służką markiza Kastell. Nie miała czasu na złośliwości.
Pozwoliła eterowi przepłynąć przez cały obwód parę razy, po czym odetchnęła głęboko i cofnęła się pół kroku. Sięgnęła energią w stronę silnika i napotkała dokładnie to, czego się spodziewała – kompletną, nienaturalną pustkę. Maszyna przed nią po prostu nie istniała w spektrum eterycznym. Była idealnie gładkim lustrem, po którym eteryczny zmysł po prostu się przesuwał.
– I jak? Przyznasz, że imponujące? – zagaił ponownie Viktor.
Kruczowłosa uśmiechnęła się kącikiem ust i spojrzała na niego. Wyglądał cholernie przystojnie – oficer, inżynier, czarodziej i wynalazca w jednym, dumny ze swego projektu. Zawsze doceniała takie osoby. Jednak nie mogła go tak po prostu skomplementować.
– To ciekawe, bo na tle całego hangaru twoje Widmo wyróżnia się aż za bardzo, nie sądzisz? – zapytała, licząc na to, że zbije go z pantałyku. Przeliczyła swoje możliwości.
– Martwiłbym się, jakby było inaczej. Rzecz w tym, że ten silnik ma znaleźć się na pokładzie sterowców zwiadowczych, potencjalnie także wojskowych. Jego celem nie jest zaleganie na magazynach.
– Co eliminuje problem jego pustki eterycznej.
– Dokładnie. – Mężczyzna odepchnął się do ławy i zastukał palcami w obwód runiczny. – Tutaj wygląda jak próżnia, acz w praktyce…
– Zapewnia idealne ukrycie silnika i całego sterowca, lecz nie wysysa energii z zewnątrz, jak tutaj – dokończyła za niego Elyara, krzyżując ramiona na piersi i stukając palcem o własne ramię. – Radary nie wykryją niczego. W teorii.
– Zwłaszcza na olbrzymich połaciach otwartego terenu czy w górach, gdzie skuteczność radarów jest niska.
Lilianka zamyśliła się głęboko. Jeśli silnik Widmo sprawdziłby się w praktyce, Bractwo z całą pewnością chciałoby położyć na nim swoje lodowate dłonie. Odwieczną zasadą dotyczącą Zakonu był jego skryty charakter – Rewolucja Eteru i Pary oddziaływała zaś w tym zakresie dwojako.
Proliferacja magii sprawiła, iż ukrywanie się w wielu regionach było zadaniem wręcz karkołomnym. Potężne szlacheckie twierdze i budynki administracji państwowej, nie wspominając o obiektach wojskowych, zostały pokryte dziesiątkami run ochronnych, a pieczę nad nimi sprawowała coraz to lepiej wyposażona straż miejska. Żołnierze już od kilkunastu lat stosowali radary eterowe – niektóre na tyle czułe, iż wykrywały nie tylko maszyny, ale także istoty naturalnie emanujące energią.
Z drugiej zaś strony, Bractwu łatwiej było ukryć się w olbrzymiej metropolii, jaką stała się Lumeria, niż w prowincjonalnym miasteczku. Wszechobecność magii działała jak szum zagłuszający – wszak igła różni się od siana, acz znalezienie jej w stogu graniczy z niemożliwością. Teraz zaś Viktor, chcąc nie chcąc, mógł sprawić, że dalekie podróże co poniektórych markizów Zakonu stałyby się niewidoczne dla reszty społeczeństwa. Prawo lotów nie było w Lumerii przesadnie surowe, lecz rejestry wlotów i wylotów prowadzono wyjątkowo skrupulatnie.
A przy tym wielokrotnie je kopiowano, o czym niektórzy, ci mniej ostrożni i rozsądni przedstawiciele Bractwa, zdążyli się już boleśnie przekonać.
Elyara nie wierzyła w moc przeznaczenia, acz Viktor niemal dosłownie ofiarował jej dar, o którym Zakon marzył: całkowitą anonimowość. Jej własna pozycja wciąż pozostawała wyjątkowo chwiejna i podatna na humory wyżej postawionych. Gdyby to dzięki niej Konsorcjum Aetheris zdołało pozyskać prawo do używania silników Widmo, mogłaby zyskać posłuch u wszystkich. Ba, być może sam Suweren odznaczyłby ją za służbę…
Przez dłuższą chwilę obchodziła prototyp w milczeniu, pilnie notując wzory runiczne w kajeciku i sprawdzając ich przepływ co kilka sekund. Sekwencja była zaskakująco stabilna. Niemal tak stabilna, jak wasze pierwsze wspólne projekty, nieprawdaż? Jej rozmyślania przerwał głuchy odgłos otwieranych bocznych drzwi hangaru. Do pomieszczenia wmaszerowała niewielka grupa, której kroki niosły się dumnym, rytmicznym stukotem po posadzce.
Na czele szedł starszy mężczyzna o surowej twarzy i siwiejących na skroniach włosach, którego pierś zdobił imponujący zestaw baretek. Sposób, w jaki się poruszał, zdradzał oficera wysokiej rangi – jak zgadywała Elyara, jeszcze zapewne z czasów tak zwanej Starej Szkoły Wojskowej. Tuż za nim podążał młodszy wojskowy w okularach, który co rusz rzucał nerwowe spojrzenia na boki, niosąc naręcze przyrządów oraz tub kreślarskich. Pochód zamykał wysoki, szczupły mężczyzna w eleganckim garniturze, którego teczka niemal pękała w szwach od dokumentów.
– Dobrze, że jesteś, mój drogi! – zagrzmiał najstarszy mężczyzna, w zgoła nieformalnym geście rozkładając ramiona. Zatrzymał się tuż przed silnikiem, uśmiechając się szeroko. – Bałem się, że nie zdążymy!
– Majorze, to zaszczyt. – Viktor wyprostował się i zasalutował.
– Ach, daj spokój, Vik, daj spokój. Przedstaw mnie lepiej owej uroczej damie.
– Oczywiście. – Mężczyzna skłonił się, po czym wskazał na Elyarę, która podeszła bliżej, lustrując przybyłych wzrokiem. – Major Valerius, mój bezpośredni przełożony. Starszy inżynier Mercer, główny specjalista w zakresie nowych technologii, oraz mecenas Craft, nadzorujący projekt z ramienia prawnego sztabu wojskowego. To zaś…
– Elyara de Clairmont, główna audytorka zewnętrzna Konsorcjum Aetheris – przerwała aksamitnie miękkim, a przy tym stanowczym głosem kruczowłosa. Sięgnęła jeno po ociupinkę eteru, aby delikatnie wpłynąć na aury wojskowych. – To zaszczyt poznać.
Z tymi słowami skłoniła nisko głowę, na co zaskoczony jej śmiałością major odpowiedział po krótkim wahaniu tym samym. Zgodnie z etykietą, jego podwładni milczeli. A przynajmniej milczeli na razie.
– Przyznam, że spodziewałem się kogoś starszego, acz widocznie celebrujemy dzisiaj młody geniusz. Ufam, że mój drogi Viktor nie zanudził pani zbytnią ilością technicznego żargonu?
– Wręcz przeciwnie, majorze – odparła Elyara, przybierając maskę chłodnego profesjonalizmu. – Powiedziałabym, że był za mało dokładny. Niemniej muszę przyznać, że sposób, w jaki silnik czerpie energię z kryształów eteru oraz to, jak się maskuje, jest… imponujący.
Viktor uniósł brwi, słysząc to niespodziewane pochlebstwo. Valerius za to rozpromienił się i spojrzał z dumą na swojego podwładnego, po czym zgoła nieoficjalnie poklepał go energicznie po ramieniu.
– Cieszy mnie to! – zagrzmiał, widocznie zadowolony z obrotu spraw. – Widmo to nasza duma. Zmieni zasady gry na niebie Lumerii. A właściwie to poza nią, hah! Mercer, Craft, możemy w takim razie przejść do formalizacji wstępnej opinii?
Inżynier poprawił okulary i zaczął wyciągać formularze, podczas gdy mecenas przygotował wieczne pióro. Elyara jednak nie zamierzała pozwolić im przejąć inicjatywy. Wstępna opinia teoretycznie nie była wiążąca prawnie, lecz w praktyce nierzadko to na niej opierały się dalsze rozmowy. Zwłaszcza w przypadku precyzyjnych projektów, które zdążyły już wyjść poza fazę bycia zaledwie fantazją na papierze. Kruczowłosa podeszła do silnika, wskazując dłonią w rękawiczce na miedziane cewki osłonowe.
– Projekt jest wizjonerski, majorze. Zastosowanie gnomich sekwencji do wygaszania kryształów to majstersztyk – zaczęła pewnym, a przy tym kojącym głosem, nieustannie tkając nitki eteru w aurach mężczyzn. – Według mojej wstępnej analizy silnik jest jak najbardziej stabilny, a runy perfekcyjnie pochłaniają wszelką sygnaturę, nie doprowadzając jednocześnie do przegrzania całego systemu.
Przesunęła dłonią w rękawiczce ledwie pół cala od chłodnej stali, posyłając w nią drobinki eteru, by obudzić runy. Te rozbłysły błękitem oraz zielenią, emitując ledwo wyczuwalną aurę nawet z tak niewielkiej przecież odległości.
– Ta izolacja – kontynuowała Elyara, tkając magię zarówno w silniku, jak i w umysłach wojskowych – jest niesamowicie precyzyjna. Wręcz prosi się, aby powiedzieć, że to inżynieryjna poezja.
Mercer odetchnął z wyraźną ulgą, a na jego twarz wypłynął szeroki uśmiech. Poprawił zsuwające się z nosa okulary i, ośmielony pochwałą, podszedł do niej bliżej. Ułożył dłoń na silniku, przesyłając w niego energię, na co ten rozbłysł wyraźniejszym blaskiem w świecie materialnym, lecz eter w nim wciąż pozostawał właściwie niewidoczny.
– Właśnie to, pani audytor, stanowi serce tego przełomu! – rzekł z zapałem, wskazując palcem na dolne sekcje cewek runicznych. – Cieszę się, że od razu to pani dostrzegła!
– Co wcale nie było łatwym zadaniem – wtrącił gładko Viktor. – Gnomie runy z definicji są niestabilne, dlatego zastosowaliśmy nie podwójne, a potrójne sekwencje runiczne.
– I z tym nie sposób polemizować – przyznała kruczowłosa, posyłając mu krótki, pełen uznania uśmiech. Obróciła się w stronę majora, który wciąż nie zdawał sobie sprawy, że z każdym wypowiedzianym zdaniem coraz mocniej znajduje się pod jej wpływem. – Od strony teoretycznej, stworzyliście państwo prawdziwe arcydzieło. Jednakże, jako audytorka Konsorcjum, muszę patrzeć poza czysty blask geniuszu barona. I widzę tu dwa krytyczne problemy, które znacząco obniżają rynkową oraz taktyczną wartość tej technologii w jej obecnej formie.
Uśmiech Valeriusa nieznacznie przygasł. Viktor, zamiast się zirytować, oparł się wygodniej o ławę kreślarską, przyglądając się jej z nieskrywanym zainteresowaniem.
– Słuchamy pani, pani de Clairmont – rzekł Mercer powoli, nerwowo mrużąc oczy za szkłami okularów.
– Po pierwsze: paradoks próżni. – Elyara wskazała na runiczny obwód. – Silnik działa idealnie. Aż za dobrze. Wypełnia pole widzenia radarów kompletną pustką. W górach, przy dużym naturalnym szumie tła, to zadziała. Ale na czystym niebie, nasyconym magią Lumerii, ta pustka jest zwyczajnie nienaturalna.
– Czy wzięła pani pod uwagę naturalny rezonans członków załogi oraz samego statku, który będzie widoczny w polu eterycznym?
– Oczywiście. Sprawdźcie sami.
Lilianka nie wpadła na to od razu. W miarę jak badała silnik, powracały do niej wspomnienia – wspólne odkrycia z czasów studenckich, kiedy to z Viktorem ślęczeli nad starymi runami. Gnomie znaki różniły się od nowoczesnych. Ktoś nieobeznany z tematem mógłby sądzić, że owe różnice nie mają większego znaczenia, lecz ona doskonale znała prawdę.
Klasyczne runy opierały się w gruncie rzeczy na prostych zasadach – czerpały energię, aby pozyskać konkretny efekt. W silnikach sterowców stosowano więc kryształy eteryczne, będące źródłem zasilania, do tego, aby napędzić silnik. W związku z tym jedne runy generowały ciepło, inne ruch, a kolejne służyły zwyczajnie jako przewodniki. Początkowo standardem były pojedyncze ciągi run, później zaś poczęto stosować podwójne, celem uzyskania stabilnego napędu bez jednoczesnego przegrzewania silnika bądź całej sekwencji magicznej.
Zaproponowana przez Viktora potrójna struktura wydawała się naturalną ewolucją – jednak teoria i praktyka miały to do siebie, że nie zawsze szły ze sobą w parze. Zastosowanie trzech ciągów run bowiem łatwo destabilizowało cały system z uwagi na fakt, że symbole wchodziły ze sobą w interakcję.
O ile Elyara mogła ocenić w hangarze, nie zaś na szybującym sterowcu, inżynierom wojskowym udało się tego uniknąć w prototypie, który właśnie oceniała. Rzecz w tym, że osiągnęli to dzięki gnomim runom w trzeciej sekwencji. Rozwiązanie genialne w swej prostocie – nie wchodziły one bowiem w klasyczne interakcje.
Jednak ich niestabilność sprawiała, że reagowały nieprzewidywalnie na niestandardowe sytuacje.
Kruczowłosa machnęła ręką, posyłając eter jednocześnie do silnika, w jeden z rogów hangaru, pod sufit oraz w stronę stalowych wrót. Prototyp zareagował od razu. Błysnął charakterystyczną zielenią i błękitem, po czym zassał gwałtownie energię do środka. Trwało to zaledwie parę sekund, lecz dla wprawnego obserwatora było aż nazbyt widoczne.
– Widzicie? – zapytała Elyara z uśmiechem, wykorzystując chwilę chaosu, aby mocniej pociągnąć za eteryczne sznurki w aurach mężczyzn. – Ten silnik stabilizuje energię, to prawda, ale przy nagłych wybuchach ją po prostu pochłania.
– Takie nagłe wybuchy nie są naturalne – skontrował Viktor. – Wątpię, aby miały miejsce podczas misji zwiadowczych. Przecież załoga będzie poinstruowana, jak się zachować.
– Właśnie, właśnie. Poza tym te kierunki wybuchów zostały specjalnie tak przez panią zaplanowane, aby uwidocznić efekt pochłaniania – poparł go Mercer.
Kruczowłosa zrazu nie odpowiedziała. Spojrzała na obu inżynierów, splatając dłonie na wysokości podbrzusza, po czym zwróciła wzrok na ich przełożonego.
– Majorze, ile razy na polu bitwy zdarzyło się panu, aby „kierunki wybuchów eterycznych” były przewidywalne?
Mężczyzna zmarszczył brwi i podrapał się po szczęce, wyraźnie zbity z pantałyku. Elyara wyłapywała jego pojedyncze myśli. Nie mógł zrozumieć, jak w ciągu zaledwie kilku zdań jej entuzjazm zmienił się w tak ostrą krytykę.
– Cóż, ani razu, będąc szczerym – odparł, spoglądając to na nią, to na Viktora i Mercera.
– Właśnie. A to nie koniec problemów – stwierdziła lekkim tonem Elyara. Przeszła się wzdłuż silnika, sunąc po nim dłonią. – Przyznam, że zastosowanie trzech sekwencji runicznych jest absolutnym majstersztykiem. Rzecz w tym, iż ten silnik jest zwyczajnie za ciężki na wojskowe sterowce zwiadowcze. Ani jednostki Stalker, ani Predator nie dadzą rady z nim lecieć.
– To absurd! – żachnął się mecenas Craft, uderzając teczką o udo. – Projekt był od początku wyceniany pod jednostki zwiadowcze!
– Czy oznacza to, że prototyp jest… cóż, tylko prototypem bez zastosowania praktycznego, panowie? – zapytał Valerius, spoglądając na obu inżynierów.
– Zdecydowanie nie, majorze – odparł Mercer drżącym głosem. – Wystarczy tylko nieco dostosować jednostki Predator. A potem zaimplementować dodatkowe tło runiczne, aby wyciszyć tę ciszę eteryczną.
– Co z kolei ponownie zwiększy masę całej jednostki – błyskawicznie skontrowała Elyara.
– Ja… ekhm… to znaczy…
Kruczowłosa rzuciła okiem w stronę Viktora, który na moment zesztywniał, nie wiedząc, co powiedzieć. Nagle jednak jego oczy błysnęły, a szok w spojrzeniu ustąpił miejsca głębokiej, technicznej analizie. Nie wyglądał na urażonego arystokratę – sprawiał wrażenie inżyniera, który właśnie wpadł na fascynujące równanie, jakiego poszukiwał od tygodni.
– Ma pani absolutną rację co do próżni, pani audytor – przyznał otwarcie, kompletnie ignorując pełne niedowierzania spojrzenie Mercera oraz karcący wzrok Crafta. – Sam silnik jest ciężki z uwagi na zastosowanie potrójnego szyku run, a modulator tła tylko zwiększy masę. Nasze wojskowe statki będą miały ogromny problem z balansem. Ten silnik wymaga platformy, której armia obecnie nie produkuje.
– Czyli przyznajesz, Vik, że Widmo w tej formie jest dla nas bezużyteczne? – zapytał Valerius zrezygnowanym tonem.
Elyara czuła, jak duma z niego ulatuje, zastępowana przez poczucie frustracji oraz rozczarowania, gdy grunt i pełna kontrola nad projektem usuwały mu się spod nóg. Viktor jednakowoż nie dał się zbić z pantałyku. Spojrzał w złocisto-czarne oczy Elyary, w których dostrzegł nie groźbę, a wyzwanie. Zaproszenie do wspólnego tańca.
– Przyznaję, majorze, że Widmo potrzebuje odpowiedniej platformy, by móc bezpiecznie rozwinąć skrzydła – odparł spokojnie, z nutą rozbawienia w głosie. – Jeśli jednak istniałaby możliwość, aby szybko przetestować Widmo w praktyce, to osiągniemy podwójną przewagę.
Elyara poczuła przyjemny dreszcz satysfakcji. Viktor nie dał się sprowokować do dumnej, ślepej obrony, tylko błyskawicznie zrozumiał reguły gry i dostosował się do nich z gracją. Był racjonalny, bystry i utalentowany – co czyniło go wrogiem wręcz niebezpiecznym dla Bractwa, gdyby kiedykolwiek odkrył jej prawdziwe intencje.
– W jakim sensie? – zapytał Valerius, marszcząc brwi. – Przecież mówicie, że tego żaden statek zwiadowczy nie udźwignie.
– Bynajmniej, majorze – zaprzeczyła kruczowłosa. – Mówię tylko, że nie jest on możliwy do zainstalowania na obecnych jednostkach zwiadowczych wojska.
Zapadła cisza. Valerius zmarszczył gęste brwi, a Mercer zamrugał gwałtownie, próbując nadążyć za tokiem jej rozumowania.
– Konsorcjum Aetheris posiada w swoich stoczniach dziesiątki wolnych statków handlowych i towarowych – podjęła Elyara, powoli przechadzając się wzdłuż prototypu. – Mają szerokie, niestandardowe kadłuby i operują na większych silnikach niż większość sterowców cywilnych. Są przy tym o wiele cięższe i stabilniejsze niż wasze jednostki Stalker czy Predator. Proponuję dwa równoległe rozwiązania, które zadowolą obie strony. Po pierwsze, zgodnie z pierwotnymi ustaleniami, zamontujemy Widmo na naszych cywilnych jednostkach towarowych. Będziemy testować silnik w warunkach rzeczywistych, podczas lotów handlowych.
– Genialne w swej prostocie – wtrącił Viktor, uśmiechając się pod nosem. – Cywilny statek z natury generuje szum eteryczny i posiada niemałą załogę. Dzięki temu sprawdzimy, czy w mieście takim jak Lumeria próżnia eteryczna rzeczywiście wystąpi.
– Dokładnie. Przetestujecie silnik pod przykrywką naszych operacji logistycznych – potwierdziła Elyara, po czym zwróciła się do dowódcy. – A po drugie: w międzyczasie, na podstawie danych zebranych z tych lotów, będziemy opracowywać nową klasę ciężkich statków zwiadowczych, bazując na architekturze naszych kadłubów. Kiedy silnik będzie już zminiaturyzowany i w pełni sprawny, wy będziecie mieli gotową flotę, by go przyjąć.
– Moment, moment! – Craft wystąpił naprzód, mało nie upuszczając skórzanej teczki. – Pani audytor, z całym szacunkiem dla pani bystrości umysłu, ale to nielegalne! Podmioty cywilne nie mogą oficjalnie współpracować z armią przy budowie i projektowaniu okrętów bojowych! Jeśli Konsorcjum będzie wspólnie projektować z naszą jednostką sterowce, prędzej czy później Rada Miejska nam się przyjrzy. Lub co gorsza: sam Kanclerz.
Kruczowłosa zatrzymała się i spojrzała na prawnika z wyrozumiałym, niemal łagodnym uśmiechem. Zagrała leniwie na eterycznych strunach jego strachu, przemieniając je w błogi spokój i ulgę.
– Ależ mecenasie, kto mówi o jakiejkolwiek budowie okrętów bojowych? – zapytała niewinnie, przekrzywiając lekko głowę. – Konsorcjum Aetheris przeprowadzi jedynie wewnętrzne, rutynowe testy nowego napędu. Z kolei wyniki tych testów, w postaci suchych danych statystycznych dotyczących przepływu eteru, sprzedamy dowództwu floty w ramach płatnych konsultacji. Będzie to całkowicie oficjalna, cywilna usługa doradcza. A to, że przy okazji będą wraz z nimi dostarczane plany jednostek, które jeszcze nie istnieją, to przecież nie jest nic nielegalnego. Równie dobrze mogą to być przecież teoretyczne rozważania z testów. A co lumeriańska armia zrobi w swoich zamkniętych stoczniach z zakupioną od nas wiedzą teoretyczną… to już, w świetle prawa, nie jest zmartwieniem Konsorcjum. Prawda?
Craft zamarł. Jego usta pozostały przez chwilę na wpół otwarte, a oczy rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu. Spojrzał na Valeriusa, Viktora oraz wyraźnie zagubionego Mercera, a na końcu ponownie na Elyarę. Oburzenie na jego twarzy błyskawicznie stopniało, ustępując miejsca profesjonalnemu podziwowi.
– Sprzedaż surowych danych logistycznych w ramach usługi doradczej… – wymamrotał, powoli kiwając głową. – Żaden trybunał nie udowodni nam złamania prawa. Przekażecie nam architekturę w formie wyników badań. To jest całkowicie legalne. I absolutnie bezczelne.
– W Konsorcjum nazywamy to optymalizacją prawną, mecenasie – odparła Elyara z gładkim uśmiechem.
Major Valerius wybuchnął nagle niskim, tubalnym śmiechem. Klasnął w dłonie, aż echo poniosło się po stalowym sklepieniu hangaru.
– Zaczynam rozumieć, dlaczego Aetheris wysłało właśnie panią, pani audytor! Panowie, wygląda na to, że mamy nasz projekt. Craft, przygotuj wstępne zarysy umowy doradczej, a my w tym czasie…
Dyskusja o formalnościach trwała jeszcze dłuższy czas, aż Słońce poczęło powoli chylić się ku zachodowi. Elyara szybko przekonała się, że sam Valerius nie jest wielkim znawcą w dziedzinie prawa i technologii. Miał jednak istotną zaletę, której pozazdrościć mógłby mu każdy człowiek u władzy: wiedział, jak dobrać doradców i czerpać mądrość z ich porad. Viktor i Mercer rozprawiali o inżynierii, Craft zaś o prawie, a major słuchał ich uważnie, od czasu do czasu robiąc niewielkie notatki.
Patrząc na trójkę wojskowych, kruczowłosa była przekonana, że chociaż wojsko Lumerii nie należy do największych na świecie, to metropolia była bezpieczna od wszelkich ataków z zewnątrz. Lecz czy jest gotowa na nas, moja droga?
Gdy wszelkie formalności zostały ustalone, spędzili jeszcze dobre parę godzin na teoretyzowaniu o przyszłości projektu. W końcu wojskowi opuścili hangar, wielokrotnie zapewniając na odchodne Elyarę, iż nie mogą się doczekać współpracy. Viktor zaoferował, że osobiście odprowadzi ją do granic Dzielnicy Inżynieryjnej. Wyszli na tętniące życiem ulice Lumerii. Pierwsze latarnie gazowe były właśnie rozpalane, a eteryczne światła ozdabiały charakterystycznymi kolorami brukowane aleje, wzdłuż których, na styku dzielnic, wciąż syczały jeszcze rury parowe. Wysoko nad nimi po niebiosach przepływały majestatyczne jednostki sterowców, gdy pod nimi po szynach przesuwały się parowe tramwaje.
Zatrzymali się przy jednej z ekstrawaganckich kamienic, której fasada była bogato rzeźbiona we wzory obrazujące historię Lumerii. Elyara spojrzała na Viktora, opierając złożony parasol o ramię i układając na jego rączce obie dłonie. Wieczorne światła nadawały mężczyźnie niezwykłego powabu – podkreślały ostre rysy jego szczęki, pewny siebie uśmiech oraz bystre spojrzenie.
– Muszę przyznać, że mi zaimponowałaś – odezwał się, zatrzymując się tuż przy postoju dla dorożek. Na jego usta wypłynął drapieżny, zadowolony uśmiech. – Wyciągnęłaś na wierzch największe słabości mojego projektu po to, by sekundę później użyć ich jako fundamentu pod wspólne przedsięwzięcie.
– Zawsze dbam o swoje interesy, baronie – odparła gładko Elyara, patrząc na niego z czerwonymi, kpiącymi diablikami w spojrzeniu. – Poza tym, zależało mi na tym, by Widmo w ogóle ujrzało niebo. To zbyt dobra technologia, by zardzewiała przez wojskowych biurokratów.
– Doceniasz ją, jak rozumiem, nie tylko po to, aby mi schlebić?
– Nie tym razem, Vik. – Kruczowłosa zdjęła parasolkę z ramienia i oparła ją o żeliwne ogrodzenie, po czym podeszła bliżej do mężczyzny. Ułożyła jedną dłoń na jego klatce piersiowej, drugą zaś złapała za szyję. – To imponujące, co zrobiłeś z naszymi odkryciami.
Viktor zawahał się tylko na parę sekund. W końcu parsknął śmiechem i pewnym ruchem ujął ją za talię, przyglądając się jej z bliska uważnie – z fascynacją naukowca, który odkrył właśnie kamień filozoficzny. Stalowoszare oczy błyszczały rozbawieniem, jak i dumą, a przystojny uśmiech nie schodził mu z ust.
– Przyznam, że to fascynujący kontrast – mruknął, poprawiając ramię jej ubioru w pozornie niewinnym, acz na wskroś intymnym geście. Jego palce musnęły szyję, wywołując u niej przyjemny dreszcz. – Rano budzisz się ze mną w łóżku, a po południu z zimną krwią rozkładasz na łopatki moich przełożonych, by przejąć projekt. Jesteś przerażająca, Elyaro.
– Nazywasz mnie przerażającą, a mimo to w twoich oczach widzę wyłącznie zachwyt – skwitowała z pewnym siebie uśmieszkiem, nie odsuwając się choćby o pół cala.
– Bo lubię wyzwania. – Viktor pochylił się nieznacznie, a jego aura zadrżała. – Zrezygnujmy z dorożki. Odprowadzę cię. Albo jeszcze lepiej, chodźmy od razu do mnie. Skoro i tak dobiliśmy targu, wypadałoby to odpowiednio uczcić, nie sądzisz?
– Kusząca propozycja, mój drogi. Ale muszę odmówić. Czeka mnie jeszcze wizyta w siedzibie Konsorcjum. Markiz Kastell znany jest z wielu rzeczy, lecz lubość do snu oraz odpoczynku do nich nie należą.
Viktor westchnął teatralnie głośno i przewrócił oczami, kręcąc głową. Ujął jej dłoń w rękawiczce i złożył na niej krótki, lecz stanowczy pocałunek, nie spuszczając przy tym z niej wzroku.
– Dasz się chociaż odprowadzić do…
– Innym razem, Vik. Znasz mój adres. Jak będziemy oboje mieli trochę więcej czasu, z dziką przyjemnością pokażę ci, jak Lumeria zmieniła się pod twoją nieobecność.
– To obietnica? – zapytał pewnym tonem, uśmiechając się szarmancko i figlarnie zarazem.
– Propozycja. – Kruczowłosa złożyła krótki, acz gorący pocałunek na jego szyi. Mężczyzna aż zadrżał na całym ciele, wydając z siebie ciężkie westchnięcie. – Propozycja, której nie odrzucisz, nieprawdaż?
– Za żadne skarby, El… – wyrzucił z siebie gardłowym głosem. – Uwierz mi, że…
– Wierzę. A teraz uciekaj – przerwała mu pewnym głosem i cofnęła się parę kroków, chwytając ponownie za parasolkę. – Do zobaczenia, Vik. Nie każ mi długo czekać.
– Jesteś niemożliwa, El. Nie zmieniaj się nigdy.
Oficer skłonił się przed nią nisko, po czym ruszył z powrotem w stronę hangarów, jeszcze parę razy obracając się w jej stronę. Odprowadziła go wzrokiem, dopóki jego sylwetka nie zniknęła za zakrętem, pochłonięta przez gęstniejącą, wieczorną parę, która otulała Lumerię niczym matka pragnąca ochronić swe dziecko przed całym złem świata.
Dopiero gdy została sama na opustoszałym rogu ulicy, zrzuciła z siebie maskę pewnej siebie audytorki i zalotnej kochanki. Jej twarz momentalnie spochmurniała, a ramiona opadły pod niewidzialnym ciężarem. Serce uderzyło mocno. Raz, drugi, trzeci.
Miała właśnie przywołać nadjeżdżającą z naprzeciwka dorożkę, gdy na żeliwnym słupie pobliskiej latarni usłyszała cichy szelest piór.
Spojrzała w górę. Na krawędzi rzeźbionego klosza siedziała dorodna, czarna wrona. Jej pióra zdawały się pochłaniać światło eterycznej żarówki, a w ciemnych, niemal inteligentnych ślepiach krył się nienaturalny błysk. Elyara nie potrzebowała magicznych zmysłów, by rozpoznać Rebeccę.
Ptak przechylił łebek, po czym otworzył dziób. Nie wydał jednak z siebie typowego krakania. W umyśle Lilianki, niczym zimna igła, zagnieździł się cichy, wibrujący przekaz, niesiony przez więź krwi i cienie. Jeden krótki impuls, który natychmiast zmroził jej wnętrze, boleśnie przypominając, komu tak naprawdę służy.
Markiz Kastell czeka na ciebie.
Jak Ci się podobało?