Służka Krwi i Księżyca (III) – Cień Światła
22 maja 2026
Służka krwi i księżyca
42 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Rozdział III:
Cień Światła
„The sciences, each straining in its own direction, have hitherto harmed us little; but some day the piecing together of dissociated knowledge will open up such terrifying vistas of reality, and of our frightful position therein, that we shall either go mad from the revelation or flee from the deadly light into the peace and safety of a new dark age”
– The Loner of Providence
Dopuściłaby się najcięższego ze znanych jej grzechów, gdyby nie przyznała przed samą sobą, iż mijane postacie budzą w niej wstręt czy wręcz odrazę. Elyara nie spieszyła się, przechodząc przez tereny należące do Konsorcjum Aetheris. Zarząd i administracja przedsiębiorstwa nie mieściły się w jednym budynku – był to swoisty kompleks, zbudowany z cegły, drewna, szkła oraz mosiądzu. Każdy, kto przybywał tu po raz pierwszy, niemieniał z zachwytu nad kunsztem architektonicznym współczesnej Lumerii.
Taki był zresztą cel markiza Kastella, który osobiście nadzorował budowę na wszystkich jej etapach. Od planowania głównych przestrzeni, przez materiały budowlane wraz ze źródłem ich pochodzenia, aż po wykończenia pomieszczeń – wszędzie można było dostrzec jego wpływ. Było to widoczne w sprytnie zaplanowanej kompozycji barw, w skromnych, eleganckich muralach i płaskorzeźbach, czy wreszcie w niewielkich ogrodach, gdzie pracownicy Konsorcjum, a także interesanci, mogli szukać ukojenia od nieustannego syku pary i szmeru eteru.
Elyara również dała się zrazu uwieść owej architektonicznej sile, która przez dłuższy czas pętała jej zmysły. Niegdyś, za każdym razem, gdy tu przybywała, czuła się przytłoczona. Niczym nieistotna ptaszyna, która nieopatrznie wzleciała zbyt wysoko w niebiosa i znalazła się przed obliczem gargantuicznego podniebnego lewiatana, obojętnego na tak poślednie istnienia. Jednak…
Z czasem wszystko powszednieje, nieprawdaż? A nie wierzyłaś Leo, kiedy to powiedział.
– Pani Clairmont, zechce pani spojrzeć na ostatni projekt pociągu pancernego ze Spółki Braci Wright? Podobno jest nad wyraz fascynujący!
– Dobrego wieczoru, pani Clairmont! Pozwoliłam sobie zostawić dokumenty do przejrzenia u pani sekretarki. W razie pytań jestem jutro cały dzień do pani dyspozycji.
– Praca o tej godzinie? Doprawdy, bycie audytorem nie jest proste. Jeśli spotkałaby pani wicehrabiego Rochefort, mógłbym prosić o przekazanie pozdrowień?
– Niech pani wybaczy odrobinę poufałości, pani Clairmont, ale pozwoliłam sobie zostawić u pani zestaw wschodnich herbat. Chętnie je z panią skosztuję, jak tylko znajdzie pani czas!
Uśmiechała się miło, odpowiadała rzeczowo, acz uprzejmie, podpisywała w biegu dokumenty, z których treścią zdołała się wprzódy zapoznać, odsyłając do swojego sekretariatu te, które budziły jej wątpliwości. Architektoniczny moloch przestał wzbudzać zachwyt – przytłaczał ją, irytował samym swym istnieniem, niczym plama atramentu na środku strony. Sztuka, która zarówno w swej funkcjonalności, jak i unikalności ją niegdyś zachwycała, teraz zdawała się jeno rzemieślniczą, nie zaś artystyczną pracą. Ukojenie znajdywała tylko w cieniu olszy oraz szepcie ich liści, acz i to przynosiło tylko chwilową ulgę.
Dopuściłaby się najcięższego ze znanych jej grzechów – kłamstwa wobec samej siebie – gdyby nie przyznała w duchu, że gardziła ludźmi, którzy ją pozdrawiali, prosili o podpis czy, mimo późnej pory, zagadywali poufałym tonem, pytając zarówno o sprawy zawodowe, jak i osobiste. Byli szczerzy w swym zainteresowaniu – wielu z nich podziwiało jej pracę oraz dokonania na rzecz Konsorcjum. Pozycja głównej audytorki zewnętrznej w dużej mierze wynikała z faktu przynależności do Bractwa, lecz Elyara szybko udowodniła, iż zasługuje na tę posadę. Jeśli dodać do tego fakt, że posiadała dyplom z Uniwersytetu Gwiazd, niczym dziwnym nie było, iż budziła podziw wśród pracowników Konsorcjum.
Samo w sobie nie było to niczym złym. Jednak nie mogła znieść tego, jakże liche były ich ambicje oraz marzenia. Wielu z nich wciąż pracowało od lat na tych samych stanowiskach, przy tych samych biurkach, wykonując tę samą, żmudną pracę. Księgowi potrafili jeno skupić się na tabelkach oraz cyfrach, nie patrząc dalej, nie sięgając do tego, co niemierzalne. Inspektorzy szczerze wierzyli w sens swej pracy – dla nich udany audyt oraz pieczątki stanowiły świętość, fundament świata. Inżynierowie i czarodzieje myśleli, że ich technokratyczny terror przyniesie światu zbawienie, acz ich pojmowanie rzeczywistości ograniczało się tylko do prymitywnych, niedoskonałych ludzkich zmysłów oraz teorii zapisanych w księgach, obdartych z esencji prawdy.
Gardzisz nimi, lecz sama nie znasz Pism Barzaia. Cóż za ironia, ma chère.
– Zamknij się – mruknęła pod nosem, dotarłszy do siedziby markiza Kastella.
Rozejrzała się nerwowo dookoła, uświadamiając sobie poniewczasie, iż owe słowa padły na głos z jej ust. Szczęśliwie nikt za nią nie podążał aż tak daleko. Odetchnęła głęboko z ulgą i ułożyła dłoń na ciężkich, dębowych drzwiach, aktywując runiczną sekwencję. Eter przepłynął przez obwód, a wrota rozchyliły się nienaturalnie płynnie, zapraszając ją do środka.
– Elyaro – przywitał ją portier, kłaniając się nisko. – Markiz Kastell ma gości, acz oczekuje pani w swym gabinecie.
– Jacyś zewnętrzni interesanci dzisiaj? – zapytała zmęczonym głosem.
– Szczęśliwie nie. Może się pani od razu udać do zachodniego skrzydła. Czy życzysz sobie czegoś, Elyaro? Kawy, herbaty, wina?
– Nie, dziękuję, Corvis. Jesteś wspaniały.
– Żyję, by służyć.
Lilian pokłonił się na starą modłę, na co ona skinęła mu lekko głową i udała się od razu do zachodniej części budynku, acz jej myśli wciąż orbitowały wokół napotkanego właśnie mężczyzny. Corvis nie był zwyczajnym Spokrewnionym. Jego wysoka, niepokojąco chuda sylwetka i skóra przypominająca zmatowiały pergamin sprawiały wrażenie, jakby lada przeciąg miał rozrzucić go w pył. Jego ubiór przypominał minione epoki, niczym u majordomusa sprzed dobrych kilku dekad, gdy pierwsze lumeriańskie sterowce ledwo odbijały się od ziemi, a marzenia o przestworzach pozostawały właśnie tym – marzeniami. Nawet otaczający Corvisa eter nie budził szczególnego zainteresowania. Pod tym względem mężczyzna przypominał ludzkiego hrabię o długim, szlachetnym, acz niekoniecznie wybitnym rodowodzie.
Były to jednak – zdaniem kruczowłosej – zaledwie pozory.
Chociaż większość członków Bractwa ignorowała tajemniczego Liliana, ona wiedziała swoje. Za tym stoickim spojrzeniem – bezkresnym i ciemnym niczym pozbawione gwiazd nocne niebo – kryło się coś więcej. Mężczyzna zdawał się dryfować w wiecznym letargu, uwięziony w półśnie, całkowicie odcięty od morderczych, dekadenckich gier o wpływy, które tak ubóstwiała reszta Zakonu. Był cieniem – lojalnym, milczącym cieniem, obdartym z drapieżnego głodu oraz wiecznej ambicji.
Innymi słowy, był kimś, kim Elyara powinna gardzić i nawet teraz, gdy rzuciła na niego okiem przez ramię, wydawał się absolutnie nikim nadzwyczajnym. Jednak ona dobrze pamiętała pieśń jego eteru, jaką słyszała za każdym razem, kiedy ten krył się w cieniu olsz przed upalnym Słońcem. Subtelną, cichą i jakże cudownie przenikającą aż do szpiku kości.
Cała Lumeria śpiewała tę melodię, lecz Corvis zdawał się jedynym, który potrafił wyrwać się z chaosu i odegrać własne crescendo.
Zachodnie skrzydło przywitało ją niemal jak zawsze – ciepłymi, stonowanymi barwami runicznych świateł, ciężkimi zwierciadłami, z których każde kosztowało krocie, starymi meblami o wartości niejednej lumeriańskiej fortuny, a także nowoczesnymi obrazami, jakie markiz Kastell zawiesił dla przełamania stylu. Zanim dotarła do właściwego gabinetu swego przełożonego, musiała przejść przez przestronny przedpokój – urządzony w ciemnym, lśniącym mahoniu, przypominający ekskluzywną palarnię dla arystokracji, wyposażony nie tylko w fotele, ale i sofy oraz szezlongi. Nim chwyciła za klamkę, wciągnęła głęboko powietrze, wyczuwając znajomą woń. Skrzywiła się nieznacznie, odetchnęła, po czym przekroczyła próg z całkowicie sztucznym, acz jakże pięknym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
W jednym z głębokich skórzanych foteli siedział Valerien de Rochefort.
Nie czytał, nie palił, nie przyglądał się rzeźbieniom na suficie. Siedział w absolutnym, nienaturalnym bezruchu, niczym rzeźba, która przez omyłkę znalazła się wśród żywych. Jego skóra, pozbawiona najdrobniejszej skazy, i gładko zaczesane, srebrzyste włosy stanowiły doskonały kamuflaż wśród szlacheckiej śmietanki. Jednak ten przerażający brak choćby najmniejszego drgnięcia klatki piersiowej wywoływał u kruczowłosej specyficzne, nieprzyjemne mrowienie. Nie znosiła maniery Rocheforta.
Ledwo zdążyła zasiąść w drugim rogu pokoju – który nagle wydał się jej klaustrofobicznie mały – gdy oczy barwy zimowego nieba spoczęły na niej z beznamiętną, mechaniczną precyzją. Mężczyzna uśmiechnął się kącikami ust, a Elyara – z ubolewaniem – stwierdziła, że dostrzega w tym geście szczere rozbawienie.
– Inżynier z wojsk, przedstawiciel La Petite Noblesse, a dokładniej: baron z rodu Valerant. Przystojny, rzekomo – przemówił powoli. Jego głos był cichy, nienagannie uprzejmy, a przy tym absolutnie obrzydliwy. – Dobrze trafiłaś, Elyaro. To intrygująca kompozycja, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego rodowód od strony matki.
– Również miło cię widzieć, Valerienie – odparła, z udaną nonszalancją wygładzając mankiety koszuli. – Ufam, że remont rezydencji pod miastem przebiega pomyślnie?
– Istotnie, dziękuję za troskę. Udało nam się odrestaurować także stajnię, a niedługo cała stadnina powróci do czasów świetności.
– Czyżby? Podobno konie z tamtego regionu cieszyły się niegdyś niemałą renomą w szerokim świecie – rzekła, szukając niedoskonałości w swoim wyglądzie, które mogłaby poprawić. – To dobre wieści.
– Nieskromnie wręcz powiem, że nowy przybytek przebije skalą oraz jakością materiału oryginał. Stadnina de Rochefort będzie znana w całym cywilizowanym świecie.
– Mniemam więc, że klacze źrebią się dobrze?
– Wspaniale wręcz. Zdecydowanie lepiej niż ogiery.
Elyara westchnęła – w duchu, przed Valerienem w ogóle nie ośmieliłaby się ukazać takiej słabości. Nie mogąc znaleźć już żadnego pretekstu, aby nie patrzeć na interlokutora, spojrzała prosto w te zimne, błękitne i martwe oczy, których tak nienawidziła.
– Jakie to interesy cię tutaj przywiodły do markiza Kastella? – zapytała, ledwo opanowując drżenie dłoni.
– Nie widzę powodu, aby się przed tobą spowiadać z mych sekretów, Elyaro. Bez urazy, rzecz jasna, lecz nie jesteś nikim znaczącym w Zakonie.
– Służę osobiście pod markizem. Tak jak ty, pozwolę sobie przypomnieć.
– Istotnie. – W zimnym spojrzeniu mężczyzny wyrachowana pogarda zmieszała się z sadystycznym, chłodnym rozbawieniem. – Jednak ty, Elyaro, jesteś anomalią. Nie jesteś lordem jak ja i moi bracia oraz siostry. Nie zasłużyłaś na swą moc oraz pozycję latami pracy bądź wkładem.
– Dobrze wiesz, lordzie – oczy kruczowłosej błysnęły karmazynem gniewu – iż nasz eter jest sobie równy. Rzekłabym wręcz, że mój jest znaczniejszy, niźli twój.
– Nie miałem zamiaru temu zaprzeczać. Wręcz przeciwnie: twoje słowa potwierdzają moje. Jesteś frapującą anomalią.
– Ty mały…
Elyara zagryzła wargę, nie kończąc zdania, i zacisnęła dłonie na kolanach, z trudem powstrzymując gniew. Jej aura błysnęła złowrogą czernią i wzburzoną czerwienią – ledwo na ułamek sekundy, acz wystarczająco długo, aby Rochefort to dostrzegł.
– Widzisz? O tym właśnie mówię – rzekł spokojnie i w końcu się poruszył, poprawiając pozycję na fotelu. – Aby dojść do poziomu lorda, Lilianie potrzebują lat pracy, pożerania eteru oraz potężnego patrona, któremu muszą ufać.
– Zazdrościsz, że ja się z tym urodziłam?
– Bynajmniej, Elyaro. Wręcz przeciwnie. Posiadasz potęgę, na którą inni pracowali latami cichej, pokornej służby, a jednak w ogóle nie pojmujesz istoty bycia drapieżnikiem. Jesteś chaotyczna, nie znasz pojęcia dyscypliny. Czemu miałbym zazdrościć czegoś takiego?
Przez chwilę zapadło między nimi milczenie. Kruczowłosa uważnie obserwowała aurę mężczyzny. Trudno było zaprzeczyć, że dzierżył w sobie przerażającą potęgę. Chciała mu się odgryźć, powiedzieć coś ostrego, nim jednak zdążyła przemówić, drzwi do prywatnego gabinetu markiza Kastella otworzyły się powoli. Wyszedł z nich Wtajemniczony Lilian, który, ujrzawszy ich oboje, skłonił się przed nimi nisko.
– Lordzie Valerien, lady Elyaro, markiz za-za-zaprasza – wydukał, wbijając wzrok w fascynujący wzór geometryczny na dywanie.
– Nas oboje? – zapytał ze zdumieniem i nieskrywaną pogardą Rochefort, podnosząc się z pełną arystokratyczną gracją oraz poprawiając frak.
– Ja… tak zrozumiałem, mości panie. Nie-nie śmiałbym panu ro-ro-ro…
– Słyszałeś, Valerien? – Elyara również powstała, pozwalając sobie na złośliwy uśmieszek. – Widocznie markiz ceni nas oboje jednako.
Wnętrze gabinetu markiza Kastella w niczym nie przypominało salonów lumeriańskiej arystokracji niższej bądź też hrabiów, którzy, mimo przynależności do La Haute Noblesse, nie potrafili się pogodzić z tym, że znajdują się tak nisko w hierarchii. Jedni i drudzy próbowali ukryć braki rodowodowe za przepychem i sztuczną harmonią, która rzekomo stanowiła obowiązujący trend wśród szlachty na całym świecie.
Jednak markiz Kastell nie zaprzątał sobie głowy takimi przelotnymi małostkami.
Zamiast sztucznej oazy spokoju, pomieszczenie jawiło się jako serce potężnej, pulsującej maszyny. Przestronne wnętrze z imponującym witrażowym oknem, za którym majaczyła spowita parą metropolia, dusiło zapachem drogich cygar, starego papieru i specyficznych kadzideł. Ściany zdobiły nie tylko regały uginające się od antycznych, oprawnych w skórę grymuarów, lecz także dziesiątki eksponatów, z których część należała już do historii, acz wiele stanowiło prototypy najnowszych urządzeń eterycznych. Całe pomieszczenie było zabezpieczone runicznymi ciągami, misternie rzeźbionymi w ciemnym drewnie, uniemożliwiając komukolwiek podsłuchiwanie czy choćby zakradnięcie się do gabinetu.
Taka przynajmniej była oficjalna wersja. Elyara dobrze wiedziała, iż owe symbole ciągną się niemal po całym budynku, dając markizowi coś znacznie więcej niż tylko zabezpieczenie przed kradzieżą. Wszyscy szanujący się złodzieje omijali Konsorcjum Aetheris szerokim łukiem, wiedząc, że łatwiejsze kąski czekają tylko na pożarcie. Ci głupsi nigdy nie docierali tak daleko, aby przekonać się, czemu naprawdę służą runy.
Dorian Kastell siedział przy rozłożystym biurku z czarnego dębu. W jednej dłoni trzymał wieczne pióro, z mechaniczną wręcz precyzją podpisując weksle i czyniąc notatki na dokumentach. Nawet nie zaszczycił wchodzących spojrzeniem. Oboje jednak wiedzieli, że obserwuje ich uważnie, toteż udając, że ich utarczka w przedpokoju nie miała miejsca, skłonili się nisko.
– Mój panie – przemówił wpierw Rochefort.
– Mój panie – powtórzyła po nim Elyara.
– Możecie usiąść – odparł głębokim, nieco znudzonym tonem ich przełożony.
Dopiero po zajęciu miejsca w niemożliwie wręcz wygodnym fotelu naprzeciwko Kastella, Lilianka pozwoliła sobie skupić wzrok na ewidentnej, niepokojącej anomalii. Za biurkiem, ledwo parę kroków od markiza, stał mężczyzna, który wyglądał jak wyrwany z zupełnie innej epoki bądź też aktor, który usilnie próbował odegrać sztukę z dawnych lat.
Elyara zlustrowała go powoli. Miał w sobie krew Zakonu, to nie ulegało wątpliwości, lecz jego eteryczna aura pulsowała uderzającą surowością i rozedrganiem. Zdawała się zdecydowanie słabsza, a przy tym starsza niźli jej własna, jednocześnie jednak nad wyraz chaotyczna. Mężczyzna miał na sobie luksusowy, acz potargany surdut, poznaczony śladami błota i sadzy.
Oddychał ciężko, a w jego oczach – wyróżniających się pionowymi, kocimi źrenicami oraz tęczówką barwy ciemnego bursztynu – mieszała się dzika furia z obezwładniającym niedowierzaniem. Wpatrywał się w Kastella, widocznie próbując zebrać myśli, lecz nadejście Elyary oraz Valeriena całkowicie wytrąciło go z równowagi.
– Mamy rozmawiać przy nich? – rzekł w końcu, a jego głos skojarzył się Liliance z warczeniem potężnego basiora, którego agresja dyktowana jest czystym strachem, nie zaś prawdziwą siłą i pewnością siebie.
Markiz zrazu nie odpowiedział. Przewrócił kolejną stronę dokumentu, złożył na niej zamaszysty podpis, po czym przesunął palcem po szeregu run, wyciszając część z nich, a inne aktywując. Dopiero wtedy uniósł głowę i spojrzał na podwładnych.
– Elyaro, Valerienie. Dobrze was widzieć – rzekł aksamitnym, głębokim głosem, wywołując u nich w ułamku sekundy ciarki. – Poznajcie Bastiena. Zaszczycił nas swoim nagłym przybyciem z dalekich prowincji na wschodzie. Szuka u nas bezpiecznych stref. Ślepych punktów na mapie, pozwoliłbym sobie tak to określić.
Rochefort przyjrzał się uciekinierowi z lodowatą, arystokratyczną wyższością. Przez chwilę w gabinecie panowało milczenie.
– Czyżbyś przybył z północy?
– Zgadza się – warknął Bastien, kierując na niego wzrok. – A jakie to ma znaczenie?
– Królestwo Nardel, jakbym miał zgadywać. Regiony wschodnio-północne. Mam rację?
– Ponownie tak. I co w związku z tym?
– Niesamowicie piękny region pod kątem bogactwa flory i fauny, o jakie trudno w naszej lumeriańskiej kotlinie. A także liczne formacje geologiczne, niespotykane nigdzie indziej na świecie.
Elyara zmrużyła lekko oczy, patrząc na Valeriena. Słyszała w jego słowach szczery podziw, a nawet nutkę tęsknoty, co stało w ostrym kontraście z jego eteryczną aurą, wręcz ociekającą pogardą.
– Przyznaję, że nie miałem okazji ujrzeć wszystkiego – odparł ostrożnym głosem przybysz, acz jego oblicze złagodniało. – Jak tylko tam powrócę, chętnie zostanę twym przewodnikiem.
– Och, nie nie nie. Nie zrozumieliśmy się – stwierdził Rochefort, rozsiadając się wygodniej. – To nie był komplement pod twoim adresem, lecz hołd dla piękna natury twej rodzimej ziemi. Ty sam roztaczasz wokół siebie fetor błota, niemytej psiej sierści, paniki oraz prowincjonalnego zacofania.
Bastien przez parę sekund stał, jakby nie dowierzając słowom, które padły. Warknął głucho, a jego aura zapulsowała. Wysunął kły i przeszedł obok biurka, wlepiając dzikie, kocie spojrzenie w rozmówcę.
– Uważaj, co mówisz, paniczyku. W przeciwieństwie do ciebie, ja wiem, jak walczyć, a nie tylko czytać poezję.
– Czyżby? – Valerien uśmiechnął się kpiąco, zakładając nogę na nogę i przeplatając palce dłoni.
– Zaraz ci pokażę, co potrafi…
Uciekinierowi nie dane było skończyć zdania. Upadł nagle na gruby dywan, zanosząc się ciężkim kaszlem, jakby słowa dosłownie ugrzęzły mu w krtani. Elyara zacisnęła dłonie na podłokietnikach i chociaż bardzo chciała, nie zaprotestowała choćby najmniejszym gestem. Powód był prosty – markiz siedział nieruchomo, oglądając całe przedstawienie ze znudzonym zaciekawieniem.
Po kilku sekundach Bastien podniósł wzrok na Rocheforta, łapiąc z trudem każdy oddech. Nie był w stanie nic powiedzieć, lecz po ruchu jego warg kruczowłosa wyczytała „przepraszam”. Była przekonana, iż starszy Lilian również to dostrzegł i z pełną premedytacją postanowił to zignorować.
– Nie słyszę. Nagle stałeś się podejrzanie cichy – rzekł spokojnym tonem, jakby komentował pogodę.
Elyara przyjrzała im się obu uważnie na eterycznym polu. Aura Valeriena była spokojna, ledwo co naruszona, chociaż użycie Dominacji na innym Spokrewnionym wymagało zazwyczaj sporo wysiłku oraz eteru. Arystokrata jednak zdawał się niewiele sobie z tego robić, z sadystyczną satysfakcją obserwując walczącego o życie uciekiniera, którego aura została całkowicie stłumiona pod wpływem magii.
Współczuła mu na swój sposób, lecz z drugiej strony – zasłużył sobie na to. Idiotyzmem było atakowanie kogoś, kogo potencjału się nie rozumiało.
– Wystarczy, Valerien. Wypuść go – rozkazał Kastell łagodnym tonem.
Efekt był natychmiastowy. Aura Bastiena natychmiast zafalowała gwałtowną ulgą, a sam mężczyzna upadł na dywan, oddychając łapczywie. Rochefort zwrócił wzrok na markiza i skłonił głowę w wyrazie głębokiego szacunku.
– Wybacz, mój panie, nie chciałem cię…
– Nie uraziłeś mnie. Dobrze zrobiłeś. Bastienie, musisz nauczyć się pokory, jeśli chcesz żyć wśród nas.
Elyara czuła, jak żołądek ściska się jej z nerwów. Nie podobało się jej to przedstawienie i demonstracja siły. Nade wszystko zaś nie pojmowała, czemu rozmowa, która w domyśle miała toczyć się tylko między nią a markizem, zyskała nagle dwóch świadków, z czego jeden był jej rywalem, drugi zaś nieokrzesanym dzikusem.
Uciekinier w końcu powstał, opierając się ciężko o biurko. Powiódł niedowierzającym spojrzeniem wpierw po Rocheforcie, później po Kastellu, aż wrócił do tego pierwszego.
– Jak? – zapytał, a gniew w jego głosie skrył się za szokiem i niedowierzaniem. – Przecież jestem… jestem lordem! Inny lord nie powinien móc…
– Byłeś lordem, Bastienie – przerwał mu markiz.
Przybysz patrzył na obu arystokratów wzrokiem, który wprost zdradzał nie tyle niedowierzanie, ile dogłębny, światoburczy szok. Elyara wybrała dyplomatyczne milczenie. W skupieniu przyglądała się Spokrewnionemu z północy, kiedy strużka krwi spłynęła mu leniwym, acz nieubłaganym śladem, zdobiąc ogorzałą cerę karmazynem.
Na swój prymitywny sposób ów widok był piękny.
Bez najmniejszego szelestu Kastell powstał. Ruch ten był tak płynny, tak pełny gracji, iż kruczowłosa dostrzegła go dopiero wtedy, kiedy markiz stał do nich tyłem, wyglądając przez okno na nocną panoramę Lumerii. Wygładził poły eleganckiego, ciemnoniebieskiego fraka, po czym splótł dłonie za plecami.
– Wyjaśnijcie naszemu gościowi, na czym polega jego błąd – polecił z lekkim znużeniem w głosie. – Obawiam się, że mój ton nie dociera do uszu, które przez dekady nasłuchiwały jedynie trzasku łamanych gałęzi w lesie.
Valerien poprawił lewy mankiet, nie spuszczając beznamiętnego wzroku z klęczącego uciekiniera. Na jego twarzy nie było triumfu, jedynie chłodna, arystokratyczna litość, z jaką patrzy się na bezpańskiego, okaleczonego psa. Już otwierał usta, aby coś powiedzieć, lecz Elyara go wyprzedziła.
– Jaki miałeś status w swych regionach, Bastienie? – zapytała stanowczym tonem, ignorując wściekłe spojrzenie Rocheforta.
– Lord. Zwali mnie lordem.
– Magnates? Nie jesteś godzien tego tytułu – stwierdził Valerien beznamiętnie.
– Tak jest w całym świecie! Tylko wy jesteście jacyś…
– Inni? – Kruczowłosa uśmiechnęła się i założyła nogę na nogę. – Owszem. Musisz zrozumieć, Bastienie, że nasza hierarchia jest zapewne nieco inna niż twoja. Zechcesz mi opowiedzieć, jak to wyglądało u ciebie?
Po prawdzie niezbyt ją to interesowało, lecz grała na zwłokę. Patrząc na nieszczęsną minę uciekiniera, poczuła przez moment ukłucie szczerego współczucia. Sama doskonale wiedziała, jak to jest czuć się w tym mieście niczym zagubiona zwierzyna, przytłoczona potęgą sił, których się nie rozumie.
Jednak przede wszystkim chciała zagrać na nosie Rochefortowi oraz rozeznać się, czemu Kastell w ogóle zebrał ich tu wszystkich razem. To nie miało sensu z jej punktu widzenia, ale markiz z pewnością nie uczynił tego przez przypadek.
Bastien otarł krew z policzka wierzchem brudnej dłoni. Rozedrgane kocie źrenice skakały to na Valeriena, to na Elyarę. Oddychał z trudem, jakby samo powietrze w gabinecie miało go zmiażdżyć.
– Nasza hierarchia jest prosta – rzekł w końcu, utkwiwszy spojrzenie na kruczowłosej. – Na samym dole znajdują się adepci. Ledwo co przemienieni, niepanujący nad swoim głodem. Gdy wykażą się dyscypliną, siłą i rozsądkiem, zostają pełnoprawnymi członkami Bractwa jako wtajemniczeni. U was jest inaczej?
– Na razie wszystko się zgadza. Mów, proszę, dalej – zachęciła go, wciąż ignorując Rocheforta.
– Sam jestem lordem. Arystokratą w obrębie Bractwa. Nade mną był tylko nasz suweren, lady Seristis. Oraz, rzecz jasna, ktoś z reliktów, ale w regionie Nardel od wieków nikogo z nich nie widziano.
– W gruncie rzeczy u nas jest podobnie – stwierdziła Elyara lekkim tonem. – Różnica jest tylko taka, że najpotężniejsi z naszych lordów otrzymują tytuł markiza. W imieniu suwerena sprawują oni pieczę nad poszczególnymi dzielnicami Lumerii.
– Tak jak nasz czcigodny markiz Kastell – wtrącił Rochefort, kłaniając się plecom Spokrewnionego, stojącego przy oknie.
Ten nie zareagował w najmniejszym stopniu na owe słowa oraz gest. Jego przytłaczająca, eteryczna aura pulsowała stabilną energią, jakby w jego gabinecie nie siedziała właśnie trójka Lilian.
– To skoro nie jesteś suwerenem ani tym waszym markizem, jakim cudem mogłeś użyć na mnie Dominacji? – warknął Bastien.
– To proste. Jesteś dzikusem – rzekł Valerien tonem wykładowcy tłumaczącego podstawy podstaw opornemu studentowi. – Znasz hierarchię. Wiesz, czym różni się adept od wtajemniczonego, a wtajemniczony od lorda. Wierzysz, że skoro w swojej głuszy osiągnąłeś pułap możliwości, to twoja krew zyskała tę samą wagę, co nasza. Twój błąd polega na tym, że pomyliłeś wielkość kałuży z bezkresem oceanu.
– Nic z tego nie rozumiem. Przecież jesteś niewiele starszy ode mnie! A ty – z tymi słowami spojrzał na Liliankę – jesteś dzieciną w naszym świecie.
– Ona jest anomalią. Nie sugeruj się jej zdolnościami ani pozycją – stwierdził Rochefort.
Gdyby mogła, rzuciłaby mu się prosto do szyi. Zamiast tego, Elyara tylko spojrzała na niego i, zacisnąwszy dłonie, syknęła jak rozwścieczony kot. Gdy tylko to zrobiła, pojęła, że popełniła błąd. Aura Kastella drgnęła lekko, zdradzając coś na kształt dezaprobaty.
– Masz coś do dodania, moja droga? – zapytał Valerien, zwracając na nią wzrok i uśmiechając się z wyższością.
Wzięła głęboki wdech, odwzajemniając to zimne, nienawistne spojrzenie – najchętniej zmiotłaby wicehrabiego z powierzchni Lumerii. Opanowała się jednak i uśmiechnęła kącikami ust, aby rzec:
– Owszem, pragnę rozjaśnić parę kwestii naszemu gościowi.
– Śmiało. Być może ty lepiej dogadasz się z tym dzikusem.
Sugestia była jawna – skoro ona wzięła się w Lumerii znikąd, to mogła być równie prymitywną istotą co Bastien. Teoretycznie w Bractwie na całym świecie panowała względna równość. Lord z danego obszaru obarczał się takimi samymi obowiązkami, ale zyskiwał też równe przywileje, gdy przybywał do danego regionu jako gość.
W Lumerii jednak ta równość była fikcją. Elyara nauczyła się tego bardzo szybko, teraz zaś nadszedł czas, by owe nauki przekazać dalej.
– Spokrewnieni w naszym mieście niemal zawsze wywodzą się z arystokracji, Bastienie – zaczęła, siląc się na spokojny ton.
– Tak jak u nas. Co to niby za różnica? – warknął przybysz. Widocznie lekcja od Rocheforta nie wywarła na nim aż takiego wrażenia, jak powinna.
– Taka, że szlachta lumeriańska nie przypomina tej z reszty świata. Zarówno La Petite Noblesse, czyli kawalerowie, baronowie i wicehrabiowie, jak i La Haute Noblesse w osobach hrabiów, markizów czy diuków, mają eter w swojej krwi. Tym potężniejszy zazwyczaj, im wyższa ich pozycja społeczna.
– Każdy wasz szlachcic włada magią? – zapytał Bastien, a jego kocie oczy rozszerzyły się ze zdziwieniem. – To przecież… niemożliwe.
– Możliwe. Eter w Lumerii nie jest po prostu używany do zaklęć. Jest wykorzystywany w kryształach energetycznych, sterowcach, pociągach, protezach. Służy jako dodatek do alkoholu, jest podstawą efemeru. Tłoczymy go w trzewia maszyn, przepuszczamy przez rafinerie i zasilamy nim nawet uliczne latarnie. – Elyara skinęła głową na olbrzymie okno, wprost na oświetloną panoramę miasta oraz unoszące się nad nim sterowce. – Wdychamy go z każdym uderzeniem serca tego miasta. Pijemy krew nasyconą energią tak skondensowaną, że w twoich stronach zabiłaby ona słabszego adepta. To dlatego lord taki jak mój zacny przedmówca potrafi rzucić cię na kolana samą Dominacją. Nomenklatura jest ta sama, lecz nasza krew to eteryczny reaktor, a wasza…
Wasza to zaledwie dogasające ognisko.
Nie wypowiedziała tego na głos, by oszczędzić mu resztek dumy, ale Bastien i tak zrozumiał. Dominacja była aktem magicznym, którego Spokrewnieni używali zwyczajowo na ludzi. Użycie jej wobec innego Liliana było zazwyczaj o wiele trudniejsze, nawet jeśli potencjał eteryczny danego członka Bractwa był słabszy niźli u przeciętnego czarodzieja. Jednak to właśnie Dominacja była aktem ostatecznego pokazania władzy oraz upokorzenia przeciwnika. Wszak jak walczyć z kimś, kto samym spojrzeniem może odebrać ci dech w piersi?
Uciekinier opuścił wzrok na swoje drżące dłonie. Dotarło do niego, że to, przed czym uciekał, było jedynie namiastką prawdziwej potęgi. Prawdziwym potworem była sama ewolucja, która zostawiła go daleko w tyle.
Markiz odwrócił się od okna i po raz pierwszy od dłuższej chwili spojrzał na uciekiniera. W jego oczach nie było ani pogardy Valeriena, ani współczucia Elyary. Była tam tylko absolutna obojętność stwórcy wobec wadliwego produktu.
– Skoro uciekłeś aż tutaj, otrzymasz azyl. Twoja determinacja wymaga uznania. Lumeria jest wystarczająco duża, by pomieścić tych, którzy potrafią dostosować się do nowych reguł. Twój test nadejdzie niedługo, podczas nadchodzącego balu. Jeśli mnie zawiedziesz – Kastell zawiesił głos, a jego aura nieznacznie zadrżała, sprawiając, że kryształowe karafki w barku wydały cichy, ostrzegawczy brzęk – obiecuję, że inkwizytorzy oraz samozwańczy łowcy wampirów z Nardel będą twoim najmniejszym zmartwieniem. Wyjdź i udaj się do Corvisa. On będzie wiedział, co z tobą zrobić.
Bastien nie protestował. Ukłonił się głęboko przed swym nowym mistrzem, po czym pochylił także głowę przed Rochefortem oraz Elyarą. Widziała w jego aurze zmieszanie, ból i upokorzenie, ale także ciekawość, czy wręcz fascynację. To dobrze rokowało na jego przyszłość – o ile jej w ogóle doczeka.
– Jak wy tu żyjecie? – zapytał jeno zdumiony, patrząc z nabożnym podziwem na Kastella.
Markiz uśmiechnął się kącikami ust. Światło latarni oświetliło go od tyłu, nadając jego sylwetce nieludzką, majestatyczną poświatę.
– Spokrewnieni niemal na całym świecie sądzą, że muszą być mrokiem, którego ludzkość się obawia. Jednak w Lumerii, Bastienie, wierzymy w coś innego. My jesteśmy światłem, którego pożądają.
Gdy drzwi gabinetu zamknęły się za przybyszem, Kastell ponownie zasiadł przy biurku. Oparł łokcie o blat i powiódł spojrzeniem po dwójce podwładnych, splatając ze sobą dłonie w prostym, a jakże eleganckim w jego wykonaniu geście.
Daleko za plecami markiza przepłynął po niebiosach olbrzymi sterowiec. Władca Niebios był niewątpliwie wspaniałym projektem – stanowił specyficzne połączenie jednostki wojskowej i turystycznej, przez lata służąc za chlubny przykład synergii pomiędzy technologią militarną a cywilną. Oczywiście, jak wiele wynalazków w Lumerii, służył on przede wszystkim rozrywce. Władca mógłby z powodzeniem służyć w wojsku, siejąc śmierć i zniszczenie na polu bitwy, lecz obecnie wykorzystywano go wyłącznie jako podniebny pałac dla arystokracji, której zamarzyły się egzotyczne wycieczki.
Mało która bestia znana w szerokim świecie była w stanie sforsować bariery ochronne Władcy. A nawet gdyby któraś z nich spróbowała, nie miałaby szans się zbliżyć, gdyż świetnie wyszkoleni najemnicy stale czuwali nad spokojem ducha rozleniwionej i znudzonej miastem szlachty.
– Wracając do spraw o wiele pilniejszych i znacznie mniej anachronicznych – podjął Kastell. Jego głos odzyskał ów miękki, niemal usypiający chłód. – Valerienie, ufam, że problem w Akademii św. Sancruza przestał spędzać nam sen z powiek?
Rochefort skinął nieznacznie głową, wygładzając niewidoczną zmarszczkę na nieskazitelnie czystym materiale fraka. W jego wyblakłym spojrzeniu zatańczyła okrutna satysfakcja istoty, która właśnie zakończyła wyjątkowo precyzyjną i tryumfalną partię szachów.
– Śmiertelni uczeni bywają równie błyskotliwi, co rozpaczliwie wręcz naiwni w swej wierze w potęgę nauki – rzekł spokojnym tonem Valerien, opierając się wygodniej o obite ciemną skórą oparcie fotela. – Profesor Blaise Astrat istotnie poczynił niesamowite postępy w zakresie zrozumienia prawdziwej natury Wypalania Krwi. Badał nie tylko szlachciców niższej rangi, ale również tych postawionych wyżej.
– Miał dostęp do parów?
– Na ten temat jego zapiski milczą, aczkolwiek istnieją poszlaki sugerujące, iż mógł badać również ich krew.
– Ufam, że całość została zabezpieczona? – Markiz uśmiechnął się kącikami ust.
– Jak najbardziej, mój panie. – Rochefort schylił głowę na parę sekund. Tym prostym gestem wyrażał większy szacunek, niźli w najgłębszym pokłonie.
– Świetnie. Kiedy mogę się spodziewać pełnego raportu?
– Moje pisma trafiły już do twojej kancelarii, panie. O ile mnie pamięć nie myli, wspominano o dwóch bądź trzech dniach.
Elyara przysłuchiwała się tej rozmowie z zaciekawieniem. Wykorzystując chwilę przerwy, spojrzała na markiza, aby zapytać:
– Mój panie, czy mogę zapytać, o co też chodziło w naturze tych badań?
Kastell spojrzał na nią, a w jego oczach błyszczało eleganckie, wyrafinowane rozbawienie. Przez chwilę jeno mierzył ją spojrzeniem wywołującym u niej mroźny dreszcz, jakby rozkoszując się tą chwilą niepewności.
– Elyaro, moja droga, czy wiesz tak naprawdę, czym jest Wypalanie Krwi? – spytał spokojnym, rzeczowym tonem, który mimo tego, iż był cichy, wypełnił całe pomieszczenie autorytetem i erudycją kogoś, kto posiadł mądrość wielu żywotów.
– To sztuka magiczna, polegająca na czerpaniu eteru z własnej krwi. Im większy potencjał ktoś posiada, tym silniejsza jest owa sztuka – odpowiedziała powoli, nie pojmując, czemu markiz zadaje jej tak oczywiste pytanie.
– Świetna odpowiedź. O ile byśmy byli w szkole. Wszak dobrze winnaś wiedzieć, moja droga, iż Wypalanie Krwi jest czymś więcej. Valerienie, zechcesz wytłumaczyć, czego dotyczyły badania profesora?
Rochefort uśmiechnął się z wyższością i spojrzał na nią niemal tak samo pogardliwie, jak jeszcze chwilę temu na Bastiena. Gniew ponownie zapłonął w żyłach kruczowłosej, lecz dała to po sobie poznać zaledwie drobnym drżeniem powieki.
– To, że Wypalanie Krwi zwiększa czyjeś zapasy energetyczne, jest oczywistością. W końcu to krew jest nośnikiem eteru – rozpoczął pobłażliwym tonem, za który Elyara miała ochotę rozszarpać mu gardło. – Lecz to tylko wierzchołek góry. Im starsza i błękitniejsza krew w czyichś żyłach, tym szersze horyzonty odsłania Wypalanie Krwi.
– Masz na myśli zdolności rodowe? Przecież doskonale wiem, co to jest – wtrąciła kruczowłosa, nie mogąc wytrzymać.
– Jesteś jak mrówka, która ujrzała kałużę i myśli, że to ocean. Gdybyś przez chwilę potrafiła siedzieć cicho i posłuchać, to byś zrozumiała, do czego zmierzam.
Bezczelny ton i impertynencki uśmieszek doprowadzały ją do szału, lecz jeden rzut oka na markiza nakazał jej zachowanie spokoju. Odetchnęła głęboko, poprawiła pozycję, zmieniła ułożenie nóg. Przybrała na twarz lekki, grzeczny uśmiech, a następnie, lekko skłoniwszy głowę, rzekła:
– Masz rację, Valerienie. Widocznie zmęczenie daje się we znaki. Kontynuuj, proszę.
Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony, przez chwilę całkowicie zbity z tropu. Po jego aurze Elyara dostrzegła, iż spodziewał się konfrontacji, kiedy zaś tego nie otrzymał, nie wiedział, jak się zachować. W jej oczach błysnęła złocista satysfakcja.
– Jak więc doskonale wiesz – wznowił, odchrząkując między słowami – Wypalanie Krwi to cecha charakterystyczna dla lumeriańskich magów. W szerokim świecie korzystają z niej tylko najpotężniejsze rody czarodziejów. U nas jest to sztuka powszechna. Co rzecz jasna jest przedmiotem licznych badań, takich jak te, które prowadził profesor Astrat.
– Słucham uważnie. Czym one się różniły od poprzednich?
– Otóż profesor badał nie tylko poszczególne sztuki rodowe. Wiadomo, iż najpotężniejsze rodziny w Lumerii dzięki Wypalaniu Krwi nie tylko władają większą ilością eteru, ale również potrafią używać zaklęć, unikalnych dla ich linii genetycznej. Rzecz w tym, że profesor Astrat zanadto zbliżył się do zrozumienia prawdziwej natury Wypalania Krwi. Jego badania nad regeneracją eteru oraz jego zagęszczeniem zaczęły nieuchronnie prowadzić do niezwykle niebezpiecznych konkluzji. Odkrył powiązanie między wchłanianiem cudzej energii życiowej a drastycznym wzrostem potencjału magicznego.
Te słowa sprawiły, że wewnętrzna irytacja Elyary zniknęła bezpowrotnie, a na jej miejsce zakwitło szczere zainteresowanie oraz nutka strachu. To, co właśnie opisał Rochefort, było w dużym uproszczeniu tym, co robili Spokrewnieni. Im gęstszą, bardziej rafinowaną krew spożywali, zabijając swoje ofiary, tym silniejsi się stawali. Warunkiem było jednak to, aby owego człowieka niemal dosłownie wysuszyć z krwi oraz eteru. Zwykłe spożycie kilku kropli nie dawało zbyt wiele poza chwilowym zastrzykiem energii oraz niesamowitą euforią, które łagodziły głód prymitywnego drapieżnika.
Jeśli jednak ktoś pożądał gwiazd, wówczas musiał swą ofiarę zabić. Dlatego też im wyżej ktoś postawiony był w hierarchii społecznej Lumerii, tym bardziej pożądana była jego krew. Spokrewniony, który cały czas spijał eter ze zwykłych ludzi bądź przeciętnych magów mógł liczyć na ugaszenie głodu, lecz nie na zdobycie prawdziwej siły. To też sprawiało właśnie, że lumeriański Zakon był tak potężny – tutaj bowiem nie było miejsca na przeciętność. Nawet przeciętny – według lokalnych standardów – czarodziej bojowy był wart pół tuzina magów z zagranicy.
Niektórzy w Bractwie nazywali ten proces zagęszczaniem krwi i eteru. Nazwa nieco prostacka w ocenie samej Elyary, acz doskonale oddawała jego prawdziwą naturę.
– To brzmi… niebezpiecznie – powiedziała powoli, przerywając przedłużającą się ciszę.
– Istotnie, było niebezpieczne – zgodził się Valerien, kiwając głową. – Gdybyśmy pozwolili mu opublikować te rozważania, mogłoby to udowodnić pewne związki. To zaś mogłoby rzucić niefortunny cień na fundamenty naszego Bractwa. Niemniej jednak jego prace nad powiązaniami między Wypalaniem Krwi a Technikami Rodowymi są fascynujące. Zleciłem już wykonanie kopii, a raporty z nich trafią na biurko szanownego markiza w najbliższym czasie.
– Pozbyłeś się go? – zapytała Elyara, wpatrując się w niego.
Nie potrafiła ukryć cienia czysto zawodowego zaciekawienia, które na moment przebiło się przez warstwę wzajemnej niechęci. Rochefort zwrócił ponownie na nią wzrok, w którym malowało się chłodne politowanie. Spojrzał na nią tak, jak mistrz sztuk pięknych mógłby spojrzeć na rzeźnika chwalącego się ostrością swojego tasaka.
– Morderstwo wybitnego profesora w murach szanowanej lumeriańskiej uczelni przyciągnęłoby jedynie niechciany, badawczy wzrok, Elyaro. Nie jesteśmy barbarzyńcami, by zostawiać za sobą wysuszone trupy, niczym ów nieszczęsny uciekinier sprzed chwili. – Zwrócił się z powrotem do Kastella, a jego ton nabrał jedwabistej gładkości. – Zaaranżowałem drobną, acz niezwykle skuteczną serię niefortunnych zdarzeń. Wpierw spreparowałem w jego osobistych rejestrach dowody defraudacji funduszy uniwersyteckich. Następnie odrobina subtelnej Dominacji, metodycznie zaszczepiana w umysłach jego asystentów, wystarczyła, by na korytarzach zaczęto szeptać o jego postępującym obłędzie, manii prześladowczej i urojeniach. Gdy zaś dziś w nocy w laboratorium wybuchł potężny pożar, pochłaniając dowody jego wieloletniej pracy, w oczach salonów profesor Astrat stał się ostatecznie skończonym paranoikiem. Nawet jeśli teraz wyjdzie na ulicę i zacznie krzyczeć o podstępie czy spisku, nikt go nie będzie słuchać. Zamkną go w zakładzie dla obłąkanych, gdzie zgnije w ciszy, na którą sam się skazał.
Kastell zamknął na moment oczy, a jego smukłe palce powoli zaczęły wystukiwać nieregularny rytm o hebanowy blat. Powietrze w gabinecie zdawało się zagęścić od woni tytoniu i cichej aprobaty.
– Chirurgiczne, ciche i bezbłędne cięcie – skwitował markiz. W jego słowach pobrzmiewało autentyczne uznanie dla rzemiosła zbrodni. – Akademia musi pozostać narzędziem użytecznym dla naszego Bractwa, a nie wylęgarnią egzystencjalnych pytań. Doskonała praca, Valerienie.
Słysząc pochwałę przełożonego, Rochefort uniósł nieznacznie podbródek, pławiąc się w swoim triumfie. Elyara poczuła znajome, gorzkie ukłucie irytacji na dnie żołądka. Musiała jednak niechętnie przyznać w duchu, że Valerien wykonał powierzone mu zadanie z perfekcją godną Zakonu. Zneutralizował zagrożenie bezszelestnie i elegancko, jednocześnie zabezpieczając wyniki badań dla samego Bractwa.
– Skoro zaś nasza przyszłość, jak i przeszłość eteryczna zostały zabezpieczone, przejdźmy do naszych planów technologicznych – podjął Kastell.
Powoli odwrócił twarz w stronę kruczowłosej audytorki. Jego potężna, wielowiekowa aura nagle nieznacznie naparła na jej umysł, wywołując u niej nieprzyjemne, elektryzujące mrowienie u podstawy karku.
– Elyaro. Jak przebiegł twój audyt w sektorze wojskowym?
Kruczowłosa nie musiała patrzeć na Rocheforta, by czuć bijącą od niego zazdrość, irytację oraz pogardę. Starszy Spokrewniony gardził współpracą z ludźmi w sposób, w jaki ona to czyniła – jak zresztą wielu lordów w obrębie Bractwa.
Splotła dłonie na udach, przybierając maskę idealnego, chłodnego profesjonalizmu. Nie zamierzała reagować na jawną niechęć emanującą z aury Valeriena. W tym gabinecie, przed przerażającym w swej powściągliwości obliczem markiza, liczyły się wyłącznie twarde fakty, chłodna logika i mierzalna władza.
– Wstępne ustalenia z audytu potwierdzają potencjalną wysoką rentowność technologii, aczkolwiek w formie dalece odbiegającej od pierwotnych założeń armii – rozpoczęła rzeczowym, pozbawionym emocji tonem. – Prototyp silnika, nazywanego Widmem, opiera się na potrójnym szyku runicznym, wykorzystującym gnomie sekwencje do niemal całkowitego wygaszania sygnatury eterycznej. To inżynieryjny majstersztyk, który w teorii ma uczynić zwiadowcze statki niewidzialnymi.
– Tyle z teorii. Jak ma się praktyka? – zapytał spokojnym tonem Kastell.
Zbyt spokojnym, w mniemaniu Elyary. Wciąż nie pojmowała, czemu uprzednio nie zdradził jej, iż owym zdolnym inżynierem był Viktor. Ukrywa coś, a ty nawet nie odważysz się zapytać, prawda? Nie okażesz potencjalnej słabości przed Rochefortem.
Zadrżała wewnętrznie, na powrót wznosząc mentalne bariery.
– Praktyka jest dosyć skomplikowana, mój panie – rzekła ostrożnym tonem. – Pozwolę sobie zacząć od wad. Po pierwsze: silnik wymaga kryjącego tła runicznego, bo obecnie istnieje ryzyko, że w ramach uczynienia statków niewidzialnymi, wytworzy swoistą pustkę eteryczną.
– Taką jak Zdolność Rodowa szanownych diuków z linii de Vaudreuil?
– Porównywalna, mój panie, acz mniej stabilna i przewidywalna. – Elyara odczekała chwilę po tych słowach, a widząc, iż markiz nie miał zamiaru dopytywać, wznowiła: – Kolejnym problemem jest waga silnika. Jest on zdecydowanie za ciężki do umieszczenia na standardowych jednostkach zwiadowczych, a to właśnie pod nie celowany był cały projekt. W połączeniu z tłem runicznym, które należałoby tam zaimplementować, jest to niewątpliwie olbrzymia wada projektu.
– Kolejna błyszcząca zabawka inżynierów z Politechniki oraz wojskowych magnatów, którzy mają zbyt wiele środków do zmarnowania – wtrącił z wyższością Valerien. W jego głosie pobrzmiewało arystokratyczne znużenie. – Mniemam, że jak to zazwyczaj bywa z ludzkimi wynalazkami, ambicje przerosły możliwości materiałowe?
Elyara odwróciła ku niemu głowę, a na jej wargach zagościł lodowaty uśmiech. Dobrze wiedziała, że Rochefort tylko czeka na jej potknięcie. Na jakąkolwiek pomyłkę, którą mógłby wykorzystać w przyszłości.
– Istotnie, Valerienie. Trafiłeś w sedno – przyznała gładko, a jej słowa ociekały jadowitą słodyczą. – Projekt nie spełnia dwóch podstawowych założeń. Jego niewidzialność stała się ekspozycją, a waga uniemożliwia jego implementację tam, gdzie najlepiej by się sprawdził. Wszak na co komu Widmo na ciężkich jednostkach, które widać z daleka gołym okiem, nieprawdaż?
– Całkowita porażka – stwierdził Rochefort, kiwając powoli głową. – Dobrze, że to potwierdziłaś.
Nie skomentowała. Zamiast tego patrzyła wprost na markiza, w którego czarnych oczach płonęło drapieżne, przenikliwe zainteresowanie.
– Skoro prototyp jest pełen krytycznych wad i nie nadaje się do wdrożenia, dlaczego wyczuwam w twojej aurze tak głęboką satysfakcję, moja droga? – zapytał markiz. Jego głęboki głos zdawał się wibrować w samych ścianach gabinetu.
Rochefort spojrzał na nią zdziwiony. Chociaż był od niej starszy i lepiej zaznajomiony z magią na poziomie naukowym, od dawna nie potrafił już czytać jej aury eterycznej. To była cenna przewaga, jaką nad nim miała. Uśmiechnęła się szerzej i poprawiła w fotelu, który nagle wydał się jej niezwykle wygodny. Złocisto-czarne oczy błysnęły tryumfem, a krew i eter płynące w jej żyłach przyspieszyły, wywołując u niej wyjątkowo przyjemny dreszcz ekscytacji.
– Słabość tych prototypów, mój panie, to nasza siła – wyjaśniła miękkim tonem. – Brakuje im odpowiedniej platformy oraz sprawnego zarządzania całością przedsięwzięcia. Konsorcjum zaś posiada obecnie wiele nieużywanych jednostek handlowych, które z powodzeniem mogą imitować zwykłe cywilne sterowce. Niewielkim kosztem jesteśmy w stanie zaadaptować je do roli ukrytych jednostek zwiadowczych , skoro i tak nie są potrzebne w codziennym obrocie.
– Och, w końcu ktoś wykorzysta nasze uśpione rezerwy – rzekł markiz, uśmiechając się kącikami ust.
Owe słowa brzmiały prosto, lecz tańczące w tonie markiza nutki podziwu oraz zaskoczenia sprawiły, że krew w żyłach Elyary zaśpiewała z satysfakcją. Kruczowłosa rzuciła kątem oka na Rocheforta, którego dystyngowane, powściągliwe oblicze ostro kontrastowało z jego burzliwą aurą.
– Co więcej, pozwoliłam sobie zaoferować nasze doradztwo w zakresie projektów, a także instalacji tła runicznego.
– To tylko dokłada nam przecież pracy – warknął Valerien. – Po cholerę robić coś takiego?
– Owszem, dokłada, ale umożliwia nam szybszą pracę oraz większą kontrolę nad przebiegiem całego przedsięwzięcia. To już nie jest tylko testowanie praktyczne, jak w pierwotnych założeniach. Konsorcjum będzie brało czynny udział w opracowywaniu technologii Widmo.
– Przecież to nielegalne! – Rochefort podniósł się gwałtownie, zrzucając maskę spokojnych pozorów. – Naraziłaś nas nie tylko finansowo, Elyaro! Jak przez ciebie Kanclerz dowie się, czym jest…
– Nikt się niczego nie dowie. Wszystko będzie legalne pod każdym względem.
Zmierzyli się wzrokiem. Jego chłodne oczy płonęły błękitem gniewu, jej złoto-czarne tęczówki zaś rzucały mu wyzwanie, które po chwili zdecydował się podjąć. Postąpił o krok w jej stronę, potem kolejny.
– Ty bezczelna niewdzięcznico – syknął jadowitym tonem, koncentrując eter w dłoni – nie wiesz widocznie, czym jest przestrzeganie zasad oraz wdzięczność. Będę musiał wbić ci to w końcu do głowy.
– Spróbuj, wicehrabio. Jestem wielce ciekawa twych nauk.
Rochefort warknął i rzucił się w jej stronę – a przynajmniej spróbował. Chociaż poruszał się szybciej niźli świetnie wyszkoleni lumeriańscy magowie bitewni, Elyara zareagowała natychmiast. Jej oczy błysnęły szkarłatem władzy. Starszy Lilian zatrzymał się wpół kroku, z ręką wyciągniętą w jej stronę. Eter zapłonął na jego dłoni złowieszczo, zaraz jednak zgasł niczym knot świecy na wichrze.
Zdumiony mężczyzna ugiął jedno kolano, zaraz potem drugie. Przez dłuższą chwilę nie pojmował, co też dzieje się z jego ciałem i przyglądał się sobie samemu z niedowierzaniem. Dopiero kiedy uniósł wzrok na kruczowłosą i dostrzegł karmazyn w jej oczach, zrozumiał.
– To… niemożliwe – warknął przez zaciśnięte wargi. – Nie powinnaś być w stanie tego zrobić!
– Wiele rzeczy wydaje się nam niemożliwe, lordzie Rochefort – odpowiedziała, oddychając powoli, w pełni skupiona na mężczyźnie. – Możesz chować się za swoimi tytułami i latami służby, lecz to ja, nie ty, załatwiłam Konsorcjum najbardziej lukratywny kontrakt w historii ostatniej dekady.
– Ty przeklęta… ach, niech cię szlag!
Elyara wzmocniła Dominację, rzucając go na podłogę. Krew poczęła płynąć mu z oczu oraz nozdrzy, plamiąc dywan, co obserwowała z niekrytą satysfakcją. Okupowała to jednak olbrzymim zmęczeniem. Valerien nie był byle człowiekiem, którego mogła ot tak złamać w ciągu kilku sekund. Każdy ruch Spokrewnionego, każdy opór odczuwała zarówno na poziomie eterycznym, jak i fizycznie w swoim ciele.
Ich utarczkę przerwało chrząknięcie. Oboje natychmiast spojrzeli na Kastella, który przyglądał się przedstawieniu z czymś na kształt mrocznej satysfakcji, acz kruczowłosa nigdy nie była pewna, co jej przełożony tak naprawdę myślał. Bez wahania zerwała Dominację, po czym poprawiła się na fotelu, skłaniając lekko głowę.
Rochefort poszedł w jej ślady, chociaż powrót na miejsce zajął mu zdecydowanie więcej czasu. Krew ciekła mu po twarzy, ale on wytrwale udawał, że ten incydent w ogóle nie miał miejsca.
– Mój panie, wybacz mi impertynencję – rzekł cichym, acz pewnym głosem.
– Jesteście jeszcze młodzi oboje. Rozumiem, iż eter w waszych żyłach wciąż nie osiadł, lecz zachowujecie się nad wyraz pochopnie – przemówił markiz, a powietrze aż zawibrowało dookoła.
– Ja również przepraszam, mój panie. Nie chciałam…
– Nie jestem zły na ciebie, moja droga – przerwał jej Kastell, unosząc jednocześnie dłoń w jej stronę. – Sprawiłaś się doskonale. Twoja magia jest niesamowita. Ty zaś, Valerien, zapamiętaj dobrze ten dzień. I zostaw nas samych.
Rochefort podniósł się z godnością, po czym skłonił przed markizem. Skinął również uprzejmie głową Elyarze, lecz ta wyczuwała bijącą od niego wrogość. Wiedziała dobrze, że Kastell wcale nie pozwolił jej użyć Dominacji dlatego, aby mogła się wykazać przed Valerienem. Sprawdzał ją, testował jej zdolności. Specjalnie nastawiał ich przeciwko sobie, aby napędzić ich oboje do nieustannej rywalizacji oraz poszerzania własnej potęgi.
Wszak starszy Lilian pokroju Rocheforta nigdy nie zapomni zniewagi, jakiej przed chwilą doznał. Ona zaś nie miała innego wyboru, jak tylko podjąć tę bezlitosną grę.
Kiedy ciężkie drzwi zamknęły się za Valerienem z głuchym trzaskiem, w gabinecie zapadła gęsta cisza, przerywana jedynie okazjonalnym tykaniem zębatek. Kastell nie zaszczycił wyjścia arystokraty choćby najmniejszym komentarzem. Zamiast tego powoli opadł na oparcie masywnego fotela, a jego aura nie zaszkliła się nawet najmniejsza drobina eteru, który świadczyłby o jakichkolwiek emocjach. Sięgnął po wieczne pióro, obracając je w smukłych palcach.
– Harmonogram wdrażania poprawek – odezwał się markiz, płynnie powracając do tematu audytu, jakby przed chwilą na jego dywanie nie doszło do żadnej wymiany zdań. – Armia nie należy do instytucji cierpliwych. Jeśli Konsorcjum ma przejąć ten projekt, musimy mieć pewność, że ich inżynierowie nie będą szukać surowców u niezależnych dostawców, gdy nasze rafinerie będą narzucać im tempo.
– Załatwię to, mój panie. Sporządzę odpowiednie umowy doradcze, które zwiążą wojsko z naszymi dostawami – odparła rzeczowo Elyara, poprawiając ułożenie nóg. Adrenalina powoli opuszczała jej ciało, zastępowana przez zmęczenie po użyciu Dominacji. – Oczywiście nie możemy im tego narzucić, lecz uczynię, co w mej mocy, aby korzystali z dostawców Konsorcjum bądź z usług innych przedsiębiorstw w obrębie Bractwa.
– Świetnie. Liczę na ciebie, moja droga. – Kastell zmierzył ją wzrokiem, który wyrażał jednocześnie dumę i coś na kształt chłodnego wyzwania. Kruczowłosa zadrżała. – W ciągu zaledwie kilku miesięcy możemy zwiększyć nasze dochody o ponad trzydzieści procent. W skali roku nawet pięćdziesiąt.
– Żyję, aby służyć, mój panie.
Elyara skłoniła głowę na chwilę, aby oddać szacunek, ale także uspokoić się wewnętrznie. Widziała aurę swego przełożonego, lecz nigdy nie potrafiła tak naprawdę jej odczytać. W sytuacjach takich jak ta było to dla niej wyjątkowo uciążliwe.
– Ufam ci. Załatwiłaś to perfekcyjnie.
– Cieszę się, mój panie. – Lilianka podniosła wzrok i widząc lekki uśmiech na obliczu mężczyzny, również uniosła kąciki ust do góry. – Muszę sama przyznać, że technologia Widmo jest zwyczajnie ciekawa. Jeśli uda nam się ją opracować samodzielnie, zapewni nam niezwykłą przewagę.
– Nieprawdaż? Wiedziałem, że od razu dostrzeżesz jej potencjał. Nie jesteś tak staromodna i zacofana jak wielu moich podwładnych.
Te słowa zdumiały ją do reszty. Kastell ot tak skrytykował innych członków Bractwa, jednocześnie ją chwaląc? Dotychczas takie sytuacje były wyjątkowo rzadkie – a i wówczas odnosiły się do konkretnych osób, nie zaś do ogółu. Trudno jednak było nie dostrzec, iż markiz wprost uderzał teraz w Rocheforta, którego podejście do nowych technologii oraz współpracy z ludźmi było szeroko znane w Zakonie i określane jako „konserwatywne”.
Z takim podejściem zresztą zdawała się zgadzać większość Lilian w Lumerii na obecnym etapie rozwoju metropolii. Początkowy zachwyt nową technologią wraz z upływem lat został zastąpiony ostrożnością i nierzadko ostrą, acz racjonalną krytyką oraz powściągliwością. Wielu lordów w obrębie Zakonu wprost wyrażało opinie, iż ślepa fascynacja Epoką Magii i Pary przyniesie im zgubę. Postawa taka była również popularna wśród wyżej postawionych markizów, którzy nie raz i nie dwa uciekali się do wielu wątpliwie moralnych – zgodnie z ludzkimi standardami – rozwiązań, aby zdusić pewne przebłyski geniuszu w samym zarodku.
Kastell jednakowoż był inny. Kiedy powstał powolnym, płynnym, pełnym gracji ruchem, Elyara nie potrafiła się powstrzymać i westchnęła lekko. Z aury mężczyzny emanowała absolutna pewność siebie, poparta wieloletnią wiedzą oraz doświadczeniem. Markiz stanął przodem do okna, zakładając dłonie za siebie i w tejże pozycji począł podziwiać wieczorną panoramę miasta.
Wyglądał niczym dostojny władca doglądający swych włości, które to właśnie jemu zawdzięczały rozkwit i bogactwo. Poniekąd zresztą tak właśnie było.
– Ten inżynier, Viktor – przemówił spokojnym, niosącym się echem po całym pokoju głosem. – Zapewnij mu zaplecze finansowe oraz, w razie potrzeby, przestrzeń badawczą w naszych dokach. Dostaniesz ode mnie pełną autoryzację w zakresie wydatkowania środków Konsorcjum z budżetu przeznaczonego na rozwój nowych technologii.
– Ja… ja… to wielki zaszczyt, mój panie – wydukała z siebie Elyara.
Markiz lekką ręką dał jej właśnie władzę nad olbrzymimi środkami. Nie mogła sobie pozwolić na porażkę. My nie możemy sobie pozwolić na porażkę – zasyczał wtórujący jej myślom pradawny szept.
– Istotnie, to jest zaszczyt. Ufam, że mnie nie zawiedziesz. – Mężczyzna milczał przez parę sekund, aż dodał: – Bądź mu oraz innym kluczowym osobom przyjaciółką. Im większą swobodą będą się cieszyli na co dzień, tym mniej pytań będą zadawać na temat tego, kto w istocie kontroluje ostateczne wyniki ich pracy. Zadbaj o to, by projekt posuwał się naprzód bez zbędnych opóźnień.
– Zrozumiałam, mój panie. Pełna dokumentacja trafi na twoje biurko do końca tygodnia.
Sprawy biznesowe zostały domknięte, a ustalenia audytu zatwierdzone. Nie ruszyła się jednak ani o krok, wciąż zgięta w ukłonie. Wiedziała dobrze, iż w tej chwili musi pozostać w tej pozycji i uważnie słuchać każdego kolejnego słowa.
Kastell wszak nie dał jej znaku odprawy.
Zamiast tego wpatrywał się w Lumerię, jakby zapomniał o jej obecności. Władca Niebios sunął po nieboskłonie, chlubiąc się swym majestatem, a pomniejsze sterowce latały na niższych wysokościach. Kiedy markiz w końcu się odwrócił, dał jej znak ręką, aby się wyprostowała.
Uczyniła to powoli, nie chcąc go przez przypadek urazić. Wówczas dostrzegła, że jego wzrok pociemniał. Po ledwo paru sekundach temperatura w gabinecie zauważalnie spadła, sprawiając, że mosiężne rury wydały cichy trzask kurczącego się od nagłego zimna metalu. Szum lumeriańskiej metropolii za witrażowym oknem, które pokryło się szronem, zdawał się nagle blaknąć, gasnąć pod wpływem nienaturalnej siły.
Kruczowłosa zamarła.
– Zanim jednak udasz się do swoich obowiązków, Elyaro, mam do ciebie jeszcze jedną prośbę – powiedział markiz.
Jego ton stracił nagle cały ów korporacyjny pragmatyzm. Stał się niebezpiecznie cichy i lodowaty. Lilianka natychmiast wyostrzyła zmysły, wpatrując się w przełożonego.
– Słucham cię, mój panie.
Kastell odwrócił powoli głowę w stronę okna, jakby chciał przebić wzrokiem zanieczyszczone dymem chmury nad miastem.
– Umowy, technologia, logistyka to mechanizmy, które pozwalają nam funkcjonować w nowej erze – rzekł markiz głosem, od którego drżało szkło w kryształowych karafkach w głębi pokoju. – Ale wszystkie one opierają się na jednym, absolutnym fundamencie, który w ogóle umożliwia nam chodzenie w świetle lumeriańskich latarni. Ubiegłej nocy wydarzyło się jednak coś, co zagraża nam w sposób nader bezpośredni.
Przeniósł na nią przenikliwe spojrzenie. W jego oczach nie było cienia wyrozumiałości. Była tam tylko obietnica brutalnej kalkulacji i bezlitosnego egzekwowania prawa, które sam wszak stanowił.
– Znaleziono ciało. Osuszone. Na uboczu doków, przy alei Czarnej Olszy – kontynuował stoickim tonem. – Zdołaliśmy to zatuszować przed Strażą Miejską. Co jednak istotne, przy zwłokach zatrzymano niedoświadczonego adepta Bractwa. Ktoś najwyraźniej zapomniał, komu winien jest posłuszeństwo i postanowił zaryzykować wszystko, zostawiając za sobą tak ostentacyjny ślad. Dowiesz się dla mnie, czyj to ogar urwał się ze smyczy. Pójdziesz na dół i przesłuchasz tego więźnia.
Elyara wstrzymała oddech, uświadamiając sobie wagę zadania. Morderstwo tego typu było idiotyzmem. Wszak każdy członek Bractwa w Lumerii zdawał sobie sprawę, iż zostawianie takich śladów jest absolutnie niedopuszczalne.
– Czy mogę zapytać, kto został zabity? – zapytała ostrożnie.
– To jest w tym wszystkim najciekawsze – odparł markiz, a na jego oblicze wystąpił uśmiech, w którym nie było ani uncji radości. – Nikt istotny. Ot, jeden ze zwykłych pracowników technicznych w dokach.
Elyara zmarszczyła lekko brwi, analizując nowe dane.
– Zwykły pracownik? – spytała z niedowierzaniem. – Przecież jego krew to zaledwie woda. Nawet całkowite osuszenie nie dałoby temu adeptowi siły potrzebnej do…
– Do awansu w hierarchii? Dokładnie tak – wszedł jej w słowo Kastell, a w jego głosie zabrzmiała lodowata satysfakcja, że wyciągnęła właściwe wnioski. – To nie było morderstwo dla eteru. To był akt jawnego nieposłuszeństwa wobec mnie. Drugi Kodeks został zhańbiony.
Jak Ci się podobało?