Strażniczka Bałtyku (XII) "Trzeba zabić tę miłość"
9 marca 2026
Strażniczka Bałtyku
1 godz 3 min
♫…Jeśli kiedyś spotkasz mnie, Czy poznasz moją twarz
Będę czekać i nadzieje mam, Jednak w sercu mym niepewność trwa
Czy to było tylko złudne marzenie, Czy na jawie moim snem byłeś Ty
Czy zostaną mi już tylko wspomnienia , I tęsknoty łzy
Czy mi dane będzie jeszcze cię ujrzeć?, Czy się zejdą nasze drogi kto wie?
Na pamiątkę chowam smutny Twój uśmiech
By nie zapomnieć Cię. By nie zapomnieć Cię…♫
( Dennis „Marzenie”)
Z bólem serca obudziłem smacznie śpiącą Klaudię kilkanaście minut po szóstej rano. Zrobiłem to najdelikatniej, jak potrafiłem, całując ją w nagi bark. Otworzyła przecudne zielone oczy i, zaspana, posłała mi uśmiech. Odpowiedziałem tym samym. Objęła mnie dłońmi i mocniej wtuliła się w moje ciało.
– Powiedz mi, że to tylko zły sen, że to, co mówiłeś wczoraj, to nieprawda – szepnęła.
– Niestety, też bym chciał, żeby to był sen, ale tak nie jest – odpowiedziałem, gładząc jej włosy.
– Dlaczego my nie możemy być szczęśliwi? – zadała pytanie, na które nie miałem odpowiedzi.
Nie chciałem ciągnąć tego tematu, znów tłumaczyć, co i jak. Ranić swoje i jej serce, przechodząc kolejną porcję katuszy.
– Nie wiem, nie pytaj mnie, bo ci na to nie odpowiem.
Podniosłem się z łóżka i stanąłem tyłem do niej. Pochyliłem się, sięgając po leżące na ziemi majtki.
– To tu, to też pamiątka z wojny? – zapytała, dotykając blizny na moim pośladku.
– Biesłan – odparłem krótko, wciągając slipki na tyłek.
Byłem totalnie zmęczony; to była kolejna noc, którą nie przespałem. Jeszcze poprzedniej usnąłem na kilka godzin, teraz nie zmrużyłem praktycznie oka. Miałem nadzieję, że po powrocie do bazy wreszcie się wyśpię.
– Wstawaj, panno, o siódmej mamy śniadanie, a koło ósmej zabiorą nas stąd, jeśli wszystko pójdzie dobrze.
Uśmiechnęła się serdecznie, nie wiedziałem dlaczego. Musiała dostrzec moją głupią minę.
– Nic się nie zmieniłeś, jak razem mieszkaliśmy, to zawsze goniłeś mnie z łóżka, gdy za długo się wylegiwałam.
Nie chciałem, by mi przypominała; było mi coraz ciężej, a ona nie polepszała sytuacji.
Podniosła się naga i, będąc za mną, objęła mnie wpół ramionami.
– Może uda się to jakoś… – szepnęła mi do ucha, stając na palcach.
Odwróciłem się szybko i spojrzałem jej prosto w oczy. Widziałem w tym wzroku nutkę nadziei.
„Dlaczego? Dlaczego to spotkało mnie?”
– Oboje wiemy, że to się nie uda. Cokolwiek zrobię, zranię kogoś.
– Tylko, dlaczego mnie? – widziałem, jak do oczu Klaudii napływają łzy.
– Nie dręcz mnie. Błagam – poprosiłem.
Musiałem wybrać mniejsze zło. Nie mogłem zostawić rodziny w Rosji na poniewierkę i biedę. To były cztery bliskie i kochające mnie osoby, a ona była jedna, bo mój syn nie wiedział, że żyję. Serce kroiło mi się i krwawiło.
Oswobodziłem się z objęć Klaudii i kontynuowałem ubieranie się. Stała golutka i wciąż na mnie patrzyła.
– Opowiedz mi o nich, chcę wiedzieć, kogo oprócz mnie kochasz. Proszę, będzie mi łatwiej to znieść – poprosiła płaczliwym głosem.
– Ubierz się. Usiądziemy i opowiem ci o moich dziewczynkach – zapewniłem, choć nie było mi łatwo.
Dostrzegłem jej uśmiech przez łzy. Po kilku minutach usiedliśmy w salonie przy stole. Objąłem jej prawą dłoń swoimi dłońmi i wziąłem głęboki oddech.
„Weź tu opowiedz o rywalce, tak, by nie poczuła się gorsza” – teraz zdałem sobie sprawę, na co się porywam.
Patrzyła mi prosto w oczy i w pełnym skupieniu czekała, aż zacznę mówić.
– Katia jest cudowna i dobra, tak samo śliczna i mądra jak ty… – zacząłem.
Stołówka syryjskiego batalionu zmechanizowanego, godzinę później.
Siedziałem z Klaudią i „Akułą” przy jednym stoliku. Kończyliśmy pałaszować śniadanie. Błogosławiłem fakt, że podano kawę, bo bez niej pewnie usnąłbym nad posiłkiem.
– Za godzinę przyleci syryjska „siedemnastka” w osłonie Mi-24. Wczoraj w nocy te chuje ostrzelały bazę w Chmejmim. Pierdoleni wiedzieli, że nasi nie poderwą nic, bo ta burza uziemiła wszystko, co lata – zrelacjonował mi zastępca.
– Jedna? Zapewniali, że dadzą dwie „siedemnastki” – odparłem zdziwiony.
– Mówili o jednej.
Niedobrze, zawsze grupę dzieliło się na dwie maszyny, na wypadek gdyby którąś zestrzelono. Wówczas nie ginęli wszyscy, tylko połowa.
– Trudno, zapakujemy się do jednej.
Zakończyliśmy posiłek. Gdy chcieliśmy zanieść naczynia, podszedł do nas syryjski kelner i dał znak, by pozostawić talerze i kubki na stole.
– Proszę to oddać dowódcy i podziękować w naszym imieniu. Jesteśmy bardzo wdzięczni za gościnę – poprosiłem szeregowego, wręczając mu pęk kluczy.
Przerzuciłem przez plecy AKM-a i wyszedłem na zewnątrz. Na tyłach stołówki usłyszałem krzyki i szczekanie psa. Bez namysłu ruszyłem w tamtym kierunku.
– Zostaw go!!! Zostaw!!! – wrzasnąłem po arabsku, widząc, jak jeden z żołnierzy obsługi stołówki próbuje kopnąć niewielkiego szczeniaka.
Syryjczyk wyprostował się i przyjął postawę zasadniczą, gdy mnie dojrzał. Dzielne psisko nadal obszczekiwało niedoszłego oprawcę. Wyglądało to dość komicznie – maleńki kilkunastotygodniowy szczeniak, za nic sobie biorący dorosłego faceta. Rudawe umaszczenie kundla miało podobny kolor do włosów Klaudii.
Podszedłem do czworonoga. Zawarczał na mnie i śmiało patrzył mi prosto w oczy brązowymi ślepiami. Przypomniałem sobie „Demona” i jego harce z Nadią. Wyciągnąłem do szczenięcia dłoń.
– Chodź, nie bój się – powiedziałem spokojnym głosem.
Psina zbliżyła się i ostrożnie obwąchała rękę. Pogłaskałem go po pysku, a zwierzę zamachało ogonem. Spojrzałem w mądre ślepia zwierzęcia i wiedziałem, że nawiązała się między nami nić porozumienia. Miał w tym wzroku to coś. Polizał mnie po dłoni, kupując w tym momencie.
„Demon byłby z ciebie dumny, zabierz go z tego piekła, tu go nic dobrego nie spotka” – wewnętrzny głos podpowiadał mi, że mam to zrobić.
„Ratuj tych, których jeszcze możesz ocalić, niech to będzie twoim celem” – przemówiło do mnie inne, nieznane mi wcześniej drugie ja.
Chwyciłem szczenię i zapakowałem za pazuchę. Poczułem ciepło maleńkiego ciałka i bicie zwierzęcego serduszka. Psina patrzyła na mnie ufnie.
Dołączyłem do swoich ludzi. Gdy zobaczyli mnie z nowym towarzyszem, roześmiali się. Klaudia stała z boku. Przed opuszczeniem apartamentu poprosiłem ją, by ograniczyła chwilowo kontakty ze mną. Domyślałem się, że operatorzy zaczynają coś podejrzewać. Niby to, co na akcji, zostaje na akcji, ale nie można ufać nikomu do końca.
– Pokaż go wodzu – poprosił „Locha”.
Gdy tylko wyciągnął po niego dłoń, kundelek zaszczekał. Całe towarzystwo wybuchło śmiechem.
– Zadziorna cholera. To pies, czy suka? – zapytał, cofając rękę.
Skąd mogłem wiedzieć, wszak poznaliśmy się kilka minut temu. Dla mnie nie była ważna płeć zwierzęcia. Wyciągnąłem szczeniaka zza pazuchy i pokazałem go, tak by medyk mógł określić, czy to panienka, czy chłopak.
– Suka jak nic.
„Trudno, do mojego babińca dojdzie jeszcze jedna” – pomyślałem, bo biorąc tę psinkę, miałem zamiar zrekompensować Nadii stratę „Demona”.
Wiedziałem, jak on był jej bliski. Całe dotychczasowe dzieciństwo spędziła z nim.
– A jak ją, Wiktorze, nazwiesz? – zapytał „Kola”.
No, przygarnąłeś psisko kilka minut temu, a oni takie pytania. Szybko w głowie analizowałem setki imion. Wzrokiem omiatałem wszystkich stojących. Na dłużej zatrzymałem się przy Klaudii. Uśmiechała się delikatnie do mnie.
– „Biełka”, tak ją nazwę – ten genialny pomysł wpadł mi nagle do głowy.
– To pojebane, psa nazwać wiewiórką – skrytykował mój pomysł „Locha”.
– A ty wiesz, co po polsku znaczy locha? – odgryzłem się.
Kobieta wybuchła śmiechem, tak że wszyscy, łącznie ze mną, skierowali swój wzrok na nią. Zanosiła się nim nadal, nie mogąc się powstrzymać.
– Kławdia, mów, mów natychmiast! – „Locha” zrobił się poważny i wzrokiem świdrował Klaudię.
– Locha po polsku to dorosła samica dzika lub świni, która już miała młode… – zaczęła mówić, ale nie mogąc się przestać śmiać przerwała.
– I co jeszcze? – podkręcali ją pozostali – No powiedz.
– A w slangu tak określa się grube, spasione baby – oznajmiła.
Wszyscy ryknęli śmiechem, no może nie wszyscy, bo „Locha” rozdziawił gębę i nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Pojebany ten polski język, niby słowiański, a pojebany – skwitował to wszystko, widząc, jak pozostała część towarzystwa rechocze.
Dał się słyszeć z oddali terkot śmigłowca.
– „Buran”, „Ural” i „Kola”, zabieracie „Korneta” i pociski. Reszta ładujemy się w kolejności jak zawsze. Klaudia do mnie – wydawałem rozkazy.
Mi-17 przyziemił na wyznaczonym na terenie bazy lądowisku. Nad nim krążył uzbrojony „Hind”. Profilaktycznie, gdy podnosiliśmy się, wystrzelił kilkanaście flar, zmylających pociski kierowane na podczerwień.
– Dokąd lecimy? – zapytałem technika.
– Do Tartus, waszych w Chmejmim znowu ostrzelano z moździerzy i granatników. Poszły się jebać dwa śmigłowce i poranili paru ludzi – odparł.
Kąsali jebańcy, dobrze wiedzieli, że to my, a nie Syryjczycy. Od dawna gdzieś na wysokim stanowisku musieli mieć kreta. Dlatego nigdy im nie ufałem. Siły specjalne, wywiad, ci jeszcze byli nieskażeni. Reszta to wielka zagadka. Z coraz większym przerażeniem patrzyłem, co się dzieje w tym kraju, wszak miałem porównanie, jak tu było wcześniej. Upierdoliliśmy chwilowo łeb terrorystycznej Hydrze, lecz to tylko kwestia czasu, a ta wyrośnie.
Oparłem głowę o poszycie śmigłowca i zamknąłem oczy, jedną dłoni głaskając szczeniaka po karku. Maleńka zasnęła po chwili, wtulając się w moje ciało. Poczułem delikatny dotyk palców Klaudii, która siedziała obok mnie.
– Dziękuję – usłyszałem cichy głos.
– Za co? – zapytałem, podnosząc powieki.
– Że ją tak nazwałeś – odpowiedziała – Oprzyj się o mnie, przecież widzę, że jesteś skonany, nie spałeś przez dwie noce. Proszę, odpocznij.
Patrzyła na mnie słodkim wzrokiem. Głowa opadła mi na jej bark. Nawet nie zauważyłem, kiedy miarowy terkot śmigłowca sprawił, że usnąłem.
Rosyjska baza morska Tartus, Syria, dwie godziny później.
Szturchnęła mnie lekko w bok, budząc z głębokiego snu.
– Co? – wyrzuciłem z siebie, na wpół przytomny.
– Lądujemy w bazie, zobacz, wasze dwa śmigłowce z lotniskowca strzelają wabiki cieplne – oznajmiła, uśmiechając się serdecznie.
Pomimo tego, co powiedziałem, i jak trudne musiało to być dla niej, zdobyła się na miłe gesty. Patrzyłem na rozpromienioną twarz i dostrzegłem, że ma szczeniaka na kolanach.
– Była niespokojna, kręciła się biedna, więc ją zabrałam. Zobacz, co mi zrobiła – powiedziała, podnosząc czworonoga do góry.
Mundurowe spodnie Klaudii były mokre.
– Zsikała ci się – no zabłysnąłem, widząc mokra plamę.
Wybuchliśmy śmiechem. Boże, jak ona się cudownie cieszyła.
Wziąłem suczkę z jej dłoni i wsunąłem pod bluzę munduru.
– Niegrzeczna Biełka jesteś, wiesz? – skarciłem delikatnie sobakę.
Gdy śmigłowiec dotknął płyty lądowiska, opuściliśmy go sprawnie i szybko. Od stojącego nieopodal żołnierza dowiedziałem się, że postawiono bazę w wysoki stan gotowości bojowej.
– Tam na pana ktoś czeka – dodał na koniec, wskazując mi tkwiąca na końcu płyty lotniska kobietę.
– Młodszy lejtnant Simonowa, mam pana zabrać do kancelarii – oznajmiła mi owa młoda żeńszczina – Pana i Polkę – dodała po chwili.
– Chciałbym najpierw udać się ze swoimi ludźmi do miejsca stałej dyslokacji, postawić zadania, a potem będę do pani dyspozycji.
– Nie, ma pan jechać ze mną, wydałam panu rozkaz.
Omiotłem ją zimnym spojrzeniem. Nie, nie będzie mi taka sztabowa lalka wydawać poleceń. Zabuzowała we mnie krew. Nie dość, że młodsza stopniem, to jeszcze butna.
– „Akuła!” – wrzasnąłem na zastępcę.
– Tak, toczna, tawariszcz kapitan – usłyszałem w odpowiedzi.
– Zabierz ludzi. Pełny relaks i odpoczynek. Poniał! I zaopiekujcie się suką – to mówiąc, przekazałem czworonoga „Loszce”.
— Poniał!
Niegodnym jest zwracać uwagę młodszemu stopniem w obecności żołnierzy, którzy są niżsi szarżą niż ten, którego masz zamiar opieprzyć.
– Odejdź na bok, tam daleko – poprosiłem Klaudię po polsku.
Zrobiła to natychmiast, zostałem tylko z młodszą lejtnantką. Stała na luzie, kilka kroków przede mną, mając jedną z rąk włożoną w kieszeń spodni.
– Rozmawiasz ze starszym stopniem, a stoisz jak za przeproszeniem kurwa przy drodze. Przyjmij postawę zasadniczą, bo nie rozmawiasz z syberyjskim mużykiem, a z oficerem sił specjalnych – rozkręcałem się, mówiąc te słowa mocno i dobitnie – ZROZUMIAŁAŚ!!! – wrzasnąłem na całe gardło.
– Tak toczna – wydusiła z siebie, stając na baczność.
– Zadam ci pytania, a ty odpowiadasz słowami TAK, NIE lub NIE WIEM, Poniała!!!
– Tak, toczna – już widziałem w jej oczach przerażenie.
Zbliżyłem się do niej na taką odległość, że czułem oddech kobiety na brodzie. Przybliżyłem usta do jej ucha i poczułem zapach tanich syryjskich perfum, które królowały w niedrogich burdelach tego kraju.
– Ta Polka wykonywała z nami zadanie bojowe, o którym ty możesz śnić. Jest kobietą, tak jak i ty, od dwóch dni nie zmieniała bielizny, może ma okres, nie wiem. Czy ty nosisz podpaskę dwa dni?
– Kapitanie…
– Kurwa, TAK, NIE lub NIE WIEM, przy czym ta ostatnia opcja jest przeznaczona dla jedenastolatki, bo ta jeszcze okresu może jeszcze nie mieć – przerwałem sztabowej cipie.
– Nie – wydukała z siebie i dojrzałem jak zaczyna delikatnie drżeć.
– Czy normalnym będzie, że pojedziemy teraz do kontenera tej kobiety? Ona w przeciągu kilku minut zmieni to, co ma zmienić, a potem udamy się tam, gdzie ty chcesz?
– Ale ja…
– Kurwa, ułomna jesteś, czy nienormalna? Mam ci powtórzyć odpowiedzi, jakie zdefiniowałem? – byłem na pełnych obrotach.
– Tak.
– Czy możemy teraz tam jechać?
– Tak – tępota z niej po tym pytaniu uciekła.
– To zapierdalaj do wozu i niech kierowca pali silnik, czas ucieka, twój przełożony czeka. Naprzód!
Gestem przywołałem Klaudię, która przyglądała się wszystkiemu. Momentalnie znalazła się przy mnie.
– Do wozu, idziemy do wozu – rozkazałem, pociągając ją za rękaw munduru.
Kancelaria Tajna rosyjskiej bazy Tartus, Syria, w tym kwadrans później.
– Nie wiem, jak ci podziękować, kochanie, te psie siki śmierdzą jak cholera…
– zaczęła Klaudia, przebrana w uniform rosyjskich sił zbrojnych.
– Dobrze, zobaczymy, co chcą?
Paradowałem jak pajac w syryjskim mundurze. Wkurwiona kobieta w stopniu młodszego lejtnanta szła przodem.
– Napiszę raport – zagroziła zaraz po tym jak wysiedliśmy z samochodu.
– Ruki pa szwach, jeżeli już, to panie kapitanie. Nie umiesz się zwracać do starszego stopniem? – oj, teraz nie zamierzałem się z nią cackać.
Wartownik zatrzymał nas przed wejściem do budynku.
– Przepraszam, kapitanie, z długą bronią pan nie wejdzie. Mamy trójkę, pan rozumie.
– Bierz, tylko się nie postrzel, załadowana, zabezpieczona, choć nie wiem, czy zrozumiałaś, co ci powiedziałem – mówiąc to, rzuciłem jej swojego AKMS-a.
– Nie omieszkam…
– Co? Straszysz mnie. Zesrałabyś się na pierwszej linii walki, a ty mnie chcesz straszyć?
– Wiktorze – po raz pierwszy tak do mnie zwróciła się Klaudia.
Weszliśmy do środka. Szybko skierowałem kroki w kierunku kancelarii.
Zapukałem grzecznie, choć wkurw mnie trzymał. Jeżeli nadal porucznik tu dowodził, to miałem zamiar napisać raport na tę babę.
Tak, tkwił w pomieszczeniu. Usiedliśmy za stołem razem z Klaudią.
– Słucham, po co nas tu pan wezwał? – zapytałem.
– Jutro odpływacie na pokładzie Kuzniecowa, pani też. Prosiłbym o zdanie wydanych pani dokumentów i mam dla pana depozyt pańskich osobistych rzeczy.
– Naprawdę to nie mogło poczekać? Tylko zaraz po akcji wysyła pan do mnie niezdyscyplinowaną i butną oficerkę – odparłem.
– Panie kapitanie, mam dokumenty przy sobie – nie poznawałem Klaudii, wreszcie przyzwyczaiła się jak ma się zwracać do mnie.
Wyciągnęła z kieszeni mundurowej bluzy paszport, książeczkę wojskową, nieśmiertelnik oraz przepustkę i położyła to wszystko na stole.
– Przepustkę zda pani jutro, przed wejściem na pokład okrętu – poinformował ją porucznik, otwierając sejf, z którego wyciągnął jej dokumenty i telefon komórkowy, a następnie moje zdeponowane rzeczy.
– Chciałem pani podziękować za… – zaczął.
Usłyszałem złowrogi świst, poprzez otwarte okno pokoju. Znałem go, nie wróżył nic dobrego. To był odgłos pocisków moździerzowych.
– Pod stół!!! Pod stół!!! Atak moździerzowy!!! – wrzasnąłem na całe gardło i wepchnąłem Klaudię pod solidny stół.
Porucznik również zanurkował pod drewnianą prowizoryczną osłonę. Nim nastąpiła eksplozja, zdołałem ze stołu zagarnąć wszystkie leżące tam dokumenty i dałem nura, podobnie jak oni.
Pocisk eksplodował blisko, tuż przed kontenerem, drugi walnął po jego drugiej stronie. Przeraźliwy huk, prawie rozrywający bębenki w uszach, i wszędzie obecny pył. Zawyły syreny alarmowe, ich przeraźliwy dźwięk zmieszał się z ludzkim krzykiem.
– Do schronu!!! Wypierdalamy do schronu!!! – darłem się na całe gardło, wychodząc spod stołu na czworakach. – Trzymaj się mnie, Klaudia!!! – dodałem, upychając zabrane rzeczy do kieszeni.
Z impetem wyważyłem zniszczone drzwi wejściowe. Poszatkowany odłamkami kontener na pierwszy rzut oka wydawał się bezużyteczny. Z pomieszczenia obok wybiegło dwóch podoficerów pionu administracyjnego; jeden z nich miał powierzchowne rany na twarzy, które nie zagrażały życiu.
– Tędy, kurwa!!! Tędy!!! – wrzeszczałem, chcąc najszybciej opuścić to miejsce.
Na korytarzu chwyciłem mocno Klaudię za dłoń i ciągnąłem za sobą, ta uchwyciła porucznika. Wypadliśmy na otwarty teren.
– Gdzie schron?!!! Mów, gdzie schron?!!! – ryknąłem na wystraszonego lejtnanta.
– Tam – wydukał po chwili, wskazując dłonią kierunek.
Kolejne pociski eksplodowały gdzieś w oddali. Miałem nadzieję, że nie trafiły w nasze campy i że chłopaki zdołają się ewakuować do schronów.
– Radek!!! Radek!!! – za wcześnie ją pochwaliłem, gdyż Klaudia wrzeszczała na całe gardło, wskazując na leżącą tuż obok ranną kobietę.
To była młodsza lejtnant.
– Uciekaj z nim do schronu!!!
– Nie, ona jest ranna, nie mogę – krzyczała, wyrwawszy się z moich rąk.
Dopadła rannej. Nie miałem innego wyboru, jak podążyć za nią.
– Zwariowałaś?! Chcesz zginąć!
– Pomóż mi – usłyszałem w odpowiedzi, widząc jak rozpina górę uniformu rannej.
W uszach dzwoniło. Rzuciłem okiem na poszkodowaną. Odłamki trafiły ją w klatkę piersiową i nogę, na wysokości tętnicy podkolanowej. Zauważyłem, że tam tworzyła się spora plama krwi.
– Opatrunek uciskowy albo staza uciskowa, załóż jej to powyżej rany – krzyczała do mnie Klaudia, widząc, że na chwilę się zawahałem.
Szybko nożem szturmowym rozciąłem nogawkę spodni kobiety. Miałem przy sobie stazę i opatrunek osobisty. Szybko i sprawnie założyłem tę pierwszą i mocno dociągnąłem. Nie było czasu na przemywanie rany ani zakładanie rękawiczek, których i tak nie miałem.
– Marker, masz marker?! – wrzasnąłem do Klaudii.
– Krwią, napisz godzinę krwią.
W tym piekielnym wyciu alarmowych syren i jęków poszkodowanych działaliśmy niczym zgrany zespół. Znów uderzyły we mnie wspomnienia skrywane gdzieś w głębi. Nie, nie z nią, z tą przecudną blondynką – Agnieszką. Reanimowałem ją podczas szalejącego sztormu na tratwie ratunkowej. Spojrzałem na zegarek i krwią zapisałem na czole rannej godzinę założenia opatrunku.
Kobieta była przytomna, patrzyła na mnie mętnym wzrokiem.
– Tutaj, tutaj!!! – wrzeszczałem, widząc, jak w momencie, gdy opadł kurz i ostrzał ustał, pojawili się medycy z noszami.
Nad głowami na niskim pułapie przeleciały dwa Su-25 UTG z „Kuzniecowa”. Za nimi dwa szturmowe śmigłowce Ka-29.
– Przekaż medykom, że ma odmę, nałożyłam opatrunek hermetyczny, status RED do natychmiastowej ewakuacji. Nie jest z nią dobrze – przekazała mi, nim pojawił się przy nas pierwszy patrol sanitarny.
Była urodzoną ratowniczką, widziałem, jak działała i nie bała się o swoje życie. Przekazałem medykom uwagi.
– Pan, panie kapitanie ją tak opatrzył? – usłyszałem pytanie od jednego z nich.
– Nie, to ona – odparłem zgodnie z prawdą, wskazując na Klaudię.
– Kurwa, sam bym tego lepiej nie zrobił, uratowaliście jej życie – padło zdanie z ust lekarza, bo teraz dojrzałem stopień.
Patrzyłem na nią z podziwem, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Klaudia otarła dłonią pot z czoła, pozostawiając na nim niewielką smugę krwi poranionej. Oboje tkwiliśmy nadal w kuckach. Pochyliłem się, by znaleźć się bliżej niej, i pocałowałem ją w czoło.
– Jesteś niesamowita – stwierdziłem.
– Ty mnie tego nauczyłeś – odparła, patrząc mi prosto w oczy.
Dłońmi objąłem cudną twarz i przyciągnąłem do siebie, zatapiając swe usta w jej. Tkwiliśmy w tym namiętnym pocałunku przez chwilę.
– Chodźmy stąd, zrobiliśmy swoje – stwierdziłem, podnosząc z ziemi leżącego AKM-a. Jego drewniana kolba była pokryta krwią.
Rosyjska Baza Morska Tartus, rejon zakwaterowania grupy „Wympieł”, kilka godzin później.
Musiałem odpocząć, bo organizm domagał się snu coraz bardziej. Po szybkim prysznicu, nagi runąłem na łóżko i zasnąłem w kilka sekund. Klaudia chciała zostać ze mną, lecz z bólem serca ją odprawiłem, wręczając jej dokumenty, które zdeponowała w kancelarii tajnej.
– Nie chcę być tej ostatniej nocy sama, nie teraz, kiedy wiem, że żyjesz – powiedziała, a ja zdałem sobie sprawę, że nie mogę odmówić.
– Przysięgam, przyjdę – obiecałem.
Chłopakom nic się nie stało. Gdy moździerzowe pociski uderzyły, wzmocnili jedną z bram wjazdowych do bazy. Tak, z marszu byli w stanie wykrzesać z siebie siły i wesprzeć siły ochrony.
Obudził mnie dźwięk telefonu. Na wpół zaspany podniosłem słuchawkę.
– Ma pan podobno notes tego kutasa – poznałem głos oficera z grupy wywiadu.
– Tak, mam.
– Podeślę mojego człowieka, da nam go pan, tam mogą być ważne dane.
– Tak jest. Czekam.
Spojrzałem na zegarek, spałem blisko sześć godzin. Niby dużo, a jednak nadal czułem się zmęczony. Podniosłem się z łóżka i z kieszeni częściowo pokrwawionego syryjskiego munduru wyciągnąłem notes „skarbnika”.
Sam nie wiem, dlaczego podkusiło mnie, by przejrzeć te zapiski. Czułem wewnętrzną potrzebę. Przelatywałem zgrubnie tę pisaninę. Jakieś cyfry, a obok nich lokalizacje. Zainteresował mnie rok 2004 i wpisana obok nazwa Biesłan.
Momentalnie doszedłem do pełnej świadomości. Poczułem wzbierającą się we mnie złość i wkurwienie. Obudziła się bestia, wściekły pies, mający zamiar rzucić się każdemu napotkanemu terroryście do gardła.
„Nie daruję, a więc to ty, chuju, tam maczałeś palce” – tłukło się w głowie.
Bez zastanowienia wyrwałem dwie, a może trzy strony z notatnika i schowałem je do kieszeni. W niej wyczułem dokumenty. Prócz swoich przekazanych mi przez porucznika, znalazłem tam paszport i książeczkę wojskową Klaudii, tę rosyjską.
– Oddać – mruknąłem sam do siebie.
„Nie, trzymaj na wszelki wypadek” – wewnętrznie odpowiedziała mi jakaś siła.
Wrzuciłem dokumenty do sejfu.
„Kurwa, co ty robisz, pojebało cię?”
Zamknąłem metalową szafę i szybko przelatywałem kolejne strony. Niezrozumiałe zapiski przy syryjskich i libańskich miastach, notatki dotyczące kwot przekazywanych do innych organizacji.
Klaudia Skibińska i numer telefonu, bo na to mi to wyglądało, oraz imię Damian – typowo polskie.
Chwyciłem długopis i kartkę leżącą na stoliczku obok łóżka. Usłyszałem pukanie do drzwi.
– Chwila! – krzyknąłem, przepisując te cyfry i imię, a potem chowając karteluchę pod poduszkę.
Narzuciłem na gołą dupę slipki i otworzyłem drzwi. Stał przed nimi porucznik z wywiadu.
– Kurwa, dajcie pospać – przywitałem go i wręczyłem notatnik „bossa”.
– Dziękuję i przepraszam.
Zamknąłem drzwi i wstawiłem wodę na kawę. Potrzebowałem tego napoju, musiałem przemyśleć, co teraz robię, bo nie działałem zgodnie z regulaminem. Żeby tylko z regulaminem i przepisami; przywłaszczyłem sobie jej lewe dokumenty wystawione przez wywiad, wyrwałem kartkę z notatnika, zapisałem jakiś numer. Narażałem siebie, a jeżeli siebie, to i swoją rodzinę.
„Co ja kurwa robię?”
Nogą kopnąłem w róg campu syryjski mundur. Zalałem wrzątkiem kawę i ją posłodziłem. Z szafki wyciągnąłem rosyjski uniform i ubrałem się w niego. Z kieszeni marynarki wyciągnąłem zdjęcie Tamary, w tej letniej sukience, którą jej sam kupiłem. Prześlicznej, przynajmniej dla faceta, a i ona ją lubiła. Uśmiechnąłem się; moja najstarsza dziewczynka.
– Kobieta, już kobieta, starzejesz się… – zadałem sobie to pytanie szeptem.
Odpaliłem prywatny komórkowy telefon; pełno gównianych wiadomości o nikomu nieznanych gwiazdkach, spamu i reklam. W pośpiechu kasowałem te gówna.
Tatuśku – tak ona do mnie zawsze pisała, nie tato, nie ojcze, tylko tatuśku, istota, której nie byłem biologicznym ojcem – Wygrałam konkurs historyczny i za parę dni jadę do Moskwy – byłem z niej dumny, i to zdjęcie.
Teraz może dojrzałem, że nie jest dzieckiem, a nastolatką.
Przeglądałem dalej.
Dla Ciebie, kochanie – i zdjęcie żony z Nadią.
„Ty podły skurwysynu” – oceniłem siebie.
Życie wywróciło mi się do góry nogami. Nie mogłem sobie darować, że tak się zachowuje, z drugiej strony Klaudia nie była mi obojętna.
Pociągnąłem mocny łyk kawy i z sejfu wyciągnąłem rzeczy osobiste moich operatorów. Odłożyłem na bok dobytek „Wołka”. Skoro jutro odpływaliśmy, postanowiłem im dzisiaj je rozdać. Otworzyłem drzwi i dojrzałem „Lochę”, na prowizorycznej smyczy paradował z suczką.
– Dawaj ją tu i dawaj chłopaków, dam wam zdeponowane rzeczy osobiste – krzyknąłem.
– Trzeba ją odrobaczyć i zaszczepić. Zrobiłem jej szybki przegląd. Jest zdrowa jak byk – zreferował stan zdrowia czworonoga, przekazując mi go.
Był kochany, bardzo go lubiłem, to dzięki jego staraniom, bo miał cholernik wtyki w wojskowej służbie zdrowia, udało się po części uzyskać fundusze na specjalistyczną protezę dla Tamary. Sam przeprowadził zbiórkę wśród ludzi, by mnie wesprzeć finansowo. Pamiętam, że wszyscy z „Wympieła”, nie tylko z mojej sekcji, przekazali specjalne dodatki za walkę z terrorem, z jednego miesiąca na leczenie najstarszej córki. Darzyłem go sympatią i największym zaufaniem.
Chłopaki przychodzili pojedynczo, zabierając swoje osobiste rzeczy. Poprosiłem ich, by nie mówili, kiedy wypływamy i gdzie obecnie jesteśmy. Musiał im wystarczyć prosty SMS: „U mnie wszystko w porządku”. To naprawdę uspokajało rodziny.
Gdy rozdałem już wszystkim, spakowałem rzeczy „Wołka” i ponownie otworzyłem sejf. Oprócz rosyjskich dokumentów Klaudii i kilku mało ważnych pierdół, leżała tam biała koperta zaadresowana do Jekateriny. Wyciągnąłem ją i położyłem na stole.
„Udało się, wracam do was” – pomyślałem, odczuwając ulgę.
Gdy ją otwierałem, usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Zdawałem sobie sprawę, że to Klaudia.
– Wejdź, otwarte – krzyknąłem, nie wstając z krzesła.
Pojawiła się w otwartych drzwiach w zielonej sukience midi. Zauważyłem delikatny makijaż na twarzy.
– Siadaj – zaprosiłem ją do środka.
W dłoni trzymała telefon komórkowy. Usiadła blisko mnie, przysuwając krzesło.
– Chciałam ci pokazać jego zdjęcia i filmiki, takie krótkie – szepnęła, wyciągając do mnie dłoń z telefonem.
Nie mogłem odmówić, nie mogłem powiedzieć, że oglądając zdjęcia i filmy mojego syna zadaje mi ból i mnie dręczy. Zdałem sobie sprawę, że będę to przeżywał i obrazy pozostaną w pamięci na długo.
Przeglądając fotografie i krótkie filmiki, nie mogłem wydobyć z siebie słowa. Coś ścisnęło mi gardło. Siliłem się na uśmiech, choć bardziej miałem ochotę płakać, patrząc na swojego syna. Na niektórych zdjęciach i filmach dostrzegłem Sebastiana. Obaj jeździli na nartach, a malec wyraźnie go akceptował. Może to była szansa, by Klaudia była szczęśliwa? Ten młody podporucznik kochał ją szalenie, co było oczywiste. Jego gesty, zachowanie, mowa ciała mówiły jasno, co czuł do niej. Skoro nam nie było dane być razem, niech będzie szczęśliwa z nim.
– Klaudia, nie obraź się, ale widzę, że on cię kocha, że kocha Radeczka… – zacząłem najdelikatniej, jak potrafiłem.
– Wiem, co chcesz mi powiedzieć. Nie, nie – przerwała, patrząc mi głęboko w oczy.
Postanowiłem, że nie ma sensu ciągnąć tego tematu. Dała jasno do zrozumienia, że nie zaryzykuje związku z zakochanym w niej podporucznikiem, teraz gdy odnalazła mnie. Podświadomie zdawałem sobie sprawę, że te zdjęcia i filmy pokazywała z zamiarem, bym zmienił zdanie i zostawił rodzinę w Rosji. To był gest rozpaczy, po tym, gdy oznajmiłem jej w syryjskich koszarach, że nie porzucę familii.
– Napijesz się kawy? – zapytałem, chcąc zmienić temat rozmowy.
– Chętnie, proszę – odpowiedziała.
Odwróciłem się do niej tyłem i rękawem bluzy otarłem zbierające się w kącikach oczu łzy. Nie poznawałem siebie. Nie, nie twierdziłem, że twardziele nie płaczą, że nie mają uczuć i nie powinni tego okazywać. To były dla mnie debilne stereotypy, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Płacz, krzyk, drżenie rąk i ciała – to normalne objawy, przez które dajesz upust emocjom, zarówno tym złym, jak i dobrym. Jeśli je w sobie tłumisz – eksplodujesz, a taki wybuch może być niekontrolowany i niebezpieczny dla bliskich i otoczenia.
Zalałem wrzątkiem kubek z kawą i podałem go Klaudii. Zauważyłem, że mnie obserwuje. Chwilowo nic nie mówiliśmy. Wyciągnąłem z szuflady telefon.
– Pokażę ci moje dziewczynki, zobacz, to jest Tamara, napisała, że wygrała konkurs historyczny i jedzie na kolejny do Moskwy – tylko to mi przyszło do głowy, zająć swój czerep zdjęciami i opowieściami o rodzinie, by pokazać, do kogo wracam i jakie osoby sugeruje mi zranić i pozostawić.
– Jest śliczna, naprawdę, to jej pleciesz warkocze?
– Tak, ale i Nadii też, zobacz to ona i moja… – tu głos mi się urwał.
– Żona.
– Tak, Jekaterina, moja żona.
Zadzwonił telefon na biurku. Podniosłem słuchawkę i poznałem głos kierownika sekcji wywiadu.
– Kapitanie Graczow, niech pan się u mnie natychmiast melduje, coś wykryłem i muszę się z panem skontaktować.
– Sam.
– Tak, sam.
– Zaraz będę – zakończyłem rozmowę.
Podniosłem się z krzesła. Z łóżka wziąłem pas z pistoletem i założyłem go na siebie.
– Mam wyjść? – zapytała, zdając sobie sprawę, że muszę się gdzieś udać.
– Nie, zostań, to pewnie pierdoła. Napij się kawy. Zaraz wrócę – odpowiedziałem i zostawiłem ją samą w campie.
Miałem nadzieję, że ludzie z wywiadu nie zorientowali się, że wyrwałem kartki z notesu „bossa”. W przeciwnym razie musiałbym się grubo tłumaczyć.
„Przecież sam mógł to wyrwać, nic ci nie udowodnią” – uspokoiłem się, pukając w drzwi kancelarii grupy wywiadu.
Klaudia pozostała w kontenerze sama. Powoli siorbała kawę, rozglądając się po pomieszczeniu. Zauważyła rzucony w kąt syryjski mundur, leżące przy łóżku skarpetki i slipki.
„Bałaganiarz jak każdy facet” – oceniła poziom porządków w pokoju Radka.
Przypomniała sobie, jak na kursie zaprosił ją do internatu w Ustce. W pośpiechu zbierał porozrzucane części swojej bielizny i garderoby. Nic się nie zmienił. Podobnie było, gdy zamieszkali razem. Rzucał swoje rzeczy, gdzie popadło, a gdy raz zrobił pranie, mało go nie zatłukła. Nie baczył, czy rzeczy są białe, czy kolorowe, wrzucał wszystko do pralki. Płakać jej się chciało, gdy koszulki, figi i biustonosze po tej pomocy z jego strony miały barwę szmaty do podłogi. Mało go wtedy nie zabiła.
Wstała z krzesła i otworzyła metalową szafkę. Musiała jeszcze raz to zobaczyć, dotknąć. Drżąca dłoń wyciągnęła do czarnego skafandra płetwonurka. Dotykała go delikatnie, ze strachem, jakby obawiała się, że nagle się poruszy i ponownie ujrzy tę zjawę z Bałtyku.
Wszystko zgadzało się z tym, co zapamiętała – flaga, napis i emblemat. Patrzyła i powoli dochodziło do niej, co ta wizja chciała jej przekazać. To, że żyje właśnie tu w Rosji pod innym nazwiskiem i imieniem – Wiktor, ale jego duch, duch nie Wiktora, a Radka, na zawsze pozostał w otchłaniach Bałtyku, by być nadzieją tonących, szeptać nieszczęśnikom słowa pociechy do ucha i trzymać ich w nadziei, że zostaną uratowani, dawać siłę i moc, by walczyli o życie.
„Zwariowałam, do końca zwariowałam” – przemknęło przez myśl Klaudii.
Zamknęła szafkę i usiadła za stołem, pociągnęła łyk kawy. Zauważyła leżącą na stole rozerwaną kopertę. Podniosłą ją z blatu.
– Jekaterina Aleksiejewna Graczow, Bałaszycha… – przeczytała nazwisko i imię odbiorcy listu oraz początek adresu.
„Nie rób tego” – to myśląc odłożyła kopertę z powrotem na stół.
Coś ją jednak korciło, by przeczytać tę korespondencję. Zdawała sobie sprawę, że to list Radka do swojej rodziny. Walczyły w niej znowu dwie Klaudie.
„Może napisał, że znalazł mnie, i to koniec?” – nadzieja kobiety nie zgasła do końca.
Przemogła się, choć wiedziała, że postępuje podle. Wyciągnęła z wnętrza koperty kartkę formatu A4, złożoną na pół.
„Odłóż, nie możesz” – to pierwsze ja, starało się odwieść Klaudię od tego, co zamierzała zrobić.
Nie posłuchała.
Gdy przeczytała to, co tam było napisane, ze łzami w oczach, łkając, wybiegła z kontenera, zostawiając otwarte drzwi. Pędziła, nie patrząc na nic, w kierunku swojego lokum, trzymając kartkę w dłoni. Minęła zaskoczoną Janę i wpadła do siebie.
Zaskoczyło mnie, że drzwi campu były otwarte na oścież. Przyspieszyłem kroku i szybko wpadłem do środka. Byłem nieco zaskoczony, że nie zastałem Klaudii. Przecież sama dążyła do tego, by być tutaj. Miałem do przekazania ważne informację, a jej nie było.
Omiotłem wnętrze wzrokiem, otworzyłem drzwi od toalety. Dopiero gdy mój wzrok utkwił na stole i dostrzegłem pustą kopertę, zdałem sobie sprawę, dlaczego odeszła.
– Job twoju mać! – zakląłem, zamykając drzwi i kierując się w stronę jej campu.
Przewidywałem, że tam poszła, bo jeśli nie, drugim miejscem, gdzie mogłem ją zastać, była „pustelnia”.
Byłem wściekły na siebie, powinienem schować list do sejfu lub zniszczyć, bo taki miałem zamiar. Przez ten cholerny telefon od kapitana z wywiadu zapomniałem całkowicie o nim. Szybkim krokiem pokonywałem dystans dzielący mnie od kontenera Klaudii. Gdy zatrzymałem się przed drzwiami, nabrałem głęboko powietrza. Zapukałem mocno. Cisza. Ponowiłem. Nikt nie odpowiedział. Przyłożyłem ucho do drzwi. Ktoś musiał być w środku, słyszałem wyraźnie pociąganie nosem i ciche łkanie.
– Klaudia, wiem, że tam jesteś. Mogę wejść – rzuciłem, nie zważając na to, że temu wszystkiemu przygląda się Jana, którą dostrzegłem wcześniej.
– Wejdź, jest otwarte – ledwo usłyszałem zapłakany kobiecy głos.
Nacisnąłem na klamkę i znalazłem się we wnętrzu pomieszczenia. Szybko zamknąłem za sobą drzwi.
Siedziała na łóżku, skulona, mając nogi wciągnięte pod brodę, z twarzą schowaną w dłoniach. Ramiona kobiety drżały. Obok, na pościeli, tkwiła zmięta kartka. Sukienka zakrywała postać aż po same stopy. Zrobiłem krok do przodu.
– Zazdroszczę jej i ją nienawidzę, że zabrała mi ciebie – usłyszałem słowa, które o mało nie wbiły mnie w podłogę.
Oczy Klaudii były czerwone, jakby płakała przez cały dzień. Uniosła na mnie smutny wzrok. Łzy na policzkach, rozmazany tusz, i to spojrzenie – głębokie, poranione, dołujące.
Chciałem coś powiedzieć, naruszyła przecież tajemnicę korespondencji, nie do niej ten list był adresowany. Przypomniałem sobie jednak, co wcześniej opowiadała o mnie. Przecież przeczytałem jej pamiętnik, skryty opis jej młodości i części dzieciństwa. Czymże był mój list, te kilkadziesiąt słów, w porównaniu do tego, co przyswoiłem z jej życia?
To, że nie pamiętałem teraz nic z tamtych zapisków, wcale mnie nie usprawiedliwiało. Postąpiła tak, jak ja kilka lat wcześniej. Nie mogłem jej za to potępiać.
Usiadłem obok i delikatnie przyciągnąłem ją do siebie.
– Ona ci nic złego nie zrobiła, jeżeli masz kogoś nienawidzić, to tylko mnie – stwierdziłem.
Jej ciało momentalnie wtuliło się we mnie. Objąłem ją ramieniem i przysunąłem tak, by mogła położyć głowę na moim ramieniu. Poczułem zapach „Currary” – o nucie zapachowej bergamotki i kardamonu w głowie, z fiołkiem, geranium i cynamonem w sercu oraz nutami bazy tworzonymi przez drzewo cedrowe, wanilię, paczulę i bursztyn. Ta kompozycja była orientalno-kwiatowa, zmysłowa i pełna kontrastów.
– Nie jesteś zły, że przeczytałam?
– Opowiadałaś mi, że ja przeczytałem twój pamiętnik, więc chyba jesteśmy kwita.
Dostrzegłem delikatny uśmiech na pięknej twarzy. Przytuliłem Klaudię mocniej. Jej oddech był cichy, urywany. Moja dłoń spoczęła na kobiecej talii.
Poczułem, jej dłoń muskającą moją rękę, nasze palce dotykały się. To stawało się czułe. Intymne, subtelne. Całkowicie inne niż wcześniejsze spotkania, jakże drapieżne i dzikie.
Nadal byłem wtulony w Klaudię, czułem każdy ruch ciała, jak oddychała, jak barki powoli się rozluźniały. Odczuwałem ciepło skóry przez cienki materiał sukienki. Trzymałem ją delikatnie, jakby była z porcelany. Była taka krucha. I taka śliczna.
Przysunęła się jeszcze bliżej, a kosmyk długich rudych włosów opadł delikatnie na mój policzek.
– Zostaniesz? – szepnęła cicho.
Znów łamałem dane sobie słowo. Nie mogłem jednak teraz wyjść i zostawić jej samej.
Nic nie odpowiedziałem. Ciało Klaudii nie odsuwało się, wręcz przeciwnie, wtulała się we mnie mocniej, chcąc czegoś więcej. Złamała mnie, pokonała po raz kolejny.
– Tak, ale chcę inaczej – szepnąłem.
To było przeciwieństwo tego, jak robiliśmy to wcześniej. Subtelnie, delikatnie, sensualnie, jakbyśmy spotkali się po raz pierwszy w życiu. Powoli zsuwałem sukienkę, całując każdy skrawek ciała. Ona delikatnie mierzwiła moje włosy, poddając się. Wzajemne objęcia, muśnięcia ust, ciche szepty i westchnienia.
Nie było w tym nic z pośpiechu; każdy dotyk, gest, pocałunek był jak dopracowany szczegół. Napawaliśmy się widokiem, reakcją ciał na każdą pieszczotę, nawet tę najmniejszą.
Ruchy frykcyjne były delikatne, przerywane wzajemnymi pocałunkami i objęciami. Nie było pięciu pozycji i zmian na komendę. Klasyczna misjonarska, może delikatnie wzbogacona tym, że Klaudia mocno oplotła mnie nogami. Trwający wieczność miłosny akt, godny uwiecznienia w malarstwie bądź literaturze. Wzajemne dawanie siebie sobie nawzajem. Niesamowite, cudowne i jakże piękne.
– Dziękuję – usłyszałem z ust Klaudii, gdy było po wszystkim, a serca wróciły do normalnego rytmu.
– Dziękuję – odpowiedziałem.
Bez analnych wynalazków, bez oralnych figli, przeżyliśmy coś boskiego, nie do opisania. Cudowne zespolenie ciał, synergia, bo musiałem przyznać, że orgazm był niesamowity i dość głośno go przeżywaliśmy.
– Naprawdę, tak to ma się skończyć? – zadała mi jedno z wielu pytań, na które nie byłem w stanie odpowiedzieć.
– Klaudia, posłuchaj mnie teraz. Wywiad w notesie bosa znalazł numer do gościa w Polsce. Podejrzewam, że to ten, któremu nasz nieboszczyk zlecił likwidację twoich bliskich. Po to mnie wezwano – zacząłem.
Podniosła głowę z mojego torsu i teraz wspierała ciało na łokciach, wpatrując się we mnie. Otworzyła z wrażenia usta.
– Przekazano to do waszych. Podejrzewam, że go za chwilę zdejmą. Nie obawiaj się, twoja rodzina jest nadal w bezpiecznym miejscu i pod ochroną – dodałem, nie chcąc trzymać ukochanej w niepewności.
Jej oczy stały się większe.
– Dziękuję – szepnęła i wbiła swe usta w moje.
Akademik Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa, w tym samym czasie.
Czterech ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy stołecznego SPAT-u zmierzało w kierunku windy. Nie rozmawiali ze sobą zbytnio; wystarczyły wyuczone gesty. Do windy wsiedli razem z trójką studentów III roku, którzy taszczyli ze sobą dwie pełne reklamówki browaru. Rzut oka wystarczył funkcjonariuszom, by stwierdzić, że studenci mieli mocno w czubach.
– Ale wam zazdroszczę, jak sobie przypomnę te cudowne lata na studiach – rzuciła młoda funkcjonariuszka, gdy drzwi windy się zamknęły.
– A co studiowałaś? – od razu przeszedł na „ty” jeden ze studentów.
– Psychologię w Białymstoku, ale miałam fagasa po orientalistyce, niezły z niego pojeb był – odparła, ciągnąc rozmowę.
Podchmieleni żakowie roześmiali się. Był piątek, czas studenckich imprez. Miała zamiar kontynuować rozmowę.
– Co was tak rozśmieszyło? – zapytała, naciskając szóstkę na klawiszu windy.
– Bo tu u nas mieszka dwójka podobnych pojebańców po arabistyce, popierdoleni, przeszli na islam, a ten Damian to chleje na potęgę – podchwycił temat najniższy ze studentów.
– A chwalił się jeszcze, że rok temu był w Syrii i podobno jebał miejscową dziewicę – dorzucił drugi, grubawy szatyn.
– Weź, Janusz, przestań, on i dziewica, przecież ich Klaudiusz pod prysznicem przyłapał, jak sobie wzajemnie dobrze robili – dopowiedział trzeci z chłopaków.
Funkcjonariuszka w tym momencie wyciągnęła na wierzch skrywaną blachę, podobnie jak jej towarzysze. Studenciaki zdębiały.
– Spokojnie. Komenda Stołeczna Policji. Prosimy o współpracę. Nie mamy zamiaru wam trzepać kieszeni, bo pewnie by się tam coś znalazło. Pomożecie?
Pytanie było retoryczne. Studenci dali jasny sygnał, że przystają na współpracę.
– Który pokój? Gdzie oni mieszkają, ten Damian i jego koleżka?
– 616.
– Zapraszacie na imprezę. Jasne! Wy robicie swoje, my swoje, a jak wszystko pójdzie cacy, to przecież nas tutaj nie było – jasno określił zasady współpracy partner funkcjonariuszki.
Zatrzymanie poszło perfekcyjnie, bez strzału i zbędnych krzyków „Policja, na ziemię”.
Skuci młodzi mężczyźni leżeli na podłodze. Gdy weszli operacyjni razem z dochodzeniowcami, po krótkim przeszukaniu znaleźli dwa pistolety TT wz. 33 i szesnaście sztuk amunicji.
Rosyjska Baza Morska Tartus, Syria, poranek, następnego dnia.
Kolejna noc bez zmrużenia oka. Sam sobie się dziwiłem, że jeszcze daję radę funkcjonować bez jakiegokolwiek farmaceutycznego wsparcia.
Nie mogłem jej tak zostawić, nie mogłem jak tchórz uciec po tym wszystkim. Nie byłbym sobą, miałbym do siebie żal.
„A kurwa, wcześniej nie miałeś?”
Wtulona we mnie cudna istotka dawała ciepło. Ponownie byłem opiekunem jej snu. Przeklinałem się w myślach, wyzywając siebie od najgorszych. Nie chcąc budzić, delikatnie głaskałem bark i włosy Klaudii. Boże, jak ja się czułem, mając tę piękną kobietę w ramionach.
„To wszystko jest pojebane, a najbardziej pojebany jestem ja”.
Poczułem, jak jej ciało się napręża, jak nagle cudne nogi zaczynają drgać. Docisnąłem ją mocniej do ciała i zacząłem całować w czoło.
– Już, już, już, ciii – szeptałem, podobnie jak wtedy, gdy odganiałem złe duchy ze snów Tamary parę lat temu.
Klaudia uspokoiła się. Patrząc w sufit, zastanawiałem się, co dalej. Czy dam radę tak żyć, wiedząc, że mam dwie rodziny?
Bałem się, że runie to wszystko. Katia domyśli się, że mam kogoś, na badaniu, na wariografie i po skopolaminie wydam, że coś tam podejrzewam, a Klaudia zmieni zdanie i zwiąże się z Sebastianem.
„Jebany pies ogrodnika ze mnie”.
Delikatnie zsunąłem z siebie ciało kobiety. Ubrałem się i poszedłem w to miejsce, gdzie kochałem się z nią pierwszy raz jako Wiktor. Wartownik przysnął gdzieś, nie dostrzegłem go i wcale nie miałem zamiaru żołnierza podpierdolić.
Rozebrałem się do naga i rzuciłem w fale morza. Crawlem dopłynąłem do końca pirsu, wróciłem, a potem zrobiłem to jeszcze raz.
Zmęczony wyszedłem na brzeg i ubrałem się. Wstawał piękny, kolejny majowy dzień. Zarzuciłem na siebie mundur i ruszyłem w kierunku swojego campu.
Lotniskowiec „Admirał Kuzniecow”, Rosyjska Baza Morska Tartus, kilka godzin, później.
Zaokrętowaliśmy się sprawnie i szybko. Moja sekcja, Klaudia, Jana, skarbnik oraz jego rodzina, z wyjątkiem palestyńskiej służącej, weszli na pokład. Chwilę później dołączył rosyjski lekarz – Alosza.
– Dokumenty – rzucił do Klaudii syryjski pogranicznik.
Mój wzrok i chwilowe zatrzymanie ostudziły zapał funkcjonariusza.
– Siekrietno, Wympieł grupa – powiedziałem, wskazując palcem emblemat na ramieniu.
– Ona nie ma, Dokumenty – odparł, wstrzymując kobietę.
Zdarłem z lewego ramienia logo jednostki i przyczepiłem go Klaudii.
– Teraz dobrze?
Zdębiał. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Przepuścił kobietę, zatrzymując teraz mnie.
– Co? – zapytałem po arabsku.
– Pies – odparł, wskazując na „Biełkę”, którą trzymałem na rękach.
– Co pies? – zapytałem zdziwiony.
– Papiery.
– Nie mam – wypaliłem bezpośrednio.
– Nie wpuszczę, wyrzuć psa – odparł, patrząc mi prosto w oczy.
– „Priom”, do mnie!!! – wrzasnąłem na całe gardło, wzywając podwładnego.
Pojawił się po kilku sekundach.
– Wytłumacz temu dupkowi, że straciliśmy dwa psy w akcji na ich terenie, że nasz rząd daje im samoloty i broń wartą miliony dolarów, a jak mnie nie przepuści, to go pierdolnę z tego trapu do morza.
– Tak toczna.
Konwersacja trwała chwilę, ale zakończyła się przyjacielsko. Z suczką dostałem się na pokład okrętu.
Wychodziliśmy z portu. Trzy holowniki wyprowadzały dymiącą na kilometry dumę rosyjskiej floty – jedyny krążownik lotniskowy, bo tak zgodnie z nomenklaturą był klasyfikowany. Płynęliśmy do domu. Nikt nie wiedział dokąd, przynajmniej w tej chwili. Jedno było pewne – kierunek – Morze Czarne, do jednej z baz tamtejszej floty.
Stałem na pokładzie, lustrując wzrokiem stojące samoloty. Nie zauważyłem, gdy podeszła do mnie Klaudia.
– Mamy kabiny obok siebie – zauważyła.
Wiedziałem, do czego dąży. Nie, nie miałem zamiaru po raz kolejny zatopić się z nią w miłosnych uniesieniach. Wracałem do rzeczywistości, do rodziny w Rosji.
– Oddaje, to co nie moje – powiedziała, widząc moje zachowanie i z powrotem nałożyła mi na ramie logo „Wympieła” – Radku… – zaczęła.
– Wiem, to nasze ostatnie godziny – teraz to ja przerwałem.
Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem.
– Twoja rodzina jest bezpieczna. Nim weszliśmy na pokład, dostałem informację, że wasi zatrzymali dwójkę potencjalnych terrorystów w Polsce.
Objęła mnie dłońmi i wtuliła się we mnie mocno.
– Dziękuję, dziękuję za to wszystko, co dla mnie zrobiłeś, dla mnie i dla naszego syna – musiała mi przypomnieć.
Pogłaskałem ją po głowie, tylko na tyle było mnie stać. Cmoknęła mnie w policzek, a ja spojrzałem w jej przecudne oczy.
– Zapleciesz mi warkocz?
– Jaki?
– Najpiękniejszy jaki umiesz. Proszę.
Nie mogłem odmówić.
Pokład krążownika lotniczego „Admirał Kuzniecow”, trzy godziny później.
Cała moja sekcja stała przy Ka-27PS, który odpalał silniki. Łopaty delikatnie nabierały prędkości, a personel techniczny kręcił się przy maszynie, przygotowując ją do startu.
Klaudia ledwo tłumiła uczucia. Patrzyła na grupkę zebranych mężczyzn, tych, którzy narażali życie wraz z Polakami, by uwolnić ją i Aloszę. Stała w rosyjskim mundurze, a z jej oczu płynęły łzy.
– Przepraszam, ja to baba jestem… dziękuję… – rzucała krótkie zdania, nie mogąc powstrzymać emocji.
„Akuła” wyszedł przed szyk i zbliżył się do niej. Delikatnie ujął za rękę.
– Chodź, chodź do nas – powiedział i zaprowadził do moich podwładnych.
Patrzyłem na to wszystko i widziałem, jak każdy z moich ludzi objął ją, przytulił, klepnął w ramię.
– Klaudia, wsiadamy – krzyknąłem, zdając sobie sprawę, że śmigłowiec jest gotowy do lotu.
Powoli weszła na pokład Kamowa. Chłopaki odsunęli się na bezpieczną odległość, stali w szeregu.
– Na co czekamy? – zapytałem jednego z pilotów.
– „Gracz” poleciał na oblot pogody, czekamy na meldunek od niego i na zgodę z wieży – usłyszałem w odpowiedzi.
„Graczem” w tłumaczeniu na polski gawron, nazywano slangowo Su-25. Nie było ich na „Kuzniecowie” dużo, chyba z cztery sztuki. Kolejny typ przystosowany do operowania z ostatniego lotniskowca, lub jak kto woli, krążownika lotniczego. Mniej palił niż Su-33, więc zasadnym było go wysłać na tak proste zadanie.
– Spasatiel, masz zgodę na start. Potwierdź.
– Tu Romeo Foxtrot 19 599, potwierdzam zgodę na start – pilot zgłosił się indeksem międzynarodowym.
Podnosiliśmy się z pokładu lotniskowca. Klaudia patrzyła na salutujących żołnierzy. Dojrzałem, jak po jej policzkach spływają łzy. Technik zamknął drzwi, kierowaliśmy się w stronę polskiego okrętu ORP „Czernicki”.
Siedziała tuż obok i mocno trzymała mnie za rękę. Z kieszeni munduru wyciągnąłem niewielką kartkę i dyskretnie podałem jej do drugiej dłoni.
– Tu masz mój adres, numer telefonu i maila. Jeżeli chciałabyś napisać przez Internet, załóż sobie lipne konto, najlepiej z rozszerzeniem sr. To nie wzbudzi podejrzeń, na telefon dzwoń z budki telefonicznej lub z lipnego prepaida, potem zniszcz kartę – zacząłem.
Patrzyła na mnie nieco zdziwiona, nie za bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Tylko tyle w tej chwili mogłem zrobić.
– Dzwoń i pisz w ważnych sprawach. Proszę. Inaczej mnie zdemaskujesz i zgniję gdzieś na Syberii albo Kamczatce. Dobrze?
Skinęła głową na znak, że zrozumiała, chowając karteluszek do kieszeni munduru. Oparła głowę o moje ramię i delikatnie głaskała mi dłoń. Nie mogłem tego zabronić, nie miałbym sumienia, a na dodatek nie chciałem. Byłem podpięty pod interkom. Załoga śmigłowca była niekompletna, brakowało ratownika i lekarza. Nie było takiej potrzeby, by lecieli z nami.
– O kurwa! – usłyszałem po chwili głos pilota.
– Co jest! – wrzasnąłem w interkom.
– Posłuchaj sam.
– Radek, co się dzieje! – znów wypaliła do mnie, nie tak jak trzeba.
– Załóż słuchawki i posłuchaj – zbyłem ją.
– Lewy silnik się pali, wchodzę wyżej – słyszałem w eterze komunikację Su-25 UTG z pokładem lotniskowca.
– Zmniejszam ciąg! Odcinam paliwo! Gaszę silnik!
– Kurwa, prawy silnik!!!
– Co prawy silnik!?
– Prawy silnik traci moc!
– Zwiększam ciąg!!!
Włosy stanęły mi dęba na głowie. Nie wiedziałem, co było przyczyną awarii. Dwóch członków załogi „Gracza” walczyło, by uratować maszynę. Klaudia otworzyła usta, słuchając ich komend.
– Kurwa, prawy silnik się pali!!!
– Odcinam paliwo do prawego, gaszę ogień!
Nastała chwila ciszy w eterze. Ratowniczka patrzyła na mnie teraz innym wzrokiem, nie przerażonej kobiety, a wojowniczki. Mocniej zacisnęła moją dłoń.
– Nie panuje nad nim!!! Tracimy wysokość!!!
– Strzelaj się!!! Katapultuj!!! To rozkaz!!! – odezwały się służby z „Kuzniecowa”.
– Tu 077, strzelamy się!!!
Klaudia ściągnęła z siebie słuchawki.
– Lećmy tam!!! – wrzasnęła na mnie.
– Nie mamy ratownika na pokładzie – odparłem.
Chwyciła mnie obiema dłońmi za barki i mocno potrząsnęła.
– Mamy dwójkę ratowników! Co mam napisane na ramieniu – Spasatiel, a ty, kim jesteś, kucharzem?! – mówiła to tak dobitnie i poważnie, że aż mnie zamurowało na chwilę.
Kolejnym potrzaśnięciem wybiła mnie z krótkotrwałego letargu.
– Pilot, zgłoś gotowość do akcji ratowniczej – wyrzuciłem z siebie.
– Nie mam kompletnej załogi do takiej misji.
– Masz kurwa, ona jest ratowniczką, a ja nurkiem bojowym. Bez lekarza damy radę – miałem chyba nadal siłę przekonywania.
Technik kiwnął głową, przyznając mi rację.
– Romeo Foxtrot 19 599 podajcie pozycję rozbitków. Proszę o zmianę statusu na Rescuer – nadał nawigator, przy zgodzie pilota.
– Odmawiam RF 19 599, kontynuuj misję, nie masz kompletnej załogi.
– Połącz mnie z nimi albo pokaż, gdzie mam przełączyć – wrzasnąłem na technika.
Wystraszony podał mi swój zestaw nadawczo-odbiorczy.
– „Poliak”, „Wympieł”, mam na pokładzie ratowniczkę, sam też ratowałem ludzi. Zanim podniesiecie jakiegoś Kamowa, i to szturmowego, minie kilkanaście minut. Podajcie koordynaty ostatniej transmisji z „Graczem” – nie pieprzyłem się w tańcu.
Nastała chwila ciszy. Rozglądnąłem się po pokładzie, W rogu na wieszaku tkwił kombinezon ratownika śmigłowcowego. Był za duży na Klaudię. Nie czekając na odpowiedź zacząłem się rozbierać.
Poczułem się znów w akcji; dreszcz emocji napędzał działania. Dobrze zdawałem sobie sprawę, że na pokładzie pozostał jeden uszkodzony Ka-27PS, reszta to Ka-29 i jeden Ka-31. Uszkodzony spasatiel nie poleci, a reszta to maszyny szturmowe i dowodzenia.
– RF 19 599 zmieniam status na Rescuer, podaję koordynaty… – usłyszałem, to co usłyszeć chciałem lub chcieliśmy.
– Ile? – rzuciłem do pilota, pytając o odległość.
– Niedaleko, dwie, góra trzy mile od miejsca, gdzie ostatnio nawiązali łączność, schodzę niżej.
Dał maszynie „do pieca”, silniki zawyły na pełnych obrotach. Bez żadnego „ale” gwałtownie obniżył poziom lotu, tak że każdemu żołądek powędrował pod grdykę.
– Idę z tobą – zadecydowała Klaudia, rozpinając bluzę munduru.
– Nie, nie ma drugiego kombinezonu – ostro zaoponowałem.
– Nie dyskutuj ze mną, w wodzie jest dwójka ludzi, czas jest najważniejszy.
– Klaudia!!! – wrzasnąłem i zdałem sobie po chwili sprawę, że nie dam rady jej tego wybić z głowy.
Właśnie ściągała spodnie i rozsznurowywała buty. Po chwili tkwiła w samym sportowym biustonoszu i niebieskich figach. Technik omiótł ją wzrokiem.
– Co się, kurwa, gapisz? Baby w bieliźnie nie widziałeś? – huknąłem na niego.
– Tam są – zauważył rozbitków nawigator.
– Robię koło i oznaczam teren, desant z pokładu – poinformował pilot.
Patrzyła na mnie, widziałem w jej oczach błysk. Podobnie jak ja czuła dreszczyk adrenaliny.
W ciasnym skręcie pilot wywalił z maszyny dzienne bomby sygnalizacyjne. Leciał nisko, bardzo nisko. Dało się zauważyć zabarwienie wody na zielono wokół katapultowanej załogi.
– Niedobrze, kurwa, jednego z nich nakrył spadochron – dostrzegł.
– Siadaj najbliżej niego. Klaudia jesteś gotowa? – zapytałem.
Naciągała na ciało szelki i do karabińczyka przy nich zamocowała radio. Chwyciłem swoje; na szczęście ze środkami łączności nie było tak licho jak z kombinezonami.
– Bierzesz tamtego, ja idę do tego – podzieliłem zadania, biorąc na siebie ewakuację lotczika nakrytego czaszą spadochronu.
– Tak jest dowódco! – odparła, uśmiechając się.
– Gotowi? – usłyszałem głos pilota.
– Gotowi – odpowiedziałem, pierwszy przygotowując się do opuszczenia śmigłowca.
– Jak mam się meldować do was? – zapytała Klaudia.
– Biełka, melduj się jako Biełka – odpowiedziałem w momencie, gdy wyskakiwałem z maszyny.
Morze było spokojne, fale niewielkie. Zszedłem chwilowo pod wodę i momentalnie wynurzyłem się na powierzchnię, podnosząc kciuk do góry, dając znak, że wszystko w porządku. Dojrzałem, jak Klaudia opuszcza pokład wiertalota. Perfekcyjnie, szybciej niż ja i lepiej.
„Starzejesz się, dziadu”.
– Dwójka spasatielów w wodzie – usłyszałem w radiu.
Mocno pracowałem crawlem, zbliżając się do poszkodowanego. Dzieliło mnie od niego kilkadziesiąt metrów. Śmigłowiec unosił się i po osiągnięciu odpowiedniego pułapu zaczął opuszczać kosz. Tyle dojrzałem kątem oka, zmieniając pozycję głowy z prawej na lewą i odwrotnie. Dopłynąłem do załoganta samolotu. Sprawnym ruchem zrzuciłem z niego płachtę spadochronu. Był nieprzytomny. Ręka na tętnicę szyjną – słaby puls. Zdjąłem mu lotniczy hełm i przyłożyłem dłoń do ust i nosa. Brak oddechu. Ręka pod kark, osłonięty wypełnioną powietrzem kamizelką ratunkową. Palce w usta, język się zapadł. Udrożniłem.
– Drogi oddechowe czyste, działaj – szepnąłem sam do siebie.
Wdechy ratunkowe. Tylko tyle, nie uciśniesz człowieku klatki piersiowej na wodzie, a nawet gdyby był na glebie, to miał kombinezon przeciwprzeciążeniowy. To blokuje działania.
– Tu Biełka, mam pilota, dawajcie kosz – usłyszałem w radiu.
Działała, perfekcyjnie działała. Kobieta z jajami.
Kolejny wdech, cholernie trudno reanimować unoszącego się na falach rozbitka. Nie możesz go ułożyć na swoim ciele, bo nie sięgniesz ustami do jego ust. Pochylasz się, fala zalewa twoją głowę, a on, jak fantom medyczny, leży i nie współdziała.
– Wracaj, poruczniku, wracaj, kurwa – zakląłem, dostrzegając stopień wojskowy poszkodowanego.
– Pilot w koszu, udaje się do Radka – no znów pierdolnęła moje imię, tym razem w eterze.
Przekląłem ją w myślach. Jeżeli miała mnie wystawić, to była na najlepszej drodze. Na chwilę obecną byłem zajęty ratowaniem tego nieszczęśnika. Kolejne wdechy.
Wrócił do żywych.
Gałki oczne poszkodowanego drgnęły. Nie zdawał sobie sprawy co robi. Mocno, w najmniej odpowiedniej dla mnie chwili, gdy miałem zamiar zmienić pozycję, obłapał mnie dłońmi od tyłu. Fala nakryła nas czaszą spadochronu. Obu. Spanikował.
Byłem w kleszczach, opleciony jego dłońmi i nogami. Praktycznie zablokował mi wszelkie ruchy. Szliśmy pod wodę.
Klaudia, płynąc w kierunku Radka, dostrzegła, jak płótno spadochronu nakrywa obu facetów. Wcześniej władowała do kosza pilota nieszczęsnej „Suki-25” i dała znak, aby technik podnosił go.
„Nie, nie” – przeszło jej przez myśl, widząc, co się dzieje.
„Idą pod wodę” – jasno oceniała to, co może się wydarzyć.
Jak tylko najmocniej mogła, pracowała kończynami. W tej chwili nawet foka nie zanurkowałaby szybciej niż ona.
Przepadali coraz głębiej, już teraz tkwili około trzech metrów pod wodą. Radek walczył z poszkodowanym. Im mocniej próbował się wyzwolić, tym było gorzej. Ciągnęli za sobą namoknięta czaszę spadochronu. Czort z nią, gorzej było z linkami. Jej ukochany, pomimo faktu, że za wszelką cenę starał się uwolnić z uścisku rozbitka, coraz bardziej plątał się w owe.
Dopadła ich. Ten drugi z załogi praktycznie się nie ruszał, Radek starał się sięgnąć po nóż zamocowany przy kamizelce. Nie był w stanie, linki paraszuta go owinęły.
Zbliżyła się do pary i śmiałym ruchem wydobyła z kieszeni kamizelki szturmowy nóż. Nie, nie myślała o tym, że kończy się powietrze. Wróciła do walki, znów była ratowniczką.
„Raz dałam dupy, nie teraz.
Przecinała linki parakordu. Po chwili razem z poszkodowanym osiągnęli poziom morza.
– Ładuj jego – usłyszała od Radka.
– A ty? – zapytała.
Jak dwa i dwa to cztery, to ona zeszła na głębokość, gdzie jeszcze byłem przytomny, i uwolniła z okowów, w jakich tkwiłem. Podczas tej cholernej walki, gdzie dwukrotnie walnąłem porucznika w łeb, zaplatałem się w linki spadochronu.
Podnoszono w koszu załadowanego, drugiego członka załogi. Na chwilę zostaliśmy sami, na dole, na powierzchni morza.
– Uratowałaś mnie.
– Ty uratowałeś mnie wcześniej.
– Jeden do jednego.
– Nie.
– Dlaczego… – zamknęła mi usta, wbijając się w nie.
Znów uderzenia z przeszłości. Moje pocałunki z Klaudią i oczekiwanie na przylot śmigłowca…
Teraz ten tkwił nad nami.
– Ratownicy na pokładzie, załoga cała, wracam do bazy.
Uratowany pilot, niewiele ode mnie starszy major, bacznie przyglądał się Klaudii, gdy ta została podniesiona wraz ze mną i porucznikiem.
– Jak takie panienki i w takich strojach mają ratować…. – zaczął.
– Panu, panie majorze, coś się w głowie nie popierdoliło? – walnąłem bezpośrednio.
Omiótł mnie chłodnym wzrokiem. Spasował w momencie, gdy zdejmując kombinezon, zacząłem nakładać na siebie mundurową bluzę. Najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie rozmawia z podoficerem – ratownikiem, tylko z oficerem z „Wympieła”. Ten emblemat musiał go zakłuć w oczy. Chyba zdał sobie sprawę, że to myśmy jego uratowali i należy się szacunek, a nie głupawe dogaduszki.
Spojrzałem na Klaudię. Cała drżała, nie wiedząc, co ma zrobić. Miała mokrą bieliznę. Nie zastanawiałem się długo.
– Jak tu tylko ktoś popatrzy to zajebię! – ostrzegłem.
Patrzyła na mnie zdziwiona, gdy zamiast zakładać spodnie ściągnąłem z siebie bokserki i, podałem jej, świecąc gołą dupą. Podobnie uczyniłem z tielnaszką.
– Ty zwariowałeś – szepnęła, widząc, co robię.
– Nie, zakładaj, jeśli chcesz, nic innego nie mam – odparłem poważnie, zasłaniając jej ciało bluzą mundurową.
Po raz kolejny napawałem wzrok nagim ciałem ukochanej. Wyglądała trochę komicznie w bokserkach i tielnaszce, ale zawsze lepiej mieć na sobie suchą bieliznę, nawet jeśli jest męska.
Położyła mokre figi i biustonosz obok mnie. Zauważyła, że na nie spojrzałem.
– Są twoje, na pamiątkę i w zamian za twoje – szepnęła.
Podobno każdy facet jest na swój sposób fetyszystą. Każdego, z męskiego rodu, podnieca coś w damskiej bieliźnie. Jednego majtki, drugiego rajstopy, a trzeciego szeleszczące halki. To dla nas kobiety stroją się w fatałaszki, malują i robią sto innych rzeczy, by przypodobać się męskiej społeczności. Nie da się ukryć, bodźce wzrokowe są dla nas niezwykle silne.
– Tu Spasatiel, siadam z rozbitkami, proszę o zgodę – usłyszałem głos pilota, gdy byliśmy całkowicie ubrani.
Nie wiem, dlaczego, ale bieliznę Klaudii włożyłem do jednej z kieszeni munduru. Miałem nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Czy stałem się fetyszystą? Chyba nie, choć pragnąłem mieć jakąś część jej.
Dostrzegłem zdziwione miny moich towarzyszy. „Akuła” ustawił ich w szeregu, gdy śmigłowiec dotknął kołami pokładu lotniskowca. Najwyraźniej wiedzieli, że wróciliśmy z akcji ratowniczej.
– Smirna!!! – wrzasnął na całe gardło mój porucznik.
Wypięli się jak struny, przyjmując postawę zasadniczą. Klaudia patrzyła na nich z niedowierzaniem w oczach.
– Oddaj im honor, bo będą stali tak do jutra – stwierdziłem, zdając sobie sprawę, że nie oddają hołdu wysiadającym rozbitkom, tylko jej.
– To mi? – zapytała, chyba niegramatycznie, zwracając wzrok na mnie.
– A myślałaś, że komu? Rozbitkom? Uratowałaś załogę i mnie, to normalne – odparłem.
Wstała i przyczepiła się karabińczykiem do uchwytu przy drzwiach. Zasalutowała.
Śmigłowiec, po wysadzeniu poszkodowanych, unosił się z pokładu.
– RF 19 599, kontynuuję przerwane zadanie. Proszę o poinformowanie miejsca docelowego o opóźnieniu – usłyszałem.
– RF 19 599, zrozumiałem, przekazuję.
Kwadrans później, gdzieś nad Morzem Śródziemnym, kilkanaście mil morskich od pozycji polskiego okrętu ORP „Czernicki”.
Klaudia od pewnej chwili trzymała moja dłoń i patrzyła prosto w oczy. Nie miałem sumienia ani siły, by odsunąć rękę od swojej. Po prostu nie mogłem. Wizja, że za chwilę, za kilkanaście minut, być może zobaczę ją po raz ostatni w życiu, w jakiś sposób przerażała. Te wspólnie spędzone chwile, zadanie bojowe, które w dużej mierze udało się dzięki niej, nie pozwalały stać się zimnym skurwysynem i odstawić ją na bok. Czy przeżywałem to rozstanie – tak, bardzo, podobnie jak ona, choć, kto trafi za kobiecymi uczuciami. Podobno są mocniejsze i bardziej emocjonalne niż męskie.
– Kapitanie Graczow, pilna transmisja z Moskwy – usłyszałem od pilota.
– Dawaj na głośnik – zadecydowałem, cofając dłoń.
– Wiktorze, słyszysz mnie? – usłyszałem zapytanie podpułkownika Fiodora.
– Tak, słyszę – odparłem w mikrofon.
– Jestem w szpitalu, w Moskwie, pół godziny temu twoja żona urodziła piękną córeczkę, nie chcieliśmy cię niepokoić, bo to trochę przed terminem, ale mała ma się dobrze. Z Katią wszystko w porządku, jest tu przy mnie. Chcesz z nią porozmawiać?
Wymiękłem, nogi miałem jak z waty. Nie wiedziałem, co począć. Spojrzałem na Klaudię. Uśmiechnęła się i ponownie złapała moją dłoń. Zaschło mi w gardle, nie wiedziałem, co powiedzieć.
– Tak – wydukałem wreszcie.
– Wiktorze, kochany, mamy córeczkę – usłyszałem głos Jekateriny.
– Katia, kochanie, wszystko w porządku, co się stało, to jeszcze dwa tygodnie chyba przed terminem.
– Przyszły skurcze, przepraszam, może źle oceniłam. Wiesz, jest śliczna, ma twoje oczy i włoski. Wiem, że marzyłeś o synku, ale ona jest tak podobna do ciebie… – łzy stanęły mi w oczach, świat prawie zawirował.
Poczułem, jak Klaudia mocniej zaciska dłoń. Mimowolnie spojrzałem w oczy polskiej niedoszłej żony. Nie dostrzegłem w nich zazdrości, ani niczego podłego.
– Mów do niej, rozmawiaj z nią – było wręcz przeciwnie.
– Katiu, kochana wszystko dobrze – no, był ze mnie mistrz konwersacji.
– Tak, pamiętam, że obiecaliśmy sobie, że imiona córeczek nadajesz ty. Jak ona ma mieć na imię, coś wspominałeś o swojej matce, ona miała na imię Maria jeśli dobrze pamiętam…
Tak, tak planowałem, tylko teraz nie byłem na sto procent pewien, że moja matka miała tak na imię. Według tego, co usłyszałem od Klaudii to moja rodzicielka miała na imię Bogumiła.
„Kurwa, co zrobić?” – Znów chaos w głowie.
– Wiktorze, jesteś tam? – zaskrzypiało w głośniku.
Klaudia zacisnęła jeszcze mocniej dłoń. Spojrzałem na nią. To nie był wzrok zazdrosnej istoty. To było spojrzenie kobiety, która rozumie cud urodzenia dziecka. Coś, co dla facetów jest nieodkrywane. Na swój sposób mistyczne, nie do objęcia męskim rozumem, porozumienie żeńskiej części świata, gdzie my mężczyźni jesteśmy obcym tworem.
– Kławdia, chcę, żeby tak miała na imię – mówiąc to, patrzyłem Klaudii prosto w oczy.
– Kławdia, bardzo ładnie, ale dlaczego zmieniłeś zdanie?
– Kławdia, zgodzisz się? – zapytałem.
– Tak, mój kochany, jeśli tak chcesz, to tak.
Klaudia płakała z trudem, tłumiąc łzy. Patrzyła na mnie tymi przekochanymi oczętami. Krople spadały na mundur kobiety, a dłońmi ocierała to, co wyszło z kanalików łzowych.
– Czekam na twój powrót – usłyszałem od żony.
– Tatuśku, Kławdia jest śliczna, pomogę mamie – to był głos Tamary.
– Kocham was – zdołałem wrzucić, nim rozmowa uległa przerwaniu.
– Romeo Foxtrot 19 599, tu polski okręt, zbliżasz się do strefy identyfikacji, podaj swój status – brutalnie przerwano transmisję na tamtym kanale.
– Tu RF 19 595, misja Rescuer, status lotu 011, proszę o pozwolenie wejścia w strefę. Over.
– RF 19 595, zezwalam, podaję warunki meteo, pokład gotowy. Przyziemiasz?
– NEGATIVE, zawisnę nad pokładem i spuszczam ratownika – odparł pilot.
– Przyjąłem, wiatr 2-3, podchodź od TANGO, służby gotowe, jak zawiśniesz, daj znać. Powodzenia.
Ona patrzyła na mnie, ja na nią.
– Zejdziesz ze mną? – zadała pytanie, tak mocno świdrując mnie wzrokiem, że mało co, a bym się zgodził.
– Nie, spuszczę cię wyciągarką – odparłem z trudem.
– Wiesz, że cię kocham i nigdy o tobie nie zapomnę?
– Wiem, nie rań mnie proszę.
– Wiesz, to, co usłyszałam, to jaki jesteś, nie, nie jesteś zły, ja to rozumiem, usłyszałam jej głos, zobaczyłam, jaki jesteś szczęśliwy, widziałam szczęście w twoich oczach…
– Przestań, nie widzisz, że ciebie też kocham? – sam nie wiem, dlaczego to z siebie wyrzuciłem, podpinając ją do liny wyciągarki.
Gwałtownym ruchem zerwałem emblemat „Wympieła” i skierowałem na jej wolny panel na ramieniu.
– Zapracowałaś na niego, przekaż naszemu synkowi.
W huku śmigłowcowych silników to były ostatnie słowa, jakie usłyszała od Radka. Stał w drzwiach śmigłowca i, patrząc na nią, opuszczał linę wyciągarki. Nawet przez chwilę, do momentu, gdy osiągnęła pokład okrętu, nie spuścił jej z oczu.
♫Gdybym została, Cóż, stałabym Ci tylko na drodze.
Więc odchodzę i już wiem, Że będę o Tobie myśleć na każdym kroku.
I zawsze będę Cię kochać.
Słodko-gorzkie wspomnienia, Sądzę, że to wszystko, co ze sobą zabiorę.
Żegnaj, och, proszę, nie płacz, Gdyż oboje wiemy, że nie jestem tym,
Czego potrzebujesz.
Zawsze będę Cię kochać. Zawsze będę Cię kochać.
I mam nadzieję, że życie dobrze Cię potraktuje
I mam nadzieję, że będziesz miał wszystko,
O czym, kiedykolwiek marzyłeś.
Życzę Ci radości, I życzę Ci szczęścia,
Ale przede wszystkim ,Życzę Ci miłości.
Kocham Cię, zawsze będę Cię kochać.
Zawsze, zawsze będę Cię kochać. ♫
(„I will always love you” Dolly Parton / Whitney Houston) – tłumaczenie tekstowo. pl.
Usiadła na pokładzie, patrząc na mnie swoimi pięknymi oczami. Skinęła głową i odpięła się z wyciągarki, nie do końca chyba wierząc, że pozostałem tam w górze. Ci na dole ją przejęli, była bezpieczna.
– Odchodzimy, wyciągarka wolna, zadanie wykonane – rzuciłem, mając łzy w oczach.
– Przyjąłem, odchodzimy – usłyszałem głos pilota.
Pomachała na pożegnanie, całując dłoń, puściła do mnie ten pocałunek.
Pokład lotniskowca ‘Admirał Kuzniecow”, dwie godziny później.
Piłem z tym zdrajcą, z tą szują. Kwestia zaparcia, rzutu z samopoświęceniem. Gdy obaliliśmy sporą ilość gorzały, a rozmowy stały się swobodne, zadałem pytanie dotyczące Biesłanu.
– A no weź przestań pierdolić, teraz już jesteśmy Rosjanami, to ci powiem. Tak, mój „boss” dał kasę na tamte wymyki. Nie wiem, czy wiesz, ale forsa od nas poszła na przekupienie waszych milicjantów – zaczął, kompletnie pijany, bo w tej materii nie miał do nas szans.
Siedziałem z nim – ja, „Locha” i „Buran”. Mimo początkowych obaw zgodził się, rzuciłem że trzeba zapomnieć o nieprzyjemnościach i opić jego nową tożsamość, wzięliśmy gnidę na „koleżeństwo”.
– Oj kurwa, jednego wam nie wybaczę, tam był mój daleki krewny, no prawie by spierdolił z tego syfu, miał dziewczynkę, rozumiesz takie nic, bo co taka osetyjska dziwka może wiedzieć, nie to, co moje córy, rozumiesz – kontynuował.
– Te osetyjski to są debilki, znam, bo byłem. Kurwy jedne, tylko wyruchać i zajebać – podjąłem grę.
– Ty, i wiesz co, tego mojego krewnego, zapierdolił ktoś od was, chyba jakiś chuj, bo zajebał też kupla tamtego, ale ta pizda rosyjska raniła też tę dziewczynkę. Rozjebało dziwce pół łapy wiem, bo nasi co to obserwowali z tłumu, to też nagrywali. Ale nie gniewaj się, to tylko…
Sięgnąłem po Cezetę, siłą wprowadziłem mu pistolet w usta.
– Kola, Buran za mną – rzadko po pijaku wydawałem komendy, to był ten wyjątkowy moment.
– Kola, rozpoznanie, Buran, izoluj, jasne!
– Tak toczna – na inną odpowiedź nie liczyłem.
Staliśmy przy rufie okrętu, w miejscu, gdzie nie było żadnych kamer. „Buran” trzymał kutasa w kleszczach. Wydałem rozkaz, by wypuścił śmiecia.
– Ta dziwka, jak ją nazwałeś, jest moją córką
– Pierdolisz.
Zadałem pierwszy cios. Wiedziałem, gdzie uderzyć, by bolało. Zwinął się w kłębek.
– Kola.
– Jestem, rozumiem – z nim scenariusz obcykałem wcześniej. Dopadł ciapatego chuja i wbił mu zastrzyk, który pozbawił go woli. Praktycznie bezbronne, w bezruchu ciało dano mi do realizacji.
– Pamiętasz, chuju, co ci obiecałem podczas akcji?
– Przecież współpracuję.
– Za śmierć każdego z moich operatorów, śmierć twoich bliskich. Zginęło dwóch, jeden ciężko ranny, dwóch lekko – przypomniałem.
– Ale to psy…
– Dwa psy więcej warte niż jeden chuj, taki jak ty. Nie porównuj się do nich. Spierdalaj! – pożegnałem Araba, wyrzucając go za pokład, wprost pod śrubę okrętu.
Gdy upewniliśmy się, że pracujący napęd okrętu zmasakrował ciało i poszedł rozkawałkowany pod wodę, ogłosiliśmy alarm.
– Człowiek za burtą!!! Człowiek za burtą!!! – przekrzykiwaliśmy się nawzajem.
Pół godziny później staliśmy wyprostowani jak struny przed dowodzącym „Kuzniecowem”.
– Kurwa, kapitanie, jak mogliście dopuścić do tego, że ten Arab rzucił się do morza?!!! – wrzeszczał na nas, a konkretnie na mnie.
– Piliśmy z nim razem wódkę, przecież go nawet na swój sposób polubiłem. Wystawił swoich ziomków i dzięki niemu wykonaliśmy zadanie, ale pan komandor wie, jaką oni mają głowę do gorzały. Rzygać mu się zachciało, wychylił się przez barierkę i pewnie zawróciło mu się w głowie. Nieszczęśliwy wypadek – waliłem wyuczoną wcześniej formułkę, niemającą nic wspólnego z prawdą.
– Tak było, panie komandorze, kapitan „Poliak” mówi dokładnie, tak było – dorzucił „Kola”.
– Ja pierwszy się rzuciłem, by coś zrobić, ale zabrakło mi dosłownie metr, by go chwycić – dodał „Buran”.
Dowodzący ciskał gromy z oczu. Wstał i zaczął chodzić po sali odpraw. Dało się dostrzec wściekłość i wkurwienie. Mięśnie twarzy mu drżały.
– Panom dziękuję, zostaje tylko kapitan „Poliak” – wydobył z siebie po dłuższej chwili.
Pozostałem z nim sam na sam. Komandor usiadł w fotelu. Nadal stałem w pozycji zasadniczej. W jego zachowaniu dostrzegłem, że walczy wewnętrznie ze sobą.
Nie żałowałem tego, co zrobiłem. Gdybym miał to zrobić jeszcze raz, postąpiłbym tak samo.
– Niech pan siada – usłyszałem.
Spocząłem za stołem. Komandor bacznie mi się przyglądał.
– Uratował pan z tą Polką naszych dwóch lotników, z tego, co wiem, gdyby nie pan, jeden z nich z pewnością by nie żył. Teraz stracił pan powierzonego mu pod pieczę człowieka – zaczął.
– Gdyby nie Polka… – wtrąciłem.
Dał gestem znak, bym mu nie przerywał.
– Mnie osobiście wasza wersja cuchnie na odległość, nie jesteście zwykłymi mużykami, jesteście żołnierzami sił specjalnych, ale niech wam będzie. Zmodyfikujemy ją trochę i pójdziemy w opcję samobójstwa delikwenta. Chciał coś przekazać na osobności, wyrwał się panu i rzucił do morza – kontynuował.
Wewnętrznie odetchnąłem z ulgą. Nie dałem jednak po sobie tego poznać, musiałem stwarzać pozory, że to, co wcześniej zeznałem, jest prawdą, a przystaję na jego propozycje, by jak najmniej osób dostało po dupie. Było dla mnie jasne, że i dowodzący lotniskowcem bał się o swoje stanowisko.
– Zero wspominania o alkoholu, zero gadek o obecności pańskich dwóch podwładnych, ich tam nie było. Jasne!
– Tak, toczna – odparłem.
– Do czasu przybycia do Rosji ma pan czas, by urobić swoich ludzi. Jutro widzę napisany przez pana raport. Szczegółowy, taki, by prokurator nie miał się do czego doczepić. Jest pan wolny, odmaszerować.
Wstałem zza stołu i kiwnąwszy głową, skierowałem swe kroki do wyjścia. Gdy zamykałem drzwi, usłyszałem głos komandora.
– A tak między nami kapitanie, wcale mi nie szkoda tej gnidy, dobrze zrobiliście. Ale awans się poszedł panu chyba jebać.
Wracałem do kajuty, zadowolony z takiego obrotu sprawy. O „Kole” i „Burana” byłem pewny, że nie puszczą pary z ust. Mieli wobec mnie dług wdzięczności. Miesiąc temu medyka przyłapałem na handlu sterydami i psychotropami, które sprawnie rozpisywał, że zostały zużyte podczas działań. Nie zameldowałem o tym nikomu, dałem facetowi drugą szansę, „Burana” zaś wyratowałem przed odsiadką, gdy ze skutkiem śmiertelnym pobił znęcającego się nad rodziną menela. Zadzwonił do mnie. Podrzuciliśmy temu łachudrze zabrany kiedyś na akcji pistolet. Złożyłem wtedy wyjaśnienia w sądzie i odstąpiono od ukarania, twierdząc, że działał w obronie koniecznej. Teraz byliśmy kwita.
Dwa miesiące później Darłowo, mieszkanie Klaudii.
Siedziała na rogu wanny, zdenerwowana, wpatrując się w okienko testu ciążowego, błagając, by wynik był negatywny.
„Boże, co ja narobiłam, co ja narobiłam” – tłukło się w głowie.
Od dwóch dni miała nudności i czuła się inaczej. Okres też nie nadszedł zgodnie z obliczeniami. Przecież, gdy kochała się z Sebastianem, a kilka dni później z Radkiem, według wyliczeń miały być dni bezpłodne. Przypomniała sobie jednak, że przez te trzy miesiące pomieszkiwania z Ljubicą zgrały się w kwestii menstruacji. Miały ją praktycznie w tym samym terminie. Coś gdzieś o tym słyszała, o takim niewytłumaczalnym medycznie fenomenie. Jeżeli tak się stało, to jej obliczenia można było o kant niewymownej części ciała rozbić.
Upływające minuty trwały wieczność. Co chwila patrzyła w okienko z nadzieją, że nie ukażą się dwie kreski.
„Takie głupie jak ja to powinno się sterylizować” – była dla siebie wyjątkowo ostra.
Płakała, zalewała się łzami, jakby te miały pomóc w tym, by wynik wyszedł negatywny. Znów była zestresowana, tak jak dwa miesiące wcześniej, gdy przeżyła piekło i odnalazła Radka.
„I co z tego, że go znalazłaś? On żyje tam szczęśliwy w Rosji ze swoją rodziną, a ty?”
Znów rzuciła okiem na test. Nic jeszcze nie wykazał. Siedziała z opuszczonymi do kostek figami, nawet majtek nie chciało jej się wciągnąć na tyłek. Synek był w przedszkolu, ona odbierała zaległy urlop po tym, jak wróciła do Polski. Miała mieć turnus rehabilitacyjny, taki, jaki każdemu należy się po powrocie z misji – dwa tygodnie gdzieś w jednym z sanatoriów wojskowych.
Przypomniała sobie drogę powrotną do Polski. Najpierw ścięcie z oficerem na pokładzie „Czernickiego”, który bez pardonu kazał jej się przebrać i wyrzucić te „kacapskie łachy”, bo to jednostka Polskiej Marynarki Wojennej.
– Z szacunkiem, kapitanku, grzejesz tu dupę i tłuczesz hajs, kiedy inni narażają życie i ratują ludzi – rzuciła gogusiowi, tak że mu w pięty poszło. – Co mam tu paradować nago? – dodała. – Masz mundur dla mnie?
Zdębiał i nie wiedział, co odpowiedzieć.
– No masz, czy nie? – ponowiła pytanie.
– Nie – bąknął, zaskoczony najwyraźniej butą i hardością Klaudii.
– Będzie mundur dla mnie, a przypominam, z odpowiednim stopniem to się przebiorę, a teraz spierdalaj, muszę się odświeżyć – to mówiąc, minęła oficera z rozdziawioną gębą i poszła do wskazanej kajuty.
Nie znaleziono dla niej umundurowania do czasu przybycia do Polski. Rzucono jej rozmiar dla King-Konga, który oddała po kilku minutach. Paradowała w cywilnych ubraniach, ponieważ ten rosyjski mundur był już nieco nieświeży, a nie chciała zaogniać sytuacji na okręcie.
Z Brindisi we Włoszech, samolotem wojskowym NATO dotarła do Ramstein w Niemczech. Tam polscy przedstawiciele wręczyli jej niewielką sumę pieniędzy, będącą dietą, oraz bilety kolejowe do Polski. Przez Berlin dotarła do Warszawy, a stamtąd chłopaki z wywiadu zabrali ją do miejsca, gdzie przebywała rodzina.
Pamiętała to spotkanie z synkiem i rodzicami. Tuliła Radeczka tak mocno, że dziecko samo poprosiło, by je puściła. Zauważyła, że ojciec nieco posiwiał, a matka wydawała się starsza.
– Nie rób nam tego nigdy więcej, obiecaj – usłyszała od niej.
– Obiecuję, mamo, obiecuję – ledwo zdołała wypowiedzieć, płacząc jak bóbr.
– Masz, Raduś, to od pana, który mnie uratował – powiedziała, wręczając maluchowi emblemat „Wympieła”.
Dziecko bacznie przyglądało się logo. Coś mu najwyraźniej nie pasowało.
– To nie Sebastian cię uratował, on nosi inny – zauważył.
– Nie – odparła krótko.
Próbowała się skontaktować ze specjalsem, lecz zawsze albo odrzucał połączenia, albo był poza zasięgiem. Zdała sobie sprawę, że chyba go straciła. Ale czy naprawdę go kochała, teraz, gdy wiedziała, że jej prawdziwa miłość żyje?
„Jestem podłą suką” – tak siebie oceniła.
Dopiero, gdy po tygodniu wróciła do mieszkania i odwiedziła jednostkę w Babich Dołach, dowiedziała się, co się z nim stało. Spotkała „Pikora”.
– Zawiódł wtedy, jasno mu daliśmy do zrozumienia, że nie ma dla niego miejsca w naszej grupie. Miłość, miłością, ale to, co zrobił było poniżej krytyki. Dowództwo poszło mu na rękę, nic nie wpisali do akt, choć „Andkor” napisał stosowny meldunek. Służy teraz w 1. Specjalnym Pułku Komandosów i, z tego co wiem, zgłosił się na misję do Afganistanu – usłyszała.
– Błagam cię, zadzwoń do niego i daj mi z nim porozmawiać. Muszę mu pewne sprawy wyjaśnić – poprosiła.
– To nic nie da Klaudia, on się na wszystkich wypiął, nie odbiera telefonów, chuj wie, czy nie zmienił numeru, to nic nie da.
Wróciła do domu załamana. Miała zamiar jasno i wyraźnie powiedzieć mu, że to koniec, żeby nie wiązał z nią żadnych nadziei, że mogą pozostać przyjaciółmi, a to, co z nim przeżyła, jest dla niej ważne i pozostanie do końca życia. A on? Ujął się dumą i honorem, postanowił zamanifestować, jakim jest twardzielem, udowodnić, że też potrafi zabić, podświadomie próbując pokazać, że jest lepszy od Wiktora. Nie wiedział jednak, że nawet gdyby zgładził sto razy więcej osób, byłby na przegranej pozycji w walce o jej serce, ponieważ nigdy nie wyrzuciła Radka z pamięci, a żadne bohaterskie czyny ani poświęcenia nie dałyby Sebastianowi palmy pierwszeństwa.
Te dwie czerwone kreski jasno wskazały, że jest w ciąży. Co prawda to był test, obarczony błędem, lecz pamiętała, jak to było, gdy po raz pierwszy zaszła w ciążę. Prawie identyczne objawy, to samo samopoczucie.
Wybuchła głośnym płaczem, ryczała, wciskając twarz w dłonie. Po chwili wstała i naciągnęła majtki. Wyszła z łazienki, nie wiedząc, co teraz począć. To wszystko ją tak przytłoczyło, że czuła się, jakby na swoich wąskich barkach trzymała cały ziemski glob.
„Jezu, jaka ja jestem głupia, jaka głupia”.
Jednak nie to było najważniejsze. Przerażał ją fakt, że nie wiedziała, kto tak naprawdę jest ojcem dziecka. Kochała się z dwoma mężczyznami w przeciągu tygodnia i nie mogła wykluczyć żadnego z nich.
„Dziwka. Podła dziwka.”
Kręciła się po mieszkaniu bez celu, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Ciągłe wybuchy płaczu i spazmów nachodziły ją co chwila. Boże, jak teraz pragnęła, by Radek przytulił ją do siebie, pogłaskał po włosach, pocałował i powiedział, jak bardzo się cieszy, tak jak wtedy, gdy dowiedział się, że ta Rosjanka urodziła mu córeczkę.
„Dlaczego, dlaczego tak jest?”
Otarła łzy z oczu. Zdała sobie sprawę, że musi przyjąć to, co ją spotkało. Mogła zginąć, być zbiorowo zgwałcona. Udała się do sypialni i wyciągnęła z szafki zdjęcie Radka. Razem z fotografią wydobyła karteczkę z jego numerem telefonu. Nie namyślając się długo, zaczęła wybierać cyfry w aparacie.
W ostatniej chwili skasowała połączenie.
Przemieściła się do kuchni i włączyła radio.
♫ „Bo męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać.
Aż zrodzi się pod powieką inna łza, radości łza”. ♫
Głos Alicji Majewskiej i kawałek szlagieru przeszył ją od stóp do głów. Rozryczała się na dobre i płakała dobre kilkanaście minut.
Zapis z dziennika działań bojowych posterunku rozpoznania radioelektronicznego dotyczący niezidentyfikowanej transmisji radiowej UKF. Dotyczący działań niezidentyfikowanego obiektu morskiego osiem lat przed opisywanymi wydarzeniami.
„W okolicach przeprowadzanej akcji ratunkowej przez siły SAR wchodzące w skład 2. dywizjonu, na kilka minut przed przylotem śmigłowca typu Mi-2RN o sygnale rozpoznawczym „Hoplit 03” na częstotliwości 166,2 odnotowano wymianę radiową pomiędzy niezidentyfikowanym obiektem a przynajmniej dwoma lub trzema innymi obiektami:
„Mamy czekać”
„….” – (odbiór silnie zaszumiony).
„Jest dziesięć. Nie wiem, czy damy …. – (dalszy odbiór zakłócony).
……
„Po odlocie śmigłowca zanotowano wzmożoną wymianę radiową na częstotliwości 222,2”.
„Dawać, macie przejąć cel”
„Pierwszy przyjął”
„Drugi…( dalsza transmisja nie do odsłuchania.)
„Tu trzeci idę …, silne… – (zerwane połączenie).
„Będzie ciężko, mocne wiry, idzie na dno”.
„Wykonać, musimy przejąć”
„Duże ryzyko”
„Wykonać”
Po kilkunastu minutach dokładnie o…. zanotowano znów wymianę radiową w tym rejonie na wskazanej powyżej częstotliwości.
„Mamy, stan ciężki”
„Dawajcie, realizacja Tajfun 03”
„Mam go, trudno… – (dalsza transmisja silnie zakłócona).
(Dalsza transmisja zaszumiona, nie do odsłuchania).
Stosowny meldunek wysłano do DSO i nadrzędnej służby operacyjnej. Oficer operacyjny DSO kmdr ppor. Radziszewski polecił, by nie umieszczać tego w meldunku dobowym pracy ze względu na brak efektów namierzania, co nie jest zgodne z prawdą, gdyż dwa z trzech namierników mi podległych określiły zgrubnie lokalizację transmisji radiowej.
Wymiana radiowa przebiegała w języku rosyjskim, co wskazuje jasno na SZ Federacji Rosyjskiej.
Stworzył: st. chor. sztab. Maciej Czerski, dowódca posterunku.
Wyżej wymieniony meldunek nigdy nie trafił wyżej, owszem zameldowano coś takiego, ale nie w formie pisemnej i nigdzie nie odnotowano.
Po dziesięciu latach zgodnie z procedurami zniszczono wszelakie dokumenty jakimi są dzienniki działań bojowych oznaczone wtedy klauzulą „Tajne”.
jamer106
Jak Ci się podobało?