Strona „B”

15 września 2026

28 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

To jedno z trzech ostatnich opowiadań, które odkurzyłem w ciągu minionego miesiąca i które czekają jeszcze na publikację. Pochodzi jednak z zupełnie innego etapu mojego życia. Trochę inny klimat, trochę inny ja — mam nadzieję, że też znajdzie swoich czytelników!

Miłej lektury i pozdrawiam!

Na zdjęciach gramofon wyglądał lepiej niż w salonie. Wystarczyło przesunąć go o trzydzieści centymetrów, żeby poza kadrem zostały puste miejsce po regale, karton z kablami i ślad na ścianie po obrazie, którego nigdy nie lubiłam.

W ogłoszeniu napisałam: „Stan bardzo dobry. Możliwość sprawdzenia na miejscu”.

Mogłam równie dobrze dopisać, że na miejscu można też sprawdzić, jak wygląda sobota kobiety, która od pół roku jest rozwódką i nadal kupuje za dużo pomidorów. Na szczęście ograniczyłam się do sprzętu.

Sprzedawałam cały zestaw: gramofon, mały wzmacniacz, dwie kolumny i kilkanaście płyt. Sześćset pięćdziesiąt złotych, odbiór osobisty. Artur zostawił mi go razem z dużym stołem i zapewnieniem, że zawsze mogę zadzwonić, gdybym czegoś potrzebowała. Ze stołu korzystałam. Z zapewnienia nie.

Miałam trzydzieści trzy lata i dobrze sobie radziłam z większością rzeczy. Pracowałam, opłacałam rachunki, ostatnio nawet sama wymieniłam uszczelkę w kranie. Najgorzej szło mi ustalanie, co właściwie chcę robić po powrocie do domu. Zdarzało się, że przez godzinę siedziałam w kurtce nad telefonem. Potem zamawiałam jedzenie, chociaż w lodówce czekały te nieszczęsne pomidory.

Tamtej soboty postanowiłam przynajmniej pozbyć się nieużywanych rzeczy.

Pierwszy zainteresowany zaoferował trzysta i odbiór natychmiast. Drugi chciał sam wzmacniacz, ale z kolumnami i za cenę samego wzmacniacza. Trzeci napisał pełnym zdaniem, zapytał, czy mam pokrywę, i zaproponował szesnastą.

Wybrałam trzeciego.

Piętnaście minut przed umówioną godziną zorientowałam się, że szykuję mieszkanie, jakby razem z gramofonem miało zmienić właściciela. Schowałam suszarkę z praniem, starłam kurz ze stołu, ustawiłam równo buty w przedpokoju. Po czym jeden z nich celowo przekrzywiłam, bo zrobiło się zbyt porządnie.

Byłam w krótkiej, jasnej sukience z lekkiego materiału, na szerokich ramiączkach. Rano narzuciłam na nią cienką koszulę i zdążyłam już pobrudzić mankiet kawą. Przed dzwonkiem do drzwi podwinęłam oba rękawy, żeby wyglądało to na zamierzone.

— Michał — przedstawił się.

— Lena. Zapraszam.

Miał ciemne włosy, trochę za długie nad uszami, szarą koszulkę, granatowe spodnie i torbę przewieszoną przez ramię. Był dobrze zbudowany; nawet luźny T-shirt nie ukrywał szerokich barków. Z bliska okazał się znacznie młodszy, niż wyobrażałam sobie po wiadomościach. Nie wiem, dlaczego człowiek pytający o pokrywę gramofonu miałby automatycznie mieć pięćdziesiąt lat, ale najwyraźniej tak to sobie ustaliłam. Przez moment bardziej ciekawił mnie kupujący niż to, czy wreszcie pozbędę się sprzętu.

— Buty zdjąć?

— Nie trzeba.

Zauważył, że jestem boso, i zerknął na jasny dywan w salonie.

— Jednak zdejmę. Mam dzisiaj podejrzanie czyste sumienie, szkoda to zepsuć.

Przysiadł na brzegu ławki. Kiedy rozwiązywał sznurówki, zauważyłam plaster na kostce palca. Zwykły, lekko odklejony. Nie wyglądał jak człowiek przygotowany do robienia wrażenia. To mnie uspokoiło.

W salonie położył torbę przy fotelu i kucnął obok szafki.

— Wszystko jeszcze podłączone?

— Tak. Bałam się, że jeśli to rozłączę, już nigdy nie udowodnię, że działało.

— Rozsądnie.

Obejrzał pokrywę, przewody i zawiasy. Nie spieszył się, ale też nie cmokał z niezadowoleniem, żeby przygotować mnie na negocjacje. Przez moment patrzyłam na jego dłonie. Potem zajęłam się wyrównywaniem płyt w kartonie, chociaż od rana stały równo.

— Długo go masz?

— Siedem lat. Mniej więcej.

— I dlaczego sprzedajesz?

— Nie słucham.

Powiedziałam to tak szybko, że uniósł głowę.

— Jasne. Pytam głównie o to, czy coś przerywa albo trzeszczy.

— Nie. Ze sprzętem wszystko w porządku.

Na szczęście nie zainteresował się, z czym w takim razie było nie w porządku.

Wyjęłam pierwszą płytę z kartonu. Jeszcze przed południem starannie ułożyłam albumy, które miały odjechać. Osobno zostawiłam trzy swoje, choć nie bardzo wiedziałam, po co mi płyty bez gramofonu.

— Może ta? — zaproponowałam.

Popatrzył na okładkę.

— Do sprawdzania sprzętu dobra.

— A do słuchania?

Zawahał się.

— Powiedzmy, że krótko.

Roześmiałam się po raz pierwszy od jego wejścia.

— Nie musisz kupować razem z nią. Nie obrażę się.

— Najpierw sprawdźmy, czy gramofon przeżył.

Włączyłam wzmacniacz. Kiedy opuściłam ramię, z kolumn dobiegł cichy trzask, a po nim gitara. Oboje słuchaliśmy w skupieniu. Pomiędzy dźwiękami muzyki wyraźniej niż zwykle słyszałam lodówkę, czyjś prysznic za ścianą, autobus zatrzymujący się pod blokiem.

— Działa — powiedział w końcu.

— Mówiłam.

— Ty też wyglądasz na zaskoczoną.

Miał rację. Przez ostatnie miesiące sprzęt stał nietknięty. Wytarłam z niego kurz na potrzeby ogłoszenia, ale nie przyszło mi do głowy, żeby przed sprzedażą po prostu czegoś posłuchać.

Michał usiadł na dywanie i zaczął przeglądać okładki. Kucnęłam po drugiej stronie kartonu.

Po minucie zdrętwiała mi łydka, więc przysiadłam bokiem na dywanie i wyprostowałam nogę. Materiał sukienki podjechał wysoko na udzie; odsłoniętą skórę owiało chłodne powietrze. Wygładziłam sukienkę dopiero po chwili. Michał zdążył wrócić wzrokiem do okładki; trzymał ją do góry nogami. Przesunął się, robiąc mi więcej miejsca przy kartonie. Uśmiechnęłam się do niego. Nagle mniej się spieszyłam z pakowaniem.

— Te wszystkie są w cenie?

— Tak. Oprócz tamtych trzech na komodzie.

Wyciągnął album w niebieskiej okładce.

— Ten też?

— Ten szczególnie. Artur go uwielbiał.

Imię wyszło mi z ust wcześniej, niż zdążyłam zdecydować, czy chcę go tutaj wpuszczać.

Popatrzył jeszcze raz na okładkę.

— A ty?

— Co ja?

— Lubiłaś?

Chciałam powiedzieć, że nie. Zamiast tego przypomniałam sobie otwarte okno w mieszkaniu nad piekarnią i siebie siedzącą na podłodze z miską truskawek. Tamtej płyty słuchaliśmy latem, zanim kupiliśmy większy stół, zanim zaczęliśmy rozmawiać głównie o tym, kto odbierze przesyłkę i dlaczego znowu trzeba wymieniać ekspres.

— Niektóre kawałki — przyznałam.

Wyjął krążek z koperty, obejrzał go pod światło i podał mi.

— Sprawdźmy jeszcze ten. Pierwszy jest trochę porysowany.

Podniosłam się za szybko. Zahaczyłam kolanem o karton, a dwie okładki zsunęły się na podłogę. Schyliliśmy się po nie równocześnie i stuknęliśmy czołami.

— Przepraszam.

— To mój system alarmowy — powiedziałam, rozcierając czoło. — Działa na zbliżenie.

Uśmiechnął się, ale nie odsunął od razu. Przez moment byliśmy tak blisko, że zobaczyłam jaśniejsze plamki w jego tęczówkach. Potem zebrał płyty, a ja wstałam ostrożniej.

Miałam ochotę zajrzeć do lustra. Zirytowało mnie to bardziej niż uderzenie.

Zmieniłam płytę. Po kilku taktach poznałam utwór.

— O, ten — powiedziałam.

— Ten lubiłaś?

— Tak.

Nie dodał niczego. Dzięki temu mogłam go po prostu posłuchać.

— Napijesz się kawy? — zapytałam, kiedy usiadł w fotelu.

— Chętnie, jeśli robisz też sobie.

— Robię.

Nie robiłam. Po porannej obiecałam sobie, że do końca dnia będę pić wodę, ale była to obietnica złożona w zupełnie innych okolicznościach.

W kuchni wybrałam dwa jednakowe kubki, po czym jeden odstawiłam i wyjęłam inny. Znów przyłapałam się na urządzaniu jakiejś scenografii. Westchnęłam i nalałam kawę do tych, które stały najbliżej.

Kiedy wróciłam, Michał nie oglądał mieszkania ani zdjęć na półce. Siedział z głową opartą o fotel i wystukiwał palcem rytm na kolanie.

— Proszę.

Otworzył oczy.

Pochyliłam się, żeby podać mu kubek, i dopiero w połowie ruchu przypomniałam sobie, że akurat ta sukienka nie była projektowana z myślą o miseczce D. Dekolt odstawał przy każdym schyleniu, a z fotela trudno było tego nie zauważyć.

— Dzięki.

Przejął ode mnie kubek obiema rękami i zajrzał do środka z uwagą, na jaką ta kawa nie zasługiwała. Wyprostowałam się o sekundę później, niż powinnam. Usiadłam na końcu kanapy, podciągając jedną nogę pod siebie.

— Dla siebie kupujesz?

— Tak. Dostałem w zeszłym miesiącu trochę pieniędzy na dwudzieste trzecie urodziny. Miałem wymienić telefon.

Dwudzieste trzecie. Przez moment obracałam kubek w dłoniach. Przecież on był dziesięć lat młodszy. Może ten swobodny uśmiech brałam za coś, czym wcale nie był? Spojrzał na mnie znad kawy, wyraźnie czekając na odpowiedź. Przypomniałam sobie, że rozmawiamy o telefonie, nie o metrykach.

— Ale telefon jeszcze działa.

— Niestety bardzo dobrze. Nie dał mi żadnego argumentu.

Opowiedział, że od kilku lat kupuje pojedyncze płyty na targach i w antykwariatach, a później słucha ich u znajomego. Przyznał też, że raz wybrał album wyłącznie dla okładki i wytrzymał przy nim dziewięć minut.

— Dziewięć to bardzo konkretny wynik.

— Sprawdziłem, czy nie ustawiłem złej prędkości. Nie ustawiłem.

Zaśmiałam się z kubkiem przy ustach. Kawa kapnęła na sukienkę.

— Świetnie. Druga dzisiaj.

— Mogę udawać, że nie widziałem.

— Za późno. Już jesteś świadkiem.

Poszłam po ściereczkę. W przedpokoju minęłam lustro i jednak się zatrzymałam. Rozpuszczone włosy, nierówno podwinięte rękawy, plamka na sukience. Nie wyglądałam źle. Wyglądałam jak ktoś, kto nie szykował się na spotkanie.

Odwróciłam się bokiem i natychmiast przewróciłam oczami do własnego odbicia.

— Znalazłaś? — dobiegło z salonu.

— Tak, już.

Miałam w szafie inne sukienki. Wiedziałam nawet dokładnie, którą mogłabym założyć. Wróciłam jednak w tej samej.

Rozmowa zeszła na pracę. Od roku projektował opakowania w niewielkiej firmie i potrafił z autentycznym przejęciem opowiadać o kartonie, którego nikt nie umiał otworzyć bez noża. Kiedy powiedziałam, że pracuję w księgowości, nie zrobił miny sugerującej koniec interesujących tematów.

— W takim razie muszę cię zapytać o jedną rzecz.

— Nie wiem, czy możesz wrzucić gramofon w koszty.

— Właśnie o to.

Płyta się skończyła i ramię gramofonu wróciło na podstawkę. Michał odstawił kubek.

— Biorę. Jeśli oferta nadal aktualna.

Nagle przypomniałam sobie, po co przyszedł.

— Oczywiście.

Wyjął telefon. Sprawdziliśmy numer rachunku, zrobił przelew i poczekał, aż zobaczę pieniądze u siebie. Sześćset pięćdziesiąt złotych. Cała rozmowa zajęła mniej niż minutę.

— Przywiozłem koc do owinięcia pokrywy — powiedział. — Jest w samochodzie. Zaraz przyniosę.

Samochód stał na parkingu dla gości, za blokiem. Wpuściłam go tam wcześniej przez domofon, więc nie musiał biec do parkomatu ani wracać przed upływem godziny. Mimo to zerknęłam na zegar. Dochodziła siedemnasta.

Podniósł torbę.

I wtedy zrozumiałam, że za chwilę wszystko będzie bardzo proste: odłączy przewody, schowa płyty, zniesie sprzęt do samochodu. Ja zostanę z wolną szafką, kubkami do umycia i dwoma pomidorami mniej, jeśli rzeczywiście zrobię sobie kolację.

— A druga strona? — zapytałam.

Spojrzał na gramofon.

— Możemy sprawdzić.

— Nie o sprawdzanie mi chodzi.

Powiedziałam to ciszej, ale nie na tyle cicho, żeby mógł nie usłyszeć.

Przez chwilę patrzył na mnie z torbą w ręce. Potem postawił ją z powrotem przy fotelu.

— To chętnie posłucham.

Odwróciłam płytę. Przy opuszczaniu ramienia drżały mi palce, więc podparłam się drugą dłonią o krawędź szafki. Liczyłam, że tego nie zauważy. Jeśli było inaczej, dyskretnie zachował to dla siebie.

Może zachował dla siebie coś jeszcze.

Później, wracając myślą do tej chwili, próbowałam zobaczyć ją z jego miejsca. Widziałam kobietę pochyloną nad niską szafką, z jedną dłonią opartą o krawędź. Jej krótka sukienka podjeżdżała z tyłu, gdy przenosiła ciężar na palce stóp. Przez sekundę, może dwie, widać było brzeg bielizny i jasną linię tam, gdzie udo przechodziło w pośladek. Twarz zasłaniały włosy. Całą uwagę skupiała na ramieniu gramofonu, a przez tę nieporadną ostrożność wszystko trwało odrobinę dłużej.

W moim wyobrażeniu Michał nie odwracał wzroku. Stał przy torbie, którą przed chwilą odstawił, i patrzył. Nie podchodził, nie odchrząkiwał, nie dawał mi powodu, żeby się obejrzeć. Miał jeszcze chwilę, zanim igła trafi w rowek, a ja się wyprostuję. Dopiero wtedy przesuwał ciężar z nogi na nogę i odwracał głowę ku oknu.

Nie wiedziałam, czy naprawdę patrzył tak długo. Tę część dopowiadałam już sobie sama — i nie całkiem bez przyjemności.

Wtedy czułam tylko chłód z tyłu ud i krawędź szafki pod palcami. Z głośników dobiegł trzask, po nim pierwsze takty. Wyprostowałam się i odwróciłam. Michał patrzył już w okno, jakby coś na dziedzińcu wymagało jego pełnej uwagi.

Tym razem usiadł na kanapie.

Nie tuż przy mnie. Zostawił odstęp na tyle duży, że mogłam uznać go za przypadkowy, i na tyle mały, że przez pierwszą minutę myślałam wyłącznie o tym skrawku kanapy.

— Ten album możesz zatrzymać — powiedział. — Naprawdę kupuję głównie sprzęt.

— Sprzedałam ci go przed chwilą.

— Oddam za kawę.

— Przepłacisz. To kawa z puszki.

— Wiedziałem. Nie chciałem psuć atmosfery.

Szturchnęłam go łokciem. To był drobny gest, odruch, jakich dawniej wykonywałam dziesiątki bez zastanowienia. Dopiero kiedy nie odsunął ramienia, poczułam zakłopotanie.

Wziął kubek, zajrzał do środka i odstawił go z powrotem. Wyglądał przez moment na równie zajętego własnymi rękami jak ja.

To pomogło.

Oparłam się wygodniej.

Nie rozmawialiśmy bez przerwy. Jeden utwór przesiedzieliśmy w milczeniu. Przy następnym zaczęliśmy spór, bo Michał uważał, że najlepsze były pierwsze nagrania zespołu, a ja nie rozumiałam, dlaczego wszystko koniecznie musi być dobre, zanim zrobi się popularne.

— Nie wszystko — bronił się.

— Ale akurat wszystko, co ja znam.

— To źle wygląda, przyznaję.

Za oknem przesunęło się popołudniowe słońce. W salonie zrobiło się ciepło. Zdjęłam koszulę i przewiesiłam ją przez oparcie. Spod sukienki wysunęło się ramiączko stanika. Poprawiłam je trochę zbyt pospiesznie. Kiedy podniosłam głowę, Michał patrzył na mnie. Nie na płytę, o której jeszcze przed chwilą mówił.

Zauważył, że go przyłapałam, i urwał w połowie zdania.

— Co? — zapytałam.

— Zgubiłem myśl.

Mogłam mu pomóc. Wiedziałam, o czym opowiadał. Zamiast tego upiłam ostatni łyk zimnej kawy i pozwoliłam, żeby przez moment nie miał się za czym schować.

Uśmiechnął się pierwszy.

— Bardzo taktownie z twojej strony.

— Staram się.

Płyta zdążyła się skończyć, ale tym razem żadne z nas nie spojrzało na gramofon.

Później zapytał o fotografię stojącą na komodzie. Nie tę ślubną; takiej nie było tam od dawna. Na zdjęciu miałam krótkie włosy i trzymałam ogromną papierową rybę, z którą występowałam kiedyś w studenckim przedstawieniu.

— Grałaś rybę?

— Nie. Matkę głównego bohatera.

Spojrzał na mnie z tak szczerym niezrozumieniem, że musiałam opowiedzieć mu całą scenę. Sama nie pamiętałam, kiedy ostatnio o niej mówiłam. Przy końcu śmiałam się już tak bardzo, że nie potrafiłam dokończyć zdania.

Słuchał, oparty bokiem o kanapę. Nie poprawiał puenty. Nie dopowiadał, co na pewno wydarzyło się później. Kiedy przestałam mówić, nadal się uśmiechał.

— A rybę masz?

— Niestety nie. Rozpadła się jeszcze przed sesją.

— Szkoda. Miałbym co opowiadać o sprzedającej.

Spojrzałam na puste kubki.

— Jesteś głodny?

— Trochę.

— Mam makaron. Nie wiem jeszcze z czym, ale pomidory na pewno.

— Brzmi jak plan.

— Plan to za dużo powiedziane. Możesz się jeszcze wycofać.

Wstał.

— Pokaż, co trzeba pokroić.


W kuchni stał obok mnie na tyle blisko, że przesuwając się do szuflady, musiałam poprosić go o kawałek miejsca. Zamiast kolejnego przepraszania zaczęliśmy sobie wydawać krótkie polecenia: nóż, durszlak, talerze. Kiedy otworzył niewłaściwą szafkę, zobaczył sześć pudełek herbaty.

— Kolekcjonujesz?

— Próbuję znaleźć taką, która smakuje jak opis na opakowaniu.

— I?

— Nadal szukam.

Przed krojeniem pomidorów wymienił odklejony plaster na świeży, który znalazłam w szufladzie. Okazało się, że skaleczył się przy otwieraniu przesyłki z próbkami opakowań. Wyśmiałam go za brak zawodowej konsekwencji. Przyjął to z godnością ograniczoną do jednego obrażonego spojrzenia.

Zabrał się za pomidory, a ja stanęłam na palcach, sięgając po miskę z górnej półki. Sukienka zaszeleściła i podsunęła się wysoko. Stringi włożyłam rano z powodów czysto praktycznych: pod tak cienkim materiałem odznaczało się wszystko inne. Z miejsca przy desce mógł jednak zobaczyć dolny łuk pośladka i cienki pasek bielizny.

Zauważyłam, że przestał kroić, choć pomidor nadal czekał pod nożem. Nie opuściłam pięt od razu. Miska stała przecież w głębi półki.

— Nie stój tak z ostrzem — powiedziałam. — Drugiego palca już nie naprawiam.

Spojrzał na deskę i parsknął śmiechem. Odłożył nóż i przejął miskę. Dotknęłam jego ramienia, przesuwając się obok. Poczułam pod dłonią mięsień napięty przy tym zwyczajnym ruchu. Podobało mi się to. Wróciłam do makaronu z uśmiechem, którego nie próbowałam już ukrywać.

Zjedliśmy przy dużym stole, tym samym, który po rozwodzie został mi razem z gramofonem. Zwykle siadałam na końcu najbliżej kuchni. Teraz zajęliśmy środek, naprzeciwko siebie, między solniczką a stosem poczty, którego wcześniej nie zdążyłam schować.

— Mieszkasz tu długo? — zapytał.

— Sześć lat.

— Lubisz tę okolicę?

— Bardzo. Przez chwilę myślałam, żeby się wyprowadzić, ale nie chciało mi się uczyć wszystkiego od nowa. Gdzie jest dobry chleb, do której działa warzywniak…

Przerwałam, obracając widelec w palcach.

— Rozwiodłam się pół roku temu. Dlatego sprzedaję część rzeczy.

Przyjął to bez zdumienia i bez współczującego przechylenia głowy, którego zdążyłam szczerze znienawidzić.

— A gramofon był jego?

— Kupiliśmy go razem. Wybrałam ten, bo mi się podobał. Później głównie on słuchał.

— Miał więcej czasu?

— Głośniejsze zdanie.

Uśmiechnął się krótko. Odłożyłam widelec.

— To brzmi gorzej, niż było. Nie wszystko było złe.

— Nie musisz mi tego tłumaczyć.

Nie dopytywał. Mogłam skończyć na tym jednym zdaniu, ale chciałam jeszcze coś powiedzieć.

— Odszedł do kogoś innego. Potem wszyscy próbowali mi udowodnić, że to dobrze. Że teraz mam nowe możliwości, wolność i cały świat przede mną.

— A ty chciałaś, żeby dali ci spokój?

— Żeby choć jedna osoba przyznała, że to jest po prostu przykre.

Spojrzał mi w oczy.

— Jest.

Przytaknęłam. Przez otwarte okno dochodził szum ulicy. Nagle poczułam ogromną wdzięczność, że nie usłyszę za chwilę żadnego „ale”.

Po chwili pokazał widelcem na półmisek.

— Mogę jeszcze?

— Proszę. Wreszcie ktoś mi pomoże z pomidorami.

Przy dokładce opowiedział o swoim poprzednim mieszkaniu, w którym kuchnia mieściła się częściowo w korytarzu. Żeby otworzyć piekarnik, trzeba było zamknąć drzwi wejściowe. Jego związek skończył się tam rok wcześniej, ale nie próbował zestawiać naszych historii. Rozmawialiśmy o mieszkaniu, absurdalnym czynszu i sąsiadce, która rozpoznawała lokatorów po odgłosie klucza.

Gdy zbierałam talerze, było już po dziewiętnastej.

— Miałeś jakieś plany na wieczór? — zapytałam.

— Podłączyć gramofon.

— To akurat zrobione.

— Rzeczywiście. Zostało posłuchać płyt i coś zjeść.

Spojrzałam na talerze w swoich rękach.

— Bardzo sprawnie ci idzie ta sobota.

Wziął ode mnie naczynia i zaniósł je do zlewu. Spotkaliśmy się przy drzwiach do kuchni, kiedy wracał do stołu. Przez całe popołudnie co jakiś czas znajdowaliśmy się blisko siebie, zawsze przy okazji czegoś innego. Teraz niczego nie trzeba było podawać ani przesuwać.

Opuścił wzrok na usta, potem znów spojrzał mi w oczy.

Nie uciekłam wzrokiem.

Położyłam dłoń na jego ramieniu i przyciągnęłam go do siebie. Pocałunek był na początku trochę nieporadny. Zderzyliśmy się nosami, odsunęliśmy na moment, oboje z tym samym zakłopotanym uśmiechem. Za drugim razem już nic nam nie przeszkodziło.

Gdy się odsunęłam, nadal trzymał mnie za rękę.

— Dobrze, że nie wymieniłem telefonu — powiedział cicho.

Roześmiałam się i oparłam czoło o jego policzek.

— Nie psuj.

— Przepraszam.

Pocałowałam go jeszcze raz, zanim zdążył wymyślić coś gorszego.


Wróciliśmy do salonu. Zamiast niebieskiego albumu wybrałam jedną z trzech płyt odłożonych na komodę. Michał popatrzył na okładkę, ale tym razem zostawił swoją opinię dla siebie.

Położyłam płytę na talerzu i znów pochyliłam się nad niską szafką. Tym razem od razu poczułam, jak materiał podjeżdża z tyłu aż do brzegu stringów. Michał siedział na kanapie. Z tej wysokości mógł widzieć więcej niż wcześniej, gdy stał przy fotelu.

Nie przytrzymałam sukienki. Opuściłam ramię, poczekałam na trzask i pierwsze takty, po czym powoli się wyprostowałam. Odwróciłam się do Michała. Nie patrzył w okno.

Usiadłam obok, już bez pustego miejsca między nami. Przez materiał spodni czułam ciepło jego uda. Nie potrafiłam skupić się na niczym innym. Grała wybrana przeze mnie płyta, ale słowa przestały mieć znaczenie. Siedzieliśmy ramię w ramię, a on oddychał nieco szybciej niż wcześniej.

Odwrócił się do mnie. Czekał. Robiłam to samo od godziny, tyle że teraz żadne z nas już tego nie ukrywało.

— Chodź — powiedziałam cicho.

Wstałam pierwsza, wzięłam go za rękę i poprowadziłam do sypialni.

— Gramofon ciągle gra — zauważył w progu.

— Niech gra.

Nie zapaliłam światła. Przez uchylone drzwi wpadał z salonu pomarańczowy blask wieczoru. Wystarczał, żeby widzieć zarysy, ale nie czuć się obserwowaną.

Stanął przy łóżku i przyciągnął mnie do siebie. Tym razem całował dłużej niż w kuchni. Objął mnie dłonią za szyję, kciuk oparł pod żuchwą i powoli przesuwał opuszką po skórze. Pocałował mnie w kącik ust, w policzek, za uchem. Oparłam się o jego ramię. Wolną dłonią gładził mi plecy wzdłuż kręgosłupa.

— Jesteś pewna? — zapytał cicho, tuż przy uchu.

Zamiast odpowiedzieć, pociągnęłam go za kołnierz koszulki i pocałowałam mocniej, z językiem. To wystarczyło.

Zdjął mi sukienkę. Stałam przed nim w bieliźnie i przez sekundę poczułam dawny odruch: zrobić żart, odwrócić uwagę, schować się za czymś. Potem spojrzałam mu w twarz. Nie znalazłam w niej oceny, której się obawiałam.

— Ty też — powiedziałam.

Rozbierał się niezgrabnie. Koszulka zahaczyła o zegarek; zaklął pod nosem, a ja się roześmiałam. On też. W tym śmiechu ustąpiło napięcie, które brało się z lęku.

Wszedł na łóżko i przyciągnął mnie za nadgarstek. Położyłam się na plecach, a on zawisł nade mną, oparty na przedramionach. Patrzyliśmy na siebie. Miał potargane włosy i zmarszczone z koncentracji czoło, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół.

Pocałował mnie w szyję, obojczyk i górną część piersi. Dłonie miał ciepłe, opuszki nieco szorstkie. Rozpiął biustonosz z przodu, jednym sprawnym ruchem. Zaskoczyło mnie to. Chyba znów niepotrzebnie pomyślałam o wieku. Miał przecież własne życie, którego jeszcze nie znałam. Nie musiałam być dla niego pierwsza.

Kiedy objął ustami sutek, gwałtownie wciągnęłam powietrze. Nie starałam się już być cicho. Język zataczał powolne kręgi, potem przyspieszył, a dłoń zsunęła się po brzuchu pod brzeg bielizny. Poczułam palce w miejscu, które było wilgotne, zanim jeszcze mnie dotknął. Odruchowo zakryłam twarz.

— Nie chowaj się — powiedział cicho.

Odsunął mi rękę od twarzy i pocałował mnie w policzek, potem w powiekę.

— Jesteś piękna.

Proste słowa, prawie banalne. Uwierzyłam mu jednak na tę jedną noc.

Zdjął mi bieliznę, a potem wstał i rozebrał się do końca. Patrzyłam na niego bez pośpiechu. Był mocno zbudowany, z wąskimi biodrami i bladą skórą na brzuchu. Penis w erekcji unosił się ku brzuchowi. Gdy zauważył, że patrzę, nie odwrócił wzroku. Pozwolił mi się przyglądać.

— Wracaj — powiedziałam.

Wszedł na łóżko, rozsunął mi nogi kolanem i położył się nade mną. Czułam między udami jego ciepło i twardość przyciśniętą do podbrzusza. Leżeliśmy tak przez chwilę, blisko, oddychając tym samym powietrzem. Potem sięgnął do spodni odłożonych na krzesło, wyjął prezerwatywę i otworzył opakowanie. Patrzyłam, jak ją zakłada. Przez moment palce nie chciały go słuchać; miałam ochotę po prostu go przytulić.

— Gotowa? — zapytał, kiedy skończył.

— Od dawna.

Wszedł we mnie powoli, dużo wolniej, niż się spodziewałam. Stopniowo się rozluźniałam. Nie było bólu, tylko głębokie uczucie wypełnienia, jakby coś we mnie otwierało się po długim czasie. Gdy znalazł się we mnie cały, wciągnęłam powietrze. Znieruchomiał, oparty na łokciach, i zetknęliśmy się czołami.

— Dobrze? — szepnął.

Pokiwałam głową, nie ufając głosowi. Pierwszy ruch był krótki, ostrożny, sprawdzający. Kolejny — dłuższy. Poruszał biodrami w regularnym rytmie, bez pośpiechu. Uniosłam nogi i objęłam go nimi, przyciągając głębiej. Zrozumiał bez słowa. Przyspieszył lekko, oddech stał się głośniejszy, urywany.

Pocałował mnie, po czym odchylił głowę. W półmroku widziałam napiętą szyję i ramiona. Na skupionej twarzy pojawił się grymas wysiłku. Zacisnął dłonie na prześcieradle po obu stronach poduszki, a ja uniosłam biodra, dopasowując się do rytmu.

— Lena — wymamrotał.

Tylko moje imię, a zabrzmiało tak, jakby znaczyło coś więcej.

Poczułam, że zbliżam się do orgazmu: ciepło w dole brzucha, napięcie, które dopiero zapowiadało przyjemność. Zsunęłam dłoń między nasze ciała i dotknęłam się lekko bokiem palca. Spojrzał w dół. Kiedy zobaczył, co robię, zaczął poruszać się gwałtowniej, bardziej zdecydowanie.

— Tak — powiedział.

Nie wiedziałam, czy to prośba, czy pochwała.

Doznanie narastało falami, początkowo łagodnymi, potem coraz silniejszymi. Zacisnęłam się wokół niego; mięśnie pulsowały tak mocno, że zagryzłam wargę, żeby nie krzyknąć. On też to poczuł. Ruchy stały się chaotyczne, głębsze. Kiedy jeszcze drżałam, napiął się, znieruchomiał i jęknął mi cicho do ucha.

Leżeliśmy tak przez dłuższą chwilę. Czułam na sobie ciężar ciała, a palce trzymałam w potarganych włosach. Serce nadal biło mu szybko. Właśnie to poruszyło mnie najmocniej: nie orgazm, lecz wyczuwalne bicie serca człowieka, który naprawdę był przy mnie.

— Dawno tak długo się nie kochałem — powiedział w końcu zmęczonym, zadowolonym głosem.

— To dobrze czy źle?

— Nie chciałem, żeby się skończyło.

Uśmiechnęłam się w ciemności. Wysunął się ostrożnie, zdjął prezerwatywę, zawiązał ją i wyrzucił do kosza. Wrócił do łóżka i przyciągnął mnie plecami do siebie. Ułożyłam głowę na jego ramieniu, a wolną dłoń położył mi na brzuchu. Było w tym coś zaborczego, co mi nie przeszkadzało.

Z salonu nie dochodziła już muzyka. Zasnęłam wtulona w niego, zanim zdążyłam pomyśleć o wyłączeniu wzmacniacza.


Obudził mnie dotyk na udzie. Nie sprawdziłam godziny. Na szafce czerwieniły się cyfry budzika, a przez okno wpadało słabe światło z ulicy. Leżałam na brzuchu, Michał obok, na boku. Palcami wodził od kolana wyżej, powoli, jakby sprawdzał, czy śpię. Już nie spałam. Czekałam, co zrobi dalej.

Dłoń przesunęła się na wewnętrzną stronę uda i zatrzymała tuż przed miejscem, które już pulsowało. Poczułam na szyi gorący, przyspieszony oddech. Nie odwróciłam się.

— Śpisz? — szepnął.

— Sprawdzasz?

— Tak.

Dotknął mnie lekko palcem wskazującym. Drgnęłam. Byłam wilgotna, gotowa; usłyszałam, jak cicho wciąga powietrze przez zęby.

— Odwróć się — powiedział.

Nie zrobiłam tego od razu. Przysunął się bliżej i poczułam erekcję przy udzie. Uśmiechnęłam się w ciemności. Podobało mi się, że nie próbował szukać pretekstu dla tej bliskości.

Powoli obróciłam się na plecy. Nad sobą zobaczyłam zarys twarzy i czujne spojrzenie, jakby po krótkim śnie chciał mi się na nowo przyjrzeć.

— Chcę cię zobaczyć — powiedział.

Wstał i wyciągnął do mnie rękę. Ujęłam ją, podniosłam się z łóżka i pozwoliłam poprowadzić pod ścianę. Oparłam plecy o chłodną powierzchnię. Stanął przede mną tak blisko, że czułam ciepło, choć jeszcze mnie nie dotykał.

— Ręce do góry — poprosił cicho.

W głosie pojawiła się pewność, której wcześniej nie słyszałam. Podniosłam ręce i oparłam dłonie o ścianę. Zbliżył się; poczułam wzwód przy brzuchu. Przesunął dłonie od nadgarstków, wzdłuż ramion i boków, aż do bioder. Robił to powoli, jakby chciał zapamiętać kształt ciała.

Potem uklęknął.

Ujął mnie za uda i lekko je rozsunął. Pocałował mnie w brzuch, poniżej pępka, potem po wewnętrznej stronie jednego uda i drugiego. Zarost drapał skórę; przycisnęłam palce do ściany.

Kiedy wreszcie dotknął mnie językiem, jęknęłam głośno. Zamarł na sekundę, po czym powtórzył ruch, dłużej, szerzej. Ciepły język przesuwał od dołu ku górze, bez pośpiechu. Później skupił się na łechtaczce. Od drobnych, szybkich ruchów zaczęły mi drżeć nogi.

Jedną dłonią obejmował udo, drugą wsunął między nogi. Palec wszedł we mnie łatwo. Poruszał nim w rytm ruchów języka, a ja musiałam mocniej oprzeć się o ścianę, żeby nie osunąć się na kolana. Biodra zaczęły podążać za pieszczotą.

— Michał — wyszeptałam.

W tym imieniu zmieściły się ostrzeżenie, prośba i podziękowanie.

Przyspieszył. Językiem poruszał bardziej zdecydowanie, a palcem zataczał we mnie kręgi, odnajdując miejsce, przez które zaciskałam powieki. Zbliżałam się szybko, zbyt szybko; chciałam przeciągnąć przyjemność, ale nie umiałam już nad nią zapanować. Napięcie narastało, aż ustąpiło gwałtownej fali. Zacisnęłam uda wokół jego głowy, drżąc i wydając z siebie urywane dźwięki. Nie przestał. Dotykał mnie językiem delikatniej, dopóki nie minęły skurcze.

Gdy się odsunął, kolana miałam miękkie. Osunęłam się trochę po ścianie i spojrzałam w dół. Nadal klęczał przede mną, z wilgotną twarzą i lekko obrzmiałymi ustami. Wyglądał na zadowolonego, ale jeszcze nienasyconego.

— Twoja kolej — powiedział, wstając.

Nie musiał prosić. Pociągnęłam go za rękę do łóżka i lekko popchnęłam, żeby usiadł na brzegu. Uklękłam między kolanami. Penis był twardy, lekko pulsował, skóra na żołędzi napięta. Objęłam go dłonią u nasady, pocałowałam wewnętrzną stronę uda i przesunęłam usta wyżej.

Powoli wzięłam do ust samą żołądź, obwodząc ją językiem. Głośno wciągnął powietrze i zacisnął dłoń na prześcieradle. Cofnęłam się na chwilę, żeby spojrzeć mu w twarz. Głowę miał odchyloną, szyję napiętą. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się z wysiłkiem.

Ten uśmiech mnie podniecił. Przyjęłam go głębiej, na tyle, na ile mogłam, i zaczęłam poruszać się rytmicznie. Dłonią podążałam za ruchem ust. Słyszałam coraz szybszy, urywany oddech. Położył mi rękę na głowie. Nie popychał, po prostu dotykał, jakby potrzebował kontaktu.

— Lena, zatrzymaj się — powiedział w końcu zachrypniętym głosem. — Chcę być w tobie.

Wstałam. Przyciągnął mnie na kolana, tak że usiadłam na nim okrakiem. Wszedł we mnie od razu, głęboko; oboje jęknęliśmy. Chwycił mnie mocniej za biodra, a ja objęłam go nogami za plecami, przyciągając bliżej.

Unosiłam się i opadałam, on wypychał biodra w górę. Z każdym ruchem czułam go w całości. Wtulił twarz w zagłębienie szyi i oddychał mi gorąco na skórę. Trzymałam go za ramiona, wyczuwając pod palcami pracę mięśni.

— Tak — powtarzał. — Tak, tak.

Przyspieszyłam. Uda piekły z wysiłku, lecz nie chciałam przestać. Przyjemność znowu narastała, tym razem głębsza, rozlewająca się wolniej. Orgazm przyszedł długą falą. Zacisnęłam się na nim i poczułam, że on też przestaje panować nad sobą. Palce wbiły mi się w biodra, gdy się napiął. Czułam pulsowanie i ciepło, które mnie wypełniało.

Leżeliśmy potem na łóżku, ja na nim, on nadal we mnie, oboje zdyszani. Leniwie gładził mi plecy. Słuchałam, jak serce stopniowo zwalnia.

— To było… — zaczął i urwał.

— Wiem.

Nie musiał kończyć. Zasnęliśmy ponownie.


Rano obudziłam się pierwsza.

Przez kilka sekund patrzyłam na obce ramię na poduszce, zanim przypomniałam sobie wieczór i noc. Michał spał na brzuchu, z twarzą zwróconą w stronę okna. Wyglądał zwyczajnie. Nawet trochę śmiesznie, bo kosmyk włosów sterczał mu prawie pionowo.

Wstałam ostrożnie, żeby go nie obudzić. W zlewie czekały nieumyte talerze, na kanapie leżała koszula, na stoliku dwa kubki. Gramofon nadal zajmował szafkę pod ścianą. Pierwszy raz od dawna bałagan nie wydał mi się dowodem, że z czymś sobie nie radzę. Zaparzyłam herbatę, po czym stwierdziłam, że potrzebuję prysznica.

Łazienka była mała. W wannie brałam wyłącznie prysznic; na dłuższe leżenie wydawała mi się zbyt krótka i wąska. Pamiętałam też Artura, który potrafił godzinami czytać w niej gazetę. Zdjęłam koszulkę Michała, narzuconą przed ponownym zaśnięciem, i weszłam pod strumień wody.

Z początku była niemal za gorąca, tak jak lubiłam. Stałam z zamkniętymi oczami, czując ciepło na plecach i udach. Myłam się bez pośpiechu płynem pachnącym cytryną i ziołami. Przez moment zapomniałam, że w mieszkaniu jest ktoś jeszcze.

Drzwi skrzypnęły, kiedy już spłukałam pianę. Nie odwróciłam się od razu. Słyszałam niepewne kroki po kafelkach.

— Lena?

— Jestem tu.

Przez półprzezroczystą zasłonę zobaczyłam, jak się rozbiera. Odsunął jej brzeg. Stał przede mną nagi, zaspany, z włosami sterczącymi we wszystkie strony. Uśmiechnął się.

— Mogę?

— Chodź.

Wszedł do wanny i zasunął zasłonę. Zrobiło się ciasno. Stanął plecami do strumienia, osłaniając mnie od wody, i przyciągnął do siebie. Gdy się przytuliłam, poczułam między naszymi brzuchami ciepłe napięcie budzącej się erekcji.

— Niewiele spałeś — powiedziałam, odgarniając mu włosy z czoła.

— Wystarczająco.

Objął mnie za mokre biodra. Poruszał się powoli, leniwie. Pocałował mnie w czoło, w powiekę, w kącik ust. Czułam, jak twardnieje między nami.

— Odwróć się — powiedział.

Oparłam dłonie o ścianę nad wanną. Woda spływała na kark i plecy. Stanął za mną, ujął mnie za biodra i wszedł powoli, nabierając przy tym powietrza.

Było inaczej niż w łóżku. Głębiej, bardziej bezpośrednio. Poczułam mocniejszy uścisk na biodrach. Poruszał się wolno, regularnie, bez nocnego pośpiechu.

Woda spływała między nami. Słyszałam szum, oddechy i własne ciche jęki. Przy każdym ruchu przywierał brzuchem do pleców. Oparłam czoło o ścianę i zamknęłam oczy; napięcie rosło powoli.

Sięgnął dłonią przede mnie i zaczął zataczać palcem kręgi wokół łechtaczki. To połączenie doznań przytłaczało mnie tak mocno, że przycisnęłam palce do kafelków.

— Dobrze? — szepnął mi do ucha.

— Tak. Nie przestawaj.

Przyspieszył nieznacznie, ale poruszał się już bardziej zdecydowanie. Palec kreślił coraz szybsze kręgi. W dole brzucha narastało ciepło, a po ciele rozchodziło się znajome napięcie. W końcu doszłam, długo drżąc i zaciskając się wokół niego. Napiął się, pchnął głęboko i znieruchomiał. Czułam pulsowanie; woda szumiała dalej.

Objął mnie od tyłu. Staliśmy pod strumieniem, który opłukiwał nas oboje. Leniwie gładził mnie po ramionach i piersiach.

— Zaparzyłam herbatę — powiedziałam w końcu.

— Zdąży wystygnąć.

— Zdąży.

Wyszliśmy z wanny i przez chwilę próbowaliśmy wytrzeć się tym samym, zbyt małym ręcznikiem. Podbieraliśmy go sobie, śmiejąc się, aż Michał wziął mnie za rękę i poprowadził do kuchni, wciąż nagi i wilgotny.

Herbata była już letnia. Wyjęłam chleb i zaczęłam kroić ostatniego pomidora.

— Czyli jednak udało się je zużyć — powiedział.

— Nie zapeszaj. Jeszcze jeden plaster może zostać.

Pocałował mnie w policzek. Oparłam się o niego na krótką chwilę, po czym podałam mu talerze.

Zanim usiedliśmy do stołu, wróciliśmy do sypialni po ubrania. Włożyłam wczorajszą sukienkę. Do śniadania zrobiłam świeżą kawę.

Przy śniadaniu nie ustalaliśmy, co to znaczy. Opowiedział, że po południu umówił się z bratem na rower i że zapewne będzie musiał poprosić o łatwiejszą trasę, bo niewiele spał. Ja obiecałam zadzwonić do siostry. Te drobne plany uspokajały mnie bardziej niż wielkie zapewnienia.


Po kawie poszedł po koc do samochodu.

Kiedy wrócił, pomogłam mu odłączyć zestaw. Przewody zwinęliśmy osobno, płyty ustawiliśmy w kartonie. Niebieski album został na stole, obok trzech moich.

— Na pewno? — zapytałam.

— Na pewno. Ale będziesz musiała znaleźć sposób, żeby go posłuchać.

— Podstępne.

— Trochę.

Przy ostatnim zejściu niosłam za nim jedną z kolumn. Na zakręcie poprawiłam chwyt i oparłam ją wyżej o biodro. Michał zatrzymał się dwa stopnie niżej. Poczułam, że przy unoszeniu kolumny podciągnęła mi się sukienka. Podniósł wzrok, przyjrzał mi się przez chwilę i znów spojrzał pod nogi. Nie poprawiłam sukienki. Mocniej objęłam kolumnę i zeszłam za nim.

Na parkingu było już ciepło. Ktoś trzepał dywan, z otwartego okna dochodził zapach smażonej cebuli. Przez moment pomyślałam, że wyglądamy jak dwoje ludzi, którzy od rana robią zwyczajne niedzielne porządki.

Michał ułożył gramofon w bagażniku i zamknął klapę.

Nie sięgnął od razu po kluczyki.

— W czwartek mam wolny wieczór — powiedział. — Chciałbym cię zaprosić. Możemy coś zjeść, a potem posłuchać tej płyty.

Nie obiecywał mi, że już nigdy nie spędzę soboty sama. Zapraszał na czwartek. To było coś, na co umiałam odpowiedzieć.

— Mogę przynieść jeszcze jedną?

— Zależy którą.

— Tę, której nie skomentowałeś wczoraj.

Zamknął oczy z udawanym cierpieniem.

— Dobrze. Ale wybieram jedzenie.

— Umowa.

Pocałował mnie na pożegnanie. Tym razem nie zderzyliśmy się nosami.

W mieszkaniu najpierw spojrzałam na pustą szafkę. Został na niej jaśniejszy prostokąt i jedno zagubione gumowe kółeczko. Zrobiłam mu zdjęcie i wysłałam Michałowi z pytaniem, czy należy do sprzętu.

Odpowiedział, zanim zdążyłam odłożyć telefon.

„Do mojej torby. Zachowaj do czwartku.”

Po chwili przyszła druga wiadomość.

„Płyta też może być ta twoja. Jakoś to przeżyję.”

Usiadłam przy stole i napisałam mu, że będzie musiał się bardzo postarać z kolacją.

Potem otworzyłam ogłoszenie. Zaznaczyłam „sprzedane”, schowałam cztery pozostałe płyty na półkę i zadzwoniłam do siostry.

98
9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9/10 (4 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.