Jagoda (VII). Odwilż

19 kwietnia 2026

Opowiadanie z serii:
Jagoda

43 min

Zacząć to nie problem, ale skończyć to zupełnie inna sprawa, a gdy jeszcze główna bohaterka „strzela focha” to już robi się naprawdę pod górkę.

Jakoś jednak Tejotowi udało się przebrnąć rafy i mielizny, przed Wami ostatnia część cyklu „Jagoda”, jak wyszło, oceńcie sami.

Wszelkie uwagi i komentarze pożądane.

PS Tejot absolutnie nie zarzeka się, że to ostatnie spotkanie z Jagodą.

Stary zegar głośnym biciem obwieścił osiemnastą. Jagoda ostatni raz spojrzała na ekran, po czym wyłączyła komputer. W biurze panowała charakterystyczna dla piątkowego popołudnia cisza. Zielonym spojrzeniem omiotła przestrzeń. Służbową, a jednak jej własną. Na ścianach nie było dyplomów, jedynie kilka wizualizacji projektów upchniętych pomiędzy ciepłe, nastrojowe zdjęcia. Domowy nastrój, tak mocno kontrastujący z jej wewnętrznym chłodem, potęgowały rośliny. Na parapecie, na szafie, nawet na biurku.

Sięgnęła po konewkę. Jak zawsze przed weekendem, obficie podlała każdą z roślin, muskając palcami wypielęgnowane liście. Zapach wilgotnej ziemi wypełnił pomieszczenie – złudzenie spokoju, wolności.

Sięgnęła po płaszcz, torbę. Jeszcze raz objęła biuro spojrzeniem. Wszystko było na swoim miejscu. Porządek, który nie miał nic wspólnego z tym, co nosiła w sobie. Jeszcze tylko telefon, klucze. Gotowa do wyjścia. Do powrotu do… pustki dnia codziennego.

Na korytarzu odwróciła się, spojrzała na tabliczkę przy wejściu:

PRATUM

Jagoda Słonkowska

architektura naturalna

To już prawie dwa lata, a ona wciąż miała wrażenie, jakby to było wczoraj. Nie żałowała. Była ich dzieckiem, pracownikiem, ale nie własnością. Do dziś pamiętała huk zatrzaśniętych z całej siły drzwi gabinetu ojca i absolutną ciszę, w której dźwięk jej kroków rozbrzmiewał niczym grom. Potem poszło szybko, wygrana sprawa w sądzie pracy, zapewniła środki na wynajęcie małego biura, podstawowy sprzęt i zmianę nazwiska. Na początku myślała, że będzie jej bruździł, ale Karol Wysocki nie zawracał sobie głowy „nic nieznaczącym planktonem” – jak raczył się o niej wyrazić.

Ulica powoli wchodziła w typowy piątkowy tryb dużego, akademickiego miasta. Na chodnikach pojawiało się coraz więcej głośnych grupek zmierzających do otwierających się o tej porze klubów i knajpek. Wodziła za nimi wzrokiem przez okno tramwaju. Słuchała podekscytowanych głosów wypełniających pojazd. Kolorowe refleksy neonów tańczyły na szybach.

Przebiegła w głowie opcje na wieczór. Klub odpadał. Książka kusiła, ale ciało miało inne zdanie; bywało bezczelne. Lubiło wrednie przypominać, że istnieje, ma swoje potrzeby i nie zamierza być grzeczne, tylko dlatego, że ona próbuje wszystko pozamykać w oszronionych szufladach umysłu.

Tinder był narzędziem. Jak ekspres do kawy, prysznic po zbyt długim dniu. Problemem nie był seks. Problem, niekiedy, pojawiał się potem.

Wspomnienie ostatniego spotkania wróciło jak nachalna melodia, która tłucze się po głowie. Jak mu było? Chyba Rafał. Seks był okej, nawet powyżej średniej, ale później. To rozmaślone spojrzenie, którego tak nienawidziła. Już się bała, że będzie musiała go wyrzucać, grozić policją (to już też przerobiła). Na szczęście choć trochę się ogarnął, wyszedł nie przeciągając tego żałosnego przedstawienia.

Mieszkanie przywitało ją ciszą, zapachem kadzidełek i starego drewna. Odwiesiła płaszcz, torebkę, boso weszła do salonu, zapalając po drodze kilka świec. Rzuciła okiem na plakaty, witając się ze starymi znajomymi. Uruchomiła archaiczną wieżę.

„Well, show me the way
To the next whisky bar…”

Niekiedy miała irracjonalne wrażenie, że ten zabytkowy sprzęt zna ją zbyt dobrze i próbuje coś sugerować tym, co odtwarza.

Przeszła do kuchni, nastawiła „babciny” czajnik, do imbryka wsypała trochę jaśminowej herbaty. Rytuały, rytuały, rytuały. Złudzenie porządku i normalności, pozwalające, choć na chwilę oderwać się od lodowatych myśli.

Czajnik zaświergotał. Z kubkiem parującego napoju wróciła do salonu. Rozsiadła się wygodnie w ukochanym fotelu. Sięgnęła po telefon, odpalając aplikację.

„… The men don’t know
But the little girl understand…”

Znała zawartość płyty na pamięć, ale wyczucie czasu naprawdę czasem mogło niepokoić.

Przerzucała profile szybko, mechanicznie. Po latach praktyki do podjęcia decyzji wystarczał rzut oka. Żadnych macho, żadnych wypacykowanych narcyzów. Nie musiała widzieć „gołej klaty” ani tym bardziej tego, co niżej, by poczuć, bądź nie, ten znajomy dreszczyk mówiący: „ten jest wart uwagi”. Czasem jednak, gdy coś wyłamywało się z tinderowej tandety, jej filtr wysyłał ostrzegawczy sygnał.

Czerwone słońce wisiało tuż nad mocno pofałdowanym horyzontem, barwiąc purpurą kilka chmur.

Co za facet wstawia zachód słońca na profilówkę? – pomyślała zaintrygowana.

Otworzyła profil. Drugie zdjęcie.

Około trzydziestki. Żaden Apollo. Przyjemny, ale bez efektu „wow”. Siedzi na jakimś głazie w górach, swobodna poza, jakby zdjęcie zrobiono mimochodem. Krótkie włosy, twarz trochę zbyt okrągła, niby pamiątka po niedawnej nadwadze. Reszta ciała już tego nie potwierdza – szerokie barki, brak widocznego brzucha. Sprawia wrażenie spokojnego, może aż za bardzo. Tylko oczy nie pasują do reszty. Głęboko osadzone, ciemne, uważne. Znamionujące pewność siebie, ale bez grama macho.

Spojrzała na opis:

 

Dawid.

Jestem. Jeśli zechcesz – dla Ciebie.

Niespokojny duch, włóczęga, szukający wrzosowiska, na którym wszystko można zapomnieć.

Możemy na chwilę zostać kochankami z małej mansardy, a rano dyskretnie odpłynąć w przeszłość – bez złudzeń, żalu i zawiedzionych nadziei.

 

Szyfr. Dla większości pewnie kompletnie niezrozumiały, zbywany uniesieniem brwi lub wzruszeniem ramion. Do niej niemal krzyczał. Stachura, Belon – echa świata, w którym naprawdę żyła. Zanim wszystko zamarzło.

Niemal bezwiednie przesunęła w prawo.

Nie czekała. Zgodnie z ustanowioną przez samą siebie zasadą – jedna próba, co ma być, to będzie – odłożyła telefon. Poprawiła się w fotelu i pogrążyła w myślach, obserwując delikatny taniec zwiewnych tkanin pod sufitem, poruszanych ogrzanym przez świece powietrzem.

Bzzz… bzzz… Z niebytu wyrwał ją dźwięk komórki. Nie sięgnęła po nią. Jako pierwsza odzywała się tylko wtedy, gdy reagowała na czyjeś zaproszenie. W końcu sam match jeszcze nic nie znaczył.

Pip–pibip.

Bez przesadnego entuzjazmu sięgnęła po smartfon, oczekując czegoś w stylu: „hej piękna”, „co tam, ślicznotko” lub innego tinderowego chłamu. Zerknęła na ekran.

Dawid: Witaj.

Nienachalne, spokojne, jakby kompletnie nie z tinderowej bajki. Tego się nie spodziewała. Nie zamierzała jednak zmieniać własnych zasad.

Jagoda: Może być i witaj, ale ja nie bawię się w podchody.

Tym razem jednak nie odłożyła telefonu.

Dawid: Całe życie to gra w podchody.

Jasna cholera, filozof – pomyślała. Już zamierzała odłożyć telefon, gdy ten zadźwięczał ponownie. Spojrzała na ekran.

Dawid: Nie zawsze warto iść na skróty, zbyt wiele można przeoczyć. Ktoś taki jak ty z całą pewnością o tym wie.

Ktoś taki jak ty? Co on sobie wyobraża?!

Jagoda: Nie wydaje mi się, byś cokolwiek na mój temat wiedział… a twoje szanse, by się dowiedzieć maleją.

Dawid: Czasem obrazy mówią więcej, niż nam się wydaje, a czasem najwięcej mówi to, co nienapisane.

Jagoda: Jak chcesz się bawić w filozofię, to nie ten adres.

Dawid: To nie filozofia, tylko rozmowa.

Sorry, koleś. Szach–mat. – odłożyła telefon, rozczarowana. Szykował się kolejny wieczór z książką.

Pip–pibip.

Westchnęła zirytowana. Zapomniała wyłączyć aplikację.

Dawid: Nie spodziewałem się, że będziesz uciekać od słów.

Jagoda: NIE SZUKAM ROZMOWY!

Dawid: A jednak odpowiedziałaś, zamiast mnie zablokować.

Nosz kurwa mać! Nie za dużo sobie wyobrażasz? – nie miała pewności, czy była bardziej zła na rozmówcę, czy na siebie. Jeśli teraz się wyłączy, zablokuje kontakt, on odczyta to jako swoje zwycięstwo. Nie. Nie da mu tej satysfakcji.

Jagoda: Ciekawe czy jesteś taki wygadany również w realu.

Dawid: Możesz się przekonać… jeśli zechcesz.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Żadnego „no jasne”, „przekonaj się” czy czegoś równie tinderowego. Choć samej przed sobą ciężko jej było to przyznać, coraz bardziej ją intrygował. Zerknęła na zegarek, dochodziła dziewiętnasta.

Jagoda: Partyzantów 26/9 19:55

Dawid: Nieoczywista godzina. Będę.


Wszystko było na swoim miejscu. Świece zapalone, w powietrzu unosił się delikatny zapach kadzideł. Na stoliku dwa kieliszki wina. Podkreślające wąską talię jeansy i luźna, półprzejrzysta koszula, uruchamiająca wyobraźnię. Schemat, który zawsze działał.

Dźwięk domofonu poderwał ją z fotela. Jak zawsze, bez słowa, zwolniła blokadę, uchyliła drzwi do mieszkania. Lubiła ten moment. Ostatnią chwilę oczekiwania, a jednocześnie pierwszy test. W pozornie swobodnej pozie czekała w przedpokoju, nasłuchując kroków. Stare deski klatki schodowej skrzypiały coraz bliżej.

Nie zapukał. Co od razu podniosło jej ocenę. Drzwi uchyliły się powoli jakby niepewnie. Był wyższy, niż wydawał się na zdjęciach, smuklejszy. Każdy jego ruch znamionowały uważność i pewność siebie. Nie ta nachalna, maskująca ukryte kompleksy, lecz ta spokojna, zdystansowana. Widać było od razu, że nie musi udawać. Po prostu jest.

Nie oceniał, nie przyglądał się jej sylwetce. Patrzył od razu prosto w oczy. Śmiało, bez cienia niepewności.

– Odważna jesteś. – rzucił zamiast powitania.

– To znaczy?

– Pierwsze spotkanie, po raptem kilku minutach na czacie, a ty od razu zapraszasz do mieszkania, gdzie jesteś sama. Co, gdybym był jakimś zboczeńcem?

– Umiem o siebie zadbać.

– Nie wątpię.

Odwróciła się bez słowa, jak zawsze. Ruszyła w głąb mieszkania. Nie musiała sprawdzać, czy idzie za nią. Zawsze szli.

W pokoju zapaliła jeszcze jedną świecę. Spokojnym, pewnym ruchem nalała wina do kieliszków. Nie odwracała się, nie zerkała. Znany rytm, znany schemat. Wszystko biegło utartym torem. Teraz wystarczyło jedynie kontrolować tempo wypadków.

A jednak coś nie pasowało. Zerknęła przez ramię. Nie podszedł do stolika. Zatrzymał się na środku pomieszczenia, nie próbował skracać dystansu ani wypełniać na siłę ciszy. Nawet na nią nie patrzył. Przyglądał się plakatom na ścianach.

– Pewnie niełatwo było go zdobyć. – powiedział, wskazując chlubę jej kolekcji – psychodeliczny plakat musicalu Hair z 1968 roku.

– Skąd wiesz, że to nie reprint? – zapytała chłodno.

– Ktoś taki jak ty nigdy nie zadowoli się kopią.

– Taki jak ja? – temperatura głosu Jagody opadła o kolejnych kilka stopni.

Co on sobie wyobraża? Jak śmie mnie oceniać! Czyżbym się pomyliła?

– Większość ludzi goni za ułudą, namiastką. Ty nie gonisz, poszukujesz.

– A niby czego?

– To już ty sama powinnaś wiedzieć – zamilkł na chwilę, wciąż patrząc na plakaty. – Ja mogę się mylić.

– Poważnie?

– Oczywiście. Nie jestem jasnowidzem. Ludzie czasem mylą milczenie z pewnością, a to tak nie działa.

Jej najskuteczniejsza broń – ostre, niemal karcące spojrzenie – zdawała się nie robić na nim najmniejszego wrażenia. Gdy się odwrócił, napotkała uważny błękit jego oczu. Rozbrajająco szczery.

– Do czego zmierzasz? – zapytała, zaskakując samą siebie.

– Nie wiem. Czasem warto pozwolić się toczyć wydarzeniom. Tak po prostu.

– To rzadkie – rzuciła chłodno.

– Co takiego?

– Żeby facet, zwłaszcza w takiej sytuacji, nie próbował przejąć inicjatywy. Osiągnąć celu jak najmniejszym nakładem sił.

– A jakiż to niby miał być cel? – uśmiechnął się krótko, bez śladu tryumfu.

– Tinder służy najczęściej jednemu – odpowiedziała dziwnie rozluźniona. Usiadła na jednej z poduszek, wskazując mu miejsce obok siebie.

– Najczęściej nie oznacza zawsze – odparł spokojnie, siadając.

Powinnam go wywalić. Nic z tego nie będzie. – myśl uparcie powracała. A jednak niejako wbrew sobie, nie potrafiła podjąć tej ostatecznej decyzji, wskazać drzwi. Jakby poruszył coś ukrytego w niej głębiej, niż sięgał lód.

Słowa popłynęły same. Uwolnione z klatki schematów i smyczy oczekiwań. Rozmowa owijała się wokół Jagody niczym ciepły koc. Powoli, bez presji, chwilami wybrzmiewając głośną ciszą.

Czas stracił ostrość, rozmył się, przelewając przez palce. Wino się skończyło, ostatnie świece dopalały się, wypełniając przestrzeń zapachem rozgrzanego wosku. Nie brakło intymności. Dotykał jej słowem, tonem głosu, pieścił głębią treści, chwilami rozpalał celną ripostą. Nie narzucał tematów, nie dążył do wniosków, nie próbował puentować. Po prostu był. W sposób przez nią od lat pogardzany. Tak bardzo jej potrzebny.

Spojrzała w okno. Po szybie spacerowała zapowiedź świtu. Zerknęła na zegarek. Niemal wpół do piątej. Wzdrygnęła się. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz spędziła z kimś tyle czasu.

– Będę się zbierał – cichy, lekko zmęczony głos wyrwał ją z zadumy.

– Okej – zdołała tylko bąknąć, podnosząc się z poduszek.

Bez słowa odprowadziła go do drzwi, nie wiedząc, czemu to robi. To nie było w jej stylu.

– Dzięki za tę noc – rzucił jeszcze w progu.

– Dziękujesz? Przecież do niczego nie doszło – odparła chłodno.

– Skoro tak twierdzisz… i tak dziękuję. – Nie czekając na odpowiedź, ruszył w dół schodów.

Żadnego „do zobaczenia”, „odezwę się” czy innych, podobnych deklaracji lub oczekiwań, których tak serdecznie nie znosiła. Stała jeszcze przez chwilę, słuchając oddalających się kroków.

Zamknęła drzwi. Kliknięcie zamka zabrzmiało niczym znak zapytania. Westchnęła głęboko, opierając się o ścianę. Zapatrzona w przestrzeń próbowała zrozumieć to, co się właśnie wydarzyło.

Schemat, który tak dobrze działał od lat, rozsypał się jak domek z kart. Nic nie było na swoim miejscu, a jednak… nie była zła ani rozczarowana. Niewyspana, zmęczona – tak, ale tylko tyle.


Przyszła do biura wcześniej niż zwykle. Podlała kwiaty, uruchomiła komputer. Ekran rozświetlił się ciepłą barwą tapety przedstawiającej zachód słońca, poczuła ulgę – wreszcie coś, co pozostało niezmienne. Cały weekend zastanawiała się nad piątkowym spotkaniem, choć nie chciała się do tego przyznać. Echa jego obecności wciąż w niej rezonowały. Wyłamał się ze schematu, czy raczej go zakłócił. Znów miała to napawające lękiem poczucie utraty kontroli. A przecież nic takiego się nie stało, potencjalny seks zamienił się w długą rozmowę. Tylko tyle.

Maile, projekty, umawianie terminów. Kolejne telefony, kolejni potencjalni klienci. Z wolna pochłaniał ją tak dobrze znany rytm. Rutyna, schemat, bezpieczeństwo.

Spotkanie poszło gładko, klient był wyjątkowo precyzyjny i wiedział, czego chce, a co ważne, nadawali na tych samych falach. Kiedy wyszedł, przez chwilę wsłuchiwała się w ciszę. Tyle że tym razem to nie była do końca jej cisza. Zbytnio przypominała piątkowe chwile milczenia, wypełnione obecnością człowieka, którego przecież w tamtym momencie już dawno nie powinno być w jej mieszkaniu.

Dość! – zganiła się w myślach.

Wróciła do komputera, skupiła się na pracy. Projekt był duży, wymagający. Jak „schować” trzykondygnacyjny budynek w stoku wzgórza? To jest prawdziwy problem, a nie jakiś dziwny facet.

Skupiona na pracy, nie od razu zareagowała na dźwięk komórki. Dopiero gdy skończyła obliczenia dla belek stropowych, sięgnęła po telefon.

„Masz nową wiadomość w aplikacji Tinder”.

Pewnie jakiś napaleniec chce zaimponować tym, co ma w spodniach. – z tą myślą już chciała usunąć wiadomość bez czytania, gdy zauważyła nadawcę: „DAWID”.

Sama nie do końca wiedząc, czemu otworzyła. Żadnej treści, tylko zdjęcie.

Łąka. Falujące na wietrze trawy niczym spienione, zielone morze. Kadr prosty, niemal banalny, ale przez to tak bardzo żywy. Naturalny.

Co to ma być?! Kto do cholery wysyła takie obrazki na tinderze? I po co?

A jednak gdzieś głęboko w niej drgnęło niemal zapomniane wspomnienie. Inny czas, inni ludzie, a przede wszystkim to, co jeszcze długo później potrafiło uczynić samotną noc duszną i gorącą.

O co mu chodzi? Przecież… nie, to niemożliwe.

Odetchnęła głęboko, raz, drugi. Wróciła do projektu, jednak myśli uparcie wracały do obrazu zielonego morza. Raz po raz zerkała na telefon.

Nie! Nie dam się sprowokować.

Wygrała tę bitwę z samą sobą – stan od dawna jej nieznany – ale nie czuła przesadnej satysfakcji.

Minęło kilka dni.

Obraz spokojnej łąki powracał niczym natrętna mucha, a wraz z nim osoba Dawida. Im bardziej próbowała się skupić na codzienności, tym mocniej ta drzazga nie dawała zapomnieć o sobie. Wciąż łapała się na zerkaniu, szukaniu ukrytych szczegółów, drugiego dna.

Muszę to zamknąć, raz na zawsze!

Z tą myślą sięgnęła po telefon w czwartkowy wieczór.

Jagoda: Jutro 21:10. U mnie.

Napisała zimno, jakby zamawiała ubera. Odpowiedź przyszła po kilku minutach:

Dawid: Będę.

Żadnych serduszek, wykrzykników, żadnego „wiedziałem”, czy „nie mogę się już doczekać”. Krótko, lakonicznie.

Kurwa!


Świece. Więcej niż ostatnio. Kadzidełka inne – cięższe, o lekko ziemistym zapachu. Na stoliku, jak zwykle dwa kieliszki i butelka wina. Jeansy te same, ale koszula inna – cieńsza, luźniejsza, przy każdym ruchu odsłaniająca ramię sugestywnie wolne od ramiączka stanika. Schemat, który zawsze działał, ale podkręcony o pół obrotu.

Rzut oka na zegar. Pora „dokończyć” scenę. Włączyła wieżę i adapter.

„Every single day,
I got a heartache comin’ my way…”

Czy naprawdę wybrała płytę Free na ten wieczór? Dźwięk domofonu uzmysłowił jej, że za późno na zmiany.

Zwolniła blokadę, uchyliła drzwi. Pozornie swobodna poza, to samo miejsce, to samo skrzypienie desek na klatce schodowej. A jednak tym razem było inaczej. Zamiast zdecydowania, pojawiła się… ciekawość?

Wszedł, spokojnie, lecz pewnie. Z butelką wina w dłoni.

– Nie przyniosłem kwiatów – rzucił zamiast powitania. – Dla kogoś takiego jak ty to byłaby obraza.

Zerknęła na etykietę. Rioja. Taka sama jak ta, którą podała ostatnio. Poczuła drobne ukłucie gdzieś pod żebrami.

Zapamiętał? Kto, do cholery, pamięta, jakie wino pił na tinderowej randce?

– Postawisz na stoliku – odpowiedziała chłodno, trzymając się wciąż schematu.

Tym razem nie zatrzymał się na środku pokoju. Postawił butelkę obok jej wina, ale nie usiadł. Podszedł do okna i spojrzał na ulicę. Spokojnie, bez pośpiechu, jakby był władcą czasu. Jakby był u siebie.

Nie tak. Powinien spojrzeć. Spróbować złapać prześwit bluzki. Dać punkt zaczepienia.

Nalała wina do obu kieliszków. Podała mu. Ich palce zetknęły się na moment. Dawid nie przedłużył dotyku, ale też nie uciekł z dłonią. Po prostu wziął kieliszek.

– Za co pijemy? – zapytała, siląc się na lekki ton, mimo ogarniającej ją frustracji. Znów nic nie działało.

– Za piątkowe wieczory – odparł. – I za ludzi, którzy nie boją się ciszy.

Próbuje mnie rozbroić. Świadomie.

Usiadła na poduszkach ze skrzyżowanymi nogami, w pozornie swobodnej, lecz w pełni kontrolowanej pozycji. Czekała, licząc na to, że usiądzie obok. Wtedy każdym, tyle razy wypróbowanym gestem, zmianą pozycji mogłaby kierować tempem wydarzeń, przejąć inicjatywę.

Usiadł. Naprzeciwko. W pozycji niemal nonszalanckiej, z kieliszkiem w dłoni i tym cholernie uważnym błękitnym spojrzeniem utkwionym w jej twarzy, jakby nic więcej nie istniało.

– Lubisz to robić, prawda? – zapytał po chwili.

– Co takiego?

– Mieć kontrolę.

Poczuła zaskakujące ciepło na policzkach.

– Nie wiem, o czym mówisz – odparła, zachowując pozory spokoju.

– Wiesz – powiedział spokojnie, bez cienia tryumfu. – To nie zarzut. Po prostu zauważyłem.

Wywal go. Teraz. Natychmiast.

Zamiast tego upiła łyk wina. Cisza dzwoniła w uszach. Jakże gęsta, jakże ciężka.

– Ostatnio – odezwał się znów, obserwując karminowy trunek wirujący w poruszanym drobnym gestem kieliszku – szedłem przez Park Szczytnicki. Wiał idealny wiatr, dzieci puszczały latawce. Jedno z nich zbyt lekko trzymało sznurek, uwolniony latawiec uniósł się wysoko nad drzewa, wyżej niż inne i odleciał. Dzieciak nie płakał. Stał i patrzył, jak znika.

– Czy to ma być jakaś aluzja? – zapytała ostrzej, niż zamierzała.

– Nie wiem. Pomyślałem jednak wtedy, że są rzeczy, które trzeba wypuścić z rąk, żeby odkryć, jak wysoko mogą się wznieść.

Filozof! A ja siedzę jak głupia i słucham, zamiast… Zamiast – co?

Nie potrafiła dokończyć tej myśli. Nie potrafiła się przyznać do prawdy. To, co mówił, jak mówił – bez nacisku, bez morału, bez puentowania – otwierało w niej wszystko, czego nie chciała otwierać. Już nigdy więcej. Ale nie potrafiła się oprzeć.

Godziny mijały, słowa płynęły przeplatane ciszą. Niekiedy lekką niczym puch, niekiedy ciążącą wieloznacznością. Wino się skończyło – otworzyła drugą butelkę, nawet nie pytając. Świece przygasły, kadzidełko dawno już zamieniło się w popiół. Wędrowali po tematach jak po pokojach starego domu: muzyka, podróże, miejsca, czasy, życie. Dawid opowiadał oszczędnie, ale kiedy mówił, każde słowo miało znaczenie. Nie przerywał, nie łapał za słówka, nie szukał nieścisłości. Gdy milkła – czekał. Gdy mówiła – słuchał. Całym sobą.

W pewnym momencie zorientowała się, że siedzi rozluźniona, swobodna, bez żadnej próby kontroli. Nogi podkuliła pod siebie, pochylona w jego kierunku, wsparta na dłoni, przez co bluzka odsłoniła więcej, niż zamierzała. Nie przeszkadzało jej to. Było tak bardzo zwyczajnie, tak bardzo naturalnie, jakby jej ciało miało dość gry, którą wymuszała na nim od lat.

Nieprawda, wciąż kontroluję, decyduję…

Myśl rozmyła się gdzieś w ciepłym blasku ostatniej świecy, a może to była kwestia wypitego wina. Powieki ciążyły. Głos Dawida – niski, spokojny – kołysał niczym szum deszczu za oknem…


Światło. Blade, poranne. Skąd? Otworzyła oczy. Przez okno powoli zaglądał zamglony świt. Leżała skulona na poduszkach, okryta kocem, którego nie pamiętała.

Serce załomotało. Poderwała się gwałtownie i rozejrzała po pokoju. Puste kieliszki na stoliku, obok butelek po winie. Cisza.

Nikogo.

Na poduszce, tej, na której jeszcze przed momentem siedział, leżała kartka. Odręczne pismo, wyraźne niemal kaligraficzne:

„Musiałaś być naprawdę zmęczona, lub ja Cię zanudziłem, zasnęłaś. Nie chciałem Cię budzić. Odezwij się, jeśli zechcesz. Dawid”

Przeczytała raz. Drugi. Trzeci.

Żadnego „do zobaczenia”, „zadzwonię” czy innych tym podobnych banałów. Tylko proste wyjaśnienie i otwarte drzwi. Decyzja, którą pozostawił w jej rękach.

Owinęła się szczelniej kocem. Poczuła zapach – nie kadzidełek, świec czy jego. Wełna miała woń czegoś ciepłego, przyjaznego, zapomnianego.

Złożyła kartkę na pół i włożyła do kieszeni.

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że nie czuje złości, lecz… żal?


Minęło kilka dni. Zwyczajnych, wypełnionych codziennością, samotnymi wieczorami z książką i gonitwą myśli, których nie miała ochoty dopuszczać do głosu.

Nie odezwała się do niego, nie dlatego, że nie chciała. Wręcz przeciwnie. W końcu jednak musiała się przyznać do porażki.

Jagoda: Sobota, 15:00, Ragu przy Sienkiewicza. Znasz?

Dawid: Ze słyszenia, chętnie poznam bliżej.

Znów krótko, konkretnie, bez żadnych banałów, bez cienia sugestii, że czekał. A przecież czekał.

Na pewno czekał. Prawda?

Restauracja powitała ich stonowaną muzyką, szumem rozmów i zapachem włoskich przypraw. Zamówiła ravioli, Dawid wybrał gnocchi. Siedzieli przy niewielkim stoliku, w rogu dającym, choć namiastkę prywatności. Żadnych świec, kadzidełek, żadnego punktu zaczepienia dającego możliwość przejęcia kontroli.

Rozmawiali o muzyce, trochę o pracy, codzienności. Zwyczajna, niezobowiązująca do niczego rozmowa dwójki znajomych, bez żadnych podtekstów, gry, rywalizacji. Nawet nie wiedziała, kiedy weszła na temat projektu, który w ostatnich tygodniach pochłaniał całą jej uwagę: jak ukryć hotel w stoku wzgórza?

– To brzmi jak prawdziwe wyzwanie. Coś, co człowiek naprawdę chciałby zobaczyć. – podsumował.

Znów zero nawet najlżejszego nacisku, żadnego „wiesz jak to ugryźć” czy fałszywie doceniającego: „na pewno sobie poradzisz”. Odpowiedź tyleż prosta, co uczciwa.

W drodze powrotnej nieustannie towarzyszyło jej uczucie, którego nie potrafiła nazwać. To nie było ani dobre, ani złe. Inne – to jedyne określenie, które przychodziło jej do głowy. Jakby ktoś, delikatnymi akcentami, zmienił wystrój pokoju, który znała na pamięć. Nie czuła złości, raczej nie umiała się odnaleźć w nowej atmosferze.


Wszystko wróciło na swoje tory. Pratum, projekty, klienci. Kawa pita w pośpiechu między jednym spotkaniem a drugim. Wieczór z książką, jaśminową herbatą i muzyką. Tak dobrze znany, bezpieczny schemat.

Tyle że coś nie pasowało, nie było do końca jej. Jakby pojawiła się nieścisłość. Maleńka, ledwie wyczuwalna, ale wystarczająca, by nie dało się jej zignorować. Coś jak ziarenko piasku między palcami. A może to tylko złudzenie? Może tylko wydawało jej się, że cisza w mieszkaniu brzmi teraz inaczej? Choć przecież była wciąż tą samą ciszą.


Miała za sobą wyjątkowo kiepski dzień. Jeden z tych, gdy wszystko sprawia wrażenie, że jedynym celem istnienia jest sprawdzenie, ile możesz znieść. Zaczęło się od maila z informacją o podwyżce czynszu za biuro, potem aktualizacja systemu na komputerze wywaliła bluescreen. Przez dwie godziny walczyła, żeby wysłać cholernego maila z prezentacją projektu do klienta. Na koniec telefon z pretensjami od rzeczonego klienta, że prezentację dostał po umówionym terminie. Miała dość. Z ulgą zamknęła Pratum, wierząc, że wraz z opuszczeniem biura dzisiejsze fatum odpuści. Nic z tego. Już z daleka dostrzegła sznur tramwajów z włączonymi światłami awaryjnymi. No tak, wrocławskie MPK znów pokazuje, jakie jest wspaniałe. Tego było za wiele. Musiała odreagować.

Sięgnęła po komórkę.

Jagoda: Dzisiaj, Liverpool, 20.30. Masz czas?

Dopiero po wysłaniu wiadomości, zaczęła się zastanawiać.

Co ty wyprawiasz?! Odbiło ci? I jeszcze się pytasz, czy ma czas…

Samobiczowanie przerwał dźwięk telefonu.

Dawid: Ok.

Jasna cholera!


Liverpool, jak zawsze, był wypełniony. Jakimś cudem jednak znaleźli wolny stolik z dala od głośników. Z lubością sączyła gin z tonikiem, czując, jak alkohol powoli przegania podłość całego dnia. Dawid siedział na wprost, popijając piwo.

Jagoda ze zdumieniem (i niepokojem) odkryła, że bycie z Dawidem nie wymaga słów. Milczenie nie było niezręczne ani puste. Było właściwe. Jak idealnie umiejscowiona pauza między nutami, zaczerpnięcie oddechu.

Nie rozmawiali dużo tego wieczoru, a jednak każde słowo, które padło, miało ciężar. Tym razem to Dawid, po raz pierwszy, wziął na siebie prowadzenie rozmowy. Znów uniknął typowych banałów w stylu: „ciężki dzień” jakby to spotkanie było czymś normalnym, umówionym. Nie drążył, nie wypytywał, zamiast tego zaczął mówić o sobie. Swobodnie, bez żadnej autopromocji. Zaskoczona i lekko skonsternowana, odkryła, że słuchanie go sprawia jej prawdziwą przyjemność. Być może dlatego, że jego historia była po prostu uczciwa. Ot facet, który w pewnym momencie życia zapomniał, co jest naprawdę ważne, zapłacił za to utratą dziewczyny, marzeń, wspólnych planów – kolejny korpoludek przemielony i wypluty przez system. Jednak była znacząca różnica. Dawid nie wypłakiwał żali. Jego opowieść można było podsumować jednym zdaniem: „Zapomniałem, kim jestem i zapłaciłem za to. Teraz próbuję sobie to przypomnieć”.

Rozumiała więcej, niż mógł sobie wyobrazić. Tyle że ona wciąż pamiętała, kim była, jednocześnie nie potrafiąc do tego wrócić.

Z klubu wyszli dobrze po północy. Zamówił ubera, podała adres.

– Nie zaproszę cię na górę – uprzedziła, gdy kierowca skręcił w Partyzantów.

– Nie liczyłem na to – odparł spokojnie. – Dziękuję za wieczór.

Samochód zatrzymał się. Chciała zapłacić, ale jej nie pozwolił. Otworzyła drzwi.

– Jagoda – odezwał się jeszcze, gdy wysiadała.

Zerknęła za siebie chłodną zielenią, spodziewając się, że jednak będzie nalegał.

– Dobranoc – rzucił tylko, uśmiechając się ciepło.

Zatrzasnęła drzwi mocniej, niż wypadało. Samochód odjechał.

Proste, zwyczajne słowo. Wypowiedziane ciepłym tonem, którego nie mogła, nie potrafiła zignorować. Wbiegła po schodach szybciej niż zwykle.


Cisza. Każdego dnia, każdego wieczoru. To nie był zwyczajny brak dźwięku, lecz coś fizycznego, namacalnego. Czuła, że gdyby tylko zechciała, mogłaby jej dotknąć. Poczuć jej chłód, zimniejszy niż to, co nosiła w sobie. Nie była czymś, czego by nie znała, a jednak była inna. Mniej lepka, mniej duszna niż zazwyczaj – bardziej ukryta gdzieś z boku lub tuż za plecami. Czekająca. Im głośniej włączała wieżę, tym głośniej ją słyszała.

Nie tęskniła. Absolutnie nie. Po prostu nagle zaczęła zauważać tę ciszę. Tylko tyle.


Jeszcze raz sprawdzała obliczenia, nanosiła drobne korekty na rysunkach. Projekt był niemal ukończony, brakowało jeszcze zgody klienta, aby przesłać go do akceptacji Wydziału Środowiska. Wyszło lepiej, niż przypuszczała.

Pip–pibip – odezwała się komórka.

Spojrzała na ekran, spodziewając się wszystkiego, tylko nie tego, co zobaczyła.

Dawid: Jakbyś miała ochotę na dobrą kawę, jest takie miejsce – Paloma Coffee. Bez drugiego dna, po prostu kawa.

Przeczytała. Odłożyła telefon, próbowała wrócić do projektu.

Po dziesięciu minutach przeczytała jeszcze raz.

„Po prostu kawa” – żadnego haczyka, na którym mogłaby zawiesić odmowę.

I właśnie to było najgorsze. Gdyby naciskał, wiedziałaby, co zrobić. Gdyby grał – rozpoznałaby grę. Gdyby chciał nagle „czegoś więcej” – miałaby gotową odpowiedź, wyćwiczoną od lat.

Ale on nie chciał niczego. Proponował kawę. I to ją paraliżowało, bo jedynym powodem, żeby nie pójść, mogła być tylko ona. Jej zasady, jej schemat, jej chłód.

Jagoda: 11:00?

Wysłała, zanim zdążyła zmienić zdanie i natychmiast poczuła wściekłość – nie na niego, na siebie. A może to był lęk? W tych czterech cyfrach kryło się więcej szczerości niż we wszystkich słowach wypowiedzianych przez lata.

Dawid: Ok.


Paloma Coffee zaskoczyła ją. Choć wielokrotnie mijała tę kawiarnię, przechodząc przez pl. Solny, nigdy by się nie spodziewała tak przytulnego, a jednocześnie tak intymnego wnętrza. To nie był typowo komercyjny lokal, nastawiony na turystów. Od wejścia czuło się inny klimat i niezwykły aromat świeżo palonych ziaren.

Rozejrzała się. Dawid już czekał. Wybrał stolik pod ścianą, nieco oddalony od innych. Siedział spokojnie, nie rozglądał się nerwowo, nie bawił telefonem. Wyglądało, jakby całą uwagę skupił na stojącej przed nim filiżance.

– Witaj – odezwała się, podchodząc.

– Miło cię znów widzieć – odparł z ciepłym, uważnym uśmiechem błąkającym się w kącikach ust. – Byłaś tu już kiedyś?

– Nie złożyło się, myślałam, że to kolejny pzkt, jak niemal wszystko w okolicy.

– Pzkt? – zapytał zaskoczony.

– Punkt zdzierania kasy z turystów.

– Niezłe – tym razem uśmiech rozjaśnił jego błękitne oczy. – I co, zaskoczona?

– Nawet bardzo.

– Niepozorna fasada też może kryć wyjątkowe wnętrze.

– Pijesz do czegoś? – zapytała chłodno.

– Nie. Sam cholernie często się łapię na ocenianiu po pozorach.

Rozmowę przerwała kelnerka, pytając Jagodę o zamówienie. Pospiesznie rzuciła okiem na menu. Choć lubiła kawę, nie była znawcą. Nazwy nic jej nie mówiły.

– Polecam Columbia Golden Huila – zasugerował Dawid. – To naprawdę świetna kawa.

Zamówiła Latte macchiato i zrezygnowała z deseru.

Przez chwilę milczeli. Jagoda z ciekawością rozglądała się po lokalu. Naprawdę miał duszę, a wszechobecny aromat kawy, stonowana muzyka i brak gwaru rozmów potęgowały uczucie intymności.

– Cieszę się, że przyszłaś – odezwał się Dawid.

– Bo?

– Nic. Po prostu się cieszę…

Kelnerka przyniosła kawę. Jagoda przyglądała się przez chwilę idealnie trójwarstwowemu latte. Sięgnęła po łyżeczkę, zamieszała. Otoczył ją aromat czekolady i brzoskwiń. Upiła łyk. Rzeczywiście kawa była wyborna.

– Miałem nadzieję, że przypadnie ci do gustu – odezwał się znów Dawid, przerywając ciszę.

Nie pchaj się w to! Dopij kawę i spław go. Teraz. Zakończ to, póki jeszcze możesz.

Miała świadomość, że mogła. W każdej chwili. Wystarczyło wstać, podziękować za kawę i wyjść. Wiedziała, że za nią nie pobiegnie. I właśnie dlatego nie potrafiła się zmusić, by wstać.

– Słuchaj – zaczęła, odstawiając szklankę. – Musimy chyba wyjaśnić kilka kwestii.

– Skoro uważasz, że cokolwiek wymaga wyjaśnienia – odparł tym swoim spokojnym, uważnym tonem, który powoli doprowadzał ją do szału.

– A ty nie? – zapytała, starając się trzymać emocje na wodzy.

– Jasno określiłaś reguły, już na początku. Staram się ich trzymać.

– No właśnie! – odezwała się głośniej niż zamierzała. – Trzymasz się ich, a jednocześnie wciąż je łamiesz. Wciąż jesteś w moim życiu.

– I co w tym złego?

– Już to przerabiałam! Nie mam ochoty na powtórkę.

– Powtórkę? Nie wierzę w powtórki – odparł wciąż tym samym tonem.

– Nieważne, w co wierzysz. Ważne, że wiem, jak to się skończy.

Odstawił filiżankę. Przez chwilę milczał, patrząc jej prosto w oczy. Był jednym z niewielu, których nie potrafiła zmusić do odwrócenia wzroku. W jego spojrzeniu nie było wyzwania lub pytania, jedynie cierpliwość. To również ją irytowało, czy może raczej niepokoiło.

– Posłuchaj. Jeśli chcesz, żebym wstał i wyszedł, wystarczy słowo. Jeśli mam zostać, również. Nie wiem, co było kiedyś, wiem jedynie, co widzę.

– A co widzisz? Tylko bez psychoanalizy. Domorosłych terapeutów mam po dziurki w nosie.

– Widzę kobietę, której nigdy nikomu nie udało się ani poskromić, ani złamać – powiedział cicho, lekko pochylając się nad stolikiem. – A ja nawet nie zamierzam próbować.

– Skąd wiesz, że nikomu się nie udało?

– Bo gdyby ktoś tej zbrodni dokonał, byłabyś dziś pewnie zahukaną żoną z dzieckiem na ręku, pracującą w jakimś korpo na podrzędnym stanowisku. A ty masz własną firmę, jesteś niezależna i silna.

– Pozory.

– Nie sądzę.

– A jednak.

– Wybacz – sięgnął przez stolik i delikatnie, ledwie wyczuwalnie dotknął jej dłoni – ale za dużo poświęciłaś, by sama w to uwierzyć.

Cofnęła rękę. Nie gwałtownie. Powoli jakby wbrew sobie, wyłącznie dla zachowania pozorów.

– Skąd możesz wiedzieć?

– Może jestem głupi, ale nie ślepy.

Cisza. W tle wciąż grała muzyka, ktoś zamawiał espresso, ale jej mikrokosmos właśnie się zatrzymał. Siedziała naprzeciwko mężczyzny, którego powinna wyrzucić już dawno ze swojego bezpiecznego, poukładanego życia i czuła, jak coś w niej pęka – cicho, bez dramaturgii, łez cisnących się do oczu, zaciśniętego gardła, a jednak. Nieubłaganie i nieodwołalnie.

– Kochałam go – powiedziała w końcu cicho, patrząc w głąb szklanki. – Całą sobą, każdym nerwem, ale on nie rozumiał. To nie był zły człowiek, po prostu nauczono go, że kochać znaczy posiadać.

Zamilkła. Dawid nie odzywał się. Skinął jedynie głową. Nie musiał udowadniać, że słucha. Wystarczyło, że był. Czekał, zostawiając jej przestrzeń, dając czas.

– Dusiłam się – podjęła jeszcze ciszej – z każdym dniem coraz bardziej. Traciłam siebie. W końcu odeszłam. Ale… – nie dokończyła, jakby słowa wciąż nie chciały przejść przez gardło.

– Dopiero wtedy wszystko się naprawdę posypało – dokończył, zgrabnie uciekając od słowa, którego Jagoda najwyraźniej nie chciała wypowiedzieć na głos.

– Skąd możesz wiedzieć?! – zapytała ostro, lodowatym tonem. Posyłając w jego stronę dwie zielone włócznie.

Nie odwrócił wzroku, lecz na jego twarzy mignął cień czegoś równie bolesnego.

– Przerabiałem to – odpowiedział niemal szeptem.

Zrozumiała. Dopiero teraz dotarło do niej, o czym tak naprawdę mówił w Liverpoolu: „zapomniałem, kim jestem i zapłaciłem za to”.

Cisza, która zapadła, stała się niezapisaną stroną, granicą kolejnych rozdziałów. Podświadomie czuła, że nie powinna jej wypełniać. 

Dawid dopił kawę. Spokojnie, bez pośpiechu. Spojrzał na nią jeszcze raz, tymi swoimi cholernie uważnymi, błękitnymi oczami.

– Chyba na mnie czas.

Żadnego „muszę iść”, żadnego „przepraszam”. Jakby czuł, że potrzebuje zostać sama, z własnymi myślami.

 – Dziękuję – powiedział, wstając.

Zanim zdążyła zareagować, zapłacił przy barze ich rachunek. Patrzyła, jak wychodzi – spokojnym krokiem, bez oglądania się. Siedziała przy stoliku, z echem własnych słów rozbrzmiewającym w uszach.


Przeszła przez tętniący życiem Rynek, dalej Kuźniczą, Szewską na Nowy Targ. Nie spieszyła się. Nie chciała wracać do domu. Wiedziała, że cisza, która tam czeka, będzie dziś głośniejsza niż zwykle.

Za dużo. Co mnie podkusiło? Zwierzałam się jak nastolatka. Jeszcze brakowało, żebym mu zaczęła chlipać w ramię. Co się dzieje? Odsłaniam się przed kolesiem z tindera? Muszę się ogarnąć!

Przystanęła na moście Tumskim. Zacisnęła dłonie w kieszeniach kurtki. Znów usłyszała w myślach jego słowa: „Przerabiałem to”.

A może właśnie o to chodzi? Że wie, rozumie. Nie muszę tłumaczyć. Nie usłyszę: „dlaczego nie odeszłaś wcześniej?”

Ruszyła dalej. Przez Ostrów, minęła katedrę, wyszła na Wyszyńskiego. Tramwaj z łoskotem wjechał na przystanek, ale nie wsiadła.

Zwykła ludzka rozmowa… nic więcej. Taka prawdziwa, bez scenariusza, pilnowania każdego słowa, zasłon… Kiedy z kimś tak rozmawiałam? Nie pamiętam. Nawet nie wiedziałam, że mi tego brakuje. I to mnie chyba najbardziej przeraża.

Klucz w zamku, skrzypiące deski schodów, półmrok mieszkania. Koc wciąż leżący na poduszkach, tam, gdzie go zostawiła.

Kartka Dawida tkwiąca w kieszeni spodni, wiszących na krześle w sypialni.

Jej też nie wyrzuciła.


Projekt hotelu wszedł w fazę wykonawczą. Jagoda spędzała sporo czasu na dopieszczaniu detali i nanoszeniu poprawek (rzeczywistość, także w architekturze, kochała robić niespodzianki). Jak doprowadzić światło do podziemnego atrium, nie naruszając (mniej stabilnej niż wynikałoby z badań) struktury gruntu. Jak ukryć szyby wentylacyjne niezbędne dla funkcjonowania obiektu, którego dwie trzecie znajdowały się pod ziemią? To były problemy, które rozumiała. Konkretne, techniczne, dające się rozwiązać sprawdzonymi metodami.

W przeciwieństwie do tego, co działo się w jej życiu.

Napisała do niego w środę, krótko, bez tłumaczenia:

Jagoda: Piątek 18:00, Herbaciarnia Targowa?

Dawid: Będę.


Herbaciarnia mieściła się w budynku Hali Targowej. Pastelowe kolory, wygodne kanapy, zaciszne kąciki, stonowana muzyka. Ciepło, przytulnie, niemal domowo. Przyszła przed czasem, zamówiła swoją ulubioną jaśminową herbatę.

Kolejne niezobowiązujące spotkanie, kolejne rozmowy o wszystkim i niczym. Kolejne przekroczenie granic, które miały być nieprzekraczalne. Dawid wspomniał swoje wędrówki po Bieszczadach. Przyznała, że kiedyś spędziła tam wakacje, zaraz po maturze. Wspomniała swoją wędrówkę z Paszowej do Bezmiechowej, ale przemilczała to, że nigdy tam nie dotarła.

– Paszowa i Bezmiechowa to jeszcze nie Bieszczady – stwierdził automatycznie Dawid – to Góry Słonne.

W pierwszej chwili rzuciła mu chłodne spojrzenie, ale już za moment roześmiała się szczerze, zaskakując tak jego, jak i siebie.

– Geograf czy geolog? – zapytała.

– Raczej wędrowiec szukający ciszy. A to obecnie największa różnica między Biesami a Słonnymi – odparł dziwnie poważnie.

W ciszy, która zapadła, do Jagody dotarła spokojna melodia i słowa, które kiedyś dawno temu wyryły się w niej głęboko:

„Can’t seem to loosen my grip
On the past
And I miss you so much…”

Utwór, którego wtedy słuchała niemal nieprzerwanie, walcząc z przytłaczającym poczuciem rozdarcia i beznadziei.

Dawid też milczał, zasłuchany. Dopiero gdy przebrzmiały ostatnie takty, odezwał się:

– Byłem na jego koncercie. Dawno temu.

– To musiało być wspaniałe.

– Było. Gdy śpiewał „Famous Blue Raincoat” nagle zgasło światło. Kompletne ciemności. Tylko dźwięk gitary i jego głos. Gdy znów zrobiło się jasno, ludzie mieli łzy w oczach.

– Ty też? – zapytała, nim zdążyła się ugryźć w język.

– Nie wtedy – odparł cicho. – Dopiero w drodze do domu, gdy zrozumiałem, że ja już nie mam swojego prochowca.

Nie skomentowała. Pochyliła się nad filiżanką. Herbata była wciąż ciepła, delikatna, taka, jaką lubiła najbardziej. Ale dziś smakowała inaczej. Jakby ktoś zaprawił ją dodatkiem, którego nie potrafiła rozpoznać. Zerknęła na zegarek. Nie spieszyła się nigdzie, ale czuła, że albo teraz wyjdzie, albo wszystko wymknie się jej spod kontroli.

– Będę się zbierać – rzuciła na pozór niewinnie.

Wstał bez słowa, pomógł jej włożyć płaszcz, zaprotestował, gdy chciała zapłacić. Pożegnali się zwyczajnym: „cześć” przed lokalem. Nie proponował odprowadzenia, nie próbował przedłużać spotkania.

Wracała niespiesznie, bulwarem Dunikowskiego. Wieczór był ciepły, wokoło pełno ludzi, a ona szła między nimi, odgrodzona szklaną taflą własnych myśli, których tok brutalnie przerwał dźwięk telefonu. Spojrzała na wyświetlacz, westchnęła, odebrała.

– Słucham?

– Cześć siostrzyczko – Pola, jak zawsze, kipiała energią i dobrym humorem, którego chyba nic nie było w stanie zepsuć.

– Cześć, mała, co słychać?

– Jestem wyższa od ciebie! – głos zabrzmiał udawanym oburzeniem. – Nic specjalnego, tak dzwonię. Stęskniłam się za tobą.

– Wiesz przecież, gdzie mieszkam.

– Ale ty też czasem mogłabyś się odezwać… w końcu wciąż jesteś moją siostrą, choć zmieniłaś nazwisko.

– Masz rację, mogłabym.

– Do mamy też mogłabyś zadzwonić, ona to naprawdę przeżywa.

– Pola! – dobry nastrój prysł jak bańka mydlana. – Tyle razy ci mówiłam! Nie mieszaj się w to!

– Ale przecież, no… to mama, tęskni za tobą.

– Pola! Nie poproszę więcej. Matka ma mój numer tak jak ty. Adres też zna. Jeśli przemyślała, zrozumiała, to wie, gdzie mnie znaleźć.

– No nie wiem… – młodsza wyraźnie się zawahała. – Maks był znów u nich.

– Sama widzisz. Nie mamy o czym rozmawiać.

– Ale Jaga, tak nie można.

– A swatać mnie na siłę z facetem, którego nie chcę, to można?! – niemal wykrzyczała do słuchawki. – Nie byłam, nie jestem i nigdy nie będę ich narzędziem!

– Jaga… posłuchaj…

– Nie! To ty posłuchaj. Moje drzwi są dla ciebie zawsze otwarte, ale nie mieszaj się w to. To sprawa między rodzicami a mną. Jak coś do nich dotrze, zapraszam serdecznie, jak nie, do widzenia.

– Wiesz, że ojciec nie przyzna się do błędu.

– Wiem. Nie odpuści. Zwłaszcza po tym, jak musiał mi zapłacić za nadgodziny i zaległe urlopy. I tak jestem w szoku, że nie próbuje mi zaszkodzić.

– Nie rób z niego aż takiego potwora! – tym razem to młodsza podniosła głos.

– Nie muszę… – Jagoda zawahała się.

Po chwili podjęła już spokojniejszym tonem:

– Pola, posłuchaj, jesteś młodsza, wielu rzeczy nie wiesz, wielu nie widziałaś, wielu nie pamiętasz. I dobrze. Proszę, skończmy ten temat.

– Jak chcesz – zgodziła się siostra. – Tak czy siak dobrze było cię usłyszeć.

– Ciebie również – odparła miękko. – I wiesz co… obiecuję częściej do ciebie dzwonić.

– Trzymam cię za słowo. Pa.

– Pa – odpowiedziała i rozłączyła się.


Adapter wieży wypluł z siebie pozornie radosne dźwięki gitary. Simon & Garfunkel? Nie przypominała sobie, by słuchała ich ostatnio. A może? W ostatnich tygodniach przestała kompletnie zwracać uwagę na muzykę. Liczyło się jedynie wypełnienie dźwiękiem puchnącej w mieszkaniu ciszy. Już dawno przestała być tą dobrą przyjaciółką, przy której nie trzeba słów.

„I’ve built walls,

A fortress deep and mighty,

That none may penetrate…”

I jak tu nie wierzyć, że stare przedmioty mają duszę?

Kieliszek wina, książka, fotel. Spokojny wieczór, bez dzielenia włosa na czworo i analizowania wszystkiego. Relaks.

Adapter grał, świece zapraszały do tańca zwiewne tkaniny i łapacze snów wiszące pod sufitem, cienie pląsały po ścianach. Zapach kadzidełka wypełniał przestrzeń. Schemat działał. Pozornie. Czytała te same akapity po kilka razy, nie rejestrując treści. Nie mogła się skupić, jakby wciąż czuła na sobie spojrzenie błękitnych oczu.

Nie. To nie tęsknota. Przecież to absurd… więc co się do cholery dzieje?

Potok myśli przerwał dźwięk telefonu.

Co znowu?

Zerknęła na wyświetlacz. Dzwonił Dawid. Odebrała zaskoczona.

– Słucham?

– Witaj. Przepraszam, że przeszkadzam, masz chwilkę?

– Mam.

– Właśnie się dowiedziałem, że w BWA jest wystawa zdjęć Mai Zachwat. Ona jest fantastyczna, dopiero co wygrała International Photography Awards i tak sobie pomyślałem, że może chciałabyś zobaczyć? – jego głos w słuchawce brzmiał inaczej, cieplej, bliżej.

Maja?… Pewnie przypadek. Nic więcej.

– Lubię fotografię. To może być ciekawe. – powiedziała do słuchawki.

– A zgodziłabyś się na moje towarzystwo? Powiedzmy w sobotę?

– Nie mam żadnych planów, więc czemu nie. O szesnastej.

– Będę. Trzymaj się.

Znów to jego nieznośne: „będę”. Jakby zawsze miał dla niej czas, o dowolnej porze.


Zabytkowe wnętrza tego, co po wojnie zostało z pałacu Hatzfeldów ewidentnie wymagały remontu, stanowiły jednak świetne tło dla surowych w swoim naturalnym pięknie fotografii. Szła wzdłuż ściany, podziwiając martwe natury, pejzaże i przestrzenie industrialne. Dawid podążał tuż obok, w milczeniu, które dawno przestało jej przeszkadzać.

Te pierwsze zdjęcia nie zrobiły na niej wielkiego wrażenia. Owszem, znać było kunszt, subtelną grę światła i cienia, umiejętne kadrowanie i skupienie na pozornie nieuchwytnych detalach, jednak nic powalającego. Potem skręcili za róg i weszli do drugiej sali.

Zatrzymała się.

Kobiety. Nie modelki – kobiety. Uchwycone w momentach, gdy przestawały pozować. Dłoń wpleciona we włosy, spojrzenie poza kadr, ciało rozluźnione, otwarte, obecne. Światło zawsze miękkie, rozproszone, a jednak idealnie podkreślające to, co podkreślać powinno. Nietraktowane jako narzędzie, lecz dopełniające kompozycję. Żadnej inscenizacji, pozy. Naturalność, niemalże ulotność, a jednocześnie potęga bijąca z każdej fotografii.

Znała ten styl.

Podeszła do jednego ze zdjęć.

Akt. Ciemnoskóra dziewczyna wśród dzikiej, naturalnej roślinności. Subtelna, eteryczna niczym elfka lub driada, a jednak jej spojrzenie odsłaniało ukrytą prawdę – była Gają, która zstąpiła na ziemię. Zerknęła na tabliczkę pod zdjęciem: Cykl „Boginie” – Maja Zachwat, IPA Photographer of the Year.

Maja…

Wspomnienia zerwały tamę. Pracownia, zapach herbaty. Głos cichy, jakby niepewny: „Chcę uchwycić to, co pod spodem… to, co naprawdę czyni kobiety silnymi”.
Światło przefiltrowane przez liście platanów. Polana otoczona różami, dotyk słońca na skórze, trzask migawki.

Maja…

Jagoda odruchowo rozejrzała się po sali. Była tam. Pod przeciwległą ścianą, pogrążona w rozmowie z kimś, chyba ważnym. Ciemnobrązowe włosy nadal tak cudownie niesforne, lecz nieco dłuższe niż pamiętała. Sylwetka się nie zmieniła, wciąż sprawiała wrażenie napiętej struny i… szklane koraliki na nadgarstku. Tuż przy niej… mężczyzna. Postawny, wysoki, przystojny, w ciemnym garniturze. Obejmuje jej talię niepozostawiającym złudzeń gestem. Dopiero teraz dostrzegła błysk srebra na jej palcu. Wtedy nie nosiła pierścionków. Przeszkadzały w trzymaniu aparatu…

Spojrzenie, jakie fotografka posłała mężczyźnie, gdy coś powiedział… Nie. Tego, co dostrzegła, w niemal czarnych oczach nie dało się z niczym pomylić.

– Wyjdźmy stąd… – szepnęła niemal bezgłośnie do Dawida.

Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła ku wejściu. Nie zatrzymywał jej, nie dopytywał, poszedł za nią bez słowa.

Wypadła na ulicę.

Maja Kamyk. Ta nieśmiała, niepewna, rozedrgana dziewczyna, którą tak łatwo było manipulować. Która została sama ze swoim pragnieniem, bo zabrakło jej odwagi na jeden prosty gest… Maja Zachwat światowej sławy fotografka, która nie bała się miłości.

– Wszystko w porządku? – pytanie Dawida przerwało galopadę myśli.

– Tak… ja tylko… duszno tam – nigdy nie potrafiła dobrze kłamać.

Nie dociekał, nie drążył. Przyjął jej tłumaczenie, jakby było najoczywistszą prawdą.

– Będę się zbierać do domu – przerwała przedłużającą się ciszę.

– Oczywiście, jeśli chcesz – odparł.

Przez chwilę stali nieruchomo, jakby żadne z nich nie potrafiło domknąć tych drzwi.

Sama? Chcę? Ja już nie wiem, czego chcę! Przebiłeś się… nie, przeniknąłeś przez wszystkie zapory… jak, jak wirus – myśli krążyły w głowie, gdy patrzyła w spokojne i uważne oczy Dawida.

 Nie chcę! Boję się!… To nie ma sensu… – niepewnie postawiła pierwszy krok w stronę przystanku.

Maja… kanapa… brak odwagi… pustka.

NIE! Nie jestem tchórzem!

Zatrzymała się, odwróciła w stronę Dawida.

– Nie chcę być sama – powiedziała cicho, po raz pierwszy spuszczając niepewnie wzrok.

– Nie musisz – proste, spokojne.

Ruszyli przed siebie. Bez celu, bez kierunku, bez słów. Mokre płyty Rynku odbijały światła latarni i neonów, tłum i gwar przepływał gdzieś obok, muzyka z ogródków omijała ich szerokim łukiem. Minęli fontannę. Szli, tak zwyczajnie, po prostu, ramię przy ramieniu, tak bardzo obok siebie. Skręcili na plac Solny.

Cisza między nimi nie domagała się słów. Była inna niż ta w jej mieszkaniu. Wspólna.

Na Ruskiej Dawid przystanął.

– Tu mieszkam – powiedział spokojnie.

Żadnej sugestii. Żadnego „wejdziesz?”, „napijesz się czegoś?” gestu w stronę drzwi. Stwierdzenie faktu. Równie dobrze mogli iść dalej.

Jagoda stała przez kilka sekund, patrząc na stare drzwi z mosiężnymi okuciami. Wiedziała, że jeśli wejdzie, zmieni się wszystko. Tam nie będzie jej świec, jej poduszek, ani starej wieży. To cudzy świat, obca przestrzeń, nad którą nie będzie miała kontroli.

Pierwszy raz od lat.

Po chwili ruszyła w stronę drzwi.


Mieszkanie Dawida było przytulne. Stara, poznaczona śladami pokoleń drewniana podłoga, kaflowy piec wmurowany w ścianę, drewniane, poczerniałe belki sufitu, ale przede wszystkim książki. Masa książek, wszędzie. Na półkach ciągnących się wzdłuż ścian, na parapecie, nawet na podłodze. Żywe, czytane, niektóre z zakładkami.

– Herbaty? – zapytał Dawid, pomagając jej zdjąć płaszcz. – Uprzedzam, nie mam jaśminowej. A może coś innego?

– Herbata będzie okej – odpowiedziała.

– Rozgość się – gestem wskazał jej pokój, sam zniknął w kuchni.

Stanęła na środku pomieszczenia, rozglądając się, rejestrując detale. Stary, skórzany fotel przy piecu. Koc narzucony na oparcie. Na niewielkim stoliku duży, ceramiczny kubek, zapewne po porannej kawie. Normalność, zwyczajność. Żadnej inscenizacji.

Przesunęła spojrzeniem po regałach. Nietzsche obok Ginsberga. Bukowski i Kant na tej samej półce. Trochę dalej – ezoteryka, filozofia Wschodu, Osho, Suzuki, Watts. Na następnym regale Stachura, Hłasko, Belon, Wojaczek. Zmęczone, zaczytane, spękane grzbiety.

Ten facet jest albo genialny, albo kompletnie szalony.

Odwróciła się. Ściana obok pieca była wolna od książek, lecz nie pusta. Niemal w całości pokryta zdjęciami. Podeszła bliżej. Niektóre w ramkach, inne wetknięte pod listwy boazerii, część przyklejona taśmą. Kolaż, który rósł latami. Góry, szlaki, zachody słońca. Rozpoznała zdjęcie z Tindera – czerwone słońce nad pofalowanym horyzontem. Wśród górskich widoków – kilka zdjęć z ludźmi. Dawid, młodszy, uśmiechnięty, razem z jakąś blondynką, koło schroniska. Grupa ludzi z plecakami, podczas wędrówki.

Szła wzdłuż ściany, oglądając. Tutaj zdjęcia były wyraźnie starsze, niektóre nawet lekko wyblakłe lub pożółkłe. Namioty między drzewami, ogniska, ludzie, kolorowe ciuchy, długie włosy, gitary, bongosy. Poczuła ukłucie gdzieś pod żebrami. Znała te obrazy. Ten świat. Przez moment miała wrażenie, że w mieszkaniu unosi się zapach łąki, jeziora, lasu, a pod skórą znów pulsuje ten dawno zapomniany, naturalny rytm.

Na jednym ze zdjęć, w półmroku tła, odwrócona tyłem sylwetka dziewczyny. Ciemnokasztanowe włosy opadające na plecy, luźna sukienka, bose stopy w trawie.

Zatrzymała się. Zmrużyła oczy, przyglądając się uważnie.

Nie… Bez jaj… Takie rzeczy tylko w Erze.

Sylwetka była niewyraźna, rozmyta, mogła być kimkolwiek. Ruszyła dalej.

Usłyszała kroki za plecami, poczuła zapach herbaty, ale nie przerywała oglądania.

Samotny chłopak przy ognisku… sztruksowa kamizelka, wytarte dżinsy, ciemne, falujące włosy i wpatrzone gdzieś w dal spojrzenie błękitnych oczu. W dłoniach niewielka drewniana fajeczka…

– Kto jest na tym zdjęciu? – zapytała, przezwyciężając nagłą suchość w gardle.

– Którym? – zapytał, stając za jej plecami.

– Tym! – wskazała nerwowym ruchem.

Milczał. Spojrzała za siebie, na jego twarz. Kąciki ust uniosły się nieznacznie, jakby uśmiechał się do wspomnień.

– Ja – odparł w końcu cicho. – Zanim zapomniałem, co się naprawdę liczy.


Szczypior?! Niemożliwe… To się nie dzieje… to nieprawda! Ale… ta kamizelka, te włosy, fajka… pamiętam… ognisko, zapach trawy… ciepło.

Myśli szarpią serce, duszę. Gdzieś w środku mnie coś trzeszczy, pęka, jakby ruszała lawina. Nagle, bez ostrzeżenia.

– Nowalijka.

Powiedziałam to? Naprawdę?

Patrzę na jego twarz, teraz dopiero widzę podobieństwo. Oczy, błękitne jeziora, w których mogę, w których chcę utonąć. Brwi unoszące się do góry, w geście zdumienia i rozpoznania jednocześnie.

– Ale jak… – szepce. Wyciąga ręce, ale zatrzymuje się w pół kroku. Niepewny.

– Nieważne – odpowiadam. – To nieważne.

– Szczypior – słowo smakuje tęsknotą i nadzieją. Budzi pragnienie.

Całuję. Nie wiem dlaczego. Po prostu.

Śpiesznie, drapieżnie, głodnie…

Dotykam jego twarzy. Czuję dłonie na biodrach.

Nie czekam.

Odnajduję usta. Jestem głodna, zachłanna… tak bardzo. Boję się. Naprawdę. Dziwne uczucie.

Boję się?

 Czuję?

Zagarnia, przyciąga do siebie. Gorące dłonie błądzą po mnie. Wargi zamykają w pocałunku. Dzikim, zachłannym.

Drżącymi palcami rozpinam koszulę. Niecierpliwie, niezdarnie. Śmiech. Prosty, prawdziwy… mój. Jego. Zniecierpliwiona rozrywam oporny materiał. Jego westchnienie. Jego ciało. Twarde mięśniami, pachnące, bliskie. Wtulam się, chłonę, upajam.

Boję się?

Cichy zgrzyt suwaka. Sukienka zsuwa się z ramion. Opuszczam ręce, pozwalając jej opaść. Jęk zachwytu spotyka się ze wzorem na moim ciele, ze mną.

Dłonie płyną. Niespiesznie, nieznośnie, droczą się z ciemnymi liniami tatuażu. Mandala płonie. Płonę razem z nią.

Naprawdę?

Cisza. Złapanie oddechu. Czoło przy czole. Bicie serca pod palcami. Wyraźne, mocne. Krew pulsująca w skroniach. Zmieszane oddechy, żar ciała. Nieśmiała nadzieja.

Cofam się o krok, tylko po to, by widzieć. Jego, tu teraz, naprawdę. Wracam. Smakuję. Twarz, szyję, obojczyk. Wszystko, czego mogę sięgnąć. Zachłannie, pospiesznie. Szukam potwierdzenia. Prawdy. Zanim zniknie pod taflą lodu.

Czuję jego dotyk. Na plecach, we włosach.

Nie, to nie jest zwykła świadomość dotyku.

Czuję.

Naprawdę!

Zapomniany smak wyzwala wspomnienia. Moment zawahania. Niepewność.

Wszystko w porządku.

Biorę. Zatracam się w smaku. Pierwszy raz w życiu. Otwieram się prawdziwie, przyjmuję. Bez chęci ucieczki.

Dłonie na ramionach. Delikatne. Wrażliwe. Punkt zaczepienia w rzeczywistości. Westchnienie, jęk. Muzyka, przepływająca na wskroś. Wibrująca na strunach, których nikt nie był w stanie ruszyć, tak długo. Za długo.

Łapię oddech. Spojrzenie mówi wszystko. Opadam na podłogę. Żar jego ciała wyciska powietrze z płuc. Boleśnie powolne usta wędrują po ciele, po mnie.

Dotyk na piersi. Dreszcz nie osiada wyłącznie na skórze, wnika głębiej. Porusza wszystko, czym jestem.

Nareszcie!

Rozpalony pocałunkiem kolczyk – srebrna pacyfka – parzy pępek. Promieniuje żarem w głąb mnie.

Ciepło oddechu na udzie. Tak nieznośnie blisko. Tak okropnie daleko. Dłonie samodzielnie wplatają się we włosy. Przyciągają, prowadzą.

Nie mogę, nie chcę inaczej. Nie chcę czekać. To jest granica, za którą nie ma już kontroli. Nie chcę kontroli, chcę, tylko żeby nie przestawał. Chcę go bliżej, bardziej, głębiej…

Iskra wzdłuż kręgosłupa wygina ciało w łuk. Nie, nie ciało. Mnie. Całą. Odpowiadam, wszystkim, czym jestem, o ile jeszcze w ogóle jestem. Napięcie narasta, spina ciało i myśli, więzi w jednym wspólnym pragnieniu.

Pierwsze muśnięcie… tam, idealnie. Wie. Zachłystuję się oddechem, czując… prawdziwie, odważnie. W pełni.

Jest dokładnie tam, gdzie najbardziej pragnę, dokładnie tak, jak pragnę. Wplatam dłonie w źdźbła dywanu, znów szukając zaczepienia, pozwalającego zostać dokładnie w tym miejscu i czasie. Niczego więcej nie chcę.

To ja.

Cała ja.

Znowu.

Jest we mnie. Wypełnia. Nie tylko ciało. Sięga głębiej. Przy każdym pchnięciu dotyka wszystkiego, co jeszcze przed chwilą spało. Budzi, rozgrzewa, rozpala. Wychodzę mu na spotkanie, zachłannie, niecierpliwie.

Żadnej ściany, żadnego lodu. Jesteśmy tylko my. Prawdziwi, narastający. Oddech łaskoczący ucho. Mój krzyk – dowód.

Głębiej. Mocniej. Bardziej.

Paznokciami znaczę skórę. Biorę na własność. Łapczywie spijam pragnienie z jego ust. Zatracam się w nim, chłonąc go w siebie. Bliżej. Jeszcze bliżej.

Narastam.

Czuję. W każdym skrawku siebie. Falująca lekkość wypełnia ciało. Mgła otula myśli. Jest pięknie.

Krzyczę ciszą, pełznącą w górę rozedrganych ud, łaskoczącą piersi, kumulującą się poniżej pępka.

Zaciskam powieki. Łapczywie chłonę każdy ruch, każde pchnięcie, kształtujące na nowo sens chwili. Dotykające wszystkiego, czym jestem, czym nie jestem.

Znikam, pojawiam się, w każdym skurczu umierając i rodząc się na nowo. Rozpadam się i powstaję z każdym zetknięciem bioder. Nie wiem, gdzie się kończę, a gdzie zaczynam.

Tylko ruch, ciepło, rozkosz i…

Stokrotka?

Skąd? Dlaczego?

Nieważne!

Uśmiecham się do niej. Odpowiada. Jesteśmy razem. Rozpalone, rozedrgane, pulsujące we wspólnym rytmie całkowitego zatracenia.

Śmieję się na głos.

Czuję uśmiech w drżeniu jego ciała i nagle wszystko jest… bardziej.

Nie tłumię krzyku. Nie kontroluję. Nie chcę. Fala, która przychodzi, jest długa, głęboka, wypływająca z samego środka mnie.

Drżę.

Jego ramiona wokół mnie. Kotwica utrzymująca mnie w przestrzeni. Ostatnie pchnięcia dopełniające rzeczywistość. Błogość płynąca wzdłuż każdego nerwu. Życiodajna, obezwładniająca.

Serca mimo dzielącej je skóry, pieszczą się wzajemnie. Jeszcze nie wiedzą, że mogą zwolnić. Jego ciepło przy mnie, wokół mnie, we mnie. Moje w nim i wokół niego.

Powoli zwalniający oddech.

Opadam bezwładnie, prosto w ciało, którego nie mam.

Leżę.

Tylko tyle. Aż tyle.

Coś mokrego spływa po policzku.

Łza?

Pierwsza od… nieważne. Jest teraz. Prawdziwa.

Szczypior.

Nie odzywa się.

Jest. Tak po prostu. Zwyczajnie.

I to wystarcza.

Epilog

Leżała w ciszy obok niego, wciąż rozgrzana, z trudem łapiąc oddech. Po policzku wolno spływała łza. Od tamtej, pierwszej, szalonej nocy minęło już trochę czasu, ale wciąż nie mogła się do końca z tym oswoić. Znów była, znów czuła. Po tylu latach. Dawid niespodziewanie wstał z łóżka. Zaintrygowana, uniosła się na łokciu, patrząc, jak wciąż nagi podchodzi do krzesła, na którym leżał jego plecak.

Błagam! NIE! Nie rób tego! – zakołatało się rozpaczliwie w głowie, gdy zobaczyła, jak wyciąga niewielkie, pudełeczko.

On jednak niczego nieświadomy, przysiadł na krawędzi łóżka z tym przerażającym, czerwonym serduszkiem w dłoniach. Spojrzał jej głęboko w oczy i otworzył. W środku znajdował się srebrny pierścionek z dużym, ciemnym bursztynem. Kolor kamienia niemal idealnie współgrał z jej włosami.

Kurwa! Dlaczego?! – wystraszona, nieświadomie przytuliła się do ściany. – Dlaczego musisz wszystko spierdolić?

– Czy zgodzisz się mieć obok kogoś takiego jak ja? – powiedział z tą rozbrajającą miną „zbitego spaniela”.

Tym razem jednak posunął się o krok za daleko. Jagoda spojrzała na niego, posyłając zielone pociski spod przymkniętych powiek.

– Naprawdę? – zapytała, walcząc ze ściskającym gardło strachem, siląc się na ironię. – Uważasz, że jak chcesz zjeść ciastko, to musisz kupować cukiernię?

– To rozwiązanie ma niewątpliwą zaletę – odparł niczym nieskrępowany.

 – No, niby jaką?

– Nielimitowany dostęp do ciastek.

Nie potrafiła się opanować. Zdradliwy uśmiech rozlał się po twarzy.

– Ocipiałeś – powiedziała cicho.

– Nie da się ukryć – z lekkim, zmysłowym uśmiechem przebiegł wzrokiem po jej nagim ciele, jak zawsze zatrzymując spojrzenie na falującej mandali.

Nieśmiało wyciągnęła dłoń.

Pierścionek pasował jak ulał. Nie parzył.

182
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.