Ilustracja: Pexels

Tym razem na miejscu

30 września 2026

52 min

Mam nadzieję, że komuś przypadnie do gustu. Pewnie nie obyło się bez błędów w sztuce, więc jeśli coś wyłapiecie, dajcie znać — chętnie nad tym popracuję :)

Za drugim razem aplikacja zaproponowała Justynie dokładnie to samo zamówienie. Za trzecim uznała je już za ulubione. Nikt nie zapytał, czy naprawdę lubi pizzę z pieczarkami, czy po dziewięciu godzinach tłumaczenia instrukcji do rozdrabniarki tworzyw nie ma siły wybierać dodatków.

Najbardziej drażnił ją przycisk „Zamów ponownie”. Dwa słowa, a brzmiały jak opinia o całym tygodniu.

Był czwartek. Dochodziła ósma, na ekranie czekał jeszcze opis konserwacji podajnika, a w zlewie stał kubek po zupie, której nie powinno się nazywać obiadem. Przez osiem miesięcy od rozwodu Justyna nauczyła się sama załatwiać przeglądy samochodu, spory z operatorem i domowe naprawy. Nadal nie opanowała robienia zakupów dla jednej osoby. Albo brakowało wszystkiego, albo cztery jogurty kończyły życie tego samego dnia.

Miała trzydzieści cztery lata i własne mieszkanie, którego ciszę początkowo uważała za luksus. Potem zaczęła włączać wiadomości podczas składania prania, chociaż nigdy nie oglądała ich do końca. Tego wieczoru zapomniała nawet o telewizorze.

Była wysoka i zgrabna, z dużym, pełnym biustem, wyraźnym wcięciem w talii i łagodnie zaokrąglonymi biodrami. Przekorny uśmiech często zdradzał, że właśnie szykuje ciętą odpowiedź.

Telefon zadzwonił, kiedy próbowała ustalić, czy niemieckie słowo oznaczało osłonę, czy zabezpieczenie. Przy urządzeniu mielącym plastik różnica wydawała się istotna.

— Dobry wieczór. Pizzeria, stoję przy bramie.

— Już otwieram.

Nacisnęła przycisk domofonu, nie wstając od biurka.

— Chyba otworzyła pani garaż.

Spojrzała na panel.

— Rzeczywiście. To część testu.

— Mam wjechać czy zdałem?

Roześmiała się i tym razem wybrała właściwy przycisk.

Przyszedł po dwóch minutach. Wysoki, ciemnowłosy, dobrze zbudowany, w rozpiętej kurtce z małym logo nad kieszenią. W jednej dłoni trzymał torbę termiczną, w drugiej telefon z pękniętym rogiem etui. Nie wyglądał na zachwyconego czwartym piętrem bez windy, ale przywitał się tak, jakby nie musiał właśnie pokonać kilkudziesięciu stopni.

— Udało się bez samochodu.

— Bardzo dobrze. W garażu trudno byłoby pana znaleźć.

Na pudełku leżał mały pojemnik sosu. Justyna spojrzała na naklejkę.

— Nie zamawiałam czosnkowego.

Chłopak sprawdził paragon, potem ekran.

— Gratis. Dołożyli za czas oczekiwania.

— Aż tak źle?

— Kuchnia nie nadąża. Szef uznał, że z czosnkowym ludzie będą mniej źli.

Tym razem śmiech przyszedł łatwiej. Przy odbieraniu pudełka oparła je o biodro i dopiero wtedy zauważyła, że ma na rękawie przyklejoną karteczkę z hasłem „Nie uruchamiać bez osłony”.

— Praca — wyjaśniła, odklejając papier.

— Tak zakładałem.

— Mogłeś założyć cokolwiek.

Uniósł lekko brwi. Dopiero po chwili zorientowała się, że przeszła na ty.

— Olek — powiedział.

— Justyna.

— To smacznego, Justyno. Muszę jechać, zanim następny klient dostanie dwa sosy.

Po zamknięciu drzwi wróciła do biurka. Przeczytała ostatnie zdanie trzy razy, za każdym razem zatrzymując się w innym miejscu. W końcu zapisała plik i odsunęła klawiaturę. Pierwszy kawałek zjadła nad talerzem, nie nad laptopem.

Sos okazał się zupełnie dobry. Trochę ją to zirytowało.


Olek zapamiętał numer mieszkania dzięki naklejce na rękawie. Na trasie łatwiej pamiętało się takie szczegóły niż nazwiska: pan od zepsutego dzwonka, dziewczyna z trzema psami, ktoś, kto zawsze schodził przed bramę. Kobieta od instrukcji uśmiechnęła się najpierw z uprzejmości, a później już naprawdę. Ten drugi uśmiech też pamiętał.

W następnym tygodniu zamówiła we wtorek. Dwa adresy wcześniej musiał tłumaczyć, że nie jest właścicielem pizzerii, więc nie może natychmiast zmienić rodzaju sera. Kiedy wrócił do samochodu, zadzwonił tata z pytaniem, kiedy odzyska pożyczoną wiertarkę. Olek nie umiał podać terminu. Dopisał ją w myślach do listy spraw czekających obok zaliczenia i uszkodzonej wycieraczki.

Przy bramie Justyny nacisnął dzwonek.

— Dzisiaj drzwi — zapowiedziała przez domofon.

— Idzie nam coraz lepiej.

Otworzyła w szerokich spodniach i bawełnianej koszulce. Włosy miała spięte klamrą, spod której wydostawały się pasma. Patrzyła przez ramię, na rozłożone w przedpokoju arkusze papieru.

— Przepraszam, zaraz zrobię miejsce.

— Nie trzeba. Mogę podać tutaj.

— Portfel został w drugiej torbie. Oczywiście tej, której nie używam.

Zniknęła na moment w głębi mieszkania. Olek postawił torbę na wycieraczce, żeby wyjąć terminal. Na ścianie naprzeciwko wisiała krzywo oprawiona mapa. Zaznaczono na niej ołówkiem kilka miejsc, a jedno otoczono grubym kółkiem. Usłyszał kroki i odwrócił wzrok; nie chciał wyglądać, jakby przy dostawie przeprowadzał inwentaryzację.

Wróciła z torbą w ręce i portfelem przytrzymywanym zębami. Żeby dojść do drzwi, musiała ominąć arkusze; przy ostatnim przykucnęła i zaczęła zgarniać kartki na bok, choć zapewniał, że nie potrzebuje więcej miejsca.

Koszulka była luźna, z szerokim wycięciem pod szyją. Gdy pochyliła się nad papierami, materiał odsunął się od ciała. Olek, stojący nad nią z terminalem, zobaczył pełne piersi swobodnie poruszające się pod bawełną i ciemniejszy zarys sutka. Nie miała stanika. Przeniósł wzrok na mapę, ale nadal pamiętał widok sprzed sekundy.

Wyprostowała się, wyjęła portfel z ust i odgarnęła włosy nadgarstkiem. Koszulka wróciła na miejsce, lecz cienka bawełna nie ukryła reakcji na chłodny przeciąg z klatki schodowej. Skupił się na terminalu z uwagą, na jaką rzadko zdobywał się przy obsłudze tego urządzenia.

— Gotówką czy kartą? — zapytał.

— Telefonem. Nie wiem, po co szukałam portfela.

— Przynajmniej wiesz, gdzie jest.

Podał jej terminal odwrotną stroną. Zauważyła to od razu i cierpliwie zaczekała, aż go obróci.

Zbliżyła telefon do terminala. Płatność nie przeszła. Spróbowała jeszcze raz, już po odblokowaniu ekranu, i spojrzała na niego z takim wyrzutem, jakby to on zaprojektował zabezpieczenie.

— Z urządzeniami mam dzisiaj trudną relację.

— Może nie powinny pracować bez osłony.

— Pamiętasz?

— To było dość stanowcze ostrzeżenie.

Wyciągając paragon, poczuł zapach czegoś przypalonego. Zanim zdążył sprawdzić pudełko, wskazała kuchnię.

— Próbowałam upiec warzywa. Zdążyłam przetłumaczyć pół rozdziału i zapomniałam, że są w piekarniku.

— U nas kucharz ma minutnik.

— Ja też. Najwyraźniej potrzebuję jeszcze kucharza.

Mógł odpowiedzieć tak, żeby zasugerować spotkanie poza dostawą. Przez sekundę szukał odpowiedniego zdania. Ekran telefonu rozświetlił się jednak kolejnym adresem i Olek uznał, że może to lepiej.

— Smacznego. Tym razem bez dodatków ratunkowych.

Schodząc, minął sąsiadkę z siatką pełną porów. Przy samochodzie sprawdził, czy niczego nie zostawił w torbie. Terminal był, paragony też. W pamięci zostało pytanie, czy Justyna tak samo rozmawia ze wszystkimi, którzy dostarczają coś pod drzwi.

Nie miał sposobu, żeby to sprawdzić. Numer telefonu na zamówieniu do tego nie służył.


Trzecim razem zamawiała dla dwóch osób. Marta przyszła z butelką wina i stanowczym postanowieniem, że nie będą rozmawiać o byłych mężach. Żadna nie potrafiła później wskazać, która złamała umowę pierwsza.

— Nie tęsknię za nim — powiedziała Justyna. — Tęsknię za tym, że ktoś pamiętał o kończącym się papierze do pieczenia.

— On pamiętał?

— Nie. Ale mogłam być zła na konkretną osobę.

Marta uniosła kieliszek.

— Za odzyskaną odpowiedzialność za papier.

Przed przyjściem przyjaciółki Justyna przebrała się w oliwkową sukienkę kupioną latem. Lubiła jej prosty krój i to, jak układała się na sylwetce. Wiedziała, że dobrze wygląda; rozwód nie odebrał tej pewności. Zapomniała raczej o przyjemności strojenia się bez szczególnej okazji. Wieczór z Martą był wystarczającym powodem, żeby do tego wrócić.

Kiedy rozległ się dzwonek, podniosła się trochę zbyt szybko.

— Głodna? — zapytała przyjaciółka.

— Od szóstej.

Olek miał na policzku ślad mąki. Zauważyła go od razu, lecz nie powiedziała nic, dopóki nie podał pudełek.

— Zmieniłeś stanowisko?

— Dzisiaj wszyscy są na wszystkich stanowiskach.

Wskazała własny policzek. Przetarł niewłaściwą stronę.

— Drugi.

Poprawił się i spojrzał na palce.

— Dowód awansu.

— Bardzo widoczny.

Wzięła oba pudełka naraz, bo po dwóch kieliszkach wydawało się to dobrym pomysłem. Były gorące od spodu; przełożyła je wyżej, na przedramiona, i w tej samej chwili przeciąg z klatki pchnął drzwi, które przytrzymywała biodrem. Zatrzymała je kolanem.

Sukienka miała z boku rozcięcie, o którym Justyna przypominała sobie zwykle na schodach. Teraz, kiedy zatrzymała drzwi uniesionym kolanem, rozchyliło się wysoko, odsłaniając udo, biodro i wąski pasek czarnej koronki. Poczuła chłód korytarza na skórze od dawna niewystawianej na spojrzenia obcych.

Obie ręce miała zajęte. Mogła opuścić nogę i pozwolić drzwiom uderzyć w pudełka albo poprosić o pomoc. Zawahała się. Olek spojrzał w dół, szybko wrócił wzrokiem do twarzy, a po chwili znów zerknął na rozcięcie. Dopiero wtedy sięgnął ponad jej ramieniem i przytrzymał drzwi.

— Dziękuję — powiedziała i opuściła nogę bez pośpiechu.

Materiał opadł. Przez moment trzymał jeszcze drzwi ponad jej głową.

Stał bez słowa. Patrzył inaczej niż podczas poprzednich dostaw, a ona nie miała ochoty ratować rozmowy. W końcu wyjął paragon, zerknął na niego bez potrzeby i życzył miłego wieczoru.

Wróciła do salonu z pudełkami.

— To ten? — zapytała Marta.

— Jaki ten?

— Ten, przez którego poprawiłaś włosy po domofonie.

— Poprawiłam klamrę.

— Nie masz klamry.

Położyła pizzę na stole, staranniej niż wymagało tego opakowanie.

— Jest miły.

— Widzę, że zrobiłaś już bardzo ostrożne rozpoznanie.

Nie chciała rozwijać tematu. Olek był młodszy, najpewniej znacznie, a ona nie zamierzała urządzać sobie romansu z kimś, kogo główną zaletą było to, że przychodził z kolacją. Tak przynajmniej sformułowała to w myślach. Brzmiało rozsądnie, dopóki nie zauważyła, że uśmiecha się nad pierwszym kawałkiem.

Marta na szczęście odpuściła. Przeszły do urodzin, które miały się odbyć w sobotę za dwa tygodnie, w barze przy starym kinie. Justyna obiecała przyjść. Potem wpisała termin do kalendarza, zanim zdążyła znaleźć wygodny powód odmowy.


Do baru dotarła spóźniona o jedenaście minut, ale bez opowieści o korkach. Zbyt długo wybierała kolczyki. Powiedziała to Marcie, która przyjęła wyjaśnienie z uznaniem i podała jej szklankę wody.

— Zaczynamy ostro.

— Masz jeszcze kurtkę. Najpierw odzyskaj temperaturę człowieka.

Była połowa października. Przez otwierane drzwi wpadał chłód, przy ścianie grzał stary kaloryfer, a ludzie przesuwali krzesła, szukając rozwiązania pośredniego. Justyna odwiesiła kurtkę i usiadła bokiem do sali. Znała połowę gości; z pozostałymi można było porozmawiać bez tłumaczenia całej historii życia.

Po godzinie poszła do baru po wodę. Czekała, oparta łokciem o kontuar, kiedy usłyszała za plecami:

— Dzisiaj też bez sosu?

Odwróciła się tak szybko, że niemal strąciła stojak z kartą napojów.

Olek był w granatowym swetrze. Bez kurtki z logo wyglądał inaczej: nadal znajomo, ale już nie jak część wieczornego zamówienia. Stał obok chłopaka, którego Justyna nie znała.

— Ty tutaj pracujesz dodatkowo? — zapytała.

— Nie, przyszliśmy pograć w rzutki. To Daniel, pracujemy razem.

Daniel przywitał się i od razu wrócił do stolika, przy którym ktoś próbował podważyć ostatni wynik.

— Zwykle wpadamy po zmianie — wyjaśnił Olek. — Dziś mam wolne, a i tak tu jestem.

— Ja jestem na urodzinach.

Wskazała Martę. Przyjaciółka pomachała im z uprzejmością, której Justyna nie ufała.

Odebrała wodę, ale nie wróciła od razu. Olek zrobił miejsce przechodzącej kelnerce i znaleźli się przy końcu kontuaru, trochę poza głównym ruchem. Nie pytał o zamówienia. Ona też nie szukała już tematu w pizzy.

Opowiedział o zajęciach terenowych na geodezji: czterech studentów, jeden instrument pomiarowy i właściciel działki przekonany, że granica musi przebiegać tam, gdzie od dwudziestu lat stoi jego kompostownik.

— I co zrobiliście?

— Pomiary. Potem słuchaliśmy o kompostowniku.

— Długo?

— Znam już jego historię lepiej niż historię własnej rodziny.

Śmiała się swobodnie, nie pilnując, czy nie za głośno. Spytała, czy lubi studia.

— Tak, tylko z rachunkiem wyrównawczym trochę się męczę.

— Na którym jesteś roku?

— Na trzecim. Mam dwadzieścia dwa lata, gdyby to miało być następne pytanie.

Zatrzymała szklankę przy ustach.

— Aż tak było widać?

— Trochę liczyłaś w pamięci.

— Trzydzieści cztery — powiedziała.

Przytaknął, bez zapewnień, że wygląda młodziej. Była mu za to wdzięczna.

— Dwanaście — dodał po chwili.

— Umiem odejmować.

— Chciałem pokazać, że trzeci rok nie poszedł na marne.

Przy sąsiednim stoliku zwolniły się dwa miejsca. Wskazała mu jedno, drugie zajęła sama. Na stojąco miała poczucie, że każde może za chwilę odejść; teraz odstawiła szklankę i zapytała o Daniela. Z drugiego końca sali dobiegała dyskusja o wyniku gry.

Przy kaloryferze było gorąco. Zdjęła kardigan i przewiesiła go przez oparcie. Pod spodem miała czarną kopertową bluzkę wiązaną z boku, wybraną szybciej niż kolczyki. Olek urwał w pół zdania. Kiedy podjął opowieść o Danielu, pilnował już, żeby patrzeć jej w oczy. Widoczny wysiłek ją rozbawił.

Stolik był mały, a sala głośna. Musiała się pochylać, żeby słyszeć, i za trzecim razem poczuła, że wiązanie się poluzowało. Bluzka rozchyliła się, odsłaniając brzeg koronki i górną część piersi. Zerknęła na dekolt. Olek zgubił wątek opowieści o rzutkach; spojrzenie zatrzymał za długo, po czym uniósł głowę z miną człowieka przyłapanego na czytaniu cudzej poczty.

Nie poprawiła wiązania. Oparła łokcie na blacie i pochyliła się jeszcze trochę.

— Zgubiłeś wątek — powiedziała.

— Zgubiłem.

— Daniel. Rzutki.

— Właśnie. — Odchrząknął. — Daniel uważa, że tarcza wisi krzywo. Od dwóch lat.

Pod stołem założyła nogę na nogę i otarła kolanem o jego kolano. Spódnica podsunęła się na udzie. Tym razem nie odwrócił wzroku. Żadne nie cofnęło nogi. Przez następne pięć minut rozmawiali o krzywej tarczy z powagą, na jaką nie zasługiwała, a ona mimo rajstop czuła ciepło tego drobnego kontaktu.

Marta zawołała ją do wspólnego zdjęcia. Odwróciła głowę, a kiedy znów spojrzała na niego, zaczął już zbierać się do swojego stolika. Poczuła rozczarowanie tak wyraźne, że przestała udawać przed sobą, iż chodzi tylko o zabawną rozmowę.

— Będziesz jeszcze tutaj?

— Tak. Daniel nie umie przegrywać szybko.

Wróciła po zdjęciu. Olek właśnie trafił w niewłaściwe pole na tarczy, co przyjął z mniejszą godnością, niż zapowiadało wcześniejsze opowiadanie. Spodobało jej się również to. Kiedy w końcu usiedli przy wolnym stoliku, nie musiała już wyobrażać sobie człowieka spod firmowej kurtki.

Przed wyjściem zapytał, czy może zaprosić ją na kawę.

— Masz mój numer — odpowiedziała odruchowo.

— W pracy. Wolałbym dostać go od ciebie.

Wyjęła telefon i podyktowała cyfry. Wiadomość przyszła od razu:

„Olek. Prywatnie”.

Przeczytała ją, chociaż stał tuż obok. Potem dopisała w kontakcie nazwisko, które jej podał. Nie „pizza”.


W niedzielę Olek obudził się wcześniej, niż zamierzał. Przez chwilę leżał bez ruchu, słuchając, jak współlokator próbuje zamknąć szafkę w kuchni. W końcu wstał i dokręcił zawias śrubokrętem, który od tygodnia leżał na lodówce.

— To jednak dało się zrobić — zauważył Daniel.

— Najwyraźniej.

— Dobry humor masz.

Olek nalał wody do czajnika. Daniel patrzył na niego znad miski płatków z cierpliwością człowieka, który nie ma tego dnia porannych zajęć ani zmiany.

— Rozmawialiśmy — odezwał się w końcu.

— Widziałem. Długo.

— I umówimy się jeszcze.

— To fajnie. Kupisz chleb, jak będziesz wychodził?

Spodziewał się docinków i dopiero po chwili zrozumiał, że ich nie będzie. Kolega już sprawdzał coś w telefonie. Poczuł ulgę, a zaraz potem lekkie zażenowanie, że sam zdążył zrobić z tego wydarzenie wymagające komentarza.

Napisał do Justyny przed południem. Zaproponował czwartek, kawę i spacer po centrum. Przez następne dziesięć minut próbował czytać notatki. Odpowiedź przyszła wtedy, kiedy wreszcie przestał sprawdzać ekran.

„Po osiemnastej mogę. Ale chciałabym usłyszeć dalszy ciąg o kompostowniku.”

„Musiałbym poprosić właściciela o zgodę na adaptację.”

Ustalili miejsce przy starym kinie. Potem odłożył telefon i rzeczywiście wrócił do nauki. Miał świadomość, że w czwartek powinien rozmawiać także o czymś innym niż studia, ale najpierw musiał zdać kolokwium.


Justyna przeczytała ostatnią wiadomość przy pralce. W ręku trzymała skarpetkę znalezioną dopiero po uruchomieniu programu. Zwykle taki drobiazg potrafił wyprowadzić ją z równowagi; tego dnia wrzuciła zgubę do kosza na pranie i poszła otworzyć okno.

Miała ochotę zadzwonić do Marty. Zamiast tego wybrała numer siostry, porozmawiała o zepsutej drukarce w jej biurze i przez dwanaście minut ani razu nie wspomniała o Olku. Chciała przez chwilę mieć tę znajomość tylko dla siebie. Bez gratulacji, ostrzeżeń i żartów, które później wracałyby do niej w najmniej odpowiednim momencie.

Do czwartku wymienili kilka wiadomości. Nie prowadzili rozmowy bez przerwy. Olek wysłał fotografię tabliczki z błędnym numerem budynku, Justyna odpowiedziała zdaniem z instrukcji, w którym przypadkowo poleciła użytkownikowi wyłączyć przełożonego zamiast przełącznika. Kiedy przez pół dnia milczał, przypomniała sobie, że człowiek może być zajęty, i odłożyła telefon ekranem do dołu. Za drugim razem zrobiła to już bez wysiłku.

W środę zadzwonił były mąż. Potrzebował dokumentu dotyczącego dawnego ubezpieczenia. Znaleźli go podczas krótkiej, rzeczowej rozmowy. Na koniec zapytał, co słychać.

— Dobrze. Mam trochę pracy.

Nie powiedziała nic więcej. Nie dlatego, że ukrywała randkę. Po prostu nie był już pierwszą osobą, której musiała opowiadać o swoim dniu.


W czwartek skończyła pracę pół godziny wcześniej. Zamknęła laptop, chociaż klient właśnie przysłał trzy uwagi, z których dwie dotyczyły zmian, o które wcześniej sam prosił. Odpisała, że zajmie się nimi rano, i przez moment patrzyła na wysłaną wiadomość, jakby spodziewała się alarmu.

Nie wydarzyło się nic.

Wybrała ciemną spódnicę, miękki sweter i buty, w których mogła przejść więcej niż od taksówki do stolika. Miała ochotę wyglądać ładnie, ale nie chciała przez cały wieczór myśleć o ubraniu. Przed lustrem poprawiła włosy, odsunęła się i zrezygnowała z poprawiania ich po raz drugi.

Olek czekał pod kinem. Gdy ją zobaczył, schował telefon i podszedł. Przez sekundę oboje zastanawiali się nad powitaniem. Justyna rozstrzygnęła sprawę krótkim pocałunkiem w policzek.

— Długo czekasz?

— Siedem minut. Przyjechałem trochę wcześniej.

— Specjalnie?

— Byłem ciekaw, czy przyjdziesz.

Powiedział to zwyczajnie. Nie umiała odpowiedzieć równie swobodnie, więc wskazała kawiarnię po drugiej stronie ulicy. Było tam niewiele osób i za głośny młynek. Usiedli przy oknie, skąd widać było ludzi biegnących na tramwaj.

Rozmowa zaczęła się od studiów, potem zeszła na pracę Justyny. Zapytał, jak tłumaczy rzeczy, których wcześniej nie widziała. Pokazała mu w telefonie zdjęcie instalacji przemysłowej, zaznaczając palcem dwa niemal identyczne elementy.

— Po czym poznajesz, który jest który?

— Dzwonię do człowieka, który je montował. Potem przez dwadzieścia minut słucham, dlaczego projektant jest idiotą.

— Czyli też masz kompostownik.

Parsknęła śmiechem tak nagle, że kelnerka przerwała wyliczanie dostępnych ciast. Zamówili jedno do podziału, bo każde twierdziło, że właściwie nie jest głodne. Po kilku minutach oboje celowali widelcem w ostatni kawałek.

Olek nie sprawiał wrażenia, że musi wiedzieć wszystko. Kiedy opowiadała o tłumaczeniu ustnym podczas odbioru linii produkcyjnej, dopytał o różnicę między tym a pracą w domu. Słuchał odpowiedzi, zamiast czekać na okazję do własnej historii. Raz zgubił wątek, patrząc na nią, i uczciwie poprosił o powtórzenie końcówki.

— Naprawdę interesuje cię odbiór techniczny? — zapytała.

— Coraz mniej. Ale ty o nim opowiadasz z takim przekonaniem, że próbuję nadążyć.

Nie ukrywała uśmiechu. Oparła brodę na dłoni i przez chwilę pozwoliła, żeby rozmowa się zatrzymała.

Po kawie zaproponował kino. Na ekranie telefonu znalazł film, o którym wspomniała przy stoliku. Kiedy doszli do kasy, okazało się, że sprawdził repertuar na następny tydzień.

— Mogę zaproponować siedem dni spaceru — powiedział, chowając telefon.

— W tych butach najwyżej trzy.

Wyszli, śmiejąc się z nieudanego planu. Justyna nie pamiętała, kiedy ostatnio pomyłka nie oznaczała konieczności ratowania wieczoru. Poszli wzdłuż torów tramwajowych, potem skręcili nad kanał. Tutaj było ciszej; nie musieli już podnosić głosu ponad hałas ulicy.

Zapytał o rozwód dopiero wtedy, gdy sama wspomniała o dawnym mieszkaniu. Nie chciała opowiadać całej historii. Powiedziała, że długo byli dobrym zespołem do załatwiania spraw, lecz pod koniec łączyło ich już niewiele więcej. Nie było jednego wielkiego odkrycia, które pozwalałoby łatwo wskazać winnego.

— Przez ostatni rok ciągle mówiliśmy sobie: potem — dodała. — Potem pojedziemy. Potem porozmawiamy. Potem będzie spokojniej.

Olek przesunął dłonią po zimnej poręczy.

— A było?

— Spokojniej? Bardzo. Tylko nie tak, jak chciałam.

Nie zapewniał, że przyszłość wszystko wynagrodzi. Opowiedział za to o dziewczynie, z którą rozstał się po pierwszym roku studiów. Przez kilka miesięcy mieszkali w różnych miastach i umawiali rozmowy, na które żadne nie miało już siły.

— Też byłem przekonany, że skoro się nie kłócimy, to wszystko działa.

— I?

— W końcu się pokłóciliśmy. Za późno, żeby z tego coś wynikło.

Szli w milczeniu. Justyna wsunęła dłoń pod jego ramię, zanim zdążyła nadać temu gestowi większe znaczenie. Zwolnił krok.

Przy następnym moście powiedziała coś, czego później żałowała.

— Będziesz przynajmniej miał co opowiadać kolegom.

Spojrzał na nią.

— O czym?

— O randce ze starszą klientką.

Uśmiech, którym chciała złagodzić zdanie, nie pomógł. Olek zatrzymał się przy zejściu na niższy chodnik.

— Nie przyszedłem tu po to, żeby się potem chwalić kolegom.

— Wiem. Głupio zażartowałam.

— Trochę.

Nie powiedział tego ostro. Właśnie dlatego poczuła zażenowanie. Łatwiej byłoby odbić nieprzyjemną uwagę niż przyjąć spokojną.

Wyjęła rękę spod jego ramienia, ale nie odsunęła się.

— Chyba chciałam powiedzieć coś pierwsza, zanim ty pomyślisz…

Urwała. Olek czekał, patrząc na wodę.

— Sama nie wiem. Że to dziwne.

— Wiesz, co ja myślę od kwadransa? Że powinienem był sprawdzić tę datę w repertuarze. Miałem ją przed nosem.

Uśmiechnęła się, tym razem bez próby obrony.

— Przepraszam.

— Po prostu nie chcę, żebyś tak o mnie myślała.

Kiwnęła głową. Nie obiecała, że już nigdy nie pomyśli o wieku. Mogła jednak przestać z góry zakładać, czego od niej chce.

Do przystanku wracali wolniej. Kiedy przyjechał tramwaj, popatrzyła na otwierające się drzwi, potem na Olka.

— Następny jest za osiem minut.

— Widziałem.

Tramwaj odjechał. Na przystanku zostali z kobietą rozmawiającą przez telefon kilka metrów dalej. Olek dotknął jej dłoni, a Justyna przysunęła się i pocałowała go bez szukania kolejnego żartu. Przez krótką chwilę słyszała wyłącznie szum ulicy i szelest materiału kurtki, której trzymała się przy łokciu.

Gdy się odsunęli, oparł czoło o jej skroń.

— Warto było pomylić tydzień.

— Nie przyzwyczajaj się.

Wsiadła do następnego tramwaju. Usiadła przy oknie i zdążyła jeszcze zobaczyć, jak podnosi rękę na pożegnanie. Dopiero dwa przystanki dalej przypomniała sobie o telefonie.


Zaproszenie na kolację wysłała już następnego ranka, po trzech wersjach wiadomości. W pierwszej proponowała coś niezobowiązującego. W drugiej dopisała, że tylko jeśli ma ochotę. W trzeciej wykasowała zastrzeżenia i napisała:

„Chciałabym cię zaprosić do siebie. We wtorek?”

Odpowiedział po zajęciach. Wtorek miał wolny od pracy, więc zgodził się od razu i zapytał, czy może coś przygotować.

„Umiesz robić pierogi?”

„Umiem pomagać przy pierogach. Samodzielność to wyższy poziom.”

Zdecydowali, że spróbują. Justyna miała dynię, którą kupiła z przekonaniem, że tym razem nie dopuści do kolejnego upieczenia jej na węgiel. Olek zobowiązał się przynieść mąkę i przepis od ojca. Przyznał przy okazji, że ojciec nigdy nie zapisywał ilości, więc materiał źródłowy może wymagać interpretacji.

Przez weekend widzieli się raz, krótko, na spacerze przed jego zmianą. Padał drobny deszcz i żadne nie zaproponowało odwołania spotkania. Wstąpili do piekarni, zjedli po drożdżówce pod daszkiem i rozstali się przy samochodzie, bo Olek nie mógł spóźnić się do pracy. Justyna poszła dalej sama. Nie czuła, że dostała za mało czasu. Było jej przyjemnie z tym, że zrobili dla siebie miejsce w zwykłym, zajętym dniu.

We wtorek nie urządzała mieszkania od nowa. Posprzątała łazienkę, odsunęła dokumenty z połowy stołu i zmieniła pościel, po czym przez chwilę stała w sypialni, niezadowolona z własnej przezorności. W końcu wygładziła narzutę i przestała się z sobą spierać. Chciała, żeby został, jeśli wieczór potoczy się w tę stronę. Przygotowanie łóżka nie było umową, której musieliby później dotrzymać.

Olek przyszedł o siódmej. Zwykły dzwonek do mieszkania zabrzmiał inaczej niż powiadomienie o dostawie. Miał papierową torbę z zakupami i dodatkowy chleb.

— Na wypadek klęski — wyjaśnił.

— Rozsądne podejście do mojej kuchni.

— Ja też nie mam wielkiej wprawy.

Pocałowała go na powitanie i odebrała zakupy. Zdjął kurtkę, powiesił ją na wskazanym haczyku i rozsznurował buty.

— Chodź. Już nie musisz wracać na trasę.

Powiedziała to z uśmiechem, ale sama poczuła wagę tej prostej różnicy.

Zanim wszedł do kuchni, zatrzymał się przy mapie.

— Mogę wreszcie zapytać, co tu zaznaczasz? Wtedy nie chciałem zaglądać.

— Miejsca, do których pojechałam. Kółko to wyjątek. Tam dopiero miałam dotrzeć.

Podeszła bliżej. Nad dolną krawędzią ramy zebrał się cienki pasek kurzu. Starła go palcem, bardziej po to, żeby czymś zająć ręce, niż z rzeczywistej potrzeby sprzątania.

— Niewielki pensjonat w górach. Miałyśmy jechać z siostrą, jeszcze przed rozwodem. Nie udało się z terminami.

— A później?

— Później nic. Ciągle nie pasowało. Jej dzieci chorowały, ja brałam dodatkową pracę. W końcu nawet przestałyśmy o tym mówić.

Olek przyjrzał się zaznaczonemu miejscu. Justyna czekała na propozycję, że przecież mogą pojechać razem, i nie wiedziała, czy bardziej chciałaby ją usłyszeć, czy się przed nią obronić. Nie padła.

— Nadal chcesz tam jechać? — zapytał.

— Tak. Ale nie sama.

— To może siostrze już pasuje.

Zaczęła odpowiadać, że pewnie nie, po czym urwała. Od miesięcy o to nie pytała. Ostatnio rozmawiały o prezentach dla dzieci i terminie przeglądu samochodu. Z góry uznała, że po trzydziestce wspólny wyjazd wymaga zbiegu okoliczności przypominającego rzadkie zjawisko astronomiczne.

— Napiszę jutro.

Wskazał kilka mniejszych znaków rozrzuconych po mapie.

— A tutaj byłaś?

Opowiedziała o wyprawie, podczas której kupiły z siostrą bilety na autobus jadący w przeciwnym kierunku. Zamiast gór zobaczyły skład materiałów budowlanych, piekarnię i wyjątkowo zadbany plac zabaw. Zostały na dwie godziny, bo tyle trzeba było czekać na powrót. Do dziś lepiej pamiętała tamtą miejscowość niż cel podróży.

— To chyba udany wyjazd — ocenił.

— Siostra uważa, że powinnyśmy zacząć oferować wycieczki niespodzianki. Organizator też nie wie, dokąd jedzie.

— Przynajmniej wszyscy mają równe szanse.

Zaśmiała się i poprawiła przekrzywioną ramę. Przez chwilę była ciekawa, jakie miejsca zaznaczyłby na swojej mapie. Nie zapytała o wszystkie naraz. Mogła zostawić coś na następny wieczór.

W kuchni było ciepło od piekarnika. Dynia na farsz upiekła się przed przyjściem Olka i tym razem nie na węgiel. Justyna miała grafitową sukienkę z miękkiej dzianiny, z suwakiem na plecach i rozcięciem pośrodku przodu. Na stojąco wydawała się skromna; w ruchu odsłaniała znacznie więcej. Była wygodna, w sam raz na wieczór w domu.

Stolnica leżała w najniższej szafce, za garnkami. Pochyliła się po nią na prostych nogach. Dzianina podjechała z tyłu wysoko, ponad uda, i zatrzymała się tam, gdzie zaczynała się śliwkowa koronka. Miała na sobie szorto-stringi: szeroki pas koronki leżący nisko na biodrach jak szorty, z falistym brzegiem biegnącym w poprzek górnej części pośladków, a pośrodku zwężający się w wąski klin tiulu w drobne kropki, który znikał między nimi. Dolna połowa pupy zostawała naga, okrągła, podkreślona koronką od góry. Olek stał dwa kroki za nią z masłem w ręce.

Garnki zadzwoniły. Przesunęła jeden, później drugi, próbując wysunąć zza nich deskę.

— Widzisz ją gdzieś? — zapytała spod blatu.

Odpowiedział dopiero po chwili.

— Widzę.

Wyprostowała się z deską w rękach i obciągnęła sukienkę. Olek nie zmienił miejsca; w dłoni wciąż trzymał masło.

— Masło do lodówki — powiedziała. — Fartuch wisi na haczyku. Zawiążesz mi?

Odwróciła się plecami i przełożyła głowę przez pętlę fartucha. Zawiązywał troczki niespiesznie, muskając palcami krzyż. Po skończeniu kokardy zatrzymał dłonie na biodrach jeszcze na jeden oddech. Pamiętała ich ciepło także wtedy, gdy odsunął się do stolnicy.

Telefon z przepisem oparli o słoik kawy. Przeczytał na głos pierwsze zdanie: „Mąki tyle, żeby ciasto było dobre”.

— Bardzo techniczne — oceniła.

— Dalej jest jeszcze dokładniej: „Wody odpowiednio”.

— Zadzwonimy?

— Ojciec powie, że przecież napisał.

Zaczęli od ilości podanych w drugim przepisie; autorowi pierwszego nie musieli się z tego tłumaczyć. Olek wyrabiał ciasto, Justyna doprawiała farsz. Z głośnika na parapecie cicho grało radio. Co kilka minut spiker wchodził między piosenki ze stanowczo zbyt dobrym humorem.

Było coś przyjemnego w widoku gościa zajmującego połowę blatu. Nie zachowywał się tak, jakby od razu znał mieszkanie. Pytał, gdzie jest miska, odkładał nóż w niewłaściwe miejsce, raz otworzył szafkę z rachunkami zamiast tej z talerzami. Pilnowała się, żeby nie poprawiać wszystkiego po nim. Kiedy odłożył czystą łyżkę do zlewu, wyciągnęła ją, opłukała i wręczyła bez komentarza.

— To była ta do próbowania? — zapytał.

— Właśnie ta.

— Dobrze, że nie stawiasz ocen.

Przy stole porównali pierwsze pierogi. Ten ulepiony przez Justynę przypominał półksiężyc z uszkodzonym brzegiem. Drugi wyszedł za duży, ze zbyt mocno zaciśniętymi brzegami, przez co wyglądał na obrażony.

— Ten twój może zostać kierownikiem — powiedziała.

Podniósł go na dłoni.

— Nie przepuściłby twojego przez kontrolę jakości.

Nie spieszyli się. Lepienie dawało rękom zajęcie i pozwalało mówić bez konieczności stałego patrzenia sobie w oczy. Opowiedział o młodszej siostrze, która uważała wszystkie jego decyzje za dowód przedwczesnego zestarzenia. Justyna przyznała, że w jej rodzinie tę funkcję pełni Marta, choć nie łączy ich żadne pokrewieństwo. Przed lepieniem ostatniej partii postawiła na ogniu patelnię z masłem.

Kiedy poczuli zapach palonego masła, zerwali się od stołu. Tym razem uratowali patelnię. Justyna wyłączyła palnik, Olek otworzył okno. Zostali obok siebie, śmiejąc się już bardziej z zakłopotania niż z kuchennej wpadki.

Przesunął kciukiem po śladzie mąki na jej policzku. Złapała go za rękę i przytrzymała.

— Dowód awansu — przypomniała.

Pocałował ją. Nie było już baru, przystanku ani poczucia, że zaraz trzeba będzie się rozejść. Za plecami mieli rozwałkowane ciasto i wodę, która jeszcze nie zdążyła się zagotować. Puściła jego dłoń dopiero wtedy, gdy sama chciała się odsunąć.

— Najpierw zjemy — powiedziała.

— Dobry plan.

Wrócił do stolnicy. Przez następne kilka minut żadne nie miało szczególnego talentu do równych brzegów.


Z pierwszej partii rozkleiły się dwa. Z drugiej tylko jeden, za to tak dokładnie, że wyławianie farszu zajęło więcej czasu niż gotowanie. Justyna zdjęła fartuch i odwiesiła go na haczyk. Zjedli przy kuchennym stole, nie przenosząc się do salonu, gdzie wcześniej przygotowała miejsce. Między talerzami zostały rozsypana mąka i zapomniany wałek. Wyłączyli radio, kiedy prowadzący zapowiedział konkurs z pytaniem, na które oboje odruchowo odpowiedzieli źle.

Olek zachwycił się farszem. Uznała, że przesadza, więc podała mu następny pieróg zamiast protestować. Sama była głodna bardziej, niż się spodziewała.

Przez chwilę jedli bez rozmowy. Nie przeszkadzała jej cisza ani to, że po drugiej stronie stołu siedział ktoś, przy kim nadal trochę się peszyła. Kiedy podniosła wzrok, właśnie otwierał usta. Zaczęli jednocześnie, urwali i żadne nie chciało pierwsze wrócić do swojego zdania.

W tej ciszy widelec wysunął mu się z palców, odbił od krawędzi stołu i spadł na podłogę. Mruknął przeprosiny i schylił się po niego.

Siedziała z nogą założoną na nogę. Sukienka rozsunęła się przy rozcięciu; dzianina opadła po bokach ud. Widelec leżał przy jej stopie. Mijały sekundy, a on się nie prostował.

Mogła poprawić sukienkę. Zamiast tego powoli rozplotła nogi i postawiła stopy nieco szerzej. Wiedziała, co widać spod blatu: wnętrze ud i napiętą śliwkową koronkę, ciemniejszą pośrodku. Serce biło wysoko, niemal w gardle. Wytrzymała tak przez trzy oddechy, może cztery.

— Znalazłeś? — zapytała znad talerza.

— Jeszcze szukam. — Głos dochodził z dołu, trochę zduszony.

— Leży przy mojej stopie. Od początku.

— Wiem.

Wyprostował się zaczerwieniony, z widelcem w ręce, ale bez zamiaru powrotu do jedzenia. Podała czysty sztuciec z szuflady za plecami, nie wstając. Pod stołem dotknęła bosą stopą jego łydki i przesunęła ją do kolana.

— Jedz. Lepiliśmy je godzinę.

Dopiero gdy spróbowali kolejnych kęsów, wróciła do przerwanej rozmowy.

— Długo pracujesz w tej pizzerii? — zapytała.

— Od pierwszego roku. Wcześniej pomagałem tacie przy remontach.

— Wiertarki nie boisz się bardziej niż ciasta?

— Wiertarka ma instrukcję. I chyba powinienem już ją oddać.

Opowiedział o pożyczonym sprzęcie. Potem o planach na wakacyjne praktyki, na które zamierzał złożyć dokumenty. Najchętniej chciałby popracować przy dużej inwestycji, zobaczyć coś poza ćwiczeniami i niewielkimi zleceniami. Możliwe, że musiałby na kilka tygodni wyjechać.

Słuchała z zainteresowaniem, choć część uwagi poświęcała już pytaniu, gdzie w tych planach znalazłoby się miejsce dla niej. Zirytowało ją to. Znali się zbyt krótko, żeby oczekiwać miejsca w wakacyjnym kalendarzu, i zbyt dobrze, żeby udawać obojętność.

— Kiedy będziesz wiedział?

— Najwcześniej wiosną. Na razie próbuję znaleźć kogoś, kto mi powie, jakie dokumenty naprawdę są potrzebne.

Przytaknęła. Nie zaoferowała od razu sprawdzenia kontaktów w firmach, dla których tłumaczyła. Gdyby kiedyś poprosił, mogłaby pomóc. Teraz chciała po prostu posłuchać o jego planach.

Zapytał, czy ona zamierza nadal pracować sama. Powiedziała o propozycji większego zlecenia, które oznaczałoby dobieranie zespołu i pilnowanie cudzych terminów.

— Chcesz tego?

— Chcę większego projektu. Nie wiem, czy chcę pięciu telefonów o siódmej rano.

— A rozmawiałaś z nimi o godzinach?

— Jeszcze nie. Muszę zapytać, zanim się zgodzę.

Przesunęła półmisek w jego stronę. Nałożył sobie dokładkę, a ona sięgnęła po ścierkę, bo sos kapał na blat.

Później Olek pozmywał, a Justyna osuszyła naczynia. Zostały trzy pierogi, które ułożyła w pojemniku. Chleb awaryjny nawet nie wyszedł z papierowej torby.

— Sukces — stwierdził.

— Nie ogłaszaj przed obejrzeniem podłogi.

Mąka dotarła pod stół i do przedpokoju. Zamiast od razu wyciągać odkurzacz, zamknęła kuchenne okno, zgasiła górne światło i usiadła z nim na kanapie. W salonie było ciszej. Przez ścianę dochodził rytm sąsiedzkiej pralki, a na ulicy ktoś długo próbował odpalić samochód.

Przez kilka minut rozmawiali jeszcze o niczym szczególnym. Olek trzymał rękę na oparciu, blisko jej ramienia. Przysunęła się i oparła o niego. Objął ją, kończąc rozpoczęte zdanie już znacznie ciszej.

Pocałowała go pierwsza. Tym razem bez przerwy na sprawdzanie garnka, bez czekania na zielone światło przy przejściu. Kiedy odsunęła się odrobinę, nadal pozostali blisko.

— Chciałabym, żebyś został — powiedziała.

— Chciałbym zostać.

W odpowiedzi nie było żartu. Właśnie tego potrzebowała. Później wstała, wzięła go za rękę i poprowadziła do sypialni. Idąc, zahaczyła stopą o brzeg dywanu; Olek podtrzymał ją za łokieć, a ona roześmiała się krótko z własnego pośpiechu. Nie próbowali odzyskiwać uroczystego nastroju. Nie był im potrzebny.

W sypialni paliła się tylko mała lampka przy oknie. Zostawiła ją zapaloną; chciała go widzieć.

Długo całowali się przy łóżku, nie spiesząc się z rozbieraniem. Smakował masłem i pieprzem. Ujmował ją w talii, gładził plecy przez dzianinę. Podciągnęła T-shirt; uniósł ramiona, a ona roześmiała się, przytulona do odsłoniętej piersi. Śmiech urwał się, gdy mogła obejrzeć go z bliska: szerokie ramiona, płaski brzuch, ciemna linia włosów znikająca pod paskiem.

Rozsuwał suwak sukienki powoli, ząbek po ząbku, całując przy tym kark.

Dzianina zsunęła się z ramion i opadła wokół stóp. Justyna została w śliwkowym komplecie, wcześniej odsłanianym tylko we fragmentach. Olek przyglądał się bez słowa. Pod tym spojrzeniem poczuła się niemal dotykana.

— Przez cały wieczór — powiedział — próbowałem o tym nie myśleć.

— I jak ci szło?

— Widelec widział.

Sięgnął do zapięcia biustonosza. Zesztywniała na jedno uderzenie serca. Zauważył to i zatrzymał palce.

— W porządku?

— Tak. Tylko… dawno z nikim nie byłam.

— Mamy czas — zapewnił i rzeczywiście zwolnił. Całował ramię, obojczyk, zagłębienie u nasady szyi. Dopiero gdy rozluźniła ramiona, rozpiął haftki i zsunął ramiączka. Biustonosz opadł na sukienkę. Podtrzymał piersi od dołu i przesunął kciukami po sutkach. W ciszy usłyszała własny przyspieszony oddech.

Odwróciła się do niego. Uklęknął, wsunął palce pod koronkę na biodrach i zaczął ją zsuwać, całując po drodze brzuch.

Na gładkiej skórze pozostawał wąski paseczek włosków, cienki jak kreska ołówka. Od lat dbała o niego dla siebie i przestała zastanawiać się nad cudzymi upodobaniami. Przesunął kciukiem wzdłuż paseczka, z góry na dół, uważnie, i przełknął ślinę.

Pocałował ją na samej kresce, później na gładkiej skórze poniżej. Od ciepłego oddechu ugięły się kolana. Gdy podniósł wzrok, zobaczyła zachwyt, którego nie musiał potwierdzać słowami. Przyjęła go z większą radością niż jakikolwiek komplement.

Zsunął majtki do końca i wstał. Pomogła mu zdjąć spodnie i bieliznę. Był twardy od dawna. Objęła członek dłonią, czując ciepło i ciężar; zamknął oczy i zacisnął szczękę. Przesunęła dłoń wzdłuż, do końca i z powrotem. Imponował jej. Nie zamierzała jeszcze tego mówić.

Położyli się na świeżej pościeli. Leżąc na boku, pieścił szyję, piersi, brzuch i wnętrze ud, najpierw dłonią, później ustami. Gdy wsunął palce między nogi, była już mokra. Rozchyliła uda szerzej i przycisnęła jego dłoń do siebie.

— Tak. Właśnie tak.

Gdy oddychała szybciej, zostawał dłużej w tym samym miejscu. Krążył palcami, całował pierś, ssał sutek. Ciepło zbierało się nisko w brzuchu, warstwa po warstwie.

— Chodź — powiedziała w końcu i pociągnęła go na siebie.

Wszedł powoli. Początkowo była spięta, więc na chwilę oboje znieruchomieli: on podparty na łokciach, z czołem przy jej czole, ona z dłońmi na szerokich plecach. Stopniowo się rozluźniała, aż mogła przyjąć go całego. Wypuściła powietrze.

Zaczął długimi, spokojnymi ruchami, niemal całkiem się wysuwając i wracając do końca. Justyna czuła każdy centymetr, ciężar napierającego ciała i włosy na piersi drażniące sutki. Objęła go nogami. Utrzymywał równy rytm, a ona odpowiadała biodrami, coraz mniej zajęta własną ostrożnością.

Uniosła kolana i przyciągnęła nogi do jego boków. Zmiana kąta pozwoliła na głębsze ruchy i bliższy kontakt u nasady. Szepnęła, że tak jest cudownie. Nie zmienił ułożenia; podparł się na dłoniach, żeby lepiej widzieć twarz, kołyszące się piersi i miejsce, w którym łączyły się ich ciała. Na widok cienkiej kreski włosów znikającej przy kolejnych ruchach przymknął oczy.

Kochali się długo. Utrzymywał głębokie, równe pchnięcia, a ona oparła pięty o jego uda i przesuwała dłonie po plecach oraz napinających się pośladkach. Między ciałami zbierał się pot. Łóżko skrzypiało cicho. Przyjemność rozchodziła się szeroko, ciepła i dobra sama w sobie, jeszcze bez wyraźnej zapowiedzi szczytu. Nie próbowała niczego przyspieszać.

Objął ją pod plecami i obrócił się na wznak, pociągając za sobą. Przez moment Justyna była nad nim. Uniosła biodra, rozłączając ich, i wsparta na jego dłoniach obróciła się tyłem. Opadła plecami na szeroką pierś, oparła głowę na ramieniu, układając uda po obu stronach jego nóg. Ugiął kolana, wsparł stopy na materacu i naprowadził się ręką, ponownie wsuwając się od dołu.

Leżała na wznak, oparta na nim. Widziała lampkę i sufit, na wilgotnej skórze między nogami czuła chłodne powietrze. Plecy unosiły się wraz z jego oddechem, usta muskały skórę przy uchu. W tym ułożeniu poruszał się krócej i płycej, ale nacisk powracający w jednym miejscu na przedniej ściance sprawiał intensywną przyjemność.

A ręce miał wolne.

Jedną dłonią objął pierś, drugą przesunął po brzuchu i wzdłuż wąskiego paseczka włosów, aż znalazł się tam, gdzie czekała na dotyk. Nakryła jego dłoń własną i przez chwilę prowadziła ją małymi kółkami. Kiedy przejął ruch, puściła nadgarstek i sięgnęła za głowę, do karku.

Mogła już tylko poddać się pieszczotom. Spoczywała na nim ciężko, z zamkniętymi oczami, czując ruch bioder, palców i pocałunki przy szyi. Rozlana wcześniej przyjemność skupiała się coraz wyraźniej: w punkcie pod palcami i głębiej, wewnątrz ciała. Te dwa doznania stopniowo się łączyły.

Narastające napięcie chwilami słabło, ale nie wracała już do wcześniejszego spokoju. Oddychała nierówno, czekając na kolejne nasilenie. Utrzymywał płytkie ruchy bioder, palcami zataczając lekkie kółka. Na skórze zebrał się pot, uda zaczęły drżeć. Chwyciła go za nadgarstek, już nie po to, żeby prowadzić, lecz żeby mieć oparcie.

— Jestem blisko — szepnęła, zaskoczona brzmieniem własnego głosu. — Tak… Nie przerywaj.

Nie zmienił rytmu ani nacisku.

W końcu oba doznania połączyły się. Napięła się od stóp po kark, uniosła biodra, a zaraz potem wszystko puściło: długi, głęboki skurcz i następne, rozchodzące się falami. Nadal czuła palce na skórze i bliski kontakt z Olkiem, słyszała własny głos pod sufitem. Podtrzymywał ją ramieniem w poprzek piersi, żeby się nie zsunęła. Dotykał coraz lżej, aż sama odsunęła dłoń.

Spoczywała na nim bez sił, wyczuwając pod łopatką szybkie bicie serca. Nadal pozostawali złączeni, a on czekał nieruchomo.

— Boże — powiedziała do sufitu.

Przekręciła się, zsunęła z niego i pociągnęła go na siebie, wracając do wcześniejszego ułożenia.

— Teraz ty — powiedziała. — I nie oszczędzaj się. Chcę to poczuć.

Wszedł jednym ruchem. Była rozluźniona, gorąca i nadal wrażliwa, lecz teraz nie próbował dostosowywać tempa wyłącznie do niej. Podciągnęła kolana pod szerokie ramiona. Głębokie, mocne pchnięcia przesuwały ją po pościeli. Pozostawał blisko, z otwartymi oczami, a ona obserwowała zaciskającą się szczękę, napiętą żyłę na szyi i coraz mniej równy rytm. Mówiła do ucha, jak dobrze się z nim czuje, prosiła, żeby się nie wstrzymywał. W końcu naparł do oporu i szczytował, wypowiadając jej imię. Obejmowała go, dopóki drżenie nie ustało.

Leżeli spleceni, spoceni, z kołdrą zsuniętą na podłogę. Pocałował ją w skroń. Bawiła się włosami na karku, oczekując zwykłego po wszystkim rozluźnienia.

Nic takiego się nie stało.

Nadal pozostawał twardy. Poruszyła biodrami, żeby upewnić się, że jej się nie wydaje; wciągnął powietrze przez zęby.

— Ty jeszcze…?

— Przepraszam. — Wcale nie wyglądał na skruszonego. — Mam dwadzieścia dwa lata. To ma też dobre strony.

— Zaczynam je dostrzegać.

Roześmiała się, ale pod śmiechem było coś jeszcze: czysty, zaskoczony podziw i chęć, która wróciła szybciej, niż się spodziewała. Poruszył się w niej, raz, wolno, na próbę, i jej ciało odpowiedziało, jakby wcale nie skończyło. Nie miał dość. Okazało się, że ona też nie.

Odsunął się, spojrzał w stronę komody i podał jej rękę.

Podeszła do komody i oparła dłonie na blacie. W lustrze lampka zostawiała więcej cienia niż światła. Olek stanął z tyłu. Przesuwał dłońmi po plecach, biodrach i pośladkach, wcześniej oglądanych przy kuchennej szafce, a potem objął ją i ujął piersi.

Nie spodziewała się tak silnej przyjemności. Ugniatał pełne piersi, podtrzymywał je od dołu, obejmował sutki palcami i lekko pociągał. Usta przesuwał po karku. Czuła przy plecach jego pierś i brzuch, niżej twardy członek poruszający się nieznacznie między pośladkami.

Wypchnęła biodra do tyłu. Rozstawiła stopy.

Naprowadził się ręką i wsunął od tyłu jednym długim pchnięciem. Była wilgotna i rozluźniona, a jednak zmiana kąta dała inne, głębsze odczucie niż w łóżku. Ugięła kolana i jęknęła. Podtrzymał ją za biodro, drugą dłoń pozostawiając na piersi.

— Tak…

Poruszał się pewniej niż godzinę wcześniej. Utrzymywał długie, głębokie pchnięcia; przy zetknięciu bioder z pośladkami rozlegał się wilgotny odgłos. Wolną dłonią wracał do kołyszących się piersi, gładził je i szczypał sutki z siłą, którą odczuwała aż w dole brzucha. Odpowiadała napięciem mięśni i za każdym razem słyszała jego syk.

W lustrze zobaczyła własne rozchylone usta, ciemną głowę ponad ramieniem i dłonie na odsłoniętym ciele. Podobał jej się ten widok.

Tym razem przyjemność narastała wolniej. Nie poganiała ani siebie, ani jego. Każdy ruch dawał poczucie pełnego, głębokiego kontaktu; do pleców przyklejała się spocona pierś, oddech ogrzewał ucho. Zmieniał tempo w odpowiedzi na jej reakcje: zwalniał, gdy chciała dłużej czuć nacisk, przyspieszał, kiedy spokojne ruchy przestawały wystarczać. Raz wysunął się prawie całkiem i zatrzymał tuż przy wejściu, aż sama cofnęła biodra. Na dźwięk jęku mocniej zacisnął dłoń.

Sięgnęła do dłoni spoczywającej na biodrze i poprowadziła ją między uda.

— I tu. Proszę.

Znalazł właściwe miejsce palcami. Wolną dłonią nadal pieścił pierś, nie odrywając ust od karku. Oparła przedramiona na komodzie, zbliżając policzek do chłodnego blatu, i uniosła biodra. Przyspieszył. Mówił do ucha, że jest piękna i że nie wytrzyma, jeśli nadal będzie tak zaciskać mięśnie. Nie potrafiła już tego kontrolować.

Napięcie narastało, pozostając długo tuż przed spełnieniem. Kiedy zadrżały nogi, objął ją w pasie, podtrzymując ciężar. Wtedy puściło: głęboki, długi orgazm odebrał resztę sił i wyrwał głośny okrzyk. Przycisnął ją do siebie, naparł do końca i szczytował ponownie, z ustami na karku i ramieniem obejmującym pod piersiami.

Stali tak, dopóki nie przestały im drżeć nogi. Potem odwrócił ją i pocałował, długo, jakby dopiero teraz się witali.

— Chodź pod prysznic — powiedziała w jego usta.

W kabinie ledwie się mieścili, ale żadne nie narzekało. Umył Justynie plecy, ona jemu włosy. Woda zmyła resztkę mąki z łokcia. Pocałowali się pod strumieniem, już spokojnie. Owinął ją w jedyny duży ręcznik i zaproponował, że zaniesie do łóżka. Wolała iść sama, trzymając go za rękę.


Po północy Olek poszedł do kuchni po wodę. Wracając, zauważył na ekranie telefonu wiadomość od Daniela: „Mam kupić chleb?”. Odpisał, że tak, i dopiero potem przypomniał sobie bochenek przyniesiony Justynie.

Siedziała w łóżku oparta o poduszki. Przyjęła szklankę, upiła kilka łyków i odstawiła ją na parapet, bo szafkę nocną zajmowały książki.

— Wszystkie naraz czytasz?

— Żadnej nie skończyłam.

Przeniósł dwie książki na podłogę i usiadł obok. Poczuł zmęczenie całym dniem: porannymi zajęciami, zakupami, jazdą tramwajem. Nie chciał jeszcze zasypiać. Bał się, że rano wszystko nabierze innego znaczenia, ale obawiał się też, że wypowiedziana na głos myśl zabrzmi zbyt poważnie.

Justyna obracała pierścionek na palcu prawej dłoni. Zwykły, srebrny, bez kamienia. Zauważył go już w kawiarni; podczas rozmowy czasem przesuwała go kciukiem, nie patrząc.

— Co? — zapytała, kiedy złapała jego spojrzenie.

— Zastanawiam się, czy jutro będziesz żałowała.

Odwróciła się do niego.

— Nie. Dobrze mi z tobą.

Przeniosła szklankę z parapetu na zwolnione miejsce na szafce i położyła dłoń na jego ręce.

— Byłam spięta, bo dawno nikogo tu nie zaprosiłam. Nie dlatego, że zrobiłeś coś nie tak.

Wypuścił powietrze. Nawet nie zauważył, że przez chwilę je wstrzymywał.

— Ja też nie jestem aż taki pewny siebie, jak chyba myślisz.

— Pamiętam terminal. Trzymałeś go do góry nogami.

— Raz.

— Wystarczyło.

Przyciągnął ją do siebie. Leżeli spokojnie, rozmawiając o godzinie porannych zajęć i o tramwaju kursującym najbliżej wydziału.

Potem Justyna przypomniała sobie trzy pierogi w lodówce. Poszli po nie razem. W kuchni zapaliła jedynie lampkę nad blatem. Olek wyjął pojemnik, podał jej widelec i po chwili stwierdził, że na zimno są lepsze.

— To następnym razem ulepimy więcej — powiedziała.

Ostatniego podzielili tak nierówno, że Justyna zażądała rekompensaty w postaci posprzątania mąki spod stołu. Obiecał zrobić to rano.

Kiedy wrócili do sypialni, nie było już tej pierwszej ostrożności w poruszaniu się po mieszkaniu ani potrzeby podtrzymywania rozmowy. Justyna zgasiła lampkę. Zanim zdążyła położyć głowę na poduszce, pocałował ją, a ona została przy nim, odsuwając sen na później.

Całowali się leniwie. Gładził jej plecy, a ona bawiła się włosami na karku; rozmawiali szeptem, chociaż nie było kogo budzić. Wymówiła po niemiecku nazwę osłony podajnika, Olek zaś przyznał, że nadal nie wie, czym jest sam podajnik. Nie rozpoczynali niczego więcej. Zmęczeni i zadowoleni, poprzestali na bliskości.

Zasnęli znacznie później, niż planowali. Olek pamiętał jeszcze prośbę o kawałek kołdry. Oddał połowę, a ona przyciągnęła go z powrotem pod wspólne przykrycie.

Obudził się przed budzikiem. Przez niedosunięte zasłony wpadał blask latarni. Nie od razu rozpoznał pokój, ale Justyna spała wtulona plecami w jego pierś. Wspomnienie nocy wróciło natychmiast.

Spała na boku, tyłem do niego, z kołdrą zsuniętą do pasa. Patrzył spokojnie na linię ramienia, pieprzyk pod łopatką, pierś lekko przyciśniętą do prześcieradła. Odsłonięta brodawka była miękka, rozluźniona. Podniecenie wróciło, zanim skończył się przyglądać.

Położył dłoń na jej biodrze i czekał. Później zaczął głaskać od biodra ku żebrom i z powrotem, pocałował ramię. Poruszyła się, mruknęła. Cofnęła pośladki, trafiając na erekcję, i zaczęła oddychać inaczej.

— Która godzina? — zapytała w poduszkę.

— Wcześnie. Śpij, jeśli chcesz.

— Nie chcę.

Sięgnęła za siebie i przeniosła jego dłoń z biodra na pierś. Obejmował ją, wyczuwając twardniejący pod palcami sutek, i całował kark. Gdy zaczęła ocierać się biodrami, pomógł jej obrócić się na plecy.

W nikłym świetle z ulicy wyglądała inaczej niż wieczorem: zaspana, z fałdą poduszki odciśniętą na policzku. Uśmiechnęła się z zamkniętymi oczami. Odsunął kołdrę i przesuwał usta w dół, po szyi, piersiach i brzuchu napinającym się pod językiem. Musnął wargami wąski paseczek włosów. Gdy zszedł niżej, uniosła głowę.

Opadła z powrotem na poduszkę. Rozsunęła uda.

Zaczął łagodnie, przesuwając szeroko językiem od dołu ku górze. Zadrżała. Spróbował węższego ruchu, nieco wyżej; wciągnęła powietrze i położyła dłoń na jego głowie.

— Tak — szepnęła. — Właśnie tam. Nie przerywaj.

Leżał między jej udami, z ramionami wsuniętymi pod biodra, i utrzymywał wybrany rytm. Rozpoznawał kolejne reakcje: lubiła równe tempo, odpowiadała na krótkie, lekkie ssanie, drżała jeszcze na długo przed spełnieniem.

Wsunął w nią dwa palce i zgiął je ku górze. Jęknęła głośno i zacisnęła dłoń w jego włosach.

— Tak…

Nie zmienił ułożenia. Pod językiem wyczuwał napięcie, słyszał urywający się oddech. Szczytowała długo, całym ciałem. Kiedy oddech się uspokoił, rozluźniła dłonie i przyciągnęła go do siebie.

Przez chwilę leżeli objęci. Potem uśmiechnęła się i pocałowała go.

Pchnęła go na plecy. Przesunęła się niżej, łaskocząc włosami brzuch, ujęła członek dłonią i, patrząc mu w oczy, wzięła go do ust.

Przestał myśleć. Pieściła spokojnie i dokładnie: przesuwała językiem wzdłuż członka, obejmowała ustami żołądź, schodziła głębiej, niż się spodziewał, i wracała z ssaniem, od którego mimowolnie unosił biodra. Dłonią uzupełniała ruch ust, drugą trzymała na brzuchu. Obserwował zaciśnięte wargi i piersi kołyszące się nad udami. Wiedział, że długo nie wytrzyma.

— Justyna. — Dotknął jej policzka. — Przestań, bo będzie po wszystkim.

Wypuściła go z ust z cichym, mokrym dźwiękiem i uśmiechnęła się, bardzo z siebie zadowolona.

Przesunęła się wyżej i usiadła okrakiem. Sama go naprowadziła, opuszczając się niespiesznie, z dłońmi opartymi na piersi. W przytłumionym świetle widział pełne piersi, miękką linię brzucha i miejsce złączenia. Zaczęła kołysać się w przód i w tył, pozostając blisko i szukając potrzebnego nacisku. Objął biodra, pozwalając prowadzić.

Podążał za wybranym przez nią tempem. Uniósł się, by objąć sutek ustami, i poczuł odpowiedź mięśni. Pieścił jedną pierś ustami, drugą dłonią. Kołysała się coraz mocniej, z odchyloną głową, wydając ciche, nieartykułowane dźwięki.

Kiedy poczuła zmęczenie w udach, pochyliła się i przywarła do niego piersią. Objął ją, przejmując ruch krótkimi pchnięciami od dołu. Całowali się leniwie, chwilami się uśmiechając.

Zsunęła się i ułożyła na boku, tyłem do niego, tak jak wcześniej spała.

Przylgnął do jej pleców. Uniosła nogę, umożliwiając wejście od tyłu. Leżeli na boku. Obejmował ją ramieniem wsuniętym pod głowę. Bliski, gorący kontakt zmusił go do zaciśnięcia zębów. Ujęła go za wolną rękę, poprowadziła po brzuchu niżej i przytrzymała.

Poruszał się wolno i głęboko. Z ulicy dobiegł turkot tramwaju; w pokoju nadal panował półmrok. Spocona skóra przywierała przy każdym ruchu, a on próbował zająć myśli azymutami, żeby nie szczytować za wcześnie. Palcami utrzymywał wyuczony rytm. Gdy poprosiła o zatrzymanie, znieruchomiał wewnątrz, nie przerywając pieszczoty. Oddychała coraz płycej. Zaczęła sama poruszać biodrami, drobnymi ruchami nasuwając się po centymetrze. Nie przejmował inicjatywy. W końcu wyczuł napięcie pośladków, usłyszał zgubiony oddech, a na dłoni zacisnęły się jej palce.

— Teraz — wydyszała. — Teraz, mocniej.

Wzmocnił pchnięcia. Przycisnęła jego przedramię do piersi. Nie potrafił już dłużej się powstrzymywać. Skończył głęboko, wypowiadając imię Justyny tuż przy uchu.

Nie odsunęli się. Sprawdził godzinę: do budzika zostało pół godziny. Przespali ją oboje, przytuleni.


Budzik zadzwonił o siódmej dziesięć. Justyna obudziła się z przekonaniem, że to pomyłka w jej własnym telefonie, i dopiero po chwili przypomniała sobie, że budzik należy do Olka.

— Przepraszam — wymamrotał, szukając urządzenia.

— Wyłącz go, to ci wybaczę.

Wyłączył. W pokoju wróciła cisza, przerywana odległym odgłosem wywożenia śmieci. Przez minutę żadne nie ruszało się z miejsca.

— Muszę wstać.

— Wiem.

Nie próbowała go zatrzymywać. Podobało jej się, że wieczór nie unieważnił wszystkiego, co zaplanowali na następny dzień. Olek zebrał ubrania, poszedł do łazienki, a ona włożyła domowe spodnie i bluzę. Zimna podłoga szybko przypomniała o zwykłym poranku.

W kuchni postawiła wodę i wyjęła chleb. Olek wrócił z łazienki, znalazł szczotkę, sprzątnął mąkę i opróżnił szufelkę do kosza. Obiecał, więc zrobił.

Jedli krótko. Miał zajęcia o dziewiątej i potrzebował jeszcze podjechać do mieszkania po notatki. Justyna zobaczyła, że sprawdza godzinę, i zamiast brać to do siebie podała mu pudełko z kromkami chleba.

— Zaopatrzenie awaryjne.

— Dzisiaj chyba bardzo potrzebne.

Przy drzwiach przestał się spieszyć i pocałował ją. Dopiero później włożył kurtkę.

— Odezwę się po zajęciach.

— Dobrze. Powodzenia.

Gdy wyszedł, przez moment została w przedpokoju. Potem wróciła do sypialni, otworzyła okno i zebrała książki z podłogi. Jedną odłożyła do czytania, drugą schowała na półkę. Szklanka mogła zostać na szafce.

O dziesiątej miała rozmowę o nowym zleceniu. Pytała nie tylko o zakres pracy, lecz także o to, kto podejmuje decyzje i jak mają wyglądać godziny kontaktu. Gdy padło, że czasami trzeba być dyspozycyjnym przez cały dzień, poprosiła o wyjaśnienie słowa „czasami”. Rozmowa trwała dłużej, niż zakładano, ale zakończyła się konkretnymi ustaleniami.

Przed obiadem wysłała siostrze zdjęcie mapy. „Nadal chciałabym pojechać. Sprawdzimy w niedzielę terminy?” Odpowiedź przyszła z propozycją dwóch weekendów. Jeden odpadał od razu, drugi mogła zostawić wolny. Wyszukała numer pensjonatu i zapisała go, żeby po południu zadzwonić. Zaskoczyło ją, ile miejsca w głowie zajmował dotąd wyjazd, o którym nie potrafiła nawet porozmawiać. Rezerwacji jeszcze nie miały, ale przynajmniej przestała opowiadać sobie, że terminów na pewno nie da się pogodzić.

Po południu zadzwoniła Marta.

— I jak pierogi?

— Trzy się rozpadły.

— Pytam z zainteresowaniem, nie w imieniu sanepidu.

Justyna oparła się wygodniej na krześle.

— Było dobrze.

— To świetnie.

Przez chwilę czekała na następne pytanie. Marta jednak zaczęła opowiadać o spotkaniu, na którym przez kwadrans nie działał mikrofon, a nikt nie miał odwagi przerwać prowadzącemu. Justyna słuchała z ulgą. Nie musiała od razu nazywać nowej relacji ani przedstawiać planu na najbliższe lata.

Olek odezwał się po czwartej. Napisał, że nie zasnął na zajęciach, chociaż prowadzący wyraźnie próbował. Potem zapytał, czy w przyszłym tygodniu ma ochotę przyjść do niego.

Odpisała, że tak.


W następnym tygodniu nie wszystko udało się zgodnie z planem. Olek odwołał środowy spacer, bo zajęcia terenowe przesunięto na popołudnie. Justyna w czwartek musiała dokończyć pilną część tłumaczenia. Kiedy rozmawiali wieczorem, każde było trochę zmęczone i mniej dowcipne niż przy stole z pierogami.

Na początku poczuła znajomy niepokój. Łatwo było pomylić kilka zajętych dni z początkiem wycofywania się. Otworzyła ich rozmowę, przeczytała dwie ostatnie wiadomości, po czym zamknęła ją bez sprawdzania wcześniejszych. Olek sam zaproponował sobotę. Nie musiała dopisywać do tego historii, którą znała z poprzedniego związku.

W piątek ustalili godzinę. Zaprosił ją na trzecią, zapowiadając późny obiad i coś do obejrzenia, jeśli pogoda nie pozwoli wyjść. Dodał, że nie będzie pierogów, bo potrzebuje chwili na odbudowanie pewności siebie.

Pojechała autobusem, z niewielkim kartonikiem ciasta z piekarni. Wybrała cienką, wzorzystą sukienkę zapinaną z przodu na małe guziki. Z płaszczem i rajstopami mogła jeszcze uchodzić za odpowiednią na tę porę roku. Przed wyjściem chciała kupić także wino, coś na śniadanie i porządną kawę. Zrezygnowała, rozpoznając w tym bardziej przygotowania do wizyty kontrolnej niż randki.

Olek mieszkał z Danielem w bloku z długim korytarzem. Przy drzwiach stał rower, na którego bagażniku ktoś suszył ścierkę. W środku pachniało pieczonymi ziemniakami. Zanim otworzył, usłyszała brzęk odkładanych naczyń.

— Jesteś punktualna — powiedział po pocałunku. — A ja liczyłem na kilka minut spóźnienia.

— Mam zejść i spróbować jeszcze raz?

— Nie. Usiądź i przez pięć minut nie oceniaj kuchni.

Zabrał ciasto i podał jej wodę. Daniel pracował tego dnia do późna, ale jego obecność była widoczna: dwa różne kubki przy ekspresie, buty pod ławką, ręcznie zapisana lista zakupów, na której ktoś trzykrotnie dopisał worki na śmieci. Mieszkanie było małe, zwyczajnie urządzone i wyraźnie wspólne.

Justyna usiadła przy stole i zajrzała przez otwarte drzwi do pokoju Olka. Wydruki zajmowały biurko i część łóżka. Obok linijki leżało kilka luźnych kartek. Przy oknie stała roślina w pojemniku po jogurcie, na ścianie wisiały dwie fotografie z gór. Na jednej od razu go rozpoznała. Wstała i podeszła, żeby obejrzeć drugą.

— To siostra?

— Tak. Dwa lata temu. Chwilę później zgubiliśmy szlak, ale ona twierdzi, że nie należy o tym mówić przy zdjęciach.

Nie opowiadał tylko o udanych wyprawach. Pokazał pęknięcie na obudowie aparatu sklejone mocną taśmą. Pomyślała, że przyjemnie poznawać przedmioty, które nie miały nic wspólnego z jej dawnym życiem. Tutaj nie musiała pamiętać, kto co kupił ani czy coś wypada schować.

Obiad był gotowy po dziesięciu minutach. Wyjął z piekarnika ziemniaki, podał pieczoną rybę i sałatkę, do której zapomniał dodać sos. Zauważył to dopiero po pierwszym kęsie i wrócił do kuchni, nie próbując przedstawiać suchej sałaty jako zamierzonej koncepcji.

Jedli przy rozłożonym stole, niemal zagradzającym drogę do lodówki. Zapytała o zajęcia terenowe. Olek pokazał kilka zdjęć i wyjaśnił, dlaczego jeden pomiar musieli powtórzyć. Słuchała uważnie, lecz przyznała, że nie rozumie różnicy między wskazanymi wartościami.

— Dobrze, że mówisz — odpowiedział. — Bo chyba kiepsko to wyjaśniam.

— Spróbuj narysować, może wtedy zrozumiem.

Wziął kartkę, narysował prosty schemat i spróbował inaczej. Tym razem zrozumiała. Sam temat wcale nie stał się przez to fascynujący; lubiła jednak oglądać go przy czymś, na czym mu zależało. W pizzerii był sprawny, w kuchni trochę chaotyczny, tutaj potrafił być cierpliwy.

Po obiedzie poszli na krótki spacer. Osiedle okazało się pełne przejść, których nie było widać od ulicy: między blokami krył się mały skwer, za sklepem stały ławki zwrócone ku drzewom. Olek pokazał kiosk z najlepszymi drożdżówkami i miejsce, gdzie zgubił kiedyś klucze. Nie przedstawiał okolicy jako wyjątkowej. Po prostu w niej mieszkał, a ona chciała zobaczyć, jak wygląda jego droga do domu.

W drodze powrotnej chwycił ją za rękę. Mijali ludzi z zakupami i starszego mężczyznę prowadzącego psa, który zatrzymywał się przy każdym krzaku. Justyna zauważyła, że przez całe popołudnie nie sprawdzała, czy ktoś ocenia różnicę wieku. Byli razem, a pozostali mieli własne sprawy.

Po powrocie odwiesił kurtkę, a Justyna płaszcz. Poszła do łazienki zdjąć rajstopy. Powiedziała, że woli chodzić boso po dywanie, choć sama słyszała, jak mało przekonujący był ten pretekst. Teraz czuła lekki materiał sukienki na gołych udach i dostrzegała przelotne spojrzenia Olka.

Zebrał wydruki z łóżka i przełożył na biurko. Usiadła na zwolnionym miejscu, on obok. Przez okno wpadało popołudniowe światło. Nie musieli szykować kolacji, czekać na ostatni tramwaj ani wracać do przerwanego zadania.

Odwróciła się do niego i pogładziła po policzku. Pocałował wnętrze jej dłoni, potem przysunął się bliżej.

Pocałunek zaczął się łagodnie, lecz szybko stał się pewniejszy. Trzymał dłoń na jej karku. Odpowiadała bez wahania; podobało jej się, że po wtorkowym wieczorze lepiej rozpoznawali wzajemne reakcje.

Przesunął dłoń pod sukienką, od uda ku biodru, i znalazł cienki pasek bielizny.

— Odkąd wyszłaś z łazienki, nie mogę się skupić — mruknął.

— Liczyłam na to.

Wstał, pociągając ją za rękę. Sądziła, że zacznie ją rozbierać. Zamiast tego odwrócił ją tyłem i poprowadził do biurka pod oknem. Przełożył gruby plik wydruków na podłogę, zostawiając przy oknie kilka luźnych kartek. Stos wyrównał odruchowo. Parsknęła śmiechem.

— Mam z tego kolokwium — wyjaśnił.

— Oczywiście.

Oparła dłonie na ciepłym blacie. Zatrzymał jedną rękę na biodrze, drugą odgarnął włosy z karku. Pocałował odsłoniętą skórę i lekko przygryzł, dając poczuć zęby.

— Nie zdejmuj sukienki — szepnął.

Sięgając od tyłu, rozpiął trzy górne guziki i wsunął dłoń pod miseczkę stanika. Ścisnął pierś mocniej niż we wtorek, ujął sutek palcami i pociągnął. Wciągnęła powietrze przez zęby.

— Za mocno?

— Nie. Właśnie tak.

Drugą ręką podciągnął sukienkę, zbierając zwiewny materiał na plecach. Poczuła chłód na pośladkach, a zaraz potem ciepłą, gładzącą dłoń. Odsunął materiał bielizny na bok.

Dotknął jej od tyłu. Była już mokra.

Usłyszała odgłos rozpinanego paska. Nacisnął lekko między łopatkami; pochyliła się, opierając przedramiona na blacie, z policzkiem nad pozostawionymi kartkami i uniesionymi biodrami. Wszedł jednym ruchem, do końca, bez wtorkowej ostrożności. Jęknęła tak głośno, że mogło być słychać na korytarzu.

Od razu podjęli mocny rytm. Trzymał ją za biodra; przy długich, twardych pchnięciach biurko stukało o ścianę, a uda dotykały krawędzi blatu. Sukienka zsuwała się z pleców, więc podgarniał ją, żeby nie zasłaniała widoku.

— Mocniej.

Odwróciła głowę, szukając jego spojrzenia.

Wzmocnił ruchy. Jedną dłonią przytrzymał kark, stanowczo, lecz bez bólu, drugą mocniej objął biodro. Pomyślała o śladzie, który może zostać do jutra, i spodobała jej się ta perspektywa. Napierał ostro i głęboko. Dał klapsa otwartą dłonią; krzyknęła i zacisnęła mięśnie tak mocno, że zaklął.

— Jeszcze — wyszeptała.

Następny był mocniejszy. Skóra zapiekła, a ciepło rozeszło się po pośladku, łącząc z doznaniem głębokiego nacisku. Nie wiedziała wcześniej, że może to lubić. Odkrywała tę przyjemność przy tym biurku, w sobotnie popołudnie.

Gdy usłyszała urywający się oddech, sięgnęła do tyłu i położyła dłoń na jego udzie, zatrzymując ruch.

— Poczekaj na mnie — poprosiła. — Chcę dojść z tobą.

Znieruchomiał w niej, głęboko, dysząc. Pocałował ją między łopatkami przez cienki materiał.

Wzięła go za rękę.

Stanęła szerzej. Sięgnął pod uniesioną sukienkę, odnalazł właściwe miejsce palcami i wrócił do pchnięć, wolniejszych, ale równie głębokich. Pomiędzy nimi utrzymywał okrężną pieszczotę.

Przyjemność zaczęła narastać. Początkowo spokojna, z każdą minutą skupiała coraz więcej uwagi. Światło przesuwało się po blacie, roślina w pojemniku po jogurcie drżała na parapecie. Czuła napór bioder na piekącą skórę i ruch palców, słyszała oddech przy uchu. Mówiła rzeczy, których wcześniej nie wypowiadała: jak głęboko go czuje, że chce pamiętać to jeszcze jutro, że ma nie przestawać.

Napięcie utrzymywało się długo, jeszcze bez spełnienia. Nie zmieniał ruchów.

Kiedy zadrżały nogi, a głos przeszedł w przeciągłe westchnienie, docisnął palce i wzmocnił kolejne pchnięcia. Szczytowała z czołem opartym na przedramieniu, długo, zaciskając mięśnie falami, aż pociemniało pod powiekami.

Skończył zaraz potem, z dłońmi mocno opartymi na biodrach, wypowiadając jej imię przez zaciśnięte zęby i napierając do końca.

Przywarł do pleców, ciężki i spocony. Opierała się na pozostałych kartkach i nie miała ochoty zmieniać ułożenia. Wilgotna sukienka kleiła się do skóry.

— Zgniotłam ci rachunek wyrównawczy — powiedziała w końcu.

— Należało mu się.

Roześmiała się i poczuła, jak ten śmiech przechodzi przez nich oboje. Odwrócił ją do siebie, posadził na brzegu biurka i pocałował, już łagodnie, zapinając przy tym trzy guziki jej sukienki, jeden po drugim, krzywo.

— Za mocno było? — zapytał tuż przy ustach. W głosie na moment wróciła wcześniejsza niepewność.

— Było dokładnie tak, jak trzeba. — Poprawiła guziki. — Następnym razem też nie pytaj.

Odświeżyli się w łazience i poprawili ubrania. Gdy zapadł zmierzch, przeszli do kuchni po ciasto. Okazało się, że Justyna kupiła cztery kawałki.

— Dla Daniela też — wyjaśniła.

— A czwarty?

— Wolałam, żeby nie zabrakło.

Podzielili trzy między siebie. Ostatni zostawili w pudełku z krótką wiadomością. Olek napisał na wieczku imię kolegi, żeby ten nie musiał po powrocie pytać, czy może się poczęstować.

Wieczorem odprowadził ją na autobus. Nie została na noc; w niedzielę rano jechała do siostry i wolała wyspać się we własnym łóżku. Powiedziała to bez rozbudowanego usprawiedliwienia. Przyjął plan równie zwyczajnie i zaproponował telefon następnego wieczoru, już po rodzinnym spotkaniu.

Wracając, patrzyła na odbicia świateł w szybie. Cieszyła się z popołudnia. Nie potrzebowała sprawdzać, czy osobny wieczór czegoś mu nie odebrał.


Kilka dni później Olek rozpoznał na liście dostaw znajomą ulicę. Zerknął na imię zamawiającej: Justyna. Pod zamówieniem widniała uwaga: „Dla dwóch bardzo głodnych tłumaczek. Bez sosu na pocieszenie”.

Roześmiał się, stojąc przy drukarce z paragonami. Daniel spojrzał na niego pytająco, ale zajmował się odbieraniem telefonu i nie zdążył nic powiedzieć.

Justyna otworzyła z długopisem w dłoni. Ucieszyła się na jego widok, potem zerknęła na torbę.

W głębi mieszkania czekała koleżanka, z którą pracowała nad nowym projektem. Na stole rozłożono dwa laptopy, notes i kolorowe znaczniki. Poprzedniego dnia wspominała, że chcą skończyć wcześniej i zostawić sobie wolny piątek.

— Byłam prawie pewna, że dzisiaj nie jeździsz.

— Wziąłem końcówkę zmiany Daniela. Musi dziś wcześniej wyjść.

Przedstawiła go koleżance po imieniu. Nie dodała żadnego wyjaśnienia, a kiedy odbierała pudełka, krótko pocałowała go na pożegnanie. Tak zwyczajnie, że dopiero na schodach poczuł, ile to dla niego znaczyło.

Wieczorem zadzwonił już po powrocie do mieszkania. Opowiedział o kliencie, który chciał dopłacić za szybszy przejazd, kiedy pizza była jeszcze w piecu. Justyna odpowiedziała historią o instrukcji przysłanej do tłumaczenia przed ukończeniem urządzenia. Oboje mieli tego dnia dość cudzej wiary w możliwość przyspieszania wszystkiego.

— Kiedy kończysz w sobotę? — zapytała.

— O ósmej. Jeśli nic się nie przedłuży.

— To przyjdę pod koniec. Zjemy coś?

— Nadal masz ochotę na pizzę?

— W tej chwili głównie na to, żeby ktoś inny pozmywał.

W sobotę zobaczył ją przez szybę, zanim weszła. Rozmawiała przez telefon, trzymając za pasek torbę, którą zwykle zabierała na spotkania z klientami. Zatrzymała się przy drzwiach, coś dopowiedziała i zakończyła połączenie. Potem schowała telefon do torby.

Miał jeszcze dwa zamówienia do rozwiezienia. Podszedł, przywitał się i zapowiedział, że potrzebuje około dwudziestu minut. Justyna wybrała stolik przy oknie, ten najmniej chwiejący się. Zdążyła już poznać lokal podczas krótkiej wizyty w środku tygodnia.

Kiedy wrócił, Daniel właśnie stawiał pizzę na stole. Justyna czytała książkę. Nie odłożyła jej na widok Olka, tylko uniosła palec, prosząc o chwilę na dokończenie akapitu. Zdjął firmową kurtkę, umył ręce i wrócił już bez telefonu służbowego.

— Przepraszam, trochę dłużej — powiedział.

— Nie szkodzi, zdążyłam przeczytać rozdział.

Usiadł naprzeciwko. Dopiero po pierwszym kawałku zauważył, że zamówiła inny rodzaj niż zwykle.

— Zmiana ulubionej?

— Chyba nigdy nie była ulubiona. Po prostu wiedziałam, gdzie nacisnąć.

Przesunęła talerz bliżej niego. Rozmawiali o niedzieli. Olek chciał wreszcie odwieźć ojcu wiertarkę, Justyna miała ochotę pójść na targ. Ustalili, że mogą zrobić jedno i drugie, jeśli wyjdą przed południem. Nie rezerwowali sobie kolejnych miesięcy. Na początek wystarczył wspólny ranek.

Daniel podszedł zapytać, czy zapakować to, co zostało. Olek spojrzał na Justynę. Wciąż mieli po kawałku na talerzach, za szybą światła odbijały się w mokrym chodniku, a ona nigdzie się nie spieszyła.

— Nie, dzięki — odpowiedziała. — Tym razem na miejscu.

177
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Konstrukcja, prowadzenie historii, zakończenie.
Atrakcyjność scen erotycznych, napięcie, zmysłowość, sposób przedstawienia intymności.
Język, styl, dialogi, interpunkcja, technika pisania.

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.