Udawana randka Marty (II)

historyczka historyczka

6 października 2020

51 min

Pierwszą część, a może pierwszą wersję napisałam przed rokiem. Tamtą znacznie poprawiłam, a koniec istotnie przebudowałam i teraz chcę zaprezentować ją, jako część drugą.

Życzę miłej lektury, także tym, którzy nie cenią sobie głównego kanonu opowiadań o Marcie - w tym wypadku bohaterka nie opiera się. Za to kusi na potęgę. :)

Należało korzystać z uroków upalnych wakacji. Założyłam bikini, w którym mogłam paradować w ogrodzie. Nie omieszkałam zaprosić Lubomira do obchodu moich włości, pokazywałam mu pieczołowicie każdy kwiatuszek, wyznając jaką pasją jest dla mnie ogród. Młodzieniec pochylał się wraz ze mną. Chłonął woń kwiatów, chociaż odnosiłam wrażenie, że nos lokuje bliżej mnie, niż podziwianych roślin. Nigdy nie żałowałam pieniędzy na drogie perfumy, a w takich chwilach, jak te, nie żałowałam swych decyzji.

Zdawałam sobie sprawę, że moje bikini jest nadto odważne, ale… to sprawiało mi tym większą satysfakcję. Wiedziałam, że w skąpym i mocno opinającym staniku, moje piersi bujają się mocno przy każdym pochyleniu nad kwiatami. Dokładnie w ślad za nimi podążał wzrok Lubka. Najbardziej skupiał się na moich cyckach, możliwe, że dlatego, że przez obcisły materiał biustonosza doskonale dało się zauważyć sutki. Prężyły się dumnie. A im bardziej czułam się podniecona, tym bardziej, sterczały suteczki...

Wzrok studenta zdawał się być obłędnym.

– Pani Marto, tyle u pani truskawek! Pani ogród przywodzi mi na myśl słynny obraz „Ogród rozkoszy” Hieronima Boscha.

– Przyznaję… nie znam.

- Ależ to znakomity tryptyk niderlandzkiego mistrza! Aluzja niewinności zmysłowych rozkoszy.

- Och… panie Lubku, ależ z pana wytrawny znawca!

Komplementowałam go, a w duchu pomyślałam, że dziś jak nigdy mam ochotę na owe zmysłowe rozkosze i to… niekoniecznie na te niewinne. Nie do końca rozumiałam, dlaczego rozmowa z młodzianem tak bardzo mnie podnieca.

A może to jego gadanie o owocach było zamierzonymi niewinnymi aluzjami do  sterczących sutków? Całym sobą w końcu młodziak mówi, że chciałby mnie posmakować... a pewnie zwłaszcza cycuszków...

Już sobie to wizualizowałam, że rozpinam przed nim stanik, a on łapczywie dorywa się do moich "melonów"... Zachłannie je całuje... ssie... wreszcie gryzie! Oj, byłby to dokładnie raj dla niego, a raczej "ogród rozkoszy", jak u tego niderlandzkiego artysty.

Tymczasem skąpy był nie tylko biustonosz, ale także majtki. Dlatego Lubek miał jak na dłoni moje pośladki, a już gdy pochylałam się nad rabatkami, mój kuperek miał tuż przed nosem.

Dostrzegłam wybrzuszenie w spodenkach. Łatwo też było czytać w jego myślach, ani chybi imaginował sobie, jak pękają sznureczki w bikini, czy to stanika, czy to majtek. Przecie tak niewiele brakowało, żebym była zupełnie naga... Pomyślałam sobie, co by to było, gdyby na miejscu studenta znalazł się namolny sąsiad, pan Edzio... Oj, nie utrzymałby on rączek przy sobie! Ani chybi, nie utrzymał! Jego łapki zawsze bywały lepkie, nawet gdy miałam na sobie "przyzwoitą" sukienkę, a co dopiero, takie bikini! Oj, uwziąłby się na moje sznureczki... uwziął...

Zdałam sobie sprawę, że obcisłość majtek powoduje, iż materiał doskonale uwidacznia moją "pionową kreskę" - tak zwany efekt cameltoe.

Z jednej strony zawstydzało mnie to, ale z drugiej podniecało, gdy uświadamiałam sobie, że prowokuje to Lubka... A dało się to zauważyć, gdyż jego wzrok zbyt często podążał w stronę szparki w majtkach...

Pomyślałam sobie wtedy - A co! Powiem mu o tym... a to go zawstydzę! Sama się zawstydzę, ale jakże podniecę!

- Panie Lubomirze, czuję się nieco zażenowana... ale widzę, że pańskie oczy, co rusz lądują na moich majtkach... Dopiero teraz się domyśliłam powodu... Cameltoe!

- Aaaa... a co to? - drżącym głosem zapytał student, zapewne wstydzący się przyznać, że wie, co to.

- No wie pan... W dosłownym tłumaczeniu, to "wielbłądzie kopyto"... czyli takie ułożenie zbyt mocno napiętej bielizny, które zbyt mocno ukazuje miejsca intymne...

- Ach... tak... - młodzian nie mógł już teraz oderwać wzroku od mego krocza.

- No tak. Paparazii wręcz polują na gwiazdy w zbyt opiętych leginsach... A potem różne portale plotkarskie rozpisują się o celebrytkach i ich wargach sromowych...

Celowo użyłam słów "warg sromowych", żeby obserwować zmieszanie Lubka, ale też po to by mu zakomunikować - "widzisz, dokładnie ogląasz sobie kształt mojej cipki!"

- Przepraszam pana panie Lubku, że naraziłam pana na takie widoki... Sama też jestem zażenowana... czuję się tak, jakby oglądał mnie pan w stroju Ewy... zupełnie nagą... - jakoś czułam potrzebę, jak najdłuższego gadania o tym przy Lubomirze.

- Wobec tego, pozwoli pan, że zdejmę ten strój, a założę inny, tym bardziej, że zaplanowałam sobie opalanie...

Tak na prawdę założyłam jeszcze bardziej odważny kostium. Fioletowy, szczególnie skąpy. Tyle, że już bez wstydliwego efektu cameltoe. Nigdy przy żadnym mężczyźnie nie odważyłabym się go nosić, lecz… przy Lubku, jakoś nie mogłam się oprzeć. Rozłożyłam się na leżaczku, fakt, że ktoś mógłby uznać, że nazbyt „kusząco”…

– Zaraz, zaraz, panie Lubomirze, czy „Ogród rozkoszy” to nie jest czasem też traktat jakiegoś szejka z kanonu arabskiej literatury erotycznej. Pono jest on szczególnym podręcznikiem - pełnym porad co do sposobów uprawiania miłości, ale też  symboliki i anegdot, głoszący, iż miłość cielesna to dar Najwyższego ofiarowany ludziom, by im nieść uciechę?

Młodzieniec zapłonił się, słysząc moje słowa…

- Tak… tak, coś czytałem – wydukał skonsternowany tym, że mówię tak wprost o miłości fizycznej. – Przepraszam, że tak wstydzę się… widać to po mnie, że się czerwienię… ale ja nigdy w ten sposób nie rozmawiałem z kobietą… - bąkał, patrząc prosto na moje cycki, słabo osłonięte, wyjątkowo oszczędnym staniczkiem.

- Panie Lubomirze! Czy zechciałby pan wetrzeć we mnie olejek do opalania? – Uśmiechając się uwodzicielsko, nadstawiłam kark do masażu.

Chłopak zdawał się być przeszczęśliwy. Smarował delikatnie, tak bardzo drżącymi rękami, że przez to podwójnie się wstydził.

- Przepraszam panią, że robię to tak niezdarnie… znów widzi pani moją tremę.

- Rozumiem pańską nieśmiałość wobec kobiet, może w jakiś sposób mogę panu pomóc...

- Ale jakby to pani chciała zrobić? – w jego głosie dało się wyczuć zaintrygowanie.

– Hmm… sama nie wiem, ale… ach! Jak pan wybornie masuje! Wspaniałe, silne, męskie dłonie… ach! Mistrzostwo świata!

Komplementy nie tylko go ośmielały, ale i pobudzały. Masował coraz wprawniej. Starał się unikać okolic biustu, ale gdy się kręciłam, piersi same ocierały się o jego ręce. Materiał stanika, co prawda osłaniał brodawki, ale... niewiele więcej... Kształt moich obfitych kuli miał aż nadto widoczny. A gdy obracałam się, celowo dość energicznie, majtałam cyckami na potęgę, zdawało się, że lada moment biustonosz zsunie się nieco i wtedy studenciak będzie mógł sobie dokładnie obejrzeć moje brodawki...

Działało to na niego, jak płachta na byka. Dociekał:

- Jak mogłaby mnie pani ośmielić, pani Marto?

- Hmmm, cóż… skoro nie był pan nigdy na randce, może coś wymyśleć w tym kierunku, tylko co? – zachodziłam w głowę. Powoli jednak snuł mi się pewien, dość chytry plan. - A może udawana randka? - uśmiechałam się.

Jednocześnie wyginałam się i prężyłam pod wpływem masażu. Podsuwałam sama biust pod drżące ręce niewprawnego, młodego masażysty, przez co, co rusz zaczepiały one o stanik, co powodowało, że w końcu materiał zsunął się z brodawek, ukazując Lubkowi dumnie prężące się sutki.

Chłopak zdębiał, chciał przepraszać, ale tylko bąkał coś nieskładnie.

Grałam skrajnie skonsternowaną i udawałam, że wstyd mnie sparaliżował. Przez to, zanim z powrotem okryłam porządnie piersi, dałam studentowi czas na ich obejrzenie. Skorzystał z tego solidnie. Wbijał w nie wzrok, jakby dostał zadanie zapamiętania ich tak doskonale, by móc z pamięci naszkicować je, wiernie odwzorowując każdy szczegół. Jego wzrok, jakby zdradzał, że młodzieniec ujrzał na żywo nagie kobiece piersi, po raz pierwszy w życiu.

- Ach... panie Lubomirze... - przejętym głosem manifestowałam swe zmieszanie.

Okryłam najpierw piersi dłońmi, zdając sobie sprawę, że taki widok działa na mężczyzn niezwykle podniecająco.

- Ach... panie Lubomirze - powtórzyłam. - Nie wiem doprawdy co powiedzieć... Niech pan nie przeprasza... to nie pańska wina, że założyłam tak skąpy biustonosz... No i to ja się zbytnio wierciłam, ale... to już pod wpływem pańskiego ekscytującego masażu - dodałam, uśmiechając się kokieteryjnie. - Zatem, jest pan utalentowanym mężczyzną, który z łatwością potrafi obnażyć kobietę, prawdziwym zdobywcą - szczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu.

Zbaraniałemu studenciakowi zabrakło języka w gębie.

- A teraz, panie Lubomirze, proszę się odwrócić. Muszę poprawić stanik. - Teatralnie zakomunikowałam, jakby to wymagało jakichś specjalnych zabiegów. Wiedziałam, że odwrócony chłopiec będzie sobie wyobrażał jak ponętna, półnaga kobieta operuje przy swych pokaźnych cyckach... I że będą to myśli nieobojętne dla stanu jego podniecenia...

- Pani Marto… proszę sobie ze mnie nie dworować... jaki tam ze mnie zdobywca. A co do randek, to przyznaję się, nie tylko nie byłem na randce, ale przez usta nie przeszłoby mi, żeby w ogóle, jakąś dziewczynę zaprosić… Widzi pani, jaka ze mnie oferma?!

- Ależ to nieprawda! Stanowczo nie zgadzam się z tą opinią! Jest pan bardzo męski! Silny… - Chciałam go podbudować. A jeszcze bardziej kusić. - A propos pańskich mocarnych ramion. Czy byłby pan tak uprzejmy i zechciał wymasować mi uda?

– Chłopiec zdębiał. Lecz dało się zauważyć radość w jego oczach. Znów drżały mu ręce, gdy ulokował je na moim udzie. Ale nie odwrócił oczu, gdy pochyliłam się nad nim. Moje piersi huśtały się ponad jego głową, niczym zegarowe wahadła. Wzrok młodzieniaszka mówił wszystko: - Dorwać je! Pieścić! Macać! Gnieść!

I z takim właśnie zapałem mnie masował. Jego wzrok zdradzał także, że podobają mu się moje nogi. A to mi szczególnie schlebiała, gdyż jestem na ich punkcie niezwykle wrażliwa. Wiem, że są długie i wydaje mi się, że dość zgrabne, czego dowodzić mogły męskie spojrzenia, gdy paradowałam po ulicy w krótkich spódnicach. Dlatego tak bardzo ukochałam miniówki. Sąsiad, pan Edzio, nie raz komplementował moje nogi, zawsze powtarzał, że powinnam nosić krótsze spódniczki i cząsto, jakby chcąc tego dowieść, chwytał za rąbek mej kiecki, podciągając nieco do góry - "O, a nie mówiłem, że ma paniusia zgrabne nóżki! Nie można ich zakrywać za długimi spódniczynami!"

- Panie Lubku - wyszeptałam namiętnym głosem - teraz drugie udo.

Rozchyliłam uda w zapraszającym geście, jakbym wabiła: - "Weź mnie..."

Studentowi jeszcze bardziej drżały dłonie, jeszcze bardziej energicznie wcierał we mnie olejek.

- Panie Lubomirze... proszę wyżej.

Rozchyliłam wtedy uda jeszcze szerzej, jakbym zachęcała: - "Wejdź we mnie..."

Chłopiec wariował. Wmasowywał we mnie olejek okrężnymi ruchami dłoni. Stawało się to coraz bardziej namiętne.

- Panie Lubku... proszę jeszcze wyżej...

W tym momencie rozłożyłam nogi szeroko, wręcz mogłoby się wydać, jak podczas stosunku.

Młodzian, rozpalony, sięgał posuwistymi ruchami rąk w okolice moich majtek. Przez to, że majteczki były również wyjątkowo skąpe, widział wyraźnie, że łono mam starannie wydepilowane. Nawet mu się wyrwało.

- Jest pani taka zadbana - po czym jakby ugryzł się w język.

- Dziękuję, panie Lubku! To miłe dla kobiety, otrzymywać tego typu komplementy. Chciał pan podkreślić to, że mam wydepilowane nogi... i nie tylko?

Celowo dodałam to "nie tylko". Chciałam by wybrzmiało to jak: "Widzisz mój chłopcze, mam starannie wydepilowaną cipeczkę".

Zaczerwienił się. Lecz jednak ośmielony, powtórzył.

- Tak. Ma pani piękne, pięknie wydepilowane nogi... i nie tylko...

Nie przestawał masować góry ud w okolicach moich majtek. Skąpych majtek. Pomyślałam sobie, że znam niejednego takiego, który na jego miejscu znacznie bardziej rozpędziłby swoje dłonie. Na przykład pan Edzio. Och, on to by je rozpędził! A z majteczek zostałyby strzępy...

                                                                           ***

Wieczorem usiadłam z Lubomirem na kanapie. Dociekał, jakiż to wykreowałam pomysł, aby go ośmielić w kontaktach z płcią piękną. Gapił się jednocześnie na moją bluzeczkę, transparentną, może zbytnio prześwitującą… Ale przeze mnie ubóstwianą. Specjalnie nie założyłam pod nią stanika… Wiem, że to tanie… zapewne nazbyt prowokacyjne, ale… chciałam się tak czuć, chciałam być nieco kokieteryjna.  Wiem, jak w takich sytuacjach na mężczyzn działa widok piersi, niby nie odkrytych, zasłoniętych materiałem, ale trochę widocznych… z zarysowującym się ich kształtem i… brodawkami.

Założyłam nogę na nogę, poprawiając kusą, białą spódniczkę, gdy wyjawiłam młodzieńcowi swój plan.

Zamurowało go.

– A może panie Lubomirze… tak trochę mówię na gorąco, jeszcze nie wiem, czy to dobry pomysł i nie wiem, czy się ostatecznie na niego zgodzę, ale może poudawalibyśmy… tak zagrali, że… że… mamy ze sobą randkę? Co pan o tym myśli? – bacznie wpatrywałam się prosto w oczy studenta.

Chłopak długo nie odpowiadał, ale wyglądał, jakby był w siódmym niebie. Po chwili, nie patrząc mi w oczy, lecz wpatrując  się w koronkowe manszety pończoch, których obecność ujawniła, niesubordynowanie skąpa kiecka, cedząc słowa, wydusił z siebie:

- Ależ pani Marto… co ja na to??? Mój Boże! To przecież byłaby zdecydowanie najszczęśliwsza chwila mojego życia… Randka… z… panią??? Nie mogę w to uwierzyć! Nawet mimo to, że byłaby to, najzupełniej w świecie, udawana randka!

- A więc doskonale! Po prostu umówmy się na jutro, na osiemnastą!

Cały wieczór myślałam o swoim pomyśle z udawaną randką. Byłam nim mocno podekscytowana. Gdy udałam się do sypialni, celowo nie zamknęłam drzwi, jakby licząc, że młodzieniec będzie usiłował mnie podglądać. Zrazu nic takiego się nie zadziało.

Próbowałam sobie wyobrazić przebieg takiej randki i… jej skutki. Sama nie wiem, jak bym się wtedy zachowywała? A jak nieśmiały młodzian? Ale to chyba jednak dobry sposób, żeby nauczyć go obcowania z płcią przeciwną…

Wtem, usłyszałam szmer. Tak, to on! Z daleka, ale ukradkiem, zaglądał do mojej sypialni! Udałam, że nic nie dostrzegłam i jak niby nigdy nic, zaczęłam się rozbierać. Robiłam to niezmiernie, ale to niezmiernie powoli… Bardzo mnie to podniecało! Myśl, że z ukradka podgląda mnie młody chłopak… Ociągałam się przy rozpinaniu guzika spódnicy, jakby to było arcytrudne zadanie. Potem długo guzdrałam się z suwakiem.

Doskonale zdawałam sobie sprawę, co poczuł napalony gówniarz. Jak oczekiwał czegoś, czego nigdy w życiu nie doświadczył, jak ekscytował go widok rozbierającej się kobiety.

Powoli zsuwałam spódnicę po nodze, jakby to był jakiś szczególnie uroczysty ceremoniał. Domyślałam się, jakie emocje wywołuje u niego ta swoista tajemnica, a jakie podniecenie – widok moich obnażonych nóg w pończochach i szpilkach.

Czy to go bardziej zainspirowało do wspólnej, choć udawanej, zapowiedzianej randki?

Przez uchylone drzwi sypialni Lubomir podglądał mnie bez przerwy!

Powoli zdejmowałam stanik, powoli zsuwałam majtki. Wreszcie ubrałam tę właśnie koszulkę nocną. Seksowną jak cholera… Dostałam ją niegdyś od pewnego księgowego, który usiłował mnie zdobyć. Lowelasowi marzyło się, żeby mnie ujrzeć w tym stroju…

Zapewniał: - Pani Marto… w tej zjawiskowej kreacji, koronkowym majstersztyku… pani wdzięki będą wyeksponowane fenomenalnie… będzie pani wyglądać fascynująco.

Ale nie dla psa kiełbasa, nie dla starego lowelasa takie widoki moich wdzięków. Nigdy mnie w niej nie zobaczył.

A tymczasem, ten pryszczaty młodzian, miał owy widok w pełnej krasie. Boże, jak mnie to podniecało! Rozmyślnie, z premedytacją wręcz, prężyłam się na łóżku eksponując swe wdzięki. Rozkładałam się, przewracałam z boku na bok, wreszcie pindrzyłam się do lustra, a to nachylając się, a to wypinając pupę.

Kątem oka obserwowałam ukrytego za drzwiami Lubka. Miałam wrażenie, że trzyma się za krocze…

Chyba to wystawianie się do podglądania, weszło mi w krew…

Kolejnego dnia, rano, gdy udałam się na poranną toaletę, „zapomniałam” zamknąć drzwi łazienki. Czujny młodzian niemal natychmiast zwietrzył trop i zjawił się w pobliżu.

Tradycyjnie, udawałam, że nic nie dostrzegam… A tak naprawdę szybko zorientowałam się, że gówniarz nie może oderwać swych dłoni od miejsca, gdzie ma namiocik w spodniach. Ależ szybko ten Lubomir się ekscytuje! No cóż… wszak to domena młodych chłopców. A przecież chyba, w znaczącym stopniu to moja wina… nieco go sprowokowałam, a to pomysł udawanej randki… a to niedomknięte drzwi sypialni… Ciekawe na co teraz liczy? Hmm… zapewne na to, że zaraz zdejmę koszulkę…

Cóż… zatem trzeba ją zdjąć. Zaraz Lubek ponownie ujrzy moje nagie cycki!

Dlaczego mnie to tak podnieca?!

Następnie przystąpiłam do mycia zębów. Niczym do rytuału… wszak przed pójściem na randkę, zawsze długo szczotkuję zęby…

W lustrze dostrzegłam, że Lubomir gapi się, jak urzeczony, tym bardziej, że szorowałam zęby niezwykle energicznie, aż w rytm mych ruchów szczoteczką… podskakiwały piersi. Nagie piersi!

Lustro ma tę właściwość, że posiada pewne załamania. Dzięki temu, Lubek dostrzegł w nim dwa biusty… zaś obserwując mnie od tyłu, na żywo… tym sposobem, miał przed sobą trzy pary piersi! Do tego, cycków kolebiących się całkiem żwawo!

A może, gdy obserwował froterowanie uzębienia, gdy widział jak szczoteczka znikała w mych ustach, i w nich intensywnie buszowała, miał jakieś inne skojarzenia? Może wyobrażał sobie zupełnie inny instrument w mojej buzi? Tym bardziej, gdy dojrzał strumyczek pasty do zębów, ściekający po moich dużych cycach…

Czy taki widok mógł nie wpłynąć na jego nieśmiałość? Poczułam rodzaj dumy, że dałam chłopcu ma szansę na wyleczenie się ze swych kompleksów.

Wreszcie, podglądający mnie z ukrycia Lubomir, mógł dostrzec me najbardziej skryte tajemnice… Gdy powoli zsuwałam majtki… Tak! Niewątpliwie ujrzał cipkę!

Wówczas szybko zasiadłam w wannie i tu oddałam się bardzo intymnej kobiecej czynności… Było dla mnie jasne, że Lubek zobaczył to pierwszy raz w życiu… Goliłam łono tak starannie, jakby rzeczywiście powodem tego była spodziewana randka. Kątem oka widziałam rozdziawioną buzię młodziana, zdawało mi się, że słyszę jak głęboko i głośno oddycha. Cóż… niech wie, że lubię mieć zadbaną pisię… Tak bardzo podnieciło mnie to, że młodziak mi ją ogląda, że podgląda mnie zupełnie nagą… że nie mogłam się powstrzymać.

Gdy jedną ręką pielęgnowałam moją myszkę, drugą chwyciłam piersi i zaczęłam je pieścić, jakby to przepełniony chucią lubieżnik obłapiał je bezpardonowo i natarczywie obmacywał. Stałam się niezwykle rozpalona.

Mimo, iż byłam pewna, że na randce nie dojdzie do sytuacji, w której młodziak mógłby zobaczyć moją cipkę, to i tak wiedziałam, że z taką zadbaną, wycackaną piczką, będę się czuła na tej schadzce bardziej powabna…

                                                                       ***

Wreszcie doprowadziłam do „udawanej” randki. Oczywiście zadbałam o świece i szampana. Wtedy już byłam w zasadzie pewna, choć długo nie dopuszczałam do siebie tej myśli, że ja w tym gówniarzu rzeczywiście się zakochałam.

– Lubomirze! Jesteś prawdziwym dżentelmenem! W mig domyśliłeś się, żeby napełnić damie kieliszek…

Starałam się ośmielić chłopca, jak tylko mogłam. Mimo, że jego ręce pociły się i drżały. Podobnie głos. Być może, onieśmielał go także mój wygląd. Założyłam czarną, szykowną, ale i seksowną kieckę. Dobrze było widać, przez rozcięcie, moją nogę, która, ma się rozumieć, skutecznie przykuwała wzrok studenta.

Uznałam za swoją misję, nauczyć go jak najwięcej o kobietach, relacjach damsko-męskich, o tym jak zachowywać się na randce.

– Pani Marto… ja bardzo przepraszam, że jestem taki stremowany… Nawet nie wiem o czym powinno się rozmawiać na randkach.

- Panie Lubku. Najlepszym i najbardziej uniwersalnym randkowym tematem są nasze zainteresowania. Każdy może opowiedzieć o tym, co lubi i co go najbardziej pasjonuje. A pan ma przecież wyjątkowe zamiłowania! Książki! Podróże! Jest się czym pochwalić!

– Pani Marto… dzięki pani od razu się uspakajam…

Widziałam, jak jego wzrok błądził po moim udzie.

- Pani Marto, a jak radzić sobie ze stresem na randce?

- Cóż – uśmiechałam się do niego ciepło – Jest kilka sposobów. Ważne, żeby ubrać się na nią tak, żeby się w tym stroju dobrze czuć. Przed spotkaniem warto przemyśleć, co się chce, a czego nie opowiadać na pierwszej randce. Pozwoli to zmniejszyć tremę. Co ważne! Nie zamartwiać się swoimi słabymi stronami. To prosta droga do stresu na pierwszej randce.

Kokieteryjnie poprawiałam włosy. Palcem zakręcałam sobie loczek za uchem.

Wytłumaczyłam Lubomirowi, jak ważną rolę na randce spełnia dotyk. Nawet przypadkowy. Udało mi się też go ośmielić, bo nawet zdobył się na to, żeby mnie objąć.

– Wyczuwam w panu duszę romantyka… - Czule szeptałam Lubkowi, patrząc prosto w oczy.

Pytał mnie, na co można sobie pozwolić na pierwszej randce.

- Czy można kobiecie położyć rękę na kolanie? – głos drżał mu, a wzrok biegał niepewnie, jakby posunął się za daleko.

– Ależ panie Lubku, wszystko zależy od kontekstu… Jeśli mężczyzna jest nachalny, i nagle, bezceremonialnie pcha łapy gdzie nie trzeba, natychmiast protestuję! Ale gdy wszystko odbywa we właściwym tempie, to co innego… No i każda dziewczyna jest inna, jedna pozwoli na niewiele, a druga nawet na to, żeby jej wepchnąć rękę pod spódnicę.

Ostatnim zdaniem świadomie prowokowałam. Uśmiechałam się przy tym, coraz bliżej przysuwając swoją twarz do jego. Chciałam… potrzebowałam takiej bliskości.

– Wobec tego, wszak spotka pan różne kobiety na swojej drodze, niech położy pan, panie Lubomirze rękę na moim kolanie…

Ze sporym wahaniem, ale zdobył się na ulokowanie tam nerwowo drżącej dłoni.

- Brawo! Jednak jest pan odważny!

Pochwała zbudowała go. Wyznał, jak bardzo był nieśmiały. Przez całe liceum kochał się w nauczycielce matematyki, pani Eli, niekoniecznie najurodziwszej, ale ewidentnie biuściastej okularnicy. Przez cały rok marzył, że zaprosi ją do tańca podczas studniówki. Wyobrażał sobie wieczorami tę chwilę, nie mógł się jej wprost doczekać. Jednak, kiedy przyszło co do czego, kompletnie zabrakło mu odwagi, by w ogóle do niej podejść, mimo, że koledzy obtańcowywali matematyczkę na parkiecie. Dziwna miłość do pani profesor przetrwała cały pierwszy rok studiów. Do wiosny. Wtedy zobaczył Elżbietę na ulicy, z wyraźnie zarysowującym się brzuszkiem. Poczuł się zazdrosny jak cholera, aż wreszcie uczucie wyparowało.

Żal mi się zrobiło nieszczęsnego studenta. Postanowiłam ośmielić go jeszcze bardziej.

- A teraz niech pan przesunie dłoń z mojego kolan na udo…

Młodzieniec otworzył szeroko oczy i zastygł nieruchomo. Dygocząca dłoń trwała w miejscu.

- Ależ śmiało… - uśmiechnęłam się – mówię zupełnie serio.

Powoli, bardzo powoli, ręka przesunęła się nieco wyżej.

- Brawo! Ale proszę jeszcze wyżej. Niech pan rzeczywiście złapie mnie za udo. Jakby na randce chwytał pan dziewczynę, która się panu szalenie podoba.

- Ale pani mi się naprawdę szalenie podoba… - wyszeptał, po czym bez pośpiechu, flegmatycznie, ale zrobił to. Jego nieśmiały dotyk sprawił mi nieprawdopodobną przyjemność. No i satysfakcję, że udało mi się go ośmielić. W duchu wręcz go ponaglałam: „Nie bój się… śmiało pakuj łapę pod moją kieckę!”

– Pani Marto, przepraszam, że zadaję pewnie głupie pytania…

- Ależ panie Lubku! Nie ma głupich pytań – łopotałam rzęsami.

– No dobrze, zatem, czy całuje się na pierwszej randce? – wypowiadał to czerwieniąc się i spuszczając wzrok.

– Cóż… ja nigdy się na to nie godzę… ale wiem, że różnie to bywa… są kobiety, które chcą się całować od razu na pierwszej schadzce. Dlatego, skoro to i tak nasza udawana randka, może… - tu zawiesiłam głos, niepewna w to co chcę powiedzieć – może  pan mnie pocałować… oczywiście w policzek.

Zrazu nie wierzyłam w to co powiedziałam. Ale… - pomyślałam – przecież to i tak udawana randka.

Uchyliłam mu swej szyi. Pozwoliłam się mocniej objąć. I cmoknąć w policzek. Poczułam, jak przeszedł mnie dreszcz.

- Pani Marto, jest pani wspaniała! Ja naprawdę nie wierzę, że pani mi na cos takiego pozwala! Ja na pewno śnię. I to śnię jakimś dziwnym snem. Zupełnie nierealnym! Boję się, że zaraz się przebudzę…

- Panie Lubomirze… czy mam pana uszczypnąć – uśmiechnęłam się - niech pan nie zapomina, że nasza randka jest zupełnie udawana… proszę ją traktować jako swoisty trening.

- Zatem pani Marto… co jest ważne w całowaniu?

Byłam zachwycona tym pytaniem, mogłam się poczuć jak prawdziwa profesorka i… dać wykład!

– Panie Lubomirze… Tak naprawdę w całowaniu całe ciało bierze udział. Należy zaangażować wszystko… a w szczególności… ręce! Można nimi obejmować partnerkę albo wodzić dłońmi po jej ciele… Można powoli przeciągnąć palcami przez włosy albo… masować kark.  Rękoma można też zmienić kąt nachylenia twarzy partnerki.

"O matko! Ależ się nawymądrzałam. I to w takiej sytuacji! Uzna mnie za wielce doświadczoną… cóż… trudno."

- Pani Marto! Ale pani jest mądra… życiowa… - mamrotał skubiąc delikatnie ustami moją szyję. Jednocześnie tulił się coraz mocniej. Chyba działał wypity szampan. Tymczasem moja kiecka podwinęła się wysoko. Nie przeszkadzałam jej w tym… czułam, że chcę, żeby było widać moje uda w pończochach.

- Pani Marto… a czy można całować w usta? – jeszcze bardziej się zaczerwienił.

– Cóż… panie Lubku, wiele kobiet się na to zgadza… ja nie, ale, żeby ten trening był wiarygodny… chyba nie mam wyjścia.

Chciałam tego. Bardzo chciałam się z nim całować.

Oddałam mu swe usta w pełni. Fakt, że to tylko udawana randka, ale chyba właśnie dlatego, podniecała mnie ta sytuacja o wiele bardziej, niż gdyby to było prawdziwe, romantyczne spotkanie.

Lubomir całował zupełnie niewprawnie, ale za to zachłannie, wyślinił mnie na potęgę, rozmazując przy tym szminkę.

- Pani Marto, przepraszam za swoją nieudolność… ale… jak mówiłem, pierwszy raz całuję się z kobietą - wyznawał ze wstydem w głosie.

– Ależ panie Lubomirze! Jak na pierwszy raz, jest pan prawdziwym don Juanem! Posiadł pan moje usta niczym Casanowa!

Szczerze mówiąc, przepełniała mnie duma. Wprowadzam w intymny świat młodego chłopaka. Dzięki mnie może ośmieli się i jego relacje z kobietami wkroczą w zupełnie inną fazę. Ale nie tylko duma mnie przepełniała, powiedzmy szczerze, także pożądanie. Chyba dlatego sama powróciłam do całowania. Chwyciłam jego wargi zębami i zaczęłam powoli ciągnąć do siebie. Następnie poluźniłam uchwyt i pozwoliłam jego wardze prześlizgnąć się między zębami. Raz robiłam to na górnej, raz na dolnej wardze. Następnie zassałam jego usto. Zupełnie tak, jak się ssie lizaka. Bardzo łagodnie. Chłopak był w siódmym niebie.

– Pani Marto! Jest pani boska! Ale… przepraszam, za głupie pytania… czy na randce, podczas całowania, można dziewczynę, przepraszam wstydzę się…

- Ale nie trzeba się wstydzić. Nie ma głupich pytań.

- Więc, czy można… dziewczynę… podczas całowania… chwycić za biust?

O matko! Ależ byłam podniecona tą sytuacją! Ależ chciałam, żeby teraz po prostu złapał mnie za cycki!

– Panie Lubomirze, no wie pan…. Ja nigdy, przenigdy na to nie pozwalam, ale cóż… są takie, które pozwalają, zatem, cóż… chce pan przetrenować?

- Nie śmiałbym..

- Cóż… jeśli nasza udawana randka ma mieć sens… niech pan trenuje…

Myślałam, że odlecę. Niesamowite emocje wywołał we mnie dotyk chłopaka. Bardzo nieśmiały i delikatny. Suwanie dłoni po moich piersiach. Delikatne badanie ich. Bardzo subtelne uciskanie dorodnych półkul przez materiał.

Wzrok Lubomira mówił wszystko: - „Nie wierzę w to co się dzieje! To chyba tylko moja wyobraźnia.”

Chwytając cycki, jakby się upewniał, że jednak to nie sen. Więc chwytał coraz śmielej. Gładził, jakby głaskał łepek kotka. Z czasem coraz odważniej, jakby chciał wyczuć ich jędrność. Jakże to było rozkoszne! Kiedy westchnęłam, jego dłoń drgnęła, po czym mocniej zacisnęła się na piersi. Jakby to moje westchnięcie ośmieliło go, wręcz rozpalało, bo drżącym z przejęcia głosem zapytał.

- Pani Marto, czy ja... czy ja nie za mocno ściskam pani biust?

Bardzo, ale to bardzo chciałam, żeby ścisnął mocniej, wręcz pougniatał. Dlatego należało go zdopingować.

- Panie Lubku, ależ skąd. Jest pan na prawdę bardzo delikatny. Nawet pan sobie nie wyobraża, jak brutalni potrafią być mężczyźni. Jak ostro potrafią potraktować piersi.

Eksctowało mnie to, iż zdradzam takie szczegóły, że napaleni faceci bezpardonowo miętosili moje cycki. Ośmielony tym wyznaniem młodzik, niemal natychmiast ścisnął mocniej i zaczął macać mnie bardziej chwacko. Czułam z tego powodu olbrzymią przyjemność.

- Przepraszam pani Marto, pewnie mnie pani ochrzani… ale czy mógłbym… nie… nie… wstydzę się…

- Ależ proszę… niech się pan nie wstydzi… przecież właśnie z tym mamy walczyć – uśmiechnęłam się

- Więc dobrze. Czy mogę… Czy mogę zsunąć pani sukienkę z biustu??? Czy mogę dotykać piersi jedynie przez biustonosz?

Zaskoczyła mnie ta nagła odwaga! Nie spodziewałam się jej, nawet w najmniejszym stopniu! Ale, tak bardzo, jak się jej nie spodziewałam, tak bardzo tego chciałam… chciałam, żeby odważył zsunąć się ze mnie sukienkę, żeby zobaczył mój piękny, koronkowy, czerwony stanik. Wreszcie… żeby chwycił moje cycki już nie przez materiał sukienki i biustonosza…

Zastrzegłam, że nigdy bym się na to nie zgodziła, ale w związku z tym, że jest to lekcja instruktażowa… i akcja w całości udawana, sama zsunęłam materiał kiecki, prężąc przed nim biust.

Otworzył usta.

- Boże! Jaka erotyczna koronka! Jak zgrabny kształt pani dużych piersi!

Byłam wniebowzięta. A ileż radości dał mi uścisk jego dłoni… takich zachłannych acz niedoświadczonych… Pożądałam tego, żeby się do mnie dobierał.... Nie mogłam się powstrzymać. Aby wzmóc atmosferę, wsunęłam język do jego ust… zaczęłam lizać jego wargi a następnie szukać jego języka. Lizałam go powoli i bardzo namiętnie. Lubomir był niemal wstrząśnięty. Domyślam się jak bardzo musiało go to podniecić. Silniej chwycił moje piersi. Przez cienką koronkę stanika zapewne wyczuwał je znacznie bardziej. Zaczął je macać. Jak niewprawny uczniak pierwszy raz w życiu obłapia dziewczynę.

A ja wzdychałam przeciągle.

Czułam jak jego odwaga wzrasta z minuty na minutę. Sama zresztą do tego przyczyniałam się walnie, namiętnie świdrując językiem jego usta.

Jak bardzo jego śmiałość wezbrała, miałam przekonać się natychmiast.

– Pani Marto… pewnie pani mnie zabije… ale, czy…

- Ależ proszę, pani Lubku… niech się pan nie krępuje… mówiłam już, że nie ma niewłaściwych pytań… Niewłaściwy jest jedynie ich brak…

- No dobrze, pani Marto, zatem, czy… nie… czy mógłbym zsunąć stanik z pani piersi? Już raz je przecież widziałem. Wtedy, kiedy się pani opalała – zastrzegał, jakby usprawiedliwiając swą odwagę.

Speszył się jak cholera, gdy to wydukał. Ale wszak sama ponaglałam go do zadawania pytań. Sama chciałam, żeby się ośmielał. Pożądałam tego, żeby dobierał się do mnie... Dlatego sama nie wiem, jak do tego doszło, że się zgodziłam na to by Lubomir zdjął koronkowe miseczki z mojego biustu. On sam pewnie nie wie, jak to się stało…

Nic nie powiedziałam. Jedynie uśmiechając się, kiwnęłam głową.

Był tak podekscytowany, jego ręce drżały jak poparzone, kiedy materiał biustonosza uchwycony jego palcami, ześlizgiwał się z moich krągłych wzgórz. Ale kiedy już miał je przed oczami, wpatrywał się w nie, jak w obraz, jakby chciał odnotować w pamięci, jak wyglądają moje brodawki, sutki. Sprawiało mi to niemałą przyjemność. Mężczyznom zwykle podobają się moje piersi, zwłaszcza z tego powodu, że są niemałe, jednak podziw dostrzegany w oczach tego wspaniałego młodzieńca, to było naprawdę coś. Dlatego tak rozpalał mnie fakt, że szedł za ciosem.

- Pani Marto, zabije mnie pani za to co robię… ale sama pani mówiła, że to udawana randka… swoista lekcja instruktażowa… a czy to nie jest tak, że niektóre dziewczyny pozwalają na pierwszej randce dotknąć swoich nagich piersi???

No proszę… jaki był logiczny… pozostawało mi jedynie przyznać mu rację.

- Panie Lubomirze, cóż… ma pan rację, są takie kobiety, które na pierwszej randce pozwalają nawet na więcej… podobno chłopcy, wzorem filmów amerykańskich stosują swoistą terminologię, pierwsza baza… druga baza… trzecia baza… - mówiłam to świadoma, że prezentuję przed nim gołe cycki - Pierwsza, to całowanie się, druga to dotykanie dziewczyny, ale powyżej pasa. Zatem… osiągnął pan to. Zaliczył drugą bazę. - uśmiechałam się, podniecona, prężąc dumnie biust.

Lubek wyglądał na szczęśliwca, który ucapił Pana Boga za nogi… tak właśnie ucapił teraz moje cycki…

- Cóż… niech pan kontynuuje trening… - wyszeptałam.

Tego nie trzeba było młodzianowi dwa razy powtarzać… Dotykał moich piersi na różne sposoby, raz badał je delikatnie, drugi raz ściskał, pocierał brodawki z sutkami, jakby chciał poznać reakcje moich „guziczków”, które rzeczywiście pod wpływem tego dotyku sterczały na baczność, niczym gwardziści na paradzie przed cesarzem. Ujmował moje „baloniki” dłońmi, jakby chciał je zważyć.

Wreszcie zrobił coś samodzielnie. Bez pytania. Co uznałam za znaczący postęp w realizacji mej misji.

Otóż, sięgnął ustami do moich piersi. Pocałował je. Potem ujął sutki i zaczął ssać. Zrazu delikatnie, z czasem coraz łakomiej. Wyślinił je przy okazji. Cmokał je. Ciągnął je coraz bardziej łapczywie. Poczułam się jak matka karmiąca oseska. I sprawiło mi to niewysłowioną rozkosz. Samo drażnienie sutków rozpalało mnie. Zmuszało do wydawania westchnień… i jęków.

- Aaaa… aaaaa… - pojękiwałam – panie Lubku… zdaje mi się, że jest pan coraz lepiej przygotowany na odbycie pierwszej randki. I chyba nie tylko pierwszej.

Młodzieńca łechtały takie pochwały. Ośmielały. Ośmielały jak sto diabłów. Inaczej nie zdobyłby się na takie zdanie.

- Pani Marto… a co z trzecią bazą na randce?

To się działo chyba we śnie… Nie wierzę w to, że się na to zgodziłam. To nie mogłam być ja! Pozwoliłam gówniarzowi włożyć rękę pod spódnicę! Chłopak był rozochocony miętoszeniem moich piersi, więc zdobył się łacniej na odwagę do przejścia do kolejnego kroku - kolejnej „bazy”. Ostatniej! Ale… przecież ja sama tak bardzo tego chciałam… Kłamałam mu co prawda, że ja nigdy na żadnej z początkowych randek nigdy nie wyraziłabym na to zgody, ale fakt, że są panie, które nie mają z tym oporów. Więc Lubek, przygotowując się na spotkania z „takimi” paniami, trenował… Trenował, trzeba mu to przyznać, z dużym zaangażowaniem. Jego dłoń znalazła się najpierw w miejscu, gdzie kończą się pończochy. Zrazu studencikowi trudno było pokonać barierę, jaką stanowiły w jego umyśle koronkowe manszety. Jednak moje uśmiechy i westchnienia skusiły go do dalszej ekspansji. Dłoń wtargnęła na odsłonięte ciało, powyżej pończochy. Drgnęłam mocno, sygnalizując chłopcu swe emocje. Tymczasem ręka nadal nieprzerwanie sunęła po udzie, sprawiając mi dużą frajdę. Zrazu bała się wkroczyć na zakazany teren, jakim zdawały się  być majtki. Jednak już wkrótce buszowała po koronkowych stringach. Wyjątkowo cieniutkich.

- Aaachh... ty zdobywco... dotarłeś do najsekretniejszej kobiecej świątyni...

Chłopiec działał jak w transie. Rzeczywiście to miejsce było dla niego świątynią. O czym świadczyła choćby jego delikatność – kobiecego "skarbu" dotykał jakby z namaszczeniem.

Długo nie mógł wydusić z siebie słowa. Wreszcie zapytał.

- Pani Marto, czy dziewczęta zawsze są tam, takie… wilgotne?

No i co ja mu miałam powiedzieć?! Że to oznaka tego, jak bardzo się przez niego podnieciłam?

– Panie Lubku… cóż… to znak, że kobieta jest gotowa… - nie potrafiłam ukryć zawstydzenia w głosie - do przyjęcia tam mężczyzny...

- A zatem… pani… jest gotowa?

Ukuło mnie to pytanie. Zastanawiałam, się co powiedzieć. Ale byłam gotowa wyrzucić z siebie: - „Tak, jestem gotowa. Jestem tam wilgotna i gorąca, jak amazońska puszcza. Gotowa do przyjęcia w niej anakondy!”

- Cóż… jestem… czy chcesz sprawdzić?

Zaskoczyłam się sama, że mi to przeszło przez gardło. Lubomir podobnie zaskoczony, jednak szalenie musiał być ciekawy, jak dokładnie prezentuje się "owa" gotowość. Nie bacząc na wyraźne skrępowanie, odsunął wąski pasek stringów i obnażył moją szparkę.

Speszyłam się. Młody chłopiec, który mówi mi per "pani", ogląda sobie moją piczkę.

Nie tylko ogląda! Suwa po niej paluchem! Drażni jej wargi... wreszcie wsuwa się do środka! Teraz dopiero czuje, jak jestem mokra!

- Pani Marto… a czy na pierwszej randce może dojść do aktu oralnego? – znów mnie zaskoczył! Jakby zdzielił mnie obuchem. Ale postanowiłam brnąć w to.

- No cóż… może… - potwornie podnieciła mnie sytuacja, wręcz nie panowałam nad sobą.

Chłopak jak w hipnozie, pochylił się nad moim kroczem. Chłonął zapach nozdrzami, napawał się. Chyba nic nie oderwałoby go od mojej muszelki. Pocałował ją delikatnie. Zaczął lizać. Mimo, że robił to niewprawnie, cała drżałam. Aby miał wygodniej, rozchyliłam szerzej uda. Język pieścił mnie wytrwale, gdy zaczęłam głośno wzdychać, zanurzył się w mojej brzoskwince. Jęczałam, gdy trafił na moje najwrażliwsze miejsce...

Cóż, wszak instruktaż wymagał także mojego zaangażowania… Pochyliłam się nad rozporkiem Lubomira, potwornie podekscytowana, rozpięłam go. Zżerała mnie ciekawość, jak prezentuje się jego męskość. No i prezentowała się wybornie.

Podziwiałam ją. Wiedziałam, że niczym bardziej nie wbiję w dumę młodego adepta sztuki Amora.

- Lubku… on jest wspaniały!

Na dowód tego, ujęłam go w dłoń. Prężył się jak pika gotowa do dźgania.

- Jaki twardy… i jaki duży!

Pragnęłam poczuć go w sobie. Ale najpierw chciałam oddać mu hołd. Tym samym ośmielając młodzieńca najmocniej, jak się da. Pocałowałam go w sam czubek. Potem polizałam, jak najwspanialszego loda. By, powoli, ujmować go w usta, połykać najgłębiej jak to możliwe. Czyniłam to z namaszczeniem, niczym religijny rytuał. Uklękłam przed nim. Ekscytowało mnie to, że znalazłam się w tak wiernopoddańczej pozie. Suwałam ustami po twardym trzonie, starając się utrzymywać z młodzieńcem kontakt wzrokowy. Widziałam po minie jak jest rozgorączkowany. Kiedy ustami pieściłam jego korzeń, wznosił oczy ku niebu, jakby wznosił modły, zdawał się mówić: - "Panie, niech ta chwila trwa wieczność!"

Ssałam go z dużym zaangażowaniem, choć spodziewałam się, że jak to młody i nieoświadczony chłoptaś, łatwo może przedwcześnie wytrysnąć.

Dlatego robiłam krótkie przerwy, które wykorzystywałam do wychwalania „mieczyka” mojego rycerza.

- Lubomirze… twe berło dowodzi, że prawdziwy z ciebie mężczyzna. Chłop, że tak powiem, na schwał!

Po czym znów brałam się do intensywnej pracy ustami… Tak bardzo chciałam mu zrobić „dobrze”. Moje podniecenie nie znało granic… Zapomniałam dawno o udawanej randce… zapomniałam o instruktażu.

Myślałam tylko o tym, jak bardzo chcę czuć w sobie Lubomira. Jego zacne „berło”.

- Lubku… mówiłam ci, że są kobiety, które już na pierwszej randce, idą na całość. Skoro nasz instruktaż ma być pełny… Czas na dopełnienie lekcji…

Wzięłam go za rękę i pociągnęłam do łóżka. Sama się na nim rozłożyłam i zachęciłam młodzieńca, żeby położył się na mnie. Tak bardzo tego chciałam. Poczuć na sobie mężczyznę.

Podciągnęłam spódnicę. Szeroko, zapraszająco, rozłożyłam nogi.

Rozdygotany młodzian szukał wejścia do mojej norki. Zsunął z niej koronkowe stringi na bok i próbował lokować tam swą „anakondę”. Szło mu to bardzo niewprawnie, a właściwie nie szło… zwłaszcza, że trząsł się z przejęcia. Próbowałam temu zaradzić, czule się do niego uśmiechając i szepcząc.

- Lubomirze… oto jestem twoja… Ulegnę ci… Weź mnie… jak zdobywca.

Smarkacz, jakby nie wierzył swemu szczęściu. Wreszcie udało mu się ulokować czubek swojej buławy we właściwym miejscu.

- Achhh… - westchnęłam.

Przymknęłam oczy, gdy czułam, jak twardy trzon powoli wsuwa się we mnie. Jak rozpycha ścianki mej norki. Byłam szczęśliwa. O Lubku powiedzieć, że był szczęśliwy, to jak nic nie powiedzieć.

Gdy wsunął się do końca, jego oczy wyrażały niewysłowioną pasję. Jakby odkrył prawdę Wszechrzeczy.

- Lubomirze! Posiadłeś mnie!

Chłopak wariował. Jego wzrok wyrażał bezmiar szczęścia.

Wysuwał się powoli, jakby obawiał się, że gdy całkiem wyjdzie, to znów będzie miał problem z trafieniem, więc nie wyciągał go za bardzo. Natomiast raźno przystąpił do działania, zaczął poruszać się we mnie, choć bardzo płytko. Chciałam dodać mu otuchy.

- Lubku! Ależ mocno ciebie czuję! Ależ mi dobrze, gdy jesteś we mnie…

Po czym zaczęłam delikatnie pojękiwać.

- Aaaa… aaaa… aaaa…

Pobudziło go to nieźle, co dało się wyczuć po oddechu.

- Ależ delikatnie wchodzisz we mnie… aaa.. aaa…

Studenciak był w siódmym niebie.

- Naprawdę Marto…? dobrze ci ze mną… z takim żółtodziobem?

Zadając pytanie, wykonał śmielszy, głębszy ruch.

- Jeszcze pytasz… achhh! Aaaa… czuć cię na sobie, to niewysłowiona przyjemność… a czuć twojego przyjaciela… który jest taki… w sam raz… to cudne!

Moje słowa dodały Lubomirowi pewności siebie. Jego ruchy stały się płynniejsze i mocniejsze. Można określić, że zaczął mnie po prostu „rżnąć”…

- Aaaa… aaaa… ależ jesteś sprawny… mój panie studencie…

Chłopak rozkoszował się w tym co robił. Pchnięcia stały się miarowe. Podobnie moje jęki… Pragnęłam pobudzić go jeszcze bardziej. Uznałam, że przysłużą się temu pikantne słowa.

- Aaaa… aaa… Lubku, ależ ty mnie rżniesz… ostro rżniesz.

Młodzieniec sapał.

- Tak, tak! Marto, tego chcę! Tego chciałem od kiedy cię zobaczyłem. Po prostu zdrowo zerżnąć!

Ależ mnie to podniecało! Jego ostre słowa, jego kuśka energicznie poruszająca się we mnie. A także to, że mogę go jeszcze bardziej wbijać w dumę.

- A więc dopiąłeś swego… aaa… aaa… posiadłeś mnie.

Jeszcze intensywniej przyspieszył swe ruchy.

- Tak! To niewiarygodne! Taką damę! Piękną i wytworną. Posiadłem! – delektował się tym, najwyraźniej miłym jego uchu, słowem.

- Tak! Posiadłeś… zdobyłeś… jestem twoja, twojaaaa… aaa… aaa…

Stękałam. Stękałam bo pieprzył mnie mocno. Pomyślałam, że przy tak gwałtownych ruchach, nieopierzony samczyk może dojść przedwcześnie, ale chyba on sam też się tego obawiał, ponieważ w pewnym momencie zluzował.

Teraz posuwał mnie wolno.

Moje jęki również stały się cichsze i zwolniły tempo.

- Boże! Zupełnie nie pomyślałam! Przecież w każdej chwili może tu wejść Mateusz! Mój chrześniak.

Umarłabym ze wstydu. Mateusz zobaczyłby ciocię, arcyporządną kobietę, dosiadaną przez swego kolegę.

Lubomir też się tym najwyraźniej zmartwił, ale chyba o wiele bardziej nie chciał kończyć tak miłej dla niego przygody.

- Ale Mateusz nie wracał na noc już dwa dni z rzędu. Nic nie zapowiadałoby, że teraz nagle się pojawi…

- Masz rację…

Poza tym uznałam, że przecież usłyszelibyśmy otwieranie zewnętrznych drzwi.

Lubek powrócił do najprzyjemniejszej czynności, jaka przytrafiła mu się w życiu, czyli do nadziewania mnie na jego kuśkę. Pchnięcia były powolne, ale bardzo głębokie.

- Marto, a wracając do naszego instruktażu… to czy na takiej randce, jak ta, można być ostrym?

Boże, jak ja chciałam, żeby był ostry!

- Cóż Lubku, musisz wyczuć upodobania dziewczyny. Ale, wszak nasza randka jest szkoleniowa… zatem przećwiczmy wszelkie warianty…

W tym momencie student znów wziął mnie do galopu, bo jego gwałtowne pchnięcia właśnie do galopu można było porównać.

- Aaa! Aaaaaa! – już nie jęczałam, a krzyczałam. – Lubku, nie sądziłam, że taki z ciebie ogier!

Słyszałam głośne klaśnięcia – to jego jądra obijały się o moją pupę. Wtórowało temu miarowe skrzypienie łóżka.

- Ach… ach… Lubomirze… ależ ty mnie ujeżdżasz!

Kręciło mnie takie prowokowanie chłopca. Po moich wyznaniach, jeszcze głośniej sapał i nie zwalniał tempa. Młócił mnie na potęgę.

- Ach… Lubku… ależ ty mnie grzmocisz…

Jarały go takie słowa. Wysyczał:

- Marto… a w ramach instruktażu… czy taki chłopak może być wobec kobiety… przepraszam, jeśli przesadzam, czy może być… wulgarny?

Tak, tego chciałam! W ogóle podnieca mnie, gdy w pewnych sytuacjach mężczyzna bywa zbereźny, zaś teraz, myśl, że nieśmiały do szpiku kości, ofermowaty Lubek, mógłby być wobec mnie wulgarny, podniecała do reszty!

- Lubku… cóż… umawialiśmy się na instruktaż… zatem nie możemy nic przeoczyć.

Czekałam co powie, jakich słów użyje, ale najwyraźniej krępował się wyrzucić to co, skrywał pod czaszką. Postanowiłam go sprowokować.

- Czasem mężczyźni, nazywają kobietę suczką… cipkę, określają ordynarnie – pizdą…

- Tak! – młodzian podniecał się. Dźgając mnie mocniej niż dotychczas, ciskał gromy wzrokiem. Czułam, że chce sypnąć nieprzyzwoitymi, wręcz obelżywymi, epitetami.

- Tak! Suczko! Zmłócę ci tę damulkową cipę! Zrucham cię, jak dziwkę!

Aż dreszcze przechodziły mnie po plecach! Podniecało to niemożebnie! Chciałam dalej prowokować.

- Ach… ty mój brutalu… tak… jestem twoją suczką…

Sztychy, jakimi faszerował moją piczkę stały się niemal bolesne.

- Jesteś moją suczką! Suczą! Wydupczę cię tak, że popamiętasz do końca życia! Przerżnę ci tę kurewską pizdę, a na koniec ci się w niej spuszczę!

Odpływałam. Z rozkoszy, z ekscytacji niewyobrażalną przygodą.

Jednak coś mnie zaniepokoiło. Jakiś podejrzany szmer. Odwróciłam głowę.

Nieopodal stał Mateusz!

- O matko! – wykrzyknęłam.

Lubomir widział to, a jednak nie przerywał, ani myślał zejść ze mnie! Mało tego, sypał sprośnymi wulgaryzmami, niczym szewc.

Czy trzeba było lepszego dowodu, że ten nieśmiały wymoczek, mameja, przeszedł tak drastyczną przemianę?

 

Moja misja dopełniła się.

 

6,692
9.71/10
Dodaj do ulubionych
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.71/10 (14 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (1)

Jakub

Jakub · 7 października 2020

+6
-1

W opowiadaniu jest wszystko co lubimy w twórczości Historyczki.... kreacja głównej bohaterki.. wielu chciałoby spotkać Martę na swojej drodze... 🙂 dziękuję

Czy napewno chcesz usunąć ten komentarz?

Opowiadania o podobnej tematyce:

Pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.