Zamieć – gość na noc
29 lipca 2026
35 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Bohaterowie tej historii są fikcyjni, wszyscy uczestnicy scen erotycznych są dorośli, a wszelkie podobieństwo do osób rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.
Ustaliliśmy kiedyś, że nie kusimy losu.
Nie było w tym wielkiej deklaracji ani przysięgi. Jedno zdanie rzucone w ciemności po rozmowie, która zaszła o pół kroku za daleko. Marta powiedziała wtedy, że rozmawiać można o wszystkim, ale robić już niekoniecznie. Przytaknąłem, bo tak było wygodniej nam obojgu.
Osiemnaście lat małżeństwa, jeden kredyt, dorosła córka na drugim roku studiów w Krakowie i jeden dom pod lasem, dwadzieścia kilometrów od najbliższej latarni. Ja miałem czterdzieści trzy lata, Marta czterdzieści dwa. Nasz układ był trwały i daleki od jakiejkolwiek niewierności.
Zamieć zaczęła się koło czternastej.
Do zmroku zasypała drogę dojazdową, a wiatr usypał przy bramie zaspę przypominającą wywróconą falę. Radek zadzwonił przed piątą, że stoi na krajowej za Skarżyskiem i nawigacja pokazuje trzy kilometry na godzinę. Powiedziałem, żeby jechał ostrożnie i że kolacja poczeka.
Marta robiła w kuchni coś pachnącego majerankiem i przypalonym masłem. Co pięć minut wychodziła do okna, wycierając ręce w ścierkę, choć nie miała czego wycierać.
O szóstej wzięła z garażu łopatę i wyszła.
– Daj spokój — powiedziałem. — Za pół godziny zasypie z powrotem.
– Jak zostawimy zaspę, wjedzie w nią po ciemku. Potem będziemy odkopywać auto do rana.
Odgarniała czterdzieści minut w mojej starej kurtce. Widziałem ją przez okno kuchni, w słupie światła spod lampy: sylwetkę o pełnych biodrach i mocnych udach pochyloną nad łopatą, śnieg lecący bokiem i uparte, równe tempo, którego nie zmieniała nigdy — ani przy sprzątaniu, ani na basenie, ani podczas kłótni. Kurtka opinała się na piersiach i pośladkach przy każdym zamachu. Nawet pod ciężkim materiałem wyglądała kobieco i seksownie; nie delikatnie, tylko żywo, silnie, jak ktoś, kto naprawdę potrafi przesunąć pół zimy z jednego miejsca w drugie.
Rękawice przemokły po dziesięciu minutach. Ściągnęła je, zamiast wrócić po suche.
Weszła z twarzą czerwoną od wiatru i dłońmi, na które trudno było patrzeć. Czerwone aż po nadgarstki, spuchnięte w kostkach, z sinawymi plamami na opuszkach. Trzęsły się tak, że nie mogła rozpiąć kurtki.
Odkręciłem letnią wodę.
– Nie — powiedziała. — Od wody boli najbardziej. Musi samo.
Rozpiąłem jej kurtkę, zdjąłem ją z ramion i owinąłem dłonie Marty miękkim ręcznikiem. Stała przy kuchence dobry kwadrans, wciskając je pod pachy. Do garnka wróciła dopiero wtedy, gdy odzyskała czucie.
– Nie dojedzie — stwierdziła.
– Dojedzie. Radek zawsze dojeżdża.
Znaliśmy go dwadzieścia lat. Poznaliśmy się we troje na drugim roku, kiedy wszyscy byliśmy dorośli, choć żadne z nas nie zachowywało się szczególnie dojrzale. Marta przez trzy tygodnie spotykała się z Radkiem, potem on pojechał na obóz nad Solinę i wrócił z inną. Przez dwa miesiące siedziała na wykładach w ostatnim rzędzie, udając, że robi notatki. To ja pożyczałem jej swoje.
Później przyszła dwudziestoletnia przyjaźń, jego wesele, nasze wesele, jego rozwód dwa lata temu. Teraz mieszkał sam w Warszawie, jeździł na rowerze po dwieście kilometrów w weekend i wyglądał lepiej niż w wieku trzydziestu lat.
Marta miała czterdzieści dwa lata i nadal odwracali się za nią w markecie. Trzy razy w tygodniu chodziła na basen. Miała mocne ramiona, pełne piersi, miękką talię i biodra, które nadawały każdej spódnicy właściwy kształt. Krótko przycięte ciemne włosy odsłaniały szyję; wiedziała, że jej w tym dobrze. Poruszała się bez pośpiechu, jak kobieta pewna, że nie musi nikomu ustępować miejsca.
Nie lubiła tylko swoich dłoni. Od października do marca pękały jej skórki, czerwieniały od zimna i wody. Chowała je pod rękawy nawet przy mnie.
Radek dojechał o wpół do ósmej.
Wysiadł z auta w samej bluzie, w śniegu po kolana, i wrzasnął od bramy coś, czego nie da się powtórzyć. Zostawił mercedesa bokiem w poprzek drogi, z otwartymi drzwiami, i brnął do nas, śmiejąc się jak wariat.
– Zostawiam go tam! Rano odkopiemy albo i nie! Ktoś tu machał łopatą, co?
Marta wybiegła na taras w kapciach. Radek złapał ją w ramiona i uniósł nad ziemię. Pisnęła, objęła go za szyję i zaczęła się śmiać. Przez trzy sekundy patrzyłem, jak mój najlepszy przyjaciel trzyma moją żonę w powietrzu. Postawił ją dopiero, kiedy odzyskała kapcie. Zanim puścił, przesunął po niej wzrokiem od dołu do góry, szybko i dokładnie.
Nie poczułem zazdrości.
Zapamiętałem to, bo sam się zdziwiłem.
Kolacja trwała dwie godziny.
Marta zrobiła gulasz. Do niego wypiliśmy po jednym ciemnym piwie. Radek wyjął z torby butelkę whisky i oznajmił, że to nie jest okazja, żeby jej nie otworzyć.
Za oknem sypało coraz gęściej. Około dziesiątej sprawdziłem drogę w telefonie: nieprzejezdna, zamknięta do rana.
– No to masz przerąbane — powiedziałem. — Śpisz u nas.
– Jaka tragedia — odparł, patrząc na Martę, która sięgała po półmisek i musiała wyciągnąć się przez stół.
Marta wstała, żeby pościelić w pokoju gościnnym. Kiedy przechodziła za jego krzesłem, Radek położył dłoń na jej plecach. Zwyczajnie, jak między starymi znajomymi. Zostawił ją tam może o sekundę dłużej. Marta odwróciła głowę i popatrzyła mu w twarz. Nie odsunęła się, ale to spojrzenie wystarczyło, by zabrał dłoń.
– Pamiętasz Solinę? — rzuciła od drzwi.
Radek zakrztusił się resztą whisky.
– Nie zaczynaj.
– Ja nic nie zaczynam. Pytam, czy pamiętasz.
Wyszła, zanim zdążył odpowiedzieć.
Radek odstawił kieliszek.
– Ona nadal pamięta.
– Marta pamięta wszystko. Nie łudź się.
Radek przywiózł także czerwone wino, ale już piliśmy whisky wiec nie miał ochoty go otwierać.
Zszedłem z Martą do piwnicy odnieść nieotwartą butelkę.
Kucała przy regale, z telefonem podłożonym pod brodę zamiast latarki. W piwnicy było chłodniej. Trzecia deska schodów skrzypnęła pode mną tak samo jak zawsze.
– Pomóż, bo nic nie widać.
Kucnąłem obok. Pachniała kuchnią i perfumami, które miała od piętnastu lat. Przez chwilę zapach był mocniejszy niż wszystko w domu.
– Marta.
– No?
– On się w ciebie gapi.
Nie podniosła głowy.
– Wiem.
– I co?
Teraz spojrzała. W świetle telefonu jej twarz wyglądała młodziej i twardziej jednocześnie.
– Czego się spodziewałeś? Że powiem, że nie zauważyłam?
– Chyba tak.
Uśmiechnęła się jednym kącikiem ust, tym oznaczającym kłopoty.
– Piotr, mam czterdzieści dwa lata. Zauważam wszystko. Nawet kiedy ktoś przestaje patrzeć.
Nie było dobrej odpowiedzi.
Postawiła butelkę na półce i wstała. Przechodząc obok w wąskim przejściu, otarła się o mnie biodrem, potem piersią i ramieniem. Miejsca było wystarczająco dużo. Wiedziałem, bo sam murowałem tę ścianę.
Złapałem ją za nadgarstek. Przycisnąłem plecami do chłodnego regału i pocałowałem. Butelka stuknęła o półkę. Przez pół sekundy stała nieruchomo, potem jej wolna dłoń znalazła się z tyłu mojej głowy. Pocałunek stał się głęboki i głodny.
– Zaraz zejdzie — szepnęła.
– Niech schodzi.
– Wariacie.
Zaśmiała się i podciągnęła kolano po mojej nodze. Zanim wysunęła się z ramion, ugryzła mnie lekko w dolną wargę.
Poszła po schodach pierwsza, kołysząc biodrami tak wyraźnie, że musiała robić to celowo.
Przenieśliśmy się do salonu. Marta zdjęła sweter i została w cienkiej czarnej bluzce, dżinsach i miękkich skarpetkach. Pod bluzką prześwitywała ciemna linia biustonosza.
Usiadła na dywanie z plecami opartymi o kanapę. Ogień wydobywał z półmroku szyję, pełny biust i krągłość bioder opiętych dżinsem. Pomyślałem, że wygląda lepiej niż kiedykolwiek.
Radek najwyraźniej pomyślał to samo.
– Marta, bez urazy dla obecnego tu męża, ale ty się cofasz w rozwoju. Wyglądasz lepiej niż na trzecim roku.
– Na trzecim roku ważyłam dziesięć kilo mniej.
– I miałaś za mało bioder.
Zaśmiała się i schowała twarz w kubku z whisky. Wiedziałem, że komplement trafił. Nie dlatego, że obiecywał młodość. Wprost przeciwnie: mówił, że jej dojrzałe ciało podoba mu się właśnie takie.
– Uważaj, bo ci uwierzy — powiedziałem.
– Już mu uwierzyłam.
Radek wrzucił do szklanki z whisky kostkę lodu z miski. Marta wyłowiła ją palcami, obejrzała pod światło i przyłożyła do obojczyka. Przejechała wolno w dół, aż do krawędzi dekoltu.
– Gorąco od kominka — wyjaśniła.
W salonie nie było gorąco. Woda spłynęła pod materiał, bluzka przylgnęła do skóry i zarysowała ciemną koronkę biustonosza. Sutki zesztywniały tak, że widziałem ich kształt przez obie cienkie warstwy.
Radek odstawił szklankę bardzo ostrożnie.
– Pokaż ręce — powiedział po chwili.
Marta spróbowała schować dłonie pod rękawy.
– Nie ma czego oglądać.
– Odgarniałaś pół drogi przeze mnie. Pokaż.
Wyciągnęła je wnętrzem do góry. W świetle ognia było widać czerwień, spuchnięte kostki, białe pęknięcia przy paznokciach.
Radek nie dotknął jej od razu.
– Mogę je rozgrzać? Bez masowania na siłę.
Marta położyła dłonie w jego dłoniach.
– Możesz.
Rozcierał je metodycznie. Najpierw grzbiety, potem wnętrza, potem każdy palec od nasady do opuszki. Chuchnął w złożone dłonie i zamknął w nich jedną jej dłoń.
– Boli?
– Wraca czucie. To najgorszy moment.
– Wiem.
Przyłożył jej dłonie do własnej szyi, tam gdzie skóra była najcieplejsza. Marta zostawiła je na chwilę. Kiedy zabierała, przesunęła palcami po jego karku. Nie przypadkiem. Radek spojrzał jej prosto w oczy.
Siedziałem naprzeciwko i obserwowałem. Nadal bez zazdrości.
Za szybą wiatr niósł śnieg poziomo.
Około jedenastej Radek podłączył telefon do głośnika i zaczął puszczać rzeczy, których słuchaliśmy dwadzieścia lat wcześniej.
Marta wstała po trzeciej piosence i wyciągnęła do mnie rękę.
Tańczyliśmy przy kominku po raz pierwszy od trzech lat. Trzymałem ją za biodra, ona objęła moją szyję i wtuliła twarz w sweter. Przez pierwszą piosenkę byliśmy tylko my.
Przy drugiej Radek wstał.
– Odbijany.
Marta popatrzyła na mnie przez ramię. Nie pytająco, raczej sprawdzając, czy nadal widzę to samo co ona.
– Proszę bardzo — powiedziałem.
Radek prowadził lepiej ode mnie. Obracał ją, przyciągał i pozwalał odsunąć się na długość ramienia. Marta śmiała się przy obrotach. W pewnym momencie znalazł się za jej plecami i objął ją w pasie. Z miejsca, w którym siedziałem, widziałem jego wzrok w dekolcie. Widziałem też, że ona o tym wie.
Kiedy piosenka się skończyła, odwróciła się w jego ramionach. Twarze znaleźli dziesięć centymetrów od siebie. Sekunda. Druga. Radek nie pochylił się dalej. Marta odsunęła się po kubek.
– Piotr, masz świętą cierpliwość — powiedział Radek.
– Bo?
– Bo ja bym nie wytrzymał.
Pierwsza rzecz tego wieczoru wypowiedziana zupełnie serio.
Marta usiadła po turecku na dywanie. Bluzka podjechała z tyłu, odsłaniając pasek skóry nad dżinsami i dwa centymetry czarnej koronki. Materiał bielizny miał drobny kwiatowy wzór i falowaną krawędź miękko obejmującą jej biodra.
Radek patrzył. Marta nie poprawiła bluzki. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uniosła brwi o milimetr.
Wstałem po lód do kuchni. Po drodze musiałem oprzeć dłoń o blat.
Znalazłem ją w pralni. Weszła po ścierkę, nie zapalając światła. Wszedłem za nią i zamknąłem drzwi. Między pralką a suszarką zostało dokładnie tyle miejsca, ile potrzeba dwojgu ludziom, którzy bardzo się spieszą.
– Oszalałeś — szepnęła, ale sama wcisnęła klamkę do końca i przyciągnęła moją głowę.
Całowaliśmy się na stojąco, obijając o meble. Odchyliłem jej głowę i pocałowałem szyję pod uchem. Gęsia skórka przeszła po ramionach w jednej sekundzie.
Rozpiąłem dżinsy. Marta złapała mnie za nadgarstek, popatrzyła w oczy i sama wsunęła moją dłoń pod czarną koronkę.
– Nie mów ani słowa — poleciła.
Materiał był ciepły i cienki. Wysoko wycięte figi obejmowały biodra, z przodu miały półprzezroczystą koronkę podszytą miękką satyną. Wilgoć przesączyła się już przez obie warstwy.
– Ani słowa — przypomniała, czując mój uśmiech.
Rozstawiła stopy i nacisnęła miednicą na moją dłoń. Nie potrzebowałem innych instrukcji. Zsunąłem jej dżinsy do połowy ud, potem bieliznę. Marta obróciła się twarzą do pralki i oparła dłonie na chłodnej blasze.
– Chodź — powiedziała.
Wszedłem w nią jednym powolnym ruchem, choć oboje chcieliśmy pośpiechu. Jej ciało objęło mnie ciasno i gorąco. Przez pierwsze sekundy stałem nieruchomo, z ustami na karku. Potem zaczęła cofać biodra, więc odpowiedziałem.
Muzyka zza ściany tłumiła nasze oddechy. Poruszałem się szybciej, trzymając ją za talię. Marta naciskała pośladkami na każde pchnięcie, sama wyznaczając siłę. Jej piersi poruszały się pod bluzką, a czarna koronka biustonosza prześwitywała w odbiciu ciemnego okna pralki.
Sięgnąłem dłonią do przodu i zacząłem pieścić łechtaczkę. Marta przygryzła rękaw własnej bluzki. Brzuch stwardniał pod moją dłonią, uda zaczęły drżeć.
Doszła z cichym, urwanym jękiem. Musiałem przytrzymać ją w pasie, bo kolana zmiękły. Skurcze zaciskały się wokół mnie seriami. Kilka ruchów później doszedłem także, wciśnięty w nią, z twarzą w krótkich włosach i zapachem jej perfum.
Staliśmy chwilę bez ruchu.
– To było od dawna potrzebne — powiedziała do blachy pralki.
– Bardzo.
Podałem jej ręcznik. Podciągnęła dżinsy, ale bielizna została na podłodze. Podniosłem czarną koronkę i zacisnąłem w dłoni.
– Mogę ją zatrzymać do rana?
Marta odwróciła się. Wyciągnęła rękę, więc sądziłem, że chce ją odebrać. Zamiast tego popchnęła moją pięść w stronę tylnej kieszeni.
– Do rana — powiedziała. — Potem ja zdecyduję.
Schowałem bieliznę.
Wygładziła bluzkę, poprawiła włosy w ciemnym oknie pralki i wyszła do salonu bez majtek. W progu zerknęła na mnie przez ramię.
– Teraz pilnuj, żebyś nie zgubił.
Kiedy wróciłem z lodem, zobaczyłem w szybie tarasowej czerwony punkt papierosa. Radek stał pod okapem, dwa metry od szkła. W salonie Marta pochylała się nad kominkiem z polanem w ręku, tyłem do niego, w dżinsach, pod którymi nie miała nic.
Widział ją dobrze. Ona nie mogła zobaczyć jego, bo za plecami miała światło.
Nie zapaliłem lampy w kuchni. Marta chwilę później wyprostowała się, spojrzała w czarne szkło i znalazła w odbiciu czerwony żar. Poprawiła polano, została pochylona jeszcze przez dwa oddechy, a potem odwróciła się przodem do szyby.
Radek wszedł po minucie, otrzepując śnieg z ramion.
– Ty palisz? Rowerzysta? — zapytała.
– Tylko przy dużych okazjach. I kiedy naprawdę marznę.
– A teraz marzniesz?
– Jak pies.
Patrzył jej w oczy.
Około północy Marta wyciągnęła starą talię do tysiąca. Dwadzieścia cztery karty były miękkie od trzymania. Dama kier miała zagięty róg i plamę po winie na sukni, pozostałość akademickiego wieczoru sprzed dwóch dekad. Przez ten róg dało się ją rozpoznać w cudzej ręce.
Graliśmy przez godzinę jak ludzie. Dokładaliśmy do kominka, obgadywaliśmy znajomych i dwa rozwody. Wszystko, co działo się wcześniej, wisiało w powietrzu jak dym.
Po czwartym rozdaniu Radek zaproponował pytania dla przegranego.
– Dowolne. Bez kręcenia.
– Głupia gra — powiedziała Marta.
– Boisz się.
– Rozdawaj.
Pierwsze przegrałem ja. Drugie Radek. Marta zapytała, dlaczego naprawdę rozwiódł się z Justyną. Odpowiedział uczciwie i na dwie minuty zrobiło się poważnie.
Trzecie przegrała Marta.
– Ile razy zdradziłaś Piotra? — zapytał Radek.
– Zero.
Odpowiedziała natychmiast.
Czwarte przegrała ponownie. Przysiągłbym, że specjalnie.
– Ile razy miałaś ochotę?
Ogień strzelił w kominku. Marta odstawiła kubek.
– Więcej niż zero.
– Ostatni raz?
– To drugie pytanie.
– Odpowiedz na połowę.
Popatrzyła najpierw na mnie, nie prosząc o pozwolenie, tylko sprawdzając, czy nadal gramy w tę samą grę.
– Dzisiaj — powiedziała.
Radek bardzo dokładnie złożył karty, wyrównał talię z czterech stron i wsunął do pudełka. Jedna karta zsunęła się na dywan. Dama kier leżała licem do góry między stolikiem a kominkiem.
Widzieliśmy ją wszyscy troje.
Nikt nie wyciągnął ręki.
Po kartach Marta przyniosła koc i usiadła między nami. Rozłożyła go szeroko: na własnych nogach, moich kolanach i udzie Radka.
– Nastałam się dzisiaj. Bolą mnie stopy.
Radek wyciągnął rękę.
– Wymasuję.
– Nie.
Cofnął dłoń natychmiast.
Rozmawialiśmy przez następne dziesięć minut o oponach. Radek nie ponowił propozycji.
Po tych dziesięciu minutach Marta sama wróciła do tematu.
– Podobno jesteś sportowcem — powiedziała. — Tylko stopy. Pokaż, co umiesz.
Położyła nogi na jego kolanach sama.
– Tylko stopy — powtórzył.
Ugniatał je kciukami z prawdziwą wprawą. Marta wydała długie westchnienie i oparła głowę na moim ramieniu.
– Dobrze?
– Bardzo.
Wsunąłem dłoń pod koc i położyłem na gołej skórze między bluzką a dżinsami. Marta nakryła ją swoją. Nie przesunęła niżej; trzymała tam, gdzie chciała.
Radek przeszedł do drugiej stopy. Potem zatrzymał się.
– Dalej nie idę — powiedział.
Marta otworzyła oczy.
– Wiem.
– I?
– Daj mi chwilę.
Zabrała nogi z jego kolan i usiadła prosto. Cisza stała się ciężka, ale nie niebezpieczna. W kominku pękło polano. Za oknem wiatr uderzył w okiennicę.
Radek odłożył kubek.
– Powiem coś, zanim ta noc zrobi to za mnie. Nie jeżdżę dwustu kilometrów w weekend dla zdrowia. Jeżdżę, bo kiedy wracam o osiemnastej, mam do wyboru telewizor albo ścianę. Wynajmuję kawalerkę od dwóch lat i nadal nie mam firanek, bo po co. W lodówce musztarda i piwo. Najgorsze jest to, że się przyzwyczaiłem. Dopiero kiedy przyjeżdżam do waszego domu, przypominam sobie, że można inaczej.
Marta objęła go. Zwyczajnie, dwoma ramionami, jak człowieka znanego od dwudziestu lat. Radek wtulił twarz w jej ramię, ale dłonie zostawił na jej łopatkach.
Po chwili odsunęła się i wróciła między nas.
Spojrzała na damę kier leżącą przy kominku. Sięgnęła po nią, obejrzała zagięty róg i położyła kartę na własnym kolanie.
– Teraz ja powiem coś, zanim noc zrobi to za mnie — zaczęła. — Chcę, żebyś mnie dotknął, Radek. Chcę Piotra przy sobie. Jeśli coś będzie nie tak, powiem „stop”.
Popatrzyła na mnie.
– Ja też tego chcę — powiedziałem. — Chcę zostać z wami.
Radek patrzył kolejno na nas oboje.
– Chcę ciebie — powiedział do Marty. Potem zwrócił się do mnie. — I chcę, żebyś został z nami.
– Zostanę.
Marta położyła damę kier na środku stolika, licem do góry.
– No to chodźcie bliżej — powiedziała.
Pocałowała mnie pierwsza. Długo, głęboko, z dłonią na moim karku. Kiedy się odsunęła, odwróciła się do Radka.
Otworzyła ramiona i przyciągnęła go sama.
Pierwszy pocałunek Marty i Radka nie wyglądał jak spotkanie po dwudziestu latach czekania. Nie rzucili się na siebie. Dotknęli ustami ostrożnie, prawie niepewnie, jakby oboje sprawdzali, czy wspomnienie z czasów studiów i człowiek siedzący teraz na kanapie są tym samym.
Potem Marta położyła dłoń na jego karku i pocałowała go drugi raz.
Ten już nie był ostrożny.
Radek objął ją w talii, przyciągnął do siebie i wsunął język między jej usta. Marta odpowiedziała całym ciałem. Widziałem ruch jej pleców, palce zaciskające się na jego swetrze i to, jak biodra przesunęły się bliżej. Siedziałem pół metra dalej z sercem bijącym za szybko, ale nadal bez zazdrości. Było we mnie zdumienie, podniecenie i coś jeszcze — duma, że to ona znalazła odwagę, żeby nazwać rzecz, o której wszyscy troje krążyliśmy od kolacji.
Odsunęła się pierwsza. Miała rozchylone usta i ciemniejsze oczy.
– No — powiedziała. — To mamy za sobą.
Radek zaśmiał się cicho.
– Mówisz tak, jakbyśmy zdali egzamin.
– Jeszcze nie wiadomo.
Odwróciła się do mnie i usiadła bokiem na moich kolanach. Pocałowała mnie bez pośpiechu, nadal smakując herbatą i cudzymi ustami. Wiedziałem, że robi to także dla mnie: nie po to, by przepraszać, tylko żeby wciągnąć mnie z brzegu do środka.
Radek czekał. Nie dotykał jej, dopóki sama nie wyciągnęła ku niemu jednej z zaczerwienionych dłoni.
– Znowu zimne — powiedziała.
Ujął ją i pocałował każdą kostkę palca. Potem odwrócił dłoń wnętrzem ku górze i przesunął ustami po delikatnej skórze przegubu. Marta zadrżała mocniej niż wtedy, gdy całował ją w usta.
– Wrażliwe? — zapytałem.
– Dzisiaj wszystko.
Wyciągnęła drugą dłoń do mnie. Zrobiłem to samo, mniej ceremonialnie, za to w miejscu, które znałem: pocałowałem małe pęknięcie przy kciuku, potem wnętrze przegubu. Przez moment siedziała między nami z rękami w naszych dłoniach i wyglądała jak ktoś, kto po raz pierwszy nie musi wybierać, gdzie jest cieplej.
Radek przesunął się bliżej. Jego palce zatrzymały się na brzegu czarnej bluzki.
Marta uniosła ręce.
Ściągnął materiał przez jej głowę. Krótkie włosy naelektryzowały się i stanęły w kilku miejscach. Została w czarnym koronkowym biustonoszu i rozpiętych dżinsach. Miękkie miseczki typu balconette unosiły pełne piersi, nie próbując ich pomniejszać; przez kwiatowy wzór prześwitywała ciepła skóra, a falowana krawędź kończyła się tuż nad brodawkami.
To był komplet z figami schowanymi w mojej tylnej kieszeni. Dopiero teraz zobaczyłem go w całości, choć połowy nie miała już na sobie.
– Nowy? — zapytałem.
– Od września.
– Dlaczego go wcześniej nie widziałem?
– Widziałeś. Tylko nie patrzyłeś.
Zdanie trafiło we mnie celniej, niż zamierzała. Przesunąłem dłoń pod jej piersią, po miękkiej koronce, i objąłem cały ciężar. Marta spojrzała mi w oczy, a potem odwróciła się do Radka.
– Teraz patrzą obaj — powiedział.
– Teraz obaj mogą dotknąć.
Moja dłoń została pod lewą piersią. Radek objął prawą, początkowo przez koronkę. Nie ścisnął od razu. Przesuwał kciukiem po wzorze, aż brodawka stwardniała i wyraźnie odcisnęła się pod materiałem. Marta wypchnęła pierś w jego rękę. Dopiero wtedy zacisnął palce mocniej.
Rozpiąłem biustonosz jednym ruchem, tym samym co przez osiemnaście lat. Koronka poluzowała się, a pełne piersi opadły ciężko w nasze dłonie. Nie były próbą naśladowania młodszego ciała. Były dojrzałe, miękkie u dołu, jędrne w chwili napięcia i tak kobiece, że Radek na sekundę przestał oddychać.
– Mówiłem, że za mało bioder miałaś na studiach — powiedział. — Piersi też.
Marta uderzyła go lekko w ramię.
– Uważaj.
Uśmiechała się jednak. Wstała, zsunęła dżinsy po biodrach i wyszła z nich, przytrzymując się mojego ramienia. Kiedy stanęła przed nami zupełnie naga, Radek zobaczył, że pod spodniami nie było fig.
– Gdzie druga połowa? — zapytał.
Marta wskazała moją tylną kieszeń.
– Piotr pilnuje.
– Do rana — przypomniałem.
– Do rana.
Podeszła do ognia. Ciepłe światło przesunęło się po pełnych piersiach, lekko zaokrąglonym brzuchu, szerokich biodrach i mocnych udach. Była seksowna nie jak poza, lecz jak ruch: sposób, w jaki przenosiła ciężar z nogi na nogę, jak bez zasłaniania podniosła ręce, żeby poprawić włosy, jak odwróciła się do nas tyłem, pewna własnych krągłości.
– Koc — poleciła.
Rozłożyłem go przed kominkiem. Dama kier nadal leżała przy stoliku. Podmuch z komina poruszył kartą. Przesunęła się o kilka centymetrów, ale nie przewróciła.
Marta położyła się na plecach. Mnie przyciągnęła do swojej głowy, Radka gestem skierowała między uda.
– Zacznij od nóg — powiedziała. — Dobrze ci szło.
Radek uklęknął. Tym razem nie masował stóp przez koc. Ujął nagą łydkę, przesunął dłonie ku kolanu i pocałował zagłębienie pod nim. Potem drugą nogę. Każdy ruch był spokojny i dokładny, jak wcześniej przy odmrożonych dłoniach.
Marta odchyliła głowę na moje udo. Całowałem szyję, obojczyki i piersi. Znałem jej ciało, ale obecność Radka zmusiła mnie do porzucenia skrótów. Patrzył, więc ja także patrzyłem: na drobne pieprzyki przy żebrach, linię talii, ruch brzucha przy wdechu i brodawki ciemniejące pod moimi ustami.
Radek przesuwał się wyżej. Pocałował wewnętrzną stronę uda, potem pachwinę. Zatrzymał się kilka centymetrów od miejsca, które już lśniło w świetle ognia. Marta rozsunęła kolana szerzej i ułożyła dłoń na jego karku.
To wystarczyło.
Pierwszy ruch języka był długi, od wejścia ku łechtaczce. Marta wciągnęła powietrze i wygięła plecy. Radek nie rzucił się na nią. Lizał powoli, całą szerokością, wracał niżej i zataczał kręgi czubkiem języka. Jedną ręką obejmował jej udo, drugą przytrzymywał biodro.
Marta patrzyła na mnie.
Ująłem obie piersi, ugniatałem je w rytmie innym niż ruchy jego języka. Kiedy ścisnąłem brodawki, z jej gardła wydobył się niski jęk. Radek odnalazł ten sam moment i przyspieszył.
– Nie razem — wydyszała. — Na zmianę.
Zrozumieliśmy. Gdy Radek mocniej ssał łechtaczkę, ja tylko obejmowałem piersi. Gdy zwalniał, drażniłem brodawki kciukami. Dwa rodzaje dotyku nie walczyły o jej uwagę. Podawały ją sobie.
Marta zacisnęła dłoń na moim przedramieniu. Uda drżały wokół głowy Radka.
– Jeszcze — powiedziała. — Właśnie tak.
Radek wsunął w nią dwa palce, zagiął je i utrzymał rytm języka. Brzuch Marty stwardniał pod moją dłonią. Widziałem moment, w którym przestała prowadzić. Oczy rozszerzyły się, oddech urwał, a potem całe ciało napięło się jak łuk.
Orgazm przeszedł przez nią seriami. Najpierw uniosła biodra, potem przycisnęła je do koca, zaciskając uda i palce. Krzyknęła bez próby uciszania się; wiatr i tak zabierał dźwięk w komin. Radek nie zmieniał rytmu, dopóki sama nie poluzowała dłoni na jego karku.
Opadła ciężko, oddychając.
Nigdy wcześniej nie widziałem jej przyjemności z tak bliska i jednocześnie z zewnątrz. Nie czułem się odsunięty. Jej wzrok przez cały czas wracał do mnie, jakbyśmy wspólnie odkrywali coś, co od lat należało do nas, ale czego nie umieliśmy zobaczyć.
Radek usiadł na piętach. Marta wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.
– Chodź wyżej.
Przysunął się. Pocałowała go, nie przejmując się własnym smakiem na jego ustach. Potem przyciągnęła także mnie. Przez kilka sekund byliśmy zbyt blisko, splątani oddechem i ramionami. Nie próbowałem nazwać tej konfiguracji.
– Wody — powiedziała w końcu.
Podałem jej szklankę. Wypiła połowę, resztę podała Radkowi. Siedzieliśmy na kocu, dając ciału wrócić.
– Jeszcze tego nie żałuję — oznajmiła.
– Bardzo pokrzepiające — powiedział Radek.
– Nie psuj.
– Milczę.
Wstałem po zabezpieczenie. Trzecia deska na schodach skrzypnęła tak głośno, że oboje w salonie zaczęli się śmiać.
Wróciłem po dwóch minutach z małym pudełkiem i dodatkowym ręcznikiem. W tym czasie Marta zdążyła posadzić Radka na kanapie i zdjąć mu sweter. Klęczała między jego kolanami, rozpinała koszulę guzik po guziku. Nie wyglądała na kogoś, kto czeka na instrukcję.
Radek miał ciało człowieka, który spędza długie godziny na rowerze: szczupłe, twarde uda, wyraźne mięśnie brzucha, ramiona smuklejsze od moich. Na lewym barku biegła stara blizna po upadku, której nie pamiętałem.
Marta pocałowała ją.
– Kiedy?
– Trzy lata temu. Zakręt przed Pułtuskiem.
– Nic nie powiedziałeś.
– Nikt nie pytał.
Nie było w tym oskarżenia, ale oboje usłyszeliśmy samotność ukrytą pod zdaniem.
Marta zsunęła mu spodnie i bieliznę. Był twardy, wyraźnie pobudzony, lecz nadal czekał. Objęła go dłonią, sprawdziła ciężar i temperaturę, potem przesunęła kciukiem po czubku.
Radek zamknął oczy.
– Patrz — poleciła.
Otworzył.
Musnęła go językiem, raz, od dołu ku górze. Potem objęła ustami i wzięła głębiej. Nie robiła tego dla mnie na pokaz; widziałem to po skupieniu. Uczyła się jego reakcji, zwalniała, gdy biodra drgały, przyspieszała, kiedy oddech się rwał.
Usiadłem za nią na kocu. Objąłem piersi od tyłu, a ona oparła plecy o mój tors, nadal poruszając ustami. Jedną dłonią pieściłem brodawkę, drugą przesuwałem po brzuchu między uda. Marta rozsunęła kolana, wpuszczając mnie bez przerywania.
Radek zacisnął dłoń na krawędzi kanapy, nie na jej głowie.
Po chwili Marta cofnęła usta. Dokończyła kilka ruchów dłonią, doprowadzając go blisko, a potem zatrzymała się zupełnie.
– Nie teraz — powiedziała.
Radek wypuścił powietrze.
– Okrutna.
– Uczę się od najlepszych.
Odwróciła się do mnie. Ściągnęła mi sweter i koszulkę jednym ruchem, potem rozpięła spodnie.
– Ty nie czekaj dwadzieścia lat — mruknąłem.
– Ciebie znam.
Usiadła na mnie okrakiem, jeszcze zanim zdążyłem zdjąć spodnie do końca. Ujęła mnie dłonią, uniosła biodra i opuściła się powoli. Przyjęła mnie do końca, z długim oddechem w moją szyję.
Przez pierwszą chwilę tylko siedziała, obejmując mnie ramionami. Ten znajomy ciężar i ciepło uspokoiły coś, o czym nie wiedziałem, że jest napięte.
– Dobrze? — szepnęła.
– Bardzo.
Zaczęła się poruszać. Znała mój kąt i tempo, ale zamiast wybrać najkrótszą drogę, kołysała biodrami powoli, zataczała małe kręgi i pozwalała mi czuć każdy ruch. Radek siedział obok, nagi, z oddechem wciąż przyspieszonym. Nie wyglądał na wykluczonego. Patrzył, jak moje dłonie obejmują szerokie biodra Marty, jak jej piersi poruszają się przed moją twarzą i jak całuje mnie z zamkniętymi oczami.
Marta wyciągnęła rękę w jego stronę.
Radek przysunął się. Zamiast dotknąć jej między nogami, zaczął od dłoni. Splótł palce z zaczerwienionymi palcami Marty, potem przesunął usta po ramieniu ku szyi. Drugą ręką objął pierś od boku.
Byłem w niej, on pieścił jej ciało, a ona nadal prowadziła ruch. Po kilku minutach przyspieszyła. Łapała oddech w moje usta, cofała biodra i opadała mocniej.
Radek przesunął palce na łechtaczkę. Marta położyła na nich własną dłoń, skorygowała rytm jednym ruchem i puściła.
– Tak.
Przyjemność narastała w niej ponownie, ale nie dążyła od razu do końca. Zwalniała, kiedy skurcze podchodziły zbyt blisko, całowała mnie i wracała do głębszych ruchów. W końcu zatrzymała Radka.
– Chcę jeszcze zachować trochę siebie.
Zsunęła się ze mnie. Pocałowała mnie w czoło, co w tej sytuacji było jednocześnie czułe i absurdalne.
– Teraz on.
Radek wziął z pudełka prezerwatywę. Założył ją sprawnie, bez ceremonii. Marta obserwowała, siedząc na kocu z podciągniętymi kolanami. Ogień oświetlał jej profil i piersi.
Położyła się na boku, przodem do mnie. Radek ułożył się za nią. Nie wybrała pozycji z filmowej fantazji. Wybrała taką, w której mogła widzieć moją twarz.
Sama cofnęła biodra i naprowadziła go dłonią.
Wszedł powoli. Pierwsze centymetry przyjęła z zamkniętymi oczami, potem otworzyła je i popatrzyła na mnie. Radek zatrzymał się w połowie, zostawiając jej chwilę. Marta cofnęła biodra mocniej, przyjmując go do końca.
Jej usta rozchyliły się w bezgłośnym oddechu.
– Inaczej — powiedziała.
Nie wiedziałem, czy to ocena, czy zdziwienie.
– Źle?
– Nie. Inaczej.
Radek objął ją od tyłu. Jedną dłoń położył pod piersią, drugą na brzuchu. Poruszał się długo i wolno, dopasowując rytm do jej oddechu. Marta trzymała mnie za rękę. Z każdym pchnięciem ściskała palce odrobinę mocniej.
Pochyliłem się i pocałowałem ją. Odpowiadała ustami w rytmie ruchów Radka. Nie musiała wybierać między tym, co znajome, a tym, co nowe. Przez chwilę miała jedno i drugie.
Radek przyspieszył dopiero wtedy, gdy zaczęła cofać biodra na spotkanie. Jego dłoń z brzucha przesunęła się niżej. Marta nakryła ją własną i poprowadziła. Potem puściła.
Jej ciało reagowało inaczej niż ze mną. Nie lepiej, nie gorzej — bardziej czujnie. Każde nowe ułożenie dłoni wywoływało gwałtowniejszy wdech, każdy głębszy ruch dłuższe napięcie uda. Patrzyłem i uczyłem się rzeczy, które po osiemnastu latach uznałem za poznane do końca.
Marta położyła dłoń na moim karku.
– Bliżej.
Przysunąłem się tak, że nasze czoła się zetknęły. Radek nadal poruszał się za nią. Widziałem rozszerzone źrenice, rumieniec idący od szyi i skupienie, z jakim oddzielała jedno doznanie od drugiego.
– Mocniej — powiedziała do niego.
Radek zmienił rytm. Krótszy, bardziej zdecydowany. Dłoń na jej brzuchu przytrzymywała ją przy każdym pchnięciu. Marta wbiła paznokcie w moje ramię.
Napięcie zaczęło rosnąć szybko. Czułem je w sposobie, w jaki ściskała moją rękę, w drżeniu uda i w urywanych pocałunkach. Radek nie zmienił ruchu. Jego palce pracowały w tym samym rytmie.
Marta doszła z twarzą przy mojej twarzy. Krzyk przeszedł w mój policzek, ciało napięło się między nami dwoma, a potem zaczęło drżeć seriami. Radek zwolnił, ale nie zatrzymał się zupełnie, prowadząc ją przez falę. Ja trzymałem ją za rękę i całowałem mokrą skroń.
Kiedy skurcze ustały, uniosła dłoń.
Radek znieruchomiał natychmiast.
– Chwila — powiedziała.
Wysunął się ostrożnie, przytrzymując prezerwatywę u nasady. Przez minutę piła wodę, zawinięta w koc od pasa w dół. Oparła głowę na moim ramieniu, stopy położyła na udzie Radka.
– Wciąż dobrze? — zapytałem.
– Gdyby nie było, usłyszałbyś.
– To prawda.
– I nie róbcie min jak na izbie przyjęć. Jest mi bardzo dobrze.
Radek roześmiał się. Napięcie wróciło do właściwej temperatury.
Kiedy sama odrzuciła koc, wiedzieliśmy, że przerwa się skończyła.
Uklękła przed kominkiem na czworakach, ale odwróciła głowę do mnie.
– Piotr. Teraz ty.
Wszedłem w nią od tyłu. Była nadal rozgrzana i wrażliwa, więc zacząłem powoli. Jej plecy wygięły się, pośladki cofnęły ku mnie. Znałem ten ruch, ale po raz pierwszy widział go ktoś inny.
Radek uklęknął przed Martą. Nie podawała mu ust automatycznie. Przyciągnęła jego twarz i pocałowała. On objął jej policzki, a potem zsunął dłonie na piersi, pozwalając im kołysać się w jego palcach przy moich ruchach.
Marta patrzyła na niego. Ja patrzyłem na jej plecy, talię i krągłe biodra w moich dłoniach. Radek patrzył na jej twarz. Każdy z nas miał inną Martę, a jednak była to ta sama kobieta, która świadomie układała nas w tej scenie.
Przyspieszyłem. Odpowiadała ruchem pośladków, mocniej, bez ostrożności. Radek przesunął jedną dłoń między jej uda. Mógł dotrzeć do łechtaczki od przodu, ale nie od razu. Najpierw dotykał wewnętrznej strony uda, zostawiając napięcie. Marta jęknęła z frustracją.
– Nie drażnij.
Posłuchał. Palce znalazły właściwe miejsce i zaczęły pracować w równym rytmie. Tym razem przyjemność narastała zbyt szybko. Marta opuściła głowę, ale Radek podtrzymał ją dłonią pod brodą.
– Patrz na Piotra — powiedział.
Odwróciła twarz przez ramię.
Spotkaliśmy się wzrokiem. To było bardziej intymne niż wszystko, co robiliśmy ciałami. Widziałem w niej żonę z osiemnastu lat, dziewczynę z ostatniego rzędu i kobietę przed kominkiem, która nie prosiła, by ją usprawiedliwiać.
Przytrzymałem biodra i utrzymałem tempo. Radek nie zmieniał pracy palców. Marta zaczęła drżeć. Następny orgazm nie był gwałtownym wybuchem, lecz długą falą. Przechodził przez ciało stopniowo: napięte uda, brzuch, plecy, wreszcie ramiona, które osunęły się na koc.
Zwolniłem i wysunąłem się, zanim dotyk stał się za intensywny. Położyliśmy ją na boku. Oddychała głęboko, z policzkiem na damie kier, która musiała wsunąć się pod brzeg koca. Zagięty róg wystawał spod jej włosów.
– Karta — powiedziałem.
Marta uniosła głowę. Wzięła damę i położyła mi na piersi.
– Pilnuj.
– Do rana?
– Wszystkiego do rana.
Ostatnia część zaczęła się dopiero po dłuższej przerwie.
Dorzuciłem drewna. Radek przyniósł z kuchni wodę i kawałki gulaszu na dwóch kromkach chleba, bo wszyscy nagle przypomnieliśmy sobie o jedzeniu. Siedzieliśmy nadzy przed kominkiem, jedząc z jednej deski i śmiejąc się z absurdalności tej sceny.
– Jak jutro będę odkopywał samochód, chcę mieć to zapisane — powiedział Radek. — Ryzykowałem życie dla gulaszu.
– Dla gulaszu? — Marta uniosła brwi.
– Gulasz był pierwszy.
– Uważaj, bo wylądujesz w pokoju gościnnym sam.
– Tam i tak mam spać.
– Jeszcze zobaczymy.
Przez chwilę znów byliśmy Martą, Piotrem i Radkiem, którzy znali się od czasów akademika i jutro mieli razem zjeść jajecznicę.
Kiedy Marta odstawiła deskę, Radek wziął świeżą prezerwatywę i założył ją bez pośpiechu. Usiadła mu okrakiem, przodem do niego, objęła go dłonią i opuściła się powoli. Tym razem nie było ostrożnego odkrywania. Znała już jego kształt i rytm. Ułożyła ramiona na jego barkach i zaczęła prowadzić.
Radek trzymał ją za biodra, ale nie przejmował ruchu. Marta unosiła się wysoko, opadała głęboko, potem kołysała się przy nim krótszymi ruchami. Pełne piersi poruszały się między nimi. Radek całował je, obejmował ustami brodawki, a ona zaciskała palce na jego karku.
Przez kilka ruchów zwolniła niemal do bezruchu. Ogień odbijał się na jej wilgotnej skórze, a cień bioder przesuwał po ścianie wraz z każdym kołysaniem. Pocałowała Radka długo, potem odchyliła głowę na moje ramię. Czułem na policzku gorąco jej szyi i urywany oddech. Kiedy znów się uniosła, zrobiła to świadomie, jakby smakowała napięcie przed każdym kolejnym opadnięciem.
Usiadłem za nią. Oparła plecy o mój tors. Objąłem ją pod piersiami, drugą dłonią przesunąłem po brzuchu. Nie dotykałem między nogami. Chciałem czuć ruch całego jej ciała: mięśnie talii, napięcie brzucha, biodra pracujące na nim.
Marta odwróciła głowę i pocałowała mnie. Radek wszedł głębiej przy kolejnym opadnięciu. Jęknęła w moje usta.
Tempo rosło. Radek próbował przejąć, ale Marta nacisnęła dłońmi jego ramiona.
– Ja.
Pozwolił. Poruszała się coraz szybciej, świadoma obu naszych spojrzeń. Pot spływał po jej karku. Krótkie włosy przykleiły się do skroni. Nie wyglądała na młodszą, niż była. Wyglądała jak seksowna czterdziestodwuletnia kobieta, która w pełni zna siłę swoich ud, ciężar piersi i sposób, w jaki jej biodra potrafią odebrać mężczyźnie oddech.
Radek był coraz bliżej. Widziałem to po napiętej szyi i palcach wciskających się w jej biodra.
Marta także to poczuła.
– Zostań głęboko — powiedziała.
Opuściła się na niego do końca i zaczęła wykonywać krótsze, mocne ruchy. Radek objął ją w pasie. Jego oddech rozpadł się na urwane dźwięki, a potem znieruchomiał pod nią. Doszedł w prezerwatywie, przyciśnięty do jej ciała, z twarzą przy jej piersi.
Marta została na nim przez kilka oddechów. Pocałowała go w skroń i dopiero wtedy uniosła biodra. Radek przytrzymał prezerwatywę u nasady, zdjął ją ostrożnie i zawinął w przygotowany ręcznik.
Radek opadł na koc. Marta położyła się obok niego, ale wyciągnęła rękę do mnie.
– Chodź.
Położyłem się nad nią. Oplotła mnie nogami. Nie spieszyliśmy się. Ostatnia część należała do rytmu, który znaliśmy oboje, lecz tym razem nie korzystaliśmy ze skrótów. Wchodziłem powoli, do końca, wycofywałem się prawie całkowicie i wracałem. Marta patrzyła mi w oczy.
Radek leżał obok, gładząc ją po włosach i ramieniu. Nie wtrącał się w naszą intymność. Był obecny, ale zostawił nam środek.
Marta uniosła nogi wyżej na moje biodra. Zmienił się kąt. Jej oddech przyspieszył. Przytrzymałem ją za szerokie biodra i zwiększyłem tempo dopiero wtedy, gdy zaczęła wychodzić mi naprzeciw.
– Piotr — powiedziała cicho.
Tylko imię. Wystarczyło.
Doszedłem głęboko w niej, z czołem opartym o jej czoło. Zacisnęła nogi i przytrzymała mnie, nie odrywając wzroku. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Słychać było ogień, wiatr i nasz oddech.
Potem Marta zaczęła się śmiać.
– Co? — zapytałem.
– Przypomniało mi się, że zostawiłam gulasz w garnku.
Radek parsknął. Ja także. Napięcie rozpadło się na śmiech, a wraz z nim wrócił cały nasz dom.
Posprzątaliśmy razem. Nie dokładnie — na to nie mieliśmy siły — ale wystarczająco, żeby rano nie wejść w chaos. Zużyte prezerwatywy trafiły do zamkniętego kosza. Szkło odstawiliśmy na wyspę, jedzenie do lodówki. Marta przyniosła z łazienki ciepłe ręczniki.
Wytarła najpierw siebie, potem podała jeden Radkowi. Ja przyniosłem jej krem do dłoni. Wmasowała grubą warstwę w popękaną skórę, a my siedzieliśmy po obu stronach, nie próbując już jej dotykać.
– To jest dziwnie najbardziej niezręczny moment — stwierdził Radek.
– Jedzenie chleba nago było gorsze — powiedziałem.
– Nie było — sprzeciwiła się Marta. — Było praktyczne.
Założyła mój duży sweter. Sięgał jej do połowy ud i zasłaniał piersi, lecz pod materiałem nadal było widać ich pełny kształt. Nie włożyła bielizny. Czarna koronka pozostawała w mojej kieszeni.
Usiedliśmy jeszcze raz przy ogniu, tym razem z herbatą. Przez chwilę żadne z nas nie wiedziało, od czego zacząć.
Marta zaczęła.
– Jutro nie zwalajmy tego na śnieg – powiedziała Marta. – Ani na whisky.
– Nie zamierzałem – odparł Radek.
– Ja też nie – dodałem.
– I nie chcę teraz ustalać, co będzie dalej. Rano zjemy śniadanie. Potem odkopiemy auto. Reszta może poczekać.
Radek przytaknął.
– Nie będę pisał do ciebie za trzy dni z propozycją kolejnej zamieci.
– Lepiej nie. Prognoza i tak zrobi to za ciebie.
Uśmiechnęła się i upiła herbatę.
Spaliśmy przed kominkiem, bo nikomu nie chciało się iść na górę. Marta położyła się pośrodku z własnej woli, przyciągnęła moje ramię pod głowę i położyła dłoń Radka na swoim boku.
– Tylko śpimy — powiedziała.
– Tylko śpimy — powtórzyliśmy.
Nie dotykaliśmy jej dalej. Ogień wygasł około czwartej, a koc pachniał dymem, kremem do rąk i nami.
Rano Marta wstała pierwsza.
Obudził mnie zapach kawy i miarowy zgrzyt łopaty o beton. Radek od godziny odkopywał samochód w moich grubych rękawicach. Niebo było białe i płaskie jak prześcieradło.
Koc przed kominkiem był zmięty. Pod nim znalazłem damę kier, zagiętą wpół i z rogiem osmalonym od iskry. Iskra musiała wyskoczyć z paleniska już po naszym zaśnięciu. Wyprostowałem kartę kciukiem, na ile się dało, i wsunąłem do tylnej kieszeni spodni.
Tam nadal była czarna koronka.
Marta stała przy wyspie kuchennej w moim swetrze, boso, z kubkiem trzymanym obiema dłońmi. Miała zmyty makijaż, włosy rozczochrane i twarz dojrzałej kobiety, która prawie nie spała. Wyglądała pięknie. Nie dlatego, że noc odjęła jej lat. Dodała jej pewności, której dawno nie widziałem.
Stanąłem za nią, ale nie objąłem od razu. Odwróciła się i sama oparła plecy o mój tors.
– I jak? — zapytałem.
Marta przez chwilę obracała kubek w dłoniach.
– Najbardziej bałam się, że zobaczę w tobie zazdrość — powiedziała.
– Pojawiła się na chwilę. Kiedy pierwszy raz go pocałowałaś.
– I co z nią zrobiłeś?
– Nic. Posiedziała chwilę i poszła. Więcej było we mnie strachu, że nagle przestaniemy być my.
Odwróciła się w moich ramionach.
– Przez całą noc szukałam twojej twarzy. Nawet kiedy był bliżej. Nie dlatego, że potrzebowałam pozwolenia. Chciałam wiedzieć, że nadal jesteś ze mną.
– Byłem.
– Wiem. — Dotknęła policzka zaczerwienioną dłonią. — I dzisiaj też bądź. Bez wielkich wniosków przed kawą.
Pocałowałem wnętrze jej dłoni. Nie rozwiązywało to pytań o małżeństwo ani przyjaźń, ale przypominało, że nie jesteśmy po przeciwnych stronach tego, co się wydarzyło.
Popatrzyła przez okno na Radka machającego łopatą.
– Boję się na niego spojrzeć.
– Nie musisz od razu.
– Muszę. Za dziesięć minut wejdzie po kawę.
Wziąłem jej dłonie w swoje i rozcierałem je powoli. Skóra była wciąż czerwona, ale ciepła. Oboje pamiętaliśmy, jak robił to Radek, i żadne nie udawało, że nie.
Wyjąłem z kieszeni czarną koronkę i położyłem na blacie. Obok niej damę kier.
Marta najpierw popatrzyła na bieliznę. Wzięła figi, rozprostowała falowaną krawędź i przesunęła kciukiem po kwiatowym wzorze.
– Umowa była do rana — powiedziałem.
– Była.
– Oddaję.
Trzymała je przez chwilę. Potem złożyła na pół i wsunęła mi z powrotem do kieszeni.
– Zatrzymaj.
– Na pewno?
– Tak. Tym razem już bez terminu.
Pocałowała mnie w policzek. Dopiero potem wzięła kartę. Obejrzała osmalony róg, przejechała paznokciem po zagięciu i postawiła damę opartą o cukiernicę.
– Żałujesz? — zapytałem.
Zastanawiała się uczciwie, dłużej, niż mi się podobało.
– Nie. Ale nie chcę, żeby to od dziś było coś, co robimy co miesiąc. Gdyby stało się zwyczajem, przestałoby być tym, czym było.
– Zgadzam się.
– I nie chcę, żeby Radek zniknął na pół roku ze wstydu.
– Ja też nie.
– To dobrze.
Oparła biodro o wyspę kuchenną. Zerknąłem na blat i przypomniałem sobie nocne „zostawiamy na później”.
Marta zauważyła kierunek mojego wzroku.
– Nie teraz — powiedziała z uśmiechem. — Jajecznica.
– Innym razem?
– Zobaczymy, na co zasłużysz.
Zgrzyt łopaty ucichł.
Radek oparł ją o maskę samochodu, zdjął czapkę i przez dłuższą chwilę stał tyłem do domu, patrząc na drogę, której wciąż nikt nie odśnieżył. Potem odwrócił się i spojrzał w okno kuchni.
Skinął głową. Raz, krótko, nam obojgu.
Marta wzięła trzeci kubek, nalała kawy i poszła otworzyć drzwi. Zanim wyszła z kuchni, odwróciła się do mnie.
– Nie zostawiaj mnie samej przy śniadaniu.
– Nie zostawię.
Radek wszedł czerwony od mrozu. Zdjął rękawice, stanął na wycieraczce i przez sekundę nikt nie wiedział, od czego zacząć.
Marta podała mu kubek.
– Dziękuję za drogę — powiedziała.
– Dziękuję za nocleg.
To wystarczyło na pierwsze trzy sekundy.
Potem usiedliśmy przy stole. Jedliśmy jajecznicę, chleb i resztę gulaszu. Radek narzekał na śnieg w butach, Marta na sól na schodach, ja na pług, który znowu ominął naszą drogę. Nie było naturalnie. Było jednak uczciwie. Nikt nie udawał, że nie pamięta.
Po śniadaniu Radek podszedł do Marty przy zlewie.
– Wszystko w porządku między nami?
Odłożyła talerz. Popatrzyła najpierw na niego, potem na mnie.
– Nie wiem jeszcze, jak dokładnie będzie. Ale nie żałuję i nie chcę cię stracić jako przyjaciela.
– Ja was też nie.
Objęła go. Tym razem jego dłonie zostały wysoko na plecach, a pocałunek trafił w skroń. Inny gest niż nocą, ale nie mniej ważny.
Radek odsunął się i wyciągnął rękę do mnie. Zamiast ją uścisnąć, przyciągnąłem go na moment do siebie, uderzając dłonią w łopatkę.
– Firanki kup — powiedziałem.
– Nie przesadzajmy z rewolucją.
Marta roześmiała się przy zlewie.
Wyjechał dopiero po południu, gdy pług przejechał drogą i zrobił w zaspie wąski tunel. Przy bramie wysiadł jeszcze raz, poprawił bagażnik i pomachał. Marta stała obok mnie w kurtce, tym razem w suchych rękawicach.
Mercedes zniknął za białym zakrętem.
Wróciliśmy do kuchni. Karta nadal stała przy cukiernicy, licem do tarasu. Marta zdjęła rękawice i położyła dłonie na blacie.
– Zostaw ją — powiedziała, kiedy wyciągnąłem rękę po damę.
– Tutaj?
– Na razie.
Zostawiłem.
Wieczorem zapowiadali kolejne opady. Nie tak silne jak poprzednie, ale wystarczające, żeby zasypać ślady opon przy bramie.
Karta została na blacie, oparta o cukiernicę, z zagięciem i osmalonym rogiem. Nie dało się jej już wsunąć do talii tak, żeby udawała jedną z pozostałych.
Może właśnie dlatego Marta chciała ją zachować na widoku.
Jmalkowich
Jak Ci się podobało?