#434
18 czerwca 2026
W drugiej połowie lat 80-tych uciekliśmy z mamą od mojego ojca (a jej męża). Miałem wtedy kilka lat. Po prostu któregoś letniego dnia spakowała dwie torby (jedną z jej rzeczami, drugą z moimi) i sobie poszliśmy mieszkać do jej rodziców czyli moich dziadków. Z nim nie dało się funkcjonować, nie mówiąc już górnolotnie „żyć” gdyż był megalomańskim, awanturniczym narcyzem a jednocześnie nieudacznikiem. Teraz, z perspektywy lat uważam decyzję mamy podjętą w tamtym czasie za bardzo bohaterską bo były to „inne czasy”.
Od tamtego wydarzenia do ojca przyjeżdżałem na każdy drugi, cały miesiąc wakacji - taka była niepisana umowa między nimi. Mnie nie pytali o zdanie ale jakoś intuicyjnie czułem, że z tymi wakacjami tak musi być. Czasami był on dla mnie „dobry” czasami „zły” natomiast przez większość czasu (który spędzałem z jego matką a moją babcią) byłem mu obojętny.
„Upadła komuna” i nastały „szalone lata 90-te”, czas dzikiego kapitalizmu i urynkowienia. A wraz z nim na polskim rynku prasy zaczęły pojawiać się pierwsze czasopisma pornograficzne (dla zmylenia pruderyjnego czytelnika-przeciwnika nazywane „erotycznymi”), które można było nabyć w salonikach prasowych tamtych czasów czyli wolnostojących na mieście kioskach „Ruch”-u.
W wieku kilkunastu lat od około roku 1991 przez następnych parę lat, każdego sierpnia dostrzegałem przy łóżku ojca coraz bardziej rosnącą stertę powyższych „periodyków pierwszej pomocy” z czym specjalnie się nie krył (ale też nie wtajemniczał mnie w to jedno z niewielu swoich zainteresowań). Do wszystkiego, że tak to ujmę „doszedłem” sam. Najpierw „na szybkiego” i „w nerwach” kartkowałem oglądając lecz po pewnym czasie postanowiłem zmienić strategię, gdyż ta mnie już nie zadowalała i wprowadzała w dyskomfort. Zacząłem podkradać pojedyncze egzemplarze, tak żeby się nie zmiarkował, że coś ubyło ze sterty (choć gdyby nawet to i tak pewnie by było to dla niego obojętne) a po obejrzeniu, starannie odkładałem w odpowiednie miejsce sterty. Przypominało to wszystko narracje tekstu piosenki „Portfel ojca” zespołu Homo Twist.
Gazetę wkładałem pod koszulkę, wcześniej sprawdzając czy w pobliżu nie ma babci, bo jego raczej na pewno nie było i szybkim krokiem szedłem (gdybym biegł mógłbym zacząć wzbudzać niepotrzebne podejrzenia) do dużej komórki na podwórzu, gdzie rzadko ktokolwiek zaglądał, gdyż nie było w niej nic potrzebnego do bieżącego - na tamten czas - ludzkiego funkcjonowania. Dla mnie ta komórka była azylem. Przestronna a jednocześnie czułem się w niej „intymnie”. Zasłonięta przez drzewa, ale ze szklanym oknem przez które wpadało światło dzienne. I tam właśnie w tej komórce przez kilka następnych sierpni pierwszej połowy lat 90-tych doznawałem mentalnych rozkoszy wymieszanych z cielesnym bólem i brakiem spełnienia, gdyż czułem podniecenie, ale nie wiedziałem jeszcze nic o onanizmie - nie to co dzisiejsi 12-13 latkowie. Ale nie żałuję, że tak wtedy było.
Widziałem wtedy tak na prawdę pierwszy raz nagą kobietę z wszystkimi detalami i szczegółami. Taką jak ją Pan Bóg stworzył. I zadowolony, gdzieś głęboko „w sobie” czułem, że „to jest to”. Że tak ma być. Że o to chodzi. Że ja jestem chłopakiem i że podobają mi się dziewczyny. W głowie kręciło mi się bardzo. Ciało drżało. Ręce drżały. A młody, „nieopierzony jeszcze ptaszek” robił się w mig twardy. Z tego całego oszołomienia nie potrafię dziś wymienić choć jeden tytuł z tamtych czasów, a przewinęło mi się przez ręce wiele, więc nie pytajcie. Sam mam do siebie o to pretensje. Ale cóż, tak wyszło.
I tak chadzałem wielokrotnie „z duszą na ramieniu”, a jednocześnie rozpromieniony między łóżkiem ojca a komórką w te sierpniowe dni pierwszej połowy lat 90-tych, gdy słońce świeciło innym niż teraz, cieplejszym ciepłem. Kartkowałem i wracałem podniecony do sterty przy łóżku ojca, aby starannie odłożyć gazetę (nazywaną wtedy potocznym językiem „gazetką”) w odpowiednie miejsce.
Aż któregoś dnia, kartkując któryś tam z kolei „periodyk rozkoszy”, zobaczyłem Ją – nazywała się „Monika z Kielc”. Wtedy myślałem, że tak naprawdę się nazywa, ale po latach dowiedziałem się, że polskie gazety pornograficzne lat 90-tych były robione na zasadzie „zdjęcia z Zachodu, opis po polsku” – i powiem Wam, że nie mam pewności czy to się zmieniło do dziś w tych ostatnich papierowych magazynach, które „przetrwały” na polskim rynku i nie zostały wyparte przez Internet. Czuję, że jest tak jak 30 lat temu.
Więc „moja Monika” mogła być równie dobrze: Niemką, Francuzką czy Czeszką, ale dla mnie była „Moniką z Kielc”. Polką „z krwi i kości”. Piękną brunetką o oliwkowej skórze z długimi prostymi włosami, pięknymi dużymi piersiami, wcięciem w talii, pięknymi wysmukłymi długimi nogami i delikatnymi stopami. Miała trochę ponad dwadzieścia lat, jak na moje oko z tamtych czasów może dwadzieścia cztery. Była absolutem dla młodego nastolatka...
Komentarze (0)
brak komentarzy