Aktorska gra Patrycji (I)

4 stycznia 2026

1 godz 16 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Wszystkie postacie, imiona, miejsca oraz zdarzenia przedstawione w niniejszym opowiadaniu są wytworem wyobraźni autora. Ewentualne podobieństwo do osób, wydarzeń lub miejsc istniejących w rzeczywistości jest przypadkowe. Autor z góry przeprasza, jeśli jakiekolwiek fragmenty utworu wydałyby się czytelnikowi zbieżne z prawdziwymi sytuacjami.

Ciemna, wąska uliczka w Warszawie tonęła w półmroku. Przy zaparkowanych autach dwóch mężczyzn stało w milczeniu, przerywanym jedynie trzaskiem papierosów i szumem przejeżdżających w oddali samochodów.

— Dealer poprosił nas o interwencję w sprawie jakiegoś Łukasza — odezwał się niski, krępy facet o ostrych rysach twarzy. — Podobno jest reżyserem. Zalega z kasą już ponad pół roku. Ponad sto tysięcy.

— Hmm… a my w ogóle go nie znamy, co? — odpowiedział wysoki, umięśniony towarzysz. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy w tym półmroku, wyglądał bardziej groźnie niż przyjaźnie. — Wiesz chociaż, gdzie go szukać? Jakiś adres?

— Nic konkretnego. Dealer mówił tylko: Łukasz, reżyser. Resztę musimy ogarnąć sami — rzucił niski, strząsając popiół na asfalt.

— Czyli klasyka — mruknął wysoki. — Trzeba będzie go „przekonać”, żeby przypomniał sobie o długu.

Rozejrzeli się po uliczce. Po jednej stronie migotało światło niewielkiej knajpki z jedzeniem na wynos — miejsca, które dealer często wybierał na spotkania z klientami. Teraz mogło posłużyć jako punkt obserwacyjny. Wiedzieli, że muszą działać ostrożnie. Gość był dla nich kompletnie obcy, a pół roku zwłoki i taka kwota nie pozostawiały miejsca na błędy.

Spojrzeli po sobie, jakby oczekując, który pierwszy przejmie inicjatywę. Wysoki odchrząknął i przejechał dłonią po karku.

— Skoro nie mamy dokładnych informacji, zaczniemy od drobnicy. Podobno mieszka gdzieś na Żoliborzu, w okolicach Słowackiego. Knajpka może być dobrym startem. Ludzie przychodzą i wychodzą — ktoś może znać jego zwyczaje.

Niski skinął głową i zatrzymał się w cieniu auta.

— Dealer pokazał nam jego zdjęcie z Facebooka. Z tym łatwiej będzie go wyłapać w tłumie — dodał po chwili. — Sprzedawcy w knajpie go kojarzyli. Czasami wpadał, rozmawiał z innym klientem. Wiedzieli, że to on, ale trzymał się tylko swojego dilera. Na tym trop się urwał.

Po krótkiej ciszy wysoki odezwał się ponownie:

— Zróbmy tak. Od jutra zaczynamy na Słowackiego. Tam będzie większa szansa, że ktoś go rozpozna i wskaże, gdzie mieszka.

— Zgadza się — przytaknął niski. — A z doświadczenia wiemy, że najlepiej pytać starszych ludzi. Są rozmowni, znają wszystkich z widzenia.

Spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Plan był prosty. Ciemna uliczka nadal tonęła w milczeniu, ale teraz każdy ich ruch miał już konkretny cel. Wiedzieli jedno — ten „reżyser” wciąż pozostawał dla nich zagadką, a do odzyskania było ponad sto tysięcy złotych.

Następnego dnia Żoliborz budził się do życia. Poranny gwar mieszał się z odgłosami ruchu ulicznego, choć okolice Słowackiego wciąż zachowywały kameralną, lekko senną atmosferę. Dwaj mężczyźni ruszyli powoli wzdłuż chodnika, uważnie obserwując przechodniów.

— Pamiętaj — spokojnie i grzecznie. Szukamy dawnego kolegi — mruknął niski, zatrzymując się przy starszej kobiecie siedzącej na ławce.

— Dzień dobry, proszę pani — zaczął wysoki z uprzejmym uśmiechem. — Czy kojarzy pani mężczyznę o imieniu Łukasz? Często bywał w tej okolicy?

Pierwsze rozmowy nie przyniosły rezultatu. Jedni kręcili głowami, inni wzruszali ramionami, powtarzając, że nikogo takiego nie pamiętają.

Dopiero starszy mężczyzna siedzący przy oknie niewielkiego sklepu spożywczego przyjrzał się zdjęciu uważniej i skinął głową.

— Tak… kojarzę. Widziałem go kilka razy. Zawsze z ładną dziewczyną. Ale gdzie mieszka — tego nie wiem.

— Dziękujemy, to już dużo — odparł wysoki, lekko się kłaniając.

Kilka rozmów później trafili na starszą kobietę, która po spojrzeniu na zdjęcie od razu się ożywiła.

— Oczywiście, że go znam! Mieszka w tym bloku — wskazała konkretną klatkę. — Czasem widuję go przy wejściu. Miły człowiek. Reżyser. A narzeczona, Patrycja, jest aktorką.

Spojrzeli po sobie z satysfakcją. Trop wreszcie prowadził do celu.

Żoliborska uliczka powoli odsłaniała tajemnice reżysera Łukasza. Dwaj mężczyźni poruszali się ostrożnie, zachowując pozory zwykłych, grzecznych przechodniów, gotowych na kolejny krok w planie odzyskania długu.

Tego samego wieczoru sąsiadka zatrzymała Łukasza na klatce schodowej. Szedł z Patrycją, trzymając ją lekko pod ramię.

— Panie Łukaszu — odezwała się życzliwie. — Chciałam tylko powiedzieć, że dziś w południe pytali o pana dwaj mężczyźni. Przedstawili się jako pańscy koledzy.

Uśmiechnął się spokojnie i skinął głową, jakby nie miało to żadnego znaczenia. W środku jednak fala gorąca zalała mu ciało, a chwilę później zimny pot osiadł na plecach. Serce przyspieszyło, lecz twarz pozostała niewzruszona.

— Dziękuję — odpowiedział krótko.

Patrycja spojrzała na niego pytająco. Wzruszył ramionami. Weszli wyżej.

Boże, w jakim ja jestem położeniu…
Gdyby tylko wiedziała.

Nie miała pojęcia — ani o długach, ani o ludziach, którzy zaczęli go szukać, ani o telefonach, których nie odbierał. Cała energia, którą w nim widziała — intensywność, ciągły ruch, nieustanny entuzjazm — była tylko mistyfikacją. Produktem kokainy i amfetaminy, które przez lata podtrzymywały iluzję człowieka niezniszczalnego.

Patrycja widziała w nim wulkan energii. To ją zawsze pociągało. Ogień, pasję, życie na najwyższych obrotach. Nie domyślała się, że pod tą fasadą narasta strach i chaos.

Gdy klucz obracał się w zamku mieszkania, Łukasz wiedział jedno: trzeba działać. Szybko.

Weszli do środka w milczeniu. Zamknął drzwi, oparł się plecami i na moment zamknął oczy, jakby próbował zebrać myśli, zanim rzeczywistość znowu go dopadnie.

Patrycja zdjęła płaszcz, odłożyła torbę na krzesło i poszła do kuchni, mówiąc coś o herbacie i jutrzejszej próbie. Jej głos brzmiał zbyt normalnie.

Usiadł na brzegu kanapy. W głowie pojawiały się kolejne pomysły: wyjazd na kilka tygodni, pożyczka, sprzedaż sprzętu, telefon do kogoś, kogo dawno temu obiecał sobie więcej nie wciągać w swoje sprawy. Każdy z nich przez chwilę wydawał się sensowny… po czym rozpadał się w proch.

Bo za każdym razem słyszał jej odpowiedź, zanim zdążyłby cokolwiek powiedzieć na głos.

Nie mogę teraz wyjechać.
Mam spektakle.
Nie zostawię tego wszystkiego.
Bądź poważny.

Wiedział, że cokolwiek wymyśli, trafi na mur. Nie złośliwy, nie agresywny — spokojny, racjonalny mur, który miała wyznaczony razem ze swoim życiem, zobowiązaniami i granicami. I właśnie to blokowało go najbardziej. Nie brak pomysłów. Nie strach przed tymi ludźmi. Lecz świadomość, że nie może ruszyć się ani o krok bez jej zgody.

Patrzył w podłogę, zaciskając dłonie. Myśli pędziły, serce biło szybciej, a jednocześnie czuł paraliżującą bezradność. Musiał działać. Wiedział to aż za dobrze. Tylko że każdy ruch oznaczał konfrontację — z nią, z prawdą, z czymś, czego tak długo unikał.

Z kuchni dobiegł odgłos czajnika. Zawołała, czy chce herbaty. Odpowiedział, że zaraz przyjdzie. Siedział jeszcze chwilę nieruchomo, wiedząc jedno: czas się kończył, a plan, który nie rozsypałby się w chwili, gdy spojrzy w jej oczy, wciąż nie istniał.

I wtedy dotarło do niego, że największym problemem nie są pieniądze ani ludzie, którzy zaczęli go szukać. Największym problemem była ona.

Patrycja była jedną z tych kobiet, których obecność czuło się szybciej, niż zdążyło się je dokładnie obejrzeć. Nie narzucała się, nie szukała uwagi — a jednak przyciągała ją w naturalny, niemal podświadomy sposób. Coś w jej spokoju, w sposobie poruszania się i tym, jak zajmowała przestrzeń, sprawiało, że trudno było przejść obok niej obojętnie.

Była wyraźnie młodsza od niego — miała trzydzieści cztery lata — ale wyglądała co najmniej na dziesięć lat mniej. Włosy w odcieniu ciepłego brązu, czasem wpadające w kasztan, najczęściej upinała z prostą elegancją. Kilka miękkich pasm opadało jej na czoło, łagodząc rysy i nadając twarzy lekkości. Fryzura nie była przypadkowa — zdradzała zamiłowanie do porządku, ale i świadomość własnej urody, którą potrafiła podkreślić bez ostentacji.

Bez makijażu na jej twarzy pojawiały się delikatne piegi na nosie i policzkach. Miała harmonijną twarz o łagodnym owalu, rysy układające się w naturalną równowagę. Gdy się uśmiechała, w kącikach ust pojawiała się subtelna obietnica ciepła, a jej oczy — duże, ciemne i uważne — zdawały się widzieć więcej, niż zdradzały. Było w nich światło: spokojne, czujne, z ledwie wyczuwalną nutą ironii, jakby znała odpowiedzi, których inni dopiero szukali.

Jej głos miał w sobie coś uspokajającego, niemal dziewczęcego, co sprawiało, że trudno było oderwać od niego uwagę. Przyciągała nie krzykiem, lecz spokojem.

Sylwetka drobna i proporcjonalna, niewielki wzrost nadawał jej zwartej, niemal sprężystej energii. Każdy ruch wydawał się celowy i pełen znaczenia — od subtelnego uniesienia barku po delikatne przestąpienie z nogi na nogę. Jej ciało miało harmonię pełną elegancji i naturalnej zmysłowości: smukłe ramiona i subtelnie zarysowane biodra, wąską, sprężystą talię, nogi o gładkiej, jędrnej skórze, a biust — nie za mały, nie przesadnie duży — w sam raz, naturalny, proporcjonalny do reszty sylwetki, podkreślający kobiecość bez przesady. Kiedy się poruszała, mięśnie pracowały w rytmie, który był niemal hipnotyzujący. Jej drobne dłonie, delikatne nadgarstki, sposób, w jaki przesuwała palce po blacie stołu lub dotykała własnego włosa — wszystko tworzyło wrażenie wyrafinowanej, niemal niewymuszonej erotyki.

Całość tworzyła obraz kobiety, która nie potrzebowała nadmiaru gestów ani słów. Wystarczała sama obecność — spokojna, wyrazista, zapadająca w pamięć. A mimo subtelnej delikatności, czuć było w niej magnetyzm, który przyciągał uwagę i budził pożądanie w każdym, kto miał szczęście stać blisko.

W ostatnich dniach Patrycja coraz częściej miała wrażenie, że Łukasz nie jest do końca sobą. Bywał myślami gdzie indziej, jakby coś stale odciągało go od rozmów i codziennych drobiazgów. Wracał późnymi wieczorami, zmęczony i napięty, a w jego spojrzeniu pojawiało się coś obcego — krótkie błyski niepokoju, których wcześniej u niego nie widziała.

Tłumaczyła to sobie pracą, projektami, terminami i odpowiedzialnością, którą zawsze brał na siebie zbyt wiele. Wolała wierzyć, że to tylko zmęczenie i stres zawodowy, niż szukać głębszych powodów. Jeszcze nie była gotowa zadawać pytań, na które mogłaby nie chcieć usłyszeć odpowiedzi.

Nowy dzień zaczął się spokojnie, niemal zwyczajnie. Szybkie śniadanie, gorąca kawa, kilka wymienionych spojrzeń i uśmiechów. Łukasz zawsze starał się zawozić Patrycję do pracy — i tego poranka nie było inaczej.

Wyszli razem z klatki schodowej, trzymając się za ręce, zanurzeni w porannej rutynie, nieświadomi, że nie są sami. Nieco dalej, w cieniu jednej z bocznych uliczek, od samego rana stał zaparkowany samochód. Siedziało w nim dwóch mężczyzn w czarnych kurtkach, cierpliwie obserwujących wejście do budynku.

Kiedy tylko zauważyli, jak Łukasz wychodzi z dziewczyną, ich uwaga natychmiast się wyostrzyła. Patrzyli, jak podchodzą do auta z lekkością, jakby świat wokół przestawał istnieć.

Niski mężczyzna pochylił się lekko i szepnął do wysokiego:

— To chyba ta jego dziewczyna, co?

Wysoki skinął głową, uważnie śledząc ich gesty i sposób, w jaki się poruszali.

— Fajną ma tę laseczkę.

— No, nie powiem… — mruknął drugi z lekkim uśmiechem. — Spokojna, a jednak przyciąga uwagę. Taka, co nie krzyczy, a wciąga samym byciem.

Zauważyli też jej styl — luźny, nienarzucający się, ani wyzywający, ani sportowy. Wyraźnie inny od tego, co mijali na co dzień. Oryginalny. Całkowicie jej własny.

Obaj wymienili znaczące spojrzenia i ponownie skupili się na obserwacji Łukasza. Śledzili każdy jego ruch, cierpliwie czekając na moment, który pozwoliłby im się zbliżyć.

Łukasz podwiózł Patrycję do teatru na próby. Wysiadła z samochodu z naturalną lekkością i rzuciła przez otwarte drzwi:

— Dzięki, kochanie — uśmiechnęła się ciepło.

— Nie ma sprawy. Wiem, że potem sama dasz radę — odpowiedział, starając się nie zdradzić napięcia.

Resztę dnia spędził na planie filmowym, skupiony bardziej niż zwykle. Ustawienia kamer, powtarzanie scen, koordynowanie aktorów i ekipy technicznej wymagały pełnej koncentracji. A mimo to jedna myśl wciąż wracała: dług, wiszący nad nim od miesięcy.

Każda scena, każde ujęcie były tylko tłem dla obaw i gorączkowych prób znalezienia wyjścia. Telefon w kieszeni wibrował kilkakrotnie. Wykonał kilka połączeń do znajomych i rodziny, licząc, że uda się pożyczyć choćby część potrzebnej kwoty. Odpowiedzi były podobne: współczucie, wymówki, bezradność.

Presja rosła z każdą godziną. Wiedział, że musi działać szybko, ale wszystkie pomysły wydawały się albo niewystarczające, albo zbyt ryzykowne. W głowie mnożyły się scenariusze: wyjazd za granicę, sprzedaż sprzętu, prywatne pożyczki. Każdy kończył się w tym samym miejscu — ślepą uliczką.

Niedaleko planu filmowego, w zacienionych miejscach, dwaj mężczyźni wciąż pozostawali na stanowisku obserwacyjnym. Nie zdradzali swojej obecności. Czekali — na chwilę nieuwagi, na błąd, na moment, w którym będą mogli podejść i rozpocząć rozmowę.

Czas uciekał. A Łukasz coraz wyraźniej czuł, że zbliża się do punktu, w którym sytuacja zacznie wymykać się spod kontroli.

Dzień pracy wreszcie dobiegł końca. Łukasz poczuł falę ulgi, odkładając ostatnie notatki i sprzęt filmowy. Mimo fizycznego zmęczenia, w jego głowie wciąż krążyły myśli o długu i nadchodzącej konfrontacji. Wiedział, że najniebezpieczniejsze są podróże między punktem A a punktem B — każda trasa, każde skrzyżowanie mogły przynieść niespodziewane zagrożenie.

Wsiadł do samochodu, włączył silnik i zjechał z parkingu. W drodze zadzwonił do Patrycji, upewniając się, że wszystko w domu jest w porządku.

— Cześć, kochanie. Wszystko u Ciebie w porządku? — zapytał, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie.

— Tak, wszystko w porządku. A ty jak się masz? — odparła, w jej głosie wyczuwalny zwyczajny spokój.

— Za kilkadziesiąt minut będę w domu — odpowiedział Łukasz, próbując ukryć napięcie, które wciąż czuł w każdym mięśniu.

Ruszył ostrożnie w drogę, uważnie obserwując każdy samochód i każdego przechodnia. Wiedział, że nawet najmniejsza nieuwaga mogła sprowadzić niebezpieczeństwo. W jego głowie rodził się plan, który musiał być perfekcyjny — każda decyzja mogła mieć konsekwencje, a czas nie był po jego stronie.

Dojechał pod swój blok. Było już ciemno, a ulice Żoliborza tonęły w półmroku. Wiedział, że najlepiej byłoby zaparkować bliżej wejścia, na głównej Słowackiego — tam byłoby najbezpieczniej, bo więcej ludzi i świateł. Jednak miejsca tam zazwyczaj brakowało, więc zdecydował się na boczną uliczkę, gdzie udało mu się znaleźć wolne miejsce.

Gdy wysiadał z samochodu, nagle dwóch mężczyzn zagrodziło mu przejście. Stanęli naprzeciwko, sylwetki zwarte, postawa zdecydowana.

— Mamy do ciebie sprawę. Musimy porozmawiać — oznajmili stanowczo.

Łukasza obleciał zimny pot. Serce biło jak oszalałe, a w głowie natychmiast pojawiły się dwie opcje: próba ucieczki w stronę ludzi i wzywanie pomocy albo zgoda na rozmowę. Po krótkiej chwili, kalkulując sytuację, zdecydował się na rozmowę, licząc, że uda mu się przekonać ich do spłaty długu w ratach lub znaleźć inne rozwiązanie.

W tym momencie zza rogu podjechali jeszcze dwaj mężczyźni — wysocy, mocno zbudowani, łysi i wytatuowani. Widać było, że nie przyjechali tylko obserwować. Ich obecność wyraźnie sygnalizowała, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli w każdej chwili.

Dwaj pierwsi gangsterzy wskazali na samochód stojący nieopodal.

— Wsiadaj — powiedział niski, z ostrym tonem. — Jedziemy na spokojną rozmowę, w miejsce, gdzie nikt nam nie przeszkodzi.

Poczuł, jak adrenalina paraliżuje mu ręce. Wiedział, że każda decyzja teraz może zadecydować o tym, co wydarzy się za chwilę. Musiał zachować spokój, choć w środku wrzało wszystko — kalkulował, szukał najmniejszego wyjścia, gotowy na rozmowę, której konsekwencje mogły być nieprzewidywalne.

Dwa samochody ruszyły w nieznanym mu kierunku. Póki poruszali się po Warszawie, Łukasz mógł jeszcze rozpoznać mijane ulice i punkty orientacyjne, ale im dalej od centrum, tym krajobraz stawał się bardziej anonimowy. Jechali w ciszy; nikt w samochodach nie odzywał się ani słowem, a jedyne odgłosy pochodziły od silników i stukotu opon na nierównym asfalcie.

Kilka razy telefon Łukasza zaczął dzwonić, przerywając napiętą ciszę. W końcu jeden z gangsterów, zirytowany wibrującym urządzeniem, szorstko rzucił:

— Odbieraj, no! Albo wyrzucamy.

Łukasz z duszą na ramieniu wcisnął przycisk odbioru.

— Cześć… — odezwał się cicho.

Na drugim końcu słychać było zaniepokojony głos Patrycji:

— Łukasz? Gdzie jesteś? Już dawno powinieneś być w domu… Czekam z kolacją.

Zmusił się do spokojnego tonu, choć serce biło mu jak oszalałe:

— Mam jedną rzecz do załatwienia. Niedługo będę w domu.

Nie mogła nic więcej powiedzieć. Łukasz odłożył telefon, czując, jak napięcie w samochodzie staje się jeszcze cięższe. Każda minuta, każdy ruch drogowy były teraz na wagę złota, a droga w nieznane zdawała się ciągnąć bez końca.

Dwa samochody zatrzymały się na skraju ciemnego lasu, ustawione naprzeciwko siebie tak, by reflektory oświetlały grupkę stojącą pośrodku. Cisza była przerażająca, przerywana tylko odgłosami silników i szelestem liści poruszanych przez wiatr.

Dwaj wcześniej poznani gangsterzy podeszli do Łukasza, sylwetki zwarte, postawy agresywne.

— No to jak, Łukasz? — zaczął niski, z ostrym tonem. — Kiedy oddasz pieniądze? Nie baw się w półśrodki.

— Tak… czyli kiedy mogę oddać… — próbował mówić spokojnie, rozciągając słowa i starając się łagodzić napięcie. — Mogę zrobić w ratach… albo…

Nie skończył. Jeden z gangsterów uderzył go gwałtownie w twarz. Krew natychmiast spłynęła po skroni i policzku. Kolejne ciosy padały bez ostrzeżenia, aż ból pulsował w całej głowie.

— Dość! — krzyknął w końcu wysoki, umięśniony towarzysz. — Dajesz tydzień na spłatę długu. Jeśli tego nie zrobisz, połamiemy cię jak zapałkę, a twoją dziewczynę wstawimy do burdelu.

Wskazał na dwóch osiłków stojących z boku:

— Wy, odwieźcie go do domu. My tego nie zrobimy, bo nam tę tapicerkę zajebie krwią.

Dwaj łysi, wytatuowani mężczyźni posłuchali i wsadzili Łukasza do bagażnika samochodu. Dwaj pierwsi, widząc to, nie mogli powstrzymać śmiechu — wyli ze śmiechu na widok skulonego, bezbronnego Łukasza w ciasnej przestrzeni bagażnika. Absurdalny obraz w ich oczach potęgował poczucie przewagi.

Skulony w ciemnej, ciasnej przestrzeni, Łukasz czuł każdy nierówny fragment drogi, który potęgował pulsujący ból głowy. Cisza w bagażniku była ciężka, a myśli wirujące w chaosie. Wiedział, że nie tylko on sam jest w poważnym niebezpieczeństwie — teraz również Patrycja znalazła się w jego cieniu. Każdy kilometr przybliżał go do domu, a świadomość tygodniowego terminu rosła wraz z przerażeniem, że może być początkiem tragedii, jeśli nie znajdzie sposobu na spłatę długu.

Wrócił do domu późnym wieczorem. Drzwi zamknęły się za nim ciężko, jakby cały dzień i wszystko, co wydarzyło się po drodze, nagle spadło na podłogę razem z nim. Patrycja była w kuchni — odwróciła się w jego stronę i zamarła.

Kiedy zobaczyła jego twarz, krew zaschniętą przy ustach, opuchnięty policzek i nienaturalny grymas bólu, dosłownie zbladła.

— Boże… Łukasz, co się stało?! — rzuciła, podchodząc do niego jednym szybkim ruchem.

On opadł ciężko na krzesło, jakby dopiero teraz pozwolił sobie poczuć cały ból. Przez chwilę milczał, zbierając myśli, a potem powiedział cicho, starając się brzmieć spokojniej, niż się czuł:

— Napadli mnie… przed chwilą. Jacyś nastolatkowie. Próbowałem się wyrwać, potknąłem się, upadłem… kilku zaczęło mnie kopać. Nikt nie reagował. Nie było nikogo, kto by pomógł.

Mówił wolno, urywanymi zdaniami, jakby sam próbował uwierzyć w tę wersję wydarzeń. Patrycja nie zadawała dalszych pytań. Spojrzała na niego tylko raz jeszcze — i bez chwili wahania sięgnęła po telefon.

— Dzwonię po policję i pogotowie — powiedziała stanowczo.

Przyjechali niemal jednocześnie. Najpierw karetka, zaraz potem radiowóz. Ratownik obejrzał jego twarz, sprawdził reakcję źrenic, dotknął ostrożnie szczęki. Policjanci zadawali pytania, notowali, dopytywali o miejsce, godzinę, wygląd napastników. Jeden z nich wyszedł nawet na zewnątrz, próbując ustalić, czy ktoś z sąsiadów coś widział.

— To wygląda na pobicie — stwierdził lekarz po krótkim badaniu. — Na szczęście nie widzę niczego poważnego, ale radzę udać się do szpitala. Prześwietlenie głowy, szczęki, nosa. Lepiej dmuchać na zimne.

Łukasz skinął głową. Nie protestował. Wiedział, że i tak musi zniknąć z domu na kilka godzin — i że w tej chwili Patrycja nie wypuściłaby go samego.

Pojechali taksówką. Ona siedziała obok, sztywna, z dłońmi splecionymi na kolanach, wpatrzona w drogę przed sobą. Była w większym szoku niż on sam — wciąż próbowała zrozumieć, jak zwykły powrót do domu mógł zamienić się w coś tak brutalnego.

Łukasz patrzył w okno, czując narastające zmęczenie i ciężar myśli, których nie mógł wypowiedzieć na głos. Wiedział jedno: to, co wydarzyło się tej nocy, było dopiero początkiem.

Wrócili do domu późną nocą. Zmęczenie ciążyło im na barkach, ale ulga była wyraźna — prześwietlenia niczego nie wykazały. Lekarz uspokoił ich, że to „tylko” stłuczenia i krwiaki, choć twarz Łukasza była posiniaczona, a ciało obolałe przy każdym ruchu.

W mieszkaniu panowała cisza. Patrycja pomogła mu się położyć, zgasiła światło i wsunęła się pod kołdrę obok niego. Przytuliła go mocno, instynktownie, jakby chciała osłonić go przed resztą świata. Łukasz poczuł jej ciepło, zapach skóry, znajomy rytm oddechu — i po raz pierwszy od wielu godzin przyszła ulga. Odruchowo położył dłoń na jej piersi, jak zawsze, gdy potrzebował poczucia bezpieczeństwa. Napięcie w końcu puściło. Zasnął niemal natychmiast.

Nie spali jednak długo.

Rano Patrycja miała próbę w teatrze na dziesiątą. Wstała cicho, starając się go nie obudzić, ale on i tak otworzył oczy. Spojrzeli na siebie w półmroku — jej twarz była pełna wahania.

— Powinnaś iść — powiedział pierwszy, zanim zdążyła cokolwiek zaproponować. — Wszystko w porządku. Nie możesz sobie teraz robić wolnego.

Wiedział, że mogłaby. Miała dublerkę — w teatrze to normalne, często do jednej roli przygotowuje się kilku aktorów, właśnie na wypadek kolidujących terminów albo nagłych sytuacji. A mimo to nie chciał, żeby rezygnowała. Nie mógł jej na to pozwolić.

— Niepokoję się — przyznała cicho, zapinając płaszcz. — Coś mi tu nie gra.

— Naprawdę… idź — powtórzył, choć w środku wszystko się w nim buntowało.

Wyszła, rzucając mu jeszcze jedno pełne troski spojrzenie. Drzwi zamknęły się, a w mieszkaniu znów zapadła cisza.

Usiadł na łóżku, trzymając głowę w dłoniach. Myśli ruszyły lawiną: pieniądze, czas, strach. Musiał coś wymyślić. Cokolwiek.

Wtedy jego telefon zawibrował.

„Masz 7 dni. Pamiętaj!!!”

Serce podeszło mu do gardła. Bez zastanowienia zaczął dzwonić — do znajomych, do dalszej rodziny, do ludzi, którym kiedyś pomógł albo z którymi pracował. Prosił, tłumaczył, obiecywał zwrot. Suma rosła powoli, żałośnie wolno. Nawet nie zbliżała się do potrzebnej kwoty.

Jego szare komórki pracowały intensywnie, niemal do granic wytrzymałości.

Może wyjazd. Ucieczka. Nowy start.

Ale natychmiast pojawiała się ta sama myśl, jak mur nie do przeskoczenia:
A co z Patrycją?

Dwaj gangsterzy, ci sami, którzy wcześniej zajmowali się sprawą Łukasza, byli umówieni na spotkanie z szefem. Willa stała na obrzeżach Warszawy — duża, nowoczesna, odgrodzona wysokim płotem i kamerami. Wnętrze było chłodne, uporządkowane, pachniało drogim alkoholem i skórą.

Rozmawiali o bieżących sprawach, siedząc w salonie. W tle grał telewizor, puszczony jakby mimochodem — polski serial. Jeden z gangsterów zerknął na ekran, potem nachylił się lekko do przodu.

— Ej… patrz — mruknął. — Kojarzysz ją?

Na ekranie pojawiła się Patrycja. Jedna z ról drugoplanowych, ale wyrazista, spokojna, przyciągająca uwagę. Ta sama twarz.

— To ona — dodał drugi, mrużąc oczy. — Narzeczona tego reżysera. Tego Łukasza, co wisi kasę.

Szef przyjrzał się uważnie. Nie odezwał się od razu, ale wzrok utkwił na ekranie dłużej, niż było to przypadkowe. Gdy scena się skończyła, sięgnął po pilot i przyciszył dźwięk.

— Opowiedzcie mi jeszcze raz — powiedział spokojnie.

Gangsterzy streścili całą historię: dług, zwlekanie, próby kontaktu, nocną rozmowę „na uboczu”, tydzień, który Łukasz dostał na spłatę należności. Wspomnieli też o Patrycji — aktorce, narzeczonej, i o tym, jak bardzo wyglądała na kogoś, komu zależy.

Szef uśmiechnął się krzywo.

— Ciekawe… — mruknął. — Dług to dług. Ale ludzie często stają się kreatywni, kiedy nie mają pieniędzy.

Popatrzył jeszcze raz na ekran, gdzie zaczynała się kolejna scena serialu.

— Jeśli nie odda kasy… — powiedział powoli — można mu zaproponować alternatywę. Umowę. Albo pieniądze. Albo coś, co dla niego będzie miało większą wartość niż jakakolwiek suma.

Gangsterzy wymienili spojrzenia. Zrozumieli bez słów.

— Dług albo ona — podsumował szef, gasząc telewizor. — Przygotujcie grunt. Spokojnie. Na razie niech się dusi myślami.

W salonie zapadła cisza. Plan właśnie zaczął nabierać kształtów.

Minął tydzień. Siedem dni nerwów, nieprzespanych nocy i telefonów wykonywanych z rosnącą desperacją. Łukaszowi udało się zebrać zaledwie dwadzieścia pięć tysięcy złotych. Kropla w morzu — przy długu sięgającym stu trzydziestu tysięcy wyglądało to wręcz groteskowo.

Kilka razy poważnie rozważał pójście na policję. Myśl wracała jak bumerang, zwłaszcza nocami. Ale za każdym razem kończyło się tak samo. Wiedział, że oznaczałoby to koniec wszystkiego: kariery, nazwiska, zaufania. Kto zatrudni reżysera z łatką narkomana i kontaktami z półświatkiem? Wystarczyłby jeden przeciek, jedno zdanie wypowiedziane nie tam, gdzie trzeba. Strach paraliżował skuteczniej niż groźby.

Telefon zadzwonił w środku dnia.

Nieznany numer.

Spojrzał na ekran, przełknął ślinę i odebrał.

— Masz kasę? — odezwał się spokojny, obojętny głos.

Przez krótką chwilę milczał. Serce waliło mu w piersi, a dłonie zrobiły się wilgotne.

— Nie… nie całą — odpowiedział w końcu. — Udało mi się zebrać tylko część.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Krótka, ale wystarczająca, by w jego głowie pojawiły się najgorsze scenariusze.

— Da się dogadać — powiedział wreszcie głos, nadal bez emocji. — Ale trzeba się spotkać i porozmawiać.

Łukasz zmrużył oczy, jakby próbował zobaczyć coś więcej niż tylko słowa.

— Nie masz się czego obawiać — dodał rozmówca. — Nam też zależy, żebyś spłacił zaległy dług. Spokojnie. Po ludzku.

Połączenie zakończyło się nagle.

Łukasz długo patrzył na wygaszony ekran telefonu. Wiedział, że „po ludzku” może znaczyć wszystko — albo nic.

Zdecydował się na spotkanie, choć od rana towarzyszył mu ciężar, którego nie potrafił nazwać. Wiedział jedno — cokolwiek go czeka, nie będzie to nic dobrego. Park Fosa i Cytadeli był tego dnia spokojny, niemal senny. Ludzie spacerowali, biegacze mijali alejki, dzieci krzyczały gdzieś w oddali. Zbyt normalnie, jak na rozmowę, która miała zadecydować o jego życiu.

Na ławce, kilka metrów dalej, siedział tylko jeden z nich — niższy, krępy, którego już znał. Bez obstawy, bez pośpiechu. Jakby to było zwykłe spotkanie dwóch znajomych.

Dołączył do niego i usiadł powoli.
— Przepraszam… — zaczął od razu, nerwowo splatając dłonie. — Naprawdę próbowałem. Zebrałem tylko część, ale oddam wszystko. Potrzebuję czasu.

Tamten spojrzał na niego spokojnie, niemal z wyrozumiałością.
— Wiem — odparł. — Dlatego właśnie tu jesteśmy. Szef mówi, że można ten dług… umorzyć.

Łukasz uniósł wzrok.
— Ale — dodał mężczyzna — musisz zrobić dla niego przysługę.

Zapadła krótka cisza.

— Szef wyjeżdża na dwa tygodnie. Spotkanie biznesowe, zamknięte grono. Chciałby, żeby towarzyszyła mu osoba… rozpoznawalna. Taka, która dobrze wygląda, pasuje do towarzystwa. Masz narzeczoną. Aktorkę. Ludzie ją kojarzą.

Słowa uderzyły w Łukasza jak nagły skurcz. Przez moment miał wrażenie, że nie może oddychać. Myśli zatrzymały się w miejscu.

— Spotkanie jest w Bieszczadach. Stuposiany. Pensjonat, dyskretnie, elegancko. Będzie tam kilka żon i partnerek innych biznesmenów. Ona ma tylko towarzyszyć. Nic więcej — ciągnął mężczyzna, jakby czytał instrukcję.

Łukasz siedział nieruchomo.
— W zamian dług znika. Cały. A do tego szef funduje tobie dwutygodniowy wyjazd w ciepłe kraje. Ty jako reżyser możesz zniknąć na plan. A jej powiesz, że załatwiłeś dla niej zlecenie — sesję, współpracę z gazetą, firmą odzieżową. Dobre pieniądze, prestiż.

Wtedy zrozumiał. Do końca.

Patrycja za dług. Sprzedaż, ubrana w eleganckie słowa.

— Tylko my będziemy znać prawdę — dodał ciszej. — Ona nie musi nic wiedzieć. Wróci, życie pójdzie dalej. Ty z czystym kontem. A jakby nawet… cóż. Zawsze możesz znaleźć sobie inną kobietę.

Czuł się, jakby rażony piorunem. Siedział na ławce blady, z pustką w głowie.

— Odpowiedź jutro — zakończył tamten, wstając. — Jeśli odmówisz, przyjdzie ktoś inny. I rozmowa będzie… mniej przyjemna.

Rzucił krótkie „cześć” i odszedł, znikając między drzewami.

Wrócił do domu mechanicznie. Nawet nie zauważył, że Patrycja była w środku. Stała w przedpokoju i kiedy zobaczyła jego twarz, aż cofnęła się o krok.

— Łukasz… co się stało? Jesteś blady. Jedziemy na pogotowie?

— Nie… — wyszeptał. — Nic mi nie jest. Jestem tylko strasznie zmęczony.

Nie patrzył na nią. Minął ją i poszedł prosto do sypialni. Zamknął drzwi.

Został sam — z myślą, że jutro będzie musiał podjąć decyzję, której żaden człowiek nie powinien podejmować.

Obudził się następnego dnia zaskakująco spokojny. W jego ruchach było więcej luzu, w myślach mniej chaosu — jakby na chwilę odsunięty od siebie ciężar decyzji, która wciąż wisiała nad nim. Była sobota, ich wspólny dzień wolny. Wstał wcześniej niż zwykle i poszedł do kuchni.

Przygotował śniadanie dokładnie takie, jakie Patrycja lubiła najbardziej — świeże pieczywo, jajka, owoce. Do tego kawa. Zawsze kawa. To był jej poranny rytuał, niezmienny punkt dnia, od którego wszystko się zaczynało. Gdy wniósł wszystko na tacce do sypialni, sam poczuł się niemal normalnie.

Patrycja spojrzała na niego zaskoczona. Jego energia, lekki uśmiech, swoboda w głosie — tego nie było od dawna.

— Coś się zmieniło — powiedziała półżartem, siadając na łóżku.

Wstała z łóżka w satynowej koszuli nocnej, która miękko opływała jej ciało, podkreślając sylwetkę i kształty. Delikatny materiał zarysowywał linię piersi i wyraźnie zdradzał zarys jej sutków oraz subtelnie uwydatniał krągłości, a każdy ruch sprawiał, że światło w pokoju igrało na fałdach tkaniny. Łukasz spojrzał na nią przez chwilę dłużej, niż planował, czując, że serce bije mu szybciej. Patrycja była piękna — i wiedział o tym aż za dobrze.

Usiedli do śniadania. Przez chwilę jedli w ciszy, aż Łukasz odezwał się pozornie spokojnie:

— Jest spora szansa, że szykuje się dla mnie wyjazdowa praca. Na jakieś dwa tygodnie.

Patrycja spojrzała na niego uważnie, prawie pewna, że zabierze ją ze sobą.

— Ale spokojnie — dodał szybko. — Dla ciebie też coś załatwiłem w tym czasie. Jedno zlecenie. Jakby moja praca nie wypaliła, to pojadę z tobą.

Kłamał. Wiedział o tym. Wszystko było już zaplanowane, a prawdy nie mógł zdradzić ani słowem.

Nie dopytywała. Łukasz czasem pomagał jej w drobnych pracach, choć ona rzadko była nimi zachwycona. — Zobaczymy — powiedziała tylko, sięgając po kawę.

Spędzili południe na weekendowych zakupach, włócząc się po butikach i sklepikach, w których Patrycja szukała unikalnych ubrań i dodatków.

Podczas jednej z wizyt w małym butiku Łukasz odebrał telefon. Znajomy głos brzmiał w słuchawce:

— Jaka jest twoja odpowiedź?

Wziął głęboki oddech i odpowiedział spokojnie, choć serce waliło w piersi:

— Zgadzam się.

Z jednej strony poczuł ulgę, że decyzja została podjęta, z drugiej — niepokój o Patrycję zaczął w nim narastać. Wiedział, że oznacza to wykorzystanie jej podczas wyjazdu. Zebrał myśli i dopytał:

— Kiedy to wszystko ma się odbyć?

— Za równy miesiąc. Pod dom podjedzie bus, zabierze ją w Bieszczady — padło rzeczowo.

Łukasz zacisnął palce na barierce balkonu. Usłyszał, że nie musi zabierać dużego bagażu, wszystko będzie przygotowane. Informacje o zarobku zostaną jej przedstawione na miejscu, traktowane jako drobna formalność.

Rozmowa skończyła się szybko, bez pożegnań, bez miejsca na sprzeciw.

Stał jeszcze chwilę nieruchomo, patrząc w ciemniejące niebo nad miastem. Za plecami słyszał cichy szum mieszkania, oddech Patrycji, jej zwykłą codzienność. I właśnie to bolało najbardziej.

Wieczorem, przy stole w kuchni, w końcu zebrał się na słowa, które odkładał od kilku godzin. Patrycja opierała się o blat, popijając herbatę, spokojna jak zawsze — zwyczajnie, nieświadoma dramatu, który nadchodził.

— Muszę ci coś powiedzieć — zaczął, starając się, by głos nie zadrżał. — Dostałem potwierdzenie wyjazdu. Ten, o którym wspominałem… za miesiąc.

Patrycja uniosła brwi, nie zaskoczona.

— Mówiłeś, że to możliwe — odpowiedziała. — Dwa tygodnie, tak?

Skinął głową.

— Tak. I… w tym samym czasie mam dla ciebie zlecenie. Wyjazdowe.

Zainteresowała się, podeszła bliżej.

— Gdzie?

— W Bieszczady. Kilka dni zdjęciowych, potem event. Wszystko zorganizowane — mówił płynnie, jakby powtarzał wyuczony tekst. — Będą potrzebowali dokładnych wymiarów, ubrań, butów, dodatków.

Nie podejrzewała niczego. Podała wszystko bez wahania, śmiejąc się, że „wreszcie ktoś zrobi to profesjonalnie”. Łukasz zapisywał mechanicznie, choć w środku czuł, że każda cyfra wypala mu się pod skórą.

— Kiedy dokładnie? — zapytała jeszcze.

— Dam znać, jak tylko potwierdzą logistykę — odpowiedział. — Najdalej jutro.

Tej nocy nie zmrużył oka. Leżał obok niej, słuchając spokojnego oddechu, czekając na moment, który miał zmienić wszystko.

Telefon zadzwonił następnego dnia po południu. Instrukcje były konkretne, precyzyjne, bez cienia emocji. Potwierdzenie dat, godzina przyjazdu busa pod dom. Patrycja ma być gotowa, bez dużego bagażu. Reszta — na miejscu.

Łukasz podziękował, rozłączył się i przez chwilę siedział w ciszy z telefonem w dłoni. Wiedział już wszystko. Pozostawało tylko odegrać swoją rolę do końca.

Minął miesiąc od rozmowy przy kolacji. Od tamtej pory życie toczyło się zwyczajnie, bez problemów i większych perturbacji. Poranki, popołudnia, weekendy – wszystko było jak wcześniej. Patrycja chodziła po butikach, szukała dodatków, zajmowała się drobnymi zleceniami, a Łukasz pilnował swoich spraw, czasem pomagając jej w pracy. Ich codzienność wypełniał spokój i rutyna, choć pod skórą wciąż nosił ciężar decyzji, które miały nadejść.

W przeddzień wyjazdu wieczór opadł na Warszawę jak ciężki, aksamitny płaszcz, owiewając ulice wilgotnym chłodem i odległym echem tramwajów. W ich sypialni, oświetlonej jedynie blaskiem latarni przebijającym przez firanki, Łukasz czuł, jak napięcie dnia krzepnie w jego piersi, niczym niewidzialne kajdany. Był mężczyzną w pełni sił, czterdziestoletnim wędrowcem emocji, targanym burzą myśli o jutrze – tej nieuchronnej podróży, która mogła ich rozdzielić. Podszedł do Patrycji, jej smukła sylwetka jaśniała w półmroku jak obietnica ukojenia, jej oczy, ciepłe i pewne, zapraszały go bliżej. Objął ją mocno, a ich usta spotkały się w pocałunku, który był jak fala namiętności – głęboki, z jego językiem eksplorującym jej wnętrze, a ona odwzajemniała się z równą żarliwością, jakby chciała wessać w siebie całą jego niepewność. Ich ciała zlały się w tańcu pożądania, gdy rzucił ją na łóżko, a jego dłonie szybko pozbawiły ją barier – białego T-shirtu, który ujawnił jej nagie piersi, pełne i kuszące, oraz czarnych legginsów, pod którymi kryły się białe stringi, teraz bezwstydnie odsłonięte. Była gotowa, jej skóra płonęła pod jego dotykiem, a on, napędzany impulsywną pasją, wśliznął się w nią z miarowym rytmem, jego twardy członek pulsując w wilgotnej ciasnocie jej cipki. Soki pożądania spływały po niej, czyniąc każdy ruch gładkim i intensywnym, a ich oddechy splatały się w symfonię westchnień. Zmieniali pozycje jak w tańcu – raz misjonarską, z jej nogami szeroko rozchylonymi, by mógł głębiej zanurzyć się w jej wnętrzu, raz od tyłu, gdzie czuł, jak jej ciało drży pod naporem. To była noc odkryć, gdzie jej ukryte fantazje o ostrzejszej rozkoszy w końcu znalazły ujście, a on, pełen troski, odpowiadał z romantyczną żarliwością, choć wulgarnie dosadną – jego ruchy były natarczywe, lecz naznaczone czułością, jakby każde pchnięcie mówiło: „Jesteś moja, mimo strachu”. Gdy napięcie osiągnęło szczyt, Łukasz poczuł, jak fala orgazmu zalewa go falą, i w ostatniej chwili wycofał się, by spuścić się na jej gładki brzuch, ciepłe nasienie lśniące jak perły w blasku nocy. Byli tak zgrani że i ona szczytowała. Z oczami połyskującymi od emocji, rozsmarowała nasienie palcami po skórze, a potem, w geście intymnej bliskości, podniosła te lepkie dłonie do ust, smakując ich wspólnej esencji z romantyczną zmysłowością, jakby chciała zachować tę chwilę na zawsze. Leżeli potem spleceni, oddychając w unisonie, w tej bezpiecznej bańce, gdzie świat zewnętrzny zdawał się nie istnieć, a ich miłość była jedyną kotwicą przed burzliwym jutrem. .

Na następny dzień Łukasz wstał wcześniej i wyjechał na lotnisko, nie zdradzając Patrycji, że jego podróż nie jest służbowa, jak sądziła, lecz do Hiszpanii. Patrycja, myśląc, że Łukasz jedzie tylko do pracy w przeciwnym kierunku Polski, pożegnała się z nim, nie podejrzewając prawdy.

Dopiero cztery godziny później przyjechał po nią samochód z kierowcą, który miał zawieźć ją do pensjonatu w Bieszczadach. Przed wyjazdem Patrycja przygotowała się wygodnie do podróży. Założyła luźną bluzę dresową, pod którą miała prosty T-shirt, czarne legginsy i sportowe adidasy. Pod koszulkę wsunęła miękki biustonosz z miękką miseczką — zawsze tak robiła przy luźnych ubraniach, żeby czuć komfort w podróży, chociaż w domu bardzo często spacerowała bez biustonosza pod koszulką, pozwalając ciału oddychać i cieszyć się swobodą ruchów.

Zabrała tylko jedną średniej wielkości walizkę, pewna, że na miejscu będą przygotowane rzeczy do sesji zdjęciowej. W środku znalazła się jedynie bielizna, kosmetyki, kilka niezbędnych drobiazgów, które podkreślały jej kobiecość i osobisty styl, oraz mata do jogi, którą zawsze zabierała ze sobą, aby w wolnym czasie móc praktykować i zachować spokój ducha.

Łukasz, wyjeżdżając w taksówce, czuł mieszankę pożądania i niepokoju. Wiedział, że w Bieszczadach czeka ją sytuacja, w której będzie wykorzystana seksualnie, i choć wahał się, czy pozwolić na coś takiego, rozumiał też, że brak zgody mógłby skończyć się dla niego tragicznie – długą rekonwalescencją, poważnymi obrażeniami, a w najgorszym wypadku nawet szpitalnym łóżkiem lub Powązkami. W myślach pożegnał ją więc z mieszanką strachu, pożądania i bezsilnej akceptacji, świadomy, że decyzje, które oboje podjęli, niosą ze sobą konsekwencje trudne do przewidzenia.

W tym samym czasie, w rezydencji szefa, telefon rozległ się w środku popołudnia. Szef, siedząc w ciężkim, skórzanym fotelu, osobiście odebrał połączenie.

— Szefie, przesyłki wyruszyły. Jedna i druga — powiedział jeden z gangsterów, tonem spokojnym, ale zdecydowanym.

— Dobra — odezwał się szef. — Dziewczyny są już w Hiszpanii? I czy znają jego z widzenia?

— Tak, szefie — odparł drugi. — Przesłaliśmy zdjęcia. Bez problemu go rozpoznają i zaciągną do łóżka. Wszystko przygotowane, jak rozkazano.

— A aktoreczka? — zapytał szef, unosząc brew.

— Tak, wszystko gotowe. W pensjonacie uzgodniono każdy szczegół. Będzie bez zasięgu, telefony tam nie działają. Ona będzie dla pana wyłącznością — dodał pierwszy, z lekkim uśmiechem w głosie. — Jeśli zacznie się drzeć, trzeba będzie ją skutecznie przekonać. Wszystko pod kontrolą.

Szef oparł się wygodnie w fotelu, uśmiechając się z satysfakcją.
— Dobrze. W takim razie nasza głowa może spać spokojnie i mogę szykować się tam do drogi, i niebawem tam też będę.

Patrycja siedziała w busie, który sunął w kierunku Bieszczad, wciąż próbując uspokoić bijące serce. Towarzyszyło jej dwóch mężczyzn — wysocy, dobrze zbudowani, łysi i wytatuowani. Ich surowa, milcząca obecność wywoływała w niej niepokój; wyglądało to jak scena wyjęta prosto z filmów kryminalnych, w których tacy ludzie byli niebezpiecznymi bandziorami.

Ich głosy były niskie, ochrypłe, jak u osiłków po sterydach, którym zmienia się barwa mowy, i używali prostego, oszczędnego języka. Byli mało rozmowni, odpowiadając na jej pytania zdawkowo, niemal oschle. Patrycja, zwykle gadatliwa i śmiała, tym razem bała się odezwać. Siedziała cicho, przygryzając wargę i obserwując ich z ukosa, starając się nie przyciągać zbyt wiele uwagi.

Na postojach na kawę mężczyźni rozmawiali między sobą, a ich wzrok co jakiś czas spalał ją na miejscu. Patrycja czuła się obserwowana w sposób, który wprawiał ją w dyskomfort i lęk. Jeden z nich szeptem powiedział do drugiego, że gdyby nie szef, bez problemu „wyruchaliby ją” gdzieś na polnej drodze lub w lesie. Słowa te sprawiły, że serce jej zamarło, a świadomość własnej bezbronności w obecności tych olbrzymów zdominowała każdą myśl.

Obaj mężczyźni wiedzieli od szefa, że Patrycja była aktorką, rozpoznawalną wśród ludzi. Często pojawiała się w reklamach i w telewizji, a jej twarz była znana wielu osobom. To dodawało im poczucia kontroli i satysfakcji – wiedzieli, że manipulują kimś, kogo inni mogą podziwiać. Jednocześnie byli świadomi, że mogli ją dopiero przygotować i wykorzystać dopiero na miejscu, w pensjonacie; w trasie wszystko mogłoby się zepsuć i popsuć cały plan szefa, dlatego musieli zachować cierpliwość i czekać.

Po kilku godzinach jazdy, zmęczona i cicha, Patrycja w końcu dojechała do pensjonatu — było już około 18:30. Zapadł wieczór, na zewnątrz zrobiło się ciemno, a wyludniona okolica Bieszczad sprawiała, że ledwo było widać cokolwiek poza konturami niskich wzgórz, rozrzuconych drzew i pustych dróg, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Ruch samochodów praktycznie nie istniał, a jedynymi odgłosami były śpiew ptaków i szum wiatru między drzewami.

Budynek pensjonatu wyróżniał się spośród otoczenia – drewniana konstrukcja z kamiennym podmurowaniem, duży ganek, okna w ciepłych ramach i cicha, ale elegancka elewacja. Całość sprawiała wrażenie miejsca spokojnego, wręcz odizolowanego od świata, idealnego do zachowania prywatności.

Patrycja zauważyła, że telefon nie ma żadnego zasięgu. Serce zabiło jej szybciej, a w głowie pojawił się lekki niepokój. Brak kontaktu z kimkolwiek, świadomość odcięcia od świata, sprawiły, że poczuła się jeszcze bardziej bezbronna w tej obcej, odludnej przestrzeni.

Bus zatrzymał się przy głównym wejściu. Mężczyźni wysiedli pierwsi, otwierając drzwi Patrycji i pomagając jej z walizką. Choć ich gesty były uprzejme, nie znikała z niej świadomość, że była w pełni zależna od nich i miejsca, do którego przybyła.

Jeden z osiłków wyjął klucz, otworzył główne drzwi i bez słowa poprowadził Patrycję do środka. Schody prowadziły na pierwsze piętro, a ich ciężkie kroki odbijały się echem w drewnianym wnętrzu pensjonatu. Był to masywny mężczyzna o całkowicie wytatuowanych obu rękach i gładko ogolonej głowie, jego ruchy były pewne i zdecydowane. Drugi mężczyzna, nieco smuklejszy, z kilkoma tatuażami na szyi i rękach, został na parterze i zniknął jej z oczu, odchodząc w stronę tylnego korytarza.

Budynek wydawał się Patrycji całkowicie pusty; nie było w nim nikogo poza nimi, a cisza wypełniała każdy korytarz. Ruch samochodów praktycznie nie istniał, a jedynymi odgłosami były śpiew ptaków i szum wiatru między drzewami.

Gdy dotarli na górę, pierwszy z mężczyzn — masywny, z gęstą siecią tatuaży oplatających oba ramiona — zaprowadził Patrycję do pokoju. Wnętrze było skromne nawet jak na pensjonat: pojedyncze łóżko, dwie niewielkie szafki i prosta, drewniana szafa pod ścianą. Toaleta znajdowała się na korytarzu. Pomieszczenie było czyste, ale pozbawione jakichkolwiek detali, które mogłyby dodać mu ciepła. Sprawiało wrażenie miejsca tymczasowego — takiego, w którym się nie zostaje, tylko jest się trzymanym.

Mężczyzna zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na nią uważnie, jakby oceniał coś, czego nie potrafiła nazwać.

— Jadłaś coś? — zapytał niskim, szorstkim głosem.

Pokręciła głową.
— Nie… nie jestem głodna.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, krótki i pozbawiony humoru.
— To się może zmienić — odparł. — Lepiej mieć siły.

Nie dodał nic więcej, ale sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Milczała. Miała wrażenie, że każde słowo mogłoby zostać źle zinterpretowane. Cisza pensjonatu była niemal nienaturalna — zbyt głęboka, zbyt gęsta. Serce biło jej szybko, a myśli krążyły chaotycznie, nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia.

Drugi osiłek dołączył do nich bez pośpiechu. Wyszedł z korytarza i stanął obok pierwszego — młodszy, szerszy w barach, z twarzą tak obojętną, jakby nie brał udziału w rozmowie, tylko ją rejestrował. Oparł się ramieniem o ścianę i przez chwilę milczał.

— Jutro, w południe — powiedział w końcu. — Szef przyjeżdża. Z ekipą.

Patrycja uniosła wzrok. Nie zapytała „jaką ekipą”.

— Fotograficzną — dodał, rzeczowo. — Wszystko ma być gotowe. Bez improwizacji.

Skinął głową w stronę korytarza.

— Możesz iść zobaczyć rzeczy. Te, w których będziesz miała sesję. Sprawdzić, czy pasują. Rozmiary, buty, dodatki — wszystko.

Ton miał neutralny, niemal służbowy. Jakby mówił o zamówieniu, nie o niej.

— Jeśli coś będzie nie tak — ciągnął — sprowadzimy inne. Jest czas. Szef lubi, kiedy wszystko leży idealnie.

Przez chwilę patrzył na nią uważnie, sprawdzając reakcję.

— Lepiej sprawdzić teraz niż jutro.

Odepchnął się od ściany i zrobił gest ręką — zapraszający, a jednocześnie niepozostawiający złudzeń.

— Chodź. Pokażę ci.

Przeszli kilka metrów dalej i weszli do pomieszczenia, które bardziej przypominało magazyn niż garderobę. Regały stały gęsto, jeden przy drugim, a na nich równo poukładane rzeczy w foliowych osłonach i na wieszakach. Na pierwszy rzut oka było tego dużo — aż za dużo.

Po chwili zrozumiała, co właściwie widzi.

Większość stanowiła bielizna. Komplety w różnych kolorach, fakturach, krojach. Obok nich kostiumy kąpielowe, jednoczęściowe i dwuczęściowe, starannie posegregowane. Ubrania „na wierzch” pojawiały się rzadziej — głównie spodnie z materiału przypominającego skórę, krótkie spódnice, dopasowane bluzki. Nic luźnego. Nic neutralnego.

Zatrzymała się.

Nie wiedziała, co o tym myśleć. Przez głowę przebiegła jej myśl, że może Łukasz wiedział więcej, niż mówił. Albo że to ona czegoś nie zrozumiała. A może… może ktoś ich po prostu wprowadził w błąd. Pomyłka. Zła oferta. Złe założenia.

Podeszła bliżej jednego z regałów i wtedy zobaczyła szczegóły, które sprawiły, że ścisnęło ją w żołądku. Bielizna była daleka od zwyczajnej — biustonosze o krojach, które bardziej odsłaniały niż zakrywały, minimalistyczne stringi, rzeczy zaprojektowane nie do noszenia na co dzień, ale do bycia oglądanymi.

A potem dostrzegła półkę z akcesoriami.

Zatrzymała się gwałtownie, jakby ktoś postawił przed nią niewidzialną barierę. W tej jednej chwili wszystko się poukładało — i jednocześnie rozsypało.

Nie. To nie mogło być to.

To musiała być pomyłka.

Mężczyzna, który ją tu przyprowadził, odezwał się w końcu, jakby dopiero teraz zauważył jej milczenie.

— Dużo tego, co? — rzucił, rozglądając się po regałach. — Będziesz miała sporo roboty z przymierzaniem.

Podszedł kilka kroków dalej i wskazał wydzieloną część pomieszczenia. Stały tam wysokie lustra, ustawione pod kątem, obok niewielki stolik i dwa krzesła.

— Tutaj możesz wszystko sprawdzać — powiedział. — To, co będzie dobre, odkładaj na jedną stronę. Jak coś nie pasuje rozmiarowo, zostaw — wymienimy. Nie ma problemu, jest czas.

Mówił spokojnie, niemal organizacyjnie, jakby opisywał przygotowania do zwykłej sesji.

— Jutro oprowadzę cię po całym budynku — dodał. — Pokażę dużą salę gimnastyczną, przerobiliśmy ją tymczasowo na studio fotograficzne. No i basen. Tam będą zdjęcia w kostiumach kąpielowych.

Stała nieruchomo. Słowa do niej docierały, ale jakby przez grubą warstwę waty. Nie odpowiedziała. W głowie miała chaos, a w żołądku narastające, nieprzyjemne napięcie.

— Muszę… na chwilę do pokoju — powiedziała w końcu, bardziej oznajmiając niż pytając.

Skinął głową bez sprzeciwu.

Wróciła do swojego pokoju pod pretekstem wzięcia czegoś. Zamknęła drzwi i natychmiast sięgnęła po telefon. Wybrała numer Łukasza. Raz. Drugi. Trzeci.

Ekran pozostał bezlitosny.

No Signal.

Spróbowała jeszcze raz. Potem kolejny numer. Koleżanki. Koledzy. Każda próba kończyła się tym samym komunikatem.

Telefon nie miał zasięgu.

Opuściła rękę i przez chwilę patrzyła na wygaszony ekran, czując, jak narasta w niej zimne, paraliżujące zrozumienie, że została z tym wszystkim zupełnie sama.

Patrycja wróciła do pomieszczenia z regałami, ale tym razem zatrzymała się tuż przy wejściu. Stała chwilę bez ruchu, jakby czekała, aż ktoś powie jej, co powinna zrobić. Nikt się nie odezwał.

Nie wiedziała, od czego zacząć. Ani czy w ogóle zaczynać.

Powoli podeszła do półek i zaczęła jeszcze raz przeglądać rzeczy — bez przymierzania, bez dotykania ich dłużej, niż było to konieczne. Przesuwała wieszaki, zerkała na metki, kroje, detale. Jakby samo patrzenie miało przynieść jakąś odpowiedź. Nie przyniosło.

Po pewnym czasie poczuła zmęczenie, które nie miało nic wspólnego z ciałem. To było zmęczenie myśleniem, krążeniem w kółko. W końcu zdecydowała, że na dziś wystarczy. Jutro. Jutro poprosi o wyjaśnienie. Powie wprost, że musiała zajść pomyłka. Że to nie to, na co się umawiała.

Zgasiła światło w pomieszczeniu i wyszła.

W tym samym czasie jeden z osiłków wszedł do niewielkiego pokoju w przybudówce głównego budynku. Drzwi zamknął za sobą cicho. W środku panował półmrok, rozjaśniany jedynie przez rząd czarnych monitorów ustawionych na biurku.

Usiadł, otworzył laptopa i po chwili uruchomił system. Ekrany rozbłysły obrazem.

Na jednym z nich widać było Patrycję wśród regałów, przesuwającą rzeczy bez pośpiechu. Na innym — jej pokój, pusty i nieruchomy. Obraz był czysty, wyraźny, nawet w słabym świetle. Sprzęt był dobrej jakości, przystosowany do obserwacji w ciemności. Kamery ukryto tak starannie, że nawet wprawne oko nie miałoby szans ich zauważyć.

Nie miała pojęcia, że każdy jej ruch jest rejestrowany.

Po pewnym czasie obraz z garderoby zmienił się — światło zgasło. Kamera uchwyciła moment, w którym wyszła na korytarz.

Na korytarzu natknęła się na drugiego mężczyznę.

— Szybko poszło — zauważył. — Jak na tyle przymierzania. Ale to chyba dobrze.

Nie odpowiedziała. Minęła go, mówiąc tylko cicho, że idzie spać, i ruszyła w stronę swojego pokoju.

— Śniadanie będzie między ósmą a dziewiątą — rzucił za nią. — Przynieść do pokoju czy wolisz zjeść w jadalni?

— Zobaczę, jak wstanę — odpowiedziała krótko.

Zamknęła za sobą drzwi, nie wiedząc, że po drugiej stronie budynku ktoś wciąż patrzy na wygasający obraz z monitora.

Wróciła do swojego pokoju, chwilę kręciła się bez celu, jakby zapomniała, po co tu przyszła. W końcu wyjęła z torby piżamę i szlafrok. Prysznic był na drugim końcu korytarza, więc wyszła, czując niechęć do każdego kolejnego kroku. Nawet mycie wydawało się wysiłkiem — była zbyt podenerwowana, zbyt rozbita tą całą sytuacją. Chciała tylko, żeby było już jutro.

Na korytarzu znów spotkała tego samego mężczyznę.

— Jakby coś było nie tak — powiedział spokojnie — przy lampce nocnej masz przycisk i telefon. Wewnętrzny numer siedem. Odbiorę.

I wtedy coś w niej zaskoczyło.

Przecież muszą być telefony stacjonarne.

Jeden stał przy jej łóżku. Pomyślała z irytacją, że była głupia, że wcześniej na to nie wpadła.

— Te telefony… — zapytała ostrożnie. — One działają normalnie?

Pokręcił głową.

— Tylko wewnętrznie. Na terenie pensjonatu. Ten w głównym holu już nie działa. Właściciel uznał, że w dobie telefonii komórkowej i internetu to zbędne.

Zawahał się na moment, po czym dodał:

— Najbliższe służby są daleko. Bez samochodu ani rusz. Prędzej straż graniczna by tu dojechała niż pogotowie czy policja. Maszt po wichurach jest uszkodzony, naprawa potrwa kilkanaście dni. Może jak szef przyjedzie z ekipą, coś z tym zrobią.

Skinęła głową, nie komentując. Minęła go i skierowała się do łazienki.

— Dobranoc — powiedział za nią.

Nie odpowiedziała.

W tym samym czasie mężczyzna skręcił w przeciwną stronę korytarza i dołączył do drugiego. W pomieszczeniu monitoringu jeden z ekranów pokazywał już obraz z łazienki.

Patrycja stała przed umywalką i zaczęła zmywać makijaż — delikatny, niemal niewidoczny. Ruchy miała spokojne, mechaniczne, jakby wykonywała je z przyzwyczajenia. Woda cicho spływała do odpływu, a światło było przytłumione, łagodne.

Zdjęła szlafrok, potem resztę ubrań. Nie było w tym nic z pośpiechu ani demonstracji. Ciało odsłaniało się naturalnie, bez jej uwagi, jakby było tylko częścią wieczornego rytuału. Światło miękko rysowało linię ramion, opadało wzdłuż talii, zatrzymywało się na biodrach. Jej sylwetka miała w sobie spokojną harmonię, coś niewymuszonego, cichego.

Kiedy obróciła się bokiem, na chwilę odsłonił się drobny tatuaż nad prawym biodrem — zwykle ukryty, widoczny tylko w takich momentach. Znak intymny, należący wyłącznie do niej.

Nie miała pojęcia, że obraz ten trwa dłużej, niż powinien.
Że ktoś obserwuje każdy jej ruch na monitorze o wysokiej rozdzielczości, nawet w półmroku.
Że kamery, starannie ukryte, rejestrują coś, co miało pozostać prywatne.

Odwróciła się w stronę kabiny prysznicowej.

Drzwi zamknęły się cicho.

A monitory świeciły dalej.

Zaczęła brać prysznic. Strumień wody spadał na jej ciało, a ona czuła ulgę w każdym mięśniu. Woda połyskiwała na jej skórze, odbijając światło i nadając jej sylwetce niemal eteryczny połysk. Ręką rozprowadzała wodę po ciele, tak jakby chciała się ze sobą zabawić, badając każdy zakamarek. Często tak robiła w swoim domu, gdy Łukasz był nieobecny – lubiła kąpiele w wannie, mocny strumień wody na krocze, momenty, w których mogła się całkowicie zanurzyć w sobie i własnym ciele.

Powoli myła swoje ciało, a piana żelu otulała jej skórę miękko i gładko, podkreślając delikatne krągłości. Woda spływała po niej, połyskując na jej piersiach i talii, eksponując naturalną harmonię sylwetki. Obserwując ją w ukryciu, mężczyźni widzieli jej ciało w całej subtelnej perfekcji – seksowne, harmonijne, z delikatnym tatuażem nad prawym biodrem, który stawał się widoczny tylko w takich momentach.

Czuła w sobie mieszankę ulgi i niepokoju. Woda zdawała się zmywać napięcie dnia, a jednocześnie przypominała jej, jak bardzo była sama w tym miejscu. Każdy ruch, każde przesunięcie dłoni po ciele miało w sobie coś niemal intymnego, lekko pikanterii dodając całej chwili, choć nikt poza nią tego nie dostrzegał.

W tym samym czasie mężczyźni w przybudówce głównego budynku siedzieli przy monitorach, obserwując każdy ruch Patrycji. Jej ciało połyskujące od wody, delikatnie pokryte pianą żelu, przyciągało ich uwagę. Jeden z nich mruknął cicho:
– Spójrz na nią… gdybyśmy weszli od razu, moglibyśmy… no wiesz… zabawić się.

Drugi skinął głową, ale w głosie słychać było mieszankę podziwu i respektu:
– Musimy poczekać. Szef przyjedzie jutro, to jego plan. On decyduje, jak to wszystko ma się odbyć. Nic nie ruszamy bez jego zgody.

Obaj milczeli chwilę, wpatrując się w ekran. Każdy detal jej ciała – smukła talia, subtelne krągłości, tatuaż nad biodrem – był dokładnie obserwowany. Nie mogli się doczekać momentu, gdy szef i ekipa pojawią się w budynku, bo dopiero wtedy plan miał się w pełni zrealizować.

– Wiesz… nawet ten tatuaż, który normalnie nie widać… wygląda idealnie. – Mruknął pierwszy.
– Tak… – odpowiedział drugi. – Ale cierpliwość, mamy trzymać się planu. Wszystko zgodnie z instrukcją szefa.

Chociaż w powietrzu wisiała napięta atmosfera, obaj wiedzieli, że muszą się powstrzymać. Patrycja w tym czasie była całkowicie nieświadoma, że każdy jej ruch, każda chwila intymnej chwili pod prysznicem, była śledzona i analizowana.

Patrycja zakończyła prysznic, starannie wytarła ciało miękkim ręcznikiem, po czym włożyła piżamę i narzuciła na nią szlafrok. Wróciła do pokoju, zamknęła drzwi i usiadła na łóżku, próbując ogarnąć myśli po całym dniu pełnym niepokoju i dziwnych wydarzeń. Leżała potem pod kołdrą, przewracając się z boku na bok, nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Jej umysł wciąż krążył wokół dziwnej sytuacji z garderobą i tym, co miało się wydarzyć następnego dnia.

Minęły prawie dwie godziny, nim wreszcie powoli poczuła, że sen ją ogarnia. Za oknem panowała cisza, przerywana jedynie sporadycznym, odległym ujadaniem psa, które docierało przez zamknięte okna. W końcu oczy Patrycji opadły, a ciało, zmęczone napięciem i stresem, poddało się długo wyczekiwanemu odpoczynkowi.

Jeden z nich w końcu wziął telefon, mimo późnej pory. Wcisnął numer szefa i po kilku sygnałach usłyszał jego ochrypły głos.

– Szefie, słuchaj… – zaczął ostrożnie. – Ta aktoreczka… nic nie zrobiła. Nie przymierzyła ciuchów, olała to wszystko.

– Hmm – przerwał mu szef, spokojnie jakby czytał z kartki. – Masz zdjęcia?

– Mam, wysłałem ci wszystko… nagą ją masz w skrzynce. – Mężczyzna rzucił okiem na monitor i pokręcił głową. – Kurwa, myślałem, że chociaż coś spróbuje.

Szef westchnął cicho, jakby dokładnie przewidział całą sytuację.
– Widziałem to… – powiedział powoli. – Jutro będzie chciała gadać, obstawiam, że będzie robić problemy, odmówi. Ale to w planie.

– W planie? – powtórzył drugi facet, nie do końca rozumiejąc.

– Dokładnie. – głos szefa był lodowaty. – Nie ruszamy się. Czekamy, patrzymy, co zrobi. Wszystko zgodnie z tym, co wymyśliłem.

Mężczyzna odłożył słuchawkę, spojrzał na kumpla:
– Szef przewidział wszystko… mówi, że jutro będzie próbowała się wycofać, a my mamy tylko obserwować.

Drugi prychnął:
– No, ciekawe, co wymyśli…

– Nie nasza robota – burknął pierwszy. – My robimy to, co nam każą.

Obaj milczeli chwilę, patrząc na monitory. Wiedzieli, że jutro wszystko się może zmienić, ale szef miał nad wszystkim pełną kontrolę.

Na następny dzień mężczyzna przyszedł po Patrycję na śniadanie. Idąc obok niej, zagadnął z lekkim uśmiechem:
– A ty w ogóle jesteś aktorką, co?

Patrycja przez chwilę zamyśliła się, po czym odpowiedziała spokojnie:
– Raczej gram w rolach drugoplanowych. W teatrze w tej chwili występuję w dwóch spektaklach. Chwila na prawdziwą gwiazdę jeszcze przede mną, ale jestem optymistką – dodała, starając się uśmiechnąć.

Podczas śniadania mężczyźni zaczęli ją bardziej wypytywać o pracę aktorki – o role, teatr, ulubione spektakle. Przez chwilę Patrycja poczuła, że są w miarę normalni, zwyczajni, a rozmowa, choć wciąż kontrolowana, przynosiła jej pewną ulgę.

Rozmowa, choć krótka, wyraźnie ją odprężyła. Czuła, że powoli opuszcza ją napięcie, które towarzyszyło jej od wczoraj, a cała sytuacja zaczyna wyglądać mniej przytłaczająco. Jej myśli były jednak wciąż uważne i ostrożne – w duchu postanowiła, że kiedy spotka osobę odpowiedzialną, powie, że ta sytuacja jest pomyłką. Zamierzała grzecznie przeprosić, podziękować i wyjaśnić, że została wprowadzona w błąd – razem ze swoim narzeczonym Łukaszem.

Jeden z mężczyzn, nie kryjąc ciekawości, dopytywał dalej:
– No dobra, a jak ci się gra w tym całym aktorstwie? Ludzie cię czasem poznają, pytają o autografy?

Patrycja odpowiedziała z lekkim uśmiechem:
– Nie za bardzo, raczej w małych rolach. Ludzie czasem coś wspomną, czasem ktoś mnie zauważy, ale raczej nic wielkiego. Może kiedyś przyjdzie moja chwila…

Rozmowa sprawiła, że poczuła się nieco bardziej swobodnie. Napięcie nadal istniało, ale teraz było jak cień w kącie pokoju – nie znikało całkowicie, ale przestało ją przytłaczać.

Po południu, kilka godzin po śniadaniu i oprowadzeniu po budynku, Patrycja siedziała w swoim pokoju, czekając na przyjazd tej całej ekipy, której szefem miał być Marek. Nagle usłyszała hałas na zewnątrz – dźwięk silników i stukot opon na kamiennym podjeździe. Jej serce zabiło szybciej. To musieli być oni.

Pod budynek podjechały dwa eleganckie samochody. Z jednego wysiadł Marek – mężczyzna w średnim wieku, lat około pięćdziesięciu czterech, z lekką nadwagą, która nie umknęła uwadze. Jego brzuch był wyraźny, a mimo to ubrany był elegancko – dobrze skrojony garnitur, lśniące buty. Siwe włosy, rzadki zarost na twarzy, lekko tłusta cera i grube usta zdradzały, że lubi dobrze zjeść i wypić. Towarzyszyli mu dwaj synowie – Piotrek, szesnastoletni chłopak, i Damian, czternastoletni. Obaj sprawiali wrażenie dojrzalszych niż wskazywał na to wiek, z pewnością i postawą, która zdradzała, że wyrastają na ludzi, którzy dobrze znają świat dorosłych.

Drugi samochód zatrzymał się obok. Z jego wnętrza wysiedli dwaj mężczyźni, których Patrycja nigdy wcześniej nie widziała. Ale w ich spojrzeniu, pewności ruchów i napiętej sylwetce było coś niepokojącego – doświadczenie i wyczucie niebezpieczeństwa. Dla kogoś, kto znał Łukasza, byłoby jasne, że to dokładnie ci sami ludzie, którzy wcześniej go śledzili i dostali zlecenie odebrania długu. Patrycja nie znała ich imion, ale wszystko w ich zachowaniu mówiło, że nie są osobami, z którymi można negocjować. Stało się oczywiste, że są częścią planu Marka i że każdy ich krok jest przemyślany.

Marek wysiadł pierwszy, spokojnym krokiem podszedł do wejścia. Jego oczy uważnie przeskanowały teren, a twarz, choć poważna, zdradzała pewną samo-zadowoloną pewność siebie. Obaj synowie stanęli tuż obok niego, na baczność, jakby uczyli się już od ojca, jak wygląda władza i kontrola. Mężczyźni z drugiego auta zostali na uboczu, gotowi reagować w każdej chwili, ich spojrzenia nie opuszczały budynku ani nikogo, kto się w nim poruszał.

Patrycja, obserwując z okna, poczuła mieszankę ciekawości i niepokoju. Jej umysł próbował ogarnąć, kto dokładnie przyjechał i czego od niej oczekują, ale musiała poczekać – wszystko miało się wyjaśnić dopiero po wejściu Marka do środka. Zdziwiło ją jednak jedno: gdzie fotografowie? Gdzie cała ekipa? Może dojadą wkrótce? – zapytała sama siebie, próbując oswoić narastające napięcie.

Na zewnątrz, przy bramie, pojawiło się dwóch dobrze znanych Patrycji łysych osiłków. Bez słowa skinęli głowami w stronę Marka i jego synów, po czym przywitali się z całą grupą — uściski dłoni, krótkie słowa potwierdzenia porządku.

Marek, stojąc pewnie, spojrzał na nich uważnie.
— Wszystko w porządku?

— Tak, szefie, wszystko w porządku — odpowiedzieli niemal równocześnie.

— A aktoreczka? — dodał, unosząc lekko brew.

— Spokojna. Nie robi żadnych problemów — odparli zgodnie, z ledwie dostrzegalną nutą uśmiechu, który jednak nie sięgał oczu.

Marek skinął głową w stronę drugiego samochodu, przy którym stali Waldek i Janusz — mężczyźni, których wezwał do sprawy Łukasza i którzy ostatecznie go wytropili. Osiłki podeszli do nich z wyraźnym szacunkiem; hierarchia była czytelna na pierwszy rzut oka.

— No i powstrzymaliście się od ruchania, co? — rzucił Waldek półżartem, pół groźnie, mierząc ich krótkim spojrzeniem.

Roześmiali się nerwowo, kiwając głowami.
— Tak, tak, szefie. Całkowicie się powstrzymaliśmy.

Hierarchia była jasna jak dzień. Marek był głównym bossem — decydował o wszystkim, a jego słowo było prawem. Waldek i Janusz stali szczebel niżej, nadzorując działania swoich ludzi. Osiłki byli tylko wykonawcami poleceń. Wiedzieli, gdzie jest ich miejsce.

Na zewnątrz wszystko było już jasne. Prawdziwa rozmowa miała dopiero się zacząć.

Marek kazał zaprowadzić synów do ich pokoi, a do swojego dużego, przestronnego pokoju — składającego się z sypialni, salonu i łazienki — wezwał Patrycję. Jeden z osiłków wspomniał, że nalegała na spotkanie i rozmowę. Waldka Marek zatrzymał przy sobie, a Janusz miał zająć się wszystkimi innymi sprawami.

Weszła lekko zestresowana. Nie wiedziała, czego się spodziewać ani jak Marek zareaguje na jej decyzję.

— Witam panią — powiedział Marek, unosząc lekko brew, jakby chciał rozładować napięcie. — Widuję panią w telewizji, ale muszę przyznać… na żywo robi pani jeszcze większe wrażenie.

Uśmiechnęła się niepewnie, a jej policzki lekko się zaróżowiły. Pochlebstwa działały na nią uspokajająco, choć starała się tego nie okazywać.

— A to moja prawa ręka, Waldemar — dodał Marek, przedstawiając go i wskazując stojącego obok mężczyznę.

Patrycja wzięła głęboki oddech.
— Chciałabym wyjaśnić jedną sprawę… Łukasz najwyraźniej został wprowadzony w błąd co do tej całej sesji zdjęciowej. Wie, że nie biorę udziału w takich sesjach.

Marek wysłuchał jej w milczeniu, po czym zwrócił się do Waldemara, zachowując dystans.
— Waldek, czy pan Łukasz wiedział o całym zleceniu, jego warunkach oraz warunkach zapłaty?

— Tak — odpowiedział Waldek stanowczo. — Wszystko było omawiane kilkukrotnie. Nie ma mowy o żadnym błędzie z naszej strony. Jeśli coś zawiodło, to raczej komunikacja między panem Łukaszem a panią Patrycją.

Zmarszczyła brwi. Trudno było jej uwierzyć, że jej narzeczony mógł tak zawalić sprawę.

— A więc… mogę po prostu zerwać umowę? — zapytała ostrożnie, starając się ukryć narastającą frustrację.

Marek spojrzał na Waldka, jakby oczekiwał oficjalnej odpowiedzi.
— Proszę powiedzieć szczerze. Czy pani Patrycja może zerwać umowę? Czy wiąże się to z jakimiś konsekwencjami prawnymi lub finansowymi?

Waldek westchnął i odchrząknął.
— Jeśli zerwanie nastąpi teraz, trzeba będzie pokryć koszty przyjazdu i wyjazdu całej ekipy oraz transportu odzieży. Potrzebowałbym około dwóch godzin na dokładne wyliczenie, ale szacuję… około trzydziestu pięciu tysięcy złotych.

Patrycja aż zamarła. Trzydzieści pięć tysięcy. Sama podróż na dwa, góra trzy dni do miejsca, o którym nikt nie słyszał i którego położenie na mapie Polski było niemal zagadką, miała kosztować tyle pieniędzy.

Jej wzrok powędrował ku podłodze. Wszystko nagle stało się niewiarygodnie skomplikowane i przerażająco drogie.

— Trzydzieści pięć tysięcy…? — wyszeptała, jakby chciała upewnić się, że dobrze usłyszała.

— Tak — odpowiedział Waldek spokojnie, nie spuszczając z niej wzroku. — Tyle wyniosą realne koszty.

Poczuła, jak drętwieje jej całe ciało. Ta suma była dla niej ogromna. I nagle uświadomiła sobie, że jej decyzja nie będzie wcale taka prosta…

Marek zatrzymał ją jeszcze na chwilę, gdy rozmowa dobiegła końca.

— Skoro już jesteśmy na miejscu i wszystko mamy ustalone — powiedział spokojnie — chciałbym Panią zaprosić dziś wieczorem na kolację. Będzie dla wszystkich obecnych. Mój najmłodszy syn ma dziś urodziny.

Patrycja uniosła wzrok, wyraźnie zaskoczona, ale po chwili skinęła głową.

— Dziękuję za zaproszenie. Oczywiście… choć muszę przyznać, że mam ze sobą bardzo niewiele rzeczy.

Marek uśmiechnął się pod nosem.

— Mało rzeczy? — powtórzył. — Ma Pani na myśli mało ubrań przygotowanych do sesji. Proszę z nich skorzystać. Przecież właśnie po to tu są.

Odwzajemniła uśmiech, choć w duchu poczuła lekkie ukłucie irytacji. Jedna trzecia to ubrania, pomyślała. Reszta to bielizna, stroje kąpielowe i dodatki, które bardziej pasują do sypialni niż do obiektywu. Zatrzymała jednak tę myśl dla siebie.

— W takim razie… dziękuję — odpowiedziała spokojnie.

Wróciła do swojego pokoju. Była wściekła, ale jako aktorka potrafiła doskonale maskować emocje. Na zewnątrz opanowana, elegancka — w środku napięta jak struna. Cała jej dotychczasowa kariera opierała się na projektach komercyjnych, ale zawsze z umiarem. Tutaj też chodziło o komercję, lecz granica była przesunięta niebezpiecznie daleko. Bielizna, stroje kąpielowe… tyle odsłoniętego ciała. Nawet w filmach czy serialach nie miała jeszcze tak odważnych scen.

Po południu na dziedziniec wjechał samochód dostawczy. Kartony znikały jeden po drugim — ludzie krzątali się, przenosili pakunki, ktoś wydawał polecenia. Patrycja zauważyła, że razem z resztą ubrań przyjechało też gotowe jedzenie — catering na wieczór.

Gdy ruch nieco ucichł, poszła do pomieszczenia, które znała już od dnia po przyjeździe do pensjonatu. To tam trzymano wszystkie rzeczy przeznaczone do sesji fotograficznej. Rzędy wieszaków, kartony, foliowe pokrowce. Tym razem szukała czegoś odpowiedniego na kolację.

Jej wzrok zatrzymał się na eleganckich, czarnych spodniach — cygaretkach. Szerokie u góry, zwężane ku dołowi, zapinane na ozdobny, szeroki pasek. Bardzo podobne do tych, które miała w domu. Do kompletu znalazła białą koszulę, delikatnie rozpinaną, z żabotem biegnącym przez środek. Stylizacja była prosta, ale wyrafinowana — dokładnie taka, jaką lubiła.

Zabrała wszystko do pokoju i przymierzyła. Leżało idealnie, jakby było szyte na miarę. Spojrzała w lustro. Było jednak jedno „ale”.

— Bielizna… — mruknęła pod nosem.

Wróciła do pomieszczenia i po chwili znalazła elegancki, biały komplet — delikatny, z subtelnymi paskami do pończoch. Pończochy też tam były, lecz Patrycja poszperała chwilę dłużej, aż trafiła na cieliste, idealnie dopasowane do koloru jej skóry.

Gdy wróciła do pokoju i przymierzyła całość, przez moment stała nieruchomo przed lustrem. Czuła się piękna. Kobieca. Seksowna, ale wciąż elegancka. Nawet ona sama była pod wrażeniem. Do tego założyła czarne buty na szpilkach które znalazła w magazynie. Wyglądała jak milion dolarów!

Jedno pytanie jednak nie dawało jej spokoju: jak poradzi sobie ze wstydem przed obiektywem? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiła.

Nie wiedziała, że w tym samym czasie, w innym pokoju, dwaj łysi mężczyźni siedzieli przed monitorami. Kamery pokazywały każdy jej ruch — jak poprawia koszulę, jak gładzi materiał spodni, jak przez chwilę zawiesza wzrok na własnym odbiciu.

— Cholera… — mruknął jeden z nich, przesuwając się na krześle. — Ona nawet jak stoi, wygląda jak grzech.

Drugi uśmiechnął się krzywo.

— Idę po Janusza.

Po chwili Janusz dołączył do nich i bez słowa wpatrzył się w ekran. Jego spojrzenie było chłodne, skupione, niemal oceniające.

— Piękna — rzucił jeden z osiłków. — Aż szkoda, że tylko patrzymy.

Janusz uśmiechnął się pod nosem.

— Spokojnie, panowie — powiedział cicho. — Już niedługo.

Zanim nadszedł czas kolacji, Patrycja zamknęła się w łazience i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Nie miała wyboru — musiała wyglądać perfekcyjnie, choć wcale nie chciała tego wieczoru spędzać wśród tych ludzi. Każdy detal miał znaczenie, nie dla niej, lecz dla oczekiwań, których nie mogła zignorować.

Makijaż zrobiła starannie, krok po kroku. Skóra była idealnie wygładzona, rozświetlona w subtelny sposób — nie nachalnie, lecz tak, by światło miękko odbijało się od kości policzkowych. Kontur twarzy podkreśliła delikatnie, nadając rysom wyrazistości bez przesady.

Najwięcej uwagi poświęciła oczom. Powieki pokryła ciepłymi cieniami w odcieniach miedzi i różowego złota. W zewnętrznych kącikach dodała ciemniejszy brąz, rozcierając go tak, by przejścia były niemal niewidoczne. Spojrzenie nabrało intensywności, ale pozostało eleganckie. Rzęsy były długie, gęste, wyraźnie podkreślone — wystarczyło jedno spojrzenie, by przyciągały uwagę.

Brwi miała perfekcyjnie zarysowane, naturalne, ale zdecydowane — nadawały twarzy charakteru i pewności. Na ustach pojawiła się głęboka, nasycona czerwień. Klasyczna, wyrazista, dokładnie obrysowana. Ten kolor zawsze działał na nią jak zbroja — dodawał odwagi i przypominał, kim jest.

Odsunęła się o krok od lustra. Wyglądała dokładnie tak, jak czuła się w środku: piękna, świadoma swojej kobiecości, zewnętrznie opanowana, wewnętrznie napięta. Makijaż nie był krzykliwy, ale przyciągał spojrzenia. Podkreślał jej urodę, nie dominując jej.

— Dobrze… — szepnęła do siebie.

To była Patrycja. Taka, jaką widywali inni — i taka, jaką sama musiała dziś pokazać światu. Poprawiła jeszcze szminkę, wygładziła koszulę i ruszyła w stronę drzwi. Kolacja czekała — a wraz z nią wieczór, którego wcale nie chciała.

Patrycja weszła do salonu, a w powietrzu unosił się zapach świeżo przygotowanego jedzenia. Każdy ruch był dla niej wyzwaniem — musiała wyglądać naturalnie, a jednocześnie pokazać elegancję. Kiedy stanęła w progu, światło padające z żyrandola podkreśliło jej sylwetkę i starannie dobrany strój. Nieświadomie przyciągnęła wszystkie spojrzenia. Choć nikt tego nie okazywał wprost, każdy w pokoju odczuł jej obecność.

Marek, stojący przy stole, uśmiechnął się lekko i przedstawił swoich synów — Piotrka, starszego chłopaka, i Damiana, młodszego syna. Chłopcy stali tuż obok ojca, pewni siebie i opanowani, jakby już uczyli się sztuki władzy i kontroli. Waldek i Janusz, dwaj zastępcy Marka, elegancko ubrani w dobrze skrojone marynarki, podeszli, by przywitać Patrycję z formalną uprzejmością. Ich sposób poruszania się i postawa w pełni pasowały do pozycji, jaką zajmowali w hierarchii Marka.

Kontrast rzucał się jednak w oczy — dwaj łysi stali nieco z boku w obcisłych, czarnych T-shirtach. Ich wygląd odcinał się od reszty — byli wyraźnie mniej formalni, mniej dopasowani do eleganckiego otoczenia. Nawet Piotrek i Damian sprawiali wrażenie lepiej przygotowanych do kolacji niż oni.

Patrycja podniosła głowę, starając się uśmiechnąć uprzejmie. Jej spojrzenie, eleganckie i pewne, nie zdradzało niepokoju, który wciąż tlił się w środku. Mimo wewnętrznego napięcia zrobiła na wszystkich wrażenie — zarówno na synach Marka, jak i na jego zastępcach, którzy dyskretnie oceniali każdy jej ruch. Każdy gest, każdy subtelny uśmiech czy przelotne spojrzenie w kierunku stołu, gdzie ustawiono zastawę, miały znaczenie. W tym eleganckim wnętrzu, pełnym wyrafinowanych detali, Patrycja musiała zachować równowagę między własnym komfortem a oczekiwaniami gospodarzy, a jej obecność powoli stawała się centralnym punktem wieczoru.

Mimo że na stołach pojawiły się kolejne dania, a rozmowy toczyły się swobodnie, uwaga większości mężczyzn co chwilę wracała do Patrycji. Nawet Marek, zajęty rolą gospodarza, zerkał na nią ukradkiem, jakby sprawdzał, czy wciąż trzyma się swojej pozycji — spokojnej, opanowanej, niedostępnej.

Piotrek i Damian również patrzyli na nią z wyraźnym zainteresowaniem, byli nastolatkami ale hormony także w nich buzowały. Dla nich była kimś znanym z ekranu — twarzą z seriali i reklam, które oglądali wieczorami, przewijając kanały bez większego celu. Teraz siedziała kilka metrów od nich, prawdziwa, uśmiechnięta, reagująca na rozmowy. Co jakiś czas wymieniali krótkie spojrzenia, jakby wciąż nie dowierzali, że to rzeczywiście ona.

Dorośli mężczyźni obserwowali ją inaczej. Zwracali uwagę na jej mimikę, na to, jak reaguje na żarty, jak unosi brew, gdy coś ją rozbawi, i jak jej uśmiech potrafi w jednej chwili zmienić atmosferę przy stole. Waldek i Janusz, doświadczeni i czujni, prowadzili rozmowy raz o bieżącej polityce, raz o kompletnych błahostkach, a innym razem kierowali pytania w jej stronę — o aktorstwo, o pracę na planie, o znanych aktorów i aktorki, z którymi miała okazję współpracować. Była do tego przyzwyczajona. To zawsze wracało — ciekawość obcych ludzi, chęć zajrzenia za kulisy jej świata.

Odpowiadała spokojnie, z klasą, z wyczuciem granicy. Wiedziała, ile może powiedzieć, a czego nie. Jej głos był pewny, gesty oszczędne, kontrolowane.

Gdy kolacja dobiegła końca i wszyscy wstali od stołu, by przejść do dużego salonu na deser, jeden z osiłków podał jej lampkę szampana. Wzniesiono toast za młodszego syna Marka.

— Sto lat! — rozległo się chórem.

Po chwili Piotrek i Damian, wyraźnie zmęczeni długim wieczorem, opuścili salon i poszli do swoich pokoi. Łysi mężczyźni również gdzieś zniknęli, rozchodząc się bez słowa. W przestronnym salonie zostali już tylko Marek, Janusz, Waldek i Patrycja.

Światło było tu znacznie słabsze, bardziej miękkie, sprzyjające rozmowom, które nie musiały już brzmieć oficjalnie. Marek usiadł obok Patrycji — zbyt blisko. Tak blisko, że nie zdążyła nawet zareagować. Poczuła znajome ukłucie niepokoju, napięcie, które pojawiło się nagle, bez ostrzeżenia.

Zaczął mówić o sprawach, które zupełnie jej nie interesowały, o planach, o interesach, o rzeczach, które brzmiały jak monolog. I niemal odruchowo położył dłoń na jej kolanie.

Waldek i Janusz stali kilka kroków dalej. Nie reagowali. Patrzyli ukosem, uważnie, jakby sprawdzali, co się wydarzy.

Patrycja natychmiast odepchnęła jego dłoń i spróbowała wstać. Serce uderzyło jej gwałtownie, jakby chciało wyrwać się z piersi. Marek jednak był szybszy. Zatrzymał ją ruchem pewnym, niemal rutynowym, nachylając się ku niej tak blisko, że poczuła zapach jego oddechu.

Mówił cicho, spokojnie — tym bardziej przerażająco. O tym, że może jej dać wszystko. Pieniądze. Bezpieczeństwo. Luksus. Że może sprawić, by była „spełniona”, „szczęśliwa”, „zabezpieczona na całe życie”. Każde kolejne słowo brzmiało jak obietnica, która w rzeczywistości była groźbą. Potem ton się zmienił. Pojawiły się sugestie, których nie chciała słyszeć, wizje zależności, podporządkowania, zamknięcia w świecie, z którego nie ma odwrotu.

Czuła, jak ogarnia ją paraliżujący strach. Serce biło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż zaraz straci oddech. Marek dotknął jej twarzy — powoli, z obrzydliwą czułością, jakby delektował się jej bezradnością. Jego palce przesunęły się po skroni, włosach, zatrzymując się zbyt nisko, zbyt blisko. Pokój wirował wokół niej w migoczącym świetle lampy, której żółtawy blask rzucał długie cienie na ciężkie, skórzane meble i przydymione zasłony. Jej czarne spodnie szelestem ocierały się o uda, a biała koszula, zmięta od natarczywych dotyków, kleiła się do spoconego ciała, przypominając o chwilach, które właśnie się wydarzyły. W nozdrzach czuła mieszankę dymu i ciężkiego, męskiego potu, który wypełniał salon.

Łzy napłynęły jej do oczu. Widziała, że właśnie to go uspokajało. Jej napięcie. Jej lęk. To, że przestała się bronić, choć w środku krzyczała. W tamtej chwili zrozumiała, że w tym miejscu nie ma dla niej żadnej drogi ucieczki — przynajmniej tak jej się wtedy wydawało.

I nagle zerwała się. Instynkt wziął górę nad strachem. Wyrwała się i wybiegła z salonu, nie oglądając się za siebie. Marek otrząsnął się z zaskoczenia i poderwał na nogi. „Gdzie ty, kurwa, uciekasz?” – warknął, a jego głos, niski i chropowaty, wibrował w powietrzu jak groźba. Patrycja nie zwolniła, czując, jak adrenalina miesza się z tym nieproszonym podnieceniem, które wcześniej rozkwitło w niej mimo strachu – ciepło w dole brzucha, pulsujące wspomnienie jego dłoni na jej piersiach, jak obłapiały krągłe kształty przez materiał koszuli, ściskając sutki aż do bólu graniczącego z rozkoszą. Schody prowadzące na pierwsze piętro pokonała biegiem, niemal potykając się o własne nogi. Wpadła do korytarza, w stronę swojego pokoju, z jednym tylko pragnieniem — zamknąć się, zniknąć, odciąć.

Za jej plecami zapadła krótka cisza.

— Wezwij ich — powiedział Marek spokojnie.

Waldek i Janusz wykonali polecenie bez słowa.

Kilka chwil później dwóch łysych mężczyzn ruszyło w stronę schodów. Ich kroki były szybkie, zdecydowane. Wiedzieli, co mają zrobić. Patrycja nie zdążyła zamknąć drzwi. Zostali po nią wysłani, by ją stamtąd zabrać — i przenieść do pokoju, w którym weneckie lustro odbijało tylko to, co ktoś chciał widzieć.

Drzwi do pokoju Patrycji otworzyły się gwałtownie. Dwaj łysi mężczyźni wtargnęli do środka bez słowa, jakby wykonywali rutynową czynność. Ich obecność natychmiast wypełniła przestrzeń ciężarem, który odebrał jej resztki nadziei.

Cofnęła się instynktownie, próbując krzyknąć, wyrwać się, zrobić cokolwiek, co mogłoby zatrzymać bieg wydarzeń. Jej głos ugrzązł jednak gdzieś w gardle, a opór był bardziej odruchem niż realną próbą walki. Podświadomie wiedziała, że nie ma żadnych szans.

Złapali ją i wyciągnęli na korytarz. Jej stopy sunęły po podłodze, gdy prowadzili ją dalej — w dół schodów, na parter. Dom, który jeszcze kilka godzin wcześniej wydawał się jedynie elegancki i chłodny, teraz był labiryntem ciszy i przytłumionego światła. Każdy krok potęgował narastające w niej poczucie oderwania od rzeczywistości.

Korytarz prowadził do pokoju na parterze, którego wcześniej nie widziała. Im bliżej byli, tym bardziej przestrzeń wydawała się obca i nienaturalnie cicha. Drzwi otworzyły się, a ona została wprowadzona do środka, nie wiedząc jeszcze, czym dokładnie jest to miejsce ani dlaczego właśnie tutaj ją przyprowadzono.

Wnętrze było duże, chłodne, urządzone oszczędnie, niemal surowo. Centralne miejsce zajmowało szerokie łóżko — zbyt masywne, zbyt obecne, by można je było zignorować. Jedną ze ścian wypełniała gładka, ciemna tafla lustra. Na pierwszy rzut oka zwyczajna, odbijająca jedynie fragmenty wnętrza, a jednak budząca niepokój swoją martwą, nieprzeniknioną powierzchnią.

Nie dano jej czasu na reakcję. Pchnęli ją w stronę łóżka i upadła na materac, tracąc na moment oddech. Niemal natychmiast odwróciła się w ich stronę, podpierając się na rękach. Jej oczy były szeroko otwarte, wypełnione czystym strachem i przerażeniem, którego nie potrafiła już ukryć.

Stali nad nią nieruchomo, jakby czekali na dalsze polecenia.

Serce Patrycji waliło jak młot. Ich muskularne, obciągnięte czarnymi t-shirtami sylwetki wypełniły ciasną przestrzeń, pachnącą jej perfumami i starym drewnem.

— Cicho, piękna — warknął ten bliżej drzwi, łysina błyszcząca w przyćmionym świetle lampki nocnej. Jego kolega, z wężową twarzą i złotym łańcuchem na szyi, uśmiechnął się krzywo.

Zanim zdążyła krzyknąć, dłoń muskularnego ramienia musnęła jej policzek. Nie bolesny cios, a raczej nagłe, upokarzające klepnięcie, które aż zatrzęsło jej głową. Łzy natychmiast napłynęły do oczu, zasłaniając obraz ich twarzy mgiełką przerażenia i szoku. Skurcz w gardle. Nie mogła wydobyć głosu.

— No, już spokojnie — ten z łańcuchem pochylił się, jego oddech pachniał tytoniem i kawą. — Pobawimy się. Będziesz grzeczna?

Sparaliżowana strachem, skinęła głową, czując jak zimny pot oblewa jej plecy pod elegancką, białą koszulą. Mężczyźni zamienili się spojrzeniem.

— Na kolana — rozkazał łysy przy drzwiach, rozpinając już rozporek swoich dżinsów. – Chcemy się rozluźnić. Ty nam w tym pomożesz.

Szlochając cicho, opadła na miękkim dywaniku. Czarna cygaretka obciągnęła się na jej udach. Przed jej oczami ukazał się kutas pierwszego mężczyzny – już w pełnej gotowości, twardy i przerażająco duży.

Drugi podszedł z boku, dotykając jej policzka chropowatymi palcami.

— Zaczynaj. Obciągaj na zmianę. Głęboko.

Zamknęła oczy, kiedy pierwszy napór grubej główki dotknął jej warg. Gorący, słony smak. Wsunęła go do ust, krztusząc się natychmiast, gdyż trafił prosto w gardło. Łzy spływały jej po twarzy, mieszając się ze śliną. Ręce, złożone na kolanach, drżały. Drugi mężczyzna przyciągnął jej głowę do siebie, zastępując kolegę. Rytm był brutalny, nieubłagany. Ssała, dławiła się, czując jak ich dłonie wędrują po jej ciele.

— Rozbierzmy tę lalkę — mruknął ten z łańcuchem.

Podnieśli ją. Silne dłonie rozpięły białe guziki jej koszuli, rozchyliły płótno. Stanik, ten sam biały,

koronkowy, ukazał się jak ofiara. Palce wślizgnęły się pod miseczki, wydobywając na świat jej piersi. Zimne powietrze musnęło nabrzmiałe, różowe sutki, które momentalnie stwardniały. Ale to nie zimno. To ich palce, szczypiące, ściskające, pocierające z brutalną fascynacją. Ból był ostry, czysty, ale gdzieś w jego głębi zadrgała iskra czegoś innego. Wstydliwa, zdradziecka iskra.

— Kontynuuj — warknął łysy, przytrzymując ją za włosy i naprowadzając z powrotem na swoją pulsującą długość.

Posłusznie otworzyła usta, rytm stając się szybszy, bardziej desperacki. Chciała, żeby to się skończyło. Ale jednocześnie jej ciało, zdradzieckie, zaczęło reagować. Ciepła fala w dole brzucha. Wilgoć tam, gdzie nie powinno jej być. Zawstydziła się sobą, swoją reakcją. A jednak nie przestała.

Mężczyźni, widząc jej poddanie, działali dalej. Spodnie cygaretki, pas, wszystko pospiesznie zsunęło się na podłogę, odsłaniając cieliste stringi, delikatne paseczki pończoch i nagie, gładkie uda. Jeden z nich przyciągnął ją do łóżka i rzucił na nie z siłą, która wyparła z jej płuc powietrze. Zapach prania i ich potu. Łysy rozdzielił jej nogi szeroko, bez ceregieli. Patrycja poczuła tępy, rozsadzający nacisk, a potem szarpnięcie, gdy wszedł w nią jednym, głębokim, niszczycielskim pchnięciem. Aż westchnęła. Krzyk utknął w gardle, zastąpiony głuchym jękiem. To nie był ból, którego się spodziewała. To było wypełnienie, natychmiastowe i totalne.

Drugi mężczyzna uklęknął nad jej twarzą, wsadzając swojego fiuta do jej ust, pieprząc ją w twarz w rytm kolegi. Dwoje ich w niej. Dławiący oddech, mlaskanie wilgoci, stęknięcia. Jej świat zawęził się do tej łóżkowej prześcieradła, do tych dwóch ciał eksploatujących jej własne. I w tym chaosie, w tym upokorzeniu, coś się przestawiło.

Ból w dole brzucha zaczął przeplatać się z głębokim, rytmicznym tarciem, które dotykało miejsc, o

których istnieniu rzadko myślała. Przyjemność. Niechciana, nieproszona, potworna w swoim kontekście, ale nieodparta. Jej biodra, zdradziecko, zaczęły odpowiadać lekkim, mimowolnym ruchem. Drugi mężczyzna to zauważył, jego oczy błysnęły dziką satysfakcją.

— O, kurwa, patrz, zaczyna ją to bawić — zachichotał, ściskając jej piersi mocniej.

Po jakimś czasie, wycofali się. Patrycja leżała rozłożona, dysząc, jej ciało pokryte lepkim potem. Rozkaz był krótki. Przewrócili ją na brzuch, unieśli jej biodra. Pozycja na pieska. Jeden znów wszedł od tyłu, teraz głębiej, inaczej, wywołując z jej ust stłumiony krzyk, który brzmiał już jak jęk rozkoszy. Drugi znów zajął jej usta.

Zmieniali się, jak w jakimś perwersyjnym tańcu. Jeden położył się na wznak, wciągnął ją na siebie, kazał jej jeździć. Patrycja, z mózgiem mglistym od szoku i rodzącego się podniecenia, unosiła i opuszczała biodra, czując jak jego długość ociera się o to czułe miejsce w głębi. A wtedy drugi… poczuła nacisk w zupełnie innym, wąskim, dziewiczym przejściu. Oparła się na dłoniach na klatce leżącego mężczyzny, oczy rozszerzone ze zgrozy i… ciekawości. Nigdy. Nigdy tego nie robiła.

— Zrelaksuj się, słodka — warknął ten z tyłu, a potem wszedł. Ostry, palący ból rozdarł ją na pół.

Krzyknęła, ale ruch kolegi pod nią nie ustawał. Ból i rozkosz zmieszały się w jeden oszalały koktajl. Każde pchnięcie od tyłu napędzało ją mocniej na tego pod spodem. Jej oddech stał się szybkim, urywanym sapaniem. Czuła wszystko. Każdy centymetr, każdy nerw. Wstyd wypalił się w ogniu czystej, fizycznej intensywności.

— Zaraz… zaraz… — warknął ten pod nią.

Wyciągnęli się z niej, postawili przed sobą na kolanach. Dwa kutasy przed jej twarzą, lśniące od jej

soków. Mieli rozkazać, ale ona już wiedziała. Wzięła ich obu do rąk, przesuwając dłonie w górę i w dół, pochylając głowę, by brać ich do ust na zmianę. Była w transie. Jej język pracował, oczy mrużyły się.

Wyczuwała ich napięcie, ich zbliżający się finał.

Jeden z nich, ten z łańcuchem, zarechotał i odsunął jej głowę.

— Na twarz, suko. Daj to.

Ciepła, gęsta strugi spadły na jej policzek, powiekę, usta. Pachniał obco. Drugi, łysy, nie czekał.

Przewrócił ją z powrotem na wznak, wsunął się między jej rozchylone, posłuszne uda i wszedł w nią znowu, tym razem wolniej, głęboko. Pozycja misjonarska. Mogła widzieć jego twarz, wykrzywioną ekstazą. I wtedy to przyszło. Każde pchnięcie było celne, perfekcyjne. Tarło o jej łechtaczkę, wypełniało ją, napędzało. Jęk, który wydobył się z jej gardła, nie miał w sobie już nic z oporu. Był czysty, przenikliwy, pełen potrzeby. Czuła, jak coś w jej wnętrzu zaciska się, gotowe eksplodować.

— Tak, tak, kurwa, dochodź — warknął on, przyśpieszając.

I ona dobiegła. Orgazm wstrząsnął nią jak grom, falą skurczów tak intensywnych, że wygięła się w łuk, krzycząc w niepamięć. Jej własne wnętrze ściskało go, wyciskało z niego finał. Czuła gorący wytrysk w głębi siebie, napełniający ją, przelewający się. Obfity, kończący.

Kiedy się odsunął, ciepła, biała struga pociekła z niej na prześcieradło. Mężczyźni w milczeniu się ubrali, poprawili ubranie. Łysy pochylił się nad nią, leżącą rozbitą i drżącą.

— Nieźle, laleczko. To był tylko pierwszy raz.

Wyszli. Patrycja leżała nieruchomo, czując jak jej ciało pulsuje resztkami rozkoszy, a umysł zalewa fala lodowatego wstydu. Skuliła się, przyciągnęła do siebie brudny kocyk które wchłonął zapachy potu, spermy i jej własnej hańby. W uszach wciąż dźwięczały ich słowa: „To dopiero początek”. A teraz ta nowa, ciepła, obca wilgoć bulgocąca i wypływająca z jej wnętrza. Zastanawiała się, ile jeszcze może się zmieścić. Zaciśnięte powieki nie mogły powstrzymać kolejnych łez, ale te już nie były gorące od wstydu. Były letnie, bezsilne. I wtedy usłyszała skrzypnięcie podłogi.

Po drugiej stronie ściany panował półmrok. Lustro weneckie odbijało jedynie fragment saloniku obserwacyjnego — ciemne drewno, niską lampę, trzy sylwetki stojące w ciszy.

Marek stał najbliżej szyby. Ręce miał splecione za plecami, postawę spokojną, niemal urzędową. Nie komentował. Patrzył uważnie, jak ktoś, kto sprawdza przebieg procesu, którego wynik i tak jest przesądzony.

Obok niego Waldek oparł się o kredens. Co jakiś czas zmieniał ciężar ciała z nogi na nogę, jakby napięcie próbowało znaleźć ujście w drobnych ruchach. Jego twarz była twarda, skupiona. Przez chwilę odwrócił wzrok, potem znów spojrzał w lustro.

Janusz stał nieco z tyłu. Najciszej. Najbardziej nieruchomo. Jego spojrzenie było chłodne, analityczne — jakby notował coś w pamięci, bez emocji, bez potrzeby oceniania. Kiedy jeden z łysych mężczyzn wykonał krok w bok, Janusz lekko uniósł brew, ale nie powiedział nic.

Za szybą widać było tylko fragmenty ruchów, zmiany pozycji, napięcie ciał. Dźwięki nie dochodziły. To miejsce było zaprojektowane tak, żeby nic nie zakłócało obserwacji.

— Długo to potrwa? — zapytał w końcu Waldek, półgłosem.

Marek nie odwrócił się.
— Tyle, ile trzeba.

Znów zapadła cisza.

Janusz spojrzał na Marka, potem z powrotem na lustro. Jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko skinął głową — krótko, niemal niedostrzegalnie. Zrozumienie było pełne. Polecenia nie trzeba było wypowiadać na głos.

Dla nich to nie była scena. To była kontrola. Potwierdzenie, że wszystko przebiega zgodnie z ustalonym porządkiem.

Za szybą ktoś się poruszył. Marek nachylił się minimalnie do przodu, jakby chciał zobaczyć dokładniej. Potem wyprostował się i cofnął o krok.

— Koniec — powiedział spokojnie.

Drzwi do pokoju otworzyły się bez pukania.

Wszedł mężczyzna. Marek. Miał na sobie ciemną, dopasowaną marynarkę i koszulę, ale jego twarz nie była twarzą urzędnika. Szerokie ramiona, krótkie, przyprószone siwizną włosy, spojrzenie, które obmacywało ją szybciej i bezwzględniej niż dłonie tamtych dwóch. Nie mówił nic. Jego oczy, przesunęły się po jej skulonej postaci, po brudnym prześcieradle, kocyku, po kałuży na dywanie. Coś w nich błysnęło — nie gniew, nie pożądanie. Czysta, zimna ocena.

Patrycja wbiła paznokcie w swoje dłonie. Nie teraz. Proszę, nie teraz.

Marek zamknął drzwi. Dźwięk, który stał się już dla niej wyrokiem. Zdjął marynarkę, powoli, jakby rozbierając się do rytuału. Rzucił ją na krzesło. Potem przesunął dłonią po kroku spodni, gdzie materiał już się uwypuklał twardym, wyraźnym kształtem. Widział wszystko. Wiedział. I to go podniecało.

— Wstydzisz się? — Jego głos był niski, spokojny, prawie łagodny. Nie czekał na odpowiedź. Rozpiął pasek, rozporek. Czarny materiał opadł na podłogę. Stał przed nią tylko w koszuli, a spod niej wyłaniał się potężny, już w pełni gotowy członek. Gruby, z wyraźnie rysującymi się żyłami, sterczący z pewnością siebie, która onieśmieliła ją bardziej niż jakakolwiek przemoc.

Podszedł do łóżka. Jedną ręką chwycił brzeg kocyka, którym się okrywała, i jednym, stanowczym ruchem odrzucił je na bok. Patrycja wzdrygnęła się, próbując zakryć się rękami. On pochwycił jej kostki. Jego dłoń była sucha, gorąca i niezwykle silna. Rozdzielił jej nogi bez oporu, jakby rozginał patyki.

— Nie… — wykrztusiła, ale słowo było tak ciche, że zamarło w powietrzu. Nie zareagował. Przyciągnął ją bliżej krawędzi łóżka, sam usiadł, a potem położył się na niej całym ciężarem. Jego ciało było ciężkie, gorące, przygniatające. Czuła każdy mięsień jego klatki piersiowej przez cienką koszulę. Jednym biodrem rozparł jej uda jeszcze szerzej. Położył przedramię na jej podbródku, przytrzymując głowę. Nie całował jej. Tylko patrzył.

— Ciągle jesteś mokra — mruknął, a jego oddech pachniał miętą i czymś mocniejszym. — Po nich. To dobrze. I bez dalszych ceregieli, z precyzyjnym, miarowym pchnięciem bioder, wszedł w nią.

Wstrzymała oddech. Wypełnienie. Mimo że była rozciągnięta, spuchnięta, obolała po tamtych dwóch, jego człon był inny. Inaczej ją wypełniał. Szerszy, może? Dłuższy? Napierał na ścianki jej pochwy z cierpliwą, nieubłaganą siłą, docierając głębiej niż ktokolwiek wcześniej. Zacisnęła zęby, walcząc z nową falą upokorzenia. Ale jej ciało… jej zdradzieckie ciało zareagowało natychmiast. Wilgoć, która już tam była, gęstniała, ułatwiając poślizg. Ciepła fala rozlała się od spojenia łonowego w górę brzucha.

Marek zaczął się poruszać. Nie gwałtownie, nie dziko. Miarowo, głęboko, z zatrważającą precyzją. Każde cofnięcie było prawie całkowite, każdy powrót — pełny, mocny, wbijający ją w materac. Jego sutki, twarde przez materiał koszuli, ocierały się o jej piersi. Pochylił głowę i jego język, gorący i zwinniejszy niż się spodziewała, wślizgnął się między jej piersi, oblizał szerokim ruchem jeden sutek, potem drugi. Szorstki język na nadwrażliwej skórze. Dreszcz, który nią wstrząsnął, był gwałtowny i zupełnie mimowolny.

— Aaa… – jęknęła, a ten dźwięk napełnił ją jeszcze większym wstydem.

Marek się uśmiechnął, ledwie dostrzegalnie. Wbił spojrzenie w jej oczy i wsunął kciuk do jej ust. Rozkazał bez słów. Otworzyła je, a on położył palec na jej języku, przytrzymując jej głowę w miejscu, podczas gdy jego biodra nie przestawały wykonywać swojego rytmicznego, druzgocącego dzieła. Kutas ocierał się o każdy wrażliwy punkt w jej wnętrzu, tarł o miejsce, które teraz pulsowało żądzą, mimo wszystko, co się działo. Czuła, jak coś się w niej zbiera, ciasno, nisko.

Wtedy się zatrzymał. Wycofał się z niej całkowicie. Chłodne powietrze owiało jej rozpalone, wilgotne wargi sromowe. Patrycja otworzyła oczy, zdziwiona, a w głębi duszy — ku swojej zgrozie — rozczarowana tym nagłym brakiem. Marek wstał z łóżka. Chwycił ją za biodra, obrócił z siłą, która pozbawiła ją tchu, i ułożył na brzuchu, z pośladkami uniesionymi wysoko w górę. Jej twarz zanurzyła się w poszewce, która wciąż pachniała nimi wszystkimi.

Czuła na sobie jego wzrok, wędrujący po jej plecach, talii, po rozwartych pośladkach. Pośladkach, które instynktownie zacisnęła.

— Nie spinaj się — powiedział tylko, a jego głos brzmiał jak instrukcja. Czuła, jak jego kciuk rozgniata jej kroczę, rozprowadzając obfitą, mieszaną wilgoć niżej, ku temu drugiemu, wąskiemu, otworowi. Nagle poczuła tam chłodny dotyk. To była jego ślina. Splunął, a potem kciuk nie zaczął się napierać, lecz rozsmarowywał, kolistymi, niepokojąco łagodnymi ruchami.

— Proszę… — szepnęła, nie wiedząc nawet, o co prosi. Żeby przestał? Żeby kontynuował?

— Ciii – uciszył ją, a jego dłoń spoczęła na jej dolnej części pleców, przygważdżając ją do miejsca.

I wtedy poczuła nacisk. Tępy, nieustępliwy, zupełnie inny niż wszystko. Jej całe ciało zesztywniało w panicznym oporze. Marek nie używał siły. Po prostu napierał, centymetr po centymetrze, pozwalając jej ciasnym mięśniom oswajać się z wtargnięciem. Ból był ostry, palący, rozrywający. Łzy znów napłynęły jej do oczu, tym razem czyste, fizyczne. Krzyknęła, ale dźwięk zgasiła poduszka.

— Oddychaj — rozkazał, a jego głos był teraz napięty, zdradzający jego własne podniecenie. — Rozluźnij się.

Nie mogła. Mięśnie pośladków i ud były jak stalowe liny. Ale on był cierpliwy. Czekał. Jego palce wsunęły się pod jej ciało, chwyciły obie piersi i zacisnęły się wokół nich, nie szczypiąc, ale mocno ugniatając, rozciągając. Ten podwójny bodziec – ból w jednym miejscu, intensywna stymulacja w drugim – rozproszył jej uwagę na ułamek sekundy. W tym momencie wbił się głębiej. Jęk, który wydarł się z jej gardła, był pełen przerażenia i czegoś jeszcze… poddania. Wszedł. Cały.

Poczuła, jak wypełnia ją w sposób zupełnie nowy, nieprawdopodobnie intymny i brutalny. Marek zawył cicho z satysfakcji. Jego dłonie ściskały jej piersi mocniej.

— Jakaś ty ciasna — wycharczał. — Ani jeden z tych baranów cię tu nie tknął, co? Przecież widziałem jak ci wkładał w dupę!

Nie czekał na odpowiedź. Zaczął się poruszać. Krótkie, precyzyjne pchnięcia, które wstrząsały całą jej strukturą. Ból nie ustępował, ale przekształcał się. Stawał się intensywnym, gryzącym ciepłem, które rozlewało się po jej miednicy, mieszając się z zupełnie inną, płynącą z przodu rozkoszą. Jej pochwa, nieużywana, pulsowała pustką, głodna. Każde posunięcie w tył powodowało, że jej biodra mimowolnie szukały kontaktu, tarcia o prześcieradło.

Przyspieszył. Jego oddech stał się cięższy. Uderzenia były szybsze, twardsze. Patrycja czuła, jak każdy nerw w jej ciele jest naprężony jak struna. Płakała, ale jej ręce zacisnęły się na prześcieradle nie w geście odpychania, ale szukania punktu zaczepienia. Z jej ust, przygwożdżonych do materaca, wydobywał się ciągły, stłumiony jęk.

W pewnym momencie wycofał się równie nagle, jak wszedł. Obrócił ją z powrotem na plecy. Jej spojrzenie było zamglone, nieprzytomne. Podniósł ją, posadził na skraju łóżka, a sam usiadł. Jego członek, lśniący od jej soków i jego śliny, wciąż był twardy jak skała.

— Nadziejesz się teraz — powiedział krótko, prowadząc ją za biodra. — Jedź dziwko!

Patrycja, z umysłem zawieszonym gdzieś między koszmarem a ekstazą, usłuchała. Uniosła się na kolanach, sięgnęła dłonią, by naprowadzić go na wejście, i opuściła się na niego. Tym razem westchnęła głęboko. To było ulga. To było wypełnienie, którego teraz, po tamtym bólu, rozpaczliwie pragnęła. Zaczęła poruszać biodrami, najpierw nieśmiało, potem z rosnącą pewnością. Jej piersi podskakiwały w rytm jej ruchów, a Marek pochylił się i pochwycił ustami jeden z sutków, ssąc go, pocąc językiem. Ruch stał się szybszy, głębszy. Patrycja oparła dłonie na jego ramionach, jej palce wpiły się w mięśnie pod jego koszulą. Zapomniała. Zapomniała o wstydzie, o strachu, o tamtych dwóch. Istniał tylko ten rytm, to tarcie, ta głębia, w którą się zapadała. Jej oddech stał się chrapliwym sapaniem, jęki wydobywały się z niej swobodnie, bez oporu.

Czuła, jak napięcie w niej rośnie, zwija się w ciasny, gorący kłębek w samym dole brzucha. Marek też. Jego ruchy straciły swoją kontrolowaną precyzję, stały się gwałtowniejsze, głębsze. Jego dłonie wpiły się w jej pośladki, przyciągając ją mocniej do siebie z każdym pchnięciem w górę.

— Tak… kurwa, tak… — warknął przez zaciśnięte zęby.

To było hasło. Coś w niej pękło. Fala rozkoszy, ostrzejsza, głębsza i bardziej druzgocąca niż wszystko, czego doświadczyła wcześniej, przewróciła ją dosłownie i w przenośni. Jej krzyk rozdarł powietrze w pokoju. Ciało zesztywniało, a potem zatrzęsło się serią gwałtownych, niekontrolowanych drgawek. Jej pochwa zacisnęła się konwulsyjnie wokół jego członka, wyciskając z niego odpowiedź. Czuła, jak wylewa się w nią, gorąca i obficie, napełniając ją po same brzegi, przelewając się. Marek wydał z siebie głęboki, gardłowy pomruk, wbijając ją na siebie ostatni raz, aż do samej nasady.

Przez chwilę siedzieli tak, spleceni, oboje łapiąc oddech. Potem Marek, prawie obojętnie, podniósł ją z siebie i odstawił na bok, na łóżko. Ciepła struga spermy natychmiast pociekła z jej rozchylonych warg sromowych na pościel. On wstał, wyprostował koszulę, podszedł po spodnie. Ubierał się w milczeniu, jak po skończonej, rutynowej pracy.

Patrycja siedziała nieruchomo, patrząc, jak sperma powoli, leniwie spływa po jej wewnętrznej stronie uda.

Czuła ją w sobie. Bulgotała.

Marek, już gotowy do wyjścia, stanął w drzwiach. Obrócił się. Jego spojrzenie było teraz neutralne, analityczne.

— Dzisiaj koniec lekcji — powiedział, jego głos znów był gładki i kontrolowany. — Jutro też jest dzień.

Wyszedł. Zostawił drzwi otwarte.

Patrycja nie poruszyła się od razu. Wpatrywała się w smugę na swoim udzie. Najgorsze było to, że jej to się podobało. To uczucie całkowitego wypełnienia, utraty kontroli, ta zwierzęca intensywność… Marzyła o tym. Tylko zawsze w bezpiecznych ramionach chłopaka, w atmosferze miłości, a nie w tym brutalnym, poniżającym transie. A jednak… jej ciało wciąż mrowiło, pulsowało resztkami orgazmu, żądając więcej.

Co będzie jutro? Pojutrze? Pytania wirowały w jej głowie, ale nie przynosiły strachu. Przynosiły mroczne, wstydliwe podniecenie. Powoli, drżącymi dłońmi, dotknęła swojej piersi, a potem przesunęła palce w dół, przez brzuch, tam, gdzie wszystko było mokre, obolałe i… wciąż niespokojne.

W końcu wstała. Nogi miała miękkie, obce, ale utrzymały ciężar. Gdy otworzyła drzwi, na korytarzu stał Janusz. Ten sam, który wcześniej siedział przy stole, elegancki, spokojny, zawsze o krok za Markiem. Teraz nie wyglądał ani groźnie, ani życzliwie. Po prostu był. Nie patrzył na nią wprost — raczej obok, jakby była elementem do przemieszczenia. Skinął głową w stronę schodów.

Nie odezwał się ani słowem.

Szła obok niego naga, pół kroku z tyłu. Nikt jej nie dotykał. To było gorsze. Cisza w domu była gęsta, przerywana jedynie odgłosem kroków. Na schodach na moment zakręciło jej się w głowie, więc zwolniła. Janusz zwolnił razem z nią, bez komentarza, bez spojrzenia.

Na piętrze było pusto. Światło przytłumione. Gdy dotarli pod drzwi jej pokoju, zatrzymał się i odsunął o krok, jakby wykonał dokładnie to, co do niego należało. Otworzył drzwi. Poczekał, aż wejdzie.

Zanim je zamknęła, odwróciła się jeszcze w jego stronę. Głos miała cichy, ale stabilny, jakby pytała o coś zupełnie technicznego.

— Czy tak ma wyglądać mój dalszy pobyt przez te dwa tygodnie?

Janusz nawet nie drgnął. Nie odpowiedział. Przez krótką chwilę patrzył gdzieś ponad jej ramieniem, a potem po prostu odwrócił się i odszedł korytarzem.

Zamknęła drzwi sama.

Dopiero wtedy oparła dłoń o ścianę. Oddychała nierówno, próbując złapać rytm. Pokój wyglądał dokładnie tak jak wcześniej — łóżko nienaruszone, narzutka równo ułożona, zasłony lekko rozchylone. Ten porządek był niemal obraźliwy.

Usiadła na łóżku i spojrzała na swoje dłonie. Drżały. Złożyła je na kolanach, jakby to mogło je uciszyć.

Zrozumiała, że to nie był gest troski. To była procedura. A procedury oznaczały, że to miejsce ma swoje zasady. I że ona właśnie została w nie wpisana.

                                                                                                                                               CDN.

1,957
9.41/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.41/10 (12 głosy oddane)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.