Aktorska gra Patrycji (II)
10 stycznia 2026
Aktorska gra Patrycji
1 godz 15 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Patrycja nie spała tej nocy ani minuty.
Leżała na wąskim łóżku, wpatrzona w sufit, licząc oddechy, jakby to mogło ją czymś uratować. Myśli krążyły w kółko, uderzały o siebie, wracały do tych samych obrazów, słów i uczuć, których nie potrafiła uporządkować. Każdy dźwięk domu — skrzypnięcie, odległy szmer instalacji, nawet własne poruszenie się pod kołdrą — sprawiał, że napinała się jak struna.
Chciała uciec.
To pragnienie pojawiało się nagle, gwałtownie, jak impuls: wstać, otworzyć drzwi, biec. Tylko że zaraz potem przychodziła myśl trzeźwa i bezlitosna — dokąd? Dom stał na odludziu. Wiedziała to od początku. Droga, las, cisza. Żadnych świateł, żadnych ludzi. Ucieczka była tylko słowem, nie realną możliwością.
Po tym, co wydarzyło się w nocy, najbardziej pragnęła jednego: wody. Zmycia z siebie zapachu, ciężaru, wspomnień zapisanych na skórze. Marzyła, by stać pod strumieniem tak długo, aż przestanie czuć własne ciało. Ale myśl o wyjściu z pokoju paraliżowała ją bardziej niż brud, który miała wrażenie, że wciąż na niej jest.
Ten mały pokoik stał się jej azylem.
Był jedyną przestrzenią, nad którą miała jeszcze jakąkolwiek kontrolę. Zamknięte drzwi, cisza, znajomy układ mebli. Tu czuła się — jeśli nie bezpieczna — to przynajmniej mniej zagrożona. Każda myśl o przekroczeniu progu powodowała ścisk w żołądku.
Leżąc w ciemności, wracała do tego, co się stało. Do własnych reakcji. Do tego, jak bardzo zawiodło ją jej własne ciało. Jak odpowiedziało wbrew niej, wbrew strachowi, wbrew rozumowi. To było najgorsze. Nie oni. Ona sama.
Czuła narastające poczucie winy. Ciężkie, duszące.
Myślała o Łukaszu. O jego twarzy, o zwykłych rozmowach, o planach, które wydawały się jeszcze niedawno tak realne. Miała wrażenie, że go zdradziła — nie tylko czynem, ale tym, że jej ciało nie zaprotestowało tak, jak powinno. Ta myśl bolała bardziej niż wszystko inne.
Żałowała wyjazdu. Każdej decyzji, która ją tu przyprowadziła. Mogła zostać w domu. Zaprosić siostrę. Spędzić ten czas inaczej. Bezpiecznie. Normalnie. Ta alternatywna wersja rzeczywistości była teraz jak okrutny żart.
W końcu zmęczenie okazało się silniejsze.
Sen przyszedł nagle, ciężki i lepki, bez marzeń sennych, jakby ktoś zgasił światło. Kiedy się obudziła, przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Potem wszystko wróciło.
Nie miała pojęcia, która jest godzina. Telefon leżał martwy — rozładowany. W pokoju nie było zegara. Czas przestał istnieć. Była tylko cisza i ona.
Nie wychodziła. Nasłuchiwała.
Podchodziła do okna, ostrożnie, jakby bała się, że ktoś ją zobaczy. Spojrzała w dół. Za wysoko. Nawet gdyby spróbowała, ryzyko było zbyt duże. Myślała o tym przed snem — o skoku, o biegu — ale teraz wiedziała, że to była tylko rozpaczliwa fantazja.
I wtedy usłyszała kroki.
Zatrzymała się w pół ruchu. Serce przyspieszyło. Kroki zbliżały się, pewne, niespieszne. Zatrzymały się pod drzwiami. Zamek przekręcił się bez ostrzeżenia.
Do pokoju wszedł Waldemar. Jeden z tych mężczyzn, którzy siedzieli przy wczorajszej kolacji. Jego obecność wypełniła przestrzeń natychmiast, jakby zabrała z niej powietrze.
— To teraz do pokoju wchodzi się bez pytania? — zapytała chłodno, choć głos miała napięty.
Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na nią krótko, bez emocji.
— Masz wziąć prysznic — powiedział rzeczowo. — A potem wybrać ubrania z tych, które są przeznaczone na sesję fotograficzną.
Zrobił krótką pauzę, jakby upewniał się, że dotarło.
— I stawić się u szefa.
Nie podniósł głosu. Nie musiał.
Dla niego to były po prostu kolejne punkty do odhaczenia.
Jakby mówił o planie dnia. Jakby noc, która dla niej wciąż trwała, w ogóle się nie wydarzyła.
Wyszedł.
Drzwi zamknęły się cicho, a w pokoju znów zapadła cisza — gęsta, lepka, niemal nienaturalna. Patrycja siedziała jeszcze chwilę na łóżku, nieruchoma, jakby bała się, że każdy ruch może coś przywołać. Myśli wróciły natychmiast. Dlaczego jej to robią. Po co. Co ma z tym wspólnego ona — zwyczajna dziewczyna, która zgodziła się na wyjazd, bo nie potrafiła odmówić.
Spojrzała w stronę okna. Wpatrywała się w nie długo, jak w obietnicę. Chciała uciec. Wyfrunąć stąd jak ptak, zostawić za sobą ten dom, ten porządek, te reguły, których nikt jej nie wytłumaczył. Pytanie „co mam robić?” krążyło w jej głowie bez przerwy, bez odpowiedzi.
W końcu wstała.
Na gołe ciało narzuciła luźny T-shirt, zaciągnęła czarne legginsy i ostrożnie wyszła na korytarz. Każdy krok był świadomy, cichy. Łazienka była pusta. Zamknęła się w środku i dopiero wtedy pozwoliła sobie odetchnąć.
Prysznic przyniósł chwilową ulgę. Ciepła woda spływała po jej skórze, a ona stała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, pozwalając, by monotonne krople zagłuszyły myśli. Czuła, jak napięcie powoli odpuszcza, jakby woda mogła zabrać ze sobą choć część tego, co nosiła w środku. Było w tym coś kojącego, niemal uspokajającego — krótkie zawieszenie między tym, co było, a tym, co miało nadejść.
Zakręciła kurek. Cisza wróciła.
Ubrała się i wyszła na korytarz. Waldek stał tam, jakby nie ruszył się ani o krok. Nieruchomy. Czekający. Jego wzrok zatrzymał się na niej na ułamek sekundy dłużej, niż było to konieczne.
— Masz iść do tego samego pokoju co wczoraj — powiedział chłodno. — Tego z lustrem. Posprzątać. Czysta pościel leży na stoliku nocnym. Potem się przebierzesz.
Patrycja spojrzała na niego ostro.
— Czyli oprócz wszystkiego mam być jeszcze sprzątaczką? — rzuciła oschle.
Nie zmienił wyrazu twarzy.
— Masz to zrobić — odpowiedział spokojnie. — Jeśli chcesz protestować, musisz liczyć się z konsekwencjami. I koniec tematu.
Zamilkł na chwilę, po czym dodał:
— Chcesz tego?
Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie pozwoliła im spaść. Odwróciła się i poszła.
Szła tą samą drogą co poprzedniego wieczoru. Każdy zakręt, każdy fragment korytarza był jak echo wspomnienia, którego nie chciała pamiętać. Otworzyła drzwi.
Pokój wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętała. Koc leżał na dywanie, pościel była wymięta, poduszki porozrzucane. Na ścianie naprzeciw łóżka rozciągała się ogromna tafla lustra. Spojrzała w nie odruchowo.
Zobaczyła siebie. Tę samą twarz. To samo ciało. Piękną kobietę, jaką widzieliby inni. Lustro nie pokazywało jednak tego, co było w środku — chaosu, strachu, poczucia, że coś zostało w niej naruszone na zawsze.
Zrobiła, co miała zrobić. Sprawnie, mechanicznie. Zmieniła pościel, pozbierała rzeczy, przywróciła porządek. Jakby porządek w tym pokoju miał jakiekolwiek znaczenie. Wyszła stamtąd jak najszybciej, nie oglądając się za siebie.
Dopiero wtedy zrozumiała: to była gra. Gra, w którą została wciągnięta, choć nie znała zasad. Każdy gest, każde polecenie było częścią czegoś większego.
Poszła do pomieszczenia z ubraniami przygotowanymi na sesję. Albo coś, co miało nią być. Zastanawiała się, czy to wszystko nie jest tylko kolejną mistyfikacją. Kolejną warstwą tej samej gry.
Wybór był trudny. Nie było tam rzeczy zwyczajnych. Wszystko było eleganckie, dopracowane, zaprojektowane tak, by przyciągać wzrok. Nie jej styl. Nie jej świat.
W końcu zdecydowała się na czarną, skórzaną spódniczkę która przylegała do ciała, chłodna i gładka, podkreślając linię bioder w sposób, który był jej obcy, a jednocześnie niepokojąco skuteczny. Czarną bluzkę z miękkiego materiału która układała się lekko, kontrastując ze skórą – krótkie, koronkowe rękawy delikatnie otulały ramiona, a rozcięty dekolt odsłaniał więcej, niż była przyzwyczajona pokazywać. Pod spodem miała bieliznę starannie dobraną, elegancką; czarny biustonosz subtelnie rysował się pod materiałem bluzki, przyciągając uwagę nie nachalnością, lecz wyrafinowaniem. Pod spódniczką założyła stringi tego samego koloru do kompletu. Strój nie należał do niej, a jednak w nim była.
Nogi pozostawały nagie, gładkie, naturalne w swojej prostocie. Szpilki, smukłe i czarne, wymuszały wyprostowaną postawę, zmieniały sposób, w jaki stawiała kroki – wolniej, uważniej, jakby każdy ruch miał znaczenie. Nogi wyglądały na dłuższe, sylwetka na bardziej zdecydowaną.
Makijaż był niemal powtórzeniem wczorajszego: oczy podkreślone z umiarem, spojrzenie wyraźniejsze, ostrzejsze. Czerwona szminka domknęła całość – była jak podpis pod decyzją, której nie dało się już cofnąć.
Gdy spojrzała na siebie w lustrze, zobaczyła kobietę pewną, elegancką, niemal olśniewającą. Z zewnątrz wszystko się zgadzało.
Tylko ona wiedziała, ile kosztowało ją, by się na to zgodzić.
Dwóch łysych mężczyzn z którymi Patrycja miała do czynienia wczoraj siedziało w pomieszczeniu wypełnionym monitorami. Światło ekranów rzucało na ich twarze niebieskawą poświatę, podkreślając nieruchome spojrzenia. Kamery obejmowały każdy kąt domu. Każdy korytarz. Każdy pokój.
Patrycja była na kilku ekranach naraz.
Jeden z nich zmienił ujęcie, powiększył obraz, jakby chciał się upewnić, że nic mu nie umknęło.
— Widziałeś ją ? — rzucił drugi, z krzywym uśmiechem. — Cały czas taka… nieświadoma, niewinna.
— Wczoraj to była robota — odpowiedział pierwszy. — Szkoda, że nie da się cofnąć czasu. Może szef da nam znowu bonusa i będzie powtórka.
Zaśmiali się krótko, sucho. Bez radości. Bardziej jak ludzie komentujący powtórkę meczu niż czyjeś życie.
— Najlepsze są te drobiazgi — dodał drugi, wskazując ekran. — Ten jej tatuaż przy biodrze. Taka mała ćma. Nawet to podnieca. Że jej frajer dał ją sprzedać szefowi.
— On chyba ją rzadko ruchał, miała wszystko takie ciasne — mruknął pierwszy.
Drzwi pomieszczenia otworzyły się nagle. Śmiech ucichł momentalnie.
Do środka wszedł Janusz. Spojrzał na monitory, potem na nich.
— Szef pyta, czy kamery były wczoraj włączone — powiedział bez wstępów. — I czy wszystko się nagrało tak, jak chciał.
— Wszystko — odpowiedzieli niemal jednocześnie.
Jeden z nich dodał z zadowoleniem:
— Sprawdzaliśmy kilka razy. Dla pewności.
Znów się zaśmiali.
Janusz skinął głową, jakby chodziło o raport techniczny, i wyszedł bez słowa.
Monitory nadal świeciły. Obraz się nie zatrzymał.
Gra toczyła się dalej — a Patrycja wciąż nie wiedziała, że od początku była jej częścią.
Pukanie nie padło. Zamek znów przekręcił się bez zapowiedzi w jej pokoju.
Patrycja odwróciła się gwałtownie. Do pokoju wszedł łysy mężczyzna — ten sam, którego twarz wryła jej się w pamięć minionej nocy. Serce podskoczyło jej do gardła, ciało zareagowało szybciej niż myśl. Cofnęła się o krok, instynktownie, jakby chciała zwiększyć dystans, którego i tak nie było.
Bała się go. Nie w sposób teatralny czy histeryczny — to był strach głęboki, osadzony w ciele. Strach przed kimś, kto już raz przekroczył granicę tak daleko, że nie dało się jej już cofnąć ani nazwać tego łagodniej. To, co wydarzyło się w nocy, można było nazwać tylko jednym słowem, niezależnie od tego, jak reagowało jej ciało. Ona tego nie chciała. Ani wtedy, ani teraz.
Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie plecami. Jego wzrok przesunął się po niej powoli, bez pośpiechu, z tą samą pewnością, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa. Patrycja wiedziała, że gdyby tylko dostał pozwolenie, zrobiłby to samo jeszcze raz. Tu i teraz. Ta świadomość była jak lodowata dłoń na karku.
— Spokojnie — powiedział w końcu, tonem niemal obojętnym. — Szef nie kazał.
Wyprostował się i sięgnął do kieszeni. Wyjął małe, foliowe opakowanie i rzucił je na łóżko.
— Masz — dodał. — Wiadomość i pastylki. Od Marka.
Patrycja spojrzała na opakowanie, jakby było czymś niebezpiecznym. Dopiero po chwili podniosła na niego wzrok.
— Co to jest? — zapytała cicho, choć w środku wszystko w niej krzyczało.
Uśmiechnął się krzywo, bez cienia rozbawienia.
— A jak myślisz? — rzucił. — Chyba nie chcesz zajść w ciążę, co?
Słowa uderzyły w nią mocniej, niż się spodziewała. Poczuła mdłości. Przez moment miała wrażenie, że pokój się przechyla.
— Masz iść do szefa — dodał, już rzeczowo. — Teraz.
Nie było w tym groźby. Nie musiało jej być.
Patrycja wiedziała, że jakikolwiek sprzeciw nie ma sensu. Każde „nie”, każdy protest odbiłby się od ściany, której nie widziała, ale czuła ją bardzo wyraźnie. Skinęła głową, bardziej dla siebie niż dla niego.
Wyszła pierwsza. Osiłek szedł tuż za nią, wystarczająco blisko, by miała świadomość jego obecności na każdym kroku. Korytarze były ciche, niemal sterylne w swoim porządku. Dom zdawał się obserwować ją razem z nimi.
Po drodze minęli synów Marka. Dwóch młodych mężczyzn, podobnych do siebie i do ojca w tym samym, trudnym do uchwycenia sposobie. Przeszli obok niej, jakby była częścią wystroju — ani spojrzenia, ani słowa, nawet zwykłego „dzień dobry”. Jakby jej obecność nic nie znaczyła. Albo znaczyła dokładnie tyle, ile powinna w tym miejscu.
Drzwi do pokoju Marka były zamknięte.
Kiedy osiłek zapukał i otworzył je bez czekania na odpowiedź, Patrycja poczuła, że wchodzi kolejny poziom gry, z której nie znała wyjścia.
Patrycja weszła do pokoju Marka z uczuciem, jakby przekraczała granicę, zza której nie było już odwrotu. Pomieszczenie było przestronne, urządzone z chłodną elegancją — wszystko miało tu swoje miejsce, wszystko podporządkowane było kontroli. Marek stał przy biurku, odwrócony do niej plecami.
— Wyjdź — powiedział krótko, nie oglądając się. — Zostaw nas.
Łysy mężczyzna zawahał się tylko ułamek sekundy, po czym wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Cisza, która zapadła, była ciężka, niemal dusząca.
Marek odwrócił się powoli. Przez chwilę tylko na nią patrzył — bez pośpiechu, uważnie. Jego wzrok zatrzymywał się na jej twarzy, na rozmazanym makijażu, na napięciu w jej postawie. Patrycja czuła, że to spojrzenie z każdą sekundą się zmienia. Stawało się cięższe, bardziej natarczywe. W jego oczach pojawiło się coś, co sprawiło, że ścisnęło ją w żołądku — pożądanie, zimne i świadome.
— Masz mi to za złe? — zapytał w końcu spokojnie. — To, co wydarzyło się ostatniej nocy?
To jedno zdanie wystarczyło. Patrycja nie wytrzymała.
Łzy napłynęły jej do oczu i zaczęły spływać po policzkach, mieszając się z tuszem. Głos załamał się natychmiast.
— Dlaczego… dlaczego mnie tak traktujecie? — wyszeptała, a potem głośniej, z rozpaczą. — Co ja wam zrobiłam?
Płakała bez kontroli, jakby cała bezradność w końcu znalazła ujście. Marek nie odwracał wzroku. Patrzył na nią coraz uważniej, jakby jej płacz był częścią obrazu, który go interesował.
— W twoim życiu zaszły pewne wydarzenia — powiedział chłodno. — Takie, które sprawiły, że mimo tego, kim jesteś. Aktorką. Atrakcyjną kobietą… musiałaś stać się tym, kim jesteś teraz.
— Dziwką? — wyszeptała Patrycja, zadrżawszy, unosząc wzrok z oczu zalanych łzami. Jej głos był drżący, ale zdecydowany. — To… to nie ja. Nie jestem tym, co mówisz…
Łzy spływały jej po policzkach, a serce biło gwałtownie. Choć słowa Marka uderzyły w nią jak nóż, w odpowiedzi pojawiła się nuta sprzeciwu — cichy, bezsilny bunt przeciwko jego osądom.
Słowo zawisło w powietrzu jak policzek.
— Może przyjdzie kiedyś czas — dodał spokojnie — że wszystkiego się dowiesz i zrozumiesz. Ale nie dziś.
Sięgnął po pudełko chusteczek i podał jej je gestem niemal uprzejmym. Jego palce musnęły jej dłoń na moment dłużej, niż było to konieczne.
— Wytrzyj się.
Zrobiła to mechanicznie, oddychając nierówno, czując na sobie jego wzrok przez cały czas — oceniający, świadomy swojej przewagi.
Po chwili Marek wrócił do tonu czysto rzeczowego.
— Informuję cię, że sesja fotograficzna zacznie się jutro — powiedział. — Masz być gotowa.
Zapadła krótka cisza. Rozmowa powinna była się zakończyć.
Ale Marek nie odwrócił się ani nie wrócił do biurka. Zamiast tego zaczął się jej gapić — już bez udawanej neutralności. Jego spojrzenie wędrowało po niej otwarcie, z wyraźnym pożądaniem, jakby miała być kolejnym elementem planu, który już dawno został ustalony. Patrycja poczuła, że ten wzrok dotyka jej bardziej niż słowa — i że choć spotkanie dobiegło końca, ona wciąż była w jego władzy.
Czarna, skórzana spódniczka przylegała do jej ciała z obcą, chłodną gładkością. Patrycja czuła ją na każdym centymetrze ud i bioder, jak drugą, twardszą skórę, która zmieniała jej sylwetkę w coś ostrzejszego, bardziej zdecydowanego. Pod spódniczką, stringi wrzynały się w ciało delikatnym, nieustannym przypomnieniem. Rozcięty dekolt miękkiej bluzki odsłaniał skórę tam, gdzie zwykle była ukryta, a czarny biustonosz rysował się pod materiałem ledwo widocznym, ale wyrafinowanym śladem.
Stała w gabinecie Marka, a jego wzrok palił ją żywcem. Nie patrzył jej w oczy. Jego spojrzenie wędrowało od jej ust, podkreślonych czerwoną szminką, w dół, po szyi, zatrzymując się na wypukłości stanika, by następnie zgubić się w linii obcisłej skóry na jej biodrach i nagich, gładkich nogach, które szpilki czyniły długimi i pełnymi gracji, której w tej chwili wcale nie czuła. Przed chwilą płakała. Łzy, które otarła, zostawiły lekką ścieżkę na pudrze, ale to właśnie to, ten ślad niedawnej słabości, zdawał się go podniecać najbardziej. Jego oczy płonęły zimnym, skupionym pożądaniem.
— Podejdź — powiedział, a jego głos był niski, stanowczy, pozostawiający zero miejsca na dyskusję. Głos, który nie brzmiał jak pytanie.
Patrycja zrobiła jeden niepewny krok, potem drugi. Szpilki stuknęły cicho o drewnianą podłogę. Stanęła przed jego biurkiem.
— Przede mną. Blisko.
Przesunęła się, czując, jak oddech zamiera jej w piersi. Marek nie wstał. Oparł się wygodniej w wysokim skórzanym fotelu, a jego dłonie spoczęły na poręczach. Patrzył na nią jak na przedmiot, który właśnie nabył i zamierzał dokładnie obejrzeć.
— Klęknij
To nie było polecenie. To był fakt, który miał się wydarzyć. Serce zabiło jej gwałtownie, gardło zacisnęło się. Przez ułamek sekundy jej myśli szarpały się między wstydem, strachem, a dziwną, gnębiącą rezygnacją. Wiedziała, po co tu przyszła. Wiedziała, jaki jest układ. Opór był bezcelowy, a może nawet niebezpieczny. Poddanie się – jedyną drogą do wolności. Powolne, ciężkie. Zgięła kolana, opadając na miękką tkaninę dywanu. Skórzana spódniczka napięła się jeszcze mocniej na udach. Była teraz na jego poziomie, a on wciąż górował nad nią z fotela.
Nie mówiąc ani słowa, rozpiął guzik spodni, potem rozporek. Patrycja patrzyła, jakby zahipnotyzowana, na ten celowy, metodyczny ruch. Wyciągnął go na zewnątrz. Był już twardy, gotowy, łagodnie łukując się ku niej.
— Weź go. Rękami — rozkazał, a w jego głosie była cierpliwa pewność siebie kogoś, kto wie, że zostanie usłuchany.
Jej dłonie, zimne i nieco drżące, uniosły się. Dotknęły gorącej skóry. Był ciężki, pulsujący własnym rytmem w jej dłoniach. Poczuła jego strukturę, napięcie. Pochyliła głowę. Czerwona szminka odcisnęła się na jego długości, gdy zbliżyła usta. Obcy smak, słonawo-metaliczny, zmieszany z nutą mydła i czystej, męskiej skóry. Włożyła go do ust, powoli, pozwalając językowi owinąć się wokół główki.
— Taaaak….. — wyszepnął Marek, a jego palce wplotły się w jej włosy, nie gwałtownie, ale stanowczo. Nie popychał jej. Po prostu przytrzymał. Ona ruszyła głową, wykonując pierwszy, niepewny ruch ssania. Jej usta ściśle przylegały, język pracował u podstawy.
Ale on nie chciał powolności. Jego dłoń na jej potylicy zadziałała jak ster. Popchnął ją delikatnie do przodu, głębiej. Patrycja wydała stłumiony, zduszony dźwięk. Był za duży, wypełnił jej usta, sięgając aż do gardła. Krztusiła się, łzy znów zablokowały się w jej oczach. Odruchowo cofnęła się, wypluwając go z wilgotnym odgłosem.
Marek nie okazał gniewu. Uśmiechnął się tylko, ten sam, zimny, znajomy uśmiech. Wstał z fotela, podszedł do niego i usiadł z powrotem, rozwalając się bardziej.
— Tu. Przede mną. I nie tylko ustami. Ręką. Pokaż, jak bardzo chcesz, żebym skończył.
Znowu klękła, teraz między jego rozstawionymi nogami. Jedną dłonią objęła jego podstawę, ściskając pewniej. Druga dłoń otoczyła go wyżej. Zaczęła przesuwać dłoń w rytmicznym ruchu w górę i w dół, a jednocześnie pochyliła się, by językiem, płaskim i szerokim, polizać naprzemiennie główkę i wędzidełko. Słona wilgoć wypełniła jej usta. Zamknęła oczy, koncentrując się na ruchu: gładkość skóry pod jej językiem, pulsowanie żyły pod jej dłonią, coraz szybszy oddech Marka nad nią.
Wtedy jego dłoń sięgnęła do niej. Nie do głowy. Skierował się wyżej, ku jej piersi. Duża, ciepła dłoń objęła cały jej biust przez cienki materiał bluzki, ściskając bezceremonialnie. Patrycja wzdrygnęła się, ale nie przerwała ruchu. Jej dłoń pracowała szybciej, usta obejmowały go głębiej. Marek gniótł jej pierś, palce szukając sutka przez warstwę jedwabiu i koronki stanika. To nie było pieszczotliwe. To było badanie, zawłaszczanie.
Potem palce znalazły zamek między miseczkami. Jednym, sprawnym ruchem odpiął go. Haczyk puścił, materiał poluzował się. Jego dłoń wślizgnęła się pod stanik, odgarniając koronkową przeszkodę. Nagle, jej pierś, ciężka i blada, wypiętrzyła się na zewnątrz, chłodem powietrza obwieszczając swoją nagość. Wystarczyło jedno pociągnięcie.
Marek wydał z siebie gardłowy pomruk. Jego kciuk i palec wskazujący chwyciły teraz bezpośrednio za sutek, ściskając go, rozcierając między nimi. To nie był ból, ale intensywny, bezpośredni sygnał, który przebił się przez całe jej ciało prosto do krocza, gdzie, ku jej własnemu zdumieniu i przerażeniu, poczuła niechciany, zdradziecki skurcz ciepła.
Odpowiedziała gwałtownością. Szybciej. Musi skończyć. To jedyna droga. Jej ruch dłoni stał się niemal rozpaczliwie szybki, regularny. Usta obejmowały go całkowicie, ssała mocno, głęboko, pozwalając, by główka uderzała o podniebienie. Jej ślina mieszała się z jego prąciem, tworząc gładką, śliską maź, po której jej dłoń ślizgała się teraz bez oporu.
— Tak… właśnie tak… bierzesz to wszystko — jego głos był ochrypły, napięty jak struna. Druga jego dłoń dołączyła do pierwszej, teraz ściskając i rozmasowując obnażoną pierś niemiłosiernie.
Czuła, jak jego ciało sztywnieje, jak mięśnie brzucha napinają się pod jej dłonią. Jego chwyt w jej włosach stał się żelazny, przytrzymując ją na miejscu bez możliwości ucieczki. Nagle, głębokie, drżące westchnienie.
— Teraz. Wypij. Wszystko.
Gorący strumień uderzył w jej gardło. Gęsty, słony, o intensywnym, ziemistym smaku, który natychmiast wypełnił całą jej jamę ustną. Próbowała przełknąć, ale było za dużo, za szybko. Ciepła eskapada wypłynęła jej kącikiem ust, śliskim śladem na skórze. Zamknęła oczy, walcząc z odruchem wymiotnym.
— Nie marudź. Wszystko. Połknij — jego rozkaz był już spokojniejszy, ale wciąż nieznoszący sprzeciwu.
Przełknęła. Raz, drugi, trzeci. Czuła, jak spływa w dół jej przełyku, gorąca i obca. Smak utrzymywał się uparcie na języku.
Gdy otworzyła oczy, on wciąż na nią patrzył, z wypiekami na twarzy i ciemnym błyskiem w oczach. Był wyczerpany, ale triumfujący. Wskazał na swojego penisa, który wciąż był wilgotny i połyskujący.
— I teraz wylizuj. Do czysta. Każdą kroplę. Chcę widzieć, jak to robisz.
Pochyliła się znowu. Bez wahania. Jej język, miękki i determinowany, wyruszył w podróż od podstawy wzdłuż całej długości, zbierając pozostałości jego i jej śliny, mieszanki, która była teraz ich wspólnym dziełem. Skupiona, metodyczna. Wyczyszczała główkę ze szczególną starannością, ssąc delikatnie, by wydobyć ostatnie ślady. Smak był przytłaczający, wszechobecny.
Gdy odsunęła się, był czysty. Oddychała ciężko przez usta, a jej własne usta były obolałe, pewnie starte z szminki.
Marek spojrzał na nią, potem na swoje spodnie. Wciągnął wszystko z powrotem, zapinając się z precyzyjnym, finalnym kliknięciem. Jego twarz wróciła do biurowego spokoju, jakby ktoś przekręcił przełącznik. Obrzucił ją jednym, obojętnym spojrzeniem od stóp do głów, zatrzymując się na jej obnażonej piersi, która wciąż dyszała szybkim rytmem.
— Możesz iść — powiedział, odwracając się już w stronę monitora komputera, jakby nagle przestała istnieć.
Wyszła z gabinetu Marka niemal biegiem. Drzwi zamknęły się za nią cicho, ale w jej głowie wciąż dudniły słowa, spojrzenia, rozkazy. Korytarz wydawał się dłuższy niż wcześniej, jakby dom celowo nie chciał jej wypuścić z tego stanu napięcia. Skręciła w stronę łazienki, nie oglądając się za siebie.
Zamknęła się w środku i podeszła prosto do umywalki. Odkręciła kran i nachyliła się, nabierając wody w dłonie. Zrobiła kilka łyków, łapczywie, jakby chciała zmyć z siebie nie tylko obcy smak, ale całe to doświadczenie. Przełknęła, raz jeszcze, potem jeszcze raz. Woda była zimna, metaliczna, prawdziwa. Jedyna rzecz w tej chwili, która należała do niej.
Oparła dłonie o brzeg umywalki i uniosła wzrok.
Lustro wiszące nad nią pokazało jej twarz zmęczoną, bladą, z rozmazanym makijażem i oczami, w których nie było już nic. Patrzyła na siebie długo, jakby próbowała rozpoznać tę kobietę po drugiej stronie szkła.
— Znowu — pomyślała.
Myśl o narzeczonym wróciła nagle, boleśnie. O ich zwyczajnej bliskości, o czułości, o tym, że wszystko między nimi było proste i bezpieczne. I o tym, że po raz kolejny czuła się, jakby go zdradziła — nawet jeśli rozsądek mówił jej, że nie miała wyboru. Wyrzuty sumienia ścisnęły ją w piersi mocniej niż strach.
Poprawiła ubranie, wytarła usta, spróbowała doprowadzić się do porządku. Oddychała głęboko, aż w końcu poczuła, że może wyjść.
Kiedy chwyciła za klamkę, drzwi otworzyły się gwałtownie.
Waldek stał tuż przed nią. Musiał iść za nią od samego początku. Zrozumiała to w jednej chwili.
— Dokąd tak uciekasz? — rzucił cicho.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Złapał ją za ramię i jednym, zdecydowanym ruchem wciągnął z powrotem do łazienki. Drzwi zamknęły się za nimi z głuchym kliknięciem.
Serce przyspieszyło. Wiedziała, że to jeszcze nie koniec. I wiedziała coś jeszcze — że ciało drgnęło w niej nie ze strachu, a z czystej, niecnej ekscytacji.
Pchnął ją o chłodną, kaflową ścianę przodem, twarzą do tynku. Zatrzymała się na niej ciężko, wypinając pośladki bezwolnie, instynktownie. Jego dłoń znalazła się na jej spódnicy, śliskiej, skórzanej. Zacisnął garść materiału i poderwał go do góry, odsłaniając jej tyłek opięty czarnymi, ażurowymi stringami. Czuła, jak chłodne powietrze drażni nagą skórę pośladków i wewnętrzną stronę ud.
Za sobą usłyszała dźwięk rozpinanego rozporka. I szelest. Kiedy spojrzała przez ramię, zobaczyła, jak chwyta swojego kutasa dłonią. Był już twardy, pełny, gotowy. Przejeżdżał dłonią wzdłuż całej długości parę razy, powoli, demonstracyjnie, aż skóra napinała się, błyszcząca. Patrzył na nią, patrzył na swoje narzędzie, i wiedziała, że to tylko dla niej. To było zwierzęce.
Nie czekał dłużej. Podciągnął pasek stringów na bok, na siłę, rozciągając delikatny materiał. Odsłonił się cały jej kawałek łona, gładki od wosku, i tuż pod nim — wilgotną, różową szczelinę jej cipki. Spojrzał. Westchnął. „Śliczna” — mruknął, nie do niej, raczej do siebie. Splunął obficie w dłoń, naślinił palce, i bez ostrzeżenia wsunął je w nią. Dwa palce. Zimne, obce, ale przesmarowujące ją tą jego śliną. Wtargnęły głęboko, rozwierając ciasne mięśnie. Patrycja zamknęła oczy, wbijając czoło w ścianę. W duszy krzyczała, ale ciało… ciało zareagowało natychmiastową falą gorąca. Zdradzało ją. Wilgoć, która nie pochodziła od niego, zaczęła się sączyć, mieszając z jego śliną, czyniąc wejście śliskim, gotowym.
— Wiesz, że tego chcesz — szepnął jej do ucha, wyjmując palce z głośnym, mokrym cmoknięciem. — Wczoraj krzyczałaś, żebym nie przestawał.
I wsadził. Nie, nie wsadził. Wbił. Całym rozpędem, całą siłą, całą swoją długością i grubością, która nagle rozsadzała ją od środka. „Ach!” — zajęczała, ostry, krótki dźwięk bólu, który natychmiast przekształcił się w coś innego. Wypełnił ją do granic możliwości, aż poczuła, jak opiera się o sam koniec, o coś miękkiego i głębokiego w jej brzuchu.
Zaczął ją ruchać. Miarowo, ale z brutalną siłą. Jeden uderzeniowy ruch za drugim. Plecy, uda, pośladki — wszystko trzęsło się w rytm jego pchnięć. Jedną ręką złapał jej dłoń i przygwoździł z tyłu jej pleców, przytrzymując ją w bezruchu. Druga jej dłoń rozpłaszczała się na ścianie, szukając oporu. Czuła każdy szczegół. Każdy żyłkowany centymetr jego członka, który wsuwał się i wysuwał, rozciągając ją, pocierając o te newralgiczne punkty wewnątrz, o które sama nigdy nie potrafiła tak trafić.
Czuła go. Wszędzie. Zapach jego potu, gorzki zapach jego wody kolońskiej, odgłos ich złączonych ciał — mokre, głośne klaskanie, które odbijało się echem od płytek. I ten dźwięk… ten wulgarny, obsceniczny dźwięk był dla niej teraz wyrocznią.
Waldek puścił jej rękę. Teraz opierała się już obiema dłońmi o ścianę, zgarbiona, poddana. A on? On chwycił ją za cycki. Przez cienki jedwab bluzki i stanika złapał całe piersi w garść, ścisnął. Palce wędrówką znalazły sutki, stwardniałe jak kamyki. Wcisnął się pod materiał, pod fiszbinę, chwycił goły, wrażliwy sutek między kciuk a palec wskazujący i skręcił. Delikatnie, ale stanowczo.
„Aaa…” — jęk wyrwał się z jej gardła, długi, przeciągły. To nie był ból. To był czysty strumień rozkoszy, który przeszył ją od piersi aż do splotu. Zdrada ciała była całkowita. Umysł protestował, wspominał narzeczonego, jego delikatne pieszczoty. A tu — obelga, przemoc, posiadanie. I rozkosz tak intensywna, że aż łzy stanęły jej w oczach.
Waldek chwycił ją teraz obiema dłońmi za biodra, jego palce wżerały się w jej skórę. Przyciągał ją do siebie z każdym pchnięciem, jakby chciał wejść głębiej, choć to było niemożliwe. Jego kutas był już w niej po samą nasadę.
— Jesteś taką ciasną dziwką— warknął, a te słowa, zamiast ją upokorzyć, sprawiły, że jej cipka zadrgała, zaciskając się na nim mocniej.
Przestał nagle. Wycofał się. Była pusta, rozdarta, spragniona. Obrócił ją gwałtownie. Jego oczy płonęły. Skinął głową w stronę blatu przy zlewie.
— Siadaj!
Posłusznie, jak w transie, wspięła się na chłodny kamień. Rozszerzył jej nogi szeroko, bez żenady, i stanął między nimi. Teraz wszystko było widoczne. Cała jej wygolona, nabrzmiała, wilgotna cipka. W świetle sufitowej lampy błyszczała ich mieszaniną. Po prawej stronie, na biodrze, czernił się jej mały tatuaż — sekretny znak, który teraz należał też do niego.
Wszedł w nią znowu, z miejsca, z całych sił. Nie było już miarowości. Był tylko dziki, niepohamowany rytm. Jego biodra uderzały w jej udo z siłą, która przesuwała ją po blacie. „Chlap, chlap, chlap” — dźwięk był donośny, zwierzęcy, wypełniający małe pomieszczenie. Patrycja oparła się plecami o lustro. Głowa leciała do tyłu. Oczy przymykały się. Widziała tylko fragmentami: jego naprężoną twarz, błysk zębów, muskularne ramiona… i jego kutas, mokry od niej, wchodzący i wychodzący z jej rozchylonych warg.
Odlatywała. Świat zwężał się do tego dźwięku, do tego uczucia tarcia, wypełnienia, do tego palącego napięcia, które rosło w jej podbrzuszu jak kula ognia. Jęczała teraz otwarcie, nisko, chrapliwie, każdy oddech był stękiem.
— Patrz — warknął Waldek, zmieniając pozycję. Złapał ją i zsunął z blatu, odwrócił z powrotem, postawił na nogi i pochylił nad umywalką. Pozycja na pieska. Ale teraz jej twarz była zwrócona wprost do lustra. Widziała siebie. Rozczochraną, z ustami rozchylonymi w niemym krzyku, z makijażem rozmazanym łzami i potem. Widziała swoje oczy — puste, rozpalone, rozpustne. I widziała go za sobą, jego wielką dłoń na jej biodrze, jego ciało przyklejone do jej pośladków, i ten ruch, ten niszczycielski, cudowny ruch.
To ją dobijało. Widok własnej rozpadającej się przyjemności. Napięcie eksplodowało. Orgazm. Walił w nią jak fala tsunami. Krzyknęła, głucho, zduszonym jękiem, gdy jej ciało zesztywniało, a cipka zaczęła pulsować wokół jego członka w gwałtownych, niekontrolowanych skurczach. Wciągnęła powietrze, ale nie mogła oddychać. Świat zawirował.
Waldek nie zwalniał. Widział, czuł, jak ona szczytuje. To był jego sygnał. Jeszcze kilka gwałtownych, głębokich pchnięć i on też zawył, chrapliwie, zwierzęco. Wycofał się z niej nagle, ostatnim, drgającym ruchem. Ciepło, gęste, obce. Czuła, jak jego sperma tryska na jej spódnicę, na gołą skórę pośladków. Strugi, ciężkie, lepkie. Potem jego dłoń. Rozmazał ją po materiale, po jej skórze, jakby znacząc swoją własność. Dłoń była twarda, stanowcza.
Pochylił się. Jego usta znalazły się tuż za jej uchem. Gorący oddech. Pocałował to miejsce, delikatnie, w kontraście do wszystkiego, co przed chwilą.
— Byłaś idealna — wyszeptał, a jego głos brzmiał jak szczere uznanie.
Zapiął rozporek. Ostatnie spojrzenie rzucił na jej odbicie w lustrze — na jej oszołomioną twarz i na ślady swojej dominacji na jej spódnicy. Wyszedł. Drzwi znów się zamknęły.
Patrycja stała tak przed lustrem przez długą chwilę, oddychając ciężko, opierając się o umywalkę. W oczach powoli wracała świadomość. Spojrzała na swoją spódnicę. Biała plama na czerni. Poprawiła ubranie, wygładziła dłonią materiał, czując pod palcami zasychającą, kleistą wilgoć. Nie próbowała jej zetrzeć.
Wyszła na korytarz. Kroki były pewniejsze. W głowie nie było już myśli o narzeczonym, o zdradzie, o wyrzutach. Była tylko jedna, paląca, niecna prawda, która rozgrzewała ją od środka, sprawiając, że między nogami znów poczuła przyjemne, drżące mrowienie.
Najlepsze w tym wszystkim było to, że jej się to bardzo spodobało.
Wracając do pokoju, Patrycja szła ostrożnie, niemal na palcach. Każdy krok po korytarzu wydawał jej się zbyt głośny, a myśl, że mogłoby ją spotkać jeszcze coś „ciekawego”, wywoływała skurcz w żołądku. Zerknęła przez okno — na zewnątrz było już ciemno. Dzień skończył się niepostrzeżenie.
W pokoju odłączyła telefon od ładowarki i włączyła go niemal z nabożną nadzieją. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, licząc, że tym razem pojawią się choćby kreski zasięgu. Nic. Uparcie widniał napis: No Signal. Zegar wskazywał chwilę po osiemnastej.
Westchnęła cicho.
Nie chciała już na siebie patrzeć w tym stroju. Szybko się przebrała — zwykły biała koszulka i legginsy. Neutralnie. Bezpiecznie. Jakby ubranie mogło stać się tarczą. Wystawiła głowę na korytarz i przez moment nasłuchiwała. Cisza. Wzięła ręcznik i ruszyła pod prysznic.
Ciepła woda pomogła jej odzyskać choć odrobinę kontroli. Zmyła z siebie napięcie, zapachy, wspomnienia. Kiedy wróciła do pokoju, zauważyła na stole tacę z jedzeniem. Musiała zostać przyniesiona, gdy była pod prysznicem. Ktoś tu czuwał. Zawsze.
W tym samym czasie, w niewielkim pomieszczeniu pełnym monitorów, siedzieli Janusz i dwaj potężnie zbudowani mężczyźni. Atmosfera była gęsta od dymu papierosowego i niskich głosów.
— Szef ma dziś dobry humor — mruknął jeden z osiłków, zerkając na ekran i krzywiąc się w półuśmiechu.
— Zawsze ma, jak trafi mu się… interesujący materiał — odpowiedział drugi, nie odrywając wzroku od monitorów.
Janusz prychnął cicho.
— Materiał materiałem, ale trzeba przyznać, że dziewczyna wie, jak na siebie zwrócić uwagę. Nawet jak udaje, że nie chce.
— No… — jeden z nich zawiesił głos. — Jest w niej coś takiego. Wygląda na niewinną, a jednocześnie… robi wrażenie.
— I to jest właśnie najgorsze — dodał drugi z niskim śmiechem. — Taka kombinacja zawsze kończy się kłopotami.
Janusz zgasił papierosa i spojrzał na nich ostrzegawczo.
— Pamiętajcie, gdzie jest wasze miejsce. Patrzeć można, gadać też… ale reszta za zgodą i pozwoleniem.
Zapadła krótka cisza, przerywana tylko cichym szumem sprzętu.
— Jasne — mruknęli niemal jednocześnie.
Patrycja usiadła na łóżku, patrząc na jedzenie, ale nie była głodna. Wiedziała tylko jedno: dom nie zasypiał. A ona nie była w nim sama — nawet jeśli wokół panowała cisza.
I to było najbardziej niepokojące.
Tymczasem Janusz wyszedł z pomieszczenia monitorów i natknął się na Waldka w korytarzu. Nie zagadywał go o to, co działo się wcześniej w łazience. Zamiast tego rzucił szybko, bez wahania:
— Jutro przyjeżdża fotograf. Ma ze sobą asystenta. Gość zna się na robocie, kręcił filmy porno i robił ostre fotki do magazynów z naszymi dziewczynami. To będzie sprawdzony standard.
Waldek kiwnął głową, słuchając w milczeniu.
— Problem jest tylko z makijażystką — dodał Janusz. — Nie będzie mogła przyjechać.
— Myślisz, że to dla niej problem? — zapytał Waldek. — Przecież aktoreczka, kobieta… powinna sobie poradzić. Potrafi zadbać o siebie.
— Tak, myślę, że da radę — odparł Janusz. — Jeden z nas powie jej tylko o wszystkim, żeby wiedziała. Szef kazał też, żeby dzisiaj wieczorem i w nocy nie była ruszana. Ma być wypoczęta na jutro.
Waldek skinął głową.
— Dobrze, zaraz do niej pójdę.
Janusz odprowadził go wzrokiem, a potem ruszył w stronę swojego pokoju. Cisza korytarza była ciężka, a myśli Waldka skupione. Wiedział, że plan jest jasny i nie ma miejsca na błędy.
Waldek wszedł do pokoju Patrycji bez zapowiedzi. Stanął w drzwiach, spojrzał na nią oschłym, nieodgadnionym wzrokiem i powiedział:
— Jutro zaczyna się sesja fotograficzna.
Dodał po chwili, równie chłodno:
— Makijażystki nie będzie. Daj sobie radę sama. Jako kobieta powinnaś umieć ładnie sobie zrobić makijaż, prawda?
Patrycja milczała. Nie chciała wchodzić w żadną rozmowę, żadną dyskusję. Wiedziała, że w oczach tych ludzi nie jest człowiekiem z duszą ani osobą z prawem do własnych decyzji. Była tylko przedmiotem, który ma spełniać czyjeś oczekiwania.
Waldek spojrzał na nią jeszcze raz i, jakby przypadkiem, dodał:
— Potrzebujesz czegoś? Do jedzenia, do picia? Kolacja smakowała?
Dla Patrycji te słowa były jak żart, groteskowy i okrutny: najpierw prawie ją zgwałcił, a potem grzecznie pytał, czy wszystko w porządku.
Na odchodne rzucił jeszcze:
— Wyśpij się. Dobranoc.
Drzwi zamknęły się cicho, a w pokoju znów zapanowała cisza. Jedynym światłem była mała lampka nocna przy łóżku. Patrycja leżała w półmroku, bez sił, by ruszyć się z miejsca. Wiedziała, że problem z zaśnięciem będzie jej towarzyszył do końca pobytu w tym miejscu.
Jej umysł zaczął niebezpiecznie błądzić, mnożąc pytania: co to będzie za sesja fotograficzna? Co się stanie, jeśli po tych blisko dwóch tygodniach nie pozwolą jej wyjść? Kto ją odnajdzie, jeśli zniknie bez śladu? Łukasz… też został okłamany. Pewnie myśli, że jest w zupełnie innym miejscu, w bezpiecznym domu, a nie w tym labiryncie manipulacji i przemocy.
Nie mogła uciec od wspomnień z łazienki, od własnych reakcji podczas ostatniego spotkania z Waldkiem. Przerażało ją to, że jej ciało mogło w takiej sytuacji reagować przyjemnością, że mogło jej się to podobać. Myśli krążyły w kółko, wracały do tamtej chwili, mieszały się z poczuciem winy, z wstrętem do samej siebie, z bezradnością.
Po blisko dwóch godzinach takiego rozmyślania zmęczenie wzięło górę. Senność, która wcześniej wydawała się niemożliwa do osiągnięcia, w końcu ją ogarnęła. Zamknęła oczy, ciało odpoczywało, a umysł — choć nadal pełen pytań — pozwolił jej zasnąć.
Nadszedł kolejny dzień. Patrycja obudziła się powoli, jeszcze przez moment niepewna, gdzie się znajduje ani która jest godzina. Światło poranka zaczynało wkradać się przez szczelinę w zasłonach, delikatnie rozświetlając pokój. Na ekranie telefonu dostrzegła godzinę – nieco po ósmej.
Obróciła się na bok i sięgnęła po kubek wody stojący na stoliku. Obok leżały tabletki antykoncepcyjne, które dostała wczoraj. Wzięła jedną, popijając ją powoli, pozwalając, by chłodna woda przyniosła choć odrobinę ulgi.
Za drzwiami dobiegły ją odgłosy rozmów – głosy, których nie potrafiła jeszcze przypisać do konkretnych osób. Napięcie w żołądku zrobiło się wyraźniejsze.
Ubrała się w legginsy i prostą koszulkę, ruchy mechaniczne, jakby ciało znało drogę, zanim umysł zdążył w pełni przetworzyć sytuację. Stanęła w półmroku, słuchając uważnie każdego dźwięku, każdej kropli i szelestu, jakby dom sam chciał podpowiedzieć jej, co będzie się działo dalej.
Nagle wyłowiła z szumu dźwięków głos, który znała aż za dobrze. To był Marek. Stał gdzieś na korytarzu i rozmawiał z Waldkiem oraz Januszem. Mówił spokojnie, rzeczowo, jak ktoś wydający polecenia, które nie podlegają dyskusji.
Zatrzymała się w pół kroku i wstrzymała oddech.
— Jak przyjedzie Paweł z Mirkiem, macie im dać wszystko, czego będą potrzebować — mówił Marek niskim, pewnym tonem. — Paweł jest profesjonalistą, zna się na swojej robocie. Pracował już dla nas, robił zdjęcia naszym dziewczynom. Teraz współpracuje z Rosjanami, przy ich produkcjach, ale to sprawdzony człowiek.
Padło imię Mirka — asystenta, młodego, uczącego się dopiero fachu. Marek mówił dalej, jakby omawiał logistykę zwykłego zlecenia.
— Wszystko jest przygotowane. Basen gotowy. Będą też zdjęcia w sypialni… delikatne, bez ubrań. Spokojne, bez kombinacji.
Patrycja poczuła, jak ściska ją w żołądku.
— Jakby były jakiekolwiek problemy — ciągnął Marek — bierzecie auto i jedziecie do granicy. Tam jest zasięg. Nie chcę żadnych niespodzianek.
Zapadła krótka pauza.
— Ja biorę Piotrka i Damiana. Jedziemy do Krakowa, jutro wieczorem wracamy.
Jeszcze przez chwilę słychać było przesuwane kroki, ciche rozmowy, dźwięk zamykanych drzwi. Potem dom znów ucichł, jakby nic się nie wydarzyło.
Patrycja cofnęła się powoli i usiadła na łóżku. Serce biło jej zbyt szybko. Sesja, o której mówili, nagle przestała być abstrakcyjnym hasłem. Stała się czymś realnym, zaplanowanym co do szczegółu — bez jej udziału, bez pytania o zdanie.
Bała się. Nie samego aparatu, nie obcych ludzi. Bała się tego, że wszystko było już postanowione, a ona miała być tylko elementem planu, który toczył się dalej, niezależnie od jej lęku.
Siedziała nieruchomo, wsłuchana w ciszę, wiedząc, że następny krok tej historii zbliża się nieubłaganie.
Samochód zajechał pod dom cicho, niemal bez zapowiedzi. Patrycja usłyszała najpierw odległy dźwięk silnika, potem trzask zamykanych drzwi. Podeszła do okna i uchyliła zasłonę na tyle, by móc obserwować wszystko dyskretnie, nie rzucając się w oczy.
Przed główne wyjście wyszedł Janusz — dokładnie w tej samej chwili, jakby wiedział co do minuty, kiedy goście się pojawią. Jego postawa była swobodna, pewna, pozbawiona jakiejkolwiek nerwowości.
Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Jeden starszy, około czterdziestki — wysoki, z pewnym siebie ruchem, który zdradzał doświadczenie i rutynę. Drugi wyraźnie młodszy, może dwadzieścia lat, trzymający się pół kroku za nim, uważny, jakby chłonął wszystko, co działo się wokół. Patrycja nie miała wątpliwości: to musieli być Paweł i Mirek.
Przywitali się z Januszem krótkimi uściskami dłoni. Padło kilka słów, wymienionych niskim głosem, bez śmiechu, bez zbędnych gestów. Rozmowa wyglądała bardziej jak szybkie ustalenie faktów niż towarzyska pogawędka. Po chwili wszyscy trzej skierowali się do wejścia i zniknęli w środku budynku.
Odsunęła się od okna i opadła ciężko na krzesło. To, co jeszcze rano było tylko zapowiedzią, właśnie stało się rzeczywistością. Sesja przestała być planem — była już w drodze, razem z ludźmi, którzy mieli ją przeprowadzić.
Do drzwi zapukał cicho Waldek, po czym nie czekając na odpowiedź uchylił je i zajrzał do środka.
— Chcesz coś do jedzenia albo picia? — zapytał rzeczowo.
Skinęła głową.
— Kanapkę… i wodę mineralną.
Przyjął to bez komentarza, jakby była to część ustalonego porządku dnia. Zanim wyszedł, zatrzymał się jeszcze na moment w drzwiach.
— Jak zjesz śniadanie, zejdź do holu. Przyjechał fotograf, będzie chciał zacząć sesję.
Słowa zabrzmiały spokojnie, niemal neutralnie, co tylko pogłębiło jej niepokój. Patrycja spojrzała na niego uważnie.
— To do porno rozkładówki? — zapytała, bardziej z przekory niż z nadziei na szczerą odpowiedź.
Waldek nie odpowiedział. Przez krótką chwilę patrzył gdzieś obok niej, jakby pytanie w ogóle do niego nie dotarło. Potem po prostu wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.
Zeszła do holu, choć zajęło jej to znacznie więcej czasu, niż powinno. Zatrzymywała się co kilka kroków, jakby próbowała odsunąć od siebie moment, który i tak był nieunikniony. Myśli krążyły w kółko, a każdy kolejny stopień wydawał się cięższy od poprzedniego.
Nie przebrała się specjalnie. Miała na sobie to samo, co założyła rano — prosto, zwyczajnie. Makijaż był minimalny, niemal niedbały. Nie zależało jej na tym, by dobrze wypaść, nie chciała robić wrażenia ani udawać, że ta sytuacja ma dla niej jakiekolwiek znaczenie inne niż to, które już jej narzucono.
W holu byli Waldek i Janusz. Zachowywali się tak, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło, jakby wcześniejsze zdarzenia w ogóle jej nie dotyczyły. Przedstawili ją Pawłowi i Mirkowi w sposób rzeczowy, niemal formalny.
Paweł spojrzał na nią uważnie.
— Chłopaki mówili, że jesteś aktorką — powiedział po chwili. — Szczerze mówiąc, nie skojarzyłem od razu. Dopiero teraz… Widziałem cię w telewizji. Seriale, reklamy.
Mirek uśmiechnął się lekko i zaczął wymieniać tytuły, w których — jak się okazało — faktycznie ją kojarzył.
Na pierwszy rzut oka wydawali się Patrycji zwyczajnymi facetami. Sprawiali wrażenie ludzi, którzy przyszli wykonać swoją pracę i wrócić do domu. I miała rację. Byli tylko zatrudnieni — przynajmniej Paweł. Nigdy nie pytał po co ani dla kogo. Pracował, realizował zlecenia, przekazywał wiedzę dalej. Mirek dopiero się uczył, obserwował, chłonął wszystko, co mówił starszy kolega — nawet to, jak traktować klientów.
— Muszę zapytać — odezwał się Paweł. — Wiesz, że nie będzie makijażystki? To dla ciebie problem?
Zanim Patrycja zdążyła odpowiedzieć, odezwał się Janusz.
— Dla Patrycji to żaden problem. Poradzi sobie.
Paweł skinął głową i spojrzał na nią ponownie.
— W porządku. Od czego chciałabyś zacząć? Mam listę. I ile potrzebujesz czasu na przygotowanie? My w tym czasie wniesiemy sprzęt i się rozłożymy.
Patrycja zerknęła na kartkę. Pozycje były wypisane jasno i bez emocji: eleganckie ubrania na wyjście, bielizna, stroje kąpielowe, sceny łóżkowe — soft.
— Pierwsza pozycja — powiedziała cicho.
— Dobrze — odpowiedzieli Paweł i Mirek niemal jednocześnie.
Dali znać Waldkowi i Januszowi, że zaczną przygotowywać pomieszczenie, po czym wyszli do auta po sprzęt.
Patrycja wróciła do swojego pokoju. Chciała zrobić makijaż starannie, dokładniej niż wcześniej, ale ręce drżały jej tak bardzo, że ledwo była w stanie utrzymać pędzel. Czuła napięcie w całym ciele, jakby każdy mięsień był zaciśnięty.
Wychodząc z holu, miała świadomość, że jest obserwowana. Spojrzenia Waldka i Janusza towarzyszyły jej aż do momentu, gdy zniknęła za drzwiami. Cisza, która po niej zapadła, była równie ciężka jak myśli, z którymi została sama.
Gdy wszyscy wyszli, Janusz przysunął się bliżej Waldka, spojrzał mu prosto w oczy i szepnął:
– Słuchaj, tylko jedno – żeby się nie wygadała. Ani słowa. Nie chcę, żeby jebnęła jakąś niepotrzebną rzecz.
Waldek oparł się nonszalancko o framugę drzwi, uśmiechnął się lekko i odpowiedział:
– Luz, stary. Nawet Paweł nic nie zrobi. Gość jest profesjonalistą – może co najwyżej współczuć, ale wie, że my jesteśmy klientami, a on kasę bierze solidną. Za robotę się płaci, nie?
Janusz przetarł ręce, kiwnął głową, po czym prychnął:
– Właśnie. Gość tyle razy robił zdjęcia dziewczynom z branży i ani razu nie puścił pary z gęby. Wie, jak się zachować. My tu rządzimy, ale on zna swoje miejsce.
Waldek uśmiechnął się pod nosem, jakby cieszył się z przewagi:
– Dokładnie. On robi swoje, my swoje. A ona niech się tylko nie wygłupia. Inaczej będzie miała problemy, a my nie chcemy dramatu.
Janusz spojrzał jeszcze raz w stronę drzwi:
– Dokładnie tak. Ale lepiej mieć oczy i uszy szeroko otwarte, rozumiesz?
Waldek pokiwał głową, z lekkim uśmiechem:
– Jasne, stary. Spokojnie, wszystko idzie jak w zegarku.
Janusz przysunął się bliżej Waldka, spojrzał mu w oczy i zapytał cicho, z nutą niepokoju:
– A kamery? Wszystko włączone, czy chłopacy pilnują na żywo?
Waldek pokiwał głową, uśmiechając się lekko pod nosem:
– Spokojnie, stary. Wszystko nagrywane. Nic się nie zgubi. Oni tam siedzą, patrzą, nagrywają każdy ruch. Każdy detal będzie w rękawie.
W swoim pokoju Patrycja usiadła przy lustrze i delikatnie poprawiała makijaż. Nie chciała niczego ostrego ani przesadnego – zależało jej, żeby wyglądać naturalnie, a jednocześnie świeżo i dziewczęco. Najpierw nałożyła lekki podkład, który wyrównał koloryt skóry i ukrył drobne niedoskonałości, bez tworzenia efektu maski. Odrobina różu na policzkach dodała jej rumieńców, sprawiając, że wyglądała młodziej i bardziej wrażliwie.
Oczy podkreśliła neutralnym cieniem w ciepłych tonach – jasnym beżem na powiece ruchomej i nieco ciemniejszym brązem w załamaniu, co sprawiło, że spojrzenie było wyraźniejsze, a nadal naturalne. Rzęsy delikatnie pomalowała maskarą, wydłużając je i podkręcając, ale bez przesady, tak aby wyglądały jak naturalne. Brwi ułożyła cieniem i żelem, nadając im kształt i lekki wyraz. Usta pokryła błyszczykiem w jasnym różowym odcieniu – subtelny połysk sprawiał, że wyglądały świeżo, bez sztucznego efektu. Całość tworzyła wrażenie młodej, dziewczęcej urody, przyciągającej wzrok, ale nie krzyczącej „makijaż”.
Spojrzała w lustro i prawie się uśmiechnęła. Była gotowa.
Następnie ułożyła fryzurę taką, jaką zwykle nosiła na eventach. Grzywkę opuściła na czoło i starannie zaczesała na prawą stronę, a z tyłu elegancko spięła włosy. Dzięki charakterystycznej grzywce była natychmiast rozpoznawalna – to był jej znak rozpoznawczy. Poza tym w tak ułożonych włosach czuła się pewniej, jakby część jej codziennej pewności siebie wróciła wraz z tym prostym, a jednocześnie wymownym gestem.
Wstała i udała się do pomieszczenia, w którym przygotowane były wszystkie ubrania i akcesoria do sesji. Suknie wisiały starannie na wieszakach, ułożone według fasonów i kolorów, ich połysk w świetle lamp nadawał im niemal wystawowy charakter. Choć już wcześniej bywała w tym miejscu, teraz przyglądała się wszystkim detalom uważniej. Każdy materiał, każdy haft wydawał się istotny. Na specjalnych półkach w kartonach w foliach leżała wyzywająca bielizna, starannie poukładana w dziesiątkach pudełek.
Wybrała kilka sukienek wieczorowych oraz kilka koktajlowych w różnych kolorach. Do tego przygotowała kilka par butów na wysokim obcasie oraz eleganckie dodatki – kopertówki i różnorodną biżuterię, która mogła uzupełnić każdą stylizację.
Kiedy zeszła do holu, czekali już na nią Paweł z Mirkiem, byli też i Waldek i Januszem ale oni zaraz gdzieś wyszli.
— Gotowa? — zapytał, przyglądając się jej uważnie.
— Tak, jestem ready — odpowiedziała, starając się brzmieć pewnie.
Paweł lekko się uśmiechnął.
— Makijaż wyszedł idealnie, wygląda bardzo naturalnie. Chodzi mi bardziej o ubrania.
— Wszystko mam gotowe — odpowiedziała, czując lekkie napięcie, ale próbując zachować spokój.
Mirek wtrącił z uśmiechem:
— No to możemy ruszać, wszystko już ustawione w studio.
Fotografowie poprowadzili ją do sali gimnastycznej, która została przekształcona w profesjonalne studio specjalnie na potrzeby tej sesji. Pomieszczenie było już w pełni przygotowane — rozstawione lampy z dyfuzorami i parasolami, statywy z aparatami oraz tło rozwieszone na jednej ze ścian tworzyły spójną, roboczą przestrzeń. Cały sprzęt ustawiony był precyzyjnie, tak aby sesja mogła przebiegać sprawnie i bez zbędnych przerw.
Patrycja rozejrzała się po sali z lekkim zdziwieniem. Profesjonalizm miejsca robił wrażenie, ale jednocześnie czuła, jak w środku narasta napięcie.
Paweł spojrzał jeszcze raz na plan studia i zwrócił się do niej rzeczowym tonem:
— Musimy ustalić jedną rzecz. Gdzie chcesz się przebierać? Tutaj na miejscu możemy wydzielić kącik albo możesz wracać do pomieszczenia, gdzie są wszystkie ubrania.
Patrycja zastanowiła się przez chwilę.
— Wolałabym przebierać się tam, gdzie są rzeczy — odpowiedziała spokojnie.
— Jasne — skinął głową Paweł. — Jak będziesz gotowa do pierwszej stylizacji, daj nam znać.
Mirek rzucił jeszcze, sprawdzając światło:
— Pierwszy set mamy już przygotowany.
Patrycja odwróciła się w stronę wyjścia, czując, że sesja właśnie się zaczyna — na serio.
Przygotowała pierwszą stylizację — złotą, cekinową sukienkę mini z długim rękawem. Gdy wyszła na plan, od razu było jasne, że wybór był idealny. Sukienka układała się na jej sylwetce perfekcyjnie, odbijając światło lamp przy każdym ruchu. Mocno podkreślona talia nadawała figurze wyraźny efekt klepsydry, a krótka długość eksponowała długie, smukłe nogi, dodatkowo wydłużone przez wysokie szpilki.
Dekolt dodawał stylizacji zmysłowości, ale długie rękawy równoważyły całość, utrzymując ją w eleganckim, luksusowym tonie. Z charakterystyczną grzywką, spiętymi włosami i naturalnym, rozświetlonym makijażem wyglądała jak gwiazda wieczornego eventu.
Paweł i Mirek wymienili krótkie spojrzenia — widać było, że zrobiła na nich duże wrażenie. W pomieszczeniu monitoringu Waldek i Janusz, obserwując wszystko na ekranach, również nie kryli uznania.
Patrycja natomiast zachowywała pełen profesjonalizm. Słuchała uważnie poleceń fotografów, płynnie zmieniała pozy, pracowała ciałem i spojrzeniem jak doświadczona fotomodelka. Migawki aparatów pracowały niemal bez przerwy, a sesja od pierwszych minut nabrała właściwego tempa.
Druga stylizacja zrobiła jeszcze większe wrażenie. Czarna sukienka midi zmieniła ją całkowicie — zniknęła dziewczęca lekkość, a pojawiła się elegancja, spokój i wyrafinowana kobiecość. Skrzyżowany dekolt subtelnie modelował sylwetkę, wysmuklając talię i podkreślając naturalne proporcje, a materiał miękko układał się na biodrach, dodając całości klasy bez przesadnego dopasowania.
Długość za kolano nadawała stylizacji szyku i dystansu. Nogi były tylko częściowo odsłonięte, co przyciągało uwagę do linii łydek i kostek, podkreślając ich smukłość. To była elegancja, która działała bez dosłowności. W połączeniu z czarnymi szpilkami, błyszczącą kopertówką i wyrazistymi kolczykami Patrycja wyglądała jak kobieta świadoma swojej wartości.
Takich stylizacji było kilkadziesiąt — a w każdej z nich Patrycja prezentowała się wyśmienicie. Paweł i Mirek pracowali bez wytchnienia, migawki aparatów strzelały niemal jak karabin maszynowy. Patrycja natomiast była w swoim żywiole — w tej roli czuła się jak ryba w wodzie, swobodna, skupiona i w pełni profesjonalna.
Po zakończeniu sesji w sukniach ogłoszono krótką przerwę. Lampy przygasły, sprzęt na chwilę ucichł, a w studiu zapanowała spokojniejsza atmosfera. Patrycja usiadła z boku, próbując uspokoić oddech. Z zewnątrz wyglądała na opanowaną, lecz w środku narastał stres — wiedziała, że kolejny etap będzie dla niej znacznie trudniejszy. Sesja w bieliźnie budziła w niej lęk. Bała się obnażenia, spojrzeń obcych mężczyzn i świadomości, że te zdjęcia mogą trafić daleko poza to pomieszczenie. To była granica, której przekroczenia obawiała się najbardziej.
Paweł, dostrzegając napięcie i myśląc już organizacyjnie o dalszym przebiegu pracy, zaproponował rozwiązanie techniczne. Wyjaśnił, że najlepiej będzie przenieść bieliznę bezpośrednio do sali studyjnej i stworzyć dla Patrycji na miejscu małą przebieralnię — wydzielony kącik z parawanem, dający jej prywatność.
— Przy sukniach zawsze schodzi więcej czasu — mówił spokojnie, rzeczowym tonem. — Zapięcia, poprawki, warstwy. Przy bieliźnie zmiany są krótsze, więc logistycznie będzie to wygodniejsze.
Brzmiało to profesjonalnie i neutralnie, jak kolejny punkt planu zdjęciowego. Dla Patrycji jednak była to wyraźna zapowiedź następnego etapu — momentu, który zbliżał się nieubłaganie i którego nie dało się już odsunąć.
Paweł podszedł do niej, gdy siedziała jeszcze z boku planu, i zatrzymał się na moment, jakby się wahał.
— Stresujesz się? — zapytał spokojnie.
Był wyraźnie zdziwiony. Dla niego była aktorką, osobą, która na co dzień staje nie tylko przed aparatem, ale i przed kamerą, przy ludziach, światłach i ocenach.
Patrycja uniosła na niego wzrok i po chwili odpowiedziała cicho:
— Nie… to znaczy trochę tak. Nigdy nie robiłam takich zdjęć. W bieliźnie. I tej… ukrytej nagości.
Paweł skinął głową ze zrozumieniem. Jego ton zmienił się, stał się bardziej miękki, niemal przyjacielski. Patrycja poczuła od niego dobrą energię, coś uspokajającego.
— Nie myśl o tym — powiedział spokojnie. — Rób dokładnie to samo, co przed chwilą. Pozuj, słuchaj poleceń, bądź sobą. Reszta to tylko światło i kadr.
Na moment zrobiło jej się lżej. Te słowa działały kojąco, jakby ktoś zdjął z niej część napięcia. Jedno zdanie jednak zatrzymało się w jej głowie.
Paweł dodał jeszcze:
— Ta część z nagością… będzie soft, ale nie ukryta.
To właśnie to ją zmartwiło najbardziej. Uśmiechnęła się słabo, skinęła głową, choć w środku znów poczuła znajomy skurcz. Wiedziała, że za chwilę będzie musiała zmierzyć się z czymś zupełnie nowym — i nie miała już odwrotu.
Studio było wypełnione miękkim światłem, takim, które nie narzuca się ostrością, lecz cierpliwie czeka, aż ktoś w nie wejdzie. Paweł stał przy aparacie, sprawdzając ustawienia, a obok niego kręcił się jego asystent — uważny, trochę spięty, chłonący każdy szczegół, jakby sama obecność na planie była dla niego lekcją.
Na potrzeby tej części sesji Patrycja lekko zmieniła fryzurę. Rozczesała grzywkę tak, że opadała prosto na czoło, niemal przed oczy. Ten drobny gest sprawił, że wyglądała młodziej, delikatniej — bardziej dziewczęco, jakby odsłaniała inną, mniej sceniczną stronę siebie.
Studio było wypełnione miękkim światłem, takim, które nie narzuca się ostrością, lecz cierpliwie czeka, aż ktoś w nie wejdzie. Paweł stał przy aparacie, sprawdzając ustawienia, a obok niego kręcił się jego asystent, Mirek — uważny, trochę spięty, chłonący każdy szczegół, jakby sama obecność na planie była dla niego lekcją.
Patrycja wyszła zza parawanu i światło natychmiast ogarnęło jej ciało. Pierwsza stylizacja. Czarny gorset z koronki. Materiał był chłodny w dotyku, ale szybko przyjął temperaturę jej skóry. Taki ciasny… Gdy zapiął go za nią Mirek, ucisk na żebrach i talii był wyraźny, wymuszający prostą postawę. Ale to, co czuła najbardziej, to delikatne, niemal drażniące ocieranie koronki o sutki. Za każdym razem, gdy nabierała powietrza, szorstka faktura muskała twardniejące z każdą sekundą brodawki. Niech nie będzie to widać, pomyślała, lekko zaciskając mięśnie pleców.
Migawka zaczęła klikać miarowo. Paweł wydawał krótkie, konkretne polecenia. — Główkę w lewo. Trochę. Tak. Teraz spójrz tu, w obiektyw. Nie uśmiechaj się. — Jej ciało reagowało, ale umysł skupiał się na fizyczności. Na tym, jak gorset naciskał na dolną część brzucha, na to, jak każde uniesienie ramienia napinało skórę pod pachą, odsłaniając jej gładki, ogolony cień.
Po kilku minutach Paweł skinął głową.
— Dobra. Zmiana. Coś bardziej… swobodnego.
Za parawanem czekała kolejna porcja jedwabiu i koronki. Czerwona. Kolor wina. Gdy ją włożyła, poczuła różnicę. To nie był gorset, a bardziej ozdobny stanik i majteczki-stringi. Ale te majteczki… Boże. Cienki pasek jedwabiu biegł od bioder, ale z przodu i z tyłu niemal nie istniał. Gdy stanęła przed lustrem, zobaczyła, że rozcięcie z przodu jest tak głębokie, że odsłania całą wypukłość jej warg sromowych, gładkich i różowych od depilacji. To nie jest swobodne, pomyślała z mieszaniną paniki i podniecenia. To jest obsceniczne. Czuła chłodne powietrze studia na najbardziej intymnej części siebie.
Wyszła. Światło musnęło jej nagie uda. Paweł nie zareagował, tylko przystawił aparat do oka.
—Stań bokiem. Podeprzyj się lekko o stolik.
Wykonała polecenie. Pozycja sprawiła, że jej pośladek został całkowicie odsłonięty, a cienki pasek stringów zniknął w rozcięciu między pośladkami. Wszystko jest na wierzchu, myślała, a w dole brzucha pojawił się pierwszy, ciepły skurcz. To była wystawa, ale intymna, prywatna. Czuła, jak każde tchnienie porusza delikatnymi włoskami łonowymi, które pozostały po goleniu. Paweł przyklęknął, robiąc zdjęcie z dołu. Obiektyw był skierowany prosto na to rozcięcie, na ten odsłonięty fragment jej ciała.
— Dobrze. Teraz połóż się. Na plecach.
Polecenie było jasne. Położyła się na dywaniku rozłożonym na podłodze. Nogi ugięła w kolanach, rozstawiając je nieco. Z tej pozycji wiedziała, że obiektyw widzi wszystko – każdy fałd skóry, każdy szczegół. Ciepło lamp padało prosto na jej krocze, nagrzewając skórę do przyjemnego, niemal parnego uczucia. Jak w łóżku, przemknęło jej przez myśl. Skupiła się na oddechu. Na tym, jak klatka piersiowa się unosi, jak czerwona koronka stanika ociera się o nabrzmiałe, twarde jak jagody sutki.
— Rękę w dół. Połóż dłoń tu, na brzuchu — mruknął Paweł.
Posłusznie przesunęła dłoń w dół, poniżej pępka. Palce zatrzymały się tuż nad linią jedwabnego paska. Tak blisko. Czuła pulsowanie w podbrzuszu, głuche, rytmiczne. Gdy zmieniła nieco pozycję bioder, pasek materiału wślizgnął się głębiej w rozcięcie, bezpośrednio dotykając spuchniętych warg. O mój… Powstrzymała westchnienie. To był przypadek, oczywiście. Ale uczucie było intensywne i jednoznaczne. Nagle, pod wpływem gorąca lamp i tej nieustającej, skupionej obserwacji, poczuła wilgoć. Nie.
— Teraz obróć się na bok. Do mnie.
Przekręciła się, wtulając udo w podłoże. Tarcie aksamitu o wrażliwą skórę wewnętrznej strony uda było rozkoszne. Paweł podszedł bliżej. Aparat był tuż przy jej twarzy.
— Zamknij oczy. I rozchyl usta. Tak, lekko.
Zamknęła oczy. W ciemności wszystkie doznania stały się ostrzejsze. Czuła ciężar swoich piersi w staniku, pulsowanie w kroczu, lepki ślad wilgoci na bieliźnie. Jej oddech stał się głębszy.
— Następna — oznajmił Paweł, gdy migawka umilkła.
To, co włożyła za parawanem, nie było już bielizną w żadnym tradycyjnym sensie. Był to bardziej sznureczek z kawałkami koronki. Stanik był otwarty, dwie miseczki połączone jedynie wąskimi paskami, które nie zakrywały niczego. Jej piersi, pełne i ciężkie, z ciemnymi, szerokimi otoczkami sutków, były całkowicie odsłonięte. Nie ma odwrotu. Majteczki były jeszcze skąpsze, praktycznie tylko ozdobą.
Gdy wyszła, poczuła, że powietrze na jej nagich piersiach jest chłodniejsze niż gdzie indziej. Sutki zbiegły się momentalnie, twarde i wrażliwe na najmniejszy powiew. Nie musiała patrzeć na Pawła, by wiedzieć, gdzie jest skierowany jego wzrok. Szedł za ruchem jej piersi, gdy oddychała, gdy się poruszała.
— Stań przy tej ścianie. Oprzyj się plecami.
Plecy dotknęły chłodnego tynku. Kontrast z gorącą skórą był szokujący. Paweł podszedł tak blisko, że mogła poczuć zapach jego wody po goleniu.
— Unieś ręce. Zapleć dłonie za głową.
Wykonała ruch. To odsłoniło jej pachy, linie żeber, uniosło piersi jeszcze wyżej. Była całkowicie bezbronna, wystawiona. Obiektyw sunął od jej twarzy, wzdłuż szyi, pomiędzy piersi, w dół, przez płaski brzuch, aż do tego wąskiego paska koronki, który ledwo zasłaniał jej łono. Czuła, jak wargi sromowe są opuchnięte, gorące, wyraźnie odznaczające się pod cienkim materiałem.
— Rozstaw nogi. Szerzej!
Jej stopy przemieściły się po aksamicie. Otwieram się. Mięśnie wewnętrznej strony ud delikatnie drżały z napięcia. I wtedy to się stało. Paweł, szukając lepszego kąta, przyklęknął i jego ramię, przypadkiem, otarło się o jej gołą nogę. Dotyk był przelotny, ale elektryzujący. Dotknął mnie. Fala gorąca przepłynęła od tego punktu prosto do jej krocza, wywołując tak silny skurcz pożądania, że aż zaszumiało jej w uszach. Wilgoć stała się obfita, czuła ją wyraźnie, czuła, jak koronka stringów przylepia się do spuchniętych warg.
— Perfekcyjnie — wyszeptał Paweł, a jego głos zabrzmiał ochryple. Nie mówił o zdjęciu. Patrycja wiedziała. Widziała to w jego oczach, gdy na moment oderwał się od wizjera. Widział ją. Naprawdę mnie widział. Jej oddech stał się nierówny. Brzuch falował. Palce splecione za głową zacisnęły się boleśnie.
— Jeszcze jedno — powiedział, a jego ręka wyciągnęła się, by poprawić
Sesja toczyła się dalej bez pośpiechu. Zmieniały się kroje, kolory i faktury, a Patrycja wracała zza parawanu raz po raz w kolejnych zestawach. Paweł wymieniał krótkie uwagi z asystentem, wskazując detale. Po kilkunastu zmianach zauważyła, że coś w niej się zmieniło — ciało było już mniej spięte, ruchy bardziej naturalne, oddech spokojniejszy. Zniknęła ta pierwsza sztywność, niepewność, która towarzyszyła jej na początku.
Dużą rolę odegrali w tym Paweł i Mirek. Ich sposób pracy był konsekwentny, spokojny, pozbawiony nachalności. Nie było zbędnych spojrzeń ani komentarzy — tylko konkretne wskazówki, krótkie uwagi i skupienie na kadrze. Dzięki temu Patrycja zaczęła czuć się pewniej, jakby znów wróciła do znanego rytmu planu zdjęciowego, mimo że sytuacja była zupełnie inna niż wszystko, czego do tej pory doświadczyła.
Przez moment przemknęła jej przez głowę myśl, jak Paweł może pracować dla ludzi takich jak ci, którzy zlecili tę sesję. Nie zatrzymała się przy niej długo. Wiedziała jedno — przynajmniej tutaj, w tym studiu, miała do czynienia z normalnością. Z ludźmi, którzy traktowali ją jak profesjonalistkę, a nie jak przedmiot.
Gdy ostatnia stylizacja wróciła na wieszak, a migawka aparatu ucichła, poczuła wyraźną ulgę. Sesja z bielizną dobiegła końca. Przekroczyła granicę, której się bała, i choć kosztowało ją to sporo emocji, wyszła z tego silniejsza, spokojniejsza — bardziej świadoma siebie i własnych granic.
Światło w studiu przygasło. To był koniec jednego etapu. Patrycja odetchnęła głęboko, czując, jak napięcie dnia powoli opuszcza jej ciało.
Paweł odłożył aparat i oparł się o stolik, przeglądając zdjęcia. Skinął głową z satysfakcją.
— Dziś było naprawdę dobrze — powiedział, patrząc na Patrycję. — Profesjonalnie sobie poradziłaś.
Poczuła ciepło w piersiach, ale nie od stresu, tylko od ulgi i dumy. Jej ciało było zmęczone, ale umysł lekki — przeszła przez wszystkie wyzwania dnia z godnością i spokojem. Paweł uśmiechnął się, zrobił krok w jej stronę i, w geście ciepłym, niemal ojcowskim, pocałował ją w policzek.
— Jutro też jest pracowity dzień — dodał.
Rumieniec wypełnia jej twarz. Zarumieniła się jak mała dziewczynka, ledwie potrafiąc wydusić z siebie ciche „Dobrze”. Paweł uśmiechnął się jeszcze raz i odszedł, zostawiając ją z lekkim, przyjemnym drżeniem w sercu.
Mirek, który obserwował scenę z boku, podszedł bliżej. Lekko uśmiechając się, zauważył jej speszenie.
— Nie martw się — szepnął cicho, prawie żartobliwie. — Paweł jest gejem.
Zaśmiała się nerwowo i poczuła, jak napięcie z dnia powoli opada. Przebrała się w koszulkę i legginsy. Z ulgą opuściła plan i wróciła do swojego pokoju, gdzie czekała na nią naszykowana kolacja. Usiadła na łóżku, czując, że dzisiejszy dzień był wymagający, ale przynajmniej nikt poza Pawłem i Mirkiem nie widział jej w tej sytuacji.
Zjadła kolację w ciszy, smakując każdy kęs, a potem poszła wziąć szybki prysznic. Woda zmyła zmęczenie, a ona poczuła spokój. Położyła się do łóżka, otulona ciepłem po całym dniu pełnym emocji. Ostatecznie oczy same jej się zamknęły, a sen przychodził lekki i głęboki, dając odpoczynek, na który tak bardzo zasłużyła.
W pokoju monitoringu czterej mężczyźni wpatrywali się w ekrany jak wygłodniałe bestie. Każdy ruch Patrycji był dla nich widowiskiem, które wypełniało pokój napięciem i wulgarnym zachwytem.
— Kurwa, spójrz na nią! — syknął Janusz, uderzając pięścią w blat. — Cała jak rzeźba, kurwa, idealna.
— Te nogi… patrzcie! — dorzucił jeden z łysych osiłków. — Cholera, aż chce się w nią wleźć przez ekran.
Waldek prychnął, uśmiechając się niemal z podziwu.
— A ta talia… i biodra, kurwa… jakby ktoś ją modelował pod linijkę.
— No i piersi! — drugi osiłek nie mógł powstrzymać zachwytu. — Całe jak na wystawę, kurwa… idealnie okrągłe może nie jak donice ale takie nie za małe.
Janusz przechylił się bliżej ekranu, zaciągając się papierosem:
— Ja pierdolę, wygląda jak marzenie. Każdy ruch, każdy gest… normalnie nie wierzę, że coś takiego istnieje.
— Patrzcie, jak się uśmiecha — dodał Waldek. — Cała dziewczyna emanuje tym czymś… ciałem, kurwa.
Łysi wymienili spojrzenia, drgając w półuśmiechu, a w ich głosach słychać było napięcie:
— Słuchajcie, Marek w końcu da zielone światło — mruknął Janusz. — Jak dostaniemy pozwolenie, znowu ją zobaczymy, kurwa… i tym razem bliżej.
— No kurwa, nie mogę się doczekać — prychnął jeden z łysych. — Już myślę o tym, jak będzie wyglądać, kiedy znowu ją zobaczę z bliska.
— Ja pierdolę… — dodał Waldek, nie spuszczając wzroku z ekranu. — Każdy szczegół… każdy ruch… normalnie obsesja, kurwa.
W pokoju panował ciszą przerywana tylko jękami zachwytu, a Patrycja, nieświadoma niczego, poruszała się w rytm sesji, każdą chwilę wzmacniając ich brutalnie szczere fascynacje.
Patrycję obudziło delikatne pukanie do drzwi. Był jeszcze ranek, przed godziną ósmą. Otworzyła, a w drzwiach stał Janusz, trzymając tacę ze śniadaniem. Spojrzał na nią chłodno, bez uśmiechu.
— Czegoś potrzebujesz? — zapytał, stawiając tacę na stole.
Patrycja pokręciła głową. Nie chciała z nim rozmawiać. Janusz przez chwilę patrzył na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Miała na sobie satynową, srebrną koszulę nocną, pod którą lekko zarysowywały się kontury jej ciała. Po chwili odwrócił wzrok i bez słowa wyszedł.
Patrycja odetchnęła i przebrała się w wygodny strój na poranek: beżowe prążkowane legginsy z wysokim stanem, luźną białą koszulkę i adidasy. Włosy spięła w prosty kucyk. Gdy zeszła do holu, czekali tam już Paweł i Mirek.
— Ile czasu potrzebujesz na ogarnięcie się? — zapytał Paweł.
— Na basenie wszystko już przygotowane — dodał Mirek, uśmiechając się lekko.
Patrycja wzruszyła ramionami. — Widziałam już kostiumy kąpielowe.
— Dobrze, możemy ci nawet pomóc przenieść je na basen — stwierdził Paweł, a Mirek pokiwał głową. — Przymierzalnię przygotowaliśmy w łazience przy basenie.
Pokazała im, gdzie leżą kartony z kostiumami. Oni je wzięli, a ona wróciła do pokoju, żeby zrobić sobie lekki makijaż. Postawiła na naturalny look: delikatnie podkreślone oczy cieniem w neutralnym odcieniu, trochę tuszu na rzęsach i odrobina błyszczyka na ustach. Wiedziała, że sesja będzie na basenie, więc nie chciała przesadzać.
Gdy skończyła, spojrzała w lustro, poprawiła kosmyki włosów i zeszła gotowa do holu. Paweł i Mirek już czekali, uśmiechając się. Wszystko było gotowe do rozpoczęcia sesji.
Zanim jeszcze weszła do wody, już wiedziała, jak będzie wyglądać. Chłodne powietrze basenowej hali muskało jej odsłonięte ramiona i talię, wywołując dreszcze, które nie były nieprzyjemne – były ostrzeżeniem, zapowiedzią. Paweł i Mirek stali przy statywie, rozmawiając półgłosem o ustawieniu światła. Ich spojrzenia, gdy na nią spojrzeli, były rzeczowe, oceniające kompozycję, kolor, formę. To dodawało odwagi. Ona nie była tu kobietą, była żywym elementem sztuki, którą oni mieli uchwycić.
Żółty dwuczęściowy kostium przylegał idealnie. Gdy zeszła po schodkach do basenu, chłodna woda najpierw oblała jej stopy, kostki, łydki. Potem, gdy zanurzała się głębiej, dotarła do linii bioder, do dolnej części brzucha. Szok termiczny był intensywny, natychmiastowy. Woda wdzierała się pod materiał, obmywając skórę tam, gdzie było jej najcieplej. Czuła, jak pod cienką tkaniną biustonosza jej sutki natychmiast stwardniały, wypinając się wyraźnie, formując dwa ostre czubki pod żółtym materiałem. Dreszcz przebiegł od podstawy kręgosłupa aż do karku.
— Patrycja, obróć się lekko w prawo, tak, teraz złap za poręcz… — głos Pawła był spokojnym, niskim dudnieniem, które przebijało się przez szum wody w basenie.
— Głowę odchyl do tyłu, zamknij oczy. Tak. Poczuj wodę.
Poczuła. Woda była wszędzie. Między udami, gdzie krój kostiumu tworzył wąski pasek materiału. Nacisk, chłód, a potem, stopniowo, kontrast. Bo jej ciało pod wodą zaczęło się nagrzewać. Krew pulsowała szybciej, napędzana adrenaliną ciekawością tego, co robi. W miejscu, gdzie najcieplejsza część jej ciała spotykała się z chłodną wodą i obcisłym materiałem, zaczęło się rodzić lekkie, nieśmiałe pulsowanie. To było jak ukryty sekret, który znała tylko ona. Żaden z mężczyzn nie mógł tego zobaczyć, ale ona czuła to z każdym ruchem, z każdym przemieszczeniem wody wokół jej krocza.
Sesja z żółtym bikini zakończyła się serią dynamicznych ujęć, gdy wychodziła z wody. Krople spływały po jej brzuchu, zatrzymywały się w zagłębieniu pępka, tworzyły mokre ślady na udach. Materiał, teraz mokry, przylgnął do niej jak lakier, odsłaniając każdy detal. Wiedziała, że jej sutki są doskonale widoczne, stwardniałe od zimna i może czegoś więcej – od tej intensywnej, skupionej uwagi, która na nią patrzyła, nawet jeśli była to tylko uwaga obiektywu. Gęsia skórka pokryła jej ramiona i dekolt, a ona pozwoliła sobie na lekki, świadomy uśmiech.
W przymierzalni, stojąc przed lustrem, wzięła oddech. Ciało mrowiło. Zdjęła mokry żółty strój, a powietrze dotknęło jej wilgotnej skóry, wywołując kolejny dreszcz. Przetarła się ręcznikiem, ale uczucie nie zniknęło. To było wewnętrzne ciepło, które rozlało się od brzucha na cały tułów. Następny kostium był jednoczęściowy. Ciemnogranatowy, w formie jednoczęściowego, ale bardzo rozciętego body imitującego skórę z łuskami. Przebierała się powoli, pocierając dłońmi po biodrach, po brzuchu, jakby chciała rozgrzać skórę przed dotykiem zimnej tkaniny.
Gdy wyszła, przez ułamek sekundy zobaczyła, jak w oczach Pawła i Mirka miga coś więcej niż profesjonalna ocena. Był to błysk, krótki, stłumiony, ale obecny. Paweł szybko zakasłał, a Mirek zajął się światłem reflektora.
— To… interesujący model — rzekł Paweł, a jego głos był odrobinę bardziej szorstki. — Podejdź bliżej basenu, stań na krawędzi. Plecy do nas, ale odwróć głowę przez ramię.
Stanęła na antypoślizgowej krawędzi, czując chłód płytek pod bosymi stopami. Kostium był w dotyku jak sieć – delikatny, ażurowe, ledwo istniejące. Gdy się poruszała, materiał ocierał się o jej sutki, drażniąc je precyzyjnym, drobnym wzorem. Wklęsłość pleców, łuk kręgosłupa – wszystko było podkreślone, uwydatnione.
— Teraz… powoli usiądź na krawędzi. Nogi do wody. Rozchyl je… tylko trochę. Tak — instrukcje Mirka płynęły teraz spod światła, gdzie stał z pilotem. — W tym stroju chodzi o światłocień, o grę światła.
Usiadła. Chłodny brzeg basenu wpił się w jej pośladki, stanowiąc ostry kontrast z ciepłem, które tliło się w jej wnętrzu. Rozchyliła uda, pozwalając, by między nimi utworzyła się szczelina. Zimne powietrze hali owiało najintymniejsze miejsce, gdzie cienki pasek ledwo zasłaniał jej wargi sromowe. To uczucie – nagości, wystawienia na widok, choć technicznie była zakryta – było elektryzujące. Czuła, jak pod wpływem tego świadomego odsłonięcia, jej ciało odpowiada. Krew napływała gwałtowniej, wargi nabrzmiewały, stawały się pełniejsze, wrażliwsze. Wilgoć, tym razem nie od wody basenowej, ale od niej samej, zaczęła sączyć się powoli, zwilżając cienki pasek materiału od środka. Materiał przykleił się do skóry, stając się jej częścią, ciemniejszą plamą w kroczu.
— Doskonale — szepnął Paweł, a dźwięk migawki aparatu stał się szybszy, głodniejszy.
— Teraz połóż się na brzuchu. Wygnij plecy w łuk. Unieś biodra.
Przewróciła się na brzuch, a chłód płytek przyjemnie przytłumił gorączkowy żar jej ciała. Uniosła biodra, opierając ciężar na przedramionach. Pośladki były teraz całkowicie nagie, uniesione, ofiarowane obiektywowi. Między udami, z tej perspektywy wilgotna plama materiału była wyraźnie widoczna, a sama wiedziała, że materiał jest już mokry od jej własnej soków. Każde napięcie mięśni, każde polecenie fotografa, które zmuszało ją do przyjęcia kolejnej uwodzicielskiej pozy, podsycało tylko ten cichy pożar w jej podbrzuszu.
— Pięknie — mruknął Mirek, a Patrycja usłyszała, jak przesuwa statyw.
— Teraz… rozluźnij się. Oddychaj. Pokaż nam, że to przyjemne.
Zamknęła oczy. Oddychała głęboko. Skupiała się na doznaniach. Chłód płytek na brzuchu i piersiach. Ostre rąbki, wżynające się w skórę pośladków. I to uporczywe, rosnące z każdą sekundą pulsowanie w kroczu, rytmiczne, natarczywe, domagające się uwagi. Czuła, jak jej wargi sromowe są pełne, nabrzmiałe, a łechtaczka, ukryta pod wilgotnym materiałem, drgała od przypadkowych dotyków tkaniny przy ruchu. To już nie był tylko chłód wody. To była prawdziwa, fizyczna reakcja jej ciała na grę, na wystawienie, na bycie przedmiotem tak intensywnego, choć zdystansowanego, spojrzenia.
— Patrycja — głos Pawła był teraz bliżej. Otworzyła oczy. Stał tuż obok, klęcząc, by mieć jej poziom. Jego oddech był spokojny, ale w jego oczach, tak blisko, zobaczyła odbicie swojej rozchylonej, sylwetki i coś jeszcze — głęboki, zwierciadlany błysk pożądania, które w końcu przestało się ukrywać.
— Ostatni kadr. Najważniejszy. Chcę, żebyś… weszła do wody. Ale bardzo powoli. Centymetr po centymetrze. Skup się na tym, co czujesz. My to uchwycimy.
Uniosła się. Podeszła do krawędzi basenu. Stanęła nad taflą, która odbijała światła studyjne i jej własną, koronkową, wyuzdaną sylwetkę. Potem, wykonując jego polecenie, opuściła stopę do wody. Potem drugą. Zeszła po schodkach. Woda wznosiła się po jej nogach, obmywała łydki, kolana, uda…
Aż dotarła tam. Do kroku. Gdy chłodna ciecz zalała rozgrzany, spuchnięty, mokry od jej własnej wilgoci obszar między nogami, wydusiło z jej ust ciche, stłumione westchnienie. To było jak balsam i jak podsycenie ognia jednocześnie. Woda —wciskała materiał głębiej, w szczelinę jej warg, chłodząc piekące napięcie, ale i tworząc jeszcze większy, mokry tarcie. Szła dalej, zanurzając się po pas. Woda chlusnęła na jej brzuch, obmyła biust, który natychmiast stał się przyklejony, odsłaniając w pełni jej ciemne, twarde sutki.
Patrycja zatrzymała się. Woda sięgała jej talii. W głębi basenu czuła pulsowanie własnej krwi, koncentrujące się w jednym, małym, nieprawdopodobnie wrażliwym punkcie. Oparła ręce o poręcz. Zamknęła oczy. I po prostu tam stała, oddychając nierównomiernie, pozwalając, by uczucie rozkoszy, które budziło się bez dotyku czyjejkolwiek dłoni, rozlewało się po całym jej ciele falami, za każdym razem, gdy woda poruszała się leniwie, ocierając o jej wargi sromowe przez mokrą koronkę.
Dźwięk migawki był teraz jak jej własne, przyśpieszone tętno. Klik, klik, klik.
Sesja w ciemnogranatowym jednoczęściowym kostiumie dobiegła końca, a Patrycja wyszła z wody, otrzepując się delikatnie, czując na skórze przyjemny chłód powietrza hali. Przewiesiła ręcznik przez ramię i spojrzała na Pawła i Mirka. Ich spojrzenia były pełne uznania, a nieco szorstki ton komentarzy zdradzał szczere zadowolenie z efektów pracy.
— Doskonale, naprawdę profesjonalnie — mruknął Mirek, poprawiając ustawienia reflektora.
— Każdy kadr był idealny.
Uśmiechnęła się lekko, czując satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Wiedziała, że w kolejnych kostiumach — które czekały w kartonach — będzie czuła się równie komfortowo i pewnie. Każdy z nich opowiadał inną historię, pozwalał jej eksplorować różne nastroje, sylwetki, ruch i grę światła.
Fotografowie, pod wrażeniem jej profesjonalizmu, obserwowali każdy ruch, każdy gest, który sprawiał, że obiektyw niemal sam „wiedział”, jak uchwycić perfekcyjny kadr. Patrycja czuła, że jej ciało, ruchy i ekspresja pracują razem z nimi, tworząc spójną, dynamiczną całość. Niezależnie od koloru czy kroju kostiumu, zawsze wiedziała, jak wykorzystać przestrzeń, światło i wodę, by zdjęcia emanowały naturalnością i lekkością.
Wiedziała, że sesja będzie trwała jeszcze kilka godzin, że czekają na nią kolejne kostiumy i ustawienia, ale była gotowa – spokojna, skupiona i pewna siebie. W każdym stroju czuła się sobą i w pełni profesjonalna, a ich zachwyt nie był już tylko oceną wyglądu, lecz uznaniem dla jej umiejętności i doświadczenia przed obiektywem.
Tak jak wczoraj, po intensywnej części sesji, zarządzono przerwę na odpoczynek i lunch oraz zmianę programu fotografowania. Patrycja usiadła na wiklinowym fotelu, czując przyjemną ulgę po chłodnej wodzie i napięciu poprzednich ujęć. W wolnym czasie przekąsiła kanapkę, powoli, świadomie, starając się oderwać myśli od nadchodzącej części sesji. Paweł przez chwilę kontrolował światła i ustawienia sprzętu, a Mirek przestawiał statywy i reflektory.
Na końcu Paweł podszedł do niej spokojnie.
— Wiesz, że po przerwie czeka nas najtrudniejsza część sesji – powiedział cicho, z lekkim uśmiechem w głosie. — Nagość.
Patrycja poczuła, jak w brzuchu zaciska się nieprzyjemny węzeł. Wiedziała, że stres pojawi się niezależnie od wszystkiego. Ale równocześnie czuła spokój – Paweł był inny od tych mężczyzn, których poznała do tej pory w tym domu. Wiedziała, że jest gejem, a jego ton, sposób, w jaki mówił, działał na nią jak balsam, łagodząc napięcie.
— Po przerwie ja i Mirek przeniesiemy sprzęt do pokoju, w którym będą kolejne zdjęcia – dodał, patrząc jej prosto w oczy. — Ty natomiast… po prostu odpręż się. Nie myśl o tym.
— Dziękuję — odpowiedziała cicho, po czym wstała. — Tak zrobię.
Poszła do łazienki, zdjęła ostatni kostium kąpielowy i dokładnie wytarła się ręcznikiem. Wysuszyła włosy, ubrała się w wygodne, luźne ubrania i ruszyła do swojego pokoju, przygotowując się mentalnie do ostatniej części sesji, której tak naprawdę nie chciała. Wiedziała, że musi zachować spokój, profesjonalizm i pełną kontrolę nad sobą — choć serce biło szybciej, a myśli wciąż krążyły wokół nieuniknionego.
Patrycja zeszła na dół i znalazła pokój. Ostatnia część sesji. Makijaż miała delikatny, tylko podkreślający rysy. W środku czekali już Paweł i Mirek.
Pokój był przestronny, elegancki, zupełnie inny niż jej własny. Jasne ściany, wysokie łóżko, wielkie okno zalewające przestrzeń miękkim światłem. Każdy detal tu krzyczał o bogactwie i powadze. Jakby jej pokój był przeznaczony dla służby, a to miejsce należało do kogoś ważnego.
— Gotowa? — zapytał Paweł, jego głos był spokojny, niemal kojący.
Odpowiedziała cicho, ale stanowczo. — Tak.
Uśmiechnął się lekko. — Nie potrzebna jest ci garderoba.
Skinęła głową. Ten żart, jego opanowanie, dodawały jej otuchy. Zdjęła ubranie i położyła starannie na krześle. Powietrze w pokoju było chłodne, a ona stała teraz nago pośrodku tego pięknego, obcego miejsca. Czuła na skórze każdy najmniejszy powiew.
Położyła się na łóżku. Pościel była gładka i miękka, jedwabiście otulała jej plecy, uda. Takie dotknięcie było niemal pieszczotą. Wzięła głęboki oddech. Ramiona rozluźniły się, a napięcie w karku ustąpiło.
Cyk.
Dźwięk migawki był cichy, ale dla jej nerwów głośny jak wystrzał. Paweł poruszał się bezszelestnie, z obiektywem przy oku. Jego spojrzenie było chłodne, analityczne. Profesjonalne. Mirek majstrował przy statywie z lampą, delikatnie kierując snop— światła.
— Głowa trochę w lewo. Tak. I rozluźnij ramię – instruował Paweł. Jego głos był jak z daleka.
Słuchała. Przesunęła się, pozwalając, by światło musnęło bok jej piersi. Sutki zareagowały natychmiast, stwardniały, stercząc teraz wyraźnie na tle gładkiej skóry. Chłód? A może coś więcej? Wiedziała, że Paweł to widzi. Robił zdjęcie.
— Świetnie. Teraz złap prześcieradło. Zasłoń się. Nie do końca.
Sięgnęła po materiał. Cienkie, lniane płótno przesunęło się po jej brzuchu. Owinęła je wokół torsu, trzymając jedną ręką z przodu, drugą zasłaniając piersi. Tkanina była szorstka w dotyku, kontrastująca z delikatnością jej skóry. Czuła każdy włosek materiału. Paweł klęknął, fotografując ją z dołu. Jego obiektyw wędrował od linii jej szyi, przez ramiona, do dłoni zaciskających się na materiale.
— Piękna linia. Mirek, daj mi trochę więcej z tyłu.
Światło się przesunęło, ogrzewając jej plecy. Paweł wstał, podszedł do wezgłowia łóżka.
— Odwróć się do mnie plecami. Tak. Teraz kucnij. Kolana szerzej.
Posłusznie uklękła, a potem opuściła biodra, przyjmując pozycję kuczną na krawędzi łóżka. Plecy były idealnie wyprostowane, a kręgosłup rysował się pod skórą jak perła. Czuła, jak powietrze owiewało intymne miejsca jej ciała. Paweł fotografował ją od tyłu, obiektyw wędrując w dół, od karku, przez wklęsłość pleców, po pełne, zaokrąglone pośladki. Patrycja wpatrywała się w okno, w chmury sunące za szybą. Ale jej uwaga była wewnątrz. W dole brzucha coś się poruszyło. Ciepły, leniwy przypływ.
— Doskonale. Teraz wstań. Podejdź do okna.
Wstała, nogi miała lekko drżące. Podeszła do wielkiej szyby. Za nią rozciągał się ogród. Paweł podał jej długi, zwiewny fragment białej firanki.
— Owiń się. Jakbyś się chciała ukryć. I patrz na zewnątrz.
Wzięła materiał. Był przezroczysty, jedwabisty. Owinęła się nim, ale firanka niczego nie ukrywała. Tylko rozmywała kontury, zamieniała jej ciało w mglisty, erotyczny cień. Stała przodem do okna, profilem do obiektywu. Światło prześwietlało materiał, odsłaniając kształt niewielkich, ale pełnych piersi z ciemnymi, twardymi już sutkami, wcięcie talii, zaokrąglenie bioder.
I wtedy to się stało. Na dole brzucha, głęboko w niej, zaiskrzyło. Ciepło, które nie miało źródła w świetle lamp. Skupiła się na uczuciu. Na gładkiej szybie pod jej dłońmi. Na delikatnym muśnięciu firanki o stwardniałe brodawki. Na świadomości, że jest tak odsłonięta, obserwowana, chociaż obserwator był obojętny.
A potem uczucie spłynęło niżej. Do miejsca, które zaczęło pulsować własnym, powolnym rytmem. Wilgoć. Poczuła ją, najpierw jako lekkie, wewnętrzne zwilżenie. Potem jako wyraźny, ciepły ślad. Stała nieruchomo, wstrzymując oddech, gdy kolejna kropeczka tej rosy wydobyła się na zewnątrz. Musnęła wewnętrzną stronę jej uda.
Cyk. Cyk.
Paweł nie przestawał. Zmieniał pozycje, klękał, wstawał. Mirek delikatnie korygował światło. Ale Patrycja już ich nie słyszała. Cała jej uwaga była skupiona na tym, co działo się w jej ciele. Na rosnącym, palącym przyjemnie napięciu między nogami. Z każdym szelestem materiału, z każdym ruchem, który ocierał jej uda o siebie, napięcie rosło. Wilgoć stawała się wyraźniejsza, obfitsza. Wiedziała, że gdyby się teraz dotknęła, byłaby mokra.
— Wróć na łóżko. Połóż się na wznak. Rzuć firankę obok — padła instrukcja.
Posłusznie podeszła do łóżka. Gdy się położyła, na jasnym, kremowym prześcieradle pozostał subtelny, ale widoczny ślad. Mała, wilgotna plamka tam, gdzie przed chwilą stała. Serce zabiło jej gwałtownie. Czy oni to widzą? Paweł zbliżył się, robiąc ujęcie z góry. Jego wzrok przemierzył jej ciało od stóp do głów, zatrzymał się na twarzy. Czy spojrzał niżej? Na ten dowód jej podniecenia?
— Unieś lekko biodra. Tak. Rękę za głowę.
Uniosła się. W tej pozycji była całkowicie otwarta. I wtedy, gdy mięśnie brzucha się napinały, uczucie w kroku stało się nie do zniesienia. Głębokie, słodkie swędzenie, które domagało się czegoś, cokolwiek, by je ukoić. Czuła, jak kolejna fala wilgoci wydostaje się z niej, przesącza na pościel. Na jej policzkach pojawił się rumieniec. Oddychała szybciej, jej piersi unosiły się i opadały.
Paweł zrobił jeszcze kilka zdjęć. Zbliżenie na jej twarz, na półprzymknięte powieki, na rozchylone usta. Zbliżenie na szyję, na obojczyk. Ale ona już nie pozowała świadomie. Jej ciało żyło własnym życiem, poruszane wewnętrzną falą, której nie mogła powstrzymać. Biodra same unosiły się lekko, szukając ulgi w pocieraniu o prześcieradło. Każdy ruch był kroplą oliwy do ognia. Ciepło rozlało się po całym podbrzuszu, parując.
I nagle, Paweł odsunął obiektyw.
— Dobrze. Myślę, że to wszystko. Dziękuję, Patrycja. Byłaś świetna.
Głos Mirka dobiegł z tyłu. — Światło zgaszone.
Nie poruszyła się od razu. Leżała, oddychając głęboko, z oczami wbitymi w sufit. Ciało płonęło. Miejsce między jej nogami było gorące, mokre, pulsujące niedosytem. Sesja się skończyła. Ulga zmieszała się z frustracją. Powoli, niepewnie, opuściła biodra z powrotem na łóżko. Pod nią prześcieradło było wyraźnie wilgotne w dwóch miejscach. Wstała, starając się nie patrzeć na ślady. Jej nogi były jak z waty.
Paweł już pakował sprzęt, zupełnie obojętny. Mirek zwijał kable.
— Możesz się ubrać — rzucił Paweł, nie podnosząc wzroku. — Materiały będą za tydzień.
Podeszła do krzesełka. Zaczęła się ubierać, ale materiał ubrania nie mógł stłumić żaru skóry. Czuła, jak ciepło bije od niej samej. Jak każde muśnięcie szlafroka o sutki lub między nogami wywołuje dreszcze.
Stała tak, opierając się o framugę drzwi, patrząc, jak mężczyźni kończą pakowanie. Jej myśli wirowały wokół jednego, fizycznego faktu: Jest podniecona. Strasznie, nieprzyzwoicie podniecona. A oni o tym wiedzą. Widzieli.
Chwilę później napięcie zaczęło powoli opadać. Została w drzwiach, patrząc, jak pakują ostatnie elementy sprzętu. Za oknami zapadał wieczór, a dom wypełniała ciężka, obca cisza.
— Dziękuję — powiedziała w końcu cicho. — Za… normalność.
Paweł uśmiechnął się lekko. — To my dziękujemy. Byłaś bardzo profesjonalna.
Mirek skinął głową, odwzajemniając uścisk. Patrycja przytuliła ich krótko, bez słów. Wiedziała, że to jedyni normalni ludzie, jakich spotkała w tym miejscu. Gdy wyszli, poczuła wyraźną ulgę, jakby wraz z nimi z domu wyjechał kawałek napięcia.
Na dole, w holu, Janusz i Waldek zatrzymali ich jeszcze na moment.
— Kiedy będą gotowe wszystkie zdjęcia? — zapytał Janusz rzeczowo.
— Pliki są surowe — odpowiedział spokojnie Paweł. — Obróbka i gotowy materiał za około tydzień.
Waldek mruknął coś pod nosem, Janusz skinął głową. Pożegnali się krótko i fotografowie wyszli, a po chwili ich samochód zniknął za bramą.
Janusz i Waldek zostali jeszcze przez chwilę w holu.
— Jej sesja była udana… widziałeś, jak się wiła przed aparatem? — rzucił Janusz półgłosem.
Waldek wzruszył ramionami. — Udawała niewiniątko, ale psychika ludzka zależy od miejsca i od tego, jak człowiek radzi sobie w danej sytuacji.
— To prawda — przyznał Janusz. — Ale ta sesja z bielizną w jej wykonaniu… złoto.
Rozmawiali jeszcze chwilę, aż w końcu Janusz westchnął i ruszył w stronę schodów.
— Idę jej zanieść coś do jedzenia. Ciekawe, co Łysy jej przygotował.
— No, idź — rzucił Waldek, zostając w holu.
Patrycja leżała na łóżku, zmęczona, z oczami utkwionymi w sufit. Gdy Janusz wszedł do pokoju, postawił tacę na stoliku.
— Zadowolona z sesji? — zapytał.
Nie odpowiedziała. Janusz zaśmiał się krótko. — Chyba jesteś, skoro nic nie mówisz.
Wyszedł, zostawiając ją samą. Patrycja zjadła kolację powoli. Czuła, że sen przyjdzie szybko. Myślała tylko o tym, co dalej, co jeszcze ją czeka. Jedno dawało jej odrobinę spokoju — przez ostatnie dwa dni, mimo sesji fotograficznych, nic więcej się nie wydarzyło.
Zgasiła lampkę. Pokój ogarnęła ciemność. Zasnęła niemal natychmiast.
Janusz wrócił do pokoju z monitorami. W półmroku, rozjaśnianym jedynie blaskiem ekranów, siedzieli już Waldek i dwaj łysi osiłkowie. Obraz z kamer był nieruchomy — korytarze puste, światła przygaszone.
— Szef dziś wraca? — zapytał jeden z nich, nie odrywając wzroku od monitora.
Waldek oparł się o biurko. — Powinien być późnym wieczorem. Tak mówił.
— Poszła już spać — odezwał się drugi osiłek. — Zgasiła światło.
Janusz parsknął cicho. — Jutro też jest dzień. Niech korzysta ze spokoju, choć przez chwilę. Zaśmiał się krótko, sucho. Po chwili dołączyli do niego pozostali. Śmiech odbił się od ścian pomieszczenia i zgasł tak samo nagle, jak się pojawił. Monitory dalej świeciły, a noc w domu toczyła się swoim, pozornie spokojnym rytmem.
Późnym wieczorem pod budynek zajechał samochód. Patrycja spała tak głęboko, że nie usłyszała ani silnika, ani trzasku zamykanych drzwi. Noc była cicha, ciężka od wilgoci i napięcia, które zdawało się wracać razem z nim.
Z auta wysiadł Marek, wracający z Krakowa. Za kierownicą siedział Robert — jego osobisty kierowca i ochroniarz. Wysoki, potężnie zbudowany, sprawiał wrażenie kogoś, kto nie musi podnosić głosu, by wzbudzać respekt. Janusz i Waldek znali go dobrze. Choć formalnie stali wyżej w hierarchii, jego obecność zawsze wprowadzała niepokój — Robert był nieprzewidywalny, a to wystarczało, by zachować ostrożność.
W holu czekał Janusz. Przywitał ich krótkim gestem. Od razu zauważył, że Marek jest w wyraźnie dobrym humorze — rozluźniony, z tym charakterystycznym błyskiem w oczach, który pojawiał się, gdy alkohol robił swoje.
Usiedli wszyscy w fotelach.
— A chłopaki? — zapytał Janusz, mając na myśli synów Marka — Piotrka i Damiana.
— Zostali w Krakowie — odpowiedział Robert. — Jakieś zajęcia z języka hiszpańskiego.
Marek machnął ręką i nalał sobie szampana. Wychylił kieliszek jednym ruchem, po czym spojrzał na Janusza.
— I jak ta nasza aktoreczka? — zapytał z rozbawieniem. — Dawała sobie radę?
— Bez problemów — odparł Janusz. — Spokojna. Poza sesjami praktycznie nie wychodziła z pokoju.
Marek uśmiechnął się pod nosem. Odstawił kieliszek, jakby decyzja już zapadła.
— W takim razie zrobię jej niespodziankę.
Janusz nie odpowiedział. Wiedział, że nie ma sensu. W tym domu słowo Marka było ostateczne.
Marek wstał i skierował się ku schodom. Kroki odbijały się głucho, gdy wchodził na pierwsze piętro, w stronę pokoju Patrycji — nieświadomej, że spokój tej nocy właśnie dobiega końca.
W sypialni zapalił lampkę, jej mdłe światło rozjaśniło tylko kontury. Patrycja spała przytulona do poduszki, w satynowej koszuli nocnej, która leniwie opinała jej biodra i piersi. Marek, już nagi, położył się obok niej. Czuł pulsowanie krwi w skroniach i tętniący pożądaniem ciężar między nogami. Jego dłoń, najpierw nieśmiała, sunęła po jej udzie pod kołdrą. Dotknął materiału majtek, potem odsunął ich brzeg. Jego palce natrafiły na ciepło i szczelinę.
Patrycja w śnie zobaczyła Łukasza. Jego dłonie, jego usta. W jej śnie był czuły. Marek włożył jeden palec, ostrożnie, czując, jak jej mięśnie go obejmują. Potem drugi. Jej biodra zaczęły poruszać się w rytm tego snu, a na jego palcach pojawił się śliski ślad jej podniecenia. Śpi i jest mokra, pomyślał z satysfakcją. Drugą ręką chwycił swojego kutasa, twardego i nabrzmiałego, masując go w rytm ruchów w jej cieple.
Jęknęła przez sen. Marek wyjął palce i ułożył się za nią. Przysunął się, aż poczuł jej pośladki na swoim brzuchu. Jedną ręką odgarnął koszulę, odsłaniając jej biodro. I wszedł.
Ciepło jej ciała ogarnęło go jak gorąca kąpiel. Jezu, jaka ciasna. Wsunął się głębiej, aż ich ciała złączyły się całkowicie. Jego dłoń znalazła jej pierś pod satyną, wyłoniła sutek na zewnątrz. Ścisnął go między palcami, a ona w śnie westchnęła.
Wtedy się obudziła.
Oczy jej rozszerzyły się z przerażenia. Obcy. W moim łóżku. Wewnątrz mnie. Chciała krzyknąć, ale jego dłoń przygniotła jej usta.
— Ciii… — wysyczał jej do ucha.
I zaczął się poruszać. Naprawdę. Głębokie, mocne pchnięcia, które wstrząsały całym jej ciałem. Walczyła przez sekundę, dwie, próbowała wyrwać głowę spod jego dłoni, odepchnąć go biodrami. Ale jej własne ciało zdradziło ją. Wilgoć, którą wyczuł wcześniej, teraz zalewała ją całkowicie, czyniąc każdy jego ruch gładszym, intensywniejszym. Fala paniki zaczęła ustępować miejsca innej fali – fizycznej, niepowstrzymanej. Zamknęła oczy. I odpłynęła.
Przestała walczyć. Jej mięśnie, zamiast się zaciskać, rozluźniły się, przyjmując rytm jego uderzeń. Marek poczuł to natychmiast. Zdjął dłoń z jej ust i wrócił nią do jej piersi. Teraz jęczała już otwarcie, cicho, stłumionym gardłowym dźwiękiem.
— No właśnie… — mruknął. — Daj się poznać.
Przewrócił ją na plecy. Jej oczy spotkały się z jego w półmroku. Poznała go. Marek! Strach wrócił na moment, ale jej ciało było już wściekle obojętne na umysł. On rozsunął jej nogi szeroko, bez ceremonii, i zanurzył się w niej ponownie z głuchym pomrukiem zadowolenia.
Łóżko zatrzeszczało głośno. Rytm był szybki, twardy, nieubłagany. Chlupt, chlupt, chlupt — wilgotny odgłos ich złączonych ciał wypełnił ciszę pokoju. Pochylił się, chwycił jej sutek ustami, ssąc go i gryząc delikatnie. Zapach alkoholu zmieszał się z jej własnym, zmysłowym zapachem. I wtedy wszedł jej językiem do ust. Gwałtownie, łapczywie. A ona… odpowiedziała. Jej język starł się z jego. Jęknęła w jego usta.
Czuła, jak coś się w niej budzi, rośnie, napiera. To nie była jej wola. To było coś głębszego. Marek warczał, jego ruchy stawały się chaotyczne.
— Będziesz… ze mną… — charczał.
I wtedy to przyszło. Głębokie, rozdzierające wrzącą falą. Krzyknęła, jej plecy wygięły się w łuk, a wnętrzności zdawały się kurczyć wokół jego członka, wyciskając z niego gorący strumień. On wyszarpnął się z jej ust i wydał gardłowy ryk, wbijając się w nią po ostatni raz, aż ją podniósł na łóżku. Czuła, jak wylewa się w nią, zalewa ją, pulsując.
Padł na nią, ciężki i spocony. Leżeli tak, słysząc tylko swój zgiełk oddechów.
— Tęskniłaś za mną, prawda? — zapytał po chwili.
Milczała, czując, jak jego nasienie powoli wycieka na udo. W końcu się wycofał. Usiadł na łóżku, jego półwzwód lśnił w świetle lampki, zmieszany z ich sokami.
— Postaw mi go jeszcze raz, mała.
Skierował się ku jej twarzy. Patrycja, wciąż w letargu po orgazmie, otworzyła usta. Poczuła słony, charakterystyczny smak. Pozycja była niewygodna, Marek to zauważył. Położył się na plecach.
— No, pokaż, czegoś się nauczyłaś przez te dni.
Ona, jak w transie, przysiadła nad nim i wzięła go do ust. Jej język omijał wrażliwe miejsca, jej dłoń pracowała w idealnym rytmie. Słyszała jego stęknięcie.
— O… widzisz… — wyszeptał. — Dobrą masz pamięć.
Stał się znowu twardy jak skała. Wtedy ją podniósł, obrócił i ułożył na czworakach. Widziała swoje odbicie w ciemnej szybie okna – rozczochraną, z rozszerzonymi oczami, usta rozchylone. Jego dłoń przesunęła się między jej pośladkami, zbierała wilgoć z jej poszerzonej jeszcze cipki i rozsmarowała wokół jej drugiego, ciasnego oczka. Splunął dla pewności.
— Rozrucham ci tę małą dziurkę — warknął i bez ostrzeżenia wparł się.
Ból. Ostry i czysty. Krzyknęła, ale on już był w ruchu, trzymając ją mocno za biodra. Ale po chwili… dyskomfort zaczął się zmieniać. Jej własna ręka, niemal odruchowo, podążyła między jej nogi. Dotknęła nabrzmiałej łechtaczki. Jęk. Tym razem nie z bólu. Fala gorąca rozlała się od tego dotyku. Czuła go teraz wszędzie – w tyłku, w brzuchu, w klatce piersiowej. Jej opór stopniał dosłownie. Zaczęła się poruszać do tyłu, na jego członek, współgrając z jego pchnięciami.
— Tak… kurwa, tak… — mamrotał Marek, zachwycony jej nagłą uległością.
Zmienił pozycję, kładąc się z powrotem. Kazał jej jechać wierzchem. Patrycja, posłuszna, opuściła się na niego, przyjmując go całego do środka. Tym razem patrzyła mu w oczy. Jej piersi podskakiwały z każdym ruchem, tatuaż ćmy nad biodrem zdawał się trzepotać skrzydłami. Dzikie, pomyślała. Jestem dzika.
Jęczała, coraz głośniej, jej paznokcie wbijały się w jego klatkę piersiową. On ściskał jej piersi, wykrzywiając usta w zwierzęcym grymasie rozkoszy. Czuła, jak znowu zbliża się orgazm, tym razem jeszcze potężniejszy, pochłaniający. I kiedy on zaczął krzyczeć, wylewając się w nią po raz drugi, ona również runęła w przepaść, krzycząc , choć w duchu nienawidziła samej siebie za to.
Padła na niego, bezwładna. Jej serce waliło jak młot. On tylko sapnął z satysfakcją.
— Co… spodobało ci się? — zdołał wykrztusić.
Podniosła na niego wzrok, w którym buzował jeszcze żar, ale i nienawiść.
— Jesteś jebanym gnojem… — wyszeptała ochryple. — Którego nigdy… przenigdy nie zaakceptuję.
Ale leżała na nim, ich skóra sklejona potem, jego nasienie wciąż w niej. I wiedziała, że to, co powiedziała, było prawdą tylko w połowie. Ciało miało własną prawdę. On się tylko zaśmiał, cicho, głęboko. Zgasił lampkę.
W ciemności leżała przy nim, plecami do niego, czując, jak kolejne krople jego spermy spływają po jej udzie. Myśli galopowały, próbując pogodzić wstręt z pamięcią rozkoszy, upokorzenie z fizycznym spełnieniem. Sen dopadł ją dopiero nad ranem, wyczerpaną i rozdartą.
Obudziła się przed ósmą. Marek chrapał obok niej. Promień słońca padał na plamę na prześcieradle. Patrycja wzięła głęboki oddech.
To nie był sen.
CDN.
Slaanesh
Jak Ci się podobało?