Aktorska gra Patrycji (III)
24 stycznia 2026
Aktorska gra Patrycji
59 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Leżała nieruchomo, wpatrując się w sufit. Obok niej Marek spał ciężko, oddychając głęboko, niemal ostentacyjnie spokojnie. Jego obecność była fizyczna, namacalna — zbyt bliska. Odwróciła głowę i spojrzała na jego twarz, rozluźnioną snem, pozbawioną jakiegokolwiek napięcia czy refleksji.
I wtedy poczuła to wyraźnie.
Nie niepokój.
Nie strach.
Wstręt.
Nie do niego samego — lecz do sytuacji. Do siebie w tej sytuacji. Do faktu, że znalazła się tutaj, że pozwoliła, by coś się wydarzyło, choć wiedziała, że nie powinna.
A jednak… gdzieś głęboko, pod warstwą wstydu i racjonalizacji, czaiła się myśl, której nie potrafiła zagłuszyć.
Że jej ciało nie protestowało.
Że reakcja przyszła łatwiej, niż chciałaby przyznać.
Że granica, która w jej głowie miała być nieprzekraczalna, okazała się zaskakująco krucha.
Ta świadomość bolała najbardziej.
Bo nie mogła powiedzieć, że to było tylko wymuszone.
Nie mogła też uczciwie powiedzieć, że było jej całkowicie obojętne.
I właśnie dlatego czuła się zdradziecko pusta.
Myśl o Łukaszu przyszła nagle — jak uderzenie w splot słoneczny. Jego twarz. Jego spokój. Zaufanie, które dawał jej bezwarunkowo. To, że nigdy nie musiała przed nim udawać.
Zacisnęła powieki.
„Zdradziłam go” — pomyślała. Nie w gniewie. Nie w panice.
Z zimną, ciężką jasnością.
Nie chodziło o sam czyn.
Chodziło o to, że pozwoliła sobie chcieć.
Że przez krótką chwilę nie walczyła.
Odwróciła się na bok, jak najdalej od Marka, jakby dystans mógł coś naprawić. Wiedziała, że jutro obudzi się z tym samym ciężarem — z pytaniem, którego nie da się cofnąć:
jak żyć dalej z wiedzą, że moralność i pragnienie nie zawsze stoją po tej samej stronie.
Patrycja usłyszała najpierw ruch — szelest prześcieradła, ciężki oddech, ciche przekleństwo wyrwane ze snu. Marek poruszył się niespokojnie, jakby próbował odnaleźć się w obcym miejscu. Przetarł twarz dłonią i przez chwilę siedział na brzegu łóżka, pochylony, z pustym spojrzeniem wbitym w podłogę.
— Co jest… — mruknął, bardziej do siebie niż do niej.
Wyglądał na oszołomionego. Jakby obudził się po długiej, niejasnej przerwie w świadomości. Rozejrzał się po pokoju, potem na Patrycję. Jego brwi ściągnęły się lekko, jakby próbował dopasować do siebie rozsypane fragmenty.
— My…? — zaczął, ale urwał.
Dopiero po chwili coś w nim drgnęło. Zrozumienie przyszło powoli, bez gwałtowności. Raczej jak ciężar, który osiada, zamiast uderzać. Nie było w nim wstydu ani napięcia. Jeśli już — cień zadowolenia, którego nawet nie próbował ukryć.
Patrycja odwróciła wzrok.
Marek wstał i zaczął się ubierać bez pośpiechu, jakby to był zupełnie zwyczajny poranek. Koszulka, spodnie, pasek. Milczenie trwało zbyt długo.
— Wiesz — odezwał się w końcu, zapinając guziki — nie spodziewałem się tego po tobie.
Spojrzała na niego ostro.
— Czego dokładnie? — zapytała chłodno.
Uśmiechnął się krzywo, z tym rodzajem pewności siebie, który doprowadzał ją teraz do furii.
— Że jesteś taka… dobra w łóżku. — Wzruszył ramionami. — Serio. Ten twój chłopak… on w ogóle to docenia?
Poczuła, jak coś w niej pęka. Najpierw gniew — czysty, gorący. Potem wstyd, jeszcze gorszy, bo skierowany do środka.
— Zamknij się! — powiedziała cicho, ale stanowczo.
— No co? Pytam normalnie.
— Nie pytasz normalnie. — Jej głos zadrżał. — Zachowujesz się, jakby nic się nie stało.
Wzruszył ramionami.
— Stało się. I tyle. Dorośli ludzie, prawda?
Te słowa uderzyły ją mocniej, niż by się spodziewała.
— Dla ciebie „i tyle”. — Spojrzała na swoje dłonie, jakby nagle stały się obce. — A ja… ja muszę z tym żyć.
— Przesadzasz — rzucił lekko. — Nikt nie musi wiedzieć. No, oprócz tych, którzy też z tobą to zrobili, ale i oni zostawią to dla siebie.
— Właśnie dlatego jest mi niedobrze — powiedziała ostro. — Bo ty nie masz żadnych granic. A ja… — urwała, zaciskając usta. — A ja pozwoliłam, żebyś je przekroczył.
— Gdybyś nie pozwoliła — odparł chłodno — pogadalibyśmy trochę ostrzej, inaczej. Wzruszył ramionami.
— Ale pozwoliłaś. I wiesz, że ci się podobało. I właśnie to ci przeszkadza, prawda? Nie możesz pogodzić się z tym, że to, co kiedyś było dla ciebie fantazją, stało się rzeczywistością.
Patrycja nie mogła odpowiedzieć. Słowa Marka trafiały w nią jak ciosy, ale nie mogła im zaprzeczyć. Mieszanka wstydu, odrazy i… dziwnego podniecenia przewracała w niej wszystko do góry nogami.
— Może i jakoś cierpisz — kontynuował, z lekkim uśmiechem — ale pozwól sobie jeszcze pobawić się przez jakieś półtora tygodnia. W końcu jesteś aktorką. Poczuj prawdziwą grę i wczuj się w rolę.
Jego spojrzenie przeszyło ją na wskroś.
— A gdybym ci powiedział, że twój narzeczony też się fajnie bawi, uwierzyłabyś w to?
Patrycja poczuła, jak miesza się w niej wściekłość z wstydem, odrazą z podnieceniem. Wiedziała, że nienawidzi jego słów, a jednocześnie nie mogła całkiem wyprzeć prawdy, którą one ujawniały. Była rozdarta między własną moralnością a tym, co zaskakująco bardzo jej się podobało. Patrząc na Marka, śpiącego, czuła odrazę, wstręt… i coś jeszcze — świadomość, że seks, który mieli, sprawił jej przyjemność.
Zapadła cisza. Marek spojrzał na nią uważniej, ale w jego oczach wciąż nie było skruchy.
— Twoja sprawa — powiedział w końcu, sięgając po marynarkę.
Patrzyła, jak wychodzi, i czuła, że złość nie znika wraz z nim. Zostaje. Rozlewa się głębiej. Bo choć najłatwiej było nienawidzić Marka, wiedziała, że największy ciężar i tak spoczywa na niej samej.
Marek wrócił do swojego dużego pokoju na parterze, w drugim skrzydle budynku. Zamknął drzwi, zdjął marynarkę i rzucił ją na fotel, jakby zrzucał z siebie jedną rolę, a zakładał inną. Przez chwilę stał nieruchomo, wsłuchując się w ciszę, po czym sięgnął po telefon i wezwał Janusza oraz Waldka.
Usiedli przy stole. Rozmowa zaczęła się od interesów — spokojnie, rzeczowo, jakby to był zwykły poranek.
— Kraków idzie zgodnie z planem — powiedział Marek. — Ale Warszawa zaczyna wyglądać ciekawiej. Są przynajmniej trzy kamienice do przejęcia. Jedna praktycznie gotowa, dwie do dociśnięcia.
Janusz skinął głową, Waldek wyjął notes.
— A Łódź? — zapytał.
— Karol był w Krakowie. Spotkałem się z nim tam — odpowiedział Marek. — Mamy wspólny interes. Zaprosiłem go tutaj, na miejsce, do pensjonatu. Przyjedzie pod koniec przyszłego tygodnia. Niech zobaczy, jak to robimy u siebie.
Na moment zapadła cisza. Marek zmienił ton, jakby przechodził do kolejnego punktu porządku.
— Sprawa Patrycji jest prosta — powiedział bez emocji. — Dziesięć dni. Tyle trwa umowa. Po tym czasie dług jej faceta jest zamknięty.
— A materiały? — zapytał Janusz, jakby chodziło o dokumenty.
Marek uśmiechnął się krótko.
— Zostają. Zdjęcia, nagrania. Wszystko. — Wzruszył ramionami. — Nigdy nie wiadomo, co się jeszcze przyda. Życie lubi wracać.
Waldek spojrzał na niego uważnie.
— Hiszpania?
— Co z nią? — Marek uniósł brwi.
— Wczoraj przyszły pierwsze materiały — odpowiedział Janusz. — Łukasz. Dziewczyny. Zabawy. Wyraźne.
— Dobrze — powiedział Marek spokojnie. — Niech leżą. Na razie.
Oparł się wygodniej o krzesło i spojrzał na nich obu.
— Dzisiaj dać Patrycji spokój. Bez żadnych scen. Bez nacisku. — Jego głos był spokojny, ale nieznoszący sprzeciwu. — Niech myśli, że ma chwilę oddechu.
— A wieczorem? — zapytał Waldek.
— Poker. Obecność obowiązkowa. — Marek odliczał w myślach. — Będzie Robert i jeden z łysych. Drugi ma służbę. Pilnowanie i monitoring. Bez wyjątków.
Wstał, dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.
— Każdy wie, co ma robić.
Rozeszli się bez słowa, wracając do swoich obowiązków. Marek został sam. Podszedł do okna i spojrzał na ogród, jakby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Plansza była rozłożona. Figury stały tam, gdzie powinny.
A Patrycja — czy tego chciała, czy nie — była już częścią gry.
Do pokoju Patrycji wszedł jeden z łysych osiłków, niosąc tacę ze śniadaniem — zwykłe, niezbyt wyszukane danie, plus gorąca kawa.
— Chcesz czegoś jeszcze? — zapytał.
— Mogłabym… pójść na salę, tam gdzie była sesja fotograficzna? — spytała Patrycja. — Widziałam tam przyrządy do ćwiczeń… mogłabym z nich skorzystać?
Osiłek lekko się uśmiechnął:
— Raczej nie stanowi to problemu — powiedział i wyszedł.
Po jego wyjściu wyciągnęła matę do jogi, którą zabrała ze sobą. Przebrała się w legginsy i sportowy top — ulubione ubrania, w których czuła się swobodnie. Top podkreślał jej niewielki, ale proporcjonalny biust, co sprawiało, że ćwiczenia były przyjemniejsze.
Weszła na bieżnię, założyła słuchawki i zaczęła biegać, wsłuchując się w muzykę. Gdy poczuła zmęczenie, zatrzymała się, rozłożyła matę, zdjęła słuchawki i przeszła do medytacji. Cisza była jej sprzymierzeńcem — chciała oczyścić umysł i choć na chwilę zapomnieć o wszystkim.
Po kilkunastu minutach wstała, przeciągnęła się i zebrała rzeczy. Powoli wróciła do swojego pokoju, wciąż czując przyjemne zmęczenie mięśni. Na stoliku czekał już obiad — prosty, ale starannie przygotowany, jakby ktoś zadbał o każdy szczegół jej posiłku.
— Co to za danie? — spytała sama siebie, z lekkim zdziwieniem.
Spróbowała i była zaskoczona. Nie było to wykwintne, ale naprawdę smaczne, przygotowane na miejscu przez jednego z chłopaków. Po posiłku odłożyła sztućce, wstała od stolika i przeszła przez pokój, by rozprostować nogi. Gdy minęła drzwi swojego pokoju i wyszła na korytarz, natknęła się na Janusza.
— Mogłabym wyjść na zewnątrz, choćby na chwilę? — zapytała.
Janusz kiwnął głową.
— Jasne, możesz — powiedział krótko, ruszając w stronę pokoju z monitoringiem. Mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do niej: — Trzeba tylko, żeby ktoś cię śledził… żeby przypadkiem niczego nie wywinęła.
Dwóch łysych osiłków w pokoju monitoringu natychmiast podjęło polecenie Janusza. Patrycja nie wiedziała o tym, gdy zakładała bluzę sportową na top i wyszła do ogrodu.
Spacerowała, myśląc o sobie i tym, co ją spotkało. Usiadła na ławeczce, a promienie słońca padały na jej piegowatą twarz. W świetle włosy spięte z tyłu z prostą grzywką wydawały się kasztanowe, zamiast brązowych.
— Po powrocie do domu… Łukasz nigdy nie może się dowiedzieć, co tu się wydarzyło — pomyślała. — To moja tajemnica i musi tak zostać. Jeszcze tylko dziesięć dni. Wytrzymam. Jestem silna.
Słońce powoli znikało za drzewami, a chłodny wieczorny wiatr dawał się we znaki. Patrycja wróciła do swojego pokoju, przeszła kilka kroków i spojrzała przez okno — świat wokół ciemniał. Postanowiła odetchnąć i uporządkować myśli biorąc prysznic. Po kąpieli wróciła do pokoju, otuliła się w kocyk i położyła na łóżku. Sięgnęła po książkę, którą dostała od chłopaka na Mikołajki, i wczytała się w nią, pozwalając myślom odpłynąć.
Przeczytała kilka stron, zadając sobie pytanie: „Czy naprawdę mogę tu choć na chwilę zapomnieć?”
Sen zwyciężył.
— Mam nadzieję, że tym razem nikt nie wejdzie… — pomyślała, zgaszając światło.
Zasnęła, pozwalając ciału i umysłowi odpocząć.
Nastał wieczór. Czas, który Marek wcześniej zaplanował, wreszcie nadszedł. Hol wypełnił się lekkim półmrokiem, a na stole czekały już przekąski i butelki z alkoholem. W tle telewizor pokazywał mecz Legii Warszawa, ulubionej drużyny Marka i jego kompanów.
Marek stanął spoglądając na zgromadzonych.
— Panowie — powiedział spokojnym, zdecydowanym głosem — czas zacząć. Poker!
Przy stole usiedli Janusz, Waldek, Robert i jeden z łysych osiłków. Drugi pełnił straż i monitorował wszystko w budynku oraz na zewnątrz.
— Zawsze Legia — mruknął Waldek, uśmiechając się do Roberta. — Tak jak nasi ojcowie, koledzy, całe życie.
Gra rozpoczęła się spokojnie. Mężczyźni rozmawiali o pierdołach, o polityce w Polsce i na świecie, o celebrytach, kto co zrobił lub nie zrobił, plotkach o konkurentach z branży. Po meczu przełączyli kanał na sporty walki — drugi ulubiony sport.
Robert dzisiaj miał szczęście. Karty mu szły, a Marek obserwował go z lekkim uśmiechem.
— Robert, dzisiaj ci idzie — rzucił Waldek, stukając w stół kieliszkiem.
Chłopcy uśmiechnęli się i przez chwilę komentowali swoje szczęście, wymieniając luźne uwagi o grze. Wtedy rozmowa naturalnie zeszła na temat Patrycji.
— Słuchajcie — zaczął Marek, z figlarnym błyskiem w oku — jest ładną laską. Nie jest wysoka, ale ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Jej aura… sposób, w jaki się porusza, jak patrzy, jak mówi, sprawia, że od razu wiesz, że jest wyjątkowa. Biustu nie ma dużego, jak dziewczyny z rozkładówek, ale reszta robi wrażenie. I powiem wam coś jeszcze — w łóżku jest dobra. Wy wiecie o tym doskonale.
Robert skrzywił się lekko.
— Nigdy jej nie widziałem — przyznał.
— Gra w TV, seriale, reklamy… — dodał Janusz, próbując wytłumaczyć, ale Robert tylko wzruszył ramionami, nie do końca przekonany.
Marek popatrzył na ich reakcje i uśmiechnął się szerzej. W jego oczach pojawił się błysk pomysłu, który od razu wydawał się zabawny i ekscytujący.
— A może zagramy o nią? — rzucił. — Cały dzień na wyłączność. Kto wygra, ten bierze ją na jeden dzień i może robić, co chce.
Chłopcy spojrzeli po sobie zaskoczeni, a jednocześnie rozbawieni. W powietrzu unosiła się mieszanka niedowierzania i ciekawości, a Marek obserwował ich reakcje z satysfakcją. Wiedział, że zawsze może sobie ją „odbić” w inne dni. Pomysł podobał mu się — zabawne, proste, a zarazem ekscytujące.
Gra trwała dalej, karty krążyły, napięcie rosło. W ostatniej licytacji najlepsze karty miał Robert. Szczęściarz!
— Robert — powiedział Marek, wskazując na niego — gratulacje. Od jutra od dziesiątej rano aktoreczka jest do twojej dyspozycji.
Robert uśmiechnął się szeroko, wyraźnie wiedząc, jak może się rozerwać.
Marek obserwował go przez chwilę, zadowolony z własnej inwencji. To była jego gra, a każdy ruch był częścią planu, który skrupulatnie realizował.
Gra zakończyła się około godziny po północy. Karty zostały odłożone, przekąski zjedzone, alkohol częściowo wypity, a wszyscy rozeszli się w dobrych humorach. Tylko Patrycja spała spokojnie na górze, nieświadoma tego, że już od jutra, od dziesiątej rano, zostanie pozbawiona wolności wyboru!
Patrycja obudziła się przed godziną ósmą rano. Spało jej się dobrze — od dawna nie miała tak głębokiego, nieprzerwanego snu. Nikt nie wchodził do pokoju, nikt nie zakłócał ciszy. Przez krótką chwilę, tuż po przebudzeniu, pozwoliła sobie na złudzenie normalności. Leżała jeszcze moment, wsłuchując się w własny oddech, zanim wróciła pamięć o tym, gdzie jest i dlaczego.
Robert wstał przed siódmą, razem z Waldkiem i Januszem. W przeciwieństwie do nich był już w pełni gotowy do dnia — wyprostowany, skupiony, jakby napięcie było jego naturalnym stanem. Był mężczyzną, którego obecność trudno było przeoczyć: wysoki, szeroki w barach, z masą mięśni, która nie wynikała z siłowni dla ozdoby, lecz z lat fizycznej dominacji i ciężkiej pracy nad ciałem. Poruszał się oszczędnie, ale każdy ruch niósł w sobie ciężar i pewność.
— Mam po nią iść? — zapytał spokojnie, jakby chodziło o odebranie dokumentów, nie człowieka.
Janusz parsknął śmiechem, a Waldek pokręcił głową.
— Daj spokój. — Uśmiech nie schodził mu z twarzy. — Ktoś pójdzie przed dziewiątą, zaniesie śniadanie. Powie, żeby się wyszykowała. Będzie miała zadanie.
Robert skinął głową. Nie spieszyło mu się. Lubił, kiedy rzeczy dojrzewały we właściwym tempie.
— Wiecie przecież, co ja lubię — dodał po chwili, z lekkim uśmiechem. — I że wolę, kiedy kobieta ma na sobie wdzianka które uwielbiam.
Zaśmiali się krótko. Wiedzieli. Wszyscy wiedzieli.
Upodobania Roberta nie były tajemnicą w ich kręgu. Nie afiszował się z nimi, ale też ich nie ukrywał. Lubił kontrolę, strukturę, napięcie. Lubił granice — i momenty, gdy ktoś był zmuszony się z nimi zmierzyć. Kobiety szybko to wyczuwały. Większość instynktownie trzymała się na dystans, inne znikały po jednym spotkaniu. Te, które zostawały dłużej, robiły to świadomie albo… uczyły się rozumieć zasady. Marek, Janusz i Waldek doskonale zdawali sobie z tego sprawę — i właśnie dlatego nie próbowali go zmieniać ani ograniczać. Robert był użyteczny. A jego skłonności wpisywały się w świat, w którym funkcjonowali.
— Idź do tego pokoju co są ubrania po sesji zdjęciowej — rzucił Janusz. — Wszystko tam jest. Może znajdziesz coś odpowiedniego. Wytłumaczyli mu, gdzie dokładnie ma iść. Robert nie zadawał zbędnych pytań wstał i poszedł.
Pomieszczenie było duże, chłodne, uporządkowane aż do przesady. Wieszaki, szafy, pudełka opisane krótkimi hasłami. Robert przeglądał zawartość bez pośpiechu, z uwagą. Jego dłoń zatrzymywała się na fakturach, które znał i lubił. Skóra. Czerń. Proste formy.
Wrócił do swojego pokoju, odłożył wszystko na łóżko i usiadł w fotelu. Spojrzał na zegarek.
Do dziesiątej było jeszcze trochę czasu.
Czekał spokojnie. Bez emocji, bez pośpiechu. Jak ktoś, kto dokładnie wie, że dzień potoczy się zgodnie z planem.
Janusz przyszedł do Patrycji tuż przed dziewiątą. Zapukał krótko, wszedł bez zbędnych ceregieli i postawił tacę ze śniadaniem na stoliku.
— Zjedz spokojnie — powiedział rzeczowo. — O dziesiątej przyjdzie po ciebie Łysy. Zaprowadzi cię na poddasze. Trzeba tam trochę ogarnąć… jakieś pierdoły.
Nie patrzył jej w oczy. Jakby chciał mieć to już za sobą.
Dodał jeszcze jednym tonem, jakby przekazywał drobną logistyczną informację:
— My z Waldkiem i szefem jedziemy do Krakowa. Po jego synów. Bierzemy vana, wrócimy jutro przed południem.
Nie czekał na reakcję. Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Patrycja usiadła na łóżku, ale nie sięgnęła po jedzenie. W głowie natychmiast ruszyła karuzela myśli. Poddasze. Porządek. Zadanie. Słowa Janusza brzmiały zbyt niewinnie, zbyt technicznie. Wiedziała już, że w tym miejscu nic nie jest przypadkowe.
Zostanie sama. Tylko ona i dwaj łysi.
Nie wiedziała jeszcze, że to nie cała prawda i że jeszcze jest ten trzeci!
Tymczasem Robert był już na poddaszu.
Na samym końcu był pokój — jedyny, do którego światło docierało z trudem. Małe okienka w dachu przepuszczały zaledwie wąskie smugi dnia, wystarczające, by zarysować kontury, ale nie na tyle, by rozproszyć półmrok. Reszta tonęła w cieniu.
Pokój wyglądał jak wyrwany z innej epoki. Ściany były surowe, powietrze ciężkie, a zapach starego drewna i kurzu mieszał się z chłodem. W rogu stało stare łóżko z materacem i powleczoną pościelą, ale od razu wyczuwał, że nikt go nie używał od bardzo dawna — stęchlizna była wyraźna, ciężka, jakby pokój spoczywał w bezruchu przez lata. Drewniana podłoga skrzypiała na całym strychu, każdy krok odbijał się echem w półmroku.
Korytarz prowadzący do pokoju był niski i ciasny, zastawiony zapomnianymi meblami, skrzyniami i rupieciami pokrytymi grubą warstwą pyłu. Trzeba było iść powoli, uważając na każdy krok. Dla Roberta ten klimat nie był odpychający. Wręcz przeciwnie — działał jak impuls. Cisza, półmrok, odosobnienie. Dokładnie to, co lubił.
Między kolumnami podtrzymującymi dach przewiesił kilka sznurków, planując, jak je wykorzysta. Z auta przywlókł walizkę i zaczął wyciągać z niej rekwizyty, powoli, dokładnie, jakby układał je w rytmie własnej kontroli nad przestrzenią. Po chwili dodał do tego elementy, które zabrał z pokoju wcześniej rano: skórzane komplety układając je starannie w wybranych miejscach. Wszystko miało swoje miejsce, nic nie było przypadkowe.
Patrycji jeszcze nie poznał osobiście. Widział ją tylko na monitorach — poruszającą się po korytarzach, siedzącą w ogrodzie, z twarzą, która zdradzała więcej, niż zapewne chciała. Oglądał też krótkie nagrania, którymi podzielili się z nim Janusz i Waldek. Widział ją na filmikach na YouTube, Instagram. Wystarczyło, by zbudować sobie obraz. Wiedział że jest ładną dziewczyną i z ich opowiadań jest na rozdrożu moralnym nie chce tego robić ale ciągnie ją do tego.
Jedna rzecz szczególnie go satysfakcjonowała.
Na poddaszu nie było kamer.
Nikt nie patrzył. Nikt nie rejestrował. Żadnych świadków, żadnych ekranów, żadnych zapisów. Tylko przestrzeń, czas i cisza.
Robert usiadł na krześle i spojrzał w stronę drzwi.
Do dziesiątej zostało już niewiele.
Łysy osiłek przyszedł punktualnie o dziesiątej i zaprowadził Patrycję na piętro. Jej serce waliło mocno, dłonie były wilgotne, a każdy krok zdawał się ciążyć coraz bardziej. Cisza, którą panowała w budynku, teraz wydawała się gęsta i przytłaczająca. Przeszli przez długi, pusty korytarz, a pod jej stopami drewno skrzypiało, jakby sam budynek ostrzegał ją przed tym, co miało nadejść.
Kiedy doszli do końca korytarza, osiłek zatrzymał się i otworzył drzwi. Stała przed nimi ciemna przestrzeń poddasza, blade smugi światła z małych okienek w dachu ledwie oświetlały wnętrze.
— Dalej idź sama — powiedział sucho. — Ktoś zaraz przyjdzie i powie ci, co masz robić.
Patrycja poczuła zimny dreszcz przebiegający po kręgosłupie. Słowa wydawały się dziwnie obce, jakby wyjęte z innego świata. Co oni tu wymyślili? Co mnie czeka? — myślała, czując, jak strach zaciska jej klatkę piersiową. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale łysy tylko skinął głową i odszedł, zostawiając ją samą pod drzwiami.
Stała przez chwilę nieruchomo, wpatrując się w półmrok. W głowie kotłowały się myśli, każda z nich gorsza od poprzedniej. A jeśli to pułapka? A jeśli zrobią ze mnie coś, czego nie chcę? Jej serce waliło szybciej z każdą sekundą, a dłonie zaciskały się w pięści. Nie mogę się cofnąć. Nie mogę uciec.
Zebrała w sobie resztki odwagi i weszła do korytarza.
Był wąski, niski, a światło żarówek przebijało się tylko punktowo, zostawiając resztę w półmroku. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym kroku, a Patrycja stawiała je bardzo ostrożnie, starając się unikać widocznych dziur. Co jakiś czas serce podskakiwało, gdy pod stopami czuła, że drewno ugina się niepewnie, grożąc potknięciem lub upadkiem.
Po bokach korytarza stały stare meble, skrzynie i kartony, które rzucały dziwne cienie. A wśród nich… manekiny. Białe, nieruchome sylwetki, które odbijały blade światło i wyglądały, jakby obserwowały każdy jej ruch. Patrycja wstrzymała oddech, serce biło jej w piersi jak młot. Czy one mogą się ruszyć? Czy ktoś tam jest? Przestraszyła się tak bardzo, że prawie chciała się cofnąć, ale wiedziała, że nie ma dokąd uciec.
Każdy krok był ciężki. Korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a półmrok narastał z każdą sekundą. Powietrze było gęste, wilgotne i pachniało kurzem. Przeszła kilka metrów, wciąż mając przed oczami drzwi na końcu. To tam… — pomyślała, czując, że serce w piersi bije jeszcze szybciej. Strach mieszał się z niepewnością i napięciem, które nie pozwalało myśleć racjonalnie.
Kiedy była już prawie przy drzwiach, światło nagle zgasło. Półmrok ustąpił całkowitej ciemności. Nic nie było widać. Serce waliło jej w piersi, nogi ugięły się pod ciężarem paniki, a dłonie próbowały odnaleźć klamkę w czerni.
W tej sekundzie poczuła coś nagle na twarzy — zimną szmatę, która zasłoniła jej usta. Ręce zacisnęły się wokół niej, uniemożliwiając oddech. Ciemność, ucisk i nagła bezradność sprawiły, że straciła przytomność.
Otworzyła oczy, znajdowała się już w jakimś pomieszczeniu. Wiedziała że jest cała naga. Powietrze było ciężkie, pachniało kurzem i stęchlizną starego drewna. Materac na łóżku w rogu pokoju wyglądał jakby nie był używany od lat, pościel była powleczona, ale od razu wyczuwała jej stęchły zapach. Podłoga skrzypiała przy każdym ruchu, a półmrok z okienek dachowych rzucał blade smugi światła.
Jej ciało było zawieszone nad podłogą, lekko drżące, a pamięć powoli wracała, fragment po fragmencie. Korytarz, drzwi, nagła ciemność… strach i nagła bezradność. Serce waliło jej w piersi, a w głowie pojawiało się jedno pytanie, które nie dawało spokoju: Co teraz się stanie?
I wtedy go kątem oka zobaczyła. Stał za nią, nagi, jego muskularna sylwetka zarysowana w półmroku. Na twarzy miał gładką, czarną, skórzaną maskę, bez otworów, tylko ciemne szczeliny na oczy. W dłoni trzymał krótki, czarny pejcz z kilkoma cienkimi rzemieniami na końcu. Jego kutas był już w pełnej gotowości — długi, gruby, z wyraźnie nabrzmiałą główką.
Przełknęła ślinę, a kulka w ustach zabrzęczała cicho. Strach ścisnął jej żołądek lodowatą obręczą.
Nie powiedział ani słowa. Podszedł, chwycił dłonią za jej ciasny kucyk i pociągnął głowę do tyłu. Ból w skórze głowy był ostry, wyraźny. Pochylił się, a jego oddech, gorący i wilgotny, musnął jej ucho.
— Słyszałem, że jesteś ostrą dziwką — jego głos był niski, zniekształcony nieco przez maskę, ale wyraźnie obcy. — Że lubisz się rżnąć. Prawda?
Nie czekał na odpowiedź, której i tak nie mogła dać. Odsunął się. Poczuła chłodny dotyk na wargach sromowych. To była rękojeść pejcza. Gładka, wypolerowana skóra. Pocierał nią delikatnie, raz po lewej, raz po prawej stronie, nie wchodząc do środka. Jej ciało, mimo woli, zadrgało. To nie był ból. To było… pobudzenie.
Wtedy rękojeść się wślizgnęła. Gładko, bez oporu, bo jej ciało zdradziecko przygotowało się na ten dotyk. Weszła głęboko, na całą długość. Patrycja wstrzymała oddech. Wewnątrz niej zrobiło się gorąco, ciasno. On poruszał rękojeścią powoli, wsuwał i wysuwał, a z każdym ruchem w jej brzuchu rosło nieznane, paraliżujące napięcie. Boże, co on robi?
— Widzisz? — szepnął, wyjmując narzędzie z cichego, mokrego dźwięku. — Twoja cipa już cię zdradza.
Nagle odsunął się. Usłyszała świst w powietrzu.
Rzemienie uderzyły w jej plecy. Nie jeden raz, ale dwa, szybko, niczym bicie skrzydeł. Pieczenie rozlało się po skórze jak płomień. Krzyknęła, ale dźwięk utonął w kauczukowej kuli. Łzy napłynęły jej do oczu. Zanim ból zdążył przygasnąć, poczuła potężny, ogłuszający klaps na prawym pośladku. Ciało drgnęło gwałtownie, zmuszając linki do napięcia. Potem drugi, na lewym. Skóra płonęła.
Podszedł do niej przodem. Uniósł rękojeść pejcza i podniósł nią jej podbródek, zmuszając do patrzenia w ciemne szczeliny jego maski. W jego oczach widziała tylko swoje odbicie – małe, przerażone, roznegliżowane.
— Co, kurewko? Nigdy nikt cię tak nie dojechał? — zapytał, a w jego głosie brzmiała niemal czuła drwina.
— Ja będę pierwszy. I zobaczysz… może ci się to nawet spodoba.
Odwrócił się, sięgnął do niewielkiej skrzynki. Wyjął coś, co zabłysnęło w mdłym świetle. Zanim zrozumiała, co to, poczuła potworny, miażdżący ucisk na lewej piersi. Ból, ostry i przenikliwy, wystrzelił prosto do mózgu. Jej ciało szarpnęło się w linach, wydając stłumiony, zwierzęcy skowyt. Zanim ochłonęła, ten sam ból ścisnął prawy sutek. Spinacze, szerokie, stalowe, wpięły się w jej ciało, zaciskając tkankę w bolesnych imadłach. Każde drgnięcie, każdy oddech, powodował nową falę cierpienia.
Ale w tym cierpieniu, gdzieś głęboko w podbrzuszu, zaczęło tlić się dziwne ciepło.
Obserwował ją jak naukowiec obserwuje reakcję. Widział, jak jej sutki pod wpływem bólu i ukrwienia stają się twarde, długie, ciemnoróżowe. Widział, jak między rozchylonymi nogami pojawia się nowy, lśniący wilgocią blask. Podeszła do krocza, dotknął warg sromowych. Były gorące, nabrzmiałe. Bez ostrzeżenia zapiął spinacz na jednej, potem na drugiej. Patrycja zawyła, jej ciało wpięte w liny zamarło w spazmatycznym łuku. Ból był niewyobrażalny, czysty, elektryzujący. Ale gdy jego palce musnęły zapięte metalem miejsca, gdy lekko pociągnął, przez jej krocze przebiegła nie tylko fala cierpienia, ale i krótki, wstrząsający dreszcz. Nie…
Odpinał spinacze jeden po drugim. Każde uwolnienie było nowym szokiem, przypływem krwi do zdrętwiałej tkanki, falą rozpalonego, drętwego uczucia. Jej wargi były teraz purpurowe, nabrzmiałe, pulsujące. Opuścił linki podtrzymujące jej uda, aż jej stopy dotknęły zimnej podłogi. Teraz wisiała tylko za nadgarstki, a ciężar ciała ciągnął ją delikatnie w dół, jeszcze bardziej napinając i odsłaniając.
Stanął za nią. Jego dłonie, duże i ciepłe, objęły jej biodra. Jeden palec, potem dwa, wślizgnęły się do jej środka bez żadnego ostrzeżenia. Była tak mokra, że weszły gładko, głęboko. Wydała z siebie stłumiony jęk, który nie miał w sobie już tylko przerażenia. To był jęk głodu.
— Och, tak… — mruknął, a ona poczuła na swojej szyi dotyk jego ust przez maskę. Jego palce poruszały się, wsuwały i wysuwały, a z każdym ruchem coś w jej wnętrzu zaciskało się boleśnie, rozkosznie. Jego druga dłoń znalazła się między jej pośladkami, masując, rozcierając rozpaloną skórę.
Potem ją opuścił. Usłyszała cichy szelest — otwierał butelkę. Chłodna strużka czegoś oleistego spłynęła w szczelinę między jej pośladkami, a potem poczuła, jak płyn wlewa się głęboko do jej pochwy. To rozluźniło, ale też spotęgowało uczucie pełni, kiedy wrócił do niej palcami. Teraz mógł wejść całą dłonią, zwinąć ją w pięść i delikatnie, powoli, rozpychać jej wnętrze.
Patrycja zwisła bezwładnie. Świat zawęził się do tego miejsca — do piekących pleców, do pulsujących, obolałych sutków, do tego potwornego, rozsadzającego rozszerzania się w jej kroczu. I do tego ciepła, które zamiast gasnąć, rozprzestrzeniało się, ogarniając brzuch, klatkę piersiową. Jej oddech stał się szybszy, świszczący przez kulę.
— Już… — szepnął. Palce i pięść zniknęły, pozostawiając uczucie pustki i palącej wilgoci.
Poczuła nagle coś innego. Twardego, gorącego, o wiele większego. Główka jego kutasa przywarła do jej rozluźnionego, oleistego wejścia. Zawahał się tylko na ułamek sekundy.
I wbił się.
Patrycja wrzasnęła. Ból przebił ją na wskroś, ale był krótki, gwałtowny, i natychmiast utopiony w fali ekstremalnej pełni. Miał rację. Był ogromny. Wypełnił ją dosłownie, rozsadzając od środka, docierając w miejsca, o których istnieniu zapomniała. Chwycił ją mocno za biodra i zaczął ruch. Nie był to rytm miłosny. To było rżnięcie w czystej, brutalnej formie. Mocne, głębokie pchnięcia, które wstrząsały całą jej zawieszoną postacią, powodując, że liny trzeszczały, a jej skóra ocierała się o szorstkie pętle.
Ale z każdym pchnięciem ból przekształcał się. Mieszał się z niepohamowanym tarciem, które rozpalało jej ścianki. Jej własne soki, zmieszane z oliwką, wydawały mokry, obsceniczny dźwięk przy każdym jego ruchu. Jego dłonie opuściły biodra i sięgnęły do jej piersi. Chwycił je, nie delikatnie, a mocno, jakby chciał je wydrzeć z jej ciała. Kciukami przetoczył się po nabrzmiałych, nadwrażliwych sutkach.
I wtedy to się stało.
Przez jej ciało przebiegł wstrząs. Nie bólu. Czystej, niekontrolowanej rozkoszy. To było jak porażenie prądem, które rozlało się z piersi prosto do spazmatycznie zaciskającej się pochwy. Jej krzyk utknął w gardle. Zacisnęła się na nim, na jego kutasie, z siłą, o którą się nie podejrzewała.
— Tak, suko! Tak! — warknął, a jego ruchy stały się jeszcze szybsze, jeszcze bardziej niepohamowane.
Czuła, jak coś w niej pęka, jak fala podchodzi z głębi brzucha, niepowstrzymana. Ból pleców, ucisk na nadgarstkach, wszystko zlało się w jeden, ekstatyczny sygnał. Kiedy on wydał z siebie głuchy ryk i zalał ją wrzącą, gęstą lawą w samym szczycie jej spazmu, Patrycja po prostu odpłynęła. Świat zniknął. Był tylko ten potworny, rozdzierający orgazm, który wstrząsnął nią od środka, zmuszając do drgawek, do cichego szlochu przez knebel.
Kiedy wreszcie się zatrzymał, jego oddech był ciężki i gorący na jej karku. Jego kutas, zwilżony ich mieszaniną, wysunął się z nią z cichym, mokrym dźwiękiem. Ciepła maź spłynęła po jej udach.
Powoli, metodycznie, zaczął rozluźniać liny na jej nadgarstkach. Kiedy ostatnia pętla puściła, nie miała siły stać. Osunęła się na kolana na twarde, drewniane deski, drżąc jak liść. Kulka wciąż tkwiła w jej ustach.
Stanął przed nią. Jego kutas, wciąż pół-twardy i oblany ich sokami, był na poziomie jej oczu. Uniósł dłoń i pogładził ją po policzku, po czym ślad po jego dotyku powędrował niżej, zebrał trochę spermy z jej uda i rozmasował ją na jej spuchniętych wargach sromowych.
Pochylił się. Jego zamaskowana twarz znalazła się tuż przed jej zapłakaną.
— To był tylko wstęp, Patrycjo — powiedział cicho, a dźwięk jej imienia w jego ustach brzmiał jak najgorsza obsceniczność. — Przed nami cały dzień. I cała noc. A ja… — jego palec wsunął się z powrotem do jej obolałej, wciąż pulsującej cipy, …ja jeszcze nawet nie zacząłem.
Te słowa wystarczyły.
Przez chwilę stał za nią w milczeniu, po czym poczuła ruch — napięcie na nadgarstkach ustąpiło, a ciężar, który dotąd trzymał jej ciało w nienaturalnej pozycji, nagle zniknął. Została rozwiązana.
Opadła na kolana, jakby nagle zabrakło jej sił w nogach. Serce waliło jej w piersi tak mocno, że miała wrażenie, iż każdy kolejny skurcz może je rozerwać. Umysł kłębił się chaotycznie — myśli zderzały się ze sobą, rozmywały, rozpadały. Każda wydawała się skażona, obca, nie do końca jej własna. Nigdy wcześniej nie przeżyła czegoś podobnego. Nie wiedziała, co powinna czuć, czego się bać, a czego pragnąć. Granice, które przez całe życie wydawały się oczywiste, teraz rozpadały się w ciszy poddasza.
Każda reakcja jej ciała była jak zdrada — jakby instynkty mówiły jedno, a rozum próbował krzyczeć coś zupełnie innego, coraz słabszym głosem.
Stał nieruchomo. Maskowana twarz była bezlitosna, nieczytelna, a jego obecność ciążyła nad nią jak cień.
— To dopiero początek — powiedział spokojnie jeszcze raz.
Słowa opadły na nią ciężko, jedno po drugim, jak uderzenia młota.
Zadrżała. Próbowała zebrać myśli, uporządkować je, złapać się choć jednej — czegokolwiek, co dałoby poczucie stabilności — ale za każdym razem coś spychało ją z powrotem w pustkę. Strach mieszał się z bezradnością, a gdzieś głęboko rodziła się lodowata świadomość, że to, co właśnie przeżyła, nie było kulminacją. Było zapowiedzią.
Każdy dźwięk w poddaszu potęgował napięcie: skrzypienie desek, cichy ruch powietrza, odgłosy, których nie potrafiła zlokalizować. Przestrzeń zdawała się żyć własnym życiem, obserwować ją, osaczać.
Próbowała myśleć racjonalnie. Naprawdę próbowała. Ale myśli pękały jak szkło w dłoni — ostre, nie do utrzymania. Nie wiedziała już, czy może ufać własnym reakcjom, czy też każda emocja staje się narzędziem w cudzych rękach. Czy wciąż jest tylko ofiarą… czy też elementem gry, którą ktoś zaplanował znacznie wcześniej.
— Co… co ty robisz? — wyszeptała w końcu.
Głos był słaby, drżący, ale wypowiedziany świadomie — jak ostatnia próba zaznaczenia własnego istnienia.
Robert milczał. Stał, jakby ją oceniał, analizował każdy detal jej postawy, każdy oddech. Każda sekunda ciszy ciążyła bardziej niż słowa.
— Zobaczysz — odpowiedział w końcu. — Nauczysz się, że nie wszystko można kontrolować.
Lodowaty dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie.
To, co miało nadejść, było nieznane. A w tej niewiedzy zakiełkowała myśl, od której zrobiło jej się duszno: nie wiem, czy przetrwam to, co wydarzy się dalej — ani to, co zrobi mi ktoś inny… ani to, co zrobią ze mną moje własne reakcje.
Nie było odwrotu.
Nie było ucieczki.
Był tylko półmrok poddasza, cisza i świadomość, że nadchodzi coś, co może ją rozedrzeć od środka — a jej ciało i umysł zostaną wciągnięte w to bez pytania o zgodę.
Odwrócił się bez słowa i odszedł w głąb poddasza. Jego kroki oddalały się, a ona została sama — klęcząca, z ramionami opadłymi bezwładnie wzdłuż ciała, próbująca złapać oddech i zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Każda sekunda ciszy była napięta, lepka, jakby powietrze zgęstniało.
Po chwili wrócił.
W rękach trzymał coś zwiniętego. Czarne. Błyszczące. Materiał odbijał skąpe światło, przyciągając jej wzrok wbrew woli. Zatrzymał się przed nią i bez ceremonii rzucił to w jej kierunku. Przedmiot upadł na podłogę tuż obok jej kolan.
— Załóż to — powiedział krótko.
Patrycja spojrzała w dół. Dopiero teraz rozpoznała, czym jest to, co leży przed nią. Obcisła, lateksowa sukienka — ciężka w wyglądzie, chłodna, zupełnie niepasująca ani do miejsca, ani do sytuacji. Sama myśl o włożeniu jej na siebie wywołała kolejny skurcz niepokoju. Nie chodziło o ubranie samo w sobie, lecz o to, co oznaczało: kolejne polecenie, kolejny etap w grze, na której zasadach nie miała żadnego wpływu.
Jej dłonie zawahały się nad materiałem. Czuła na sobie jego spojrzenie — nieruchome, wymagające. Wiedziała, że to nie była propozycja ani próba negocjacji. To było sprawdzenie granic.
Podniosła sukienkę drżącymi palcami. Każdy ruch był ciężki, niepewny, jakby ważył więcej, niż powinien. Miała wrażenie, że wraz z tym przedmiotem ktoś narzuca jej nową rolę — coś obcego, ciasnego, wtłaczanego w nią wbrew woli.
A on tylko czekał.
Zawahała się jeszcze przez ułamek sekundy, świadoma, że brak reakcji też jest reakcją — i że zostanie odczytana dokładnie tak, jak on będzie chciał. Powoli uniosła sukienkę i dopiero wtedy dotarło do niej, że nie ma na sobie nic, co oddzielałoby jej ciało od chłodnego, nienaturalnie gładkiego materiału.
Zaczęła ją zakładać na gołe ciało.
Lateks stawiał opór, ciągnął się niechętnie, jakby nie chciał ustąpić. Każdy ruch wymagał wysiłku, a ona miała wrażenie, że materiał oblepia ją zbyt ciasno, zabierając resztki swobody. Czuła chłód przyklejający się do skóry i narastające poczucie obcości. To nie było zwykłe ubranie — było znakiem, że nie decyduje już nawet o tym, co ma na sobie.
Najgorsza była świadomość, że nie jest sama.
Czuła na sobie jego wzrok — ciężki, nieodwracalny. Robert nie ruszał się, nie mówił nic. Po prostu patrzył, jak wykonuje polecenie, jak podporządkowuje się bez słów. Każda sekunda tej obserwacji sprawiała, że kark i ramiona sztywniały, a w żołądku zaciskał się nieprzyjemny supeł. Miała wrażenie, że jej ciało przestaje być prywatne — że staje się czymś, co ktoś ocenia, kontroluje, ustawia.
Gdy w końcu wyprostowała się niepewnie, czując, jak obcisły materiał ogranicza jej ruchy, ogarnęło ją trudne do nazwania upokorzenie. Ciasno. Obco. Sukienka była mikroskopijna, a lateks jak druga skóra, bezwzględnie uwydatniająca każdy detal. Jej sutki stwardniały, odciskając się wyraźnie pod błyszczącą powłoką. Nie dlatego, jak wyglądała — ale dlatego, że zrobiła dokładnie to, czego od niej oczekiwano.
Podszedł, chwycił jej ręce i spiął je za plecami metalowymi kajdankami.
— Usiądź.
Wykonała polecenie. Krzesło było twarde, niewygodne. On podszedł do walizki, a jej serce tłukło się jak ptak w klatce. Co tym razem?
Wrócił. Stanął za nią.
— Wstań.
Głos był cichy, ale niepozostawiający wątpliwości. Zanim się podniosła, odrzucił krzesło gwałtownym ruchem. Trzask o ścianę. Serce zamarło jej w piersi.
I wtedy go poczuła. Jedna dłoń na szyi — nie dłoń, coś ostrego, cienkiego. Drugie ramię owinięte wokół podbrzusza, przyciągające ją mocno do siebie. Jego głowa znalazła się tuż przy jej uchu.
— Taka z ciebie mała, rozpustna suczka — zaszeptał, a słowa spływały po jej karku jak zimny olej. — Wszystko na wierzchu. Wszystko dla mnie.
Ostrze. To był skalpel. Poczuła jego zimną, metalową płaszczyznę tuż przy tętnicy. Nie nóż. Narzędzie. Jego dłoń zsunęła się z szyi, prowadząc ostrze w dół, po łuku obojczyka, aż na wybrzuszenie piersi. Pieścił jej cycek twardym, niebezpiecznym metalem. Lateks ślizgał się pod nim, wydając ciche, przeciągłe skrzypienie. Błyszczał. Widziała, jak światło odbija się w materiale i w stali. To go podniecało. Czuła to. Czuła, jak przez obcisły lateks jego członek twardnieje i napiera na jej pośladki. Duży, twardy, napięty.
Puścił ją nagle i pociągnął w stronę łóżka. Rzucił ją na nie przodem. Upadek był miękki, zamierzony — by kajdanki nie zraniły dłoni. Przewrócił ją na plecy. Łzy napłynęły do oczu, ciepłe i bezsilne. Płakała. A on patrzył, jak płynie po jej skroni pierwsza łza, i uśmiechnął się. To był uśmiech triumfu, głębokiego, mrocznego podniecenia.
Położył się na niej, jego twarz na wysokości jej piersi. Zaczął lizać. Język, gorący i szeroki, przeciągał się po błyszczącym lateksie, zostawiając wilgotne ślady. Potem zęby. Chwycił sutek przez materiał i zacisnął. Ostro, ale nie na tyle, by rozerwać. Ból. Nagły, przejmujący. I zaraz za nim… fala ciepła, która spłynęła w dół brzucha, do samych jej wnętrzności. Zdrada. Czysta zdrada ciała.
Zsunął się niżej. Jego dłonie rozwarły jej uda szeroko, bezceremonialnie. Pochylił się. Gorący oddech owionął jej nagą cipkę, zanim jego język wślizgnął się między wargi. Lizał. Głęboko, chaotycznie, pożądliwie. A ona czuła. Czuła, jak jej własna wilgoć miesza się z jego śliną. I wtedy — zimno. Metal. Ostrze skalpela musnęło jej łechtaczkę, ledwie dotykając. Jej ciało wzdrygnęło się, ale nie tylko ze strachu. To było podniecające. Niebezpieczne i podniecające.
Wrócił wyżej. Ostrze znów na jej piersiach. Jeździł po obwodzie każdego cycka, rysując niewidzialne kręgi. Ona wstrzymywała oddech. Bała się. Ale bała się też tej części siebie, która czekała na to, co będzie dalej.
— Tak się świecisz dla mnie, dziwko — mruknął, a jego dłoń z ostrzem zadrżała lekko z podniecenia.
Płaska strona skalpela przywarła do lateksu tuż przy sutku. I ciął. Nie skórę — materiał. Cichy, rozdzierający dźwięk. Ciął cienki lateks z precyzją chirurga. Powietrze dotknęło nagiej piersi, a sutek zbiegł się jeszcze mocniej pod jego wzrokiem. Powtórzył to z drugą piersią. Teraz miała je obnażone, podczas gdy reszta ciała wciąż była uwięziona w błyszczącej czerni.
Ostrze dotknęło sutka. Pocierało delikatnie jego szczyt. Naciskało. Ból znów się pojawił, ostry i czysty, a za nim… rozlewające się po brzuchu mrowienie, głuche, ciepłe bicie w kroczu.
Pochylił się i przyłapał jej usta w żarłocznym pocałunku. Język wtargnął do środka, opanowując, podczas gdy jego wolna dłoń wślizgnęła się między jej uda, wbijając palce w jej już mokrą szczelinę. Zaczęła pojękiwać. Dźwięki wydostawały się z jej gardła mimowolnie, mieszanina protestu i potrzeby.
Stanął przy łóżku. Schylił się, chwycił ją za biodra i przyciągnął na sam skraj materaca. Jej nogi rozłożył szeroko, kajdanki przykuwały dłonie pod plecami. Zobaczyła go. Jego człon był wielki, nabiegły krwią, naprawdę imponujący. Przypomniała sobie jego słowa — największy. I teraz, widząc to na własne oczy, żołądek jej się ścisnął, ale nie tylko ze strachu. Było w tym oczekiwanie. Chęć.
— To dla ciebie — warknął i wszedł.
Nie wbijał się powoli. Wszedł od razu, głęboko, rozsadzając ją jednym, potężnym pchnięciem. Wydała z siebie ostry, zduszony krzyk. Ból? Tak. Przytłaczające rozciąganie. Ale w tej samej sekundzie coś eksplodowało w jej miednicy. Fala czystej, zwierzęcej rozkoszy, tak intensywnej, że jej wzrok się rozmył.
I zaczął. Rżnął ją. Mocno, szybko, jak w najtwardszym pornusie. Odrywał jej biodra od materaca siłą każdego pchnięcia. Odgłosy — ich odgłosy — wypełniły poddasze: jego chrapliwe sapanie, mokry, miarowy klask ciał, jej własne, coraz głośniejsze jęki.
Zamiast walczyć, wygięła się. Płynęła z tym ruchem, przyjmowała każdy wstrząs, wypinała biodra na spotkanie jego uderzeń. To było obce, niepojęte. Ta przyjemność. Głęboka, wibrująca, sięgająca samego rdzenia. Kajdanki wbijały się w plecy, ból z tyłu głowy mieszał się z rozkoszą w kroczu, tworząc oszałamiający koktajl, od którego kręciło się w głowie.
— Tak, właśnie tak, na to czekałaś — ryczał nad nią, a jego dłoń spadła na jej obnażoną pierś. Klaśnięcie. Ostry, palący dotyk. I znów — ból, który tylko podkręcał spiralę, pogłębiał każdy skurcz jej wnętrzności wokół niego.
Przyspieszył. Jego ruchy stały się dzikie, niepohamowane. Wbijał się w nią jak szalony, a ona krzyczała teraz, nie z bólu, ale z szoku, z przytłaczającego natłoku wrażeń. Czuła, jak coś w niej narasta, wielka, nieunikniona fala, gotowa ją zmiażdżyć. Była na krawędzi, zupełnie pozbawiona kontroli, oddana tej niszczycielskiej, cudownej sile.
I wtedy… zatrzymał się. Głęboko w niej, nieruchomy. Jego twarz była zmienna w ekstazie, ale w oczach tlił się dalej ten sam, zimny płomień kontroli.
— Nie teraz — wysapał. — Jeszcze nie.
Wycofał się. Nagle, pozostawiając ją pustą, drżącą, z niedosytem, który palił bardziej niż jakikolwiek ból. Upadł na nią, przygniatając ją do materaca, jego oddech gorący na jej szyi.
Patrycja leżała pod nim. Przerażona. Podniecona do szaleństwa. I wiedziała, z lodowatą, absolutną pewnością, że to jeszcze nie koniec.
Podniósł się nagle, bez słowa. Odsunął się od niej i przeszedł w głąb pomieszczenia, w stronę ciemnego kąta poddasza. Zostawił ją samą na łóżku — rozbitą, osamotnioną, wsłuchaną w odgłos jego kroków oddalających się po deskach.
Leżała na szerokim, ciemnym łożu, jej ciało rozpalone do białości. Czuła każdy centymetr czarnego lateksu, który obciskał jej biodra i brzuch jak druga skóra, wilgotny od potu i wcześniejszej namiętności. Sukienka rozcięta na piersiach, dwie okrągłe, nagie góry wznosiły się z otworów, różowe i twarde sutki sterczały ku sufitowi, drgając przy każdym jej spłyconym oddechu. Między udami była całkowicie goła, obnażona, wystawiona. Wilgotne, różowe wargi sromowe były lekko rozchylone, pulsując w rytm szybkiego bicia serca. Była gotowa. Pragnęła więcej.
Ciężkie kroki Roberta rozległy się po drewnianej podłodze. Nie patrzyła na niego, wpatrzona w sufit, ale słyszała każdy dźwięk. Otwarcie skrzynki. Cichy szum przenośnej lodówki. Chrzęst plastikowego worka. Serce zabiło jej mocniej.
Stanął nad nią, jego cień padł na jej rozgrzane ciało. Jego dłonie, duże i pewne, chwyciły jej nadgarstki, gdzie metalowe kajdanki wbijały się w skórę. Klucz zgrzytnął, mechanizmy puściły. Jej ręce opadły bezwładnie na bok, ale to nie była wolność. To była tylko zmiana konfiguracji. Przewrócił ją na brzuch, a potem z powrotem na plecy, jak bezcenną, żywą lalkę. Teraz leżała przed nim całkowicie otwarta.
W jego dłoni błysnęła przezroczysta kostka lodu, skraplająca się w gorącym powietrzu pokoju.
To jest nowe, pomyślała, a dreszcz, który przebiegł jej po kręgosłupie, był mieszaniną lęku i niepohamowanej ciekawości.
Zimno dotknęło najpierw lewego sutka. Ostre, przenikliwe, absolutne. Patrycja wstrzymała oddech, jej ciało wyprężyło się w łuku. Sutek zareagował natychmiast, kurcząc się gwałtownie, twardniejąc jeszcze bardziej pod tym brutalnym, zimnym pieszczotom. Robert wodził kostką powoli, okrężnymi ruchami, smarując nią całą otoczkę, aż skóra stała się różowa i nadwrażliwa. Przeniósł lód na drugą pierś. Ten sam szok, ta sama fala dreszczy, która mieszała się z wewnętrznym żarem płonącym w jej podbrzuszu.
Kostka topniała, spływając po jej skórze zimnymi stróżkami. On obserwował jej reakcje, jego oczy były ciemne i skupione. Gdy lód się skurczył, pochylił się i zastąpił go ustami. Jego język, gorący i wilgotny, otoczył zziębnięty, stwardniały sutek. Ssąc, liżąc, gryząc delikatnie zębami. Kontrast temperatur był oszałamiający. Patrycja jęknęła, długo i przeciągle, jej dłonie wpiły się w prześcieradło.
— Tak… — wyszeptał, jego głos był niski i zachrypnięty. — Pięknie reagujesz.
Lód stopniał. Wziął drugą kostkę. Tym razem jego dłoń skierowała się niżej. Pomiędzy jej rozchylone, czekające uda.
Zimno dotknęło najpierw zewnętrznych warg sromowych. Patrycja syknęła, jej biodra drgnęły mimowolnie, ale jego wolna dłoń przygwoździła ją do materaca. Kostka sunęła wzdłuż szczeliny, powolna, zimna, nieubłagana. Dotarła do łechtaczki, nabrzmiałej, pulsującej krwią, niemal purpurowej od podniecenia. Dotknął.
Jęk, który wydarł się z jej gardła, był pełen udręki i błagania. Zimno było bolesne, ale tylko przez ułamek sekundy. Potem przekształciło się w coś innego – w ostry, elektryzujący bodziec, który wzmógł każdą czułość, każdy nerw. Wodził kostką po jej wrażliwej perełce, okrężnie, raz delikatnie, raz z naciskiem. Widział, jak jej ciało drży, jak soki jej podniecenia mieszają się z topniejącą wodą, tworząc wilgotny, świecący ślad na jej skórze i pościeli.
— Widzę, że tego chcesz — mruknął, jego oddech był gorący na jej udzie. — Cała jesteś mokra. Dla mnie.
To były słowa, które przekroczyły granicę. Patrycja nie mogła już dłużej. Jej nogi rozchyliły się szerzej, zapraszająco, a spojrzenie, które rzuciła mu spod przymkniętych powiek, było czystą, niekontrolowaną potrzebą.
Rzucił się na nią.
Nie było to delikatne zejście. To był atak. Jego ciało, duże i ciężkie, przygniotło ją do łóżka, a jego twardy, nabrzmiały członek znalazł wejście jednym, potężnym pchnięciem bioder. Wszedł w nią głęboko, wypełniając ją całkowicie, rozciągając jej wilgotne, gorące wnętrze.
— Aaaaaah! — krzyknęła Patrycja, jej ręce oplotły się wokół jego muskulatury pleców, paznokcie wpiły się w skórę.
I zaczął ją ruchać. Mocno. Głęboko. Bez litości. Rytm był dziki, pierwotny. Łóżko zatrzeszczało głośno, uderzając o ścianę w jednostajnym, gwałtownym takcie. Odgłosy ich ciał – klaskania, mlaskania, jego stękania, jej głośnych, niepohamowanych jęków – wypełniły pokój. Patrycja poddawała się każdemu pchnięciu, przyjmowała go całą sobą, jej biodra unosiły się, by spotkać jego ataki. Wszystko inne przestało istnieć. Był tylko ten mężczyzna, ten kutas wbijający się w nią bez ustanku, i fala rozkoszy, która z każdym ruchem rosła, piętrzyła się, zbliżała do punktu krytycznego.
Czuła, jak jego ciało napina się, jak ruchy stają się jeszcze szybsze, jeszcze bardziej niekontrolowane. Jej własne wnętrze zaciskało się wokół niego, mięśnie pochwy pulsowały w szybkim rytmie nadchodzącego orgazmu.
— Ja… zaraz… — warknął Robert.
— Tak… proszę… daj mi… — wyjęczała Patrycja, niezdolna do formułowania pełnych zdań.
Jego ostatnie pchnięcia były potężne, wbijał się w nią do samego końca. I wtedy, w głębi jej rozpalonego łona, poczuła to. Gorący, obfity strumień. Wystrzelił w nią jak lawa, rozlewając się, wypełniając, znacząc ją od wewnątrz. Fala jego orgazmu była iskrą, która podpaliła lont jej własnej rozkoszy.
Orgazm, który nią wstrząsnął, był gwałtowny i totalny. Skurcze. Gwałtowne, pulsujące, niekontrolowane skurcze mięśni pochwy, chwytającego jego wciąż drgającego członka. Świat zawrócił, pociemniał, rozpadł się na iskry za jej przymkniętymi powiekami. Z jej ust wydobył się długi, błogi, drżący jęk, który stopniowo zamienił się w ciche łkanie ulgi.
Leżeli tak przez długą chwilę, spleceni, oblani potem, oddychając ciężko, nierówno. Czuła cały ciężar jego ciała na sobie, jego bijące serce przy swoim, wilgoć ich połączenia. Jego członek, mięknący powoli, wciąż był w niej.
Wiedziała. To było zbyt ciche. Zbyt spokojne. Jego dłoń przesunęła się po jej boku, pieszczotliwie, niemal zamyślenie. To nie było pieszczota po miłości. To było badanie. Sprawdzanie terenu. Planowanie.
To jeszcze nie był koniec. On tylko zbierał siły. I już miał w głowie następne zadanie a ona o tym wiedziała.
Leżeli jeszcze przez chwilę obok siebie, w ciszy ciężkiej od niedopowiedzianych znaczeń. Czuła jego obecność zbyt wyraźnie, jakby nie była w stanie oddzielić własnych myśli od faktu, że on wciąż tu jest. Jej ciało było zmęczone, obolałe w sposób trudny do zdefiniowania, a umysł — napięty do granic możliwości.
Robert uniósł się powoli i jednym ruchem ściągnął maskę z twarzy.
Patrycja spojrzała na niego po raz pierwszy naprawdę.
Nie był potworem z koszmaru. Nie miał zdeformowanej twarzy ani zimnych, pustych oczu, jakich się spodziewała. Zobaczyła zwykłego mężczyznę. Ta zwyczajność uderzyła ją najmocniej. Przez krótką chwilę nie potrafiła dopasować tej twarzy do wszystkiego, co się wydarzyło. Jakby dwa obrazy nie chciały się nałożyć.
I wtedy stało się coś, czego nie rozumiała nawet ona sama.
Jakby w odruchu, jakby jej ciało wyprzedziło myśl, uniosła się lekko i pocałowała go w usta. Namiętnie. Zbyt świadomie, by nazwać to przypadkiem, zbyt bezmyślnie, by nazwać decyzją.
Zamarła niemal natychmiast.
Cofnęła się, jakby dotknęła czegoś parzącego. Serce przyspieszyło, a w żołądku pojawił się ciężki, mdlący skurcz. Co ja zrobiłam? — myśl uderzyła ją gwałtownie, pozbawiona jakiejkolwiek odpowiedzi.
I wtedy pojawił się Łukasz.
Nie fizycznie — w jej głowie. Jego twarz, znajoma, bezpieczna. Głos, który znała na pamięć. Obietnice, które składali sobie nawzajem, jeszcze zanim cokolwiek zaczęło się komplikować. Narzeczony. Człowiek, przy którym jej życie miało być proste, przewidywalne, dobre.
Poczucie winy uderzyło w nią z nową siłą.
Nie tylko dlatego, co się wydarzyło — ale dlatego, że ten pocałunek był jej gestem. Jej ruchem. Jej zdradą. Nawet jeśli wymuszoną sytuacją, nawet jeśli wypływającą z chaosu i strachu, to jednak nie dało się od tego uciec. To ona go wykonała. To jej usta dotknęły cudzych.
Wstyd przyszedł zaraz potem. Gęsty, paraliżujący. Wstręt — do siebie, do własnych reakcji, do tej części, która zawiodła tam, gdzie powinna była pozostać wierna. Miała wrażenie, że zdradziła nie tylko Łukasza, ale też obraz samej siebie, który budowała przez lata.
Myśli zaczęły się plątać.
Czy miała jeszcze prawo myśleć o sobie jako o narzeczonej?
Czy ten jeden moment przekreślał wszystko, co było wcześniej?
Czy Łukasz, gdyby wiedział, potrafiłby spojrzeć na nią tak samo?
Najbardziej bolało to, że nie potrafiła jednoznacznie oddzielić winy od krzywdy. Czuła się jednocześnie wykorzystana i odpowiedzialna. Ofiarą i kimś, kto zawiódł. Ten dysonans rozrywał ją od środka, nie pozwalając znaleźć żadnego bezpiecznego punktu.
Bała się Roberta.
Brzydziła się nim.
Ale brzydziła się też sobą — i myślą o tym, że będzie musiała kiedyś spojrzeć Łukaszowi w oczy.
Leżała nieruchomo, wpatrzona w sufit, próbując poukładać w głowie to, co już się rozpadło. Wiedziała jedno: granice, które znała, przesunęły się nieodwracalnie i to nie teraz a już parę dni wcześniej. A to, co wydarzyło się w jej wnętrzu, może okazać się trudniejsze do uniesienia niż wszystko, co spotkało jej ciało.
Robert nie wyglądał na kogoś, kto ma dość. Leżał jeszcze przez chwilę blisko niej, ciężar jego obecności był niemal namacalny. Nie spieszył się. Oddychał spokojnie, jakby to on właśnie odzyskiwał równowagę, podczas gdy ona wciąż była rozbita na drobne, nieskładne myśli.
Czuła jego spojrzenie, zanim jeszcze się odezwał. Otworzyła oczy i napotkała jego wzrok — uważny, analizujący, pozbawiony pośpiechu. Jakby sprawdzał, co po niej zostało.
— Widzisz — powiedział w końcu, nisko, niemal spokojnie. — Byłem pewien, że to polubisz.
Słowa spadły na nią ciężko. Chciała zaprzeczyć, natychmiast, instynktownie. Otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło. W jej głowie wszystko było zbyt splątane, zbyt niejednoznaczne.
— To są… były twoje ukryte pragnienia — ciągnął, jakby mówił o czymś oczywistym. — Tylko nigdy nie miałaś odwagi ich nazwać.
Zacisnęła palce na prześcieradle, czując, jak wzbiera w niej sprzeciw — i jednocześnie strach, że jego słowa trafiają zbyt blisko. Nie dlatego, że były prawdziwe, ale dlatego, że zaczęły podkopywać jej pewność co do samej siebie. Najgorsze było to, że nie potrafiła jednoznacznie odrzucić tego, co mówił.
— Nie — wyszeptała w końcu, bardziej do siebie niż do niego.
Robert uśmiechnął się lekko, bez ciepła.
— To jeszcze nie koniec — powiedział, unosząc się powoli. — Mam dla ciebie coś jeszcze.
Te słowa sprawiły, że poczuła znajomy skurcz. Nie wiedziała, co ma na myśli. Wiedziała tylko, że każda kolejna chwila oddala ją coraz bardziej od dawnego „ja”, od świata, w którym wszystko było proste, nazwane, bezpieczne.
Została na łóżku sama, patrząc w sufit, z jedną myślą krążącą uparcie w głowie:
najbardziej przerażające nie jest to, co on planuje — ale to, że zaczyna wątpić we własne granice.
Robert znów odszedł w stronę swojej walizeczki. Tym razem jego ruchy były wolniejsze, metodyczne, jakby dokładnie wiedział, po co sięga. Gdy wrócił, niósł coś zupełnie innego niż wcześniej — niewielką skrzynkę, z której wychodziły cienkie przewody. Metal i plastik odbijały światło w sposób, który natychmiast wzbudził w niej niepokój.
Postawił urządzenie na stoliku obok łóżka.
Poczuła, jak w jej klatce piersiowej zaciska się lodowaty ucisk. Nie wiedziała, do czego to służy, ale intuicja podpowiadała jej, że nic z tego nie wróży dobrze. Chciała zapytać, zaprotestować, cokolwiek — ale głos uwiązł jej w gardle.
Podszedł bliżej.
Jego dotyk był stanowczy, pozbawiony emocji. Zanim zdążyła się cofnąć, chwycił jej nadgarstki i unieruchomił je i przywiązał do ram łóżka. Ruchy miał pewne, wyuczone. Potem to samo zrobił z jej nogami, jakby wykonywał czynność, którą znał na pamięć.
Poczucie bezradności uderzyło w nią z całą siłą.
Leżała unieruchomiona, a w jej głowie narastał chaos. Serce biło zbyt szybko, myśli przeskakiwały jedna przez drugą, nie mogąc znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Strach mieszał się z wstydem, z gniewem na siebie, z paraliżującą świadomością, że znów oddaje komuś kontrolę — nawet jeśli nie ma już sił, by się temu przeciwstawić.
Najgorsze było to, że jej ciało reagowało szybciej niż umysł. A ona nienawidziła tej reakcji niemal tak samo, jak jego spokoju.
Odsunął się o krok i spojrzał na nią z góry, jak na coś przygotowanego do kolejnego etapu.
Zamknęła oczy, próbując zatrzymać myśli, które pchały się do głowy wbrew jej woli. Wiedziała jedno: granica została przekroczona dawno temu. Teraz pozostało tylko pytanie, czy zdoła ocalić w sobie choć resztkę tego, kim była.
Zdarł z niej resztki lateksowej sukienki i rzucił na podłogę. Była zupełnie naga, bezbronna, a mimo to w podbrzuszu tliła się jeszcze wilgotna iskra poprzedniego stosunku. Nienawidziłam tego, myślała. Nienawidziłam, że moje ciało pamięta przyjemność, gdy ja pamiętam tylko upokorzenie.
Ale teraz to upokorzenie miało nową formę.
Bezradność uderzyła ją falą gorąca i zimnych dreszczy jednocześnie. Serce waliło jej o żebra tak mocno, że miała wrażenie, iż za chwilę rozerwie klatkę piersiową od środka. Leżała nieruchomo, wpatrzona w każdy jego ruch, jakby obserwowanie było jedyną formą kontroli, jaka jej pozostała.
Patrzyła, jak podłącza kable do skrzynki, a potem do kontaktu. Gdy wtyczka weszła na swoje miejsce, w pomieszczeniu rozległo się ciche, mechaniczne bzyczenie — jednostajne, pozbawione emocji. Dźwięk był niewielki, ale w jej głowie urósł do rangi zagrożenia. Jak sygnał, że coś zostało uruchomione i nie da się tego już cofnąć.
Podszedł bliżej.
Poczuła jego dłonie, gdy zaczął mocować niewielkie elementy do jej ciała. Chłodne, gładkie powierzchnie diod dotykały skóry punkt po punkcie, wywołując mimowolne drgnięcia. Każdy kontakt był jak impuls — nie bolesny, ale obcy, naruszający jej poczucie granic. Miała wrażenie, że przestaje być całością, a staje się zbiorem miejsc, które ktoś oznacza i kontroluje.
Pierwsze elektrody przyłożył do jej sutków. Metal był lodowaty. Przyssawki z cichym cmoknięciem przylgnęły do nabrzmiałych, wrażliwych czubków. Drugą parę umieścił nisko, tuż przy wejściu do jej pochwy, na wargach sromowych. Dotyk był obcy, kliniczny.
Jej oddech spłycił się. Skóra reagowała szybciej niż myśli — raz napięciem, raz dreszczem. W głowie kłębiły się pytania: co on robi?, dlaczego?, czy da się to zatrzymać? Żadne z nich nie znajdowało odpowiedzi.
Najtrudniejsze było oczekiwanie.
Nie działo się jeszcze nic — a jednak wszystko w niej krzyczało, że zaraz się wydarzy. Każda sekunda rozciągała się boleśnie, wypełniona szumem urządzenia i jej własnym, nierównym oddechem. Czuła się wystawiona, zredukowana do reakcji ciała, które przestało słuchać rozumu.
Leżała tak, unieruchomiona, z zamkniętymi oczami, próbując skupić się na czymkolwiek innym — na oddechu, na dźwiękach domu, na wspomnieniu świata, w którym to ona decydowała o sobie. Ale wszystko to rozpływało się w tle, zagłuszane przez jedno, przytłaczające uczucie: strach przed tym, co zostało właśnie przygotowane.
— Teraz opowiesz mi swoją historię, dziwko!
Padło pierwsze pytanie.
— W jakim wieku straciłaś dziewictwo?!
Zacisnęła usta, wbijając wzrok w sufit.
— Nie……….
Przekręcił pokrętło.
Prąd nie był bolesnym wstrząsem. To był nagły, głęboki wibrujący dźwięk w jej komórkach. Ciało poderwało się do góry, łukiem, zupełnie poza jej kontrolą. Krzyk wydarł się z jej piersi, ale był zmieszany z czymś innym – z jękiem. W mięśniach brzucha, w macicy, rozlało się nagle gorąco. Sutki zesztywniały boleśnie, ale i… rozkosznie. To było obrzydliwe.
— Odpowiedz! — krzyknął.
— Osiemnaście…— wysapała, gdy napięcie zelżało. Łzy wściekłości zakręciły się jej w oczach.
— Dobrze. W jakim wieku zaczęłaś się masturbować?!
Tym razem milczała dłużej. Prąd znów uderzył, ale teraz jej ciało było przygotowane. Fala ciepła popłynęła z miejsc, gdzie przylegały elektrody, prosto do jej trzewi. Mięśnie pochwy mimowolnie się skurczyły. Nie, myślała rozpaczliwie, ale biodra same uniosły się nieznacznie, szukając tej perwersyjnej stymulacji.
— Piętnaście…— jęknęła, a w jej głosie brzmiał już wstyd innego rodzaju. Wstyd z powodu tej zdradzieckiej reakcji.
Pytania płynęły jedno za drugim. Liczba partnerów. Doświadczenia z kobietami. Zdrady. Fantazje erotyczne. Każda niechęć odpowiadania kończyła się tą samą, wyrafinowaną karą, która powoli przestawała być karą. Jej oddech stał się świszczący. Między nogami czuła już wyraźną, pulsującą wilgoć, która nie miała nic wspólnego ze strachem. To tylko reakcja fizjologiczna, próbowała się przekonać. Nerwy, mięśnie, nic więcej.
Ale gdy odłączył urządzenie, a na jej skórze pozostały tylko czerwone, rozgrzane ślady, nie czuła ulgi. Czuła… pustkę. Głodną, potrzebującą pustkę.
Robert obserwował ją przez chwilę, a potem położył się obok niej. Jego dłonie, teraz delikatne, pogładziły jej policzek. Schylił się i przywarł ustami do jej spuchniętych, przeczulonych sutków. Aaaa… Westchnienie wyrwało się jej, długie i drżące. Język był miękki, ciepły, zupełnym przeciwieństwem zimnego metalu. To pieszczota po tamtym okrucieństwie była nie do zniesienia w swej czułości. Płakała, gdy jego usta wędrowały w dół, przez tatuaż na biodrze, aż do jej nabrzmiałego, mokrego już miejsca.
Język dotknął łechtaczki, krzyknęła. To było zbyt dużo. Umysł poddał się całkowicie. Zapomniała o kajdankach, o skrzynce, o upokorzeniu. Istniał tylko ten wirujący punkt rozkoszy, który rozszerzał się z każdym ruchem jego języka. Jęczała, bezładnie, targana orgazmem, który wydarł się z niej gwałtownie, zostawiając ją drżącą i oślepioną.
Rozległ się suchy dźwięk rozwiązywanego węzła jednego a później następnych. Krępujące ją liny puściły. Nim zdążyła zareagować, silne dłonie przygniotły ją do ziemi i obróciły na brzuch.
— Cicho — szepnął do niej, a w jego głosie było już tylko pożądanie.
Usłyszała ciche klik otwieranej butelki. Chłodny strumień oliwy spłynął po szczelinie jej pośladków, skupiając się na tym ciasnym, napiętym mięśniowym pierścieniu.
Wiedziała. I zamiast paniki, poczuła… dziką, niepohamowaną ciekawość. Czy to też może…?
— Wypnij się — rozkazał, a ona usłuchała, unosząc biodra, poddając mu się całkowicie. Ostrzeżenie, dyskomfort — były, ale tłumiła je ta sama zawstydzająca fala podniecenia.
Czuła, jak główka jego członka naciska, rozpiera, wchodzi. Ostre, palące uczucie rozładowało się, gdy wsunął się głębiej, zamieniając w pełne, rozsadzające uczucie. — Aaa, Boże…— jęknęła, opadając głową na prześcieradło.
Zaczął się poruszać. Powoli. Każde posunięcie było głębokie, celowe. Ból mieszał się z nieprawdopodobną pełnią. Jej ręka, działając z własnej woli, wsunęła się pod jej ciało. Palce natrafiły na spuchniętą, mokrą od jej soków i oliwy łechtaczkę. Dotknęła.
To było jak zamknięcie obwodu. Rozkosz z przodu i ta dzika, penetracja z tyłu zlały się w jedno, wirujące tsunami czucia. “Tak… tak…” mamrotała w prześcieradło, rytmicznie poruszając palcem w takt jego, coraz szybszych, coraz mocniejszych pchnięć.
Łóżko zaczęło stukać o ścianę. On pochylony nad nią, jego dłonie wpiły się w jej biodra, przyciągając ją do każdego gwałtownego uderzenia. Ona krzyczała. Z bólu? Z rozkoszy? Już nie wiedziała. Czuła tylko, jak coś potwornego i wspaniałego buduje się w jej wnętrznościach, rozgrzewa, napiera.
— Dupię cię, i wiesz, że ci się to podoba — warknął jej nad uchem.
I ona wiedziała. To było najgorsze. I najwspanialsze.
Jego ruchy stały się spazmatyczne, głębokie wbicia. Czuła, jak jego członek pulsuje w jej wnętrzu. Gorący strumień wypełnił jej odbyt. I to, ten ciepły, intymny wylew, był iskrą.
Orgazm, który nią wstrząsnął, nie miał nic wspólnego z tym, co znała. Nie był skoncentrowany w jednym punkcie. Wystrzelił z głębi jej brzucha, z tego miejsca, które było właśnie brutalnie penetrowane, i rozlał się na całe jej ciało falą drgawek tak gwałtownych, że straciła oddech. Krzyczała, ale nie słyszała własnego głosu. Świat zawęził się do białego światła i tego pulsującego, rozszerzającego się uczucia pełni.
Gdy wróciła do siebie, leżała płasko, bezwładna, wstrząsana ostatnimi drganiami. Robert wycofał się, a ona poczuła dziwne, ciepłe poczucie pustki. Przewrócił ją na plecy, jego dłonie rozsunęły jej nogi, ułożyły jej biodra na krawędzi łóżka.
Patrzył na nią jeszcze chwilę. Na ślad, który pozostał po nim — jasny, powoli spływający w dół jej ciała, jakby czas sam zwolnił tylko po to, by ten moment mógł się dopełnić. Kropla oderwała się w końcu i zniknęła na podłodze, a ona wciąż drżała, jakby jej ciało nie potrafiło zapomnieć tego, co właśnie się wydarzyło.
Minęło trochę czasu, zanim cisza stała się pełna. Dopiero wtedy usłyszała przy swoim boku jego miarowy, spokojny oddech — znak, że Robert zapadł w sen. Leżała nieruchomo, z otwartymi oczami, wpatrzona w ciemność za połacią dachowego okna, jakby noc mogła udzielić jej odpowiedzi.
Była w szoku.
Ale nie z tego, co jej zrobił.
Tylko z tego, jak bardzo, jak namiętnie i całkowicie, jej to się podobało. Ciało wciąż pulsowało echem orgazmu, a umysł wirował w pustce, w której pozostała tylko ta jedna, straszliwa prawda. Ona tego chciała. Potrzebowała. I teraz, gdy już to dostała…
…nie wiedziała, kim jeszcze jest.
Obudziła się powoli. Musiało już być widno — przez małe okno pod dachem wpadało jasne, mleczne światło, rozlewając się po ścianach i suficie. Przez kilka sekund leżała nieruchomo, próbując zrozumieć, gdzie jest. Przestrzeń wydawała się obca, surowa, pozbawiona punktów odniesienia.
A potem pamięć wróciła.
Nie gwałtownie. Nie jak uderzenie. Raczej jak ciężar, który osiada na klatce piersiowej i odbiera oddech. Wszystko to, co przeżyła, co czuło jej ciało, co dopuściła do siebie wbrew rozsądkowi — nie zniknęło wraz ze snem.
Zacisnęła palce na prześcieradle.
Odwróciła głowę.
Leżał obok niej. Spokojny. Rozluźniony. Spał głęboko, jakby noc była dla niego zwyczajna, niewarta zapamiętania. Jego oddech był równy, ciężki, drażniąco normalny. Widok ten wywołał w niej nagły skurcz — coś pomiędzy wstrętem a gniewem, którego nie potrafiła jeszcze nazwać.
Przyjrzała się jego twarzy, pozbawionej napięcia, emocji, jakiejkolwiek refleksji. Jakby wszystko, co się wydarzyło, należało wyłącznie do niej.
Odwróciła wzrok.
Jej ciało było zmęczone, obolałe w sposób, który przypominał jej o każdej minucie minionej nocy. Ale to nie fizyczny dyskomfort bolał najbardziej. Najgorsza była świadomość — że pamięta nie tylko strach, nie tylko bezradność, lecz także reakcje, których nie chciała w sobie odnaleźć.
Ta myśl była jak trucizna.
Leżała w ciszy, wsłuchując się w jego oddech i w swoje własne myśli, wiedząc już jedno: to, co się stało, nie skończyło się wraz z nocą. A ona obudziła się w rzeczywistości, z której nie było prostego wyjścia.
Wstała z łóżka ostrożnie, starając się nie poruszyć materaca ani nie zakłócić ciszy w pomieszczeniu. Poruszała się powoli, stawiając stopy tak, by nie skrzypnęły deski. Schyliła się, zaglądała pod łóżko, potem pod krzesło. Swoich ubrań, tych, w których tu przyszła, nigdzie nie było widać.
Na podłodze leżały tylko skrawki czarnej, lateksowej sukienki — poszarpane, bezużyteczne, rozrzucone jak ślad po czymś, czego nie dało się już cofnąć.
Przełknęła ślinę i zebrała jeden z kawałków do ręki, bardziej odruchowo niż z potrzeby. Serce biło jej coraz szybciej. Starała się oddychać cicho, niemal bezszelestnie, jakby to mogło sprawić, że stanie się niewidzialna.
I wtedy usłyszała jego głos.
— Co robisz? — zapytał zimno.
Zamarła.
Wyprostowała się powoli, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł coś nieodwracalnie zepsuć. Przez chwilę nie była w stanie się odwrócić. Czuła na plecach jego wzrok, ciężki i czujny.
— Ja… — zaczęła, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.
Stała jak wryta, z dłonią zaciśniętą na strzępie materiału, świadoma, że cisza znów zaczyna należeć do niego.
Nagle, zanim zdążyła się zorientować, Robert wstał z łóżka jednym płynnym, gwałtownym ruchem. Materac zadygotał. W mgnieniu oka był przy niej. Jego dłonie chwyciły jej ramiona, obracając ją brutalnie w jego stronę. Widziała w jego oczach nie gniew, ale coś innego — zimną, skupioną determinację. I coś jeszcze. Pożądanie, które wcale nie wygasło.
— Nie odchodzisz — wysyczał, a jego głos był niski i pełen władzy.
Nie dała jej szansy na odpowiedź. Jednym silnym pchnięciem rzucił ją w stronę łóżka. Plecy uderzyły o materac, a oddech wypadł jej z płuc. Leżała oszołomiona, patrząc, jak staje nad nią, jego muskularna sylwetka odcinająca się na tle mlecznego światła. Jego dłonie chwyciły jej kostki, rozwierając jej nogi szeroko, bezceremonialnie, odsłaniając ją całkowicie. Potem położył się na niej, całym ciężarem swojego ciała, przygniatając ją do posłania. Czuła gorąco jego skóry, twardość jego mięśni.
Jego usta znalazły jej szyję. Nie były delikatne. Były żarłoczne, gorące, zostawiające mokre ślady na jej skórze. Całował ją po boku szyi, za uszami, w miejscu, o którym wiedział, że jest wrażliwe. I mimo wszystko, mimo wstrętu i strachu, coś w jej wnętrzu drgnęło. Ciepła fala, niechciana, zdradziecka, przepłynęła od brzucha w dół.
Zacisnęła powieki, walcząc z tym uczuciem, ale jej ciało już reagowało. Między nogami poczuła znajome, wilgotne ciepło. Zagotowało się w niej. To było fizjologiczne, niepohamowane, odłączyło się od jej woli.
Robert odsunął się na chwilę, by spojrzeć na jej piersi. Jego wzrok był jak dotyk. Potem pochylił się i wziął jeden sutek do ust. Nie całował. Ssał. Mocno, rytmicznie, językiem owijając go, szczypiąc delikatnie zębami. Druga jego dłoń ściskała drugą pierś, palce wgniatały się w miękki miąższ. Ból mieszał się z rozkoszą, tworząc zawrotną, upokarzającą mieszankę. Z jej gardła wydobył się stłumiony jęk. Nie chciała tego dźwięku. Uciekł sam.
Zsunął się niżej, jego usta i język kreśliły gorącą ścieżkę w dół jej brzucha. Zatrzymał się tuż nad jej kreską włosów. Oddech parzył jej skórę. Patrycja wbiła palce w prześcieradło, jej ciało wygięło się w łuk oczekiwania, którego się wstydziła.
I wtedy jego język dotknął jej. Nie od razu w sam środek. Najpierw powoli, niemal z namysłem, przeciągnął nim po zewnętrznych wargach. To było jak iskra w prochu. Wstrząsnęło nią całkowicie. Jej biodra uniosły się same, szukając większego kontaktu. On to wyczuł. Uśmiechnął się, ten uśmiech czuła na swojej skórze.
Wtedy zanurzył język głębiej. Rozchylił ją, a jego język, giętki i żarliwy, wsunął się w jej szparkę, penetrując ją tym pieszczotliwym, a jednak władczym ruchem. Była mokra, bardzo mokra, a on smakował jej, pomrukując z zadowolenia. Dźwięk tego pomruku wibrował bezpośrednio w jej nabrzmiałej łechtaczce. Kręciła głową na poduszce, tonąc w fali rozkoszy, która wypierała wszelkie myśli. To było czyste, zwierzęce uczucie. On wiedział, co robi. Wiedział, jak sprawić, by jej ciało zdradziło ją całkowicie.
Po chwili wrócił do jej ust, całując ją głęboko, a ona czuła na własnych wargach swój własny, słony, intymny smak. To było ostateczne upokorzenie. I największa podnieta.
— Chcesz tego — stwierdził, nie pytając. Jego ręka sunęła między ich ciałami.
Nie czekał na potwierdzenie. Jednym pewnym ruchem ustawił się u jej wejścia. Czuła twardość, gorąco, ogrom jego członka napierający na jej wilgotne, rozciągnięte już wargi. I wbił się.
Zajęczała. Głośno, przeciągle. To nie był jęk bólu. To był dźwięk przytłaczającej, doskonałej pełni. Wypełnił ją całkowicie, rozsadzając od środka, docierając w miejsca, o których istnieniu zapomniała. Był w niej. Cały.
Robert nie czekał. Zaczął się poruszać. Szybko. Gwałtownie. Ruchając ją z całej siły, jakby wykonywał pompki, jego biodra uderzały o jej uda z mięsistym klaskaniem. Każdy pchnięcie było głębokie, celowe, dosięgające samego dna jej macicy. Ona chwyciła go za plecy, paznokcie wbijając w jego skórę. Jej nogi oplotły się wokół jego talii, przyciągając go jeszcze głębiej.
Czuła go wszędzie. Jego oddech na swojej twarzy, pot ściekający z jego czoła na jej piersi, nieubłagany rytm jego bioder. I ten olbrzymi kutas, który wypełniał ją, rozpychał, drażnił każdy wrażliwy punkt. Rozkosz narastała lawinowo, z każdym uderzeniem, z każdym szarpnięciem. Jej własne jęki mieszały się z jego stęknięciami, tworząc dziką, pierwotną muzykę tego spotkania.
Widziała, jak jego twarz się zmienia, jak napina się w ekstazie. To pchnęło ją samą nad krawędź. Czuła, jak coś pęka w jej podbrzuszu, jak napięcie, które budowało się od pierwszego jego dotyku, eksploduje falami elektrycznej rozkoszy. Krzyknęła, jej ciało szarpnęło się konwulsyjnie, ściskając go od wewnątrz z niesamowitą siłą.
To było dla niego sygnałem. Jego ruchy stały się jeszcze szybsze, jeszcze bardziej niepohamowane. Zawiesił się na chwilę, wbił w nią po samą nasadę i z głębokim, gardłowym rykiem doszedł. Czuła, jak jego człon pulsuje w jej wnętrzu, jak gorący strumień wypełnia ją, rozlewa się po jej ściankach, płynie głęboko. To uczucie — bycia napełnioną, naznaczoną — dopełniło jej własny orgazm, przedłużając drżenie w jej udach.
Opadł na nią całym ciężarem, zdyszany. Jego usta znów znalazły jej szyję, jej ramię, całując ją powoli, niemal czule, po spoconych, rozgrzanych miejscach. Ten kontrast — brutalność chwili wcześniej i ta teraźniejsza, leniwa czułość — był jeszcze bardziej dezorientujący.
Po długiej chwili podniósł się, patrząc na nią z dziwnym, zadowolonym wyrazem twarzy.
— Robota skończona — powiedział, jego głos był szorstki, ale spokojny. — Jesteś wolna. Na razie.
Wstał z łóżka, ignorując ją zupełnie. Patrycja leżała, wciąż drżąca, z nogami rozchylonymi, czując, jak jego nasienie powoli zaczyna wyciekać z jej obolałego, wciąż pulsującego wnętrza. Nie podał jej nic do okrycia. Nie spojrzał nawet na strzępy jej sukienki.
Wstała, jej nogi ledwo ją utrzymywały. Skinął głową w stronę drzwi. Wyszła. Naga. Jedynym elementem jej stroju były jej własne, sportowe buty, które stały przy drzwiach. Włożyła je mechanicznie.
Korytarz na poddaszu był ciemny i chłodny. Szła powoli, czując, jak za każdym krokiem ciepła, lepka strużka spermy sączy się po jej wewnętrznej stronie uda i kapie na drewnianą podłogę. Zostawiała za sobą wilgotny, perłowy ślad. Wstyd palił jej policzki, ale było w tym też coś… niecnie podniecającego. Ta jawność. To piętno.
Gdy schodziła po wąskich, skrzypiących schodach, prowadzących do jej piętra, usłyszała głosy. Zamarła, ale było za późno.
Dwaj synowie Marka, dwaj młodzi chłopcy, stali na schodach, rozmawiając półgłosem. Unieśli głowy. Ich rozmowa urwała się w pół słowa.
Ujrzeli ją. Całą. Nagą, rozwichrzoną, ze śladami potu i pocałunków na skórze, z tym wyraźnym, świecącym śladem między nogami. Stali w kompletnym zaskoczeniu, oczy szeroko otwarte.
Patrycja, płonąc ze wstydu, nie wiedziała, gdzie się schować. Jedyną ucieczką były drzwi do jej pokoju, które były w połowie korytarza. Popędziła do nich.
Nie odwróciła się. Ale czuła ich wzrok. Ciężki, gorący, przyklejony do jej pleców, do jej pośladków, do śladu, który ciągnęła za sobą. Dopadła do drzwi, szarpnęła za klamkę i wpadła do środka, zatrzaskując je za sobą. Przywarła plecami do drewna, przerażona tym, co za nimi pozostało.
W głowie miała szum, chaotyczny i nie do opanowania — urwane myśli, obrazy, poczucie winy mieszające się z gniewem i niedowierzaniem. Wszystko było poplątane: ten dom, jego mieszkańcy, dni i noce, które nie chciały się skończyć, i ona sama, obca sobie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
„Co ja tu robię?” — to pytanie wracało uparcie, ale nie niosło odpowiedzi. Wyjazd miał być pracą, przerwą, chwilą oddechu. Tymczasem stał się czymś, co rozpadło się w rękach, zanim zdążyła zrozumieć zasady. Każda decyzja, każdy krok wstecz, prowadził ją myślami do jednego momentu, w którym powinna była zawrócić.
Jej umysł buntował się, krzyczał, że ciało zdradziło ją samo, że dało się zmusić do czegoś, czego nie chciała. Chciała zapomnieć o każdym dotyku, o każdym ruchu, a mimo to wspomnienia pulsowały w niej, ciepłe i natrętne. Czuła wstyd, gniew i obrzydzenie, ale ciało wciąż pamiętało — a to rozdwojenie ją osaczało, jakby sama nie mogła być sobie wierna.
Zsunęła się powoli po drzwiach na podłogę i przyciągnęła kolana do piersi. Cisza w pokoju była gęsta, duszna, ale przynajmniej należała tylko do niej. I wtedy, w tym chaosie myśli, pojawiła się ledwo wyczuwalna iskra — myśl, że za kilka dni wróci do domu. Do swojego życia. Do Łukasza. Ta świadomość była jak chłodne powietrze po dusznej burzy — pozwalała oddychać, dając jej nadzieję, że jeszcze będzie mogła się podnieść i odzyskać to, co stracone w tej nocy.
Oddychała głęboko, próbując uspokoić drżenie rąk. Chaos w jej głowie nie znikał, a pamięć zdrady własnego ciała wciąż ją nękała, ale nagle miało to znaczenie mniejsze niż myśl o powrocie, o domu, o bezpieczeństwie, które czekało kilka dni dalej.
CDN.
pofantazjujmy!
Jak Ci się podobało?