Dwa serca, dwa smutki (IV) "Hunter-Killer"
20 października 2026
Dwa serca, dwa smutki
58 min
Gdy Klaudia usłyszała stukanie w szybę, natychmiast zwróciła wzrok w tamtą stronę. W marnym świetle ulicznej latarni dostrzegła zakapturzonego mężczyznę.
„Złodziej albo jakiś gwałciciel” — pomyślała, nie zastanawiając się długo i sprawnie sięgnęła prawą dłonią do schowka.
Działała jak automat, mimo że była psychicznie rozbita. Nawyki wyniesione ze szkolenia z zakresu samoobrony sprawiły, że sprawnie wydobyła pieprzowy gaz w formie piany, zanim potencjalny agresor zdążył szarpnąć za klamkę samochodu.
Drzwi nie były zablokowane, wcześniej otworzyła samochód z pilota. Centralny zamek założył Radek, ponieważ w standardowym wyposażeniu taka opcja nie była dostępna.
Gdy tylko drzwi samochodu się otworzyły i ukazała się pochylona zakapturzona męska sylwetka, bez zastanowienia nacisnęła spust „Sabre Red” i strumień piany poleciał w kierunku napastnika.
Sama momentalnie otworzyła swoje drzwi i szybko wysiadła …
Wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że Klaudia potraktuje mnie gazem pieprzowym. Piana wylądowała na kapturze dresowej bluzy i, co gorsza, na twarzy.
Poczułem pieczenie i mimowolnie zamknąłem oczy. Nim zaczęło drapać w gardle, a kaszel połączony z dusznościami dopadł mnie, zdołałem wyrzucić z siebie:
— Klaudia!!! Kurwa!!! To ja, Wiktor!
Piekły mnie okolice nosa, oczy i skóra twarzy, gdzie zawierający kapsaicynę płyn się dostał.
Pamiętałem, by nie trzeć oczu w takich sytuacjach. Na ślepo zrzuciłem najpierw turystyczną torbę, a potem przez głowę ściągnąłem bluzę upapraną chemicznym środkiem. Tkwiłem kilka kroków od samochodu, opierając się chyba o jakiś znak drogowy.
— Jezu, Radek, to ty? Co ja narobiłam, co ja najlepszego zrobiłam. Przepraszam — usłyszałem jej lament.
Byłem cholernie zły na siebie. Zadziałałem jak amator. Mogłem przecież krzyknąć na nią, gdy wsiadała do samochodu, a nie skradać się jak jakiś bandzior. Po części sam sobie byłem winien. Brakowało tylko, by ktoś wezwał radiowóz. Przeszukanie mnie jako domniemanego sprawcy byłoby normalne, a miałem tylko białoruski paszport i legitymację duchownego. Oba dokumenty na inne nazwiska. Od razu podejrzenie, zatrzymanie i wyjaśnienia.
— Jeżeli możemy odjechać, to zróbmy to. Proszę. Wrzuć moją torbę na tylne siedzenie, pomóż mi wsiąść do samochodu, otwórz wszystkie szyby i jedźmy stąd do cholery. — Muszę przyznać, że mówiłem w miarę rozsądnie, w przeciwieństwie do stanu, w jakim się znajdowałem.
— Pomogę ci, kochany, siadaj tutaj, chwyć mnie za rękę — usłyszałem płaczliwy głos.
Starałem się mrugać powiekami, ale mi to nie wychodziło. Musiała kupić gaz z dużym stężeniem kapsaicyny. Nadal byłem jak ślepiec. Na dodatek kasłałem i czułem zawroty głowy.
— Nie pochlapałaś tapicerki, nie ma tam piany? — zapytałem, oparty o jej ramię.
Pociągała nosem i szlochała. Nie wiedziałem, czy podeszła zbyt blisko i działanie środka ją poraziło, czy też z innej przyczyny.
— Nie, nie widzę, wszystko poleciało na ciebie.
— Wsiadaj i jedźmy już, jeżeli dasz radę. Nie chcę kłopotów — wyszeptałem, pomiędzy jednym a drugim wybuchem kaszlu.
— Już, już jedziemy. Nie denerwuj się — szepnęła, a po chwili usłyszałem, jak zapala silnik pojazdu.
— Ktoś to widział, gdzieś zapaliły się światła? — zapytałem po kilku minutach jazdy.
— Nie, chyba nie. Nie patrzyłam — odpowiedziała drżącym głosem.
— Masz chusteczki dekontaminacyjne, wodę, cokolwiek, bym mógł zebrać tę pianę z siebie? — znów postarałem się zamrugać oczami, które łzawiły i piekły niemiłosiernie. — Zatrzymaj się gdzieś za miastem, na uboczu, jakiś leśny parking, boczna polna droga. — Cały czas wydawałem polecenia.
— Tak, Radku, tak. Już wyjeżdżamy z miasta, za chwilę będzie dziki parking leśny, tam staniemy — mówiąc to, cały czas chlipała pod nosem.
Otwarte na przestrzał przednie okna poloneza dobrze wentylowały wnętrze, jednak musieliśmy mówić głośniej. Ledwo powstrzymywałem się, by nie trzeć oczu. Przychodziło mi to z trudem.
Wreszcie zjechaliśmy z głównej drogi. Poczułem to, gdyż zmniejszyła prędkość i samochód wjechał na drogę gruntową. W końcu zgasiła silnik.
— Mam tylko chusteczki do demakijażu — odpowiedziała na wcześniej zadane pytanie.
— Mogą być, podaj mi, bo ja nic nie widzę…
— Nie, ja sama, widzę, gdzie pozostał jeszcze środek. Dobrze, że nie tarłeś… — mówiła, a ja poczułem, jak delikatnie zbiera pozostałości piany z mojej twarzy.
— Jezu, co ja ci zrobiłam, co ja zrobiłam — lamentowała, ścierając chemiczny środek.
Poczułem się nieco lepiej. Zdawałem sobie sprawę, że działanie gazu pieprzowego ustąpi po czterdziestu minutach, no, góra po godzinie.
Wreszcie jak przez mgłę mogłem dojrzeć twarz Klaudii. Oczy nadal łzawiły, co zakłócało ostrość widzenia, ale mogłem dostrzec jej wyrazisty, rozmazany makijaż. Nie taki, jaki robiła sobie w Syrii – delikatny, subtelny, pasujący do niej i niezakłócający naturalnego piękna. Ten był wyzywający, niesmaczny, kurewski. Jakby wykonany na siłę, na czyjeś polecenie, i ta sukienka, ledwie zakrywająca uda, marnej jakości. Taka, która pasowałaby panienkom, które obsługują kierowców ciężarówek na przydrożnych parkingach. Czarne cienkie rajstopy i te na niebotycznie wysokim obcasie szpilki leżące na podłodze, obok moich stóp, kupione chyba w podrzędnym seks-shopie.
— Przepraszam, przepraszam, ja nie wiedziałam… — mówiąc to, znów zaczęła ryczeć.
— Ostatnimi czasy w dość osobliwy sposób mnie witasz. W Libanie dostałem z plaskacza, teraz gazem, aż się boję pomyśleć, co będzie następnym razem i czy to spotkanie przeżyję — powiedziałem, chcąc ją jakoś rozśmieszyć i rozładować napiętą sytuację.
Niestety, moja próba przyniosła efekt odwrotny do zamierzonego. Klaudia wybuchła histerycznym, jeszcze mocniejszym płaczem, a ja nie wiedziałem dlaczego.
Lewą dłonią dotknąłem jej twarzy i otarłem spływające łzy, prawą objąłem za tył głowy i przyciągnąłem do klatki piersiowej. Zdałem sobie sprawę, że nie jest z nią dobrze, że coś w sobie tłumi. Chciałem, ba, musiałem wiedzieć, co było przyczyną takiego zachowania.
— Klaudia, co się dzieje? Dlaczego tak wyglądasz? Gdzie ty miałaś zamiar jechać i dlaczego? — zarzuciłem ją stekiem pytań.
Pociągała nosem i płakała nadal, a mnie kroiło się serce. Po raz drugi, w tak krótkim okresie. Nie zapomniałem, po co tu przyjechałem; dorwanie klechy miało priorytet, najwyższą klauzulę wykonalności.
— Ja… nie… cieszę się… ale — wyrzucała z siebie niedające się połączyć w logiczną całość wyrazy.
Z każdą minutą widziałem coraz lepiej, a i pozostałe objawy stawały się mniej uciążliwe.
— Kochanie, uspokój się, proszę, i wszystko mi opowiedz — starałem się mówić w miarę spokojnym głosem, choć przychodziło mi to z trudem. — Jestem tutaj, pomogę ci. — Od razu złożyłem deklarację.
Patrzyła na mnie zapłakanymi, przecudnymi, zielonymi oczami. Ich wyraz psuł nałożony w nadmiernej ilości tusz do rzęs i zbyt mocna kredka do brwi, lecz magia tych gałek pozostawała czarodziejska. Nie można było w tych głazach się nie zakochać, przejść obok nich ot tak. Nie zachwycić się wyglądem i wyrazem wzroku.
Łkała, chcąc coś mi przekazać, jednak emocje wzięły górę. Przysunęła twarz do mojej, nie zważając na to, że środek chemiczny, choć w maleńkiej ilości, mógł na nią oddziaływać.
Delikatnie, obiema dłońmi objąłem głowę Klaudii. Jej łzy spływały teraz po moich policzkach. Czułem, jak cała drży.
„Boże nie, ona chyba nie jest… — ostatni wyraz wyrugowałem z myśli. To wydawało się niemożliwe, nierealne. Klaudia dorabiająca sobie jako… — „Jeżeli tak, to nie zrobiła tego z własnej woli, ktoś ją przymusił”. — Sam się sobie dziwiłem, że mogłem dopuścić taki scenariusz.
Jednakże po tym, co spotkało Tamarę, nic mnie nie było w stanie zdziwić. Dlatego, tak haniebna i podła myśl przeszła mi przez głowę.
Musiałem wiedzieć! Musiałem! A jedynym sposobem, by to z niej wydobyć, była niestety zapożyczona z działań „Wympieła” metoda. Proste, bezpośrednie, dosłowne pytanie i nacisk, cholerny nacisk, aby wydusić z będącego w opłakanym stanie psychicznym przesłuchiwanego informację.
Kurewsko trudne w stosunku do bliskiej osoby, raniące ową cholernie. W stosunku do bliskich broń jednorazowego użycia.
„Kurwa, spasuj, nie rób tego. Nie przesłuchujesz terrorystki, kutasie” — w ostatniej chwili wycofałem się z bezpośredniego zapytania, czy jest panienką do towarzystwa. —„Jak mogłeś, jak mogłeś tak pomyśleć. Wiktorze, co się z tobą dzieje!” — słowa Katii, wtedy w domu, uderzyły we mnie ponownie. Już raz wywaliłem coś takiego, raniąc ukochaną osobę.
Odsunąłem nieco twarz kobiety od siebie, tak byśmy mogli spojrzeć sobie prosto w oczy.
— Popatrz na mnie, proszę i powiedz mi, co się stało. Jestem tu i nie dam ci zrobić krzywdy — wyrzuciłem z siebie i poprzez załzawione jeszcze ślepia starałem się spojrzeć w przecudne oczęta niedoszłej żony. — Kocham cię i sama o tym wiesz, kocham też Katie w Rosji — dodałem. — Więc jeżeli ty mnie też kochasz, to powiedz mi do jasnej cholery, o co chodzi!? Co się stało!? — to już wywaliłem głośno.
Chwilowo przestała szlochać. Popatrzyła mi prosto w twarz i zaczęła mówić.
Wolno cedziła każde słowo, z trudem przychodziło jej powiedzenie tego, co ją spotkało. Starałem się słuchać, analizując każdy wyraz, każdą zgłoskę, lecz im dalej się zagłębiała, tym bardziej moja wewnętrzna bestia, wychodziła na zewnątrz.
„Nie, nie, tylko nie to”
Na szczęście ta ludzka komandorska kurwa nie posunęła się do najgorszego. Miała jednak taki zamiar. Zrozumiałem zachowanie Klaudii, była jak zagonione zwierzę w róg ogrodzenia. Bez szans na ucieczkę, bez jakiejkolwiek nadziei na pomoc.
Odgoniłem na bok oceny jej działania. Może dla mnie były nieracjonalne, pewnie postąpiłbym inaczej. Lecz to ja bym tak zrobił, nie ona – zastraszona, sterroryzowana, zaszantażowana kobieta.
Z kieszeni spodni wyciągnąłem papierosy, odpaliłem jednego i wyszedłem na opustoszały parking. Nerwowo zaciągałem się fajką. Klaudia podeszła do mnie po chwili.
— Radek, jeszcze coś, muszę ci to powiedzieć — usłyszałem.
„Więc jednak coś się stało, nie powiedziała wszystkiego do końca, zgwałcił ją” — pomyślałem, a w głowie zaczęły kiełkować plany, jak zadać mu ból i śmierć, bo to, wydawało mi się naturalnym rozwiązaniem.
— Jestem w ciąży, tak nie wiem, czy ty, czy Sebastian jest ojcem dziecka, ale chcę, byś wiedział… — zaczęła, a mnie prawie ugięły się kolana. — Jestem prawie pewna, że to nasze dziecko — dodała.
Czy tylko ja miałem takie szczęście, czy też inni tego doświadczyli? Dwie kobiety, piątka dzieci.
Jakoś nie wierzyłem, że kłamie. Mówiła to zbyt naturalnie, a poza tym, jaki to miało sens, skoro Radek był moim synem? W to uwierzyłem, nawet bez badań dostrzegałem podobieństwa do siebie, tam w Syrii. Ona nie mogła mnie wprowadzić w błąd, mogła jedynie czuć niepewność.
Upadłem na kolana i objąłem jej nogi, dotykając delikatnej faktury nylonu.
— Wierzę i … — Zabrakło mi słów. Klęczałem, nie wiedząc, co począć.
— Wstań, wstań, proszę — poprosiła, a jej dłonie poczęły mnie podnosić ku górze.
— Jeżeli to Sebastian, to ja… — zacząłem.
— Wiem to, wiem, przecież naprawdę ciebie tylko kochałam i kocham nadal, gdyby nie to wtedy…
— Kocham cię Klaudia — rzuciłem, zamykając jej usta pocałunkiem.
Objęła moją głowę obiema dłońmi. Wymienialiśmy pocałunki przez chwilę.
— Dobrze, o której masz u niego być? — zapytałem, gdy skończyliśmy.
— Nie napisał dokładnie kiedy, tylko, że wieczorem. Miałam zamiar się jeszcze zatrzymać po drodze, przemyśleć, czy się nie wycofać…
— Będzie sam?
— Tak, na pewno tak.
— Dobrze, ja jeszcze nie mogę prowadzić. Siadaj, jedziemy. Czy po drodze jest jakaś stacja paliw?
— Tak, za dwa kilometry jest całodobowy Orlen — odpowiedziała bez zastanowienia.
— Zatrzymamy się tam. Poprawisz makijaż, kupisz butelkę niegazowanej wody mineralnej, żebym mógł przemyć oczy. Byłaś tam kiedyś? — może to pytanie było nie na miejscu, ale musiałem je zadać.
— Nie, co ty — odparła, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Na umocowanej na przedniej szybie nawigacji Klaudia miała już wbity adres leśniczówki tego gagatka. Przed nami było kilkanaście kilometrów drogi.
Zatrzymaliśmy się na stacji paliw, na jej tyłach, by nie być na widoku. Czułem się już lepiej, oczy mniej łzawiły, przestałem kasłać. Klaudia opuściła pojazd i udała się do budynku.
W myślach analizowałem, jak rozprawić się z komandorkiem. Fizyczna likwidacja wchodziła w grę, i gdyby nie Klaudia, to bym chuja po prostu odstrzelił i zakopał gdzieś w lesie. Jednak nie miałem pewności, czy ów nie powiadomił kogoś, z kim ma się spotkać i gdzie. Mógł mieć w domu jakieś zapiski, które mogłyby naprowadzić śledczych na trop ratowniczki. Musiałem z niego wycisnąć informację, i dopiero na ich podstawie wymierzyć sprawiedliwość.
Nie było mi to na rękę. Doszło dodatkowe zadanie, nagłe, niespodziewane. Takie z marszu, a takich komplikacji nikt nie lubi.
Rozejrzałem się po samochodzie. Na tylnym siedzeniu leżała moja torba. Sięgnąłem do niej i grzebiąc w jej wnętrzu, wydobyłem rewolwer. Nie zauważyłem bluzy z kapturem, pewnie została na parkingu w Darłowie. Wsunąłem Nagana za pasek spodni na plecach, a T-shirt wyciągnąłem na wierzch, tak, by zakrył spluwę. W głowie powoli kiełkował plan rozprawienia się ze „sztabowym kutasem”, jak go nazwała Klaudia.
Powróciła po dziesięciu minutach i gdy tylko wsiadła do pojazdu, podała mi plastikową butelkę z wodą. Wysiadłem z poloneza i stojąc w nieoświetlonej części niewielkiego parkingu, przemyłem oczy i twarz. Poczułem ulgę. Wsiadłem do samochodu i pochyliłem facjatę, by przejrzeć się w lusterku wstecznym.
Twarz nie wyglądała zachęcająco. Czerwona, nieco spuchnięta, jakby pogryzło mnie stado komarów, krwawe podbiegnięcia białka oka.
„No załatwiła mnie Klaudusia”
— Radek, ale co ty tu w ogóle robisz?
— Potem ci powiem, to długa historia, jedźmy — zbyłem ją.
Polonez leniwie włączył się do ruchu. Pokonywaliśmy kolejne kilometry dzielące nas od celu. Minęły nas może dwa, trzy samochody.
Kwadrans później. Leśniczówka „sztabowego kutasa”, dwadzieścia kilometrów od Darłowa.
Powoli skradałem się do ulokowanej dwa, może dwa i pół kilometra za wsią samotnej leśniczówki. Taka lokalizacja, na uboczu, z dala od siedzib ludzkich, ułatwiała zadanie. Nikt nie przyjdzie pożyczyć cukru czy mąki, nie będą plątać się mieszkańcy, a gdy zabiorę się za obróbkę delikwenta, nikt nie usłyszy jego jęków.
Przed domkiem stał czarny Suzuki Grand Vitara, dostrzegłem kolor i markę, gdyż padało na niego słabe światło z oświetlenia przed drzwiami wejściowymi.
Drewniana leśniczówka nie była duża i szczęśliwie nie miała ogrodzenia. Najostrożniej, jak tylko mogłem, zbliżyłem się do niej. W jednym z pomieszczeń paliło się światło. Zachowując pełną ostrożność, spojrzałem przez okno do wnętrza.
Był skurwysynek. Ubrany na luzie, w markowy dres, poprawiał coś ukrytego pomiędzy stertą książek na półce. To pomieszczenie spełniało funkcję salonu. Dostrzegłem bujany fotel, niewielki stolik, krzesła i rozłożoną kanapę z funkcją spania. Nie mógł mnie dojrzeć, gdyż był zajęty majstrowaniem przy tych książkach. Byłem bardzo ciekawy, co on tam robi, i po chwili dojrzałem w jego ręku niewielką kamerę wideo. To ją tam skitrał, niegodziwiec. Najwyraźniej miał zamiar nagrać swoje harce z Klaudią, a w jakim celu — łatwo można było sobie dośpiewać.
Na niewielkiej szafce nocnej, przy łóżku, dostrzegłem leżący pistolet i chyba wibrator.
„O chuju, ostro grasz, lubieżny z ciebie gość”.
Gnat mógł być gazowy, bo zdawałem sobie sprawę, że w Polsce nie każdy trep może mieć ostrą broń w domu. Żandarmi, specjalsi, goście z wywiadu i kontrwywiadu, WSI mogli posiadać służbową broń przy dupie cały czas, ale nie taki drobny bubek jak on.
Facet nie sprawiał wrażenia nad wyraz sprawnego fizycznie. Nie był grubasem, jednakże można było dostrzec pod obcisłym dresem, że mięsień piwny już mu się zawiązał. Był młodszy ode mnie, dobre kilka lat, i niewiele niższy.
Obszedłem leśniczówkę wokoło. Jedno okno na poddaszu, gdzie z pewnością była nieduża sypialnia, okno na parterze od kuchni, jedno od niewielkiego pokoju na tym samym poziomie i naprawdę małe od łazienki, nie na tyle jednak, bym nie mógł tamtędy się dostać.
Drzwi wejściowe były jedne, żadnych przesuwanych z salonu. Odczekałem jeszcze chwilę, chcąc się upewnić, czy jest sam. Nic nie wskazywało na to, by ktoś z nim przybył. Najwyraźniej nie chciał dzielić się Klaudią z nikim, przynajmniej na razie, bo tylko jeden Bóg wiedział, co takowej kreaturze we łbie się wykluje.
Klaudia została w polonezie zaparkowanym z pięćset metrów wcześniej, w leśnej przesiece. Gdy jechaliśmy, nie mogłem oderwać wzroku od tych zgrabnych nóg powleczonych cienką warstwą nylonu. Pomimo faktu, że sukienka była tandetna i nie pasowała do niej, jej długość i fakt, że ledwo zakrywała zgrabne uda, nie pozostały mi obojętne.
— Przestań się tak gapić, przecież widziałeś mnie nagą. Gdyby nie on, nigdy bym tego czegoś nie założyła — dostrzegła moje zainteresowanie.
Wracałem do niej ze wstępnie ułożonym w głowie planem. Na razie musiałem wymyślić, jak pojmać dupka. Reszta miała wyjść „w praniu” lub też „realizacji”, jak to nazywało się w „wympiełowym slangu”.
— I co? — zapytała, gdy wróciłem.
— Jest sam. Podjedziesz, wejdziesz, jak gdyby nigdy nic. Poprosisz, że chcesz się przygotować w łazience, zamkniesz się w niej, jeżeli jest taka opcja i otworzysz okienko w niej. Wtedy tam wejdę.
— I co dalej?
— Resztę zostaw mnie, powiem ci, co masz dalej zrobić.
Patrzyła na mnie, zestresowana. Nie miała już tak mocnego makijażu, jak wcześniej.
— Radek…
— Spokojnie, wiem, co robię, zaufaj mi — przerwałem, zdając sobie sprawę, o co mnie chce zapytać. — Jedź już i pamiętaj, bądź naturalna — ponagliłem.
Wycofała samochód z przesieki i ruszyła w kierunku leśniczówki. Podążałem na piechotę za nią, Noc była w miarę ciepła i nie czułem chłodu, będąc w samym T-shircie. Na dłonie założyłem nitrylowe rękawiczki, które wcześniej zabrałem ze swojej torby.
Polonez omiótł światłami budynek leśniczówki. Klaudia z trudem panowała nad sobą. Najchętniej walnęłaby setkę wódki, by się rozluźnić. Mimo że wiedziała o wsparciu Radka i że ten nie dopuści do tego, by stała jej się krzywda, w podświadomości wciąż tliły się obawy.
Przypomniała sobie, jak go zagazowała. Miał rację, mówiąc, że trzeciego razu może nie przeżyć.
„Boże, dziękuję, że mi go zesłałeś”.
Zgasiła silnik poloneza, zsunęła płaskie obuwie i nałożyła niebotycznie wysokie szpilki. Z tylnego siedzenia zabrała torebkę. Zauważyła, że „sztabowy kutas” wyszedł z budynku.
— No ile kurwa mam czekać dziwko? — rzucił na dzień dobry, trzymając w jednej dłoni szklaneczkę napełnioną brązowym trunkiem.
— Opiekunka się spóźniła, przepraszam — odparła, starając się brzmieć naturalnie.
Tadeusz gestem dłoni wskazał, by weszła. Dostrzegła lubieżny wzrok mężczyzny, jego wyraz twarzy. Lustrował jej sylwetkę, zauważyła, jak językiem zwilżył usta.
Nim przekroczyła próg domu, odwróciła się i omiotła wzrokiem okolicę.
— Będziemy sami malutka, tu nikt nie przyłazi, tylko ty i ja — usłyszała, a po chwili zamknęły się drzwi.
Od razu w korytarzu klepnął ją w zadek.
— No, niezła jesteś, tak sobie ciebie wyobrażałem, fajne te ciuszki ci kupiłem, no nie? — gadał, a jego palce powędrowały pod króciutką sukienkę.
— Nie, jeszcze nie teraz, muszę się odświeżyć, skorzystać z łazienki — zaoponowała, czując, jak dotyka dłonią stringów.
Śmiałym ruchem uniemożliwiła dalsze obmacywanie. Zlustrowała wzrokiem tę szuję. Pewnie, może zbyt pewnie patrzyła w jego twarz.
— Idź, łazienka jest tam. — Wskazał dłonią. — Podmyj się, tylko dobrze, żebym nie złapał jakiegoś syfa od ciebie, bo kto wie, z kim się na misji pierdoliłaś — dodał wulgarnie.
Z trudem powstrzymała wybuch złości. Miała zamiar walnąć go pięścią w twarz, ale zagryzła wargi i ruszyła w stronę toalety.
— Tylko się pospiesz, nie mam zamiaru długo czekać — usłyszała, gdy zamykała drzwi.
W pierwszej chwili miała zamiar od razu otworzyć niewielkie okno i wpuścić Radka, ale w ostatnim momencie się powstrzymała, zdając sobie sprawę, że ten mógł jeszcze nie dotrzeć w ustalone miejsce.
Puściła wodę i, siedząc na kibelku czekała. Trwało to wieki, przynajmniej tak się jej wydawało. W końcu usłyszała cichutkie, ledwo słyszalne uderzenie w szybę. Podniosła się i najciszej, jak mogła, przekręciła klamkę w oknie, uchylając je maksymalnie.
Drzwi miały zamek, ale klucz nie tkwił w nim. Ten moment, kiedy ukochany przeciskał się przez okno, był krytyczny. Mimowolnie stanęła przy drzwiach, trzymając klamkę, gotowa zablokować potencjalne wejście „sztabowego kutasa”.
Udało mi się dostać do środka. Klaudia naprawdę spisała się świetnie. Puściła wodę do wanny, tak że ten szum zagłuszył odgłosy mojego wgramolenia się do łazienki. Na dodatek tkwiła przy drzwiach, gotowa zatrzymać gogusia, gdyby ten chciał wkroczyć do środka.
Zamknąłem okno. W cielistych nitrylowych rękawiczkach wyglądałem bardziej jak członek ekipy badającej miejsce zbrodni niż jak komandos. Zbliżyłem się do niej i skierowałem usta do jej ucha.
— Wyjdź teraz, spokojnie. Ma spluwę na komodzie przy łóżku, ja mam swoją…
— Nie zabijaj go — szepnęła, przerywając mi.
— Nie mam takiego zamiaru, przynajmniej nie teraz — uspokoiłem Klaudię. — I zostaw uchylone drzwi — dodałem.
Powoli wyszła z kibelka, czyniąc to, o co prosiłem. W salonie dało się słyszeć odgłos radia, muzyka leciała cicho, tak, że mogłem słyszeć dźwięki z tego pomieszczenia.
Wyostrzyłem zmysły. Dłonią sięgnąłem po rewolwer, delikatnie i cicho odprowadzając kurek do tylnego położenia. Nabrałem powietrza i skupiony czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.
— Szybko się uwinęłaś, suko. Teraz zabawimy się, tak jak ja chcę. Dam ci to, czego nikt inny ci nie dał — przechwalał się komandor.
— Zrobię wszystko, tylko obiecaj, przysięgnij… — usłyszałem głos Klaudii. Musiałem przyznać, że dobrze odgrywała swoją rolę.
— Milcz! masz to, co mnie interesuje, twój scenariusz ćwiczeń. Masz go! — wyrzucił z siebie.
— Tak, nie mogłam inaczej, sfotografowałam ekran komputera, każdą ze stron, tylko tyle dałam radę, mam to w telefonie.
— O, jeszcze fotografie dokumentów niejawnych, z klauzulą „zastrzeżone”, o przemycie telefonu do strefy nie wspomnę. Nie zakończy się to na tym razie, na pewno nie — Jakaż to była ludzka kurwa, jebany dupek. Pierdolony karierowicz.
Ledwo powstrzymałem się przed wyjściem. Nie była to jeszcze dobra pora. Pragnąłem dorwać kutasa „za pięć dwunasta”, gdy będzie bezbronny, pewny siebie, wyluzowany. Zdawałem sobie sprawę, że ona jest kłębkiem nerwów, ale wiedziała, że ma mnie i że nie dam jej zrobić krzywdy.
— Klękaj, suko! Na kolana! Po wszystkim skopiuję sobie te fotki z twojego telefonu, a teraz odpowiesz za to, jak mnie wcześniej potraktowałaś. Pamiętasz!? — Dupek grał ostro, pewnie nabuzowany wcześniej oglądanymi pornolami. To był ten czas, gdy musiałem zadziałać.
Drzwi były na szczęście naoliwione, bo gdy je lekko popchnąłem, nie zaskrzypiały. Wyciągnąłem prawą dłoń, uzbrojoną w Nagana, i ruszyłem naprzód. Już nic nie mogło mnie zatrzymać.
Wyszedłem zza załomu korytarza. Klaudia klęczała przed nim, a ten kutas tkwił przed nią z opuszczonymi do kolan dresowymi portkami i majtami.
— Koniec miłości komandorze, majtki na dupę, Siewodnia sieksa nie budiet — wypaliłem, zbliżając się do pary.
Jego oczy stały się wielkie, prawie jak dwadzieścia złotych z Nowotką. Patrzył na mnie jak na ducha. Jednak szybko się zreflektował i swój wzrok skierował na leżący przy łóżku pistolet.
— Nawet o tym kurwa nie myśl! Rozjebię ci czachę, nim zdążysz tam sięgnąć — ostrzegłem i zrobiłem kolejne kroki do przodu.
— Przecież ty… — bąknął, chyba zdając sobie sprawę, kim jestem.
Klaudia, gdy mnie zobaczyła bez zarostu, stwierdziła, że prawie nic się nie zmieniłem od czasu, gdy poszedłem w odmęty Bałtyku, osiem lat wcześniej. Nie miałem punktu odniesienia, może to zdjęcie, które mi pokazała wtedy. Wydawało mi się, że starzeję się jak każdy. Ten dupek, nawet gdyby nie chciał, musiał zapamiętać moją facjatę. Zdjęcie w sali tradycji, drugie na korytarzu jednostki, no i te nagrobkowe.
— A kto umarł, ten nie żyje — zacytowałem Lindę z „Psów”. — Klaudia, przesuń się na bok i wstań, tylko tak, żeby mi nie zasłaniać linii strzału — dodałem.
— Jak… — Nie mógł uwierzyć w to, co widzi.
— Siadaj w tym bujanym fotelu — zwróciłem się do śmiecia — Już, raz!!! — dodałem, widząc, że nadal jest w szoku.
— Klaudia, ściągnij te rajstopy i poszukaj czegoś, abym mógł pana komandora skrępować.
— Mam pończochy, nie rajstopy. — Wyprowadziła mnie z błędu.
— To nawet lepiej, ściągnij je i mi podaj — poprosiłem.
Stała za moimi plecami, a komandorek posłusznie zasiadł w bujanym ratanowym fotelu. Zobaczyłem, że patrzy w jej kierunku, gdy przemieściła się nieco, by zsunąć nylony.
Dostał pierwszy cios, w splot słoneczny. Mocny, musiało chuja zaboleć.
— Gdzie się chuju gapisz?! Patrz na mnie! — rzuciłem.
Już pękał, dostrzegłem łzy w oczach tej mendy. Patrzył na mnie przerażonym wzrokiem.
— Zapłacę… zapłacę — wyrzucał z siebie pojedyncze wyrazy.
Klaudia podała mi pończochy. Oplotłem je wokół podłokietnika bujanego fotela i mocno zaciskając, skrępowałem jego dłonie.
— Klaudia, pomiędzy książkami na półce jest kamera, wyciągnij ją i zgaś. Miał zamiar to wszystko nagrywać — poleciłem, a ona momentalnie ruszyła i podała mi kamerę po kilku sekundach.
— Masz jeszcze jakieś asy w rękawie? Coś gdzieś skitrałeś? Ma tu ktoś przyjechać? — rzucałem pytania, patrząc kutasowi prosto w oczy.
— Nie, nie mam, przysięgam — odpowiadał przerażony.
— Klaudia, wyciągnij kasetę lub płytę i ją zniszcz, potem jedź do domu i przywieź coś, bym mógł chuja na dobre skrępować.
— Radek…
— Jedź, proszę. Ja mam tu z panem komandorem do pogadania na osobności. Jak oficer z oficerem, po męsku, bez świadków. Wyjaśnimy sobie pewne sprawy — przerwałem.
— Nie, ja zostanę, bo ty go…
— Klaudia! Kurwa! Zrób to, co mówię! Już! I przynieś moją torbę. — Nie znosiłem niesubordynacji.
Usłyszałem tylko stukot obcasów na drewnianej podłodze. Położyła torbę obok mnie, a potem dał się słyszeć odgłos odpalanego silnika.
— No to zostaliśmy sami, panie komandorze. Cicha noc, ciemna noc, i my dwaj. Podgadamy jak czekista z czekistą? — zaproponowałem.
— Ratu… — Mocny cios w szczękę uciszył jego ryk rozpaczy.
— Mam ci wepchać w usta ten pas od pończoch? — zapytałem, dostrzegając, że Klaudia, pozbywając się nylonów, pozostawiła tę część garderoby. Pokiwał głową, że się nie zgadza.
— Widzę, że lubisz alkohol, masz tu markowe trunki — powiedziałem, patrząc na zapas, jaki miał w kuchni. — Napijesz się?
— Tak, poproszę — wyrzucił z siebie.
— Patrz, rozumiemy się, to dobrze rokuje, nieprawdaż? — mówiąc to, nalałem chujowi sporą dawkę koniaku.
Nie, nie miałem zamiaru się bratać z kutasem, obróciwszy się, sprawnie doprawiłem alkohol GHB. Miałem spory zapas tego środka.
— Jestem teraz rosyjskim oficerem, patrz, jebanym zdrajcą, a ty jesteś polskim pułkownikiem, tak na nasze. Naleję i dla siebie, pozwolisz?
Kiwnął głową, dając znak, że się zgadza. Podniosłem się z łóżka i przemieściwszy się do kuchni, przyniosłem drugą szklankę. Nalałem sobie.
— Nie zwolnię twoich rąk, bo mnie jeszcze zabijesz. Boję się ciebie. Masz, napij się, a potem ja to zrobię — to mówiąc, zmusiłem go, by wypił swoją dawkę alkoholu. — Ty to ostry gość jesteś, nie to, co ja. Giwera, wibrator, no szacun, wymiękam przy tobie — kontynuowałem.
Coś beblotał, chciał się tłumaczyć. Dobrze zdawałem sobie sprawę, że GHB zadziała po trzydziestu minutach, góra po godzinie.
— Czym chuju chciałeś jej zaimponować? Tym małym fiutkiem, który ci teraz nawet nie stoi? Wezmę cię na ostro, poznasz smak rozkoszy. Takie lubieżne słówka jej prawiłeś. Poczekaj, już ja cię wezmę na realizację i przeżyjesz to, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłeś — powiedziałem, gdy zdałem sobie sprawę, że lek powoli zaczyna działać.
Powstałem i wziąłem do ręki jego pistolet. Tak jak myślałem — gazowa wersja polskiego P-83 „Wanad”, wybitnie nieudolny model. Wyciągnąłem magazynek i schowałem go do kieszeni spodni. Odczekałem kilkanaście minut, po czym zbliżyłem się do komandora i zwolniłem skrępowane pończochami dłonie mężczyzny. Podniosłem dziada z bujanego fotela, patrzył na mnie przerażonym wzrokiem, przelewając mi się przez ręce. Rzuciłem bezwładne ciało na łóżko.
Szybkim ruchem dłoni ściągnąłem z niego spodnie razem z majtkami. Potem pozbawiłem go reszty ubrań i bielizny. Leżał bezbronny, otumaniony i kompletnie nagi.
— Chciałeś się ostro zabawić, no to się zabawimy. Do usług oficerze — rzuciłem i przewaliłem go na brzuch.
Sprawnie uchwyciłem wibrator i załączyłem go. Dało się słyszeć charakterystyczny przyjemny pomruk. Tadeusz tylko cicho zaskamlał.
Brutalnie, bez żadnych ceregieli, jednym śmiałym ruchem wsunąłem warczący przedmiot w odbytnicę lubieżnika. Jęknął głośno i starał się zewrzeć pośladki, ale było za późno.
Z premedytacją wyciągałem i wsuwałem erotyczną zabawkę, przy jękach i zawodzeniach mężczyzny. Nie miał siły się bronić, nie był w stanie. Sam nie wiedziałem, dlaczego stałem się tak perwersyjny, być może moja wewnętrzna bestia pokazywała kolejną, nieznaną mi twarz.
Gdy go już porządnie spenetrowałem analnie wibratorem, przerzuciłem nieszczęśnika na plecy.
— No co ty Tadzik, zsikałeś się? Nie wstyd ci? Taki duży facet, a zlał się jak dzieciak — rzuciłem, gdy dojrzałem, że pościel jest mokra i poczułem zapach moczu.
Patrzył na mnie wzrokiem przerażonego człowieka. Starał się podnieść dłoń, ale nie miał siły. Flunitrozepam działał perfekcyjnie. Pozbawiał go woli, nie mógł nic zrobić, w żaden sposób się bronić.
— Teraz czas na pieszczoty oralne. Przecież taki miałeś zamiar. Na kolana suko! No przecież tak mówiłeś. Dam ci to, czego nikt inny ci nie dał. Patrz Tadeusz, marzenia się spełniają, a do Mikołaja i Gwiazdki daleko. Jestem taką wróżką, co spełnia twoje chore życzenia — mówiłem, jakby od niechcenia i napawałem się jego przerażeniem, które rosło w postępie geometrycznym.
— Nie, nie — wybełkotał, śliniąc się niesamowicie.
— Chciałeś, masz, nie zmieniaj teraz zdania. Bądź facetem, a nie pizdą — kontynuowałem psychiczną katorgę.
Potrząsał głową. Dostrzegłem spływające łzy po policzku. Czy były wynikiem analnej penetracji, czy też chciał mnie wziąć na litość? Nie zawracałem sobie tym głowy.
— Aaaa, no, aaaaa, otwieramy buzię komandorze. No już! — W dłoniach trzymałem wibrator i przysuwałem go do jego twarzy.
Nie posłuchał, mocno zacisnął usta, nie mając zamiaru ich otworzyć. Przysunąłem gadżet i musnąłem końcówka wargi mężczyzny. Momentalnie odsunął głowę na bok.
— A, rozumiem. Śmierdzi. No, nie moja to wina Tadziu, że nie umyłeś dupy — stwierdziłem. — Otwórz kurwa tę gębę, bo inaczej wybiję ci wszystkie zęby. Nie wkurwiaj mnie. Już!!! — wycedziłem i mocniej natarłem wibratorem.
Poskutkowało. Wsunąłem zabawkę głęboko i ponownie zacząłem poruszać nią do przodu i tyłu. Dławił się, starał przerzucać głowę na boki, robił wszystko, by pozbyć się tego przedmiotu z ust. Na darmo, nie pozwoliłem na to. Jedną dłonią chwyciłem mocno twarz oficera, a druga penetrowałem wibratorem jego usta.
Przestałem się z nim zabawiać, gdy usłyszałem szum samochodowego silnika, a leśniczówkę musnął snop światła reflektorów. Powstałem i zbliżyłem się do okna. Polonez zatrzymał się przy Suzuki. Dojrzałem wysiadająca Klaudię.
— No, Klaudia nam wróciła, to teraz zabawimy się we trójkę — stwierdziłem i wróciłem do niego.
— Nie, nie — powtarzał jak mantrę, patrząc na mnie.
— Radek… — zaczęła — Co tu się dzieje? — zapytała po chwili, otwierając usta i patrząc na nasze igry.
— Nic. Figlujemy sobie troszeczkę. Twój kolega tak się podniecił i było mu tak dobrze, że z tego wszystkiego się posikał.
— Przykryj go, proszę, nie chcę na to patrzeć — poprosiła, przenosząc wzrok na bok.
— Widzisz Tadziu, nie podobasz się Klaudii, ale nie martw się. Poczułem do ciebie coś od pierwszego wejrzenia, mi pasujesz — pocieszyłem komandora i nakryłem jego ciało kołdrą.
Podeszła do mnie i delikatnie pociągnęła za rękę. Wstałem i zrobiliśmy parę kroków, mając jednak cały czas delikwenta na widoku.
— Co mu jest? Co ty mu zrobiłeś? — rzucała pytania, nieco przestraszona tym, co zauważyła.
Przebrała się i zmyła ten cholerny wyzywający makijaż. Ciemnozielone bojówki, niewysokie trekkingowe buty, podkoszulek w serek, a na niego narzucona cienka, rozpięta militarna bluza w czarnym kolorze. Obecna stylówka bardziej pasowała do niej, niż ta kusa tandetna sukienka.
— Podałem mu GHB, zaraz odleci, na razie jest tylko bezwolny, do rana dojdzie do siebie i wtedy…
— Proszę cię, błagam. Nie zabijaj go. Proszę — przerwała mi.
— Mam na niego inny plan. Spokojnie.
Odszedłem od niej i wróciłem do komandorka. Jeszcze kumał, co się z nim dzieje, a może tylko takie sprawiał wrażenie.
— Gdzie masz dokumenty i kluczyki samochodu i pieniądze? Powiedz, a dam ci już dziś spokój — zwróciłem się do Tadeusza.
Nie był w stanie nic odpowiedzieć, zdołał jednak dłonią wskazać mi na jedną z szafek.
— Nic mu nie będzie? Na pewno? — usłyszałem za plecami głos Klaudii.
Wyrzucałem rzeczy ze wskazanej szafki. Czego tam nie było! Dodatkowe, gazowe naboje do pistoletu, kajdanki z futerkiem, prezerwatywy, lubrykant. Najważniejsze, że znalazłem portfel kutasa i kluczyki do samochodu.
Miałem nocleg, transport na jutro i chwilowo bezpieczną melinę. To znacznie ułatwiało moje główne zadanie.
— Nie, nic mu nie będzie. Napoiłem go koniakiem, do rana będzie spał jak zabity. GHB jest nie do wykrycia po czterdziestu ośmiu godzinach — odpowiedziałem po chwili.
Schowałem kluczyki od Suzuki, do kieszeni i zacząłem przepatrywać dokumenty bubka. Z portfela zabrałem spora ilość gotówki i dowód rejestracyjny samochodu. Klaudia stała za mną i przypatrywała się.
— Padł, odpłynął chyba — stwierdziła, patrząc na komandora.
Godzinę później. Leśniczówka.
Siedzieliśmy naprzeciw siebie, trzymając się za dłonie. Patrzyłem na cudną twarz Klaudii. Jej oczy, śmiały się do mnie.
— Boże, ty wróciłeś, wróciłeś w takim momencie. Radek — szeptała, zbliżając swoją twarz do mojej.
Jeden pocałunek, długi, namiętny, potem drugi. Wyzwoliłem dłonie i objąłem jej głowę. Mierzwiłem delikatnie palcami włosy. Pragnąłem, by te subtelne pieszczoty trwały w nieskończoność.
Komandora przykuliśmy kajdankami z futerkiem do kaloryfera. W ramach promocji zwaliłem z łózka materac i na nim ułożyliśmy nieprzytomne ciało faceta. Profilaktycznie spętałem mu nogi przywiezionym przez Klaudię sznurem, a w gębę wsadziłem gałgan z pończoch i pasa do nich. Nie miałem pewności, kiedy odzyska świadomość, a jego potencjalne wrzaski mogły zaalarmować przypadkowych ludzi. Nie mogłem wykluczyć, że ktoś w sobotę nie wybierze się na spacer do lasu.
— Po co przyjechałeś? — zapytała szeptem.
Siedzieliśmy na niewielkim tapczanie w pokoju obok salonu. Nabrałem głęboki haust powietrza i zacząłem opowiadać o tym, co przydarzyło się Tamarze.
Nie przyszło mi to łatwo. Kilka razy, zatrzymałem opowiastkę, ledwo tłumiąc łzy. Klaudia słuchała mnie w skupieniu i palcami delikatnie gładziła moje dłonie.
— Boże, jak on mógł, jak mógł — przerwała mi w pewnej chwili, gdy wspomniałem o tym, że ten bydlak zmusił córkę, by tai dłońmi go masturbowała.
Gdy zakończyłem, objęła mnie ramionami i mocno wtuliła w siebie. Płakałem, płakałem jak mięczak. Znów wróciły obrazy jak Tami rzuca się na łóżku i krzyczy, bym jej pomógł. Ostatnimi czasy, ten obraz prześladował mnie we śnie.
— Wiesz Klaudia, co jest najgorsze? To, że sam przekonałem żonę, by ona tam pojechała, bo Katia była przeciwna.
Jeszcze mocniej mnie objęła, całując głowę i włosy.
— To nie jest twoja wina, to nie twoja wina, tak samo, jak to, że ją wtedy trafiłeś. Nie możesz się tak zadręczać Radku, nie możesz — wyszeptała, jakby mnie rozgrzeszając.
Ochłonąłem po kilku minutach. Nie mogłem cały czas tak się samobiczować. Przyjechałem tu z jasną misją. Swoją, nienarzuconą przez nikogo. Zdefiniowaną i niepodlegającą negocjacjom — ZABIĆ SKURWYSYNA.
Pozostawało tylko pytanie: jak? Szybko i bezboleśnie, czy może pastwić się nad nim i zadawać mu ból, podobny do tego, jaki on zadał mojej córce? Tego jeszcze nie określiłem, choć wewnętrzna bestia podpowiadała mi to drugie.
Wstała i skierowała się do salonu. Nie dopytywałem dlaczego. Może za potrzebą, a może tylko sprawdzić, czy ta kanalia śpi. Usłyszałem jedynie odgłos otwieranych drzwi wejściowych, a potem trzask samochodowych. Wróciła po chwili, dzierżąc w rękach album.
— Zabrałam go, zabrałam, żebyś mi uwierzył, że jesteś moim Radkiem, a nie żadnym Wiktorem — powiedziała, siadając obok mnie i otwierając go.
Przeglądałem fotografie. Najpierw te z jej dzieciństwa, a potem nasze wspólne. Jaka ona była wtedy cudowna, dziewczęca, śliczna. Nie to, że teraz stała się paskuda, broń Boże! Zdjęcia przy śmigłowcu, na plaży.
— A tu, chwilę wcześniej, kochaliśmy się jak szaleni na szczycie Mogielnicy. Zobacz, jakie jeszcze mam rozczochrane włosy po naszym dzikim seksie — wtrąciła, wskazując fotografie z górskiego szczytu.
Poznawałem siebie, nie, to nie mógł być fotomontaż. To były zdjęcia z mojego życia.
Sam nie wiedziałem, czy to kolejna próba, bym wrócił do niej i zostawił swoją rosyjską rodzinę. Bardziej brałem pod uwagę fakt, że chciała mi przywrócić pamięć sprzed wypadku.
— Pierwsze zdjęcia Radeczka, a tu ja, kilkanaście dni przed porodem u rodziców. Tata mi to zdjęcie zrobił, zobacz, jaka byłam gruba — znów opowiadała, tym razem o swoich epizodach, gdy mnie nie było.
Najchętniej bym się nawalił jak stodoła, a potem namiętnie kochał z Klaudią, jeżeli bym zdołał. Zrobić sobie reset, jak czyniłem to nieraz. Jednak, nie teraz, nie w tej sytuacji.
— Przepraszam, muszę wyjść, zapalić — rzuciłem.
— Musisz palić? — zapytała zdziwiona.
— Yhm — odparłem i wyszedłem przed leśniczówkę.
Dołączyła do mnie. Oparła głowę o moje plecy, a dłonie położyła mi na barkach.
— Co zrobisz z komandorem, bo, że klechę zabijesz to wiem, dojrzałam to w twoich oczach — zapytała szeptem.
— Na tę szuję mam plan, nikogo już nie będzie szantażował, nikomu krzywdy nie zrobi — odparłem dyplomatycznie. — A jak ty się czujesz, z dzieckiem wszystko w porządku? — zadałem pytanie, odwróciwszy się.
Oczy Klaudii lśniły w poświacie księżyca. Oparła głowę o moją klatkę piersiową.
— Tak, wszystko w porządku kochanie.
— Połóż się teraz, ja chuja przypilnuję, potem się zmienimy. Muszę odpocząć, bo jutro czeka mnie cholernie ciężki dzień.
— Chcesz?
— Nie, nie dzisiaj.
Ranek następnego dnia. Leśniczówka.
Szturchnięcie w ramię obudziło mnie. Otworzyłem oczy i dojrzałem twarz Klaudii. Uśmiechnęła się.
— Obudził się, dobrze, że mu zatkałeś gębę pończochami, bo jak mu je wyjęłam, to zaczął wrzeszczeć, no to mu z powrotem wsadziłam — poinformowała mnie.
Spojrzałem na zegarek, dochodziła siódma, spałem dobre pięć godzin.
Przetarłem oczy i przeciągnąłem się. Szybkie przemycie twarzy w łazience, łyk wody. Poprosiłem ukochaną, by odpoczęła. Nieco marudziła, ale przystała na moją propozycję. Widziałem, jaka była zmęczona.
— Witam cię, Tadziu, mamy piękny sobotni, słoneczny sierpniowy poranek. Widzę, że odpocząłeś i jesteś gotowy na kolejne igraszki. Napijesz się koniaczku, a może brandy? — powitałem go najlepiej, jak umiałem.
Gdy mnie dojrzał, znów w jego oczach dostrzegłem strach. Może mniejszy niż wczoraj, ale…
— O, głupie pytanie. Pewnie, że się napijesz. Nic nie mówisz, to ja wybiorę. Brandy może być? O, nie odpowiesz, bo ty mały fetyszysta jesteś. Wiem, wiem, ja też uwielbiam zapach stóp Klaudii, jest boski, dlatego postanowiłem nie być samolubem i podzielić się z tobą. Chyba jesteś zadowolony? — Moja gra z komandorem zaczynała się na dobre.
Nalałem do szklaneczki sporą dawkę alkoholu. Zbliżyłem się do niego.
— Nie będziesz chyba krzyczał, bo mi się Klaudia na ciebie poskarżyła. Jak wrzaśniesz, to widzisz, co tam leży? Oj, pupa znów zaboli, bardzo zaboli — to mówiąc, skierowałem wzrok na leżący wibrator.
Nerwowe ruchy głową dały mi do zrozumienia, że nie ma zamiaru krzyczeć. Szybkim ruchem dłoni wyrwałem mu gałgan z ust i jednocześnie przystawiłem szklankę z alkoholem. Przechyliłem. Nic nie zdołał powiedzieć, dawka alkoholu wylądowała w jego gębie. Trochę się rozlało.
— No to na drugą nóżkę…
— Wypuść mnie, zapłacę, nikomu nie powiem, a Klaudii dam spokój — przerwał mi, wyrzucając z siebie te zdania z prędkością karabinu maszynowego.
— Tadek, ty kurwa niekonsekwentny jesteś. Zapraszasz pannę na igraszki, obiecujesz gorący weekend, a jak przychodzi co do czego, to pękasz. Mamy dopiero sobotę…
— Pomocy!!! — wrzasnął na całe gardło.
Mocny cios w przeponę uciął to, co jeszcze miał zamiar z siebie wyartykułować. Chwyciłem wolną rękę szubrawca, którą się zamierzał bronić, i ciałem natarłem na niego. Zatrzymałem twarz kilka centymetrów przed jego ryjem, czułem oddech tego knura na policzkach.
— Jeszcze jeden taki numer, a nie wibrator wyląduje w twojej dupie, tylko szczotka od kibla, i uwierz mi, wepchnę ją do końca — wycedziłem cicho przez zęby. — Poniał? — dodałem.
Nerwowo skinął głową i ponownie łzy połynęły mu po twarzy. Nie ufając kanalii do końca, wepchnąłem mu gałgan w usta.
Klaudia musiał spać mocno, bo na szczęście krzyk Tadzika jej nie obudził. Zamierzałem się z komandorzyną jeszcze dzisiaj dobrze zabawić. Zagrać z nim na moich zasadach, w swoją grę. Miałem czas, z klechą planowałem spotkanie dzisiejszego wieczora.
Zostawiłem śmiecia samego i udałem się do kuchni. Będąc tam wcześniej, w którejś z szuflad znalazłem kombinerki. Teraz zamierzałem zrobić z nich użytek.
Wyciągnąłem rewolwerowy nabój. Cążkami uchwyciłem pocisk i operując narzędziem, oddzieliłem łuskę od niego. Do zlewu wsypałem ładunek miotający i ponownie połączyłem obie części, tworząc w ten sposób „ślepaka”. Pozostało jeszcze zbić spłonkę, co uczyniłem po chwili, wsadzając nabój do bębna i naciskając spust.
Poczułem głód i otworzyłem lodówkę. Była, jak u każdego faceta, wypełniona browarami, wódeczka i napojami. znalazłem konserwę, chyba tyrolską. Posiliłem się.
Nie ściągałem rękawiczek, nie chciałem zostawić odcisków palców. Zdejmowałem je tylko, gdy musiałem się umyć, zwracając uwagę, by niczego nie dotykać. No, i gdy w nocy rozmawiałem z Klaudią.
Wyciągnąłem wszystkie patrony z rewolweru i schowałem do lewej kieszeni, do prawej wsunąłem „ślepaka”. Zaparzyłem sobie kawę i wróciłem do salonu. Komandor omiótł mnie wzrokiem. Usiadłem na podłodze obok niego.
— Sorki, zapomniałem o brandy — zreflektowałem się.
Powstałem i wróciłem do kuchni. Ze stołu zabrałem butelkę i szklanicę. Stojąc nad nim, wypełniłem ją po brzegi.
— Na drugą nóżkę. Twoje zdrowie — powiedziałem, wyciągając mu z ust pończochy i pas, od razu przekładając szkło do ust.
Bez problemów przyjął kolejną dawkę alkoholu, krzywiąc ryj niemiłosiernie.
— Błagam, błagam, proszę — wyrzucił z siebie.
— Na trzecią, tę twoją króciutką, co to nie chce stanąć, coby mocy dostała — nie zważałem na jego prośby i błagania.
Wlałem mu trunek na siłę. Zwrócił, zarzygał się.
— Kurwa, Tadek, co ty odpierdalasz? Gardzisz markową brandy? Pojebało cię?
Dojrzałem jego mętny wzrok. Pomieszany wyraz przerażenia i upojenia, swoisty miks, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Nie zatkałem mu teraz ust gałganem. Byłem pewien, że skapitulował i nie miał zamiaru wzywać pomocy.
— Pobawimy się po męsku, jestem ruski, to i w ruską grę zagramy. Słuchaj, Klaudia śpi, ja cię teraz wyswobodzę. Uda ci się?, jesteś wolny, nie, spotkasz się z Bogiem. Prawdopodobieństwo, jedna siódma. Wchodzisz?
Miał wzrok, jak zwierzę, które psy myśliwskie dopadają na polowaniu. Siedział spokojnie i nie miał zamiaru się ruszyć, gdy odpiąłem go od kaloryfera. Pomiędzy nami leżał rewolwer i jeden nabój. Bez słowa, wsadziłem go do bębna i przekręciłem nim.
— Czekaj, jak to jest w meczach? Komu pierwszemu hymn grają na spotkaniach międzynarodowych? — zadałem pytanie. — A, wiem, gościom, więc pozwolisz, że to ja zacznę tę rosyjską ruletkę — dodałem, przykładając sobie lufę do skroni.
— Nie, nie — wydobył z siebie, widząc, jak naciskam spust.
Głuche uderzenie, trzask i nic.
— Miałem szczęście, twoja kolej — wypaliłem bezpośrednio i przyłożyłem lufę rewolweru do jego skroni.
— Nie, nie, nie chcę!!! — wył, starając się na siłę odsunąć głowę od zimnej stali.
— Przestań, nie maż się, GRAMY — mówiąc ten ostatni wyraz, nacisnąłem spust.
Iglica uderzyła, nie padł strzał, ale poczułem smród gówna.
— Tadek, zesrałeś się? — zadałem retoryczne pytanie.
Materac, na którym siedział, stał się w wiadomym miejscu brązowy, zapaskudzony rzadkim stolcem.
— Ty pojebany jesteś, pojebany jesteś — szeptał, jakby oszalał.
— Masz, pierdolnij sobie, boś się jakiś blady zrobił — to mówiąc, podałem mu butelkę.
Pochłaniał łapczywie zawartość. Nie przestawał, dopóki jej nie opróżnił.
— Dawaj do łazienki. No już idziemy! — rozkazałem.
— Nie, nie — zaprotestował.
— Mam ci tym gównem gębę nasmarować?
— Nie, nie — gadał w kółko.
Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać. Przewijałem obie córki i widok gówna nie był dla mnie niczym obcym. Bez żadnego zażenowania wysmarowałem jego pysk ekskrementami.
— Teraz pójdziesz? — padło krótkie pytanie z mojej strony.
Przytaknął, ale nie był stanie się podnieść. Kopnąłem go w bok i naprowadzając w ten sposób, dotarliśmy do łazienki. Pomogłem mu wejść się do wanny. Zimną wodą spłukiwałem jego ciało. Widziałem, jak drży, w perfidny sposób mocny strumień kierowałem na penisa i jądra ofiary.
Nie mógł wygramolić się z wanny. Alkohol wypity na pusty żołądek zrobił swoje. Przypiąłem kutasa kajdankami do baterii wannowej i zatkałem ryja gałganem. Zasrany materac wyniosłem na piętro, do minimalistycznej sypialni, zabierając z tamtego łózka czysty. Miałem chuja z głowy na kilka godzin. Z samochodowej apteczki wyciągnąłem parę jednorazowych rękawiczek, poprzednie nie nadawały się już do niczego.
Zajrzałem do Klaudii, Spała sobie smacznie. Najdelikatniej, jak mogłem, pocałowałem ją w czoło. Przerzuciła się na drugi bok.
Kilka godzin później. Leśniczówka.
— Jezu, co tu tak śmierdzi — usłyszałem Klaudię i dostrzegłem ją w drzwiach do salonu.
— Pograłem z Tadeuszkiem w jedną z moich ulubionych gier, no i się zesrał — odpowiedziałem rozbawionym głosem. Czerpałem przyjemność, gdy widziałem, jak się panicznie boi, jak ma w oczach przerażenie, jak się trzęsie ze strachu.
Wiedziałem, co zrobił Klaudii, ile razy zachował się jak cham i prostak, a ten ostatni szantaż był szczytem skurwysyństwa. Miał odpokutować z nawiązką, tak, aby już nigdy nikomu nic podobnego nie uczynił.
— Radek, nie zabijesz go? Prawda?
— Nie, chyba że będę musiał.
— Powiesz mi, co chcesz z nim zrobić?
— Ukarać, pozbawić władzy, przywilejów, godności i zapewnić spokój tobie i innym podobnym do ciebie — odpowiedziałem dość enigmatycznie.
Zdała sobie chyba sprawę, że nic ze mnie więcej nie wyciągnie. Otworzyła okna na oścież, chcąc wywietrzyć mieszkanie.
— Słuchaj, mnie Klaudia, posłuchaj uważnie — zacząłem. Odwróciła się i usiadła za stołem. — Za godzinę wyjeżdżam, wiesz, po co, więc nie próbuj mnie zatrzymać. Wrócę nad ranem — kontynuowałem, a twarz Klaudii stawała się coraz bardziej smutna. — Gdyby mi się coś jednak stało…
— Nie, nie jedź tam, odpuść — szepnęła, przerywając mi.
Omiotłem ją zimnym przenikliwym spojrzeniem, z pewnością miałem znów w oczach bestię.
— Czy ty byś odpuściła, gdyby coś takiego przydarzyło się naszemu synowi — brutalne pytanie, podobne jak te, które zadałem Katii.
— Nie — szepnęła, roniąc łzę.
— Gdyby mi się coś przytrafiło i nie wrócę do dwunastej w południe, wlej w niego alkohol, wytrzep mu kutasa i zbierz nasienie, potem je rozsmaruj po ubraniu dłoniach, gdzie ci przyjdzie do głowy. Porozrywaj częściowo ciuchy i biegnij do wsi, najlepiej, gdybyś była w samej bieliźnie. Niech ktoś zawiadomi policję. Zniszcz swój telefon, bo tam masz te zdjęcia dokumentacji, tak aby nic nie można było z niego odczytać. Zgłosisz próbę gwałtu, nie wywinie się. Gdyby pytali, szantażował cię, przyjechałaś, by się dogadać.
— A jego samochód? — zapytała.
Rzeczywiście, nie brałem pod uwagę pojazdu. Tak to jest, gdy wszystko planuje się na ostatnią chwilę.
— Z tego wynika, że muszę wrócić i musi mi się udać. W ostateczności powiedz, że jak przyjechałaś, auta nie było. Żywcem się wziąć nie dam, pozostanę drobnym białoruskim martwym agentem. Moich odcisków palców tu nie ma. — Musiałem jakoś improwizować.
— Nie mów tak, nie mów — szlochając, objęła moją twarz dłońmi.
— Wrócę, przysięgam — rzuciłem krótko, odsuwając dłonie Klaudii. — Posłuchaj mnie jeszcze. Ten skurwysyn będzie cię błagał, prosił, płakał i chuj wie jeszcze, co robił. Starał się będzie wzbudzić w tobie litość, obiecywał, że nikomu nic nie powie, że zapłaci. Nie możesz go wypuścić, nie możesz, bo się zemści ze zdwojoną siłą. To mięczak, ale mściwy i pamiętliwy, nie odpuści ci. Musisz przysiąc, że tego nie zrobisz! Jak będzie skamlał, wlej mu wódę w ryj, najebie się, przestanie gadać.
— Przysięgam Radku — wyszeptała.
Wstałem od stołu i wsunąłem za pasek spodni rewolwer. Klaudia nadal siedziała i patrzyła na mnie smutnym wzrokiem. Ruszyłem do drzwi.
„Broń, GHB, wino, legitymacja księdza, paszport, torba, pieniądze i dokumenty wozu, telefon” — wymieniałem, upewniając się, że wszystko zabrałem.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, dogoniła mnie i objęła ramionami, wbijając swe usta w moje.
— Uważaj na siebie — usłyszałem, gdy zakończyła pocałunek. — I powodzenia. — To ostatnie z pewnością przeszło jej trudno przez gardło.
— W domu nic nie ma do jedzenia, jakieś konserwy, chleba nie znalazłem. Nie wychodź nigdzie, nic nie kupuj, posil się tym, co jest, on musi wytrzymać bez żarcia, nawet lepiej, bo go wóda szybciej powali. Zrobię zakupy po drodze — dodałem w ostatniej chwili, nim wsiadłem do Vitary. — I pamiętaj o tym, co mówiłem — dodałem, trzaskając drzwiami.
Odpaliłem silnik i rzuciłem wzrokiem na tablicę rozdzielczą. Na szczęście komandorek zatankował prawie do pełna więc odpadała kwestia uzupełnienia paliwa. Na przednim siedzeniu leżała moja torba. Rzuciłem okiem na stojąca w drzwiach Klaudie i ruszyłem. Czekało mnie blisko sto czterdzieści kilometrów drogi.
Rewal, późne godziny popołudniowe tego samego dnia.
Moje ręce były zmęczone tym, że cały czas byłem w tych lateksowych rękawiczkach. Musiałem jednak zachować najwyższe standardy bezpieczeństwa i nie zostawiać paluchów w jego samochodzie. Rozważałem, czy nie jechać polonezem Klaudii, lecz ten grat mógł odmówić posłuszeństwa w każdej chwili.
Zaplanowałem sobie spory bufor czasu, tak, by móc objechać tę niewielką nadmorską miejscowość i wybrać odpowiednie miejsce, do którego mógłbym ściągnąć klechę. Dość długo krążyłem po mieścinie, analizując wszystkie za i przeciw wybranych lokalizacji. W końcu znalazłem odpowiednie miejsce. Nie znajdowało się daleko od domu sióstr zakonnych, w którym przebywał cel.
Nie chciałem, by na spotkanie przyjechał samochodem, mógł, go ktoś przywieź, a to generowało świadka. Po kolejnym kółeczku, gdy już nieco pociemniało, zatrzymałem się w ustronnym miejscu.
Wyszedłem z pojazdu na zewnątrz i wyciągnąłem paczkę papierosów. Odpaliłem i zaciągnąłem się, wypuszczając dym ustami.
„I on tatulku mi wtedy kazał… „— przypomniałem sobie, to co Tami opowiadała mi o tym szubrawcu.
Szubrawcu? To był pedofil, kurewski podły skurwysyn. Nerwowo zaciągałem się szlugiem. W końcu go zgasiłem i wsiadłem do samochodu. Spojrzałem na zegarek. To była odpowiednia pora, by wykonać telefon, do księdza Romana B.
Nabrałem powietrza w płuca i po kilku wdechach i wydechach, gdy nieco uspokoiłem się wewnętrznie, wybrałem numer.
„Odbierz chuju, odbierz” — tłukło się w myślach, gdy słyszałem te piip-piip.
Jest! Usłyszałem męski głos. Przedstawiłem się jako przedstawiciel watykański z kongregacji nauki wiary. Wyczułem pewne zdziwienie w jego głosie. Jak na razie szło mi dobrze.
— Sprawa jest delikatna księże Romanie, powiedziałbym nawet bardzo delikatna… — Jakże mi z trudem przychodziło powstrzymać emocje!
Zamilkł na chwilę, nawet się obawiałem, że zerwało połączenie. Nie, na szczęście nie.
— Ale o co chodzi? Odpoczywam tutaj po turnusie dziecięcym. Nie bardzo rozumiem…
— Właśnie o ostatni turnus, ten międzynarodowy. Sprawa jest delikatna i drażliwa.
— Nie bardzo rozumiem…
— Na tyle poważna, że spłynęło do nas oficjalne pismo z Federacji Rosyjskiej. Konkretne zarzuty oczerniające księdza, bardzo poważne.
— To potwarz, atak na mnie, kolejny… — w głosie klechy wyczuwalna była nuta zdenerwowania.
— Dlatego tu jestem. Otrzymał ksiądz informację o moim przybyciu. Sprawa jest poufna, dlatego jestem incognito. Mam wyjaśnić tę sprawę, bo te poprzednie nie stawiają ojca w dobrym świetle. — Sam nie wiedziałem, że mogę z siebie wykrzesać tyle spokoju.
Bałem się, że wtrącę jakąś głupotę, że on jakimś stwierdzeniem wyprowadzi mnie z równowagi. Tak, miałem drugi plan, cholernie ryzykowny i niebezpieczny, prawie ocierający się o misję samobójczą. Był on jednak ostatecznością.
— Rozumiem gniew, proszę jednak i mnie zrozumieć. Przyjechałem tu, aby wyjaśnić wszelkie wątpliwości i…
— Tu nie ma co do wyjaśniania, nic nie zrobiłem — przerwał mi.
Zdałem sobie sprawę, że należy zmienić taktykę. Należało wytoczyć cięższe działa i pokazać mu, kim jest.
— Nie rozmawia ksiądz z wikarym z podrzędnej parafii, tylko z przedstawicielem watykańskiej władzy i przypominam, z jakiej komórki, jeżeli ojciec nie dosłyszał. Kongregacji Nauki Wiary, tak, tej, która zajmuje się wykorzystywaniem małoletnich, a takie księdzu zarzuty, podparte przesłuchaniem małoletniej Tamary, tak tej bez prawej ręki, wytoczyła rosyjska prokuratura i na dodatek pismo od Patriarchy Moskwy i całej Rusi, bo ta dziewczynka jest prawosławna. Więc więcej pokory i mniej buty! — wypaliłem ostro, ale tak musiałem. — Nie chcemy zatargu z Autokefalicznym Kościołem Prawosławnym, z patriarchą Aleksym II, a tym bardziej z Putinem. Ojciec tej dziewczynki to wysoki dygnitarz państwowy. Zrozumiałeś, o czym ja mówię! Czy nadal będziesz mówił mi tu o swojej niewinności? Na odzieży tej dziewczynki rosyjska prokuratura zabezpieczyła ślady nasienia. Rozumiesz! — dodałem, stanowczym tonem.
Nastała cisza w słuchawce.
„Spierdoliłem, za ostro uderzyłem do kurwy nędzy, zjebałem sprawę”. — Byłem na siebie cholernie wściekły.
— Jest tam ksiądz? — rzuciłem w słuchawkę, nie mogąc znieść milczenia.
Cholerny zastój. Spojrzałem na telefon — nie rozłączył się. Była nadzieja.
— Co mam zrobić? — usłyszałem wreszcie.
— Spotkamy się dzisiaj, sami, na osobności, za godzinę. Już prawie dojeżdżam, tylko zatrzymałem się na parkingu. Jeżeli to prawda, zabierz ze sobą wszystkie dowody tego ohydnego postępku. Nagrywałeś ją, a może było tych dziewczynek więcej? — ciągnąłem dalej rozmowę.
— Tak, jeszcze jedna, ale miała piętnaście lat i sama chciała… no Wiera, przysięgam…
— Dobrze, porozmawiamy o tym na miejscu. Potępiam cię, ale musimy działać dla dobra kościoła. Po to tu jestem, a tylko od ciebie zależy, czy staniesz przed sądem i pożegnasz się ze stanem kapłańskim, czy też… — tu zawiesiłem głos.
Nie poznawałem siebie. Nieraz, przesłuchując terrorystów i Rosjan, którzy przeszli na zła stronę, blefowałem, grałem różne role, ale teraz osiągnąłem szczyt. Już wiedziałem, że mam chuja w garści.
— Uwierz mi, może nie będzie potrzeby, by udać się do archidiecezji, mogę dużo, niejednemu pomogłem. Pamiętasz sprawę… — Godziny spędzone na analizie polskich księży pedofilów i w jaki sposób ich chroniono i przenoszono, teraz procentowały.
— Naprawdę… — przerwał po raz kolejny.
— Nie przerywaj, słuchaj! — skarciłem rozmówcę — To nie rozmowa na telefon. Siostrom zakonnym powiedz, że masz pilny wyjazd do archidiecezji, możesz wrócić za dwa, trzy dni. Dużo mogę…
— Proszę, pomóż mi, ja nie chciałem… — skamlał w aparat.
— Za godzinę, wyjście numer dwadzieścia sześć. Tam będzie najlepiej, wiesz, gdzie to jest? — podałem lokalizację, którą wcześniej rozpoznałem i która dawała mi poczucie bezpieczeństwa.
— W Rewalu?
— Tak.
— Będę.
— Oczekuję cię na plaży, a jeżeli się nie pojawisz… — postraszyłem, choć byłem pewien, że przyjdzie.
— Jak rozpoznam waszą…
— Ja cię rozpoznam, mam twoje zdjęcie — przerwałem mu i rozłączyłem się.
Czułem się cholernie sponiewierany psychicznie. Chyba dalej nie potrafiłbym prowadzić rozmowy z tym skurwysynem. Miałem godzinę, nawet mniej, bo musiałem być wcześniej, przed nim. Mógł kutas wyjść za pięć minut, za kwadrans, a do owego wejścia na plażę nie dzielił go długi dystans. Specjalnie wybrałem to miejsce, niezbyt odległe od domu sióstr.
Kolejny papieros, potem drugi. Sięgnąłem do torby i wyciągnąłem butelkę włoskiego wina, zabranego z domu „sztabowego kutasa”. Odnalazłem korkociąg i otworzyłem ją. Doprawiłem alkohol GHB i zatkałem korkiem szyjkę butelki, wstrząsając nią wcześniej.
„Tyle ci wystarczy, kutasie, żebyś wiedział, a nie mógł nic zrobić. Zdechniesz w świadomości” — Bestia pokazała swoje kolejne oblicze. Stężenie było słabsze, ale według opracowań miało pozbawić go siły.
Wszystko miałem zaplanowane, w przeciwieństwie do akcji z komandorkiem, nawet najdrobniejsze szczegóły. Godziny spędzone nad Google Maps, wyliczenia, miejsca. Nawet w snach analizowałem to wszystko — słowem obsesja.
„Ja naprawdę nie chciałam, naprawdę nie chciałam” — znów słowa Tamary mnie przeszyły, i to cholernie ostro.
I jeszcze ta druga dziewczynka — nie chciałem wiedzieć, co tamtej istotce zrobił.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik zagadał. Ruszyłem na miejsce spotkania.
Plaża w Rewalu, niedaleko wyjścia numer 26.
Siedziałem w kucki na piachu i spoglądałem na spokojne morze. Szum fal uspokajał, działał kojąco. Obok leżała butelka wina i plastikowy kubek.
„Mój żywioł, moja robota” — przypomniałem sobie wszystkie szkolenia w Rosji i te, o których powiedziała mi Klaudia.
Wracały do mnie wspomnienia. Nic nie jest w stanie wymazać z pamięci przeszłości, jeżeli masz obrazy sprzed lat przed sobą. Zamknąłem oczy.
Najpierw przeleciały kadry z Rosji. Szkoleniowe opuszczanie okrętu podwodnego przez właz ewakuacyjny, potem wspólny urlop z Nadią i Tamarą. Ta mniejsza pluskająca się w wodzie i starsza w dwuczęściowym kostiumie kąpielowym opiekująca się siostrą, stojąca nad brzegiem. Obie śliczne, najpiękniejsze, szczęśliwe, śmiejące się.
Zagłębiłem się mocniej, pragnąc sięgnąć do początku. Zadziałało. Klaudia ochlapująca mnie, a ja łapiący ją, a potem my razem w wodzie. Całusy, uściski. Piękny zielony jednoczęściowy kostium kąpielowy…
Otworzyłem oczy i dostrzegłem mężczyznę wchodzącego na plażę. Sylwetka pasowała do zdjęcia klechy. Stąpał jakoś ciężko i rozglądał się na wszystkie strony.
Fotkę skurwysyna miałem w kieszeni, nie musiałem jej wyciągać. Bardzo dobrze zapamiętałem, jak wygląda, ale z tej odległości nie mogłem go dokładnie rozpoznać. Nie pozostawało nic innego jak ruszyć dupę w jego kierunku. Powoli powstałem i skierowałem swe kroki ku niemu.
„Spokój, kurwa, spokój” — powtarzałem sobie w myślach.
Dostrzegł mnie i skręcił w moją stronę. Podniosłem powoli prawą dłoń, a wzrokiem zlustrowałem teren. Poza nami nie było w odległości kilometra żywej duszy. Wysoki sezon już się kończył, była końcówka sierpnia i za chwilę dzieciaki szły do szkoły.
— Szczęść Boże — rzucił pierwszy, będąc chyba pewien, że jestem właściwą osobą.
— Szczęść Boże księże Romanie, i pochwalony Jezus Chrystus — No, przechodziłem samego siebie.
— Przepraszam, nie powinien… — zaczął.
— Już dobrze — odparłem dobrodusznie. — Ma ksiądz to, o czym mówiłem? — dodałem, z trudem tłumiąc emocje. — Tu jest moja legitymacja duchownego, a w torbie mam swoje upoważnienia i ksero pisma wysłanego do archidiecezji i do was — machnąłem mu dokumentem przed oczami. Po części blefowałem.
— Nie, nie trzeba wasza…
— Nie jestem biskupem, niegodnie mnie tak nazywać — obruszyłem się. — Taki sam sługa Boży, jak i ty — dodałem, bacznie mu się przyglądając.
— Naprawdę, tam wtedy na balkonie, to ja wyszedłem po kąpieli, ale nie miałem zamiaru… — Już ta kurwa zaczęła się tłumaczyć, zgrywając niewiniątko.
— Usiądźmy tu na piasku, jak kiedyś nasz Pan, i porozmawiajmy. Tylko szczerze, jak na spowiedzi — To, że nadal potrafiłem trzymać emocje na wodzy, było czymś dla mnie niezrozumiałym.
Pragnąłem to ścierwo dostać w swoje łapska, poddać torturom, a na koniec zlikwidować. Teraz wymienialiśmy uprzejmości. Na spokojnie, bez nerwów.
Lata doświadczenia, a może nie? Kurewska wola zemsty, nie do opisania. Chyba mix jednego z drugim, z przewagą tego pierwszego. W mojej robocie nie było miękkiej gry. Przegrasz, polegniesz ty, albo twoi ludzie. Jak potem spojrzysz ich rodzinom w twarz? Już to przeszedłem, już musiałem się spotkać ze wzrokiem żony „Akuły”, nie mówiąc owej, kto przyczynił się do śmierci jej męża.
Przysiadł kutas, przyklapnąłem przy nim.
— No to jak to było, bracie Romanie, tylko tak, jak na spowiedzi. Bo naprawdę myślę, że misja duszpasterska w Mali albo Zimbabwe rozwiąże ten problem. No, ja też święty nie jestem, wiadomo, jak to w seminarium bywało — to mówiąc, pogłaskałem go po twarzy, z obrzydzeniem, ale musiałem, by być wiarygodnym.
— Wyznam wszystko, bo i mnie to przerasta. Ja nie wiem dlaczego… — zaczął, pozwoliłem mu mówić.
Wysłuchałem jego zeznań. To nie było ani miłe, ani przyjemne. Co gorsza, relacjonował to tak naturalnie i bez zająknięcia, jakby opowiadał o normalnych przeżyciach, a nie o okrutnych rzeczach, jakie zrobił dzieciom.
Zbierałem dowody, przesłuchiwałem odbitych jeńców, ale z niczym takim się nie spotkałem.
Drapieżca, najpierw urabiający ofiary, a potem atakujący, a ta istotka mu ufa, wierzy. Tamara miała szczęście, duże szczęście, bo dostała okresu, a to tę szuję, jak to wyznał, „brzydziło”. Zgwałcił tamtą rosyjską dziewczynkę, pomimo tego, że płakała.
Jak mówił — diabeł w niego wstąpił, i to stwierdzenie na koniec — Miała tak krótką spódnicę, że sama prowokowała.
— O tamtej nie mówimy, co zrobiłeś tej z protezą — przerwałem mu swoistą spowiedź.
— Z tą pieprzoną kaleką… — jakże mnie te słowa ubodły, jak poczułem się źle. Jak ktoś mógł tak powiedzieć o mojej córce, o dziewczynce tak wcześniej pokrzywdzonej przez los?
Zacisnąłem zęby, gryząc wargi prawie do krwi. Już mnie traktował jak kolegę, co wyprowadzi go z gówna, w jakie się wpierdolił.
— Nie chciała, to wsadziłem jej tam między cycki, a miała na swój wiek duże. — O tym Tamara mi nie powiedziała. — Czy uda się załatwić to w Afryce, co ksiądz mówił? — zapytał błagalnym tonem.
— Myślę, że tak, wtul się we mnie bracie i żałuj za grzechy, mocno żałuj. — Z obrzydzeniem wziąłem go w ramiona i przytuliłem.
Powolnym ruchem cofnąłem prawą dłoń i sięgnąłem po butelkę wina i kubek.
— Może wina, bo ksiądz bardzo zdenerwowany. Bardzo dobre, włoskie — zaproponowałem.
— A jeżeli trzeba będzie jechać do…
Uśmiechnąłem się dobrodusznie i dotknąłem jego dłoni, a po chwili nakryłem ją drugą dłonią.
— Proszę tej sprawy nie widzieć w czarnych barwach. Jest poważna, ale nie beznadziejna — pocieszyłem, nalewając czerwony trunek do naczynia. — No, nalegam, poczujesz się Romanie lepiej — dodałem, podając mu napełnione plastikowe naczynie.
Wahał się przez chwilę, ale w końcu się zdecydował.
Dopytywał się o misje, jakie są szanse, powoli sącząc wino. Moje nerwy były na granicy wytrzymałości. Starałem się odpowiadać składnie, ale cały czas bałem się, że polegnę na jakimś szczególe.
— Te dowody, gdzie ksiądz je ma, chciałbym je zobaczyć i co to jest? — musiałem mu przerwać.
— A tak. Są tutaj, wszystko w telefonie i pendrive. Te na komórce są z ostatniego turnusu — Wiedziałem, że kupiłem jego zaufanie.
— Mogę? — zapytałem skurwysyna, biorąc drżącą dłonią topowy model smartfona.
Był na tyle tępy, że przy mnie wbił te cztery magiczne cyfry, odblokowując urządzenie. Jeszcze go nie „brało”, głos i zachowanie klechy były naturalne.
„Kurwa, może za mało dałem?”
Same krótkie filmiki, jedne zrobione pod natryskami, z ukrycia, niezbyt wyraźne, potem ostrzejsze. Musiał kutas, ustawić telefon w ukryciu. Przeglądnąłem jeden, z tą Wierą, drobniutką piętnastolatką. Nie, nie miałem ochoty oglądać filmu z Tamarą. Wybuchłbym i z pewnością zabił tu i teraz kutasa, a nie taki miałem plan.
— Oj, niedobrze, niedobrze, niech ksiądz to trzyma, zniszczymy to później. Może jeszcze wina? — dochodziłem do granicy wytrzymałości psychicznej.
— A ty — walnął mi bezpośrednio, odbierając komórkę.
— Prowadzę, nie mogę. Dostałem samochód na polskich blachach, no i nie mam statusu dyplomaty — dalej grałem, lecz było mi coraz ciężej. — Może później — dałem szui nadzieję i nalałem kolejną porcję wina.
Z niecierpliwością czekałem na pierwsze objawy działania środka. Fakt, kutas miał swoją tusze, gdzieś ze sto kilo, ale wygląd i ruchy ciapciaka. Dwa, trzy ciosy i leżałby spacyfikowany.
Drugą dawkę alkoholu pochłonął łapczywie.
— Myślisz, że da radę. Odwdzięczę się, mam namiar na taką czternastolatkę u siebie i ona to lubi, a jak to robi… — Kwas g-hydroksymasłowy zaczynał działać. Klecha stawał się coraz bardziej bezpośredni i skłonny do zwierzeń. Musiałem go tylko odpowiednio prowadzić.
— Tu mam coś, co Robercie musisz mi podpisać. Bez tego nie ruszę opcji, by cię wyciągnąć z tej sytuacji — mówiąc to, wyciągnąłem z kieszeni spodni, złożoną na czworo zadrukowaną tekstem kartkę.
— A co to? — głos księdza miał już specyficzną barwę, sugerującą lekkie upojenie. — Mocne to wino cholera, we łbie mi się kręci.
— Klauzula poufności, zobowiązuje mnie i ciebie do tego, by nikomu bez zgody kongregacji o tym nie mówić.
— Ale nie widzę tu godła watykańskiego, to zwykła kartka — No, chuj jeszcze coś tam jarzył.
— Romanie! — podniosłem delikatnie głos. — To ja co ciebie jak brat, a ty…
— Dobra, dawaj, gdzie podpisać? — przystał, wskazałem mu miejsce, gdzie złożyć parafę.
Brało go, to było widać. Nim podpisał walnął jeszcze pół kubka wina.
Podniosłem się i cisnąłem butelkę z resztkami alkoholu w morze.
— Po co? Gdzie ty… jesteś? Ale mnie kurwa… jebnęło — bełkotał, rzucając pojedyncze zdania z trudnością.
— Chodź bracie, jedziemy — rzuciłem i podniosłem klechę z piachu.
Nałożyłem na głowę czapkę z daszkiem i uchwyciwszy księdza prowadziłem w kierunku samochodu. Z każdym krokiem, stawał się coraz bardziej mniej stabilny. Musiałem go naprawdę mocno uchwycić, byśmy obaj nie wyrżnęli o kostkę brukową.
— Kurwa, ale się tym winem… najebałem, jak mi się we łbie… pierdoli — mówił z trudem, gdy wsadzałem go do Suzuki.
Zapiąłem chuja w pasy, zakręcając je, tak na wszelki wypadek na jego złączonych dłoniach. Mógł mieć różne odpały po GHB, a nie chciałem generować kłopotów.
Był mój, do końca swojego żywota tylko i wyłącznie do mojej dyspozycji.
Linia kolejowa, dziewiętnaście kilometrów od Rewala.
Siedziałem w samochodzie i patrzyłem na to ludzkie ścierwo. Wydobyłem jego telefon i wbijając zapamiętaną kombinację cyfr odpaliłem go.
Korciło mnie, by obejrzeć film z Tamarą. Bardzo. Chciałem wiedzieć co uczynił temu dziecku, a o czym moja córka mi nie powiedziała.
„Po co? Po co kurwa ci to potrzebne? Żebyś wiedział? Patrzył na to i miał pretensję, że ci nie powiedziała? Mało kurwa przeżyła? MAŁO!?”.
Kolejne „Delete”, kasowałem każdy filmik, a płytę złamałem na pół i wrzuciłem do torby.
Wtedy po raz pierwszy, z pięści przyjebałem mu w samochodzie, w twarz. W jednorazowych rękawiczkach, bo przed wsadzeniem kościelnego ścierwa założyłem je. Nawet nie zareagował, był otumaniony.
Długo wybierałem miejsce, gdzie ta ludzka kurwa miała dokończyć swojego żywota.
„Utopić, dać śmiertelną dawkę narkotyku, powiesić, pierdolnąć dawkę pavulonu, by świadomie dusił się, będąc przytomny, a może chujowi podciąć żyły?” — przerobiłem chyba wszystkie możliwe scenariusze jak ukatrupić gada.
I żaden nie dawał mi satysfakcji. Miałem, owszem te skrajnie wyszukane, typu: obciąć penisa i patrzyć jak się wykrwawi, tudzież, po kolei strzelać mu w kolana lub zakopać żywcem, ale… Wszystkie nie pasowały do samobójstwa, a owe chciałem upozorować. Glejt, który podpisał na wpół świadomy był „listem samobójcy”, w którym przyznawał się do popełnionych zbrodni.
Fakt, nie do wszystkich, bo ów stworzyłem jeszcze w Rosji i bazowałem na tym, co na tamten czas wiedziałem. Jednak to wystarczyło.
Czekałem do świtu, gdy pierwszy osobowy lub pospieszny pociąg miał przemierzać ten komunikacyjny szlak. Miejsce na uboczu, totalnym zadupiu. Samochód zaparkowałem w pobliskiej przesiece leśnej, Stamtąd do miejsca, gdzie klecha miał zakończyć żywot, nie było daleko – ze sto metrów. Linia kolejowa zakręcała dość ostro i było pewne, że maszynista nie zdoła wyhamować składu, widząc samobójcę na torach.
Dwa tory, i tu problem. Którym będzie jechał pociąg? Tego nie wiedziałem. O ile rozkład jazdy był dostępny, to pozostałe dane, były zagadką.
Miałem cholernie dużo czasu na przemyślenia, i to nie na te jak załatwić komandora, bo na tego chuja miałem plan.
Klaudia i dziecko, Katia i jak ją udobruchać? Tamara — jak zniesie to, co przeżyła i czy wróci do pełni sił?
„I kogo ja tak naprawdę kocham?” — jebane pytanie, bez odpowiedzi.
Może wielożeńcy tak mają, że potrafią kochać wszystkie żony w haremie, ale i oni do jasnej Anielki, mają faworytę. Ta ładniejsza, owa lepsza w figlach łóżkowych, inna mądra, kolejna ma inną zaletę. W głowie miałem mętlik.
Wypaliłem kolejnego papierosa, nie liczyłem już którego. Bydlę na siedzeniu obok, poruszyło się. Odpiąłem go z pasów i wywaliłem z auta na glebę.
— Co jest? — bełkotał, lecz silny cios pięścią w twarz ukrócił dalsze słowa.
Ściągnąłem rękawiczki i wsunąłem je do kieszeni. Nim zdołał coś powiedzieć dostał kolejny cios, tym razem w przeponę. Jęknął.
— Mamy sobie do porozmawiania Romanku, a może gwałcicielu dzieci?
— Kim ty kurwa…
Kolejny cios w twarz, mocny, wypracowany, rozjebałem mu łuk brwiowy.
— Archaniołem Gabrielem, tym od sprawiedliwości — usłyszał i chwyciłem chuja za włosy, odciągając od pojazdu. Kop w bok, potężny, mierzony. — Boli kurwa? — zapytałem, stojąc obok niego.
Świtało. Dostrzegłem, że krew zalewa mu jedno oko. Pochyliłem się i uchwyciwszy go za łeb przybliżyłem ją do swojej twarzy.
— Jestem ojcem tej pieprzonej kaleki, jak nazwałeś moją córkę — Cios był wybitnie silny i precyzyjny. Złamałem mu nos.
Wył z bólu, zawodził niemiłosiernie i płakał zarazem. Napawałem się tym widokiem jak jakaś bestia. Tak, byłem w tej chwili potworem.
Mocno chwyciłem złamany nochal i ścisnąłem go.
— Puuuuść!!!
— Jak Wiera mówiła nie, nie przestałeś, jak moja Tamara prosiła, też — czułem chrząstki pod palcami prawej dłoni, a lewą zatkałem mu ryj.
Puściłem w momencie, gdy zdałem sobie sprawę, że może zemdleć. Nie, to by było zbyt piękne i dobroduszne z mojej strony.
— Proszę, błagam — zaczął skomleć — Ja nie chciałem — dodał błagalnym głosem.
— Ja też nie chcę, ale muszę.
Zmasakrowałem mu twarz, może nie na miazgę, ale konkretnie. Zdawałam sobie sprawę, że uderzenie elektrowozu rozwali jego głowę w drobny mak.
Chyba był już na tyle świadomy, by wiedzieć co go czeka, a kiedy spojrzałem na zegarek zaczął zawodzić.
Gdy go podniosłem i ruszyliśmy w stronę torowiska zaczął się bronić. Zapierał się nogami, próbował mnie jedną ręka chwycić, wyrwać. Na darmo, był jeszcze za słaby, a i bez środka, gdyby dostał parę ciosów w odpowiednie miejsca musiałby spasować.
— Nieeee!!! — wył.
Nie mogłem go jebnąć w pysk, ale mogłem jedną z dłoni zacisnąć na jądrach klechy, co też uczyniłem.
— Aaaaa — wyrzucił z siebie cieniutkim głosem.
Gdy znaleźliśmy się na torowisku dostał w splot słoneczny i zwalił się na tłuczeń. Przyłożyłem ucho do szyny. Tak, to był ten szum — odgłos zbliżającego się składu.
— Jedzie pociąg z daleka, a piekiełko już czeka — Byłem podły, nucąc mu to teraz.
Miał na sobie półbuty z długimi sznurówkami. Musiałem mieć pewność, że nie spierdoli, przeplotłem więc obie pod szyną i zrobiłem węzeł nie do rozplątania.
Wył, skamlał, błagał o litość, zaklinał się na Boga, obiecywał cuda. Chyba się zesrał i zlał, ale mi było wszystko jedno.
— Tu masz swoją przepustkę do piekła i tam się jeszcze spotkamy — powiedziałem, wsadzając mu w tylną kieszeń spodni list samobójcy. — Nawet nie wiesz chuju co podpisałeś — dodałem, zmykając z torowiska.
— Nie!!! Nie!!! Nie!!! — wrzeszczał, starając się podnieść, ale był jeszcze tak otumaniony i słaby, że przychodziło mu to z trudnością.
Nie obawiałem się tego, że ktoś zacznie badać, dlaczego sznurówki puściły, bo przy takim uderzeniu musiały. List, jasno mówiący, dlaczego tak postąpił. Podobno, jak motocyklista pierdolnie na czołówkę, to wyskakuje z butów i wtedy według przesądów jest na sto procent martwy. U Romana, też tak mogło być.
Była niedziela, lekarze patolodzy pracują od poniedziałku, a i im z weekendu dostarczą nieco samobójców. GHB już z niego spierdalało, a ono ucieka szybko, we krwi jest maksymalnie osiem godzin, w moczu dwanaście. Znajdą alko we krwi, liścik. Samobójstwo jak nic, po chuja się grzebać w gównie.
Musiałem to zobaczyć, musiałem mieć pewność, że kanalia zakończy wreszcie życie.
Zająłem odpowiednie miejsce, ukryty w lesie.
Opóźniony pociąg pospieszny mijał się w tym miejscu z towarowym składem, jednak to ten pierwszy uderzył w człowieka znajdującego się na torach. Siła uderzenia była tak ogromna, że ciało nieszczęśnika zostało rzucone na jedną z cystern, a stamtąd, odbite, uderzyło w osobowy wagon i wpadło pod koła kolejnych. Już te pierwsze uderzenia zmasakrowały ciało, a kolejne jedynie przekształcały je w „ludzką mielonkę”.
Obaj maszyniści rozpoczęli awaryjne hamowanie, zatrzymując składy. Jednak zatrzymanie takiej masy nie jest łatwe, a droga hamowania to dziesiątki, jak nie setki metrów.
Zebrałem niedopałki wokół Vitary, założyłem rękawiczki i wsiadłem do samochodu. Chwilę tkwiłem w bezruchu, zastanawiając się, czy ten widok przyniósł mi ukojenie.
Przed oczami wyrósł mi obraz Tamary stojącej w Biesłanie, umorusanej, zapłakanej, wystraszonej i oczekującej pomocy.
„Już nikt, nigdy w życiu nie zazna od ciebie bólu” — wyjaśniłem sobie. „Skurwysynu” — dodałem po chwili, odpalając silnik pojazdu.
I to było najważniejsze.
Osiem lat wcześniej. Centralny Szpital Floty Północnej Federacji Rosyjskiej w Siewieromorsku. Meldunek do Zarządu GRU. Telefonogram o klauzuli „Tajne Specjalnego Przeznaczenia”.
Dostarczony pacjent w stanie ciężkim, był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej. Po wybudzeniu stwierdzono pełną amnezję, przy czym pacjent perfekcyjnie operował językiem polskim i w stopniu dobrym rosyjskim.
Przydatność do zadania Barma – dobra, z tendencją do bardzo dobrej. Konieczne oddziaływanie psychologiczne i psychiatryczne. Diagnoza chirurgiczna – stłuczenie kręgosłupa połączone z wstrząśnieniem rdzenia kręgowego. Ustępujące, rokujące powrót do pełnej sprawności w krótki okresie. Bez złamań, przemieszczeń, stałych urazów.
Zalecenia – dalsza hospitalizacja, zabiegi rehabilitacyjne. Należy potwierdzić amnezję w hipnozie, metodami niekonwencjonalnymi oraz przy pomocy środków farmaceutycznych.
Podpisał…. (podpis nieczytelny).
jamer106
Jak Ci się podobało?