Kostka
7 marca 2026
9 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Stała metr i trzydzieści centymetrów od niego. Wie to dokładnie, bo policzyła, ile kostek chodnikowych jest między jego czubkami butów a jej wysuniętą lekko do przodu lewą nogą. Dokładnie osiem i kawałeczek. Każda z nich ma 16 cm szerokości… wie dokładnie, bo zlecenie wysyłki kostki brukowej koordynowała dzisiaj dla jednego z klientów w Reykjavíku. W myślach zastanawiała się, czy gdyby wyciągnęła rękę przed siebie i on zrobiłby to w tej samej chwili, czy ich palce miałyby szansę się dotknąć? A może nawet chwyciliby swoje dłonie?
Pomijając skuteczność tej operacji, i tak najzabawniejsza byłaby pewnie reakcja wszystkich stojących obok znajomych, którym – jak im się przynajmniej wydaje – nawet na myśl nie przychodzi, że jednak oni już od dawna zmniejszyli dystans między sobą o ten minimum metr, a może i nawet metr i trzydzieści cm.
Gdy w tym gronie spotykali się cyklicznie w każdy niemal czwartek, na powitanie i pożegnanie ściskali się i całowali w policzki od wielu już lat. Zwykłe nawyki ludzi z dawnych lat. On do tej ekipy dołączył jednak całkiem niedawno. Z dystansem lub, jak się później okazało, z obawą – nie spoufalał się z nią w życzliwych rytuałach. Odważył się jednak pewnego dnia, kilka miesięcy temu, z uśmiechem mówiąc, że znają się już tak długo, że właściwie bez różnicy… czy jakoś tak. Nie pamięta dokładnie, z jaką narracją po raz pierwszy pocałował ją w policzek. Pamięta jednak, jak w każdy czwartek miała ochotę, by ten całus trwał znacząco dłużej. I trwał.
Miesiąc po miesiącu ich ciała zbliżały się milimetr po milimetrze, coraz bardziej i o attosekundę dłużej. Wydawało jej się, że to postęp tak wolny, że zanim doczeka, aż dotknie jej kącika ust swoimi ustami, już dawno będzie po menopauzie. Każdy czwartek zaczynał się jednak miłą ekscytacją na spotkanie z jego ciepłym, ogolonym policzkiem już za kilka godzin. Tak bezsensowne proporcje oczekiwania do spełnienia stały się dla niej jak magiczna, szczęśliwa liczba – 604 799. Wypatrywała takich numerów telefonów, szukała tablic rejestracyjnych, zakreślała numery na listach przewozowych. Gdy znalazła trzy kolejne cyfry, uśmiechała się do siebie. Gdy trafiła na komplet – robiła zdjęcie telefonem. 604 799 sekund – tyle mijało od końca ostatniego pocałunku do następnego. Sekunda, która wyczekiwana w głowie, raz w tygodniu dawała tyle nadziei i radości. Gdyby spędzili razem ten jeden tydzień i nadal standardem byłby przelotny całus w policzek, zmieściliby ich ponad pół miliona. Pewnego czwartku wyliczyła jednak, że gdyby sekundę tygodniowo miała trwać ich „relacja”, dopiero za 10 tys. lat przekroczyliby magiczną liczbę 500 tys. zbliżeń. Bardzo nie chciała tak długo czekać.
Dokładnie trzy spotkania później, gdy kolejny raz zamknęła oczy przy powitalnym pocałunku, by lepiej poczuć jego zapach i poczuć centymetry kwadratowe kontaktu, poczuła na policzku szept jego ust… Być może tym razem ich spotkanie trwało 2,6 sekundy, a może 5. Nie wie dokładnie, bo świat dokoła nieco się zatrzymał. Widziała, jak stoi naprzeciwko, jak zawsze śmiejąc się ze znajomymi, ale była pewna, że to nie był przypadek, że na policzku poczuła wyraźnie słowa… „chcę jeszcze”. Z niedowierzaniem patrzyła prosto w jego zielone oczy, by choć przez chwilę zrozumieć, czy to nie był jakiś przypadkowy powiew wiatru czy napięcie mięśni twarzy z podniecenia. Nie pomyliła się. Mówił coś do innych, ale patrzył na nią tak, jakby jego oczy miały być zaproszeniem do największej biblioteki świata, w której każda książka, na każdej stronie, ma dokładnie ten sam tekst: chcę jeszcze.
Od tych niewypowiedzianych słów zaczęło się to wszystko, co do dzisiaj między nimi, mimo ośmiu kamieni w chodniku, krzyczy.
Gdy w pewien piątkowy poranek obudziła się koło niego, zrozumiała, że te miesiące milczenia między nimi w jego głowie w końcu nie były w stanie utrzymać swoich granic i wylały się słowami… Mówił tak wiele i tak pięknie. Tak wiele rzeczy jej opowiedział… Wystarczyło, że zapytała o cokolwiek… Czasem mówiła po prostu: „Opowiedz mi coś, proszę”. To „coś” nigdy nie było byle jakie. Chciała, by opowiadał, czasem nawet tylko by mówił. Nigdy jej nie zanudzał… mówił o tym, co widzi swoimi oczami, co go dziwi, co zachwyca, czego się boi i czego chciałby doświadczyć. Nie unikał trudnych tematów, czasem chował się za bardzo oficjalnym stanowiskiem, by na końcu nałożyć na nie osobisty, bardzo osobisty kontekst. Miała przekonanie, że o cokolwiek nie zapyta, on nigdy nie odmówi swojej narracji… Uwielbiała to w nim. Czasem zasypiała, gdy do niej mówił, czując jego ciepło nie tylko w głosie. Kochała jego rytm, słuchała go i wtulona w niego czasem łączyła go z biciem jego serca. Znała jego głos od miesięcy, ale gdy mówił tylko do niej, brzmiał tak bardzo osobiście, że uważała ten ton za prywatnie modulowany specjalnie dla niej.
Najbardziej zaskoczona była jednak, gdy na jego prośbę – „chcę więcej” – w kooperacji z jej – „zapraszam” – zaczął opowiadać o tym, dlaczego i przede wszystkim: jak chce więcej. Nigdy wcześniej w żadnym z filmów i w żadnej z książek, o koleżankach nie wspominając, nie widziała, by ktoś potrafił mówić o seksie tak jak on. Wiedział jak i kiedy, potrafił malować słowami obrazy, których czytelność nie pozostawiała wątpliwości co do ich zawartości. Każdy dobrany do sytuacji, czasu i kontekstu. Czasem naszkicowany bardzo pośpiesznie, kilkunastoma mocnymi kreskami, czasem delikatnie kładziony pastelowymi barwami, centymetr po centymetrze…
Na początku nie pytał, po prostu mówił, co chce z nią zrobić. Bardzo dokładnie opowiadał i bardzo dokładnie chciał to rozbić. Myślała, że to rodzaj seksualnej zgody, by nie narazić się na niestosowne… „przestań”. Po czasie zrozumiała, że nie tylko. To go wyraźnie podniecało. Ją finalnie jeszcze bardziej. Pamięta jednak te pierwsze dziesiątki razy, gdy czerwieniła się, słysząc, jak bardzo lubi ssać jej sutki i że myśli często o tym, jak gładki ma język i że gdy dotyka go swoim językiem, czuje, jakby lizał chmury.
Po miesiącach, gdy zdarzało się, że kochali się zupełnie po cichu, na końcu mówiła: „Opowiedz mi, co ze mną robiłeś? Proszę”. Nauczył ją słuchać, rozumieć i mówić o tym, czego potrzebuje, co sprawia jej przyjemność, czego tym razem nie chce i nie czuje, a co doprowadza ją do błogiego szału. Być może jak każdy, lubiła słuchać o tym, jak go podnieca – czuła się wtedy mu potrzebna. Bardzo chciała dawać mu to, czego szuka, za czym podąża, i bardzo chciała iść tam z nim. Wiedziała, że zawsze gdy poprosi, powie jej, gdzie byli i dlaczego chce z nią iść dalej… Kiedyś zapytała go, skąd to się u niego wzięło, bo przecież żaden jej były tak nie miał… Ugryzła się w język na końcu tego zdania, ale skoro padło, to pomyślała, że nie będzie się teraz niezręcznie próbowała wymigać z własnych słów…
Uśmiechnął się tylko i odpowiedział, zaczynając od słów: „Zdaję sobie sprawę, że mogło tak być”… „Bo wiesz – mówił dość cicho – gdy próbujesz coś odkryć, czasem zrozumieć, to trochę tak, jakbyś była naukowcem, badaczem albo chociaż teoretyzującym doświadczalnikiem. Taki kontekst naukowy ma znaczenie. Tam zaś w nauce poznanie można różnymi drogami prowadzić, np. poprzez syntezę lub wręcz przeciwnie – analizę. Skoro można różnymi drogami, a podstawowa różnica między nimi to albo w górę, albo w dół, ale po tej samej ścieżce, to idźmy tą drogą. Gdy zaczynamy zbyt wysoko wchodzić, zaczyna nam się zlewać perspektywa. Widzimy szeroko, z lotu ptaka i mamy wrażenie, że wiemy więcej, ale tak naprawdę gubimy szczegóły. Nasze uczucie będzie po prostu miłością, i to prawda, ale to przecież tak bardzo niesprawiedliwe, bo nasza miłość nie jest po prostu miłością. Nie godzę się, by zgubić jej nasz osobisty odcień. Gdy zaczynamy szukać rozumienia całości, wchodzimy na teorię wszystkiego. Wychodzi nam, że prawdą jest, iż jesteśmy, choć szczebel wyżej może nawet już nie. To takie mądre, że aż niewystarczające. Gdybym chciał opisać ciebie na poziomie podstawowym, tylko zawężając spostrzeżenia do cielesności, zostałoby określenie »piękne«. O poziom wyżej »kompletne«, a może jeszcze wyżej »twoje«. Nie wiem czy i jak iść wyżej, ale wcale wtedy nie jesteśmy bliżej prawdziwej odpowiedzi. Gdybym szedł tą drogą, należałoby przyjąć starą zasadę, że o seksie się nie rozmawia, tylko go uprawia. Bo lepiej go czuć niż opisywać? Wtedy się nie pomylimy, czym jest, poprzez nieudolne opisy? Być może. Jest jednak droga przeciwna. Droga w kierunku szczegółów, drobiazgów, niuansów… Wtedy zmuszeni jesteśmy dzielić na mniejsze, rozdrabniać, przybliżać… tracić duży obraz, za to widzieć miliony szarości na skali, a żeby nie było smutno, zamieńmy je na miliony kolorów. Dlatego twój pieprzyk na lewym udzie, kilkanaście centymetrów w linii prostej między wzgórkiem łonowym a szczytem rzepki kolana, stanowi dokładnie o tobie. Sposób, w jaki wyginasz szyję, gdy jest ci przyjemnie, i kształt różowych plam na szyi wraz z kolejnością ich pojawiania się, gdy jesteś podniecona, nie da się zamienić na jedno słowo. To wszystko powoduje, że trzeba szukać niżej.
Jest oczywiście to pytanie: jak bardzo »pocienkować« świat, by nie stał się niezrozumiały, bo nie potrafimy już go nazwać? Jak dla mnie to właśnie o ten krok dalej. Podobno fizycy kwantowi, gdy natrafiają na coś, czego wcześniej nie odkryli i nie rozumieją, nadają mu jakąś nową nazwę. Tak jak wtedy, gdy dwie cząstki mogą być dokładnie w tej samej chwili w dwóch różnych miejscach. Jak to możliwe? Nie mamy pojęcia, ale wiemy, że ten stan nazwaliśmy superpozycją. Dzięki temu już nie jest to stan nieznany, co najwyżej niezrozumiały do końca. Kolejny krok może okaże się łatwiejszy. Tak zatem trzeba odkrywać swój własny świat. Gdy dochodzisz do miejsca, w którym nie byłaś, nie znasz go i nie wiesz, co z nim dalej zrobić – nazwij go, opisz, nawet bardzo nieudolnie, ale zrób to, bo kolejnym razem uda się odkryć jeszcze lepsze przybliżenia świata, który cię otacza. Gdy opowiadam ci o tym, jak chcę się z tobą kochać, czasem po prostu nie wiem – wiem, jak mogę zacząć, a potem słowa odkrywają kolejną część tej układanki. Być może jest ona już kompletna na starcie i jedynie ją odsłaniamy, a może tworzymy. Nie zawsze zaczynam z wizją końca. Czasem po prostu patrzę na ciebie i odkrywam słowami naszą przyjemność. Dzisiaj wiem, że gdy nazwiemy to, co nasze ciała chcą sobie dać, w kolejnym zbliżeniu nie trzeba im będzie tego tłumaczyć. Pójdą o krok dalej. Są też bardziej prozaiczne powody. Gdy szukam słów, by opisać to, jak smakujesz – uwierz mi – naprawdę niemal czuję twój smak, a co więcej, przed oczami wyobraźni mam piękny różowy świat tego smaku. To po prostu cholernie podniecające. Opowiadam ci o seksie, bo to cholernie kręci, nawet jeśli fantazja mnie poniesie i śmiejesz się z moich pomysłów, wiedz, że one cholernie podniecają!
Jest też jeden powód, a może uzasadnienie tego, że dość łatwo opowiadam ci o naszym seksie. Przez wiele miesięcy, gdy tylko skrawek twojego policzka mogłem dotknąć, marzyłem o seksie z tobą. Nawet nie wiesz, ile razy moje palce były w tobie, jak wiele razy zdejmowałem ci majtki na tysiące różnych sposobów, w ilu miejscach się całowaliśmy i jak wiele razy doszedłem na twoje piersi. Te scenariusze naszej niedoszłej jeszcze rzeczywistości odbywały się tysiące razy. Kochałem się z tobą, zanim jeszcze cię pocałowałem. Przeleciałem cię setki razy i dałem przelecieć równie dużo. Bo czasem słowa opisują to, co pomyślała głowa, ale bywa też, że zmuszają głowę do działania. Czasem boję się mówić, bo trudno wtedy zatrzymać to, co można zrobić”.
Justin1993
Jak Ci się podobało?