Piwnica
27 października 2025
19 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Cześć wszystkim. Z tej strony Gabrysia, a za mną trzydzieści dziewięć wiosen. Jestem mężatką od osiemnastu lat. Mąż Mariusz ma czterdzieści cztery lata, a syn Emil osiemnaście. W tym roku wyprawiłam mu urodziny, co między innymi zamierzam opisać, lecz zanim to uczynię – kilka słów o moim życiu.
Wiele kobiet trafia na nieodpowiednich mężczyzn, co skutkuje samotnym macierzyństwem. Wychowanie w takich warunkach jest w zasadzie skazane na niepowodzenie. Dlatego też jestem dumna z nieomylności mojej intuicji. Czy seks na pierwszej randce (a byłam wtedy dziewicą), spust w cipce, a następnie ciąża to zmarnowane życie? Otóż niekoniecznie…
Ktoś mógłby powiedzieć, że wcale nie jestem taka mądra, że po prostu miałam dużo szczęścia, jednakże jestem pewna, że nie poznaliśmy się przez przypadek. Może i jestem niepoprawną romantyczką, ale mam w sobie głębokie przekonanie, że to przeznaczenie.
Mariusz sprawdził się i nadal się sprawdza pod względem zapewnienia stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. Trochę gorzej wychodzi mu zaspokajanie moich potrzeb emocjonalnych, lecz jest facetem, toteż nie oczekujmy pojmowania zawiłości kobiecej psychiki. Nie zdarzyło się jeszcze, żebym mu odmówiła. Jakoś zawsze potrafi obudzić we mnie pożądanie, co istotnie wpływa na dobrostan naszego małżeństwa. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zdradzić mojego pierwszego i jedynego mężczyznę. Oczywiście, do czasu…
Człowiek żyjący w warunkach dobrobytu ma skłonności nie dostrzegać niedostatku innych ludzi. Dotyczy to nie tylko kwestii materialnych. Po prostu przez wiele lat wydawało mi się, że związki innych ludzi są co do zasady szczęśliwe, a kiedy dochodziły do mnie sygnały, że jest inaczej, ignorowałam je. Uważałam, że koleżanki narzekające na mężów zwyczajnie przesadzają. Zaloty ze strony innych mężczyzn (niekiedy nawet kolegów mojego syna) traktowałam jako niegroźne potwierdzenie mojej atrakcyjności, o którą zawsze dbałam aż do przesady. Gimnastyka i różnego rodzaju zabiegi pielęgnacyjno-zdrowotne tworzą moją codzienność. Dlatego też jestem dumna, kiedy patrzę w lustro. Popadam nawet w samouwielbienie. Piękne, kruczoczarne, lekko kręcone włosy sięgają aż do połowy pleców. Sylwetka prezentuje się wręcz idealnie. Sześćdziesiąt sześć kilogramów przy wzroście metr siedemdziesiąt pięć centymetrów, a do tego zachowane idealne proporcje w wymiarze biust – talia – biodra. Szparka zaś idealnie wygolona przypominająca przecinek, kiedy stoję nago wyprostowana przed lustrem. To moja najlepsza przyjaciółka, do której dostęp ma jedynie ukochany, nie licząc pewnego „wypadku przy pracy” i jego następstw. W każdym razie zawdzięczam jej wszystko, co mam i dlatego kocham ją tak bardzo jak swoich mężczyzn.
Na początku wspomniałam o Emilu. To zdolny, choć nieco skryty chłopiec. Zawsze miał dobre stopnie, wkładając niewiele wysiłku w naukę. W jego przypadku nie istnieje pytanie, czy pójdzie na studia, lecz który z prestiżowych kierunków zechce sobie wybrać. Gdyby tak bardziej się postarał, mógłby wcześniej skończyć szkołę. Niestety, nie musi podzielać moich ambicji.
Rzecz jasna, opowieści o swoim dziecku nie powinno się sprowadzać tylko do kwestii związanych z nauką. Charakterologicznie jest raczej zamknięty w sobie, a może tylko sprawia takie wrażenie. Nie zwykł ujawniać swoich emocji, zachowując kamienną twarz pokerzysty. Nie znaczy to wcale, że nie ma kolegów. Dziwię się natomiast, że niemal wszyscy są łobuzami. Od początku wydawało mi się, że do nich nie pasował. Może to jakiś atawizm? Sama nie wiem…
Nie muszę chyba wspominać, że próbowali mnie podrywać, ale nigdy nie brałam tego na poważnie. Byłam tak naiwna, że nie zdawałam sobie sprawy, że wykorzystaliby każdą okazję, żeby tylko mnie posiąść. Ubierałam się przy nich raczej skromnie, będąc dumna z tego, że podobam się młodym mężczyznom. Nie dostrzegałam wówczas żadnego niebezpieczeństwa.
Osiemnaste urodziny mojej latorośli wyprawiłam nader hucznie. Nie mogłam nie skorzystać z okazji, aby wystroić się niezwykle elegancko, a jednocześnie wyzywająco. Pierwsze przyjęcie urodzinowe było typowo rodzinne. Ciasto i różnego rodzaju wymyślne potrawy dla licznie przybyłych ciotek, babć, dziadków i innych wujków. Tydzień później odbyła się druga impreza, która miała typowo męski charakter, a była to libacja, w której oprócz mojego ukochanego solenizanta udział wzięło kilku nieprzyjemnych typów, których zdarzało mi się widzieć już wcześniej. Nie wiem dokładnie, ilu ich było. Wydaje mi się, że z siedmiu. Nie sądziłam, że stanowią jakiekolwiek zagrożenie. Nietykalność cielesna nie podlegała przecież żadnej dyskusji.
Młodzi balowali w najlepsze u syna w pokoju na górze, małżonek majsterkował w garażu, a ja krzątałam się w kuchni. Postanowiłam przygotować na jutro roladę z dżemem, lecz w lodówce miałam już tylko resztkę, więc musiałam zejść do piwnicy, do której wchodziło się z dworu. Zapaliłam światło, po czym zeszłam po krętych, drewnianych schodach. Chwilę po tym usłyszałam, że ktoś wchodzi tam za mną.
- Mariusz, mogłeś powiedzieć, że chcesz coś z piwnicy. Nie musiałbyś teraz specjalnie schodzić.
W tym momencie zgasło światło, jednak nie wzięłam tego za złą monetę.
- Mariusz nie wygłupiaj się. Bardzo śmieszne, że światło zgasiłeś, wiesz.
W tym momencie poczułam na swoim ciele lubieżny dotyk męskich dłoni. W pierwszej chwili myślałam, że mąż postanowił mi sprawić taką niespodziankę, lecz już po upływie kilku sekund rozpoznałam, że to nie on. Chciałam krzyknąć, lecz głos utkwił mi w gardle. Czułam się sparaliżowana strachem. Przewaga przeciwnika była miażdżąca. Nie chciałam tego, lecz nie byłam w stanie się przed nim obronić. Po niedługim czasie szarpaniny przycisnął mnie do regałów w taki sposób, że byłam do niego odwrócona tyłem, a jednocześnie wypięta. Sprawcze ręce oprawcy przycisnęły mnie do regałów. W egipskich ciemnościach nie byłam w stanie czegokolwiek zobaczyć, za to czułam tę jego zwierzęcą, męską chuć, bezwzględność dążącą do zaspokojenia swoich żądzy, a oprócz tego nieprzyjemną woń alkoholu. Gwałciciel nie liczył się z tym, że nie jestem gotowa na współżycie w taki sposób, a zwłaszcza moja szparka, która nawet nie zdążyła porządnie zwilgotnieć. Już po chwili poczułam jak twardy, męski drąg rozpycha ją do granic możliwości. Ból był nie do wytrzymania. Czułam, jak napawa się moim cierpieniem. Każdy sztos powodował rozrywanie mojej kobiecej ciasności, która szczęśliwie zaczęła powoli wytwarzać śluz. Zaznaczał swoją dominację poprzez zadawanie bólu nie tylko poprzez brutalną penetrację. Wyjątkowo mocne uderzenia gołą ręką w pośladki wraz z pociągnięciami za włosy sprawiały mi cierpienie, które przecież nie było celem samym w sobie. Służyło nakarmieniu jego sadystycznych żądzy, tego seksualnego zwyrodnialcy. Owszem, zdarzało się, że mąż w czasie zbliżenia nazywał mnie wulgarnie, czasami nawet uderzył otwartą dłonią, lecz było to zupełnie co innego. Nieraz specjalnie zasłaniałam małą dłońmi i uciekałam mu pupą, żeby się trochę wysilił. Były to jednak nasze małżeńskie gierki, w których nie było nic zakazanego. Supremacja małżonka była oczywistością, której nigdy nie kwestionowałam, natomiast nie byłam gotowa na odegranie roli suki nieznajomego gnojka, który nie widział we mnie nic więcej jak tylko zespół narządów mających na celu zapewnienie funkcjonowania cipy. Zbezcześcił w ten sposób moją godność, wrażliwość, delikatność, a w końcu i inne uczucia. W dodatku to wszystko działo się zbyt gwałtownie, żeby moja psychika była w stanie to „przetrawić”.
Nawet w tak tragicznie beznadziejnej sytuacji udało mi się znaleźć w zakamarkach umysłu resztki trzeźwego rozumowania. Ostatkiem sił maksymalnie nadwyrężonej psychiki zdołałam zachować zimną krew. Teraz już sama nie wiem jakim cudem udało mi się to osiągnąć.
Z pewnością wielkość mojej krzywdy nie została umniejszona poprzez moją współpracę, a mianowicie intensywne ruchy biodrami.
- Lubisz być rżniętą suką, skoro ruszasz dupskiem – wyszeptał.
Wiedziałam, że muszę się opanować (chociaż nie było to możliwe), aby jak najszybciej zakończyć ten niechciany stosunek. Dotarło do mnie, że nie uda mi się powstrzymać napastnika przy użyciu siły. Trzeba jak najszybciej doprowadzić do końca, pozbierać się, zacisnąć zęby i zachowywać się jakby nigdy nic. W przeciwnym razie Mariusz wpadnie w gniew i ciężko pobije wszystkich podejrzanych, a przecież nie chcę odwiedzać go w więzieniu. Emil przeżyłby z tego powodu niewyobrażalną traumę. Ponadto wybuchłby niespotykany skandal, a ja byłabym zmuszona do upokarzających opowieści strażnikom naszego porządku. Nie wspomnę już o pytaniach o szczegóły, które ponownie zgwałciłyby moją i tak już zdeptaną intymność. Trzeba jeszcze pomyśleć o konsekwencjach. Skutki zalania mojej waginy mogą być tak tragiczne, że nawet nie będę ich tutaj opisywać. Tylko czy będę potrafiła doprowadzić do „pomyślnego” przebiegu zdarzeń?
- Przerwij na chwilę. Wezmę do buzi.
- Dobra kurwo, do loda – celowo szepnął, żebym nie mogła rozpoznać głosu, a następnie wyszedł ze mnie, po czym mocnymi szarpnięciami skierował moją głowę w kierunku swojej męskości, która szybko wypełniła moje usta. Szczęśliwie uprzednia penetracja mojej myszki sprawiła, że odczułam smak samej siebie, co oszczędziło mi nieprzyjemności poznania oryginalnego smaku jego narządu płciowego. Wczułam się w swoją rolę, dogadzając mu oralnie. Wkrótce ciepła sperma wypełniła moje usta, a kiedy się spuszczał, jego ciałem targnęły dreszcze rozkoszy.
- O tak kurwo, ssij pałę, aaa!!! – wyszeptał ochrypłym głosem.
Ciężko dysząc, połknęłam nasienie. Miałam naprawdę dosyć. Kiedy myślałam, że już po wszystkim, poczułam mocne uderzenie w twarz, które chwilowo mnie ogłuszyło, omal nie pozbawiając przytomności. Lubieżnik schował narzędzie gwałtu, zapiął rozporek i uciekł. Ja natomiast zostałam w ciemnej piwnicy, na kolanach, z potarganymi włosami, obolałą pochwą, a co najgorsze – totalnie zdemolowana psychicznie i emocjonalnie. Wiedziałam, że nie mogę dłużej tu zostać. Muszę wziąć słoik dżemu, opuścić to niemiłe miejsce, a następnie przejść się trochę po podwórzu, żeby skutecznie stłumić emocje. Tak właśnie uczyniłam. Chłodne powietrze pomogło mi trochę dojść do sobie. Weszłam do domu, mając nadzieję, że uda mi się szybko przemieścić do łazienki, żeby trochę się ogarnąć. Rzeczywiście, udało mi się, z tym że siniak na twarzy był widoczny. Poprawiłam garderobę, ukrywając ślady niedawnych wydarzeń, po czym udałam się do kuchni po lód. Po drodze natrafiłam na męża, który zdziwił się moim siniakiem w widocznym miejscu.
- Co ci się stało?
- Uderzyłam się w piwnicy.
- Przecież tam jest światło.
- No tak, ale drzwiami się stuknęłam, jak wchodziłam.
- Bardzo cię boli?
- Trochę. Poczekaj, muszę sobie lodu przyłożyć. Potem w pracy będą głupie komentarze, że może mnie bijesz.
- Na drugi raz mi powiedz, to pójdę z tobą, sierotko Marysiu.
Po około dwudziestu minutach zajrzałam do solenizanta i jego gości zachowując się jakby nigdy nic. Otaksowałam każdego z nich, lecz nie zauważyłam nic podejrzanego. Może trzeba po prostu porozmawiać z każdym z nich na osobności? Może wtedy poznam prawdę? Tylko że nie będzie to takie proste, skoro ślubny jest w mieszkaniu. Jeszcze zacznie coś podejrzewać i się dopytywać. Towarzystwo było już cokolwiek nagrzane, a to oznacza, że niebawem będzie trzeba zakończyć urodzinową popijawę. Spróbuję trochę poobserwować, a jak nic nie zauważę, to po godzinie chłopaki będą musieli się rozejść.
Nie wspomnę już nawet, co działo się w mojej głowie. Olbrzymie ilości sprzecznych ze sobą myśli dręczyły mój umysł. Wynikały one z bardzo silnych, negatywnych emocji, które musiałam w sobie stłumić. Najchętniej poszłabym wtedy na długi spacer, tylko jak miałabym wytłumaczyć moją nieobecność? Wiedziałam już, że będę musiała sobie z tym poradzić, lecz nie wiedziałam jeszcze w jaki sposób.
Nie będę tutaj rozpisywać się o psychicznych niedogodnościach wynikających z zaistniałej tragedii. Wspomnę jedynie o traumie polegającej na strachu przed wchodzeniem po piwnic, komórek, garaży i w ogóle każdego pomieszczenia, do którego ktoś mógłby za mną wejść, zapędzając mnie w kozi róg. Natomiast zaistniał jeszcze jeden aspekt całej sprawy.
Odkąd poznałam Mariusza, nie wyobrażałam sobie seksu z kimkolwiek innym. Gwałt uzmysłowił mi, że jest to możliwe, choć na pewno nie w tak brutalny sposób. Tylko dlaczego miałabym zdradzić? Przecież mąż sobie na to nie zasłużył, a ja po takim czymś nie mogłabym spojrzeć w lustro. No dobrze, a gdyby tak nie było mojego czynnego udziału? Gdyby mężczyzna po prostu mnie sobie wziął, a ja bym przecież nie uległa, nie rozłożyłabym się przed nim, a nawet powiedziałabym mu, żeby przestał, bo jestem mężatką? No to w takiej sytuacji miałabym czyste sumienie.
Tylko jak to zorganizować? Zamieścić ogłoszenie? Nie, przecież to bez sensu. A może przespacerować się wieczorową porą w skąpym odzieniu w miejscach uważanych za niebezpieczne? No tak, tylko że ktoś może wyrządzić mi znacznie większą krzywdę niż w piwnicy na „osiemnastce” syna. Jakby to zrobić? Tylko dlaczego chcę to uczynić? Czyżby seksualna przemoc, jakiej zaznałam, wyzwoliła we mnie nieznaną dotąd naturę jebliwej suki? Może i tak, jednak nadmierne rozmyślanie z pewnością nie pomoże sprawie. Tu trzeba podjąć konkretne działania zmierzające do realizacji wyznaczonego celu. W przeciwnym wypadku ciekawość nie da mi spokoju.
A gdyby tak znaleźć sobie przyjaciela, który by mnie wielbił, zaspokajałby moje potrzeby emocjonalne, starał się do mnie zbliżyć? Mogłabym wtedy kontrolować relację, pozwalać na eskalację lub deeskalację zależnie od nastroju. Mogłabym się też wycofać, kiedy tylko zechcę, a może nawet sprowadzić naszą znajomość do relacji czysto platonicznej.
Ciężko było mi sobie z tym wszystkim poradzić. Z jednej strony musiałam dźwigać ciężar ekstremalnego poniżenia, z drugiej zaś pragnęłam nowej znajomości, w dodatku na określonych przeze mnie zasadach. Nie wiedziałam jednak jak się za to zabrać. Jedyne co przyszło mi do głowy to zamieszczenie ogłoszenia na znanym portalu randkowym o charakterze erotycznym. Wstawiłam krótki opis mojej osoby z zaznaczeniem, że szukam damsko – męskiej przyjaźni, a seks jest tak nieprawdopodobny, że aż niemożliwy. W ten sposób postanowiłam wyeliminować różnego rodzaju poszukiwaczy jednorazowych przygód. Zamieściłam też zdjęcia w krótkiej halce sięgającej ledwie za pupę, na których zaprezentowałam moje kobiece skarby, natomiast z oczywistych względów nie zdecydowałam się na pokazanie twarzy. Ilość otrzymywanych wiadomości była po prostu olbrzymia. Nie próbowałam nawet ich przeczytać, a co dopiero na nie odpisać. Byłam w stanie co najwyżej dokonać ich pobieżnego przeglądu. Po trzech tygodniach od utworzenia profilu zauważyłam wiadomość, która zwróciła moją uwagę. Był TO nieznany mi wcześniej wiersz miłosny. Choć nie byłam nigdy wielbicielką poezji, to autor wydał mi się interesujący, a przynajmniej inny niż wszyscy. Z tego powodu postanowiłam odpisać, skutkiem czego poznaliśmy się. Był to Grzegorz, trzydziestoczteroletni rozwodnik, który okazał się miłośnikiem przyrody oraz szeroko rozumianej kultury. Potrafił dostrzec najdrobniejsze szczegóły oraz niuanse dotyczące kobiecych kwestii, które przeciętny facet zazwyczaj ignoruje. Ten rodzaj wrażliwości rzadko spotykany u samców niezwykle przypadł mi do gustu. Idealnie zagrał na czułej strunie mojej duszy. Ponadto, w ogóle nie był nachalny w przeciwieństwie do lwiej części męskich użytkowników portalu. Nie naciskał na spotkanie. Po prostu prowadziliśmy konwersację, w której opowiedzieliśmy sobie wzajemnie naszą historię, a potem zwierzaliśmy się sobie z codziennych trosk i zmartwień. Wiedziałam już dobrze, że jest to właśnie taka znajomość, jaką sobie wyobrażałam.
Pod koniec wakacji Mariusz zaproponował wspólny wyjazd w góry. Jako że nigdy nie odnajdywałam żadnej radości w zdobywaniu szczytów, toteż zaproponowałam, żeby pojechał tylko z Emilem. Ku mojemu zdziwieniu zgodził się na takie rozwiązanie, co mnie ucieszyło, albowiem mogłam trochę pobyć sama ze sobą. Szczerze mówiąc, nie tylko z tego powodu. Miałam w końcu okazję poznać Grzegorza w bezpośrednim kontakcie, dlatego zaprosiłam go do siebie, zastrzegając, że jestem mężatką, więc kwestie natury cielesnej zostaną ograniczone co najwyżej do niewinnych przytulanek. Mój przyjaciel zdziwił się, że w ogóle poruszam ten temat.
Przed samym jego przyjazdem przeżywałam wielkie emocje przypominające tremę przed występem. Nie wiedziałam, jak się ubrać, więc założyłam halkę, którą miałam na zdjęciach na moim profilu. Ktoś mógłby uznać to za zbyt prowokujące, nadmiernie kuszące, lecz chciałam sprawdzić jego reakcję. Ku mojemu zaskoczeniu nie okazał zdziwienia. Przywitał się ze mną delikatnym pocałunkiem, a potem rozmowom i zwierzeniom nie było końca.
Grzesiek wydawał mi się niezwykle taktowny. Teraz, po upływie pewnego czasu wiem, że był po prostu sprytny. Czekał na stosowny moment niczym jaguar kamuflujący się w koronie drzewa, wyczekujący na najlepszy moment do ataku. Gdyby niecierpliwie dążył do tego, żeby mnie posiąść, natrafiłby na zdecydowany opór oznaczający jednoznaczne wyznaczenie granicy. Ponawianie takich prób skutkowałoby zakończeniem spotkania.
Z przyjemnością podawałam mu, co tylko sobie zażyczył. Sprawiało mi to radość. Późnym wieczorem po kolacji raczyliśmy się czerwonym winem. Po dwóch kieliszkach byłam już na rauszu, natomiast Grzegorza najwyraźniej w ogóle nie ruszyło. Spodziewałam się jakiś ostrych zalotów, jednakże ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie nastąpiło. Zamiast przystawiać się do mnie, poprosił mnie do tańca w rytm spokojnej nuty Leonarda Cohena emitowanej przez moją wieżę z mini – kolumnami, którą dostałam na Boże Narodzenie jeszcze za panny. Tańczyliśmy przytulanki. Trzymał ręce na moich biodrach, a ja poczułam się nieco senna, więc oparłam głowę o jego ramię. Subtelnymi ruchami gładził moje plecy, a jego dotyk był dla mnie idealny. Czułam, jak odpływam w onirycznym transie. Prawie zasnęłam w tańcu, a przynajmniej byłam bardzo bliska utraty świadomości. Resztkami sił doszłam do łóżka i przeprosiłam, mówiąc, że muszę się położyć. Cały czas byłam w halce, więc nie musiałam się przebierać. Zresztą i tak nie dałabym rady.
Rankiem obudziłam się, leżąc na boku, a wtedy poczułam na swoich biodrach dotyk męskiej dłoni. Wiedziałam już, co się święci, więc postanowiłam udawać, że śpię, wypinając „niewinnie” pupę jego kierunku. Wkrótce twardy, pulsujący krwią żywioł zawitał u wejścia mojej jaskini rozkoszy. Oddychałam głęboko, lecz nie mogłam pozwolić sobie na otwarcie oczu. To byłaby już jawna zdrada, co wywołałoby u mnie dyskomfort.
Tymczasem powiernik moich tajemnic w ogóle nie podzielał tych moralnych dylematów, a już na pewno nie jego twardy przyjaciel, który wjechał w moją kobiecość jednym, mocnym sztosem wywołując u mnie głębokie westchnienie. Następnie wchodził całą swoją długością w moje kobiece gniazdko. Czułam się wypełniona po brzegi, cudownie rozpychana do granic możliwości. Wzdychałam rytmicznie w takt mocnych pchnięć nabrzmiałego fallusa, lecz nie mogłam otworzyć oczu, jęknąć, ani ruszyć pupą. Mokra uległość przyjmowała w swoje aksamitne wnętrze męskiego twardziela. Została przez niego zdobyta. To był drugi raz, kiedy posiadł ją kutas nienależący do mojego męża. Było po prostu cudownie, choć nawet to słowo nie oddaje istoty sprawy. Pragnęłam, aby w ten sposób rżnął mnie w nieskończoność, najlepiej do utraty tchu, do omdlenia, do pierwszej krwi. Chyba nigdy wcześniej nie byłam podniecona tak jak wtedy.
Niestety, nie dotrwał do mojego orgazmu. Po około dziesięciu minutach miecz męskości penetrował moją kobiecość krótkimi, konwulsyjnymi ruchami. To była końcowa faza pierwszego w moim życiu stosunku „na śpiącą królewnę”. W ostatniej chwili opuścił mą grotę kupidyna, a wtedy salwy spermy wystrzeliły na moje biodro, częściowo także na pościel. Niezwłocznie po wytrysku skwapliwie zabrał się za wycieranie nasienia.
Po kilku minutach przestałam udawać, że śpię. Odwróciłam się w stronę Grzegorza, przywitałam się z nim delikatnym pocałunkiem, zapytałam go jak się spało. Po krótkiej rozmowie poszłam pod prysznic, założyłam świeżą halkę, a potem zmywałam wczorajszy makijaż, żeby nałożyć nowy. Nie wiedziałam jeszcze, że mój taktowny adorator zechce mi towarzyszyć.
Kiedy zajmowałam się podkreślaniem swojej urody, mężczyzna wszedł do łazienki, a jego knaga znajdowała się w pełnej gotowości bojowej. Zauważyłam go w lustrze, stojąc tyłem do niego. Początkowo nie reagowałam, a kiedy objął mnie w talii, stwierdziłam, że powinnam wyrazić sprzeciw dla zachowania przyzwoitości.
- Oj Grzesiek, opanuj się. Jestem przecież mężatką.
- To nic nie szkodzi.
- Szkodzi właśnie.
Zanim zdążyłam to powiedzieć, poczułam jego dłonie na moich piersiach. Głowica jego męskości ponownie przywitała się z moją muszelką, lecz wcale nie zamierzałam mu pomóc, ściskając uda niczym nieśmiała dziewica.
- Gabrysiu, wypnij pupę – wyszeptał lubieżnie prosto do uszka.
- Nie mogę robić takich rzeczy. Powiedziałam przecież, że tylko przyjaźń.
- Oj tam. Pojeżdżę tylko główką po cipce. Nie wejdę w ciebie przecież.
- No dobra, tylko nie wkładaj.
Wypięłam pupę, a uczucie ocierania końcówki przyrodzenia o wejście do mojej cipki było największą rozkoszą, jakiej dotychczas zaznałam. Ujęłam go w dłoń i skierowałam na nabrzmiały dzyndzelek. Okrężnymi ruchami doprowadziłam się do orgazmu zaledwie w siedem minut. Gdybym nie „wzięła sprawy w swoje ręce”, nieprędko znalazłabym się w objęciach ekstazy. Członek krążyłby po mojej pusi raz po raz dotykając łechtaczki, co znacząco opóźniłoby miłosne spełnienie.
Kiedy sięgałam szczytów cielesnych doznań, a moja najlepsza przyjaciółka pulsowała jak szalona, twardy drąg zaczął się we mnie wsuwać mimo trudności spowodowanych wypychaniem na zewnątrz. Po zdobyciu kilku centymetrów mojej niebiańskiej komnaty zatrzymał się, czekając, aż moje ciało się uspokoi. Teraz już nie mogłam wytłumaczyć się objęciami Morfeusza, zatem musiałam jakoś zareagować.
- Nie pozwoliłam ci wejść. Jestem mężatką. Nie możemy się bzykać.
- Masz tak piękną cipeczkę, że nie mogę się opanować.
- Ale ja nie mogę z tobą. Mogę tylko z mężem.
Grzegorz nie zwracał uwagi na mój werbalny sprzeciw. Wykonywał króciutkie ruchy frykcyjne, nie wchodząc głębiej niż na pięć centymetrów.
- Wybacz kochanie. Nie mogę ci się oprzeć. Masz najlepszą szparkę na świecie.
- Co ci się w niej podoba?
- Jest ciaśniutka, wrażliwa i delikatna. Jest kwintesencją twojej kobiecości.
W tym momencie wbił się na całą długość swojej męskiej szpady mierzącej niespełna dziewiętnaście centymetrów. Jęknęłam głośno, wyrażając ekstremalne podniecenie potęgowane przez delikatny, rozkoszny ból.
- Nie tak głęboko! Ja mam męża!!
Tymczasem mężczyzna chował całego kindybała w mojej myszce. Miarowe, jednostajne ruchy potęgowały naszą obopólną, ekstremalną przyjemność. Pragnęłam zatrzymać czas, sprawić, aby pieprzył mnie godzinami. Mimo tego nie zaprzestałam zabawy w wierną Penelopę.
- Och proszę, wyjdź już ze mnie. Mąż by nas chyba zabił.
- Nawet śmierć mi nie straszna, bylebym tylko mógł cię posiąść.
- Naprawdę nie powinniśmy.
- Masz rację. Nie powinniśmy przerywać – odrzekł, ciężko dysząc.
- Nie to chciałam powiedzieć.
- Za to pusia nie ma nic przeciwko.
- Trzeba panować nad swoimi popędami.
- Ja panuję, tylko mój kutas jakoś niezbyt.
- No moja mała też.
- A widzisz.
- Ojejku, nie to chciałam powiedzieć. Aaa…
- Jeszcze troszkę skarbie.
Klaskanie naszych ciał w końcowej fazie stosunku przyspieszyło osiągnięcie kolejnego orgazmu. Krzyczałam, pizdeczka pulsowała, a całe ciało drżało długo, nie mogąc się uspokoić. Skurcze piczki wypychały gościa na zewnątrz. Niezwłocznie po moim szczytowaniu Grzegorz szepnął mi do uszka.
- Obejmij go ustami kochanie.
Pomyślałam sobie wtedy, że skoro moja szparka i tak już została zdobyta, lodzik nie będzie kwalifikował się jako zdrada, toteż spełniłam jego prośbę. Odczuwałam jego rozkosz na płaszczyźnie zmysłowej i poza nią, wręcz na poziomie metafizycznym. Może zabrzmi to dziwnie, jednak byłam dumna z tego, że moje usta dostarczają mu tak niesamowitych doznań. Nasienie wypełniło moją buzię. Widziałam kiedyś na filmie dla dorosłych, jak kobieta po przyjęciu wytrysku do buzi otwiera usta, pokazując spermę na swoim języku, a następnie połyka ją tak, żeby widzowie nie mieli żadnych wątpliwości. Postąpiłam dokładnie tak jak ona. Jestem pewna, że zasłużyłam na miano najlepszej kochanki pod słońcem mimo oporu, do którego w moim przekonaniu byłam zobowiązana. Następnie oczyściłam jego cudownego zaganiacza, a na koniec chuchałam tak długo, aż wysechł. Mężczyzna był wniebowzięty ponad wszelką wątpliwość. Błogie spojrzenie mówiło samo za siebie.
Po śniadaniu Grzegorz odjechał, a dzień później nastąpił powrót moich kochanych chłopaków. Nie miałam wyrzutów sumienia, ponieważ nie zainicjowałam współżycia z przyjacielem, a nawet zwracałam mu uwagę, że posuwamy się zbyt daleko. Ponadto zaznałam niewyobrażalnych przyjemności, które obróciły wizytę Grzegorza w cudowne wspomnienie pełne zmysłowych, cielesnych doznań. Słuchając opowieści męża i syna o ich przygodach na górskim szlaku zastanawiałam się nad zorganizowaniem kolejnej akcji, w której do końca zachowam pozory przyzwoitości uspokajające moje sumienie.
Od pamiętnej wizyty przyjaciela albo jak kto woli kochanka, postanowiłam wynagrodzić mężowi moją „niewierność”, o której szczęśliwie nie wiedział. Częstokroć sama inicjowałam zbliżenia, podczas których wykazywałam maksymalną aktywność, na jaką było mnie stać. Mąż mówił, że pod względem erotycznym zawsze było mu ze mną dobrze, lecz teraz jest po prostu zachwycony moim oddaniem. Z tego powodu od tamtej pory obdarowuje mnie prezentami, o które w ogóle nie proszę, choć jestem mu wdzięczna. Nieraz nawet zastanawia się, co spowodowało tak dobrą zmianę. Na szczęście nie jest wystarczająco domyślny, zresztą i tak nie byłby w stanie niczego mi udowodnić.
Konstanty
Jak Ci się podobało?