Wyprawa konna
9 marca 2026
11 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Wyprawa konna w teren. Brzmi super i pomysł od razu mi się spodobał gdy tylko padł z jej ust. Tylko ,że ona wygląda tak seksownie w tych opinających ją bryczesach. Ewidentnie dzisiaj nie będę się mógł skupić. A nie jedziemy przecież sami tylko całą grupką.
Dlatego od początku wiedziałem, że to będzie zły pomysł.
I chyba właśnie dlatego też jechałem za nią. Jestem mistrzem fatalnych pomysłów.
Nasza grupa sunęła spokojnie przez falujące zbożem pola i skraje młodego lasu. Powietrze było ciepłe, ciężkie od zapachu nagrzanej trawy i suchej ziemi, a konie parskały od czasu do czasu miękko, jakby też czuły ten leniwy, letni rytm dnia. Pode mną pracował mój czarny fryz — potężny, sprężysty, każdy jego krok czułem głęboko w biodrach i udach. Zawsze o takim marzyłem i w końcu udało się go zakupić.
Normalnie skupiłbym się na jeździe.
Na terenie.
Na koniu.
Ale nie dziś.
Dziś cała moja uwaga była przed skupiona tam kawałek przede mną.
Na niej.
Ania jechała kilka metrów przede mną na drobnej, śnieżnobiałej klaczy. Przy niej wyglądała jeszcze bardziej delikatnie — niewysoka, zwarta sylwetka, a jednocześnie… cholernie kobieca. Poruszała się w siodle z naturalną płynnością, jakby koń był przedłużeniem jej własnego ciała, jakby robiła to od zawsze.
Za dobrze.
Zdecydowanie za dobrze.
Mój wzrok wracał do niej co kilka sekund, zupełnie wbrew rozsądkowi. Do linii jej pleców. Do sposobu, w jaki jej biodra miękko pracowały w rytm ruchu klaczy. Bryczesy opinały ją tak dokładnie, że mimowolnie zaciskałem szczękę, czując jak coś ciężkiego zaczyna budować się nisko w brzuchu.
Skup się.
Nie skupiałem się.
Jakby czuła mój wzrok, nagle zerknęła przez ramię.
Przyłapała mnie.
Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały — i wtedy to zrobiła.
Uśmiechnęła się.
Powoli.
I bardzo świadomie przygryzła dolną wargę.
Kurwa.
Puls momentalnie mi przyspieszył.
Odwróciła się z powrotem, ale ledwie kilka sekund później lekko przyspieszyła, jakby specjalnie uciekając mi o kilka metrów. Mój ogier odpowiedział odruchowo na sygnał łydek, ruszając żywiej.
Grała.
Bawiła się mną.
A ja, jak idiota, wchodziłem w to coraz głębiej.
Jeszcze raz obejrzała się przez ramię. Tym razem w jej oczach nie było już przypadku — była tam miękka prowokacja i coś jeszcze… coś cieplejszego, bardziej osobistego.
— Uciekasz… — mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej.
Jej ramiona zadrżały od tłumionego śmiechu.
I to mnie tylko jeszcze bardziej nakręciło.
Nie pamiętam momentu, w którym oddaliliśmy się od reszty. Po prostu nagle byliśmy kawałek dalej — tylko my, konie i cicha polana ukryta pod ogromnym, starym drzewem.
Zatrzymała klacz pierwsza.
Zsunęła się z siodła z tą swoją miękką, sprężystą lekkością, której zaczynałem nienawidzić za to, jak bardzo na mnie działała. Oparła się plecami o pień. Jedno kolano lekko ugięte. Biodro wysunięte minimalnie w bok.
I patrzyła.
Prosto na mnie.
Znów to powolne przygryzienie wargi.
Znów palce w ciemnych, kręconych włosach.
Jakby od niechcenia.
Jakby nie wiedziała, co robi.
Ale oboje dobrze wiedzieliśmy.
W tym momencie coś we mnie puściło.
Zeskoczyłem z konia jednym płynnym ruchem, nawet nie czując lądowania.
Podszedłem do niej wolno, krok po kroku, czując jak z każdym metrem powietrze między nami robi się cięższe. Była niższa — musiałem lekko pochylić głowę. Z bliska widziałem więcej.
Szybszy oddech.
Lekko rozszerzone źrenice.
Ciepło bijące od jej skóry.
I ten zapach.
Słodki.
Wiśniowy.
Z miękką nutą czekolady.
Szlag.
Sekunda ciszy.
Napięcie między nami było tak gęste, że aż bolało.
Pękłem pierwszy.
Złapałem jej nadgarstki jedną ręką i przygwoździłem je do pnia nad jej głową. Drugą wsunąłem w jej talię i przyciągnąłem ją mocno do siebie, czując jak jej ciało momentalnie reaguje na nacisk.
Nie zaprotestowała.
Nie stawiała oporu. Wręcz przeciwnie… podobało się jej to.
Cholera.
Jej oddech tylko przyspieszył.
Jej usta były gorące i miękkie, gdy w końcu się w nią wpiłem. Odpowiedziała natychmiast — bez zawahania, bez gry. Jakby czekała dokładnie na ten moment.
Przycisnąłem ją całym ciałem do pnia czując pod sobą każdy milimetr jej pięknego ciała.
Smakowała słodko. Ciepło. Uzależniająco.
A kiedy zsunąłem usta na jej szyję, poczułem jak całe jej ciało przechodzi drobny dreszcz.
— Mhm… — wyrwało jej się cicho.
I to był koniec mojego opanowania.
Moja dłoń zsunęła się niżej, na jej biodro… jeszcze niżej. Zacisnąłem palce na jej pośladkach i uniosłem ją bez wysiłku, jakby była lżejsza, niż powinna.
Natychmiast oplotła mnie nogami, a ręce mocno zacisnęła na plecach wbijając w nie swoje paznokcie.
Ciepła.
Miękka.
Tak cholernie idealna.
Jej biodra zaczęły poruszać się wolno, instynktownie, w tym samym rytmie, w którym całowaliśmy się chwilę wcześniej. Czułem jej oddech na szyi. Czułem, jak jej ciało robi się coraz cieplejsze.
Za ciepłe.
Zdecydowanie za ciepłe.
Odwróciłem się z nią i ostrożnie opuściłem ją na miękki mech pod drzewem.
Wilgotny.
Chłodny pod kolanami.
Ona była jego kompletnym przeciwieństwem.
Nie przestaliśmy się całować ani na sekundę.
Moje palce odnalazły zapięcia jej ciemnej kamizelki. Powoli, bardzo powoli zacząłem je rozpinać, czując jak jej klatka piersiowa unosi się coraz szybciej pod moją dłonią.
Jej biodra poruszyły się znowu.
Mocniej.
Bardziej niecierpliwie.
I wtedy…
Gwałtowne parsknięcie.
Nasze konie spłoszyły się nagle, tupiąc nerwowo i rzucając głowami.
Ania zamarła na ułamek sekundy.
A potem… roześmiała się.
Cicho.
Miękko.
Z tym błyskiem w oczach, który doprowadzał mnie do szału.
— Nie teraz, ogierze — mruknęła.
Wysunęła się spod moich dłoni, nim zdążyłem ją zatrzymać.
Przeklęte kobyły, muszę pamiętać by w wolnej chwili przerobić je na kiełbasę za to.
Czekałem jeszcze chwilę na kolanach w mchu, patrząc jak odchodzi do koni z tym swoim spokojnym, pewnym krokiem.
Jakby nic się nie stało.
Jakby przed chwilą nie rozpaliła mnie do granic.
Przeciągnąłem dłonią po karku.
Powoli wstałem.
To się jeszcze nie skończyło.
Wróciliśmy do grupy. Ale ja już wiedziałem jedno. W stajni ją dopadnę.
I tym razem nikt nam nie przerwie.
Powrót do stajni był… męką.
Z zewnątrz wszystko wyglądało normalnie. Spokojnie zsiedliśmy z koni, jak reszta grupy. Rutynowo, bez pośpiechu. Odpiąłem popręg, zdjąłem siodło z mojego czarnego ogiera, czując jeszcze pod palcami ciepło jego spoconego grzbietu.
Ale w środku byłem daleki od spokoju.
Za każdym razem, gdy nasze dłonie przypadkiem się mijały przy sprzęcie…
Za każdym razem, gdy kątem oka widziałem jej profil pochylony nad białą klaczą…
Za każdym razem, gdy docierał do mnie jej zapach zmieszany z sianem i skórą…
Szlag mnie trafiał coraz bardziej.
Ania też była jakaś… cichsza. Bardziej skupiona. Ale widziałem te drobne sygnały: szybszy oddech, zbyt długie spojrzenia, to nerwowe zagryzanie wargi, które już zdążyłem poznać.
Udawała.
Ja też.
Rozebraliśmy konie, wyczesaliśmy je w milczeniu, które było głośniejsze niż jakakolwiek rozmowa. W końcu zaprowadziliśmy je do boksów. Mój fryz parsknął cicho, jakby wyczuwając napięcie, które wisiało między nami od tamtej polany. Poklepałem go po grzbiecie obiecując, że jednak nie zrobię z niego kiełbasy.
A potem zostaliśmy tylko my. I siodła w rękach.
Ruszyliśmy do siodlarni.
Pomieszczenie było ciepłe, pachniało skórą, olejem do rzemieni i drewnem nagrzanym całym dniem. Wysoki stół pośrodku, rzędy ogłowi i siodeł na ścianach. Cicho. Za cicho.
Drzwi zamknęły się za nami z głuchym kliknięciem.
Przekręciłem klucz.
Metal zazgrzytał krótko.
Odwróciła się do mnie powoli.
— Mamy coś do dokończenia… nieprawdaż? — powiedziałem nisko.
Jej uśmiech był powolny. Zbyt pewny.
— Nie mogłam się już doczekać.
I to był koniec rozsądku. Co ta kobieta ze mną robi, że jedno jej słowo, jeden uśmiech i od razu tracę rozum.
Rzuciliśmy siodła na bok niemal jednocześnie. Złapałem ją w pasie i bez wysiłku uniosłem, sadzając na środku masywnego stołu. Drewno zaskrzypiało głucho pod jej ciężarem.
Natychmiast oplotła mnie nogami.
Jak wcześniej.
Jakby to był jej najbardziej naturalny ruch na świecie.
Wbiłem się w jej usta, czując jak odpowiada bez chwili wahania. Jej dłonie wsunęły się w moje włosy, przyciągając mnie bliżej. Ciepło jej ciała było niemal namacalne.
Zacząłem ją rozbierać powoli.
Najpierw kamizelka. Guzik po guziku bez pośpiechu. Nie przerywając nawet na chwilę kosztowania jest słodkich nabrzmiałych ust.
Materiał zsunął się z jej ramion, odsłaniając białą koszulę pod spodem. Znów te cholerne guziki, najchętniej zerwał by to wszystko z niej jednym ruchem no ale trzeba jeszcze jakoś wrócić do domu. Rozpiąłem więc pierwszy guzik. Potem drugi. Trzeci.
Cały czas całując ją po szyi, pod szczęką, tuż za uchem — tam, gdzie jej oddech zawsze rwał się najmocniej.
Koszula rozchyliła się.
Biała koronka biustonosza pod spodem nie pozostawiała wiele wyobraźni.
Zamarłem na ułamek sekundy.
Prześwitujące sutki.
Jej klatka piersiowa unosiła się szybciej.
Za szybko.
Zsunąłem usta niżej.
Po szyi.
Po obojczyku.
Po dekolcie.
Czułem pod ustami ciepło jej skóry, delikatne napięcie mięśni, każdy drobny dreszcz, który przez nią przechodził.
Rozpiąłem biustonosz z tyłu.
Materiał opadł na podłogę.
I wtedy naprawdę straciłem cierpliwość.
Moje usta odnalazły jej pierś instynktownie. Jej reakcja była natychmiastowa — głowa odchyliła się do tyłu, a z jej gardła wyrwał się cichy, urwany jęk, który przeszedł mnie prądem od karku aż po kręgosłup.
Jedną dłonią obejmowałem drugą pierś, czując jak reaguje pod palcami.
Miękka.
Ciepła.
Żywa.
Ona jest dzisiaj moja. Cała moja.
Biustonosz dołączył do reszty ubrań na podłodze a ja delikatnie sunąłem palcami po jej skórze całując ją wokół piersi jerzykiem potrącając sterczący mocno sutek.
Schodziłem ustami niżej. Powoli. Po żebrach, po brzuchu, zatrzymując się na moment przy pępku, jakbym naprawdę celebrował każdy centymetr jej skóry.
Bo trochę tak było.
Gdy dotarłem do linii bryczesów, specjalnie zwolniłem.
Przejechałem kciukiem pod materiałem.
Poczułem jej reakcję natychmiast.
Drgnęła.
— Spokojnie… — mruknąłem cicho. – Doczekasz się.
Najpierw zdjąłem jej buty rzucając je daleko w kąt pomieszczenia.
Potem jednym ruchem zrzuciłem z siebie koszulę, czując na skórze chłodniejsze powietrze pomieszczenia. Jej wzrok przesunął się po moim torsie powoli. Niemal wygłodniałe
To mi się podobało. Cholernie podobało
W końcu zsunąłem z niej bryczesy.
Została przede mną tylko w białej bieliźnie.
Mokrej.
Śliskiej.
— O… ktoś tu chyba jest już gotowy — powiedziałem nisko, przesuwając kciukiem po materiale.
Zadrżała wyraźnie.
Przesunąłem ją kawałek dalej po stole i docisnąłem delikatnie, żeby się położyła. Jednocześnie moja dłoń odruchowo zacisnęła się na jej piersi, a palce lekko uszczypnęły sutek.
Jej oddech urwał się gwałtownie.
Oparła stopy o krawędź stołu.
A ja… celowo zwolniłem.
Zbyt bardzo lubiłem się z nią drażnić. Doprowadzać do szału gdy nie dostawała od razu tego czego chciała. Stopniowo się rozgrzewała, nakręcała jak tykająca seksowna bomba.
Jej zapach był teraz wszędzie — słodki, ciepły, zmieszany z wonią skóry siodeł i starego drewna. Ten miks działał mi na głowę jak najmocniejszy narkotyk.
Kiedy w końcu pozbyłem się reszty materiału z pomiędzy jej nóg, powietrze między nami zrobiło się ciężkie.
Zbyt ciężkie.
Całkiem naga… Moja… Tylko moja
Zawsze jest piękna ale teraz, w tym stanie, tutaj przede mną przechodziła już samą siebie.
Nie spieszyłem się.
Za bardzo lubiłem to napięcie. Całowałem jej stopy, później łydki i wnętrze ud jednocześnie delikatnie gładząc rękami po jej miękkiej aksamitnej skórze.
Niecierpliwi się. Chce więcej… czuje to w delikatnym drganiu jej mięśni.
Dopiero gdy jej ciało zaczęło drżeć wyraźniej a oddech był szybki i gorący pozwoliłem sobie zejść niżej…
Moja głowa znalazła się tam gdzie teraz mnie najbardziej potrzebowała. A język delikatnie prześliznął się po niej.
A jej reakcja była natychmiastowa.
Wygięła się w łuk z urwanym jękiem.
O kurwa… jak ona zajebiście smakuje. Jak ktoś pierdoli coś o nektarach bogów to chyba nie próbował jej. I niech lepiej nie próbuje. Bo ona jest moja…
Nie przestawałem.
Nie chciałem.
Język krążył po jej sromie a każde szturchnięcie łechtaczki powodowało napięcie mięśni i wygięcie się w łuk z podniecenia.
Czyli tego chcesz Aniu. W takim razie dostaniesz co chcesz…
Ręce raz zaciskały się na udach pomagając mi utrzymać ją w miejscu gdy w momentach największej rozkoszy próbowała się wyśliznąć, a raz krążyły zaciskając się na tali i piersiach.
Jaka ona jest gorąca… jaka cholernie seksowna.
Doprowadziłem ją do momentu, w którym całe jej ciało zaczęło drżeć niekontrolowanie. A uda mocno zacisnęły się wokół mojej głowy.
Oddychała szybko, cala mokra od potu, z czerwonymi policzkami i dekoltem po fali pierwszego orgazmu. Nigdy nie wyglądała piękniej niż teraz. Nigdy nie była bardziej moja.
Popatrzyła na mnie z dzikim spojrzeniem i odepchnęła noga pod sama ścianę za moimi plecami.
Zeskoczyła ze stołu i w mgnieniu oka już klęczała przede mną rozpinając spodnie.
Zsunęła je w dół a pod bokserkami już prężył się sterczący w gotowości penis. Też gorący i gotowy jak ona.
Zagryzła wargę patrząc spragnionym wzrokiem.
Całowała mnie po brzuchu i biodrach zanim zsunęła bokserki z których niemal wyskoczył stojący żylasty penis.
O tak… Ten jej wzrok. To pożądanie w oczach już samo doprowadza mnie na skraj szaleństwa. Wplotłem jej moją dłoń we włosy delikatnie nakierowując na cel.
I wtedy…
Uderzenie w drzwi.
Szarpnięcie klamki.
Zamarliśmy oboje.
Ktoś próbował wejść.
— No tak… — mruknąłem pod nosem. — Idealne miejsce…
Spojrzeliśmy po sobie.
Sekunda zawahania.
I wybuchnęliśmy cichym, zduszonym śmiechem.
Przecież inni też muszą odnieść siodła. Jak mogliśmy pominąć ten fakt. Przy niej mój mózg zmienia się totalną papkę. Zaczęliśmy się w pośpiechu ubierać Mówiąc innym że się drzwi zacięły i już próbuje je otworzyć.
Stanąłem przed nią, delikatnie chwytając palcami z brodę uniosłem jej twarz w moim kierunku i pocałowałem.
W pośpiechu zaczęliśmy się ubierać, poprawiając ubrania jak nastolatki przyłapane na gorącym uczynku.
— Drzwi się zacięły! — rzuciłem w stronę wejścia, starając się brzmieć normalnie.
Jej policzki były czerwone.
Mój oddech wciąż za szybki.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, zniknęliśmy stamtąd prawie biegiem.
Jak para kompletnych małolatów.
Ale jedno wiedziałem na pewno.
To zdecydowanie nie był koniec.
Ann Margaret
Jak Ci się podobało?