Kurier Maksym. Cash on Delivery (III)
1 września 2026
Kurier Maksym. Cash on Delivery
9 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Leżałam na zimnej, skórzanej sofie, a powietrze w salonie wciąż wibrowało od napięcia po wyjściu męża. Sięgnęłam po telefon i trzęsącymi się palcami wystukałam do szefa krótką wiadomość, biorąc dziś urlop na żądanie. Dopisałam tylko: „PS. Siła wyższa”. Nie byłam w stanie zebrać myśli, a myśl o tym, żeby pójść teraz do biura i udawać, że wszystko jest w porządku, była jak tarcie styropianem o szkło.
Na ogromnym ekranie telewizora, film z Egiptu wciąż odtwarzał się w zapętleniu, wypełniając salon moimi własnymi jękami. Dźwięk dobiegał z głośników zamontowanych we wszystkich możliwych miejscach, sprawiając niesamowicie realistyczne wrażenie – jakby te wszystkie wyuzdane sceny, które oglądałam na ekranie, działy się fizycznie tu i teraz.
Patrzyłam na to i zastanawiałam się, dlaczego właściwie nie czuję wstydu ani rozpaczy, a przynajmniej nie w takiej formie, jakiej normalnie bym się po sobie spodziewała. Byłam po prostu wściekła i zła na Błażeja – wściekła, że brutalnie przerwał moją palcówkę i nie skończył tego tak, jak pragnęłam. Czułam, jak gniew stopniowo ustępuje miejsca czystej, obezwładniającej perwersji. Moje niedopieszczone, ociekające sokami ciało domagało się mężczyzny.
I w tej właśnie chwili przyszła mi do głowy chora, destrukcyjna myśl, żeby po prostu zadzwonić do Czarka. Wróciła do mnie ta niewypowiedziana potrzeba, żeby to powtórzyć. Zapewne był teraz gdzieś na mieście albo ogarniał sprawy swojej firmy i pewnie mógłby bez najmniejszego problemu niedługo przyjechać. Ta wizja, że zaraz wpadnie i dokończy to, co zaczęło się rano, zaczęła mnie na nowo potwornie rozgrzewać.
I dokładnie w środku tego narastającego obłędu, ekran mojego telefonu nagle się rozświetlił.
To była wiadomość od mojego męża. Żadnych pytań o to, jak się czuję, żadnych wyjaśnień, żadnego komentarza do tego, co przed chwilą wydarzyło się w salonie. Tylko suchy screenshot z maila z informacją, że za chwilę przyjedzie kurier z przesyłką. To był jego kolejny chłodny, wyrachowany i dobrze znany mi ruch. Komunikat był prosty: życie toczy się dalej, spektakl skończony, a ja mam po prostu wykonać kolejny, domowy obowiązek. Nawet nie wiedział, że ostatecznie nie poszłam do biura i zostałam w domu, ale i tak z uległością odpowiedziałam na tę wiadomość, wysyłając mu tylko emotikonę uniesionego w górę kciuka.
Spojrzałam na ekran jeszcze raz i powiększyłam zdjęcie. Wtedy to zauważyłam. Imię kuriera: Maksym.
Znałam go doskonale. To był ‘ten kurier’ – bezczelny, pewny siebie skurwysyn z Ukrainy, który z pełną, chamską premedytacją zawsze zostawiał mi paczki na wycieraczce, zamiast normalnie podać mi je do rąk. Robił to tylko pod jednym, konkretnym pretekstem – żeby móc bezkarnie stać w progu i patrzeć z góry, jak po nie sięgam, wbijając wzrok głęboko w mój dekolt, gdy tylko się schylałam. Zawsze miał też przygotowany ten sam numer: nigdy nie działał mu terminal. W ten sposób zmuszał mnie do nerwowego szukania gotówki i w efekcie – do zostawiania mu reszty jako napiwku. Był na swój sposób miły, całkiem nieźle mówił po polsku, ale w jego uśmiechu i sposobie, w jaki na mnie patrzył, zawsze czaiło się coś lepkiego. Coś drapieżnego i niewymownie brudnego.
Świadomość, że on zaraz zadzwoni do drzwi, uderzyła we mnie jak gorący powiew powietrza, w odpowiedzi na który skóra natychmiast pokrywała się potem. Byłam sama z moimi brudnymi i niewyrażonymi pragnieniami, naładowana chorym, buzującym jak Mentos w Coca-Coli podnieceniem. Sama myśl o tym, że ten bezczelny facet stanie za chwilę w moim progu i będzie patrzył na mnie swoim taksującym wzrokiem, sprawiła, że moje hamulce zaczęły się niebezpiecznie luzować. Wstałam z zimnej, skórzanej sofy i ruszyłam prosto do łazienki. Potrzebowałam się umyć. Moja cipa była już nieznośnie lepiąca się od tych ciągłych fal podniecenia. Wzięłam prysznic. Narzuciłam na siebie jedynie cienki, jedwabny szlafrok. Poprawiłam dłońmi włosy i sięgnęłam po szminkę, by nałożyć lekki makijaż.
To było całkowicie absurdalne – przed chwilą oglądałam swoje własne porno w salonie, a teraz stałam przed lustrem i starannie malowałam usta na spotkanie z ukraińskim kurierem. Ale to właśnie ta absurdalność działała na mnie jak narkotyk. Czułam się bezwstydnie podniecona. Byłam gotowa, by w pełni świadomie przekroczyć kolejną, nieodwracalną granicę.
Ostry dźwięk domofonu nagle przerwał gęstą ciszę.
Podeszłam do panelu w przedpokoju. Na małym ekranie zobaczyłam twarz Maksyma. Jego bezczelne, ciemne oczy wpatrywały się prosto w obiektyw kamery, a zniekształcony przez głośnik głos rzucił sucho: – Przesyłka za pobraniem. – Proszę przygotować gotówkę.
Zmarszczyłam brwi, czując irytację.
– Ile? – zapytałam.
– Osiemset złotych.
Co, kurwa? – pomyślałam, a w głowie przez ułamek sekundy zapanowała pustka. Skąd miałam nagle wziąć w gotówce taki hajs?
I wtedy sobie przypomniałam. Niedawno wypłaciłam gotówkę na kolejną serię botoksu, którym poprawiałam fasadę perfekcyjnej warszawskiej żony. W tej samej chwili obudziła się we mnie perwersyjna ironia tej sytuacji: pieniądze, które miały sponsorować tę idealną i nieskazitelną fasadę, zaraz posłużą mi do tego, żeby ją ostatecznie i brutalnie zniszczyć.
Ścisnęłam przycisk odblokowujący zamek na dole. Kilkadziesiąt sekund później rozległ się dzwonek do głównych drzwi. Zamiast uchylać je ostrożnie na łańcuchu i załatwiać sprawę szybko na klatce schodowej, nacisnęłam klamkę i otworzyłam je szeroko. Miałam na sobie tylko cienki, jedwabny szlafrok, który luźno opływał moje jeszcze wilgotne po prysznicu ciało. Pasek zawiązałam tak bardzo lekko, żeby pod pretekstem drobnego ruchu sam się rozwiązał. Materiał opadał tak, że nie pozostawiał żadnych złudzeń co do tego, że pod spodem nie miałam żadnej bielizny.
Maksym stał w progu z przesyłką w dłoniach, a jego spojrzenie w bezwarunkowym niemal geście zjechało na mój rozchylony dekolt. Dałam mu wyraźny, jednoznaczny sygnał, że nie zamierzam stać tak rozebrana na korytarzu, na widoku sąsiadów. – Wejdzie pan? – powiedziałam chłodnym, wibrującym od napięcia głosem, robiąc krok w tył i wpuszczając go do środka mojego mieszkania.
Kiedy tylko przekroczył próg, natychmiast zamknęłam za nim ciężkie drzwi. Cichy trzask zamka odciął nas od reszty świata. Odwróciłam się do niego tyłem. Doskonale czułam, jak jego lepki, głodny wzrok dosłownie pożera każdy ruch moich bioder. Powolnym, pewnym krokiem ruszyłam po portfel.
Wróciłam po chwili. Maksym wciąż tam stał, ale jego postawa nie pozostawiała złudzeń. Przyjął bezczelną, pewną siebie pozę – stał na szeroko rozstawionych nogach, jakby zawłaszczał sobie przestrzeń mojego holu. Tym razem jednak, co było do niego niepodobne, trzymał paczkę w dłoniach, zamiast rzucić ją od razu pod nogi.
Podeszłam bliżej, zatrzymując się tuż przed nim. – Nie położy jej pan na ziemi? – zapytałam zalotnie, zawieszając na nim spojrzenie.
Maksym uniósł brwi, wyraźnie zdziwiony tą nagłą zmianą moich reguł gry. Spojrzał w dół, po czym wskazał ruchem głowy miejsce na podłodze, idealnie pomiędzy swoimi szeroko rozstawionymi butami. – Tu? – zapytał ostrożnie. – Tak. Dokładnie tam. – powiedziałam tonem, jakbym to ja miała dyktować dalej warunki.
Posłusznie zniżył się i położył karton centralnie pomiędzy swoimi nogami. Zrobiłam krok do przodu i powoli się po nią schyliłam. Zrobiłam to z chłodną jak listopadowy poranek premedytacją. Kiedy zgięłam ciało, jedwabny szlafrok – niby to przez czysty przypadek – rozsunął się na boki. Moje piersi, brzuch i nabrzmiałe podbrzusze zostały w pełni obnażone. Przez te kilka długich sekund, gdy moje dłonie sięgały po karton tuż przy jego kroczu, dosłownie czułam na swojej nagiej skórze palący ciężar jego spojrzenia.
Wyprostowałam się, wciąż pozwalając, by jedwab swobodnie spływał wzdłuż moich boków. W jednej dłoni trzymałam paczkę, a w drugiej portfel wypchany gotówką. Spojrzałam mu prosto w ciemne oczy. – Dobrze pan zarabia w swojej pracy, panie Maksymie? – zapytałam, przesuwając kciukiem po krawędzi skórzanego portfela.
Maksym był wyraźnie zbity z tropu. Zderzenie mojego pytania, pełnego obnażenia i pewności siebie sprawiło, że jego cwaniacka bezczelność na ułamek sekundy wyparowała. Odetchnął zauważalnie ciężej. Przełknął ślinę i rzucił ostrożnie, badając grunt: – No… okej.
Uśmiechnęłam się lekko, czując, jak w żyłach pulsuje mi czysta władza, która ostatecznie trawiła poranne upokorzenie. – A chciałby pan zarobić trochę więcej?
Maksym był wyraźnie zmieszany. Nie odrywałam od niego wzroku, a w głowie pulsowała mi tylko jedna, dławiąca wręcz myśl: miałam ochotę oddać całą zawartość tego portfela za to, co ukrywał pod materiałem swoich spodenek. Maksym przełknął ciężko ślinę. Doskonale widziałam w jego oczach tę gorączkową kalkulację – nie wiedział, czy to jakaś chora pułapka, czy obietnica czegoś brutalnie prawdziwego.
– No… a jak? – zapytał w końcu. Jego głos lekko się załamał, zdradzając rosnące w nim potężne napięcie.
Podeszłam do niego, skracając dystans. Stanęłam tak blisko, że od razu uderzył mnie jego zapach. Czułam tanią wodę po goleniu, która brutalnie mieszała się z ostrą wonią potu i początkami męskiego, fizycznego zmęczenia. Ten surowy, robotniczy zapach zadziałał na mnie w tamtej chwili jak najczystszy afrodyzjak, tak drastycznie różny od sterylnych, drogich perfum mojego męża, które jeszcze rano wypełniały sypialnię.
Spojrzałam w dół, wymownie omiatając wzrokiem jego krocze, po czym znów uniosłam głowę i spojrzałam prosto w jego ciemne oczy. – Proszę zdjąć spodenki – powiedziałam powoli, chłodnym tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Nie czekałam na jego reakcję. Odłożyłam paczkę z powrotem na ziemię, rozpięłam portfel i wyciągnęłam z niego gruby plik banknotów. – Osiemset złotych za pobraniem – powiedziałam, rzucając odliczoną kwotę na karton leżący między jego nogami. Resztę – kilkaset złotych w czystej, świeżej gotówce – wsunęłam powoli, prosto za gumę jego roboczych spodenek, dotykając przy tym dłonią jego twardniejącego wybrzuszenia.
– A to jest reszta… – wyszeptałam, patrząc mu na usta. – Za to, żebyś zamknął mi mordę swoim fiutem.
W ułamku sekundy powietrze w przedpokoju zrobiło się jeszcze gęstsze. Szok Maksyma zniknął, a jego miejsce zajęła czysta, zwierzęca wręcz drapieżność. Terminal płatniczy z głuchym stukotem wypadł z jego dłoni na podłogę. Złapał mnie nagle za dłoń i przyłożył ją do swojego krocza. Wcisnął ją jeszcze mocniej do środka, zmuszając mnie, bym przez materiał dokładnie poczuła, z czym mam do czynienia. – Zawsze wiedziałem, że pod tymi drogimi ciuchami z ciebie po prostu zwykła szluha. – warknął z góry, a jego wschodni akcent zabrzmiał teraz o wiele bardziej ostro, wulgarnie i brudno. – Tylko wiesz co, paniusiu? Kak ty już tak ładnie zapłaciła, to nie myśl, że będzie szybki numerek. Ja ciebie tak rozjebię, że zapomnisz o tym swoim idealnym mężusiu. Na kolana, bliad’! – warknął, wydając mi polecenie jak żołnierz, który dostał na przepustce kurwę, z którą może zrobić wszystko, co tylko zechce.
Jego słowa, naładowane dźwiękami z pogardy, zadziałały jak wyłącznik w moim mózgu. Nogi same się pode mną ugięły. Opadłam płynnie na podłogę, klękając w rozchylonym szlafroku dokładnie przed jego brudnymi butami, prosto na rozsypanych banknotach, które przed chwilą rzuciłam.
Spojrzałam w górę, prosto w jego oczy i wyjęczałam cicho: – Dokładnie tego chcę Maksym…
– Ty dumała, że za te papierki kupisz sobie jebanie? – warknął, ściskając moją szczękę tak mocno, że poczułam smak krwi na wewnętrznej stronie policzka. – Że weźmiesz sobie Ukraińca jak jebanego psa, żeby ci wyruchał tę twoją pańską cipę? Z ciebie żadna pani, z ciebie zwykła, tania szluha.
– Ja ciebie teraz zniszczę – powiedział cicho. – Twój mężuś tak ciebie nie jebał i nigdy nie wyjebie, bliad’.
Patrzył na mnie z góry z czystą, zwierzęcą pogardą. – Smotri, jaka grzeczna suka – rzucił z drwiącym wschodnim akcentem, chwytając mnie brutalnie za włosy. – Sama rozkłada nogi przed dostawcą. Dobrze wiesz, do czego tu jesteś.
– Tak, Maksym… – wyjęczałam. – Zgwałć mnie…
Maksym w odpowiedzi jednoznacznie się uśmiechnął, jakby moje słowa zaczęły dokładnie nazywać jego brudne myśli.
pofantazjujmy!
Jak Ci się podobało?