Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (I)
2 grudnia 2025
Matka, żona i kochanka
1 godz 8 min
Natomiast wracając do opowiadania, zaznaczam, że o ile pewne postacie czy sytuacje będą nie tylko luźno inspirowane realnym życiem, a wręcz żywcem z niego wyciągnięte (na przykład treść i forma maila są jak najbardziej prawdziwe, a moja ingerencja ograniczyła się jedynie do usunięcia co bardziej prywatnych szczegółów), o tyle nie polecam robienia z takiej czy innej bohaterki mojego alter ego, a z fabuły autobiografii. Oczywiście, jeśli się uprzecie, Moje Drogie Czytelniczki, Czytelnicy i wszystkie pozostałe Osoby Czytelnicze, to możecie, jednak bardzo szybko zaprowadzi Was to donikąd. Nie pierwszy raz zresztą.
Zapraszam więc do lektury – rozsiądźcie się wygodnie przed ekranami, nalejcie herbatki, kawki czy drineczka, złapcie za myszkę, gumowe jebadło albo co tam jeszcze chcecie i… czytajcie. Pamiętając tylko, że nie dla wszystkich jest to takie proste i oczywiste.
Bywają czasami dni, których mamy serdecznie dość, nim jeszcze na dobre się zaczną. A gdy już wreszcie dobrną do końca, chcielibyśmy raz na zawsze wymazać je z pamięci. I ten właśnie dzień stanowił idealny przykład… tyle że nie. Wyspałam się – jak zwykła mawiać moja matka – na miętko, naszykowane zawczasu śniadanie godne eko-bio-fitness-trendy-spa-cateringu za miliony monet popiłam jeszcze pyszniejszą kawą z lokalnej palarni, pachnący świeżo wymienionym obiciem siedzeń autobus przyjechał idealnie o czasie, a większość z ośmiu jakże pracowitych godzin minęła mi raczej na pogaduszkach, podśmiechujkach i ewentualnie podlizywkach niż faktycznemu nakurwianiu targetu. Po powrocie natomiast czekał mnie suto zastawiony stół i siedząca za nim uśmiechnięta od ucha do ucha rodzina.
A mnie i tak wszystko dookoła wkurzało. Irytowało. Żebym nie powiedziała tego samego, co przy targecie. Do tego stopnia, że zamiast pochwalić:
– po pierwsze – syna za wyróżnienie w konkursie plastycznym – i to takim międzyszkolnym, zwieńczonym pisemnymi gratulacjami od dyrektora osobiście, a nie tylko krzywym uśmiechem nauczycielki w wieku przedpogrzebowym,
– po kolejne – córkę za strzelenie dwóch bramek w turnieju o puchar burmistrza dzielnicy, dzięki czemu cała drużyna otrzymała nie tylko gratulacyjne uściski dłoni, ale i torby z całkiem konkretnymi fantami,
– and last, but not least – męża za przygotowanie zarówno najpyszniejszej z pysznych kaczki-dziwaczki w buraczkach (w towarzystwie ręcznie kulanych kluseczek z dziurką ma się rozumieć), jak i wspomnianego wcześniej śniadania,
milcząco wrzuciłam w siebie zawartość talerza i czym prędzej oddaliłam się do swojego pokoju. Ostentacyjnie zamykając za sobą drzwi. Dlaczego? A żebym to ja wiedziała…
Wiodłam przecież poukładane, całkiem dostatnie życie bez większych trosk i zmartwień, o którym wiele koleżanek i wcale nie mniej kolegów mogło co najwyżej pomarzyć. Tak spokojne, aż momentami nudne. I może to właśnie stanowiło główny problem? Wiedziałam, co stanie się za godzinę, jutro, za pół roku. Praca, dom, zakupy, szkoła, w sezonie weekendy spędzane na działce, jakiś dłuższy wyjazd nad morze, w góry czy do innej równie przereklamowanej wakacyjnej miejscówki. Jedne i drugie święta, urodziny, imieniny. Sylwester, andrzejki, walentynki, dzień dziecka. Jeśli akurat trafił się wolny wieczór, to minetka, lodzik, gdzieś pomiędzy nimi parę minut miętoszenia cycków, klepania po tyłku, względnie obu tych czynności naraz. Dwie pozycje na krzyż i koniecznie nie nazbyt hałaśliwy finał, bo dzieci śpią. Prysznic, mycie zębów, spać.
I tak bez końca.
Czy chciałam to zmienić, przyprawiając tę raczej mdławą codzienność szczyptą spontaniczności? Szaleństwa? Pikanterii? A bo to raz! Czy próbowałam? Owszem, zdarzyło się. Czy osiągnęłam efekt? Raczej daleki od oczekiwanego, o ile w ogóle. Mało tego: nie dość, że marzenia dość brutalnie zderzyły się wówczas z realiami, to jeszcze poza zawodem sprowadziły i na mnie, i przede wszystkich na moich bliskich dość przykrości, bym w końcu przestała się oszukiwać. Smutne to było, lecz nadto prawdziwe.
Dlatego też postanowiłam spędzić najbliższe godziny w towarzystwie wanny. I muzyki. I kieliszka. I miałam w głębokiej nieprzyzwoitości, jak stereotypowe by to nie było.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Bez zbędnego przedłużania zanurzyłam się w jednej słodkiej pianie, popiłam drugą, założyłam słuchawki i po chwili zawahania włączyłam Tęczę Ryśka B. I to tę z późniejszego, bardziej komercyjnego okresu twórczości. Nie był to może idealny wybór, lecz gdybym odpaliła na ten przykład Księdza Judasza, Megaśmierć albo tym bardziej wyziewy z dupy Belzedupa osobiście, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością skończyłoby się na poważnych stratach w sprzęcie, wystroju wnętrza oraz instalacji wod-kan. W ludziach zresztą też.
Gdzieś tak w połowie albumu – względnie pod koniec drugiej dolewki, zależnie jaką jednostkę czasu przyjąć – doszłam do wniosku, że wystarczy tego dobrego. Jeszcze poczuję się zbyt zrelaksowana i co wtedy? Sięgnęłam więc na powrót po telefon, by uzupełnić codzienną dawkę cyfrowego barachła. Mniej więcej po kolejnym kwadransie, gdzieś pomiędzy filmikiem z klepiącą się po tkance foczej japońską kuleczką w kropeczki a zaproszeniem na przepłacony festiwal kuchni udającej egzotyczną, zabrałam się za porządki w skrzynkach mailowych. Także tej, która za czasów swej świetności grzała się bardziej niż pasek na pompie szambiarki, dziś natomiast była jedynie przywołującym mało przyjemne wspomnienia artefaktem. Świadectwem dawno zawiedzionych nadziei, naiwności i najzwyklejszej głupoty. Podeptanych marzeń o byciu sławną i jeszcze bogatszą autorką bestsellerowych powieści z listy Top 10 Empiku. Co się będę ograniczała, od razu z podium!
Owszem, nie usunęłam swej pożal się Boże twórczości (HA, TFU!rczości) z różnych portali, grup dla podobnych mnie niespełnionych pseudoliteratów i innych tego typu miejsc, lecz nie spodziewałam się, by po takim czasie ktokolwiek się nią jeszcze interesował. A już na pewno nie wysłał do mnie prywatnej wiadomości.
Jej początek był całkowicie zwyczajny, choć napisany bardziej emocjami niż rozumem. Zawierał podziękowanie za wspomnianą twórczość, wymienienie kilku ulubionych tytułów, odniesienie się do pewnych sytuacji, które swego czasu wypisałam publicznie jako główne powody, zniechęcające mnie do dalszego pisania. No i życzenie, bym koniecznie do niego powróciła, bo przecież mam taki wielki talent i jeszcze większa szkoda, bym go zmarnowała! Było to oczywiście miłe, lecz po prawdzie niewiele ponadto.
Różnicę robił dosłownie jeden akapit, po przeczytaniu którego aż musiałam mocniej złapać za krawędź wanny, osuwającej mi się spod nóg. Znaczy tyłka. Gdy to nie pomogło, opróżniłam kieliszek do dna. A później i resztę butelki.
Przez resztę popołudnia biłam się z myślami. Czy powinnam odpowiedzieć? Nie? Tak? W jaki sposób? Z jakimi konsekwencjami będę musiała się liczyć, jeśli zdecyduję się odpisać, a czego mogę się spodziewać, gdybym postanowiła zmilczeć? I przede wszystkim: czego tak naprawdę chcę? Czego oczekuję? Czego pragnę?
Ostatecznie doszłam do jakże oczywistego wniosku, że i tak nie wymyślę niczego lepszego ponad równie banalne zajęcie się sprawami bieżącymi, a rozwiązanie przyjdzie samo do głowy. Albo i nie, bo taką opcję także brałam pod uwagę. Tak czy inaczej, wylewnie aż do przesady pogratulowałam dzieciakom zasłużonych sukcesów, podpytałam czy poza tym wszystko dobrze w szkole i poza nią, podziękowałam też mężowi za starania nie tylko kulinarne. Niestety, o ile latorośle najwyraźniej niczego podejrzanego nie zauważyły, a wręcz były ukontentowane takim obrotem spraw, o tyle moja druga połówka nie dała się zwieść i gdy tylko zostaliśmy sami, bez ogródek zadała najbardziej banalne z banalnych pytań:
– Co się dzieje, kochanie?
Ot tak. Bez podejrzliwości czy tym bardziej czepialstwa, a raczej z jakże uzasadnioną troską w głosie.
Mogłam opowiedzieć wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Mogłam rzucić parę ogólników w rodzaju „napisała do mnie jakaś laska z tamtej strony, na której kiedyś publikowałam, nie przejmuj się”. Mogłam, ale wybrałam najbardziej prymitywne kłamstwo.
– Nic, nic. Jakoś tak źle się czuję – westchnęłam teatralnie i dla jeszcze większej pretensjonalności przewróciłam oczami. – Nie martw się, już mi powoli przechodzi.
Tak, jakby siejące właśnie spustoszenie w mym umyśle (i nie tylko w nim) tornado (o sile co najmniej F6*) nie było godne choćby krótkiej wzmianki. Co jeszcze gorsze, o ile jakoś dawałam sobie radę z uspokojeniem rzeczonej głowy, o tyle z resztą ciała już tak dobrze nie było. Owszem, znałam przynoszące błyskawiczną ulgę lekarstwo na domagającą się atencji piczkę, tylko czy naprawdę chciałam go użyć właśnie w takiej chwili?
Przemyślałam szybko wszystkie za, przeciw oraz być może, po czym stwierdziłam, że faktycznie to będzie najlepsze wyjście. Chyba. Miałam nadzieję. A jeśli nawet nie tak idealne, jak mi się wydawało, to przynajmniej najprzyjemniejsze.
– Wiesz co… tak sobie myślę… że przejdzie mi jeszcze szybciej, jak zrobisz mi masaż. Na przykład gołego biustu. Najlepiej ustami – szepnęłam wciąż zerkającemu na mnie podejrzanie mężowi.
Fakt, wyglądał na zaskoczonego, lecz niespecjalnie wdał się w dalsze dyskusje. A już na pewno nie protestował. Zamiast jednak wziąć się od razu do dzieła, na co po cichu – i absolutnie wbrew zdrowemu rozsądkowi – liczyłam, zaproponował spacer, by wybiegana młodzież wczesnoszkolna tym chętniej zakopała się wieczorem w pościeli. I oczywiście przyobiecał, że skoro tak zacna persona, jak ja, składa równie jednoznaczne propozycje, grubiaństwem byłoby odmówić!
Jak powiedział, tak zrobił. Gdy nadeszła odpowiednia pora (nie, nie ta na Telesfora), świeżutko ogolony, wypachniony i już na pierwszy rzut oka jakże chętny do spełnienia mego życzenia, wkroczył do sypialni. Postawił jeszcze tylko na stoliku płaską misę, zapalił unoszące się na warstwie wody trzy nieduże świeczki i wygodnie ułożył za mną. Nago. Objął ramieniem, poprawił jeszcze raz, po czym zaczął obsypywać drobniutkimi całuskami szyję oraz ramionach. I na razie nic ponadto. No dobrze, miział mnie jeszcze dłonią tu i ówdzie, ale to naprawdę tyle. Wiedział doskonale, czego w takiej chwili najbardziej potrzebuję i czekał cierpliwie, aż sama zdecyduję się na więcej. A nawet gdybym tego nie zrobiła, postanawiając ograniczyć się jedynie do przytulania, też nie powiedziałby złego słowa. I to nie dlatego, by nie zrobić mi przykrości. Nie raz i nie dziesięć oficjalne deklaracje co najmniej gargantuicznego analnego rykowiska skończyły się nie podróżą w poprzek galaktyki rozkoszy, a niczym innym jak wspólną drzemką. Po której ani ja, ani on nie mieliśmy do siebie żadnych pretensji. Mało tego: dziękowaliśmy sobie za tak właśnie spędzony wspólnie czas, przyjemniejszy od najprzyjemniejszych fantazji.
Nie tym razem jednak, o nie! Falujące płomyczki nie zdążyły jeszcze porządnie rozbłysnąć, a obróciłam się w stronę partnera i podłożyłam poduszkę pod bok, podsuwając biust ku samym wargom. Już nie spokojnie szumiący gdzieś w tle, a wyraźnie wzburzony strumień pocałunków zalał mnie od szyi aż po brzuch, ze szczególnym uwzględnieniem nabrzmiewających pod coraz energiczniejszymi pieszczotami sutków. Odchyliłam głowę, pozwalając na coraz więcej i więcej. Celowo ścisnęłam piersi ramionami, by tym bezczelniej zachęcały adoratora do okazywania im uwielbienia. Skutecznie! Wylizane, wyssane, wymiętoszone oraz wykomplementowane, oddały wreszcie pola reszcie niecierpliwiącego się coraz wyraźniej ciała, ze szczególnym uwzględnieniem jego dolnych rejonów.
Nie miałam jednak zamiaru jedynie bezwolnie poddawać się przyjemności, o nie! Gdy więc usta, wyraźnie ukontentowane smakiem wspomnianych piersi, brzucha oraz ud, zaczęły coraz odważniej defasonować także tyle, co wyczesaną fryzurkę, postanowiłam jednoznacznie przejąć inicjatywę. Nie pierwszy raz zresztą i zapewne nie ostatni owego wieczoru.
Podniosłam się, przeciągnęłam zachęcająco i bez dalszego ociągania usiadłam na mężu, leżącym teraz na plecach. Nim jednak zabrałam się do dzieła, przez parę dłuższych chwil kontemplowałam to własne odbicie w lustrzanych drzwiach szafy, to cokolwiek niepewnego mych dalszych poczynań partnera, to nas oboje. Brzuszek, który po drugim dziecku jednoznacznie, definitywnie i ostatecznie postanowił, że w głębokim (a może szerokim? Zależy, jak leży) poważaniu ma standardy tik-tokowych fitnesek. Fałdeczki na tych samych, gładzonych ledwie parę minut wcześniej biodrach oraz boczkach. Piersi, które, choć niewiele miały już wspólnego z licealno-studenckim rozmiarem 70B, ewidentnie nie nadążyły za resztą krągłości, przez co zamiast idealnej klepsydry przypomniałam raczej co nieco rozklapcaniałą gruszkę. Asymetrycznego boba, będącego może i krzykiem najnowszej mody wśród psiapsiółek z wywiadówek, lecz równocześnie co najwyżej marnym cieniem obiektu zazdrości szkolnych koleżanek w postaci kasztanowych loków do połowy pleców.
A także może już nie tak wyrzeźbione, jak za czasów regularnych wizyt w osiedlowej siłowni, lecz wciąż imponujące jędrnością mięśnie, jakich nie powstydziliby się młodsi o dekadę koledzy, prześcigający się w hodowaniu piwnych bebzonów na home office. Sporo krótsze niż kiedyś i z każdym dniem coraz bardziej srebrne, niemniej wciąż gęste włosy. Uśmiech, działający na mnie tak samo, jak wtedy, gdy…
I pomyśleć, że kiedy się poznaliśmy, moją początkową reakcją było bardziej „no dobra, miły jesteś i w sumie to całkiem apetyczne z ciebie ciacho, ale zasługuję na kogoś lepszego, więc zostaw tego kwiatka i zwolnij miejsce bardziej odpowiednim kandydatom” niż „ściągaj majty, będziemy się całować”. Naprawdę. Mało tego: nawet gdy już oficjalnie ze sobą chodziliśmy, podsycany czytanymi hurtowo romansidłami – z im wyraźniejszym zabarwieniem erotycznym, tym lepiej, ma się rozumieć – diabełek regularnie podszeptywał, że przecież jedna koleżanka ma bogatszego, druga przystojniejszego, trzecia bardziej „męskiego” (cokolwiek by to miało znaczyć), dziesiąta ich wszystkich naraz, a ja jakiegoś takiego… zwyczajnego? Pospolitego? Niewartego nawet mego zainteresowania, a co dopiero mnie samej?
Tyle że wcale nie. Przeciwnie: był on na wskroś niezwykły, tylko ja, zamiast docenić jego naturalne przymioty, wolałam w swych nierealistycznych wymaganiach z dupy i równie bezdennej durnocie traktować je jako dyskwalifikujące wady, a nie niewątpliwe zalety. I to pomimo wielokrotnie powtarzanych gratulacji ze strony tych samych koleżanek, mniej lub bardziej otwarcie zazdroszczących mi właśnie takiego adoratora. Nie nabitego teściem po czubek łysej pały blokowego pakera, nie samozwańczego króla podmiejskich dansingów, nie lalusia w śmierdzącej januszexowym leasingiem beemce, tylko właśnie takiego z pozoru niepozornego, złotego chłopaka. I to dosłownie. Złotego chłopaka ze złotymi, związanymi w kitkę włosami. Złotobrązowymi, szczerymi niczym u wiernej psiny oczami, których nie mógł ode mnie oderwać. Szczerozłotym sercem i takoż samą duszą, podanymi mi na otwartej dłoni.
Ale nie, ja musiałam szukać kwadratowych jaj i złośliwie wypominać wszystko, co tylko uznałam za nie dość doskonałe! Bo na przykład jak to tak, że facet nie tylko nie ma co najmniej metra osiemdziesięciu, ale wręcz jest niższy od dziewczyny? Niższy i młodszy na dodatek! Nieważne, że o ledwie dwa palce i niewiele ponad pół roku – niższy to niższy a młodszy to młodszy i tak być nie będzie, bo to wstyd, hańba i niegodne niewieściej czci kalumnie! Poza tym, nawet gdyby był wyższy i starszy, to i tak musiał się odpowiednio postarać, by zasłużyć na me względy! Nie ma to-tamto, mnie zdobyć trzeba! Ja nie jestem jakaś pierwsza lepsza i muszę się odpowiednio cenić!
Dlatego nie zdążyłam się jeszcze porządnie rozsiąść przy kawiarnianym stoliku i ponarzekać na lurowatą kawę i przesłodzone ciasto – mimo że przecież nie ja płaciłam, bo równość równością, ale pralka się sama nie wniesie, kran nie naprawi a rachunek tym bardziej nie ureguluje – a już zażądałam restauracji.
Gdy poszliśmy do restauracji – jeszcze bardziej przehajpowanej w social mediach, przeładowanej „stylowymi” durnostojkami z Temu oraz przetatuowanej na rękach, nogach i przede wszystkim dekoltach obsługi niż kawiarnia – całą kolację marudziłam o kinie.
Kiedy zaprosił mnie do kina – na film, który sama wybrałam w ramach naszej wspólnej jednomyślnej decyzji, ma się rozumieć – obraziłam się, bo przecież w piątkowy wieczór to się do modnego klubu idzie! No co za niedomyślna sierota, no…
A na koniec, jakby nie dość już zebrało się powodów do natychmiastowego zerwania, to kto daje własnemu dziecku na imię Iwo? Iwo! Tak to można było nazwać postać – i to drugoplanową – rodem z jakiejś dawno zdezaktualizowanej lektury z podstawówki, wciąż zajmującej miejsce w podstaaawieee programoooweeej (czytał… znaczy śpiewał: Krzysztof M. Maj) tylko i wyłącznie dzięki równie durnej nostalgii tak samo przeterminowanych belferek, a nie sigma macho gangsta latino buchającego testosteronem buhaja, ściągającego laskom majtki przez głowę powłóczystym spojrzeniem pożądliwego wzroku!
Zresztą jakby to wyglądało na wspólnym zaproszeniu czy innej wizytówce? On Iwo, ona Iwo…
O czym to ja…
A, właśnie! Dopiero po długim – zbyt długim, bym mogła zrzucać to jedynie na młodzieńczą naiwność, a bardziej jawną głupotę – czasie dotarła do mnie jakże ważna i równie oczywista prawda, że pierdolę. Jak potłuczona. Pierdolę jak potłuczona bohaterka najbardziej tandetnej powieści posuwisto-zwrotnej, jaką tylko można napisać (i, co gorsza, przeczytać), nie próbującej się nawet silić na wyjście choćby pół kroku (czy raczej poklepania pipki) poza najbardziej przeruchane stereotypy dla najbardziej stereotypowych, dla odmiany ewidentnie nieprzeruchanych czytelniczek. No i że są rzeczy ważne i ważniejsze. Jakie konkretnie?
Ano takie, że nachyliłam się i pocałowałam Iwa w usta tak mocno, aż mało się nie zakrztusił. Następnie w policzki. Szyję. Ramiona. Piersi, będące chyba najbardziej niedocenianą męską strefą erogenną. Brzuch. Znów sutki. Wodziłam językiem dokoła nich, chwytałam ustami, ostrożnie przygryzałam, znów lizałam. I nie bez satysfakcji wysłuchiwałam świadczących jednoznacznie o przeżywanej przyjemności westchnień.
Uśmiechnęłam się do siebie. Do męża zresztą też. Oboje wiedzieliśmy, że wystarczyłoby ledwie parę ruchów dłonią w okolicy podbrzusza – a być może i to nie, bo parokrotnie zdarzyło mi się… znaczy jemu… znaczy mnie doprowadzić do poplamienia pościeli jedynie dzięki stymulacji rzeczonych sutków – by doprowadzić do finału już teraz. Nie takie jednak były moje plany.
Czy miałam ochotę na więcej? Bez dwóch zdań tak! Czy mogłam sobie na to pozwolić? Zważając na chrapiącą dokładnie pod nami dwójkę małoletnich szpionów, mających aparat rentgenowski w oczach i sonar najnowszej generacji zaimplementowany przez ściśle tajne rządowe agencje do uszu, niekoniecznie. Co nie oznaczało, że nie miałam zamiaru w pełni wykorzystać nadarzającej się okazji.
Kolejny raz zmieniłam pozycję. Na dokładnie odwrotną. Nie, nie wzleciałam od razu pod sufit, gdyż takie wybryki przy moich gabarytach byłyby cokolwiek kłopotliwe w realizacji, dosiadłam natomiast partnera tyłem naprzód. Na tyle blisko, bym przesłoniła mu cały świat, a jednocześnie tak daleko, by nie mógł zrobić niczego poza oglądaniem właśnie. A żeby widok stał się jeszcze bardziej interesujący, wsunęłam dłoń pomiędzy uda. Rozchyliłam dwoma palcami płatki, a trzecim zaczęłam się pobudzać. To wsuwałam go powolutku w wilgotne już wnętrze, to masowałam nabrzmiewającą łechtaczkę, to powracałam do penetracji. Gdy uznałam, że wystarczy, wyprostowałam palce, licząc na domyślność.
Nie przeliczyłam się. Iwo najpierw dokładnie wylizał dłoń, pomrukując z nieukrywanym zachwytem, a dopiero po niej przeszedł do reszty intymności. Masował mnie i ugniatał. Całował i ssał. Dokładnie tak, jak lubiłam. Jak uwielbiałam. Jak on i tylko i wyłącznie on potrafił mnie pieścić.
W zamian objęłam wargami nadto wyraźnie oczekującego na więcej penisa. Bez zarówno pośpiechu, jak i zbędnego przedłużania. W dokładnie taki sposób, by pozwolić partnerowi na doprowadzenie mnie krok za krokiem – czy raczej cmoknięcie za cmoknięciem – ku rozkoszy. Wspólnej. Fakt faktem, nie zawsze udawało się nam idealnie zgrać, lecz tym razem byłam zdeterminowana, byśmy przeżyli spełnienie w dokładnie tym samym momencie. Gdy miałam ochotę na więcej, napinałam kręgosłup, nastawiając mój najcenniejszy klejnocik wprost pod wylizujący wszystkie me najintymniejsze zakamarki język. Kiedy czułam, że pozostawiona na parę chwil w spokoju męskość domaga się więcej uwagi, paroma szybszymi ruchami dłoni stawiałam ją do podręcznikowego pionu.
Robiłam tak aż do chwili, w której dobrze znane drżenie zaczęło się rozchodzić od dołu brzucha po calutkim ciele. I jeszcze raz. I znowu! Równocześnie zaczęłam energiczniej potrząsać głową, a by jeszcze wzmocnić efekt, docisnęłam głowę męża pośladkami. Może nieco zbyt mocno – o czym świadczyły wbite głęboko w ową dupę palce, próbujące ją choć troszkę unieść – lecz najważniejsze, że z odpowiednim skutkiem w postaci wytrysku, wypełniającego usta aż po brzegi. Nie tylko moje, jak miało się szybko okazać, gdyż w natłoku emocji przeoczyłam, jak bardzo mokry był mój własny orgazm.
Czy miałam ochotę na więcej? A jakże! Marzyło mi się wskoczenie na wciąż sztywnego, ociekającego ostatnimi niezlizanymi jeszcze kroplami spermy kutasa i ujeżdżanie go, póki nie wystrzeli po raz kolejny. Pragnęłam wsadzić rękę między uda i brandzlować się aż do skutku, a gdyby i to nie pomagało, zrobić dokładnie to samo z tyłkiem. A gdy oboje znów przeżylibyśmy spełnienie, położyłabym się na plecach, rozłożyła nogi na całą szerokość jak ostatnia (a może i pierwsza? Musiałabym wyprowadzić wzór, wyznaczyć granicę całkowania i policzyć deltę) babilońska nierządnica i przyciągnęła męża, by jeszcze na deser mnie wylizał. Calutką. Od wzgórka, przez wnętrza ud, po nasadę pośladków. Bez pominięcia choćby najmniejszego, smakującego naszą wspólną rozkoszą fragmentu ciała po drodze. By spijał wyciekające ze mnie pożądanie, nie mogąc się nachwalić, jak to cudownie pachnę i smakuję.
Niestety, musiałam się zadowolić co najwyżej przytuleniem. No, może jeszcze równie długim, co namiętnym pocałunkiem na dobranoc.
Wiedziałam, że nawet gdybym bardzo chciała, nie mogłam już dłużej czekać. A nie chciałam. Podbudowana przeżyciami poprzedniego wieczoru i następującymi po nich pościelowymi przemyśleniami, zebrałam się wreszcie w sobie. Nim jednak odpisałam na maila, postanowiłam go ponownie przeczytać. Tym razem znacznie uważniej niż za pierwszym razem. No i całkowicie na trzeźwo.
Kochana Pani Yvaine!
Wstępem mojego listu przepraszam za nadtą poufałość… Piszę do Pani z powodu takiego oto, iż jestem stałym czytelnikiem portalu Namietne i właśnie przeczytałam Pani ostatnie opowiadanie. Piszę do Pani, bo niegodzę się z tym, iż nie będzie na portalu wspaniałej, nieocenionej, ważnej dla mnie i wielu, wielu fanów Pani twórczości, kolejnych pięknych Pani publikacji.
Czytając adnotację o Pani przejściach z pisaniem i publikowaniem na faceboku i grupach i innych miejscach po prostu… ręce mi opadły >:O, dlatego, że nie rozumiem jak można potraktować tak utalentowanego, mądrego i oczytanego człowieka jak Pani! >:( ponieważ zadziało się bardzo źle!
Nie mam słów by opisać, jaką radością witałam Pani publikacje. W tym miejscu muszę coś wyznać, jestem Pani wielką fanką więc i wiele jeszcze muszę nadrobić, a mojim ukochanym opowiadaniem jest „Wyznanie dziewczyny z marzeń”. Nie wiem czemu, ale bardzo zaintrygowały mnie postacie Anety, którą dość upiornie sobie wizualizowałam oraz Renaty. No i rozpisanie głównej bohaterki! Mistrzostwo! W Odecie z opowiadania ‘’Takie same a takie różne’’ odkryłam swoje niepewne i rozchwiane ego, którego brak. Przy ‘’Przyrodniej siostrze’’ chciałam płakać, kiedy czytałam. ‘’Słodkie walentynki’’ i kreacje Amelii i Aleksandry też były wspaniałe. Jak mówiłam, wiele, baardzo wiele przede mną! Bardzo dziękuję za Pani twórczość.
Tak, było to miłe. Bardzo miłe. Znacznie bardziej niż odebrałam to za pierwszym razem. Co więcej, napisanie czegoś takiego musiało wymagać wcześniejszej walki z samym sobą. Z samą sobą. I tak, walki! Z przekonaniem, że po co w ogóle coś takiego robić, że przecież to nie moja sprawa, że jak to tak pisać z jakimiś anonimowymi pornopisarzynami z internetów, że pewnie zrobię z siebie idiotę. Idiotkę. Na jedno wychodzi.
O nie, wcale nie na jedno! Wymienione wcześniej przeszkody to mogłam sobie sama pokonywać w wolnych chwilach, natomiast autorka listu miała przed sobą jeszcze jedną. Bez porównania poważniejszą. Odetchnęłam więc głębiej i na wszelki wypadek poprawiłam najpierw krzesło, a później własny zadek, by w przypływie emocji nie spowodować katastrofy budowlanej.
Pani pisanie przemawia do mnie, ponieważ jestem osobą niepełnosprawną (prawie zupełnie nie widomą). Pani publikacje, pozwalają widzieć mi świat erotyki. Erotyka w kontekście osób niepełnosprawnych jest tematem tabu, a mało kto zdaje sobie sprawę, że u takich osób libido to tragedia i że często na zawsze pozostają dziewicami i prawiczkami.
Przepraszam za tak wielkie uzewnętrznienie swojej osoby, prawdopodobnie a raczej napewno list do Pani jest jednym z najszczerszych tekstów, z jakim przyszło mnie się zmierzyć i doskonale zdaję sobie sprawę, iż w każdej chwili może przestać Pani czytać mój list, co będzie całkiem uzasadnione, ponieważ nie używam ortografii a moje błędy wołają o pomstę i styl przeraża, nie mniej czułam, że musiałam do Pani napisać.
Pozdrawiam. Wika (nie Wiktoria)
Strzeliłam spiętymi palcami i póki jeszcze miałam w sobie dość sił i odwagi – oraz zupełnie się nie rozkleiłam, co lada chwila mi groziło – czym prędzej zabrałam się za odpisywanie.
Dzień dobry, Kochana Wiko!
Niezmiernie dziękuję za Twój list, którego nie mogłam się spodziewać nawet w najśmielszych snach! Jest mi niezwykle miło, że do mnie napisałaś i postaram się chociaż trochę podziękować za Twoje słowa, które sprawiły mi ogromną przyjemność. No i nie jestem żadną „panią” i ani mi się waż dalej tak do mnie mówić!
Zacznę może od tego, że moja twórczość wcale nie jest taka dobra, jak próbujesz ją przedstawiać. Zresztą było to widać po raczej przeciętnym powodzeniu wśród czytelników oraz absolutnym braku zainteresowania ze strony wydawców. Nie masz się też czym martwić na przyszłość, bo kiedy skończą Ci się moje opowiadania do czytania, to przecież na Namiętnych, Wybitnej Erotyce albo choćby HEHE24 jest tak wiele tak wspaniałych autorek i autorów, że na pewno znajdziesz coś dla siebie. I gwarantuję Ci, że nie jedno i nie dziesięć opowiadań będzie tam znacznie lepsze niż moje. Poza tym, kto wie, być może kiedyś jeszcze coś napiszę i wtedy będę miała nadzieję, że nie zawiodę Twoich oczekiwań!
Chciałabym też…
Zawahałam się. Oczywiście zżerała mnie ciekawość, by poruszyć wiadomy temat, lecz nauczona doświadczeniem postanowiłam nie dopytywać o szczegóły. Dlatego też postanowiłam do niego nawiązać w taki sposób, by Wika nie poczuła się zignorowana, lecz i bez zbędnego narzucania się.
Chciałabym też pogratulować Ci niezwykłej odwagi i powiedzieć, że bardzo poruszyło mnie to, o czym do mnie napisałaś. Oczywiście mogę sobie tylko wyobrazić, jak to jest, kiedy musisz zmagać się z takimi przeciwnościami w codziennym życiu, ale widzę, że wspaniale dajesz sobie radę i powinnaś być z siebie dumna! I jest mi też niezmiernie miło, jeżeli chociaż trochę pomogłam Ci w poznawaniu siebie. A gdybyś tylko miała jakieś dodatkowe pytania czy wątpliwości, postaram się w miarę swoich skromnych możliwości Ci pomóc.
Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszego odkrywania krainy namiętności!
Twoja Yvaine
Kliknęłam, wysłałam, zamknęłam pocztę. I tyle.
Nie byłam aż tak naiwna, by uznać rozmowę za zakończoną, niemniej nie spodziewałam się po przyszłej korespondencji już zbyt wiele. Oczekiwałam raczej przejścia do ogólnikowego pitu-pitu o lekkim zabarwieniu erotycznym, przerywanego co najwyżej anegdotkami na poziomie „ciotka koleżanki kota mojej sąsiadki powiedziała, że gorsze są tańsze, a lepsze są droższe”. O jakże się pomyliłam! Mało tego: już druga wiadomość, jaką dostałam dosłownie godzinę po wysłaniu odpowiedzi, mocno zachwiała poczuciem mego wewnętrznego spokoju. Tego, co uważałam za sukces, porażkę, szczęście, pech, dobro, zło i wszystko pomiędzy.
Dzień dobry więc kochana Yvainne!
Raz jeszcze przepraszam za swą wylewność ale naprawdę bardzo się cieszę że potraktowałaś moją wiadomośc w taką serdecznością. Oczywiście nie wymagam, ażebyś zaraz próbowała sobie wyobrażać, jak to jest być taką osobą jak ja, ale i tak jest mi niezwykle miło, bo tak bardzo się starasz zrozumieć mnie i mój punkt widzenia. Taka akceptacja jest bardzo ważna dla mnie i dla nas wszystkich, bo często ludzie współczują nam ale potem i tak traktują nas tak jakbyśmy niczego nie potrzebowali od życia a przecież my jesteśmy normalnymi ludźmi! Mamy swoje potrzeby, tez te fizyczne tylko jest nam je trudno zrealizować, chociaż często tak bardzo się staramy.
Niewiem czy napisałam to wtedy wystarczająco jasno, ale, to dzięki między innymi Twoim tekstom zaczęłam się zastanawiać nad tym jaka naprawdę jestem i czego potrzebuję i co bym chciała. A mam marzenia, mam pragnienia i nie raz bardzo odważne fantazje, co chciałabym zrealizować w prawdziwym życiu tylko nie mam jak ani z kim. A zdarzyło mi się kilka razy, że poznałam bardzo miłego chłopaka, na przykład na czacie albo forum dla osób niewidomych i niedowidzących, i niestety potem nic z tego nie wyszło bo zawsze kończyło się tylko na słowach. Albo jak czasami jakiś chłopak zbliży się do mnie tak bardzo blisko aż jestem w stanie go wyraźniej zobaczyć i się okazuje, że jest bardzo przystojny i wtedy robi mi się tak dziwnie… bo czuję, jak moje ciało bardzo by chciało więcej, ale wiem przecież, że nigdy to się tak dobrze nie kończy.
Dlatego też takie opowiadania albo audio buki są mi bardzo pomocne, bo dzięki wyobraźni mogę poznawać swoje potrzeby i swoje ciało. Te wszystkie takie niezwykle podniecające opisy, te sceny miłosne między bohaterami, te namiętności jakich doświadczają to jest coś naprawdę niesamowitego! I pomiędzy nimi tylko ja, moja wyobraźnia, moje ciało, i moje dłonie, jak się pieszczę w samotności i myślę jakby to było, jakbym to ja była z nimi razem i przeżywała to wszystko co oni! To jest cudowne i jeszcze raz tak niesamowicie bardzo Ci Yvain za to dziękuję i dziękuję bo bez Ciebie nie poznałabym siebie tak dobrze! Nie odkryła swojej namiętności i pożądania które na codzień muszę chować przed innymi i całym światem. I to jest strasznie przykre jak nas ludzie z boku postrzegają i jak jest nam trudno uzewnętrznić nasze uczucia oraz pragnienia. A już zwłaszcza te erotyczne.
Jeżeli napisałam za dużo to przepraszam i mam nadzieję, że mi to wybaczysz i taką moją otwartość wobec Ciebie. Tak w ogóle to muszę Ci powiedzieć, że jestem niezwykle ciekawa jaka naprawdę jesteś, jak wyglądasz i jaki masz głos na żywo i jak dokładnie sobie Ciebie wyobrażałam przez ten cały czas jak czytałam wszystkie Twoje opowiadania. A na pewno jesteś jeszcze wspanialsza i jeszcze cudowniejsza niż w moich marzeniach! Bo to jak mi napisałaś świadczy właśnie o tym i Twojej cudowności i wielkim sercu i serdeczności jakie masz do ludzi.
Przesyłam ci pełne radości całuski i do mam nadzieję zobaczenia kiedyś.
Wika
A to i tak był dopiero początek. Później nadszedł trzeci mail, czwarty, piąty… Dopiero koło północy skrzynka odbiorcza wreszcie zamilkła, pozostawiając mnie samą na sam z kotłowaniną sprzecznych emocji, z którymi nijak nie potrafiłam sobie poradzić. Dlaczego? Ano dlatego, że – o ile oczywiście wszystko, co Wiktoria do mnie napisała, było w stu procentach prawdziwe, gdyż mimo wszystko zawsze istniało ryzyko podkolorowywania lub wręcz otwartej konfabulacji – korespondowałam z młodszą o ponad dekadę, zmagającą się z niewyobrażalnymi dla mnie problemami psychicznymi i zwłaszcza fizycznymi dziewczyną, która w mej nie najwyższych przecież lotów pisaninie odnalazła sposób na wyrażanie siebie.
Bardzo erotyczne wyrażanie. Żeby nie powiedzieć: pornograficzne, bo taki przecież był charakter całej mojej twórczości: od mniej lub bardziej sprośnych wierszydeł, przez one-shoty, opowiadania czy też formy będące w zasadzie regularnymi nowelami, stanowiące lwią część mego pożal się kurtyzano dorobku, po zalążek powieści, któremu niestety – a może na szczęście? – nie dałam nigdy w pełni się rozwinąć. Wszystkie one były szczodrze wypełnione tyleż dosłownymi, co momentami aż do przesady szczegółowymi opisami organów płciowych i tego, co można (a nieraz i czego zdecydowanie się nie powinno) przy ich pomocy robić. A że wyobraźnię miałam bujną, to i wzajemnych erotycznych konstelacji nawymyślałam na całe uniwersum. Tak w tej, jak i paru innych, odległych galaktykach.
I o ile naczytałam się podówczas bardzo wielu bardzo różnych komentarzy, dotyczących nie tylko zawartości tekstów, ale także (a miejscami przede wszystkim) siebie samej – bo wiadome było, że jeśli autorka opisuje BDSM, to biega po domu z pejczem, a gdy bohaterka jest lesbijką, wówczas jej pierwowzór na pewno będzie miał jedną kochankę w łóżku, drugą pod i piątą w szafie – o tyle nigdy nie przybrały one choćby zbliżonego do wywodów Wiktorii charakteru. Owszem, czasami zahaczały o sprawy nie tyle nawet osobiste, co intymne, lecz nigdy nie wymagały ode mnie wzięcia tak wielkiej odpowiedzialności za obcą przecież osobę. Okej, byłam świadoma, w jaki sposób czytelnicy traktują moje „dzieła” i co przy nich robią, jednak wciąż nijak miało się to do tej konkretnej sytuacji z udziałem tej konkretnej osoby.
Jakby tego było mało, okazało się, że mieszkałyśmy z Wiką w tej samej stolicy tego samego środkowoeuropejskiego kraju, co w swej naiwnej prawdomówności postanowiłam potwierdzić. Jakbym była – nomen omen – ślepa zarówno na te wszystkie niespecjalnie zawoalowane sugestie Wiktorii, jakby to było superaśnie kiedyś się zobaczyć, jak i na własne doświadczenia związane z takimi spotkaniami „na żywo”. Nie przez komunikator, nawet nie za pośrednictwem kamery, a twarzą twarz. I mimo że nie byłoby to pierwsze moje wyjście z nory komfortu, skutkujące pokazaniem światu własnej twarzy, a nie tylko wydekoltowanego avatara, to wszystkie poprzednie próby kończyły się co najmniej niezręcznie dla obu stron. Taaa, żeby tylko „niezręcznie”…
Nie, nie uważałam siebie zaraz za jakąś paskudę, którą wespół z Babą Jagą, żabą Moniką i jej podstarzałym zbokiem-alkoholikiem-przydupasem Kulfonem straszy się niegrzeczne dzieci, lecz w nieuzasadniony samozachwyt też wolałam nie wpadać. Nie wspominając o wspomnianych wcześniej wyidealizowanych wyobrażeniach, odbiegających zazwyczaj baaardzo daleko od w gruncie rzeczy dość przeciętnej rzeczywistości. Nie tylko tej seksualnej.
Tak, w gruncie rzeczy uważałam się za osobę na wskroś przeciętną. Zgadza się, miałam wspaniałego męża, zdolne dzieciaki czy choćby stabilną pracę, pozwalającą wieść spokojnie życie w całkiem przyjemnej okolicy. Do tego ani ja, ani nikt z mych ukochanych nigdy nie zachorował na nic groźniejszego niż pospolite jesienno-zimowo-wiosenne pocenie się pod kołdrą z gilem po pas – i oby tak zostało! Tyle że było to… zwyczajne. Dalekie od jakże zakłamanego, kolorowego obrazka rodem z tiktoków, tinderów, a przede wszystkim wyobrażeń czytelników. Czytelniczek także. Tymczasem zazwyczaj spodziewali się oni – i spodziewały – co najmniej byłej (a może i obecnej) modelki, przechadzającej się z wysadzanym diamentami pejczem po prywatnym jachcie. No nie. Nie, nie i po stokroć NIE.
Dlatego też wolałam od razu podzielić się wszystkimi wątpliwościami i przedstawić własny pogląd na co bardziej drażliwe kwestie. Parokrotnie kasowałam wiadomość przed jej ostatecznym wysłaniem, próbując znaleźć może nie od razu złoty, lecz choćby tombakowy środek pomiędzy obawami, uprzedzeniami, ciekawością a zwyczajną grzecznością, aż wreszcie uznałam, że wystarczy tego kombinowania. Jeżeli propozycja Wiktorii nie była jedynie chwilowym kaprysem, zadośćuczynię jej życzeniu. A w jaki sposób, to się ustali na bieżąco.
Na razie postanowiłam zaczekać. Tylko i aż.
Na tyle długo, bym miała czas na kolejne rozważania nad sensem wszechświata. Znaczy własną dupą. Zaczynającą znowu żyć własnym życiem i mającą za nic, co pomyśli głowa. Ze szczególnym uwzględnieniem takich sytuacji jak wspólne oglądanie filmu, wieczorny masaż stóp po ciężkim dniu, nawet krzątanie się po kuchni. Wystarczyło wówczas ledwie parę przytulasków czy nie daj Boże pocałunek, a już wyobrażałam sobie rzeczy z… no właśnie – własnych opowiadań. I pół biedy, jeżeli byłam w stanie rozchodzić emocje, ewentualnie wyczarować chociaż pół godzinki na jakiś bardzo szybki numerek, choćby nawet taki zaczynający się (i kończący też) wsadzeniem jednej dłoni w majtki, a drugiej pod bluzkę. Cała bieda była wtedy, gdy ani jedno, ani drugie się nie udawało, a napięcie wzbierało we mnie w tempie wykładniczym. Co mi wtedy pozostawało? Szybka randka z Dildosem Dareczkiem, względnie Wibratorką Wandzią?
Otóż nie. Wystarczyło wykazać się odpowiednią dozą cierpliwości, a oczekiwana okazja prędzej czy później sama się pojawiała. A gdy już się to stało, wyciskałam z niej tyle, ile tylko się dało. I to dosłownie. Najlepiej przy pomocy męża. Nie był on oczywiście idiotą i bardzo szybko zauważył zmianę mojego zachowania, niemniej nie dopytywał o przyczyny takiego stanu rzeczy.
Do czasu.
Konkretnie do najbliższej soboty, gdy po porannej gimnastyce pod samochodem postanowił się odświeżyć przed obiadem. O ile jednak moje wtargnięcie do łazienki nie wywołało specjalnego zaskoczenia – było przecież oczywistą oczywistością, iż najlepiej pumeksuje się stopy, myje włosy czy też usuwa nadmiar szczeciny z nazbyt zaszczeciniałych rejonów, gdy ktoś inny przebywa pod prysznicem / w wannie / na kiblu (niepotrzebne skreślić) – to rozebranie się do naga spowodowało głośno wyrażone obawy o równie niespodziewaną wizytę latorośli, biegających po podwórku. Na razie, bo co strzeliłoby im do głowy za parę sekund, tego nikt nie wiedział. W szczególności one same.
Postanowiłam jednak zignorować zagrożenie i nie wdając się w dalsze dyskusje, weszłam pod wspomniany prysznic. Polałam się obficie pachnącym indyjsko (i miałam na myśli kwiaty, a nie tikka masala chickena) olejkiem do kąpieli i sięgnęłam ku wcale nie tak spłoszonej, jak mogłoby się wydawać męskości. Równocześnie nakierowałam palce partnera ku własnym rejonom intymnym, śliskim już nie tylko od kosmetyku. Dokładnie – poza zapachem olejku i standardem samej kabiny prysznicowej – tak samo, jak robiłam w dawnych czasach, gdy mieszkaliśmy w wynajmowanej od kuzyna ciotki szwagra sąsiada kawalerki na głębokich przedmieściach. Dlaczego? Być może dlatego, że korespondencja z Wiktorią uświadomiła mi, jak wielkie miałam w życiu szczęście i jak bardzo z nie potrafiłam tego docenić. I powinnam korzystać z takich chwil jak ta i cieszyć się nimi, bo drugiej okazji po prostu mieć nie będę. A może najzwyczajniej chciałam, by mój jedyny i najukochańszy mąż jedną dłonią pieścił mi piersi a drugą kobiecość, podczas gdy ja masowałam mu penisa?
Tyle że nie do końca. Tak naprawdę ściskał on moje cycki, podsuwając je sobie naprzemiennie do ust. Oblizywał twarde już sutki dookoła, ssał je i puszczał z głośnymi cmoknięciami, wreszcie wciskał język pomiędzy boki piersi a ramiona, sprawiając mi jakże przyjemne łaskotki. To rozpychał mokrą cipkę dwoma palcami jednocześnie, to wyciągał je, ostentacyjnie lizał i powracał, by ugniatać nimi równie podnieconą łechtaczkę. Coraz szybciej i mocniej, nie zważając zupełnie na towarzyszące temu coraz mniej przyzwoite odgłosy. W tym samym czasie ja szarpałam fiuta z taką pasją, jakby zależały od tego losy (wszech)świata. Pocierałam odsłoniętą główkę, ściskałam nasadę, wreszcie pieściłam jądra, by tym bardziej zwiększyć doznań.
Choć zdawałam sobie sprawę, jak gwałtownie coś takiego może się skończyć, wolałam udawać, że mam nad wszystkim kontrolę. Niedoczekanie! Zaślepiona przez namiętność nie zauważyłam nie tylko pierwszych, ale i co najmniej trzecich sygnałów nadchodzącego finału, a gdy wreszcie dotarło do mnie wystękane „przepraszam, dłużej nie dam rady”, było za późno. Zdążyłam tylko niezgrabnie kucnąć, objąć pulsującego już kutasa piersiami i ucisnąć wzgórek pomiędzy pośladkami. I z perwersyjną wręcz przyjemnością przyjmować kolejne fale wytrysku na dekolt, szyję i wreszcie twarz. Ze szczególnym uwzględnieniem wysuniętego języka.
To jednak wciąż nie było wszystko. O ile miałam ochotę na więcej, wiedziałam aż za dobrze, w jakiej formie będzie Iwo po czymś takim. Już po „zwyczajnym” orgazmie nieraz nie był w stanie przez parę minut zwlec się z łóżka, a teraz chyba tylko ściana za plecami trzymała go w jako takim pionie. Tyle że niekoniecznie. Albowiem, wyraźnie chcąc mi się odwdzięczyć za ową niespodziewaną przyjemność, pochlapał twarz i zmierzwił włosy mokrymi rękoma, obmył się tu i ówdzie z resztek pożądania, którego nie zdążyłam zlizać, odetchnął głębiej i poprosił, bym się odwróciła.
Niby spodziewałam się, co zrobi, niemniej zaskoczyła mnie intensywność tychże działań. Palców, drażniących dojrzałe, kołyszące się ciężko cycki o ciemnych, wciąż pobudzonych aureolach. Ust, podgryzających uszy, kark oraz ramiona. I wreszcie drugiej dłoni, która najpierw przepchnęła się od tyłu pomiędzy pośladkami, następnie roztarła spienioną wilgoć po wnętrzu ud, by ostatecznie – jakby naturalistycznego wyuzdania nie było już dość – ponownie wsadzić dwa palce w zarośniętą picz, trzecim zaś uciskać równie nieogolony tyłek.
Mało tego: Iwo nigdy nie był specjalnie wylewny, a im bardziej wstydliwy temat chciał poruszyć, tym trudniej było mu zacząć, nie mówiąc o przejściu do sedna. Gdy jednak się przemógł, zazwyczaj szedł na całość, nie ograniczając się jedynie do nieśmiałego pitu-pitu. Tak, jak teraz. Pochylony nade mną, przyciskający mnie do chłodnej szyby kabiny, zaczął ni to szeptać, ni to wysapywać wprost do ucha rzeczy, jakich dawno od niego nie słyszałam:
– Jesteś taka seksowna i namiętna! Tak bardzo cię pragnę… tak bardzo uwielbiam się z tobą kochać… tak bardzo bym chciał, żebyśmy chociaż raz na jakiś czas byli tacy bardziej odważni! Żebyśmy się nie kochali, tylko… tylko pieprzyli! – dokończył drżącym głosem. – Żebyś pozwoliła się zerżnąć i żebyś ty zerżnęła też mnie… Żebyś była ostra, perwersyjna i wulgarna! I nie powstrzymywała się przed niczym, na co tylko masz ochotę! Chciałabyś…?
– Taaak – wystękałam.
Dostałam więc dokładnie to, czego chciałam. Albo przynajmniej czego mogłam się spodziewać po tak jednoznacznej deklaracji. Do dwóch palców, już teraz rozpychających mi pizdę, dołączył trzeci, kciuk wszedł w dupę aż po zgięcie stawu, a „tylko” miętosząca do tej pory piersi druga dłoń zaczęła je tarmosić aż do granicy pomiędzy ostateczną rozkoszą a regularnym bólem.
Naprawdę nie potrzebowałam niczego więcej, by wypełnić nie tylko łazienkę, ale i całe piętro pojękiwaniami rodem z najbardziej tandetnych pornosów. Naprawdę, jeszcze tylko „ja, ja, das ist sehr gut, schnella, SCHNELLAAA!” brakowało. Swoją drogą szkoda, że podobnych efektów specjalnych tekst pisany jeszcze nie oferował, bo skoro najwidoczniej – a właściwie to najsłyszalniej – miałam aż taki talent wokalny, żal byłoby go zmarnować. Będę wreszcie musiała pomyśleć nad zmajstrowaniem jakiegoś audiobooka, słuchowiska czy jakkolwiek inaczej nie nazwałabym festiwalu rozkosznych rechotów rozochoconych rusałek, porykiwań godowych galopującej na złamanie piczki jednorożczyni z Krainy Orgazmicji i wszelkich innych odgłosów lubieżnych, które miałam zamiar zarejestrować. Tylko gdzie znaleźć odpowiednie studio nagrań?
Chociaż nie, przepraszam, jednak potrzebowałam! I jeszcze bardziej chciałam. Oboje chcieliśmy. Póki jeszcze mogłam się choć trochę kontrolować, wycharczałam:
– Pierdol mnie! Pierdol mnie mocno! Pierdol mnie tak, jak nigdy wcześniej, jak… orzesz, kurwa…
Wtedy się poddałam. Musiałam. Dopadł mnie orgazm nie baśniowy, a tak realny i przede wszystkim obezwładniający, aż nie byłam w stanie ustać na nogach. I gdyby nie ręka, wciąż tkwiąca pomiędzy udami, nie tyle nawet bym się osunęła, co bezwładnie upadła podłogę. Kolejne fale rozkoszy zaciskały i tak już spięte mięśnie, nie pozwalając na złapanie oddechu.
Pomimo najszczerszych chęci i jeszcze mniej udolnych starań, jedynie wydatna pomoc ukochanego powstrzymywała mnie przed bliskim spotkaniem z kafelkami. W końcu jednak i on musiał się poddać i ostrożnie – co biorąc pod uwagę me wciąż śliskie od olejku gabaryty, wcale nie było takie proste – mnie posadził. Przykucnął, odgarnął włosy z czoła, pocałował i z nieukrywaną obawą (choć jak zwykle raczej mało oryginalnie i mocno poniewczasie) zapytał:
– Kochanie, czy wszystko dobrze? Bo chyba przesadziłem i następnym razem…
– Nic nie mów! – wydyszałam, powracając powoli do świadomości. – Nic nie mów… było mi cudownie, tylko… chyba nie jestem w formie, żeby robić takie rzeczy codziennie… – zachichotałam słabo.
W końcu odzyskałam wigor na tyle, by poprosić Iwa o pomoc w powstaniu. A gdy już samodzielnie trzymałam pion, objęłam go ramionami i pocałowałam. W usta. Wciąż smakujące nami obojgiem. Po czym, jakby gdyby nigdy nic, wzięłam gąbkę i zachęciłam, by mnie wyszorował. Wszędzie tam, gdzie tylko był w stanie sięgnąć, a gdyby gdzieś jednak nie był, to niech da znać, a odpowiednio się wypnę.
Jeśli w taki sposób miały wyglądać chwile, na które tak długo i równie niecierpliwie czekałam, miałam zamiar życzyć ich sobie jak najwięcej i jak najczęściej! Bardzo głośno i jeszcze perwersyjniej! Co najwyżej następnym razem skończy się na reanimacji. Gołej dupy.
Perwersja perwersją, lecz jak to zwykle bywało, po sobocie nadchodziła niedziela. Konkretnie ta, na którą umówiłam się z Wiktorią. Jednak nie w kawiarni, parku czy innej agencji „Czarny lotos”, a na razie za pośrednictwem nowoczesnych technologii. Uprzedziłam więc domowników, by mi nie przeszkadzali, zaparzyłam dużą kawę z jeszcze większą mleczną pianką i rozsiadłam się wygodnie przy laptopie. Nałożyłam (pożyczone od córki) oczojebnie różowiaste słuchawki oraz (tym razem już moje, choć od dawien dawna nieużywane) okulary w grubych plastikowych oprawkach, zmieniające mój codzienny wygląd na tyle, ile było to możliwe. Po czym zainicjowałam połączenie.
Oczywiście z początku a to dźwięku nie było, a to obraz się zacinał, a to na połączenie zostało zupełnie zerwane, lecz w końcu udało nam się pokonać trudności. A skoro tak, postanowiłam zacząć:
– Halo? Wiktoria, słyszysz mnie teraz i widzisz? Możemy zaczynać?
– Tak! Jesteś! Super! – odpowiedział mi dość wysoki, wyraźnie nerwowy głos.
– Bardzo mi miło! Może być Wiktoria, czy wolisz Wika, tak jak w mailu?
– Może być Wika. Mogłabyś tylko… chciałam poprosić, ale nie wiem…
– Przecież napisałam, że nie będę miała z tym problemu, jakbyś czegoś ode mnie chciała! – fuknęłam żartobliwie. – Mam się jakoś przesunąć, wstać czy coś? Mów śmiało!
– Nie. Znaczy tak. Jak możesz, to kamerę daj w lewo. Trochę bardziej. Dziękuję.
Wika, nie zwracając kompletnie uwagi na fakt, jak osobliwie musiało to wyglądać z mojej perspektywy, praktycznie przykleiła nos do swojego ekranu. Milczała tak długo, aż poczułam się nieco nieswojo.
– Ale… nie wiem, jak to powiedzieć…
– Najlepiej wprost – znów prychnęłam pół żartem, pół serio.
– Ale ty ładna jesteś! – odezwała się wreszcie.
– I kto to mówi – odpowiedziałam nieironicznie.
Nieironicznie może tak, lecz jednocześnie dość grzecznościowo. I nie było to jedynie wynikiem zaskoczenia, gdyż Wiktoria poskąpiła mi wcześniej informacji na temat własnego wyglądu. A był on… oryginalny na pewno. I tyle na razie mogłam z całą pewnością stwierdzić, celowo wstrzymując się z dalszymi wnioskami. Albowiem gdyż ponieważ, jako uczyła przekazywana przez pokolenia jedynie słuszna mądrość ludowa, nie powinno się oceniać książki po okładce! Z drugiej strony dokładnie ten sam zbiór przysłów z dupy na każdą okazję twierdził, że jak cię widzą, tak cię piszą, więc… Nie to było jednak najważniejsze. Znacznie bardziej ucieszyło mnie, że wreszcie miałam i wstępne oględziny, i związane z nimi wątpliwości, w jaki sposób powinnam się zachować (a w jaki nie do końca) już za sobą.
Mimo najlepszych chęci obie wciąż byłyśmy mocno spięte i nieszczególnie wiedziałyśmy, w jaki sposób powinnyśmy się wobec siebie odnosić oraz na co właściwie możemy sobie pozwolić, sama rozmowa przebiegała w nadspodziewanie miłej i przede wszystkim swobodnej atmosferze. Nawet gdy zaczęłyśmy coraz śmielej przechodzić od raczej ogólnikowego opowiadania o codziennym życiu, jakie przecież prowadziłyśmy, do tematów powiązanych bezpośrednio z tym, co nas ze sobą zetknęło. I to nie tylko tych w rodzaju „czemu w zaczęłam pisać / czemu zaczęłaś czytać opowiadanka o gołych cyckach” (wybrać właściwą opcję), przerywanych dowcipasami na poziomie licealnej toalety, lecz także znacznie bardziej szczegółowych typu „w jakim stopniu bohaterka, odkrywająca w sobie skłonności bikseksualne, jest inspirowana moimi prywatnymi przeżyciami”. I choć w paru momentach zdecydowanie nie było mi do śmiechu, a w kilku innych musiałam poważnie zastanowić się nad udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi, w zasadzie ani razu nie rozważałam przerwania dyskusji.
Zaczęło mnie natomiast dręczyć coś innego. Mianowicie mój stosunek do Wiktorii jako takiej. Nie do postaci z drugiej strony najpierw klawiatury, a teraz także ekranu, a realnej osoby z krwi i kości. Raz milczącej wstydliwie, a raz trajkoczącej trzy po trzy okularnicy o włosach we wszystkich kolorach tęczy i równie ostentacyjnych kolczykach, która pojawiła się w moim życiu znikąd, z którą wymieniłam raptem kilkanaście wiadomości i rozmawiałam od jakiejś godziny, a już niespodziewanie dla siebie samej traktowałam niczym długoletnią przyjaciółkę. Czemu? Tego akurat nie potrafiłam logicznie wytłumaczyć. Nielogicznie zresztą też niespecjalnie. Być może dlatego, że to ona pierwsza otworzyła się przede mną i zaczęła zwierzać z najbardziej prywatnych sekretów? Albo zobaczyłam w niej trochę siebie z czasów, w których najpierw zdążyłam coś palnąć, potwierdzić to przy świadkach i jeszcze się pod tym podpisać, nim w ogóle pomyślałam, żeby pomyśleć? A może… o nie, to już byłaby nadinterpretacja, nad którą wolałam się zbytnio nie zastanawiać.
Zastanawiać nie, jednak pozyskiwać zawczasu pewne informacje, mogące być całkiem przydatne w przyszłości, już tak. Na tyle delikatnie, by Wika zbyt szybko nie zaczęła czegoś podejrzewać, zaczęłam podpytywać ją o sprawy bardziej intymne. Konkretnie stosunki z płcią zarówno przeciwną, jak i własną. I nie, nie przyklejałam jej od razu łatki w kolorze włosów, bo to byłoby najzwyczajniej krzywdzące, niemniej wolałam nie zostać zaskoczona jakimś wstydliwym sekretem w najmniej odpowiednim momencie. Sama Wiktoria także wydawała się nie zauważać w moim zainteresowaniu drugiego dna, odpowiadając na kolejne pytania całkowicie zwyczajnie. Mówiła o rodzinie, o koleżankach i kolegach ze szkoły dla podobnych jej osób, a także o tych mniej pokrzywdzonych przez los, z którymi też przecież utrzymywała kontakt.
Ale nie tylko. Wspomniała też parokrotnie o zdecydowanie niewłaściwie ulokowanych i w efekcie boleśnie zawiedzionych uczuciach. O poszukiwaniu własnej tożsamości, problemach z nawiązywaniem głębszych relacji, wreszcie o jakże typowych dla młodości – starości zresztą też, patrząc po moim przykładzie – fascynacjach i podnietach. I im dłużej jej słuchałam, tym zaczynałam wyraźniej zdawać sobie sprawę, że (cytując maila) „erotyka w kontekście osób niepełnosprawnych jest tematem tabu, a (…) libido to tragedia”. I nie była to żadna przesada. Przecież Wiktoria nie była ani głupia, ani brzydka, ani jakaś antypatyczna, wredna czy choćby niemiła, nic z tych rzeczy! Nawet wspomniana krzykliwa stylówka bardziej przyciągała wzrok, niż nakazywała zachowanie bezpiecznego dystansu w trosce o własne bezpieczeństwo.
Czy w takim razie najważniejszym, a być może i jedynym powodem, przez który Wiktoria wciąż pozostawała samotna, była jej niepełnosprawność? Oczywiście przejrzałam wcześniej całkiem spory kawałek internetów celem poszerzenia wiedzy, o parę kwestii otwarcie dopytałam, kilku innych się domyśliłam – rozwiewając dzięki temu wiele wątpliwości, pozbywając się niejednego uprzedzenia i burząc parę mitów skuteczniej niż profesjonalni telewizyjni pogromcy – niemniej wciąż była to dla mnie czarna magia, pomieszana z wybitnie nieśmiesznym teatrzykiem absurdu. Przecież nawet samo skontaktowanie się ze mną musiało nie być dla Wiki wcale takie proste, a i teraz, gdy w trakcie rozmowy pojawił się jakiś problem techniczny, jego rozwiązanie zajmowało jej o wiele więcej czasu niż mnie. A to był tylko wierzchołek góry niewidocznych – i dosłownie, i w przenośni – dla każdego normalnego człowieka przeszkód, które musiała codziennie pokonywać.
O, przepraszam bardzo, żadnego „normalnego”! To, że siedząca naprzeciwko mnie dziewczyna nie była w pełni zdrowa, nie zabierało jej absolutnie niczego ze znaczącej równie dobrze wszystko i nic z jakże nadużywanej „normalności”! Było to tak oczywiste, aż na samą myśl o tym poczułam się jak skończona ignorantka. I jeszcze większa kretynka.
– Hej… heeej, słyszysz mnie? Bo chyba coś znowu się dzieje z połączeniem!
Dopiero te słowa Wiktorii wyrwały mnie z zamyślenia. Spoglądałam to na nią, najwyraźniej próbującą zrozumieć, dlaczego przestałam reagować na naszą rozmowę, to na wiszącą nad biurkiem antyramę ze zdjęciami z rodzinnych wycieczek. Byłam na nich ja, był mąż, były dzieci, znowu ja, znowu dzieci. W tle morze, góry, palmy, wierzby płaczące, porośnięty winobluszczem skansen, nowiutki biurowiec ze stali i szkła. Pachnący luksusem hotel, omszała agroturystyka w samym środku niczego, wystawa egzotycznych motyli z najdalszych zakątków świata, wylegujące się na bałtyckiej plaży foki z certyfikatem „Teraz Polska”. Do wyboru, do koloru!
Mało nie wybuchłam płaczem. Mój ty Boże, Allahu, Jehowo, Cthulhu i Latający Potworze Spaghetti, jaka była ze mnie durna pała…
Na szczęście udało mi się ogarnąć na tyle szybko i skutecznie, by dalsze tłumaczenia nie były potrzebne. I bardzo dobrze, gdyż kłamać nie chciałam, a powiedzieć prawdy nie mogłam. Przynajmniej na razie, gdyż w głowie kiełkowała mi już pewna idea, na której jednak zrealizowanie potrzebowałam czasu. Dużo czasu i jeszcze większej odwagi, by przyznać się otwarcie przed sobą, rodziną i przede wszystkim Wiktorią z tego, co od lat leżało mi na sercu. Na to było jednak w tym momencie za wcześnie.
Na jeszcze większe szczęście sama Wika po kolejnych kilku minutach powiedziała, że będzie musiała się zbierać. Pożegnałyśmy się więc w jak najlepszej atmosferze i z już wstępnie umówionym kolejnym spotkaniem. Tym razem już definitywnie i jednoznacznie „na żywo”.
Pomna własnej obietnicy, postanowiłam nie tylko przemyśleć własne życie, lecz także – a może przede wszystkim – uczynić je… lepszym? O ile można było tak nazwać to, co miałam zamiar zrobić. A było tego całkiem sporo.
Zaczęłam od spraw tak banalnych, aż wydawało się dziwne, że je zaniedbałam. I nie, nie miałam na myśli kursu w prywatnej szkole gotowania jajek w koszulkach (bez nich zresztą też), wkucia na pamięć poradnika perfekcyjnej pani domu czy podobnych bredni z internetowych poradników samorozwoju. O, nie, nie! Całą energię poświęciłam w pierwszej kolejności dzieciom, w zaś drugiej mężowi. Najlepiej jednocześnie. Siebie postawiłam, przynajmniej na razie, na miejscu trzecim.
Oczywiście starałam się jak najlepiej wychować swoje pociechy, zależało mi na ich ocenach, rozwijaniu zainteresowań i tak dalej, próbując jednocześnie zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek i z jednej strony zachęcać do wzmożonego wysiłku oraz pracy nad sobą, a z drugiej nie narzucać własnej wizji świata jako jedynie słusznej. Czyli robiłam to, co w zasadzie robić powinna każda ogarnięta i zdrowo myśląca matka – nie mylić w żadnym razie z maDką! Nie zawsze dobrym skutkiem. Zdecydowanie zbyt często stawiałam im może nie tyle nierealistyczne, ile niepotrzebne nikomu do niczego wymagania, sprowadzające się do „ja byłam dobra z wierszyków, tatuś był dobry z wierszyków, córka sąsiadki jest dobra z wierszyków, więc ty też masz być dobry/a z wierszyków! I będziesz, choćbym stała nad tobą cały wieczór i napierdalała cię żelazkiem od kabla!”.
No więc stałam. Bez sprzętów gospodarstwa domowego na podorędziu co prawda, ale jednak. Po co? Nikt nie wiedział, a najmniej ja sama. Jakby cztery plus (a już tym bardziej minus) w dzienniku miało robić jakąkolwiek różnicę względem piątki (a najlepiej szóstki!) i sprawiało, że dziecko było przez to „gorsze”. No, na pewno… Aż za dobrze pamiętałam, jak jedna czy druga koleżanka, katowane w dzieciństwie takimi właśnie wierszykami, baletem, tenisem, korepetycjami z matematyki, fizyki, chemii, całego przeglądu języków rodziny indoeuropejskiej, makramy oraz brydża sportowego, doszły ostatecznie nie do dyplomu ekskluzywnej uczelni i podobnie prestiżowego stanowiska, a załamania nerwowego. Z narastającymi uzależnieniami – i to nie tylko od browarka czy trawki – z coraz poważniejszymi konfliktami z prawem, no i oczywiście z dupczeniem się z byle kim i byle gdzie, mającym najwyraźniej być formą odreagowania. Buntu? Protestu? Próbą zwrócenia na siebie uwagi? Wszystkim naraz?
Że nie wspomnę o wynikających z tegoż nieodpowiedzialnego seksienia albo skrobankami, albo wręcz porzuconymi dziećmi, bo i taką historię znałam. Nie ze słyszenia, a widzenia. Własnoocznie. Podobnie jak jeszcze bardziej przykry przypadek kolegi z sąsiedniej klasy, który postanowił zakończyć bycie workiem do bicia zaborczego ojca i wiadrem do wylewania frustracji zakompleksionej matki bliskim spotkaniem z rozpędzonym pociągiem. Wystarczało mi coroczne zapalanie mu znicza i towarzyszące temu ocierane ukradkiem łzy. Tak gorzkie, aż musiałam płukać po nich usta wysokoprocentowym alkoholem.
Nie oznaczało to oczywiście, że nie miałam zamiaru tu i ówdzie podpowiadać dzieciom, co według mnie jest słuszne, co nie, a czasami nawet ich w tym słuszniejszym kierunku nieco popchnąć, jednak tylko do pewnych granic. A już na pewno nie używając do tego jakiegokolwiek argumentu siłowego. Zresztą, jak powiedziała mi kiedyś pewna mądra osoba: lepiej być spełnionym kamieniarzem niż nieszczęśliwym prawnikiem. Skoro więc to córka wolała kopać piłkę, a syn malować obrazki, zamierzałam im na to pozwolić, bo dlaczego niby nie? Mało tego: ją zapisałam na treningi w lokalnym klubie, jego natomiast zaopatrywałam we wszelkie niezbędne materiały do rozwijania pasji. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie jeden drobny szczegół: kupując im kolejne pędzle czy buty tak naprawdę kupowałam sobie iluzję czasu, jaki powinnam im poświęcić. A nie poświęcałam. Z własnej i tylko własnej winy.
Dlatego też postanowiłam przy nich być. Tak po prostu. Zjeść więcej niż tylko jeden wspólny posiłek dziennie, obejrzeć razem coś bardziej wartościowego niż parę podrzucanych przez algorytm shortsów, pograć w gry – i miałam tu na myśli bardziej scrabble niż przygody pewnej skąpo ubranej cycatki z parą H&K USP w dłoniach – czy przejść się na spacer. Obejrzeć z trybun mecz córki, popodziwiać prace syna na szkolnym korytarzu i publicznie obojgu pogratulować. I tak dalej, i tak dalej. No i rozmawiać oczywiście.
O czym? O wszystkim, choćby nawet było to z mojego dorosłego punktu widzenia jedynie dziecięca paplanina. Zwłaszcza w przypadku młodszej latorośli, ponieważ starsza wkraczała już w wiek, w którym dobór odpowiedniej bluzki do jeszcze odpowiedniejszej spódniczki – współgrającej z równie odpowiednio ułożoną fryzurą, ma się rozumieć – stawało się problemem wagi najwyższej. A nuż widelec ten przystojniak z czwartej ławki się obejrzy, uśmiechnie i puści oczko? Albo ta klasowa modnisia doceni oraz uznaniem pokiwa głową?
A może… odwrotnie? Kto wie? Nie był to może temat do dyskusji na tutaj i teraz, niemniej prędzej czy później i tak by mnie czekał, stąd też wolałam sobie wszystko zawczasu przemyśleć. Po co? Ano choćby po to, by w odpowiednim momencie nie zachować się jak moja własna matka, która nawet dziś potrafiła spiorunować mnie wzrokiem za zbyt – jej zdaniem oczywiście – głęboki dekolt. Nie wspominając o nie tylko rozmowie, ale choćby próbie rozmowy o seksie. Bo wiecie, SEGZ! Lub, co gorsza, HAHA BENIS!
Tak czy inaczej, gdy wprowadziłam już w życie kolejne podpunkty genialnego planu bycia matką idealną, postanowiłam także stać się taką samą żoną. Niekoniecznie zaraz we wszystkich możliwych aspektach, sytuacjach oraz pomieszczeniach – bo choćbym nawet bardzo chciała, nieszczególnie potrafiłabym prześcignąć męża nie tylko w sprawnościach garażowych, lecz także i tych kuchennych – niemniej była pewna okoliczność, na jakiej w szczególności mi zależało. Musiałam się tylko do niej odpowiednio przygotować.
Zaczęłam od budowania nastroju. A to szepnęłam ukochanemu coś do ucha, a to wysłałam MMS-a ze zdjęciem wystającego spod bluzeczki biustonosza, a to pocałowałam na powitanie nieco namiętniej niż zwykle. I… na razie tyle. Iwo był oczywiście świadomy, iż coraz bezczelniej z nim flirtuję i odważnie podjął tę grę, parokrotnie otwarcie prowokując mnie do spełnienia obietnic, lecz nie posunął się ani krok dalej, niż sama bym na to nie pozwoliła. Nawet wówczas, gdy przy okazji masowania zmęczonych po pracy stóp nieoczekiwanie podążył dłonią pod same majteczki.
Wreszcie nadszedł ów dzień, po którym tak wiele sobie obiecywałam. Pozostawało już tylko pozbyć się postronnych obserwatorów. Wysyłałam więc syna na zorganizowany naprędce kinderbal u koleżanki z pracy, córkę natomiast podstępnie przekupiłam kinem i kawiarnią. I nawet jeśli spodziewałam się bardziej hamerykańskiego blockbustera o ratujących świat superduperbohaterach w tęczowych rajtkach oraz arbuzowego vapa pod kebabownią „U Osamy”, niż najnowszego dzieła cenionego reżysera Xui-Vie Koggo w koprodukcji pakistańsko-zimbabweńsko-vanuatańskiej (nagrodzonej statuetką Złotej Kapibary na festiwalu kina niezależnego w Nagykutas), liczyło się przede wszystkim, by nie wróciła zbyt wcześnie. Sama zaś zawczasu schłodziłam prosecco, przygotowałam sypialnię, wzięłam też jeszcze dokładniejszą niż zazwyczaj kąpiel.
Owszem, ktoś obserwujący mnie z boku i znający moje zamiary, mógłby stwierdzić – poniekąd słusznie – iż cała ta „przemiana” była tak naprawdę jedynie powierzchowna i miała na celu jedynie dogadzanie sobie, lecz nie miałam najmniejszego zamiaru nikomu tłumaczyć się z własnych decyzji. Poza mężem oczywiście, któremu już przy śniadaniu dałam nadto jasno do zrozumienia, by w odpowiednim momencie był zwarty oraz jeszcze gotowszy. Jak mogłam oczekiwać, zareagował on na me słowa jednoznacznie pozytywnie. Fakt, z niemałym zaskoczeniem, zwłaszcza gdy ujawniłam więcej szczegółów, niemniej po chwili zastanowienia sam zaproponował, że w takim razie postara się zadośćuczynić wszystkim mym życzeniom. Mało tego: nie wykluczył dodania czegoś od siebie w ramach prezentu. Bo co jak co, ale nie było w jego życiu cenniejszej, seksowniejszej i w ogóle wspanialszej kobiety ode mnie!
A spróbowałby powiedzieć coś innego…
Czy moja fantazja była jakoś wybitnie wyuzdana? W żadnym wypadku! Wręcz wydawało się dziwne, że dopiero teraz postanowiłam ją zrealizować, mając za sobą znacznie bardziej perwersyjne doświadczenia – czasami bardziej udane, czasami mniej, ale zawsze. No i, jak ponownie mawiała mądrość ludowa, lepiej późno niż wcale, nieprawdaż? Co więcej, niezbędne do jej spełnienia gadżety można było kupić nawet nie w specjalistycznych sklepach erotycznych, a tych ze „śmiesznymi” rzeczami w typie poduszki w kształcie bimbał czy kart do gry z gołymi babami.
Można było, o ile kogoś satysfakcjonowała plastikowa konfekcja, bo mnie na pewno nie. Już nie. Dlatego też przysiadłam wygodnie na przyjemnie chłodnym kocu z bladoróżowej satyny i odetchnęłam głębiej, pragnąc rozkoszować się chwilą, na którą czekałam… długo. Najpierw bardzo starannie wybrałam butikowego producenta, szczycącego się stuprocentowym ręcznym wykonaniem z najlepszych materiałów, później skonsultowałam najodpowiedniejszy dla mych wymagań model, wreszcie zamówiłam, a gdy paczka już przyszła, schowałam ją czym prędzej w sekretnej szufladce.
Rozwiązałam więc wreszcie złotą (a skromną!) wstążkę i otworzyłam gustowne, wyściełane atłasem pudełeczko. I z wrażenia aż zrobiło mi się gorąco. Nie tylko na policzkach.
Było to o tyle interesujące, że o ile lubiłam sobie pofantazjować o tego rodzaju klimatach, nigdy nie zdecydowałam się na ich urzeczywistnienie. A przynajmniej nie w tak bezpośredni sposób. Skoro jednak powiedziałam już „A”, należało rzec także „B”. A później… nie, nie „C”. Od razu „D”, „S” oraz „M”. I nawet jeśli był to jedynie niewinny anturaż dla spragnionych odrobiny pikanterii podobnych mnie waniliowych pań w średnim wieku, ekscytowałam się niczym oglądająca ukradkiem pierwszego pornoska nastolatka. Chociaż czy dziś, gdy od wszystkich perwersji świata dzieliło nas ledwie parę kliknięć w ekran telefonu, było to aż takie przeżycie jak w epoce kaset VHS oraz kanałów gdzieś na szarym (czy raczej różowym) końcu listy na satelicie?
Tak czy inaczej, zaczęłam od wyjęcia gustownego pejczyku z plecioną rączką. Przyjrzałam mu się z bliska, podziwiając detale ręcznego wykonania. Przeciągnęłam cudownie mięciutkim zamszem barwy krwistego bordo po skórze i… aż mnie ciarki przeszły. Tym większe, iż zapach skóry przywołał wspomnienia wizyt w ekskluzywnych butikach z równie drogą galanterią, o jakiej nie tak wcale dawno mogłam sobie co najwyżej pomarzyć, a dziś trzymałam w dłoniach. Tak, stać mnie było na takie zbytki, a co! I nie miałam najmniejszego zamiaru sobie odmawiać!
Z namaszczeniem założyłam więc na kostki oraz nadgarstki opaski, zaopatrzone w pozłacane kółeczka. Przypięłam nogi do dolnej ramy łóżka dołączonymi łańcuszkami, założyłam przyozdobioną kryształkami opaskę na oczy, poprawiając ja parokrotnie, by choćby niechcący nigdzie się nie przesunęła, po czym już całkowicie po omacku zapięłam ręce. Teraz pozostawało jedynie czekać na ukochanego rycerza, który – zgodnie z umówionym scenariuszem – miał w odpowiedniej chwili nadejść i bohatersko uwolnić mnie z okowów przy pomocy swego potężnego miecza.
Najpierw usłyszałam kroki na korytarzu, chwilę później pisknięcie zawiasów w drzwiach, wreszcie westchnienie zachwytu. I wyszeptane jakże proste, a przecież najcudowniejsze z cudownych słowa:
– Jesteś taka piękna.
– Tylko dla ciebie – podziękowałam i dla wzmocnienia efektu posłałam pocałunek w przestrzeń.
– Tak rzadko ci dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz. A przecież ja tak bardzo cię kocham. Tak bardzo cię pragnę…
– To ja dziękuję tobie, kochanie! – zrewanżowałam się. – A teraz do dzieła! Przypominam, że ja tu czekam i się niecierpliwię!
Nie musiałam powtarzać dwa razy. Po kilku kolejnych skrzypnięciach, tym razem materaca, poczułam palce na policzkach. Dekolcie, brzuchu i udach. Łaskotki na boczkach i biuście. Wreszcie mocno pachnące płynem po goleniu wargi. Ale nie byle jakim, co to, to nie! Bardzo konkretnym, którego pierwszą buteleczkę podarowałam wówczas jeszcze nawet nie narzeczonemu, a ledwie chłopakowi na urodziny. Co ciekawe, zamiast szybko go zużyć, wyrzucić opakowanie i zapomnieć, pozostał wierny zapachowi. Do dziś. Pomimo że od paru dobrych lat jedyną opcją dostania choćby malutkiego flakonika było trafienie okazji na rynku wtórnym. Równie rzadkiej, co nieprzyzwoicie przepłaconej.
I taki właśnie był Iwo – jeśli chciał zrobić dla mnie coś specjalnego, nie było siły, która by go powstrzymała. Wciąż starał się zachować jak najwięcej artefaktów, wspomnień i wszelkich świadectw wspólnych chwil. I tych wesołych, i przykrych. Tak, byśmy nigdy nie zapomnieli, dlaczego wciąż ze sobą jesteśmy. Bo tego chcemy. Bo się kochamy. We wszystkich możliwych i niemożliwych znaczeniach tego słowa.
Nieraz działo się między nami gorzej, parokrotnie wręcz na tyle źle, byśmy musieli zadać sobie te najważniejsze pytania o dalszą wspólną przyszłość – oraz oczywiście na nie odpowiedzieć – lecz nawet wtedy zarzekał się, że nie mógłby mnie zdradzić. A ja mu wierzyłam. Z początku raczej dość naiwnie, próbując przekonać samą siebie, lecz z czasem będąc już całkowicie pewną. Ba, nawet gdy akurat przechodziliśmy przez fazę coraz odważniejszych łóżkowych eksperymentów i kilkukrotnie otwarcie zaproponowałam zaproszenie pod kołdrę drugiej kobiety, to właśnie on odmawiał. Miałam mu to wtedy za złe, jednak z dzisiejszej perspektywy jak najbardziej rozumiałam obawy i decyzje z nich wynikające.
Czemu? Ano zapewne temu, gdyż ponieważ tak jak on był moim pierwszym mężczyzną, tak ja byłam jego pierwszą kobietą. I jedyną. Tylko on mnie pieścił, tylko on mnie dotykał on mnie całował!
Tymczasem owe pocałunki podążyły, zgodnie zresztą z mymi przewidywaniami, ku biustowi, dłoń natomiast wniknęła pomiędzy uda. Zbyt wcześnie… Mimowolnie złączyłam nogi. O tyle dobrze, że pozwoliły mi na to dość długie łańcuszki. O tyle źle, iż nie pozostało to niezauważone.
– Czy… czy wszystko dobrze? Masz na coś ochotę, najdroższa?
– Na to samo, co ty – odpowiedziałam szybko.
Zbyt szybko. Znowu. Nie pierwszy i zapewne nie setny raz przyrzekłam i mężowi, i przede wszystkim sobie, że oddam mu się całkowicie, a tymczasem na razie rzeczywistość skrzeczała. Znaczy poskrzypywała łóżkiem, coraz nachalniej domagającym się mocniejszego skręcenia śrub, a najlepiej wymiany na nowszy model. Najlepiej razem z materacem, prześcieradłami i zestawem poduszek. Wspólnie wybranych przeze mnie, ma się rozumieć.
Podobnie zasłonięcie oczu było moim pomysłem i to ja miałam zamiar z towarzyszącej mu ekscytującej niepewności jak najwięcej, jednakże całą resztę planowałam pozostawić ukochanemu. Z widocznym skutkiem. A przecież czułam, jak bardzo tego pragnę! Mogłabym w zasadzie zupełnie pominąć grę wstępną, rozkraczyć się jak dyplomowana córa Koryntu w piątym pokoleniu i kazać się wyruchać.
I nie, nie przesadzałam! Naprawdę potrafiłam podniecić się tak szybko i mocno, bym mogła stawać w szranki z najbardziej niewiarygodnymi bohaterkami najbardziej absurdalnych książek posuwisto-zwrotnych i wcale nie byłabym skazana na porażkę! Przy czym, w odróżnieniu od nich, mnie nikt nie musiał wymyślać. Byłam sobą i to ja decydowałam o wszystkim. Także o tym, by w tym konkretnym momencie to ktoś inny decydował za mnie. No, prawie…
– Wypieść mnie – zażądałam – jak tylko będziesz chciał. Oddaję ci się dzisiaj cała!
Na potwierdzenie tych słów ponownie rozłożyłam nogi i zachęcająco uniosłam biodra. Tym razem byłam już w pełni przygotowana, a zręcznym palcom wystarczyło ledwie kilka chwil, by rozprowadzić wilgoć po całej mnie. Od rozczochranego wzgórka, przez nie mniej zdziczałe wnętrza ud, po rozchylone w oczekiwaniu płatki. Tymczasem druga dłoń sięgnęła… nie, nie do piersi, czego się spodziewałam. Także ślizgała się po wargach, tylko dla odmiany tych wyżej, zachęcając do otwarcia ust i wysunięcia języka, co zresztą zrobiłam.
Jakoś nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co podniecało mężczyzn w ssaniu ich palców. Tych kobiecych zresztą też nieszczególnie. Fakt, pozwalałam mężowi, by kochając się ze mną, zajmował się mymi dłońmi czy też stopami, ale żebym jakoś specjalnie odwdzięczała się tym samym, to nie. Teraz jednak oddałam się tejże czynności z nieudawaną pasją, wyobrażając sobie, co może stać się już za chwilkę.
Nie musiałam długo czekać. Nie przerywając pieszczenia mnie palcami, Iwo podłożył mi pod głowę poduszkę. Tym razem jednak umieścił w wygodnie umoszczonych ustach nie palec, a sztywnego penisa. Oczywiście z odpowiednią dozą delikatności, lecz i jednoznacznie zdecydowanie, co niespodziewanie mi się spodobało. Na tyle, bym sama zaczęła energiczniej kiwać głową. Równocześnie podciągnęłam uda jeszcze wyżej, otwierając się w pełni na doznania.
Podnieciłam się do tego stopnia, iż ku własnemu zaskoczeniu znalazłam się nagle na krawędzi orgazmu. Musiałam czym prędzej zdecydować, co dalej. Dojść już teraz? Zasygnalizować konieczność choćby chwilowej przerwy, by pozwolić pożądaniu opaść do dającego przynajmniej trochę kontrolować poziomu? Poprosić – na tyle, ile pozwalała mi męskość, którą właśnie ssałam – o jeszcze coś innego?
Tak, miałam ochotę na więcej. Dużo, duuużo więcej! Nie, nie uważałam, by przeżyta bez większego przygotowania rozkosz miała być jakaś wybitna, skoro jednak byłam już tak intensywnie pobudzona, postanowiłam pójść za ciosem. Czy raczej za penetrowaniem, bo czułam w sobie już trzy palce, a czwarty na łechtaczce. Spięłam mięśnie, jęknęłam i odchyliłam głowę, skupiając się tylko i wyłącznie na własnej… tyle że nie.
Nieznosząca sprzeciwu dłoń złapała mnie za kark. Tryśnięcie za tryśnięciem, sperma momentalnie zalała mi gardło, po czym zaczęła wypływać kącikami ust. Wierzgnęłam, zakrztusiłam się, lecz nacisk nie ustawał. Dopiero gdy penis przestał pulsować, mogłam złapać oddech.
W pierwszym odruchu chciałam zwyzywać mojego głupiego chłopa z góry na dół i jeszcze w poprzek. Nie tego pornosa ostatnio oglądał, czy co? Jakąś dziwką dla niego byłam, u której zamówił szybkiego loda z połykiem? Jak zaraz wstanę, jak mu pizgnę straponem w ten durny łeb, to się oklapłą fujarą nakryje!
I wtedy poczułam pocałunek na policzku. Dłoń, gładzącą mnie po włosach. Kolejny całus, tym razem na piersiach. Usłyszałam cichutkie „dziękuję”, wyszeptane wprost do ucha. Kilka kroków, brzęknięcie szkła, znów kroki.
Chłód kieliszka dotknął mych warg. Ostrożnie przełknęłam parę łyków tego samego prosecco, które wcześniej schłodziłam, a o którym zdążyłam w międzyczasie zapomnieć, mając na głowie ważniejsze sprawy. Przyjemnie musujące orzeźwienie spłukało słoność z języka.
– Byłaś cudowna i chciałbym… jeśli nie masz nic przeciwko, bardzo bym chciał ci się odwdzięczyć.
Byłam cudowna? A owszem, byłam! I tak samo, o ile nie jeszcze bardziej zmęczona. Skoro jednak zaczęłam całą tę wybitnie niegrzeczną zabawę, czemu miałabym kończyć ją w połowie? Albo i nawet nie?
– Teraz też zrób ze mną, co chcesz! – rzuciłam odważnie.
– Tak od razu? – dopytał niepewnie.
– A na co mamy czekać?
Spodziewałam się raczej, że gmeranie przy kostkach zakończy się raczej skróceniem łańcuszków, tymczasem zostały one zupełnie odpięte, a swobodne już nogi uniesione i przytrzymane. Czułe całuski najpierw obsypały mi stopy, po czym powolutku podążały coraz niżej i niżej.
Nie było to może specjalnie oryginalne, ale co z tego? Oboje potrzebowaliśmy chwili wytchnienia i relaksu. Relaksu? Dobre sobie! Każdy kolejny pocałunek, złożony na wzgórku, wnętrzu ud, pośladkach i oczywiście kobiecości pobudzał, zamiast uspokajać. A gdy język wniknął we mnie tak głęboko, jak tylko było to fizycznie możliwe, wiedziałam już, co stanie się za chwilę.
Czy aby na pewno? Iwo najwyraźniej nigdzie się nie spieszył, smakując mnie niczym najpyszniejszy łakoć. No i oczywiście nie ustając w prawieniu komplementów – może i niespecjalnie wymyślnych, lecz jego ustach całkowicie szczerych. Aczkolwiek może i dobrze, bo z dwojga złego wolałam już usłyszeć piąty raz z rzędu najoczywistsze z oczywistych „tak słodko smakujesz, pięknie pachniesz, wspaniale… i tak dalej” czy nawet „masz taką cudowną cipkę” (a jaką niby?), niż silące się na oryginalność maszkarony w rodzaju „otwórz przede mną swą magiczną małżę miłości, a oczaruję ją mą roziskrzoną różdżką rozkoszy!”. Otwierała to mi się dzida laserowa w kieszeni, jak czytałam takie brednie…
Co się natomiast tyczyło spraw bieżących w postaci wspomnianych ust, to gdy wycałowały, wylizały i wycmokały mi calutką cipkę – a tak, cipkę, cipkę i jeszcze raz cipkę! – wyraźnie zawahały się, co dalej.
– Kochanie… jesteś calutka mokra i byłoby mi bardzo miło, gdybyś pozwoliła na… wiesz…
– No co za osioł dardanelski, no! – fuknęłam, co w moim bieżącym położeniu było bardziej zabawne niż groźne. – Przecież mówiłam, żebyś robił, na co tylko masz ochotę! Bo się zeźlę!
Jako że doskonale wiedziałam, o co chciał zapytać, postanowiłam uprzedzić wypadki. Nie było to specjalnie łatwe, gdyż podciągnięcie bioder bez udziału wciąż przypiętych do wezgłowia rąk (za to z jeszcze bardziej dającym się w tej pozycji we znaki brzuszkiem) wymagało odrobiny gimnastyki, niemniej jak najbardziej możliwe. Zwłaszcza gdy zachęcony takim obrotem – czy raczej zrolowaniem – wypadków mąż przytrzymał mnie w tej pozycji i najwyraźniej nie zamierzał puścić. I bardzo, kurtyzana, dobrze!
Czy sprawiało mi to przyjemność? Jak najbardziej tak, choć po prawdzie nie zawsze tak było. Gdy na początku naszej erotycznej przygody Iwo raz czy drugi zawędrował językiem nieco dalej niż zwykle, peszyłam się. Mało tego: kompletnie nie rozumiałam, co może być podniecającego w wylizywaniu kobiecego tyłeczka. Zresztą każdego innego też, no ale skoro mnie lizano, a nie ja lizałam, rozumiało się to samo przez się. Tak czy inaczej, wzbraniałam się przez tą pieszczotą naprawdę długo i możliwe, że robiłabym to do dziś, gdyby nie jedno wydarzenie, które zmieniło moje podejście nie tylko do seksu i nie tylko do związku, ale wręcz całego życia. I na którego wspomnienie do tej pory nie potrafiłam powstrzymać emocji. Tak silnych, że mogłyby zburzyć jakże długo i pieczołowicie budowany nastrój.
Dlatego też czym prędzej darowałam sobie rozgrzebywanie dawno minionej przeszłości i skupiłam się na bieżącej przyjemności. I własnej, i ukochanego. Przede wszystkim jego, gdyż zasługiwał na nią jak nikt inny. I skwapliwie z tej okazji korzystał. Wbił palce w moje pośladki i zaczął je ugniatać, równocześnie rozchylając mnie coraz szerzej. Czułam, jak się przed nim otwieram i choć pierwszą, naturalną przecież reakcją, było mimowolne spięcie mięśni, tym razem nie zamierzałam się jej poddać. Czemu zresztą bym miała? Tyle razy zadawałam jakże durne pytania: „czy naprawdę ci się podobam” albo: „czy na pewno mnie taką chcesz” i za każdym razem otrzymywałam te same odpowiedzi. Zazwyczaj podparte dokładnym opisem, jaki to mam cudowny brzuszek, tyłeczek, cycuszki, cipeczkę, uśmiech, włosy i wszystko inne. No i czynem oczywiście też.
Dziś był to język, zlizujący namiętność z… a co tam, nazwijmy to wreszcie wprost: nieogolonej, lśniącej lepką namiętnością piczy. I tak samo zarośniętej, wypiętej lubieżnie dupy. I miałam tak naprawdę w wybitnie głębokim poważaniu – na tyle głębokim, na ile tylko ów język mógł się we mnie wcisnąć – że dla kogokolwiek taki widok byłby nieatrakcyjny, odrzucający, być może nawet obrzydliwy. Ja czułam się ze sobą dobrze, a Iwo wręcz otwarcie zachęcał mnie, bym nie nadużywała trymera, nie mówiąc już o depilatorze. Bo tak. Bo mu się to podobało. Bo taką uwielbiał mnie oglądać, dotykać, pieścić. Całować i lizać. Absolutnie wszędzie.
I nigdzie się przy tym nie spieszył. Leżał wygodnie, podtrzymując rozwarte uda. Smakował, komplementował, pomrukiwał z zachwytu. Co jakiś czas nieco poprawiał siebie lub mnie, podziwiał własne dzieło, opisując je tak sugestywnie, aż drżałam z zachwytu i zawstydzenia jednocześnie, po czym powracał do pieszczot. A kiedy już się nasmakował, nakomplementował i namruczał, postanowił sięgnąć po ostatni, niewykorzystany do tej pory gadżet.
Poczułam nieoczekiwanie przyjemne łaskotanie. Krążenie zamszu dookoła sutków. Ślizganie się po szyi. Policzkach. Ustach. Znów piersiach. I niżej. Muskanie wciąż odsłoniętej w pełnej krasie kobiecości. Mokrych płatków. Nabrzmiałej perły w mej koronie, czekającej tylko na dalsze wyrazy uznania. I nie tylko wyrazy.
Główka najwyraźniej gotowego do ponownego użytku penisa wniknęła pomiędzy wilgotne wargi. Wpierw powoli i ostrożnie, bardziej by zaanonsować swą obecność niż z faktycznej potrzeby. Byłam tak napalona, że nie tylko małżeński członek, ale i mużyński kutang rozmiaru mega-giga-turbo-200%-gratis-XXXL wszedłby we mnie za jednym pchnięciem. Co nie oznaczało oczywiście, że (wydawałoby się niezbyt pokaźna, a przynajmniej w porównaniu do organów rodem z filmów przyrodniczych) męskość nie robiła mi wystarczająco dobrze. Robiła! I to jak! Penetrowała to wolniej, to szybciej, co jakiś czas nieco zmieniając kąt, tak by nie zaniedbać nawet tych mniej oczywistych zakamarków. Jakby tego było mało, coraz bardziej rozochocone dłonie ugniatały co bardziej wystające krągłości, a usta znów zajęły się palcami stóp.
Ani się zorientowałam, a delikatne z początku kochanie przemieniło się w to, czego oczekiwałam od początku. W pieprzenie. Odarte z jakiejkolwiek pruderii dzikie jebanie, pełne męskich sapnięć, kobiecych pojękiwań, ordynarnie plaskających ud i jeszcze głośniejszego skrzypienia (przypominającego o sobie po raz kolejny) łóżka, do którego wciąż miałam przypięte ręce.
– Szybciej! Mocniej! Jeszcze! Ruchaj mnie tym swoim wielkim kutasem! – pokrzykiwałam, mając w poważaniu, że przypominałam wówczas bardziej aktorkę budżetowego pornosa z pisanym nawet nie na kolanie, a gołej dupie scenariuszem, niż stateczną panią domu.
W równie głębokim poważaniu, co i owa dupa. I taka właśnie chciałam być! Poddająca się całkowicie niedającej się opanować rozkoszy, nie najmłodszą i tym bardziej nie najszczuplejszą kobietą, czerpiącą z pełnego nieraz bardzo nieoczywistych doświadczeń życia pełnymi garściami. Przeżywającą orgazm dokładnie w taki sposób, w jaki pragnęły tego moje ciało i umysł. Aż do ostatecznego zatracenia.
Zaraz! Teraz! Już!
Pulsująca męskość to wysuwała się, to na powrót wnikała do drżącej kobiecości. Czułam, jak ociekam wspólnym szczytowaniem. Czułam kleiste ciepło. Czułam jedyny i niepowtarzalny, ostry zapach pożądania. Czułam, jak napięcie schodzi powolutku z nas obojga. Wreszcie poczułam pocałunek. Czy raczej dwa: jeden na jednych wargach, drugi na drugich.
Uwolnione z opaski oczy potrzebowały dłuższej chwili, by na powrót przywyknąć do światła. Tylko po to, bym zaraz znów je zamknęła i oddała się jakże potrzebnemu wyciszeniu. A że powinnam raczej czym prędzej zanurzyć się w wannie i zmyć z siebie świadectwa wybitnie nieprzyzwoitych ostatnich godzin? Mało mnie to obchodziło! Będę jeszcze miała nadto czasu na kąpiel, drinka i co tam jeszcze mi się zachce. Choćby na przemyślenie pewnych spraw z przeszłości, które wciąż nie pozwalały o sobie zapomnieć.
Przeżywałam wówczas ciężki okres i na niewiele rzeczy miałam ochotę, a już na pewno nie na seks. A skoro ja postanowiłam żyć w celibacie, to i Iwo też. Bo tak. Czy krzywdziłam go tym? Oczywiście! Czy mnie to obchodziło? No niespecjalnie. Zupełnie, kompletnie i absolutnie trzy razy nie! Ba, miałam jeszcze pretensje, że próbuje mnie namawiać, zachęcać, a jak raz czy drugi zbyt namiętnie – a przynajmniej tak uważałam – zostałam przytulona czy co gorsza pocałowana, ziałam ogniem. Z dupy. W końcu jednak dotarło do tego mojego pustego łba, że krzywdzę jedyną osobę, która przy mnie trwa i stara się mi pomóc. A ja nie potrafię się zdobyć nawet na głupie „dziękuję”, nie mówiąc o czymś więcej.
Powiedziałam, że – cytat – „przeżywałam ciężki okres”? Ciężki okres to może mieć nastolatka, jak jej hormony wywali w kosmos i się przy okazji napruje tanim winiaczem. Ja natomiast, zamiast przyznać się przed sobą samą do niczego innego jak regularnej depresji poporodowej i czym prędzej umówić się na terapię… z miejsca zapierdalać do lekarza, póki jeszcze było co i kogo ratować, postanowiłam „przeczekać zły nastrój” przy pomocy kawy i tabletek. Dużej ilości kawy i jeszcze większej liczby tabletek, popijanych tym wszystkim, czym kategorycznie nie wolno ich popijać. Z takim skutkiem, iż zamiast być rozpromienioną szczęściem matką, pozującą z równie dumnym mężem oraz przede wszystkim pierworodną córką do pamiątkowego zdjęcia, zaczęłam przypominać raczej bohaterki patostreamów. I to tych dla najmniej wybrednej widowni.
Wychudzona, z zapadniętymi oczami, obrażona na mydło, szampon, depilator oraz rozum i godność człowieka, rozdrapywałam każdą ranę, do jakiej tylko zdołałam sięgnąć pamięcią. A gdy tych zabrakło, tworzyłam nowe. Już nie tylko na duszy. W końcu doprowadziłam się do takiego stanu, aż zasłabłam. Szczęście w nieszczęściu, że w kuchni i pod obecność ukochanego w sąsiednim pokoju, a nie w wannie w samotności, bo wtedy zamiast na sofie leżałabym raczej na noszach. I nie z workiem lodu na czole, a workiem przykryta. Takim czarnym.
Co prawda odruchowo najpierw próbowałam udawać, że nic poważnego się nie stało, a później uparcie utrudniałam próby jakiejkolwiek pomocy, lecz w końcu musiałam skapitulować. Nareszcie! Finalnie wyszorowana, napojona przygotowanym w międzyczasie wzmacniającym rosołkiem, zostałam zawinięta w pachnącą kołdrę. I myślałam. Nad sobą, córką, mężem. Tą samą córką, która była przecież nie moim nieszczęściem, a błogosławieństwem. Tym samym mężem, któremu powinnam na kolanach podziękować za wszystko, na czele z doprowadzeniem mnie do stanu przynajmniej prowizorycznej używalności, a tymczasem zrobiłam z niego prywatne pomiotło i worek do wyżywania się za własne frustracje, potknięcia, złe decyzje i całą resztę życiowych niepowodzeń.
Dobrze powiedziane: na kolanach. Niezależnie bowiem od bieżącego stanu zdawałam sobie sprawę z niemożności dalszego odkładania pewnych spraw. Poprosiłam więc ukochanego, by w miarę możliwości przy mnie był. Usiadł, położył się, cokolwiek. Fakt, wyglądał na zaskoczonego, niemniej czym prędzej ogarnął dom, siebie i wreszcie objął mnie czule. W milczeniu. Choć wiedziałam doskonale, że nie tylko mógł, a wręcz powinien opierdolić mnie z góry na dół jak burą sukę. I najlepiej jeszcze potrząsnąć, bym zrozumiała, co najlepszego narobiłam. I co zrobić mogłam, bo to było nawet gorsze…
Nie chciałam jednak o tym rozmawiać. Nie byłam w stanie. Niespodziewanie zaczęło mi za to chodzić po głowie coś zupełnie innego. Odwróciłam się, spojrzałam na Iwa i palnęłam jak ostatnia idiotka:
– Czy ty… czy ty mnie jeszcze kochasz?
– Pytanie nie trzyma poziomu – westchnął.
– Odpowiedz, proszę – nalegałam.
– Wiesz przecież, że tak – odparł bez śladu zawahania.
– A czy… czy mnie pragniesz? Tak chociaż trochę? Bo zrozumiem, jak nie będziesz mnie już takiej chciał i…
– Możesz przestać!? – przerwał ów całkowicie zbędny wywód. – Ty naprawdę w to wątpisz? We mnie? W moją miłość do ciebie? Tego, że cię chcę taką, jaką jesteś?
– Tak… znaczy nie… ja już nie wiem… – mruknęłam. – Pewnie się mną teraz brzydzisz, ale czy mogę cię poprosić, żebyś… żebyś mnie pocałował?
Pocałował. W usta. Raz, drugi, piąty. Po czym bez uprzedzenia przestał i odsunął się.
– Przepraszam, ale boję się, że nie będę w stanie się powstrzymywać dłużej. Odpocznij, nabierz sił. Dam ci tyle czasu, ile będziesz potrzebowała i wtedy… ale co ty robisz, przecież ja…
Usiadłam na łóżku i bez słowa zdjęłam przez głowę tę samą koszulkę nocną, jaką niedawno sam na mnie zakładał. I po co? Żeby pokazać całemu światu opadłe piersi? Wychudzone żebra? Poszarzałą skórę? Nieogoloną cipkę i pachy? Jakby rozczochranych włosów, zaniedbanych paznokci i innych podobnych atrakcji było nie dość.
Widziałam, jak Iwo ze sobą walczy. Czy raczej próbuje walczyć. Jak ewidentnie chciałby się na mnie rzucić i wytarmosić, aż pierze z poduszek wyfrunęłoby balkonem, ale obawia się mojej reakcji. Swojej zapewne zresztą też, bo od wielu – zdecydowanie zbyt wielu – miesięcy kochaliśmy się może bardzo rzadko, za to krótko i byle jak. I była to ni mniej, ni więcej, a właściwie tylko wyłącznie moja wina. I nawet gdybym bardzo chciała, nie mogłam zrzucić całej winy na obiektywne problemy zdrowotne. O, nie! Ja po prostu nie miałam na to ochoty. Mniejszej, większej, żadnej.
Nie miałam wtedy, ale teraz już tak. Pragnęłam, by partner wypieprzył mnie ze wszystkich możliwych i niemożliwych stron. I żebym ja wypieprzyła jego. Na łóżku, podłodze, fotelu, stole, gdziekolwiek. Byle szybciej, byle mocniej, byle…
– Weź mnie! – zażądałam tak zdecydowanie, aż sama siebie zaskoczyłam.
Po takiej deklaracji nie było już odwrotu.
To właśnie wtedy dotarło do tej mojej pustej, zapatrzonej w siebie pałki, jak bardzo mój mąż mnie kocha. Naprawdę, szczerze, mocno, całym sobą, długo mogłabym wyliczać epitety. Bez względu na to, jaka byłam i co robiłam, a przecież nie raz i nie sto razy sprawiałam mu przykrość. Traktowałam jak gorszego. Wykorzystywałam do własnego widzimisia. Odpychałam od siebie, mimo że z własnej, nieprzymuszonej niczym woli pragnął sprawiać mi przyjemność. Radość. Szczęście. A on i tak kochał mnie ze wszystkimi moimi wadami, przywarami, problemami, różnicami w charakterach, pragnieniach oraz fantazjach, miejscami mocno daleką od ideału cielesnością i czego tam jeszcze bym nie wymyśliła. Cóż za genialne odkrycie, zasługujące co najmniej na nagrodę Szwedzkiej Akademii Ssąco-Ciupciającej…
Oczywiście to nie tak, że w trakcie tamtego dupczenia doznałam jakiegoś boskiego objawienia i wraz z przenikającym ciało i ducha światłem spłynęła na mnie cała mądrość wszechświata, bez przesady! Jednak to właśnie ten, zupełnie nieplanowany przecież seks okazał się kamyczkiem, mającym poruszyć lawinę.
Seks? To byłoby baaardzo duże i jeszcze grubsze niedopowiedzenie! Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy chcieli za tym jednym razem nadrobić wszystkie zaległości i jeszcze odłożyć coś na zapas. Bez wstydu, bez jakiejkolwiek przyzwoitości, bez hamulców. W takich pozycjach, że nie wiedziałam, gdzie jest góra, a gdzie dół.
Wiedziałam za to – i to aż nazbyt dobrze – że najwyższa pora się ogarnąć, nim będzie za późno. Nie wierzyłam oczywiście w bajeczki rodem z poradników samorozwoju pt. „zrób sobie spacer, napij się yerby i poćwicz jogę, a depresja sama przejdzie”, niemniej to przede wszystkim ode mnie zależało, jak szybko wygrzebię się z tego bagna. Bo czy w ogóle to zrobię, nie podlegało żadnej dyskusji. Staczałam się po równi pochyłej i to z prędkością grożącą wypadkiem ze skutkiem…
Co niemniej istotne, a być może nawet i ważniejsze, zrozumiałam jakże przecież banalną i jednocześnie jakże trudną do pojęcia rzecz. Mianowicie nie tylko Iwo pragnął mnie, co zresztą jednoznacznie poświadczył niedawnymi czynami, ale i ja pragnęłam jego. On kochał mnie i tak samo ja kochałam jego. Nawet jeśli tak bardzo nie potrafiłam – a może nie chciałam, wciąż mniej lub bardziej świadomie patrząc na niego z góry, oceniając, krytykując i wreszcie bez żadnego sensownego powodu uważając siebie za „lepszą” – mu tego okazać, nie mówiąc o otwartym dziękowaniu. Za wszystko.
Ostateczne doprowadzenie się do najlepszej możliwej wersji siebie zajęło mi ostatecznie nie tygodnie, a całe miesiące, wypełnione nieludzkim wysiłkiem, hektolitrami wylanego potu oraz niejedną uronioną ukradkiem łzą. Wyzywaniem na cały świat, traceniem motywacji, sensu i celu. Aż wreszcie coraz wyraźniej widocznymi efektami, pełnymi otuchy słowami i wcale nie mniejszą ilością przytulań, zwłaszcza gdy zamiast podejścia „ja nie dam rady? Potrzymaj mi majtki!” włączał mi się tryb „o kant dupy z taką robotą, a w ogóle to wszystko chuj”. Dałam jednak radę. Dałam!
Mało tego: nie tylko Iwo, ale i reszta świata najwyraźniej zauważyła moje starania i postanowiła je docenić. Zmieniłam więc pracę na znacznie lepiej płatną, na nowo odnalazłam atrakcyjność w bardziej zaokrąglonej figurze, komplementowanej zarówno przez męża, jak i znajomych, poprawiłam także dalekie od przyzwoitości relacje przyjacielsko-rodzinne. No i zajęłam się już nie tylko jedną, a dwiema cudownymi istotkami, które postanowił zesłać mi los. Radościami mojego życia, dającymi mi siłę, radość i wiarę w lepsze jutro.
Nie tylko jutro, ale i dziś.
Dlatego też postanowiłam zrobić coś jeszcze. Co prawda nie przepadałam za dobijaniem się do dawno zamkniętych drzwi, lecz czy naprawdę te konkretne zostały raz na zawsze zawarte? A może tylko ledwie je przymknęłam, próbując oszukać samą siebie? Stanęłam więc przed nimi i ostrożnie pchnęłam klamkę. Włączyłam laptop, nakierowałam kursor na plik tekstowy o jakże typowym dla mnie tytule „Spotkanie po latach, czyli cała prawda, tylko prawda i gówno prawda”.
I kliknęłam.
*skala Fujity, oceniająca poziom intensywności tornad na podstawie pozostawionych przez nie zniszczeń, obejmująca stopnie F0-F5 (od najmniej do najbardziej dewastującego). Tak, do F5. Skąd się wzięło „co najmniej” F6 w głowie Iwony, należałoby zapytać hamerykańskich nałukowców.
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione!
Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:
facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/
Z góry dziękuję!
Agnessa
kilgore_trout
Jak Ci się podobało?