Ilustracja: Aria

Noblesse oblige (I) – przerwana lekcja palcówki

21 września 2026

Opowiadanie z serii:
Noblesse oblige

31 min

W szczegóły powstawania tego tekstu wnikać nie będę, interesować się nimi także nie polecam, gdyż ponieważ kociej (czy raczej lisiej, o czym później) facjaty dostaniecie, natomiast pewnym wnioskiem się podzielę: mianowicie radzę wszystkim zachować daleko posuniętą rezerwę przy okazji podejmowania jakiejkolwiek współpracy z kimkolwiek, bo dziś będzie cacy, a jutro nie będzie wcale.

Tak czy inaczej poniższe opowiadanie miało się pierwotnie ukazać jeszcze w okolicach walentynek, być znacznie krótsze i należeć do uniwersum „St. Grey’s High School”. Jednak w międzyczasie nasze wspólne ustalenia się zdezaktualizowały, więc bohaterowie oraz ich historie zaczęły żyć własnym, nieograniczonym żadnymi zewnętrznymi ramami życiem. Właściwie jedyne, co pozostało od tamtego momentu bez większych zmian (poza zarysem postaci oraz dzieleniem narracji pomiędzy nie), to anglosaski krąg kulturowy, gdyż najzwyczajniej szkoda mi było wyrzucić całe tło do kosza, włącznie z takimi absolutnie nikogo nieobchodzącymi detalami jak wyspiarski odpowiednik Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta*. Przy czym zaznaczam, że opowiadanie nie jest dokumentem, a amatorską fikcją, więc pewne nieścisłości mogą się zdarzyć – zresztą część kwestii poruszę w posłowiu.

*no i jeszcze ilustracje, autorstwa naszej byłej już koleżanki Arii. Kolejnej, która miała pomysły, których nawet doświadczeni autorzy mogli jej zazdrościć, nadspodziewanie solidne umiejętności oraz nieprzebrane pokłady zaangażowania, ale postanowiła to wszystko zmarnować. Bo tak.

Tak czy inaczej życzę miłej, a przy okazji nieco innej niż zazwyczaj (choć wciąż nie polecam oczekiwać nie wiadomo jakich doznań literackich, bo moja forma pisarska sięgnęła bruku i gdzieś może zgrzytnąć krzywy przecinek, nierówna kreska, kulawo podzielone zdanie czy nawet najzwyklejsze powtórzenie) lektury!

 


Alissa


Co mnie podkusiło, żeby to zrobić? Odwaga? Zauroczenie? Głupota? Niedające się już dłużej powstrzymywać pragnienie? Bardzo, ale to baaardzo niegrzeczne fantazje, jakim oddawałam się już od pierwszego dnia, w którym zobaczyłam najbardziej przystojnego z przystojnych i seksownego z seksownych… A skąd ja to miałam wiedzieć?

Wiedziałam za to, co za zakała mnie podkusiła i była temu wszystkiemu winna. I oczywiście nie miałam na myśli siebie, bo byłam z założenia – wzorem żony jakiegoś rzymiańskiego cesarza, o ile dobrze pamiętałam z historii – poza wszelkim podejrzeniem, tylko kogoś, komu do tej pory ślepo wierzyłam i ufałam. Kto był przy mnie zawsze, jak tylko tego potrzebowałam. Kogo miałam za prawdziwego, a może i jedynego przyjaciela.

Tymczasem okazał się zdrajcą! Judaszem! Żmiją… żmijem podstępnym, na własnej piersi wyhodowanym! Na własnych cycofonach utuczonym!

A jakby mało było mi publicznego upokorzenia, pogardy i postawienia w sytuacji, z której każde kolejne wyjście było gorsze od poprzedniego, sama dokończyłam dzieła zniszczenia. Siebie, bo kogo niby? No dobra, może i mogłam nie zamawiać tej trzeciej porcji lodów na poczwórnym gofrze i z popiątną posypką we wszystkich kolorach LGBTQWERTY+, ale musiałam czymś zażreć stresa, prawda? Prawda?

Gówno prawda!

Nie musiałam. Chciałam. I więcej naprawdę nie było mi potrzeba. Zamówiłam więc całą górę cukrów prostych, tłuszczy trans (cis nie, bo wiadomo – inkluzywność przede wszystkim), syntetycznych barwników, konserwantów, stabilizatorów, emulgatorów oraz bulbulatorów. I jadłam. Czytaj: żarłam. Wpierdalałam łyżkami, aż mi się trzeci podbródek trząsł. Całkiem jak tym utytym serdelom z Cornish Seal Sanctuary, w które rzucałam śledziami na wycieczce w ostatnie ferie.  

I jak się to skończyło? Dokładnie tak, jak skończyć musiało, czyli nie pójściem w body positive, tylko powrotem karmy. Bardzo dosłownie. Na dywanie w moim własnym pokoju, na korytarzu w drodze do wucetu, dookoła muszli szumiącej morzem, w kuchni, kiedy matka podawała mi herbatkę na trawienie, przed… dobra, wystarczy tych szczegółów.

Szczęście w nieszczęściu, że jeszcze tej samej nocy skończyła mi się tęcza i najzwyczajniej nie miałam już czym rzygać. Jeszcze tylko brakowało, żebym się z tego nadmiaru szczęścia posrała!

A nie, czekaj…


Rano nie musiałam nawet patrzeć w lustro, by wiedzieć się, jak tragicznie wyglądam. Wystarczył mi wyraz twarzy rodzicielki, gdy (tym razem z odpowiednio bezpiecznego dystansu, co by nie oberwać resztkami, które mogły zalegać gdzieś między ustami a dupą) stawiała przede mną szklankę. Pełną nie solidnie podlanego rumem ponczu, tylko elektrolitów. Sensu życia też nie. Niestety.

Tak czy (zbieżność nieprzypadkowa) srak na razie nie było mowy, żebym w wróciła do w miarę normalnego funkcjonowania w dającym się przewidzieć czasie. Na obżeranie się specjałami pod samą kokardę też raczej nie miałam w tym roku co liczyć. Ba, nawet w pielęgnowanych pieczołowicie rodzinnych przygotowaniach, przepełnionych zazwyczaj wszelkiej maści ploteczkami, żarcikami oraz oczywiście wspólnym oglądaniem maratonu świątecznych odcinków Jamiego Olivera, nie byłam w stanie wziąć udziału. Wystarczył już sam widok i zapach jedzenia, bym dostawała odruchu zwrotnego, nie mówiąc o równie tradycyjnym, co oglądanie powtórek, podżeraniu pieczonych kasztanów. Garściami.

Szczęście w nieszczęściu, że do bożonarodzeniowej uczty pozostało jeszcze parę dni, podczas których udało mi się jako-tako odzyskać formę. Co prawda wciąż sporo brakowało mi do ideału, ale przynajmniej mogłam już skubnąć co nieco z każdego dania: od ledwie mieszczącego się w piekarniku indyka (z nadzieniem ma się rozumieć), po malutkie prosiaczki zawinięte w jeszcze mniejsze kocyki. Nawet puddingu, po którym lepiej było nie wsiadać za kierownicę, sobie nie odmówiłam, choć przecież wciąż ryzykowałam nawrotem choroby toaletowej.

Tylko co z tego? Byłam do tego stopnia zafiksowana tym, co się wydarzyło, by ignorować niezaprzeczalny fakt, jaką tak naprawdę jestem szczęściarą. Nie potrafiłam – czy raczej nie chciałam – cieszyć się z obecności siedzących dokoła zastawionego suto stołu najbliższych, którzy kochali mnie ponad wszystko i z którymi mogłam porozmawiać na każdy temat. Także ten najbardziej osobisty. Za to opinię osoby całkowicie obcej, do tego traktującej mnie jak najśmieciowszego ze śmieci, roztrząsałam bez końca. Mimo że przecież ani ona sama, ani tym bardziej jej zdanie nie powinno mnie w ogóle interesować.

Ani wtedy, ani teraz, ani nigdy. Prze-kurasmażona-nigdy!

Ostatecznie zmęczona, zniechęcona i oczadziała oparami czarnowidztwa, postanowiłam lwią część świątecznego czasu spędzić w samotności. Gdy tylko nadarzała się okazja, pod byle pretekstem dziękowałam za towarzystwo, zakopywałam się w łóżku po sam czubek dupy i… myślałam.

O sobie. O wspomnianym już zdecydowanie zbyt wiele razy obiekcie moich jakże niewłaściwie ulokowanych uczuć i sprawcy bieżącej traumy jednocześnie. O tamtym byłym już raczej – bo niespecjalnie widziałam możliwość kontynuowana naszej znajomości po zawodzie, jaki mi sprawił – przyjacielu. No i tym, czego naprawdę chcę od życia, a co tylko najwyraźniej mi się wydawało.

Czy przez to zmądrzałam? Niestety niespecjalnie, chociaż bardzo się starałam. Nie mogłam za to zaprzeczyć, że w międzyczasie odzyskałam siły na tyle, by wreszcie dobrać się do lodówki i jak najszybciej nadrobić nadwątlone kilogramy. Tym razem już bez żadnych postępowych dodatków. Za to chochlą w dłoni jak najbardziej, bo co się będę ograniczała?

Pozostawało pytanie: co dalej? Chcąc nie chcąc musiałam już za niewiele ponad tydzień wrócić do szarej szkolnej rzeczywistości i… no właśnie. Miałabym znów się starać? Robić wszystko na sto procent? Może jeszcze sto siedem? Zwłaszcza to, na co nie miałam najmniejszej ochoty? Udawać grzeczną, pilną i jeszcze ambitniejszą uczennicę? A po jakiego wielkiego czarnego kutafona?

Zdążyłam się już nadto naoglądać wiecznie spóźnionych lub w ogóle nieobecnych cwaniaczków – a zwłaszcza cwaniar – zdających wszystko w ostatniej godzinie ostatniego terminu i mimo tego mających wcale nie gorsze oceny niż ja. A że ich faktyczna wiedza kulała? A na co to komu? Komu to potrzebne?

Nie wspominając już o tym, jakim cudem w ogóle znalazłam się pośród szacownego grona żaków. Dosłownie cudem, bo jeszcze na etapie podchodzenia do General Certificate of Secondary Education miałam szczery zamiar zrobić później tylko kursy zawodowe i zostać słabo wykwalifikowanym i jeszcze gorzej opłacanym popychadłem w Amazonie, Greggs, Froggy Convenience Store albo innej podobnej jaskini wyzysku. Niekoniecznie dlatego, że chciałam, ale jaki tak naprawdę miałam wybór?

Najostrzejszą kredką w piórniku nigdy nie byłam, o spłacie kredytu bandyckiego… znaczy studenckiego też mogłam sobie pomarzyć, więc co mi pozostawało? Uwierzenie w siebie, wcześniejsze wstawanie i rezygnacja z tostów z awokado? I tak nigdy ich nie lubiłam, w przeciwieństwie do spania do południa, przez co znów powracałam do jedynej możliwej opcji zmarnowania sobie życia.

Ale że – powtarzam, co by nikt nie zapomniał: cudem – zdałam egzaminy dużo lepiej niż ktokolwiek by się spodziewał, wychowawca obiecał mnie wspierać w dalszej nauce oraz wyborze przyszłej uczelni. Mało tego: rodzice zadeklarowali, że w takim razie zamiast planowanej wymiany auta pomogą mi dalszym finansowaniu edukacji! Wzięłam się więc za siebie i… powoli zamieniałam w kogoś, kim nigdy nie miałam zamiaru być. Serio.

Skoro jednak los otworzył przede mną drogę, jaką niejedna z moich koleżanek mogła sobie co najwyżej pooglądać zza ogrodzenia, i to takiego z drutem kolczastym, postanowiłam nią pójść. Dochodząc ostatecznie pod same drzwi St. Grey’s University. Cóż, nie był to żaden Oxford, Cambridge, czy tym bardziej Hogwart, ale był. I nie wymagał ani prześcignięcia pierdyliona kandydatów na jedno miejsce, ani listu przyniesionego przez sowę, ani zadłużenia się na całe życie.

Okazało się, że więcej nie było potrzebne.


Wracając jednak do spraw bieżących, skoro aktualnie dysponowałam nadmiarem wolnego czasu, postanowiłam go odpowiednio spożytkować. Na co? Na leniuchowanie. Na nierobienie niczego. Na zajmowanie się rzeczami, które młodzi padawani kultury zapierdolu, uważający każdy kwadrans bez:

1. wkuwania na kolejne kolokwia – tak samo bezwartościowe, jak każde poprzednie i każde następne,

2. wypacania kalorii w fitness klubie (czytaj: spamowania relacjami we wszystkich możliwych i niemożliwych socjalach, bo bez tego bebzon nie zeszczupleje ani o cal),

3. biegania z jednych zajęć pozaszkolnych na drugie, a z tych na dziesiąte, ponieważ bez malarstwa, łyżwiarstwa, koronczarstwa, znajomości języka etruskiego, programowania w Pytongu oraz występu w „Twoja picz brzmi znajomo” skazujemy się na bycie przegrywami,

4. sesji rozwoju osobistego, polegającej na poszukiwaniu wewnętrznego ja, wewnętrznego dziecka, wewnętrznego konika morskiego, kolibra, jednorożca czy tam helikoptera,

za nie tylko zbędne, ale wręcz szkodliwe. A we wymienionej już wielokrotnie dupie to miałam!

Zaczęłam od nadrobienia zaległości serialowych. W towarzystwie misek przesolonych chipsów, popijanych wiadrami mdląco słodkich bąbelków. Kto wie, może to właśnie one spowodowały, że wreszcie zaczęłam logicznie myśleć?

Czy mi się to podobało, czy nie, mogłam płakać, złorzeczyć, rwać włosy z piczki i użalać się nad sobą do końca świata, ale miałam już dosyć okłamywania. Zwłaszcza siebie.

Chłopak, dla którego byłam gotowa ściągnąć majtki przez głowę choćby na samym środku boiska, powiedział – tu cytaty – że „chyba mnie pojebało” i w ogóle „co ja se wyobrażam”, bo przecież „za brzydka jestem”, żeby cokolwiek od niego chcieć. W dniu, w którym nawet najwięksi szkolni wrogowie zdobywali się na choćby parę słów wzajemnej serdeczności. W taki sposób, by wieść zdążyła się momentalnie roznieść wśród uczniów, nauczycieli, konserwatorów powierzchni płaskich, dostawców pitcy, burmistrza, pana i plebana. I rabinów. Dwóch, by każdy miał własne zdanie.

Oczywiście pojedynczy sercowy zawód – nawet jeśli polegał na publicznym zlinczowaniu – nie był jeszcze jakąś wielką tragedią, no i na pewno za rogiem czaił się już nowy piękny kawaler, więc wystarczyło tylko poczekać i… Tyle że niekoniecznie. Smutna prawda była taka, że nikt inny mnie nie chciał. A przynajmniej nie na tyle, by kiedykolwiek mi to okazać. Żadnej pięknookiej, pięknowłosej i koniecznie piękno(bi)ustej panny, zerkającej na mnie jak na kogoś więcej niż tylko koleżankę, także sobie nie przypominałam. Fakt faktem, niby nie odczuwałam jakiegoś specjalnego pociągu do płci własnej, jednak kto wie, co by było, gdyby?

Skoro jednak nie było, postanowiłam, że to – znów używając cudzego słownictwa – pierdolę. Pierdolę wszystko i wszystkich!

A najlepiej, co by dać odpowiednio dobry przykład, zacznę pierdolenie od siebie.


Początek dnia wyglądał całkiem zwyczajnie: wstałam, coś zjadłam, trochę posprzątałam. Odpowiedziałam także wszystkim, mającym problemy ze zrozumieniem słowa pisanego, że nie. Nie, nie i jeszcze raz NIE! Nie wybieram się w tym roku na żadną imprezę, domówkę, potańcówkę, seans bliskowschodniego kina moralnego niepokoju połączony z panelem dyskusyjnym o polityce postokolonialnej w czwartym świecie, nic z tych rzeczy. I przestańcie mnie wreszcie zapraszać, durne pały, ani tym bardziej nie sugerujcie wproszenia się na krzywy ryj, bo klamkę pocałujecie.

Dupę nie. Na to musielibyście sobie zasłużyć.

Zapukałam też zawczasu do sąsiada, złożyłam mu życzenia noworoczne i zapewniłam (również nie pierwszy raz), że polepszyło mi się już parę dni temu i naprawdę nie musi codziennie sprawdzać, czy jeszcze żyję. Oferować honorowego miejsca na organizowanym u siebie ekskluzywnym wieczorku tańców, karaoke oraz gier planszowych tym bardziej nie. Owszem, doceniałam dobre chęci, jednak wolałam, by nagle nie zadzwonił do drzwi. Ani on, ani ktokolwiek inny.

Oczywiście wciąż miałam wątpliwości, czy postępuję dobrze (cokolwiek owo „dobrze” miałoby znaczyć), lecz szybko doszłam do jedynie słusznego wniosku, że druga taka okazja raczej nieprędko się trafi. A przynajmniej nie w dającym się przewidzieć czasie. A skoro tak, miałam zamiar z niej skorzystać. Nie żadną metodą małych kroczków, tylko raz a… dobrze. Tak dobrze, by nie tylko na końcu, ale co najmniej parokrotnie po drodze dosłownie wyć z rozkoszy.

Najpierw jednak musiałam zrealizować bardzo konkretny, przemyślany w najdrobniejszych szczegółach EVIL PLAN, przy którym „Operacja Ho Ho Ho” nie była nawet godna wspominania.

Punkt pierwszy: pożegnać rodziców, brata i siostrę, wybierających się do znajomych, kolegów, koleżanek czy kogo tam jeszcze.

Punkt drugi: wziąć kąpiel. Długą i jeszcze dokładniejszą.

Punkt trzeci: wyjąć z najgłębszego zakamarka na szafy pudełeczko z najbardziej intymnymi skarbami.

Punkt czwarty: użyć ich zgodnie z przeznaczeniem.

Punkt piąty: przygotować pokój. Włączyć laptop, wyregulować jedną kamerkę, drugą też, przestawić lustro, przysłonić rolety, włączyć nastrojowe lampki, odpalić odpowiednio klimatyczną playlistę.

Punkt sześćset sześćdziesiąty szósty… to wszystko?


Uklękłam na przykrytym kocem łóżku, przysiadając pośladkami na stopach. Poprawiłam spięte w kucyki włosy. Ścisnęłam ramionami ledwie mieszczący się w przyciasnej koszulce biust. Obróciłam głowę w taki sposób, by móc widzieć jednocześnie zarówno swoje odbicie, jak i obraz na ekranie.

Widok był… zaskakujący. Żeby nie powiedzieć: dziwny. Przecież zmieniłam jedynie to, co było najbardziej powierzchowne: ubranie, fryzurę, może jeszcze minę. Tymczasem stałam się kimś zupełnie innym. Nie, że inną wersją siebie, ale w ogóle innym człowiekiem, choć nawet i to pojęcie można było w tym momencie różnie rozumieć.

Jak więc wyglądałam? Jak się zachowywałam? Co miałam zamiar zaraz zrobić?

Dokładnie to, co chciałam i w taki sposób, w jaki chciałam. I miałam w wybitnie nieprzyzwoitym poważaniu, co kto sobie o tym pomyśli. To było moje życie. Moja fantazja. Mój… fetysz? A może po prostu moja erotyczna tożsamość? Integralna część mnie, której najpierw nie chciałam w ogóle przyjąć do wiadomości, później próbowałam jakoś oswoić, ugładzić oraz nagiąć do ogólnie przyjętych ram (z marnym skutkiem zresztą), by wreszcie zrozumieć, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest akceptacja.

Czy mi się to podobało, czy nie, po prostu taka byłam. W taki sposób realizowałam swoje pragnienia. Takie właśnie zachowania sprawiały mi przyjemność. Podniecały mnie i sprawiały, że czułam się spełniona i to zarówno seksualnie, jak i… tak ogólnie.

A że komuś mogło się to nie spodobać? A podobało się do tej pory, kiedy starałam się na siłę być „normalna”? Kiedy ubierałam się „jak człowiek”, malowałam „jak przystoi dziewczynie w moim wieku”, zachowywałam „przyzwoicie” i tak dalej?

Otóż nie. I właśnie dlatego postanowiłam mieć także i to w… a jakże, dupie! Może i niespecjalnie zgrabnej, kształtnej czy proporcjonalnej, za to mojej własnej i niczyjej innej. No i na tyle pojemnej, by wszystko mi się tam zmieściło. Z zapasem.

Uniosłam więc ów zadek, tak by móc wygodniej sięgnąć dłonią pomiędzy uda. Zmrużyłam oczy. Wysunęłam język i uśmiechnęłam się. Do siebie. Tak szczerze i radośnie, jak dawno nie miałam okazji.

Odsunęłam palcami krawędź stringów, które zresztą i tak niewiele przysłaniały, po czym zaczęłam się dotykać. Z początku niespiesznie, by nie dać się zbyt wcześnie ponieść wzbierającym coraz silniej emocjom. Masowałam wzgórek, ledwie tylko muskając płatki. Wędrowałam dłonią po brzuchu, udach i łydkach, dając sobie choć parę chwil wytchnienia, po czym znów powracałam ku kobiecości. Dziewczęcości?

Jak zwał, tak pieścił.

Wreszcie, gdy poczułam się już odpowiednio gotowa, rozchyliłam nogi szerzej i przeniosłam ciężar ku tyłowi, by tym wygodniej…

Nie, nie wniknęłam głębiej. Ograniczyłam się do ucisku nabrzmiewającej pod opuszkami perełki. Najpiękniejszej z pięknych perły w koronie mej intymności, naprzeciwko której postawiłam jedną z kamerek. Tak, bym mogła podziwiać siebie całą. Calusieńką. Od dołu brzucha po nasadę pośladków, bez pominięcia choćby najmniejszego fragmentu. Z identycznej perspektywy, z której ktoś kiedyś – a przynajmniej taką miałam nadzieję – będzie mnie podziwiał. I odpowiednio komplementował oczywiście, bo jakże by inaczej?

Będzie mówił, jak mnie chce, jak mnie pragnie, jak mnie pożąda. Jaka to jestem seksowna, jaka namiętna, jaka napalona! Jaka… piękna? A tak, owszem! Nawet jeśli ładne nie było to, co ładne, a co się ludziom podobało, to ja miałam się podobać. Cała. Nie tylko z twarzy, figury czy ogólnej stylówki, ale części intymnych też. A w takiej sytuacji nawet zwłaszcza.

Drugie szklane oko skierowałam wprost na tyle co uwolnione z miseczek piersi. Także niczego sobie. Bardzo baaardzo niczego sobie! Spoglądałam na widok to z jednego, to z drugiego obiektywu, to we wciąż stojące na wyciągnięcie ręki lustro.

– Mrrrau, jakaś ty seksowna! – mruknęłam do siebie.

Mimo że przecież były to moje własne słowa, wypowiedziane z własnej, niczym nieprzymuszonej woli, aż spłonęłam rumieńcem, a czubka głowy po stopy przeszedł mi dreszcz. Czy naprawdę wystarczyła jedynie delikatna autosugestia, by…

Podniosłam rękę na wzór machającego łapką kociaka, zrobiłam równie słodziakową minkę i wzięłam oddech.

– Mrrau… mrrrauuu… MRRRAAAUUU!

Gdy dotarło do mnie, co się właśnie stało – a zwłaszcza co za chwilę się stanie – było już za późno. Jedyne, co mogłam zrobić, to pod żadnym pozorem nie cofać dłoni i w przynajmniej pozornie kontrolowany sposób doprowadzić rozkosz do końca. Tak gwałtownego, długiego i… mokrego, aż się przestraszyłam.

Poważnie.

To uczucie trwało na szczęście jedynie chwilę. Króciutką, ledwie dającą się zarejestrować chwileczkę. Mrugnięcie okiem. Mruknięcie. Tym razem już bez śladu wstydu, za to z ulgą i… akceptacją. A gdy ustąpiło, poczułam się dokładnie tak, jak powiedziałam wcześniej: spełniona. Usatysfakcjonowana seksualnie, jeśli w ogóle w moim przypadku można było użyć tego określenia.

Tak, podniecało mnie to! Podniecało strojenie się, pozowanie, pomrukiwanie, odgrywanie całej tej roli. Udawanie kogoś, kim przecież nie byłam. Tak mocno, jak chyba nic do tej pory.

Dlatego też, nie myśląc już zbyt wiele, obróciłam się bokiem, jedną dłonią chwyciłam za biust, drugą znów docisnęłam do…

Tyle że taki do przesady ugrzeczniony opis nijak nie pasował do sytuacji.

Prawda była taka, że leżałam rozkraczona jak ostatnia (a może pierwsza?) lafirynda, ugniatając piersi i miętosząc cipkę, jakby zależały od tego losy (wszech)świata. Gapiłam się i w rzeczone cycki, falujące pod najmniejszym dotykiem. Lśniącą od własnej wilgoci picz. Twarz, wyglądającą jak wyciągnięta wprost z jakiegoś „not so great budget fetish furry hentai cosplay, oglądasz na własną odpowiedzialność, mały zboku!” filmiku.

No i co niby z tego? A no to, że dyszałam ciężko z wywalonym językiem, ni to jęcząc, ni to piszcząc, ni to miaucząc. I uśmiechając się. Tym razem znacznie bardziej perwersyjnie.

I wówczas poczułam, że nadszedł właściwy moment, by przekroczyć do tej pory nieprzekraczalną granicę. Nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, gdy będę na to „bardziej gotowa”, a właśnie teraz. Nie z kimś, a sama. Tak, bym to tylko ja decydowała, co się stanie, a co nie. A chciałam, by stało się wszystko. Do samiutkiego końca.

Najpierw wybrandzluję się raz jeszcze, wydając po drodze odgłosy, jakie się najstarszym badaczom zwyczajów godowych Homo napalensis nie śniły, by na samym szczycie orgazmu wcisnąć w siebie palec. Dwa palce. Tak głęboko, jak nigdy wcześniej. Tak, by rozkosz i ból połączyły się w jedno, nierozerwalne i przede wszystkim niepowtarzalne już nigdy przeżycie. Aby…


I w tej samej sekundzie usłyszałam dzwonek. Nie, nie do drzwi na szczęście.

Spojrzałam odruchowo na ekran i zmarszczyłam brwi. Z kim jak z kim, ale z tym akurat… delikwentem nie miałam najmniejszej chęci dyskutować. Ochoty też nie. Tym bardziej w takim momencie.

Minęła kolejna sekunda, dwie, dziesięć, aż wreszcie melodia się skończyła. Po jakiejś minucie, gdy byłam już pewna skuteczności przyjętej taktyki „nie ma mnie, nie było i nie będzie, nie znam się, zarobiona jestem”, rozległo się jedno ciche piknięcie.

Erikmaruda (21:37)

Hej jesteś w domu? Jestem niedaleko i myślałem, żeby na chwilę do Cb podjechać, bo chciałbym Ci coś dać. Jak nie, to nie ma sprawy, zobaczymy się po przerwie.

Miałam odpisać? Nie odpisać? Powiedzieć prawdę? Znów nagiąć rzeczywistość? A może po prostu narzucić na siebie coś przyzwoitego, jako-tako ogarnąć ten burdel i zaczekać na niespodziewanego gościa?

Erikmaruda (21:39)

Daj mi proszę znać, jak się czujesz, bo nie odpisałaś ani razu i bardzo się martwię. Przepraszam, jeżeli zrobiłem coś nie tak i sprawiłem Ci jakąś przykrość. Chciałbym to wyjaśnić, żebyśmy nie byli na siebie źli. Jak się nie zobaczymy to udanej zabawy i trzymaj się zdrowo!

– Tak, do chuja Starmera, zrobiłeś! – warknęłam. – I bardzo dobrze, że się martwisz, bo zasłużyłeś na… na…

No właśnie – na co? Na karę? Na zemstę? Na wylanie kubła pomyj wprost na głowę, nagranie tego i wrzucenie na Tik Toka? A może raczej na rozmowę, którą tak naprawdę sama powinnam zacząć i która prędzej czy później i tak musiałaby nastąpić? Ostatecznie to nikt inny, tylko właśnie oczekujący mojej reakcji szczupły blondynek był dokładnie tym samym zdradzieckim indywiduum, na którego miałam zamiar zwalić winę za wszystkie niepowodzenia. Stresy, zawody miłosne, nawet i rozmiar dupska! Musiałam tylko potwierdzić, że jestem.

Westchnęłam więc i chcąc nie chcąc napisałam:

ALYSSYA666 (21:42)

Jestem tylko daj mi pare minut musze się ogarnac

W najwyższym pośpiechu zdjęłam z siebie co bardziej rzucające się w oczy elementy garderoby i wcisnęłam je pod łóżko, na które narzuciłam koc. Wbiłam się w dres, przemyłam twarz, dłonie, psiknęłam to i owo perfumami. I gdy akurat miałam zapytać, co właściwie znaczy to „jestem niedaleko”, bo znając nasze adresy raczej nie wyglądało to na przypadkową podróż, rozległo się kolejne dzwonienie. Tym razem faktycznie do drzwi.


Eric


Co mnie podkusiło, by to uczynić? Troska? Zauroczenie? Głupota? Poczucie jakiegoś bliżej niesprecyzowanego obowiązku? Niedające się już dłużej powstrzymywać pragnienie, aby wyznać uczucia, jakie skrywałem w sobie już od pierwszego dnia, w którym zobaczyłem najbardziej niesamowitą z niesamowitych, czarującą z czarujących, najseksowniejszą z seksownych… A skąd ja to miałem wiedzieć?

Wiedziałem za to, iż tym razem muszę zebrać się w sobie. Muszę! Nawet jeśli okazja była tak niesprzyjająca, jak tylko było to możliwe, wolałem nie myśleć, co się stanie, gdy znów zmarnuję szansę. Gdy przegram. Sam ze sobą. Tyle razy tchórzyłem w ostatniej chwili, zamiast powiedzieć ledwie kilka jakże prostych wydawałoby się słów. Tyle razy udawałem, że wystarczy mi bycie tylko i wyłącznie kolegą ze szkolnej ławy. Tyle razy musiałem dusić w sobie ból, gdy wybranka mego serca ignorowała nie tylko moje starania, lecz wręcz samo istnienie.

Najpierw jednak zamierzałem ją przeprosić. Nieważne czy chciałem dobrze, czy nie, ostateczny efekt był cokolwiek daleki od oczekiwanego i była to tylko i wyłącznie moja wina. Dlatego właśnie…

I wtedy drzwi się otwarły, a w nich stanęła ona. Alissa. Otaksowała mnie wzrokiem, zrobiła nieco rozczarowaną minę i powiedziała tak zimno, aż spływający za kołnierz roztopiony śnieg znów przymarzł:

– No hejka! Sorka, akurat miałam odłożony telefon, jak żeś dzwonił. Taka w rozsypce trochę jestem, ale ładuj się, nie będziemy tak tu stali… A to co?

– To jest… znaczy ja… nie chciałem się wpraszać tak z pustymi rękami…

No i tyle wyszło z postanowień. Jak zwykle zresztą. Znów stałem jak ostatni przedstawiciel wybitnie niewychowanego lumpenproletariatu, nie wiedząc, ani co zrobić, ani nawet co powiedzieć. Na szczęście kolejne czynności nie wymagały ode mnie jakiejś wielkiej inwencji czy zwłaszcza odwagi, skutkiem czego po paru minutach siedziałem w pokoju Alissy z kubkiem gorącej herbaty i talerzykiem domowych babeczek.

Tyle że nie. Znaczy owszem, wypieki miały kształt babeczkopodobny, natomiast poza formą nie różniły się niczym od najprawdziwszego, chciałoby się rzec: koszernego apfelstrudla, jakiego nie odmówiłby nawet sam Hans Landa. Nawet o syfon z bitą śmietaną zadbałem, by nie musieć polegać na jakimś wynalazku o konsystencji i smaku pianki do golenia.

No i co? No i w zasadzie nico. Jak zwykle zresztą. Alissa ewidentnie nie miała zamiaru zagajać rozmowy. Nie zapytała, co właściwie mnie sprowadza, jak minął mi świąteczny czas, co ciekawego pojawiło się ostatnio na Netflixie albo w Tate Modern. Za to się poczęstowała. Wzięła jedną dokładkę, drugą zresztą też, a na koniec zassała konkretną porcję śmietany wprost z syfonu. Po czym zebrała białe ślady z warg palcami, które pooblizywała.

A ja, zamiast usłyszeć na koniec choćby „dziękuję, bardzo mi smakowało, miło mi, że tak się dla mnie starasz, może zostaniesz i puścimy jakiegoś sylwestrowego hiciora”, musiałem odwrócić wzrok.

Ku własnej zgubie.

Przez moment wydawało mi się, iż zbyt wiele sobie dopowiadam, lecz… jednak nie. Zdecydowanie i jednoznacznie nie. Spod nierówno położonego koca naprawdę wystawała opaska na włosy z kocimi uszkami oraz coś, co wyglądało jak puszysty, kłujący w oczy oraz poczucie wewnętrznej równowagi jaskrawym różem, ogon. Taki, którego w grzeczniejszej opcji przypina się w okolicy lędźwiowo-krzyżowej, zaś w tej mniej przyzwoitej wtyka nieco niżej. Przy użyciu bardzo charakterystycznie wyglądającego koreczka.

– Dobrze się czujesz? Stało się coś? Hej? Halo, tu Ziemia! – zapytała Alissa wciąż mało przyjemnym tonem, jakby miała do mnie jakieś pretensje. Poniekąd słusznie.

– Nie, jest dobrze. Zamyśliłem się, przepraszam – odpowiedziałem zbyt szybko. – Bo właściwie to chciałbym cię przeprosić za tamto… wiesz – wyjąkałem. – Miałem nadzieję, że inaczej się wszystko ułoży, a wyszło jak zwykle. Mnie naprawdę zależy, żebyś była szczęśliwa i tak sobie pomyślałem, że może w taki dzień jak dzisiaj uda mi się wytłumaczyć, żebyśmy nie zaczynali nowego roku…

Wtedy zauważyłem, że Alissa, zamiast mnie słuchać, spojrzała pod to samo łóżko. Na mnie. I z powrotem.

– Jak widzę, znowu wtrącasz się w nie swoje sprawy, tak? – warknęła.

– Ale ja… ja nie miałem nic złego na myśli, tylko tak jakoś rzuciło mi się w oczy i…

I się skończyło tłumaczenie, zanim na dobre zaczęło.

Alissa poderwała się z krzesła i ruszyła ku mnie, jakby chciała przejść od słów do (ręko)czynów. I o ile powstrzymała się od przemocy fizycznej, o tyle od werbalnej już nie.

– Czy ty możesz… czy możesz wreszcie dać mi spokój? Na miłość boską, co za gość, no! Tyle razy żem ci mówiła, co byś nie wpychał nosa pomiędzy drzwi, bo ktoś ci go przytrzaśnie i…

Przerwała na moment, jakby zastanawiając się, co powiedziała. Czy raczej co miała zamiar powiedzieć, bo zaczęła od nowego zdania. Takiego, jakiego wolałbym nigdy nie usłyszeć. Nie tylko od niej.

– …kurwa, co ja za kocopoły pierdolę… dobra, powiem krótko: przestań, Eric. Tak raz na zawsze. Naprawdę gówno mnie interesuje, co żeś chciał, co nie, jakie miałeś i tak dalej. Wpieprzasz się znowu do mojego życia, a ja tego nie chcę. Po prostu nie. Na wysłuchiwanie twoich genialnych porad z dupy zresztą też nie mam ochoty. Dlatego powiem ci ostatni raz: weź se odpuść, bo to nie ma sensu. Wracaj do domu, zaproś sobie jakichś kumpli, o ile ich w ogóle masz, a ode mnie się odwal. Albo żebyś lepiej zrozumiał: odpierdol. Okej?

Przez chwilę próbowałem coś odpowiedzieć, lecz wystarczył mi jeden rzut oka na autentycznie wściekłą twarz Alissy, by porzucić wszelkie nadzieje. Czy mi się to podobało, czy nie, ona miała rację. Powtarzam: ona, nie ja. I nic nie było w stanie tego zmienić. Nieważne, co miałem zamiar zrobić, i tak było to z góry skazane na porażkę. Choćbym nawet zamiast paru słodkości przywiózł jej całą cukiernię, kwiaciarnię tudzież jubilera, po czym padł na kolana i powiedział „to wszystko twoje, tylko pozwól mi… pozwól mi siebie…”

Nie potrafiłem tego wypowiedzieć nawet w myślach.

Dlatego wybrałem jedyną możliwość, jaka mi jeszcze została: wstałem bez słowa, wyszedłem z pokoju, założyłem kurtkę, buty, czapkę. Następnie, nawet się nie odwracając, zamknąłem za sobą drzwi.

Zatrzymałem się jeszcze na moment na dole schodów, by przetrzeć gwałtownie wilgotniejące oczy, po czym ruszyłem. Dokąd? A żebym to wiedział…


Alissa


Co mnie… jajco, kurwa! Tym razem nie mogłam już zrzucić winy na nikogo, nawet gdybym bardzo się starała. I zrozumiałam to znacznie szybciej i przede wszystkim boleśniej, niż mogłabym przypuszczać.

To mnie puściły nerwy. To ja spanikowałam. Ja zamiast udać, że spod łóżka nie wystaje nic ciekawego, sprzątnąć owe nicciekawości z miną Franka Drebina, albo jeszcze lepiej obrócić całą sytuację w żarcik typu „no przecież to na imprezę, nie widać?”, zachowałam się jak skończona kretynka.

Ja odstawiłam chamówę, narobiłam bydła, odjebałam perfekcyjną chujnię z tak samo książkową grzybnią. Ja upokorzyłam być może jedyną osobę, której szczerze na mnie zależało i która – choć zupełnie nieświadomie – powstrzymała mnie przed zrobieniem czegoś, czego tak naprawdę zrobić nie chciałam i czego żałowałabym już zawsze. Ja porwałam na strzępy, oplułam i zdeptałam jego oczekiwania, marzenia… uczucia?

I wtedy dotarło do tej mojej pustej pałki coś bez porównania gorszego. Mianowicie mogły być to uczucia zupełnie inne niż do tej pory mi się wydawało.

A jeśli tak, to dokumentnie spierdoliłam nie tylko własnego sylwestra, ale być może i czyjeś życie.


Rzuciłam się na smartfon jak Gromit na krakersy z wensleydaylem. Wybrałam numer i czekałam. Powtórzyłam. I jeszcze raz. W końcu napisałam SMS-a. Wiadomość na czacie. Znów zadzwoniłam. Wszystko bez rezultatu.

Pomyślałam nawet, by się ubrać i pobiec za Ericem, ale szybko dotarło do mnie, że miałoby to jeszcze mniejszy sens niż dzwonienie. Jak niby miałabym go znaleźć? I gdzie? Zupełnym przypadkiem siedzącego na ławce na przystanku za rogiem? Takie rzeczy to tylko z filmach i raczej tych mało ambitnych.

Rozejrzałam się po pokoju i westchnęłam z rezygnacją. Mogłam spędzić ten wieczór ze znajomymi? Z sąsiadami? Z rodzicami? Z rodzeństwem? Ostatnia opcja byłaby raczej niezręczna do zrealizowania, bo przecież ani ja nie znałam za bardzo ich towarzystwa, ani rzeczone towarzystwo nie znało mnie, ale trzy poprzednie jak najbardziej. Jedna była zresztą wciąż aktualna – wystarczyło się przebrać, wyciągnąć z szuflady jakieś Monopoly (ewentualnie talię kart z gołymi babami) i wbić się na imprezkę za raptem dwoma ścianami. Dwiema?

Mogłam, ale tego nie zrobiłam. Bo nie.

I wtedy usłyszałam piknięcie. Jedno.

Erikmaruda (22:59)

U mnie ok. Nie martw się.

I to wszystko. Bez wyjaśnienia, bez życzeń, bez niczego.

Zgrzytnęłam zębami. Piczą tym bardziej. I stwierdziłam, że pieprzę to. A nawet, co sama zresztą powiedziałam, pierdolę.

Rzuciłam telefon na łóżko. Rzuciłam bluzę i spodnie. Rzuciłam okiem na laptopa i w tym samym momencie zrozumiałam, że i tak się nie powstrzymam. Nie dziś.

Tak, ciągle byłam napalona. Zdecydowanie za bardzo, bym mogła to po prostu zignorować.  A skoro tak, wybrałam pójście po najmniejszej linii… znaczy po linii najmniejszego oporu. Wybrałam najbardziej prymitywne uleganie najbardziej prymitywnym podnietom. Wybrałam zaspokajanie własnej chcicy. Wybrałam jakieś tandetne pornograficzne przebieranki na poziomie pryszczatych piwniczaków. I był to tylko i wyłącznie mój wybór. Niczyj inny.

Usiadłam przy lusterku i na szybkości zrobiłam najmocniejszy, najbardziej prowokacyjny i wyuzdany makijaż, jaki potrafiłam. Włączyłam już nie dwie, ale jedną kamerkę, a na drugiej połowie ekranu puściłam film. Nie jakąś animację o lekkim zabarwieniu erotycznym, a regularnego pornosa, na którym przebrana para pierdoliła się tak brutalnie, aż w paru momentach musiałam odwrócić wzrok. Ku obrazowi własnej twarzy. Biustu. Intymności.

Oglądałam ostro wymalowaną siebie, robiącą miny godne najbardziej zdesperowanych onlyfansiar. Rozchylone na całą szerokość uda. Wyjęte z koszulki cycki. Rozwartą palcami, mokrą picz.

Nie starając się nawet zachowywać pozorów, pociągnęłam z wyciągniętej z barku butelki. Podkręciłam też muzykę, by nikt mnie nie usłyszał i rozpoczęłam serenady. Nie wiem, skąd rodem, ale na pewno nie z Royal Opera House.

Brandzowałam się, aż fajerwerki zaczęły cichnąć. Z przodu, z tyłu, z boku, od tyłu. Siedziałam, leżałam, wypinałam się. Drapałam paznokciami łechtaczkę, ciągnęłam za sutki, w pewnym momencie wsadziłam sobie nawet palec w tyłek.

Ile przeżyłam orgazmów? Dwa? Trzy? Pięć? Czy te ostatnie „przyjemności” można było w ogóle tak nazwać, czy były jedynie wymuszonym uwolnieniem podniecenia?

Tak po prawdzie nie miało to żadnego znaczenia.


Eric


Czekałem aż nazbyt długo, licząc na… chyba cud. Dopiero gdy kanonada sztucznych ogni przycichła i jedynie ostatni z ostatnich niedobitków świzdu-gwizdu-zasiłek-poszedł-w-waginu pozostali jeszcze na placu boju, wstałem z ławeczki. Równie przemarznięty, co zrezygnowany. Zdegustowany sobą. Tym, co zrobiłem, czego nie zrobiłem, co zrobić mogłem, co powinienem. Czyli w zasadzie jak zwykle.

Czy mogłem postąpić inaczej? A czy Sus scrofa defekuje w Forest of Dean? Naprawdę nie miałem ani siły, ani ochoty, ani cierpliwości, ani godności, ani… po prostu nie chciałem dłużej tego roztrząsać. Bo nie.

Spojrzałem ostatni raz w milczący ekran. Na odległą o dosłownie kilkadziesiąt jardów, boczną ścianę brutalistycznej szeregówki, z której niewiele ponad półtorej godziny wcześniej wyszedłem. Znaczy uciekłem. Jak ostatni tchórz. Ostatnia sierota. Ostatnia życiowa… nawet na rzucanie słowami uważanymi powszechnie za obraźliwe i świadczącymi o niedostatecznej kulturze mówiącego nie miałem ochoty.

– Ty skończony idioto – rzuciłem w stronę własnego odbicia w pobazgranej sprayem szybie przystanku. – Ty pieprzony stary parujący worze mokrego, przeciekającego gówna! Ty głupi, wielki śmierdzielu! Ty parszywy, stary, plebejski gnoju!

Aż parsknąłem. Dlaczego akurat te konkretne cytaty z tego konkretnego filmu musiały mi się przypomnieć w tej konkretnej chwili? A co, nie pasowały? Poza tym jakie to miało znaczenie? Bieżące okoliczności były tak samo dobre / złe (niepotrzebne skreślić) na postawienie grubej kreski w moim życiu jak każde inne i żadne słownictwo, zarówno kulturalne, jak i nie, by tego nie zmieniło. A skoro tak, nie było na co dłużej czekać.

Niby mogłem skorzystać z zadeklarowanego wcześniej „bycia w kontakcie”, lecz nie chciałem niszczyć dobrej zabawy jeszcze jednej osobie. Uśmiechów jej dzieci tym bardziej. Dlatego bez dalszego zastanawiania się otwarłem apkę Ubera, wpisałem bieżącą lokalizację oraz adres docelowy. I czekałem. Tym razem nie na łaskę boską, a raczej desperata, który zgodziłby się tłuc taki szmat drogi, zamiast nabijać łatwy szmalec na szybkich podwózkach miejscowych grupek wzajemnego balangowania. Ku memu zdziwieniu odpowiedź pojawiła się dość szybko, choć faktycznie kwota kursu mogłaby zainteresować kontrolerów z Competition and Markets Authority.


Doro


W zasadzie nie miałam powodu, by to robić. Eric wystarczająco wyraźnie dał mi do zrozumienia – nawet jeśli nie było to z jego strony specjalnie intencjonalne – że nie traktował mnie, nie traktuje i nigdy nie będzie traktować jako kogokolwiek ponad zwyczajną znajomą. Koleżankę? Owszem. Przyjaciółkę? Być może. Dziewczynę? Mimo uważnego zaglądania wszędzie tam, gdzie tylko zajrzeć się dało, nijak nie dostrzegałam takiej opcji. A szkoda. Zarówno dla naszych rodzin, udających ze śmiertelną powagą, że nie mają z naszym zapoznaniem absolutnie nic wspólnego (w czym zresztą ich utwierdzałam, udając dla odmiany pomroczność jasną), jak i dla mnie.

Rozwiewając od razu wszelkie wątpliwości: tak, Eric mi się podobał. Z wyglądu, z charakteru, ze sposobu bycia, z wartości, którymi się kierował, z wzorców, jakie uważał za słuszne i z wielu innych powodów. Przy czym ewidentnie działało to tylko w jedna stronę i choć dawałam mu nadto wyraźne sygnały mej życzliwej uwagi, nigdy nie doczekałam się reakcji. A przynajmniej nie takiej, na jaką liczyłam. A przecież…

– Hej, Doris, co tak siedzisz w tym telefonie? – wrzasnął mi wprost do ucha postawny szatyn, bez ostrzeżenia pocałował w policzek, po czym równie szybko odskoczył. – Pa, jak się super bawimy bez cieeebieee, beeejbeee…

Odruchowo sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu podręcznej wyrzutni rakiet ziemia-niechcianizalotnicy. Bezskutecznie. Niestety. Na szczęście. Zależy z czyjego punktu widzenia.

– To się jeszcze chwilę pobawcie sami. Jak tylko skończę, dołączę – odpowiedziałam najspokojniej, jak tylko potrafiłam. – A jeśli jeszcze raz powiesz do mnie „Doris”, to gwarantuję, że ani ciebie, ani twojego truchła już nikt nigdy nie zobaczy.

Rozejrzałam się jeszcze szybko po sali, lecz nie znalazłam choćby strzelby. W przeciwieństwie do podskakującego wraz z mocnym rytmem, całkiem licznego towarzystwa, które kazało mi zadać sobie jakże banalne pytanie: dlaczego niby miałabym komuś zabraniać wyrażania radości? Zwłaszcza dziś?

Wstałam więc, strzepnęłam brokat nazbyt dobrego wychowania i poczęłam wirować wraz z resztą towarzystwa. A gdy nagrałam już nadto kompromitujących materiałów, bez dalszego zastanawiania postanowiłam podzielić się jednym z nich ze światem. Z bardzo konkretnym fragmentem świata.

Cóż, ostatecznie znów zostanę zignorowana. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz w życiu.


Eric


Nie zdążyłem jeszcze dobrze się rozsiąść i pogrążyć w czarnowidztwie, gdy telefon przypomniał o swym istnieniu w sposób, którego nijak się nie spodziewałem. Mimo że przecież znałem nadawczynię i byłoby wręcz dziwne, gdyby przy takiej okazji zbyła mnie milczeniem. Nie tylko ze względu na naszą długoletnią znajomość, lecz przede wszystkim rozmowę sprzed ledwie parunastu dni, kiedy to pomimo usilnych namów i obietnic szampańskiej zabawy w doborowym towarzystwie, odmówiłem zaproszenia na przyjęcie. Wiedząc doskonale, jak bardzo zależało jej na mojej obecności i… jak dobrze sam dobrze bym się tam czuł. Czy bawił, to inna sprawa, ponieważ do specjalnie rozrywkowych nigdy nie należałem, niemniej nikt przecież nie kazałby mi wywijać na stole w samej bieliźnie. Chyba. Dokonałem jednak takiego, a nie innego wyboru i teraz musiałem ponosić jego konsekwencje, wpatrując się w jakże proste słowa:

Doro (00:44)

Bardzo szkoda, że Cię z nami nie ma, Eric. Szczerze wish you were here :*

Doceniłem nawiązanie, lecz zamiast od razu odpowiedzieć, najpierw włączyłem króciutki filmik, z którego machała do mnie wysoka, szczupła, będąca ewidentnie pod wpływem więcej niż jednego (i pięciu zapewne także) drinka dziewczyna. Tak samo kolorowego, co włosy, makijaż oraz kreacja. Nie tylko jej, gdyż zarówno pozostali imprezowicze, udekorowana na bogatości sala, jak i słyszalna nadto wyraźnie muzyka wpisywały się w tematykę „disco ponad wszystco”.

Zacisnąłem powieki. Zęby. Pięść.

Tak, mogłem tam z nimi być. Z nią. Siedzieć przy równie atrakcyjnej, co inteligentnej towarzyszce, razem się pośmiać, posmucić, pogadać tak o pijanych kolegach, jak i sztuce nowoczesnej. Potańczyć, poprzytulać się, być może nawet więcej. Co gorsza, wystarczyłoby, bym o to poprosił. Tak zwyczajnie. Nie namawiał, nie błagał, nie udowadniał, że jestem tego wart. Tymczasem jedynym, co mi pozostało, było odpisanie:

Eric (00:55)

Dziękuję

Nie znajdując lepszego rozwiązania, kazałem jeszcze po drodze przystanąć pod sklepem, oferującym szeroki asortyment wyrobów obłożonych akcyzą, co by nie wpraszać się na wizytę na krzywy fizys. Nawet do własnego domu.

Zwłaszcza do niego. Zwłaszcza w samotności.




Słowniczek:

Noblesse oblige (czyt.: „noblez obliż”, jako rzekł młody hrabia Czyński we wiadomym filmie) – dosł. „szlachectwo zobowiązuje” – francuska maksyma, która zakłada, że osoba posiadająca wyższą pozycję społeczną, majątek, wykształcenie lub tytuł, ma wobec społeczeństwa także większe obowiązki. Jak to wygląda w praktyce, niestety wszyscy widzimy na co dzień,

Cornish Seal Sanctuary –  https://sealsanctuary.sealifetrust.org/en/

– General Certificate of Secondary Education – odpowiednik naszego egzaminu ósmoklasisty / gimnazjalnego. Ogólnie brytyjski system edukacji nie jest do końca tożsamy z naszym, jednak nie wnikam zawiłości, które nie są istotne dla fabuły, na przykład w zasady rządzące egzaminem dojrzałości (A-level) oraz rekrutacji na studia. Liczy się, że Alissa dostała się do zwyczajnej, publicznej szkoły wyższej i niewiele ponadto,

Forest of Dean – dawny królewski teren łowiecki, pierwszy narodowy park leśny oraz drugi co do wielkości las Korony Brytyjskiej,

Tate Modern – brytyjskie muzeum narodowe międzynarodowej sztuki nowoczesnej w Londynie,

Gromit – i Wallace,

Competition and Markets Authority – patrz wstęp,

– na koniec: w UK w życiu codziennym używa się zegara 12-godzinnego AM/PM, jednak w dokumentacji, rozkładach jazdy czy właśnie komunikatorach stosowany jest 24-godzinny. Więc niech nikt się nie odpala. że „powinno być 0:55 zamiast 00:55”. 




Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.


Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

139
7/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 7/10 (3 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.