Ilustracja: Aria

Noblesse oblige (III) - gołą dupą w twarz!

23 września 2026

Opowiadanie z serii:
Noblesse oblige

33 min

Zapraszam na rozdział trzeci, w którym... cytując Alissę, będzie "wincyj seksuw"!

 


Alissa


Gdyby ktoś mi nie tak wcale dawno powiedział, jak się to wszystko poukłada, uznałabym go za osobę mającą problemy z prawidłowym postrzeganiem rzeczywistości. Za niespełna rozumu. Pierdolniętego, że tak powiem.

Tymczasem okazało się, że przeciwieństwa nawet nie tyle się przyciągają, co uzupełniają. Pasują do siebie lepiej niż ktokolwiek mógłby przewidzieć, a już na pewno ja sama.

A przecież wystarczyło się rozejrzeć, usiąść na spokojnie i pomyśleć. I połączyć kropki. Ale nie, bo po co? Mając na wyciągnięcie ręki tak cudownego chłopaka, wrażliwego opiekuna, zaufanego przyjaciela i długo mogłabym wymieniać, kogo jeszcze, musiałam szukać szczęścia gdzie indziej. Im dalej od latarni, tym lepiej, bo trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu.

Mało tego: skoro i tak mieliśmy już za sobą przyspieszony kurs wzajemnego robienia sobie dobrze, nie musieliśmy przechodzić przez etap „ja ciebie złapię za rączkę, ale nie za bardzo, bo koledzy patrzą, a ty mi dasz buzi, ale tylko w policzek, bo co powie mamusia”. Mogliśmy za to bez obaw ściągnąć przed sobą gacie i brandzlować się, ile wlazło. Strzelać palcówki, trzepać kapucyna, chlapać minetkę, robić laskę, aż w końcu…

Tylko po co? Żeby udowodnić coś, czego udowadniać wcale nie musieliśmy? Ani sobie, ani nikomu innemu. Owszem, tak prędkie odkrycie własnej seksualności miało niezaprzeczalne zalety, jednak prawdziwą przyjemność odkryliśmy w czymś zupełnie innym. Tam, gdzie wiele podobnych nam nastoletnich par znajdowało jedynie kolejny etap na drodze do „czegoś więcej”, czyli w bliskości. Czułości. Serdeczności. We wzajemnej akceptacji i zrozumieniu siebie takimi, jacy byliśmy.

Oczywiście nie wszystko poszło tak łatwo, jak sobie wyobrażaliśmy, ale kto nie ryzykuje, ten piwerka z Tesco nie pije, czy jakoś tak. Zresztą czego tak naprawdę mieliśmy się obawiać? Wspomnianego wzięcia za rękę na spacerze? Przytulenia na powitanie? Pocałunku na pożegnanie? I tak prędzej czy później ktoś by nas przyuważył i rozdmuchał całą sprawę, a tak zrobiliśmy to na własnych zasadach. Fakt, z początku musieliśmy znosić mniej lub bardziej niewybredne komentarze typu „paczajta Erik i Alyza chodzo razem no nie wyczymie”, „ale ekipę żeście zmontowali no kto to widział” czy nawet „tylko weź nie siadaj na nim, bo się chłopak zamknie w sobie i już nie otworzy hyhyhy”, ale ostatecznie bycie klasową sensacją skończyło się równie szybko, co zaczęło.

Zdecydowanie nie skończyło się za to moje zdziwienie, jak dobrze dogaduję się z Ericem, gdy tylko tego chcę. Kiedy nie patrzę na niego z góry i traktuję go nie jak trochę oryginalnego, trochę zamkniętego w sobie, trochę upierdliwego kumpla z roku, a kogoś więcej. Chłopaka, partnera, wybranka, mniejsza o nazewnictwo. Gdy traktuję go tak, jak chciałabym, by on traktował mnie. Tak, jak na to zasługuje. Dostając w zamian dużo, duuużo więcej, niż sama dawałam. I dotyczyło to tak samo rzeczy ważnych, bardzo ważnych, niesamowicie ważnych, jak i tych, na jakie zwykle nie zwracamy uwagi. Przykład? Ależ proszę!

Chodziliśmy ze sobą jakoś drugi miesiąc i umówiliśmy się u Erica na stancji na wspólną naukę dupy… znaczy super duper ważnego sprawdzianu. Poważnie. Obłożeni książkami siedzieliśmy godzinę, drugą, trzecią, aż wreszcie poczułam coś więcej. Konkretnie głód. A co, nie wolno? Eric jednak nie chciał słyszeć o żadnym Just Eat, tylko skoczył do kuchni, skąd po dosłownie paru minutach wrócił z gorącymi kubeczkami. Ale nie takimi z proszku, tylko wypełnionymi po same brzegi parującym bananowym ciastem z lejącą się czekoladą w środku.

Co jak co, dwa razy nie musiał mnie namawiać. Zjadłam, podziękowałam pocałunkiem i położyłam bokiem, by nie zmarnować zbyt wielu pustych kalorii na zbędną aktywność fizyczną. Było mi tak dobrze, aż zamknęłam oczy. Tylko na chwilę, naprawdę.

Przebudziłam się w mniej więcej tej samej pozycji. Mniej więcej, bo pod głową zamiast zwiniętej bluzy miałam poduszkę, nogi przykrywał koc, a włosy nie plątały się jak zwykle po twarzy, tylko były równo odgarnięte za ucho. I gładzone. Dłonią. Przytulającego się do moich pleców blondynka.

– Chrapałam? – zapytałam ni z gruszki, ni z pasternaku.

– Może trochę – uśmiechnął się szelmowsko.

Przeciągnęłam się i dopiero wtedy spojrzałam za okno. Ciemne.

– Która jest właściwie godzina?

– Za kwadrans ósma.

– Co? – zerwałam się, jakby diaboła wodą święconą polali. – Czemu żeś mnie nie obudził? Muszę wracać zaraz, bo mi matka nogi… No co się śmiejesz?

– Bo już to załatwiłem.

– Co? O czym ty do mnie rozmawiasz?

– O wysłaniu wiadomości do twoich rodziców, że jesteśmy u mnie i tak intensywnie się uczymy, aż musiałaś zrobić sobie przerwę. Nawet zdjęcie załączyłem. I obiecałem, że cię odprowadzę pod same drzwi!

Zerknęłam na ekran i mało co nie odpaliłam trybu DRACARYS!

– To ty mnie tu będziesz słodkim napychał, kompromitujące fotki strzelał, jakieś interesy z moją matką za moimi plecami robił?! Ty… – W tym momencie faktycznie zionęłam ogniem. – Przecie ja muszę jeszcze rzeczy na jutro ogarnąć, w pokoju mam chlew, siostra mówiła, że mam jej pomóc w lekcjach… Przestań wreszcie rechotać, pajacu!

Eric nie odpowiedział. Za to spełnił kulturalną prośbę.

– Powiedziałem, że cię odprowadzę i słowa dotrzymam. Twoja mama napisała, że to nie jest dla niej żaden problem i nawet…

– Dawaj ten telefon!

Wzięłam. Znaczy wyrwałam Ericowi z rąk. I przeczytałam.

MADKA (17:55):

Bardzo dziekuje za wiadomość!! jest mi milo Eric że się razem uczycie mam nadzieje ze bdziesz miał dobrt wpływ na Alisse bo to moja kochana zdolna dziewzynka ale strasznie leniwa haha. Jak bedziecie wracali to uwazajcie na siebie bo zimno sie robi. Nastepnom razem zapraszam do nas zrobe wam cos dobrego!

I co mi z tego przeczytania przyszło poza poczuciem… wolałam nie kończyć nawet w myślach.

Odgarnęłam koc, wstałam, włożyłam bluzę. Wyszłam do kibla. Przyszłam z kibla. Wszystko w milczeniu.

– Eric… przepraszam. Było mi bardzo miło. I chcę – wydusiłam z siebie, jakby było to przyznanie się do morderstwa, a nie najbardziej oczywiste z oczywistych słów – ci podziękować, że to dla mnie zrobiłeś. No chodź, nie zjem!

Nie zjadłam. Za to pocałowałam. W usta. Długo i jeszcze namiętniej. I ledwo-ledwo się powstrzymałam, by nie posunąć się dalej. Znaczy niżej.


Oczywiście Eric twierdził, że to tylko i wyłącznie moja zasługa. Nauczyciele coś pewnie podejrzewali, jednak oficjalnie też chwalili jedynie mnie. Zresztą spróbowaliby inaczej, belfery w pulpit kopane! Za to rodzice, witający Erica już nie ciastem i herbatką, a otwartymi szeroko ramionami, swoje wiedzieli. A najwięcej i najlepiej wiedziałam ja.

Niby tak, ale nie do końca.

Mogłam wytłumaczyć wszystko, co Eric mówił, co dla mnie robił i jak się wobec mnie zachowywał prostym „bo mnie kocha”, lecz nie chciałam. I nie chodziło o samą ciekawość, a raczej uzupełnienie braków w wiedzy ogólnej. Choćby tej, kim ów niepozorny blondasek właściwie był.

I nie, nie żartowałam. Nie od dziś i nie od przedwczoraj chodziłam z nim do jednej grupy na jednym roku jednych studiów. Spędzaliśmy masę wspólnego czasu i na zajęciach, i po nich, i u mnie, i u niego. I tu zaczynały się pierwsze wątpliwości, bo właściwie to nie do końca u niego, tylko w niewielkim mieszkanku, jakie wynajmował. Tylko z jakiego powodu? I za co? Skoro było go stać na prywatną stancję w jednej z droższych miejscówek na całej dzielnicy, co w ogóle robił w tak zwyczajnej, niewyróżniającej się niczym szczególnym, publicznej uczelni? Dlaczego wybrał ją, a nie jakąś prywatną placówkę dla lepiej urodzonej części społeczeństwa?

Tylko czy na pewno ten tok myślenia był słuszny? Może kawalerka należała do jego ciotki, wujka czy kuzyna brata szwagra, a ja dopatrywałam się drugiego dna tam, gdzie nigdy go nie było?

I wtedy zaczęłam się zastanawiać. Przypominać sobie pewne rzeczy z przeszłości i wnikliwiej analizować teraźniejsze. A gdy czegoś nie wiedziałam, pytałam. Nie samego Erica, ma się rozumieć, bo po co szukać wiedzy u źródła, prawda?

Z pozoru Eric był przeciętnym nastolatkiem z przeciętnej szkoły. Takim, jak my wszyscy. To szczegóły robiły różnicę. Na przykład ubierał się w niby zwyczajne, nierzucające się w oczy ciuchy, tylko jakieś takie… lepsze. Lepiej wyglądające, lepiej uszyte, lepiej utrzymane. Nie wzbraniał się przed wspólnymi wizytami w najbardziej podłych fast foodach, ale zawsze płacił za siebie, a jak komuś brakło paru pensów, bez pytania je dorzucał, a nieraz fundował całość zamówienia z komentarzem „oddasz przy okazji”. Czytaj: nigdy. Nie chwalił się też nikomu najnowszym iPhone’em, sparowanym z równie topowym Apple Watchem, co nie oznaczało, że ich nie miał. Bo miał, sama widziałam.

Nie chodziło jednak tylko o pieniądze. Przede wszystkim nie chodziło o nie.

Eric traktował ludzi jakoś tak… inaczej. Nie tylko w porównaniu z innymi chłopakami w jego wieku, ale tak w ogóle. I w drugą stronę też to działało, a przynajmniej w przypadku tych, którzy to zauważyli i potrafili docenić. Nie bez powodu to właśnie on, czego zresztą nie omieszkał mi wypomnieć, chodził do nauczycieli po prośbie, a i oni nierzadko zwracali się z jakąś ważniejszą sprawą nie do nas jako zbiorowiska, nie do przewodniczącej roku, a do niego konkretnie. Czemu? Dobre pytanie.

Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, taki ktoś jak Eric nie miał na uczelni łatwo. Zwłaszcza na początku, kiedy cała grupa mniej lub bardziej świadomie szukała obiektu niewybrednych żartów. Jednak nigdy nie widziałam, ani nawet nie słyszałam, by słowne – zresztą raczej łagodne, jeśli miałam być uczciwa – docinki zmieniły się w coś groźniejszego. Chociaż nie, przepraszam. Raz była taka sytuacja, jakoś na samym początku pierwszego semestru. Ja akurat tego nie widziałam, ale koleżanki opowiadały, jak Erica zaczepiło po lekcjach paru starszaków. Ponoć go popychali, coś mu chyba nawet zabrali, wersje wydarzeń różniły się szczegółami. W przeciwieństwie do tego, co stało się następnego poranka.

Tutaj wszyscy byli już w stu procentach zgodni: Eric przyszedł na zajęcia, jakby nigdy nic. On, bo jego niedawni oprawcy niekoniecznie. Te same spasione kiziory, które poprzedniego dnia miały się za panów świata (a na pewno boiska), podążały krok w krok za niskim, chudym blondaskiem. Z takimi minami, jakby za jedno niewłaściwe spojrzenie mieli spędzić resztę życia w Belmarsh. Oni, ich rodziny, sąsiedzi i zwierzęta domowe. Jeden niósł torbę Erica, drugi otworzył przed nim drzwi, trzeci potrzymał ubrania, kiedy się przebierał. Na koniec jeszcze publicznie go przeprosili za „zaistniałe nieporozumienie” i oddalili się jak niepysz… spierdolili, aż się za nimi kurzyło.

W przeciwieństwie do mnie. Mogłam się oszukiwać, udawać i grać niedostępną… tak, jasne! Zwłaszcza po tym, jak mało nie zgwałciłam Erica we własnym pokoju! Ciągnęło mnie do niego coraz mocniej i nieraz musiałam się powstrzymywać, by publicznie nie wsadzić mu nie tylko języka po same migdałki, ale i ręki w gacie. Tak, by wszyscy widzieli, że on jest mój i tylko mój!

Zgadza się – imponowało mi, że mój chłopak był dobrze ubrany, dobrze wychowany, dobrze ustawiony. I dobrze wyposażony. Powiedziałabym, że wręcz zbyt dobrze, biorąc pod uwagę to, co miałam zamiar z nim zrobić.

Miałam zamiar. Kiedyś. W przyszłości. Wcale nie tak bliskiej, jak na początku myślałam. A myślałam dużo. Oczywiście wyobraźnia szalała, ciało chciało, ale jak przychodziło co do czego, okazywało się, że wystarcza nam to, co już sobie dajemy.

Chociaż nie, przepraszam, jedno na zmieniło się na pewno. Coś, co najbardziej rzucało się w oczy.


Czego bym nie powiedziała o Ericu, nie był tak odważny, jak ja. Potrzebował naprawdę długiego czasu, by się przełamać i pokazać takim, jakim widziałam go wtedy na zdjęciu, a i tak nie zrobił tego od razu. Najpierw sam rozebrał się przede mną i pozwolił się obejrzeć. Później założył opaskę z uszkami. Następnie dokładał kolejne elementy stroju. Aż wreszcie powiedział:

– Alissa, mam prośbę. Czy to, o czym rozmawialiśmy… mogłoby być u ciebie?

– Ale jak u mnie? – odparłam. – To by wszyscy musieli wyjść!

– Wtedy wyszli.

– Wtedy to było co innego.

– Jeśli chcesz, mogę na przykład kupić im bilety do kina. Albo voucher do restauracji – wyliczał. – Bo… bardzo by mi zależało, żebyśmy zrobili to w twoim pokoju. Obojętne, kiedy. Poczekam, jak będzie trzeba.

– Zobaczę, co da się ogarnąć.

Zobaczyłam. Znaczy podpytałam, pokombinowałam, podrzuciłam parę pomysłów. Skutecznie.


Eric


Zjawiłem się jak zwykle punktualnie i – też jak zwykle – od samego progu musiałem powstrzymywać Alissę. Nie muszę tłumaczyć, przed czym. A skoro i ona sama, i jej pokój zostały ewidentnie wcześniej przygotowane, ograniczyłem się jedynie do wzięcia kosmetyczki, szlafroka i pójścia do łazienki. Tak, szlafroka. Takiego puchatego. A co, nie wolno?

Alissa już na mnie czekała. W chyba najseksowniejszej pozycji, w jakiej tylko mogłem ją są sobie wyobrazić, czyli dopraszającego się atencji kociaka. Bezwstydnie wyuzdanej kici w rozmiarze… takim, jaki najbardziej jej pasował, a mnie pociągał. I miałem w wybitnie nieparlamentarnym poważaniu, co kto sobie o tym myślał.

Tak czy inaczej, stanąłem naprzeciwko i podziwiałem. I zapewne podziwiałbym do końca świata i jeden dzień dłużej, gdyby Alissa nie przypomniała mi, w jakim celu się spotkaliśmy. Bo na pewno nie dydaktycznym – chyba że mieliśmy na myśli naukę zwyczajów godowych młodocianych osobników Homo sapiens sapiens. Przysiadłem więc na łóżku i pochyliłem się ku mojej… dziewczynie? Partnerce? Ukochanej? Wedle uznania. Odgarnąłem palcami włosy, poprawiłem uszka, nieco podciągnąłem niedoregulowane ramiączko koszulki. Przeciągnąłem dłonią po policzku, szyi, ramionach. Pocałowałem w jakże słodkie, cudnie miękkie usta.

– Pokażesz mi się? – zapytała Alissa cichutko.

– Tak, ale mogę… mogę za chwilę? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Chciałbym ci najpierw sprawić trochę przyjemności, bo jak się rozbiorę, to wiesz…

– Nie martw się. I nie bądź taki skromniś, przecie obaj wiemy, że dasz radę więcej niż raz.

– Oboj… – W porę przygryzłem się w język. – Dla ciebie dam!

Niezależnie do deklaracji, nie miałem zamiaru nigdzie się spieszyć i powróciłem do ust Alissy. Do jej coraz bezczelniej kuszącego biustu i wcale nie lepiej wychowanych bioder. Do przeuroczych krągłości pomiędzy nimi.

Zaskoczony własną odwagą, pchnąłem Alissę na plecy i zająłem się już tylko i wyłącznie dekoltem, obcałowując go wzdłuż, wszerz i nawet w poprzek. Ugniatając dłońmi przez chłodny materiał koszulki. Zatracając się w nim aż do… Tym razem zaskoczenia już nie było, bo być nie mogło, choć nie spodziewałem się go aż tak szybko. Czym prędzej musiałem przerwać, usiąść i odetchnąć kilka razy. Szczęśliwie nie musiałem za to przepraszać – wiedziałem, że Alissa wie, więc dalsze tłumaczenia nie były nikomu potrzebne.

– Połóż się tak, jak ci będzie wygodnie.

Spełniłem prośbę. I tylko ją, wciąż nie mogąc się zdecydować na zdjęcie szlafroka.

– Jak coś, to przygaszę światło. Albo zamknę oczy.

– A mogłabyś? Tak chociaż na chwilę?

– Jak to kiedyś żeś mi powiedział? „Pytanie nie trzymie poziomu”?

Pytanie może nie, za to pewne części ciała trzymały. Pion. I nijak nie miały zamiaru słuchać się rozumu.


Alissa


Pomyślałam sobie: „Przecież i tak widziałam go już prawie całkiem przebranego, to wiem, czego się spodziewać”. Taki chuj jak wieloryba ogon! Chuj nad chuje bym powiedziała. Ubrany w białe, wykończone koronką, satynowe majteczki. Takie same jak rękawiczki do łokcia i wysokie pończochy.

Pomyślałam sobie… nic nie pomyślałam. Za to czułam aż za dużo. Ochotę, by rzucić się na Erica i dosłownie go rozszarpać. Zjeść żywcem. Zapomnieć o wszystkich wcześniejszych obietnicach i zrobić to, z czym przecież mieliśmy czekać jeszcze długo.

Kochać się z nim. Ruchać. Wyjąć kutasa z majtek i wsadzić go sobie w picz. I nieważne, że on pewnie zaraz by się spuścił, mnie by co najwyżej bolało, a śladów na pościeli nie usunęłabym nawet wybielaczem.

I czemu to wszystko? Przecież to był najzwyklejszy, niewyróżniający się niczym, drobny chłoptaś. Ubrany w bieliznę, lisie uszka i taki sam ogon. Blondynek z twarzą aniołka i dla odmiany bardzo diabełkowej niespodziance w majtkach.

Femboy. Jak malowany. A nawet lepiej, bo taki, co jeszcze mogłam go dotknąć. Ja i tylko ja! Dotknąć i zrobić z nim, co tylko mi się zamarzyło!

Do tego momentu myślałam – bo powoli zaczynałam odzyskiwać kontrolę nad procesem myślenia głową, a nie piczką – że to faktycznie może być tylko zabawa. Gra. Poza. Może niegrzeczna, może ocierająca się (i to dosłownie) o fetysz, ale bez której bez problemu dam radę się obyć.

Prędko okazało się, że chyba nie do końca. Jak to nie było to, co naprawdę mnie podniecało, to nie wiedziałam, co miałoby tym czymś być. Jak to nie był najbardziej prawdziwy z prawdziwych fetysz, to… też nie wiedziałam.

Dlatego od razu dałam sobie spokój i przeszłam od wspomnianych myśli do czynów.


Eric


– Kochanie… wszystko dobrze? Jak ci się nie podobam, to mogę się ubrać i…

– Nic nie mów. Nic! Daj mi się… zaraz, zaraz… Co ty powiedziałeś?

– Że mogę się…

– Nie to!

– Kochanie? – szczerze się zdziwiłem. – Przecież tyle razy ci mówiłem, co do ciebie czuję, że tylko ty jesteś moją ukochaną, że…

– Ale nigdy w takiej chwili!

– Jak nie, jak… tak?

Oboje spojrzeliśmy na siebie. Przez moment. Mrugnięcie oka.

Wystarczyło.

Alissa rzuciła się na mnie tak gwałtownie, że chyba tylko cudem nie skończyło się na podbitym oku. Dekompletacji uzębienia zresztą też. Próbowałem złapać oddech, lecz z raczej marnym skutkiem. Jedno, co mogłem zrobić, to… nic nie mogłem poza poddaniem się emocjom siedzącej na mnie dziewczyny. Leżącej? Ciężko było stwierdzić.

I wtem zaczęło dziać się coś, czego nijak się nie spodziewałem. Alissa złapała mnie za dłoń i zaczęła ją całować. Ssała palce, nadgarstek, cmokała przedramię. A gdy już obśliniła jedną rękawiczkę, zrobiła dokładnie to samo z drugą.

To jednak był dopiero początek. Gdy bowiem skończyła z rękoma, podążyła niżej. Dotykała moich ud, kolan, łydek. Choć instynktownie się wzdrygnąłem i chciałem dać jej do zrozumienia, że czuję się z tym nie do końca komfortowo, zaczęła całować mi stopy. Świeżo wyszorowane i w równie czyściutkich pończochach, ale zawsze.

Trwało to dłuższą chwilę, podczas której mogłem jedynie patrzeć. I podziwiać. Oczywiście nie byliśmy „starym, dobrym małżeństwem”, jednak do tej pory nigdy nie widziałem Alissy w takim stanie. Ona wydawała się… nie, przepraszam, była. Była jednoznacznie, definitywnie i całkowicie zatracona w podnieceniu jak chyba nigdy wcześniej. I nie miałem pojęcia, w jaki sposób powinienem się wobec niej samej i tego, co robiła, zachować.

Alissa – nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz – zadecydowała za mnie.

Ponownie się nade mną pochyliła i przytuliła twarzą do majtek. Nie, że pocałowała czy coś. Pocierała to jednym to drugim policzkiem o materiał, pojękując cicho. Jednocześnie usiadła okrakiem na mojej łydce i także zaczęła się kołysać. Jej oddech przyspieszył, a do znanych mi już odgłosów pobudzonej nastolatki doszło… pomrukiwanie. Na wskroś kocie. A niedługo po nim regularne miauczenie.

Robiłem wszystko, by tylko zachować kontrolę. Odwracałem wzrok, próbowałem myśleć o hodowli danio malabarskiego, względnie dowodach na poprawność równania Naviera-Stokesa, łapałem się dosłownie każdej możliwości. I może nawet by mi się udało, gdyby Alissa do kompletu z miętoszeniem i serenadą nie dorzuciła drapania mnie po brzuchu.


Alissa


Różne rzeczy sama sobie robiłam, różne robił mi Eric, ale nigdy nie przeżyłam czegoś takiego. Gdybym miała kiedykolwiek powiedzieć, że „byłam pijana emocjami”, to właśnie wtedy. I chyba nie tylko ja, bo nagle poczułam pod policzkiem znajome pulsowanie.

Niby tak, ale czy na pewno?

Znaczy owszem, zaczęło się dziać, jednak zaraz skończyło. Albo zaczęło i nie skończyło? Jak? Dlaczego? Nie miałam pojęcia. Eric zresztą chyba też, bo patrzał na mnie wyraźnie zaskoczony.

Uniosłam się na tyle, na ile pozwalał mi bieżący stan i też przyjrzałam się Ericowi. A raczej konkretnej jego części. Dotknęłam, spojrzałam na materiał, na opuszki, powtórzyłam. Fakt, coś musiało się wydarzyć, tylko co?

I wtedy postanowiłam nie bawić się w Sherlocka. Pannę Marple tym bardziej. Co innego w ciągle napaloną kociczkę, co to zaraz dopadnie swojego kociaczka i zrobi mu… to, na co do tej pory się jeszcze nie zdecydowała. Czemu? Temu, że chociaż oboje tego chcieliśmy i nawet zdarzyło się nam poruszyć ten temat w najbardziej intymnych chwilach, to ani ja nie naciskałam, ani Eric nie namawiał. Albo odwrotnie?

– Dziękuję ci – powiedziałam wciąż rozmarzonym głosem.

– Za… za co?

– Za jajco! – parsknęłam, lecz nim Eric zdążył zareagować, dodałam najczulej, jak potrafiłam: – Za to, że taki jesteś.

Nie było to specjalnie oryginalne, tylko co z tego? A czy wszystko zaraz musiało być wypowiadane językiem godnym wieszczów narodowych, bez zbędnych powtórzeń, tanich epitetów oraz nadmiaru zaimków dzierżawczych, za to z odpowiednią gramatyką, stylistyką, interpunkcją…

Nie czekając ani na odpowiedź, ani na tym bardziej nie kontynuując dyskusji, zajęłam się tym, czym powinnam zająć już dawno. A nawet i czymś więcej.


Eric


Wciąż nie byłem pewien, co właściwie się wydarzyło, a co nie. Czyżbym wreszcie nauczył się kontrolować reakcje własnego organizmu do tego stopnia, by móc panować nad wytryskiem? Owszem, słusznie, niewątpliwie, w rzeczy samej, może jeszcze frytki do tego? Nie miałem jednak czasu dłużej nad tym deliberować, gdyż Alissa najwyraźniej postanowiła skończyć, co zaczęła. W sposób, jakiego jakże pragnąłem i obawiałem się jednocześnie.

Nim to jednak się stało, podpierająca się do tej pory na łokciach kocica wstała. Odgarnęła włosy, poprawiła opaskę i przeciągnęła tak, jak tylko ona potrafiła. Spojrzała mnie i uśmiechnęła się. W taki sposób, aż zacząłem się bać o własną godność. I tym jednak razem nie dała mi czasu na przemyślenia, tylko stanęła nade mną. Nad moją głową.

Najpierw zdjęła koszulkę. Chwilę pomiętosiła opadające swobodnie krągłości, po czym zamaszyście odrzuciła zwinięty materiał na podłogę. Ściągnęła jedną pończochę, później drugą. Sięgnęła dłonią pomiędzy uda. Docisnęła palce do łona. Pomasowała. Zsunęła majtki i przykucnęła.

Już samo ten widok wystarczył, bym przestał logicznie myśleć, a przecież był to dopiero początek. Najseksowniejsza z seksownych, najbardziej pociągająca z pociągających, najbardziej… najpiękniejsza z pięknych dziewczyn, jakie kiedykolwiek dane mi było poznać, pokazywała mi całą swą intymność. Z perspektywy, o jakiej wcześniej nawet nie marzyłem. Znaczy marzyłem, lecz od razu odrzucałem jako zbyt wyuzdaną nawet w rzeczonych myślach, a co dopiero w rzeczywistości.

Tymczasem to naprawdę się działo. Podziwiałem ciężkie piersi o dużych, kontrastujących z jasną skórą sutkach. Wydatny brzuch z przebitym niewielkim kolczykiem pępkiem. Pełne uda i wcale nie mniejsze pośladki. Wydepilowany do gładka, lśniący wzgórek. Rozchylone szeroko, ciemne płatki. Wystającą spomiędzy nich, nabrzmiałą…

Próbowałem walczyć sam ze sobą. Z podnieceniem, którego ewidentnie przejęło nade mną włądzę. Z pragnieniem, by unieść się te ledwie kilkanaście centymetrów i pocałować Alissę jak nigdy wcześniej.

I wówczas Alissa zdecydowała za mnie. Jak zwykle zresztą. Obróciła się i tym razem już nie kucnęła, a uklękła. Nie nad głową, na wprost na twarzy.


Alissa


Uczucie było… zajebiste. Zaje-kurwa-biste. Nie mniej i nie więcej. A nie, przepraszam, więcej już tak.

Wincyj! Wincyj seksuw!

Sama świadomość, że leżący pode mną chłopak właśnie mnie liże, była wystarczająco podniecająca, a przecież miałam zamiar odwdzięczyć mu się tym samym. Nie później. W tym samym momencie.

Zsunęłam mu majtki na tyle nisko, bym nam obu było wygodnie. Przepraszam – obojgu. Zresztą jakie miało za znaczenie? Liczył się tylko i wyłącznie penis, sterczący naprzeciwko mojej twarzy. Z naprężonymi żyłami i wilgotną główką. Duży, gruby, sztywny. Pochyliłam się ku niemu i…

Nic.

Chwila, przecież to w tym związku decydowałam. To ja nosiłam spodnie nie tylko w przenośni. To ja dominowałam. To ja usiadłam na twarzy Erica gołą cipką i praktycznie zmusiłam, by zajął się nią ustami – co zresztą właśnie robił. Tymczasem ja nie potrafiłam zdecydować się na coś, o czym myślałam już wtedy w walentynki?

O, nie! Tak być nie będzie!

Wzięłam go w dłoń i wsadziłam sobie w usta. Nie dość delikatnie, za głęboko, bez jakiegokolwiek wyczucia i w ogóle wszystko źle, ale jakie to miało znaczenie? Zrobiłam pierwszy krok – czy raczej pierwsze obciągnięcie – a potem to już samo pójdzie! I poszło.

Ja robiłam Ericowi laskę. O mnie chlapał minetkę. Oboje byliśmy kłębkami nerwów, wstydu, podniecenia, długo by wymieniać. I to było w tym wszystkim najwspanialsze. Wspólne poznawanie siebie, własnych reakcji, kształtów, smaku i zapachu. Kolejny kroczek na długiej i miejscami przepięknej, a innym razem całkiem wyboistej drodze pierwszych razów. Takich, które pragnęłam pamiętać do końca życia, by…

Tym razem już naprawdę nie mogłam nic zrobić. Myślałam, że Eric chciał się odsunąć ode mnie, bo zbyt mocno do docisnęłam, ale nie. Znaczy tak. Tylko nie chodziło o dupę, a raczej głowę.

Tym razem już nie stchórzyłam i w przypływie odwagi / głupoty / nieuzasadnionego niczym kozaczenia (zaznaczyć właściwe) nie cofnęłam się ani o centymetr. Słony, obfity jak chyba nigdy wcześniej wytrysk drażnił mi gardło, wylewał się kącikami ust, a mało brakło, by pociekł nosem, ale wytrzymałam!

Mało tego: byłam tak zdesperowana, by przeżyć orgazm w dokładnie taki sam sposób. Znaczy w ustach.

– Nie przestawaj… całuj mnie… zrób to dla mnie, dla swojej ulubionej nagrzanej piczki kociczki… o tak, wylizuj mnie wszędzie…


Eric


Czułem się… jak nigdy wcześniej. I nawet nie próbowałem tego nazywać. Liczyło się przeżycie. Jedyne i niepowtarzalne. Samo to, że Alissa nie tylko sprawiła mi rozkosz ustami, ale i pozwoliła na finał w nich, było wystarczająco niesamowite, a przecież wciąż starałem się, by i ją w ten sposób zaspokoić. Całowałem ją, lizałem i ssałem, jak tylko potrafiłem, a gdy kończyły mi się umiejętności – przyznajmy uczciwie: raczej mizerne – nadrabiałem zaangażowaniem.

No dobrze, próbowałem nadrabiać. I choć nie brałem tego w żaden sposób do siebie, skutek był raczej daleki od oczekiwań Alissy. Zaczynała się coraz wyraźniej wiercić, napinać, nawet jej monolog wydawał się przeznaczony raczej dla niej samej niż mnie.

I wtedy stało się coś, czego nie przewidziałem. Alissa uniosła się kawałeczek, przesunęła nieco w przód i wcisnęła dłoń pomiędzy uda. I zaczęła pieścić się sama. A ja…

A ja mogłem zrobić niczego. I bynajmniej nie była to przenośnia. Nawet gdybym bardzo chciał, nie byłbym w stanie całować ani cipki, ani ud, ani dolinki między nimi, ani niczego. Leżałem przygnieciony całym ciężarem Alissy, nie mogąc nawet złapać oddechu.

Ponownie nie miałem ani bladego, ani opalonego, ani żadnego innego pojęcia, czy Alissa od początku była świadoma podduszania mnie, czy zorientowała się dopiero w momencie, w którym próbowałem się chaotycznie oswobodzić. Ważne było, że uniosła się na moment, po czym… znów opadła. I jeszcze raz. Szybciej. Mocniej. Głośniej. Tak, by absolutnie nikt nie miał wątpliwości, jak bardzo jest podniecona.

Nie tylko ona. Ja także nagle zrozumiałem, że też mogę. Jeszcze raz. Trzeci? Drugi? Drugi i pół? Jakimś cudem udało mi się wydobyć rękę spod ciężaru Alissy, by idąc za jej przykładem, także zacząć się pobudzać. Nad wyraz skutecznie i jeszcze bardziej mokro. Ze strony nas obojga.

Jakby tego wciąż było nie dość, gdy Alissa wreszcie ze mnie zeszła, podziękowała mi pocałunkiem. W usta. Nie chcąc postąpić grubiańsko, jako przykładnie wychowany młodzieniec odwzajemniłem gest.


Czasami jedna, z pozoru błaha wymiana zdań, może zmienić relacje między ludźmi. Jedno drobne zdarzenie potrafi wywrócić do góry nogami wszystko, co do tej pory o sobie nawzajem myśleli. Jedna sytuacja… I choć z początku nie mieliśmy ani głowy, ani innych części ciała, by rozkładać na czynniki pierwsze to, co wspólnie przeżyliśmy – nie wspominając o wstydzie, nie pozwalającym w ogóle na wypowiedzenie pewnych rzeczy na głos – w końcu doszliśmy do całkiem zaskakujących wniosków. Albo faktycznie jedynie nazwaliśmy coś, czego można było domyślić się od samego początku? To też było dobre pytanie, na które niespecjalnie potrafiliśmy znaleźć odpowiedź.

Niemniej udało się nam ustalić dwie, a nawet trzy podstawowe rzeczy. Pierwsza: może i wciąż wstydziliśmy się mówić wprost o naszych pragnieniach, lecz jednocześnie zaskakująco łatwo przychodziła nam ich realizacja. I działało to w obie strony. Ja nie musiałem się już obawiać o reakcję Alissy na moje przebieranki, natomiast ona ewidentnie zrozumiała, że podoba mi się dzięki własnej cielesności, a nie pomimo niej. Mało tego: moja fascynacja jej naturalnymi gabarytami, smakiem czy zapachem ewidentnie jej się spodobała, a że przecież głupia nie była, sama zaczęła zachęcać, kusić, momentami wręcz prowokować. Skutecznie. Na przykład obejmowała mnie piersiami, bym doszedł pomiędzy nimi, wypinała pośladki w tym samym celu, aż wreszcie powiedziała otwartym tekstem: „wycałuj mnie dokładnie, to odwdzięczę się tym samym”. I co obiecała, tego dotrzymywała. Zawsze.

Po drugie: co prawda nie wiązało się to zaraz z wiązaniem (a przynajmniej na razie), niemniej tak: podobało mi się bycie zdominowanym, a jej bycie dominującą. Ona lubiła mnie przygniatać, a ja zostawać przygniecionym. Biustem, brzuchem, udami, pośladkami. Nieubraną intymnością tym bardziej. Uwielbiałem, gdy łapała mnie za włosy i wciskała twarz pomiędzy rozchylone nogi, z czego zresztą skwapliwie korzystała. Sprawiało mi przyjemność, kiedy puszczały jej hamulce i zamiast przez tydzień zastanawiać się „a może byśmy spróbowali tak, że ty staniesz, ja przed tobą uklęknę i sprawię ci rozkosz na moim dekolcie”, po prostu rzucała „stań!”, brała mnie w dłonie i – bo inaczej nie dało się tego nazwać – trzepała tak długo, aż ochlapałem jej cycki, twarz, włosy i co tylko się nawinęło. I wcale nie musiało to oznaczać przerwania czynności posuwisto-ręczno-zwrotnej, o nie!

Co się zaś tyczyło kwestii numer trzy, to cóż… miała ona bezpośredni związek z dwiema poprzednimi, jednak w przeciwieństwie do nich wymagała zaangażowania osób (nomen omen) trzecich. Konkretnie rodziców. Zwłaszcza moich.

Nie, nie traktowałem Alissy w żaden sposób jako „gorszej” tylko dlatego, że nie urodziła się ze srebrną łyżeczką w takim czy innym otworze ciała. Tyle że moja prywatna opinia była moją prywatną opinią i niczym więcej. Nawet jeśli to mój brat był naturalnym spadkobiercą tradycji, fortuny oraz przywilejów, a i siostra zdecydowanie nie miała zamiaru jedynie ładnie wyglądać na zdjęciach w rodzinnym albumie, ja także tkwiłem w tym całym interesie po uszy. I nie mogłem sobie robić ot tak, co mi się podobało i z kim… znaczy niby mogłem, tylko po co? By udowodnić całemu (wszech)światu, jaki to jestem niezależny, dla samego udowadniania? Zacząć się bawić w najmłodszą i równocześnie, jakże by inaczej, najczarniejszą owcę na wzór choćby Henry’ego Charlesa Alberta Davida? Dziękuję, postoję. Znaczy posiedzę. I porozmawiam ze wszystkimi zainteresowanymi o tym, o czym powinni już dawno wiedzieć, a nie tylko się domyślać. I powinni wiedzieć to ode mnie.


Alissa


Kiedy Eric ni stąd, ni z dupy, sam poruszył temat swojego rodzeństwa, poczułam raczej ciekawość niż podejrzliwość. Owszem, mówił mi o nich wcześniej, jednak nie dowiedziałam się wiele ponad sam fakt ich istnienia. Dopiero gdy zapytał, czy nie chciałabym ich wreszcie poznać, bo „tak się szczęśliwie złożyło, iż akurat będą w okolicy”, dotarło do mnie, co się właściwie szykuje. I że niby mam zapas ciuchów na wspólną naukę, kino czy nawet łóżkowe przebieranki, ale wyjście do gwiazdkowej restauracji niekoniecznie. O brakach w sawoir… sawur… sawłar… w kulturze osobistej szkoda, kurwa, wspominać, bo tego nie byłabym w stanie zakryć całą szafą najdroższych ciuchów, a co dopiero dresem z wyprzedaży.

Mało tego: jak tylko powiedziałam Ericowi o swoich wyglądowo-wychowaniowych wątpliwościach, ten roześmiał się i odparł:

– Nie martw się. Pierwsze złe wrażenie można zrobić tylko raz.

Nie dałam się jednak zbyć i nie odpuściłam, póki nie wymogłam na nim nie tylko wspólne wyjście do sklepów, w jakich nigdy wcześniej nie byłam, ale i przyspieszone korepetycje z zasad obycia w towarzystwie, przystojących panience na wydaniu z dobrego domu. Albo chociaż takiej, jaka chciałaby za ową uchodzić.


Czy czułam się dobrze z tym, jak wyglądałam? Niespecjalnie. Czy uważałam, że pasuję do otoczenia? Tym bardziej nie. Czy miałam zamiar przyznać się do popełnionego błędu, wrócić do domu, rozpuścić włosy, założyć bluzkę z wielkim napisem „f**k the system” i różowy zegarek z Myszem Miki? Ależ skąd! Postanowiłam być tak, kurwa, kulturalną, aż sam Krul Kor… łaskawie nam panujący Karol mi pozazdrości! Zwłaszcza że on był dopiero trzeci, a ja pierwsza i jedyna w swoim rodzaju!

Niestety, zgodnie z przewidywaniami, mój misterny plan legł w gruzach już w momencie pojawienia się brata Erica na horyzoncie. A gdy po paru minutach do naszej trójki dołączyła także jego siostra, ostatecznie poszedł się paść.

Oczywiście wciąż uparcie robiłam dobrą minę do złej gry: przedstawiłam się grzecznie, odpowiadałam możliwie wyczerpująco na wszystkie pytania, nawet sama zagadywałam od czasu do czasu, co by nie wyjść ani na milczka, ani na wścibską. No i co z tego? Czułam się nawet nie oceniana, a raczej wyceniana. Jak towar na wystawie. Jak podejrzany geszeft, co to wielkiego zysku nie przyniesie, za to grozi poważnymi stratami i w portfelu, i wizerunku. Przede wszystkim na nim.

Jakby tego było nie dość, nie mogłam nawet spokojnie zjeść. Najchętniej wciągnęłabym kawał łupacza w podwójnym panierze z potrójnym frytem i popiła to porządnie schłodzonym lagerem wprost z puszki, ale to byłoby zbyt proste. Musiałam wybierać pomiędzy fłagrasem, szatebrandonem, turdedansem… ha, tfu! Wzięłam więc makaron. Na własne nieszczęście, bo zamiast utopionej we wiadrze sosu góry spaghetti dostałam jakiś (nowo)twór sztuki nowoczesnej, w który strach było wbić widelec. Zwłaszcza pod czujnym okiem sapiącego kelnera, upominającego się o dobór wina.

Winna to ja zaraz będę, jak mu łyżką do deseru te wścibskie gały wydłubię…

Szczęście w nieszczęściu, że w pewnym momencie Eric zaczął spierać się z bratem o coś, czego i tak nie rozumiałam, więc przeprosiłam towarzystwo i udałam się do łazienki. Próbując się po drodze jakimś cudem nie rozkraczyć na wypolerowanych na błysk kafelkach.

Naprawdę nie miałam zamiaru zachowywać się jak bohaterka tandetnej powieści, napisanej przez jeszcze mierniejszą ałtoreczkę, ale odbicie w lustrze miało inne zdanie. Gapiło się na mnie z wyrazem nieukrywanej pogardy. Pytało głośno „po jakiego picza żeś tu w ogóle przylazła”? Tylko czekało, aż się rozryczę, na co po prawdzie się zanosiło. I pewnie prędzej czy później skutecznie zaniosło, gdyby nie burza barwy bursztynu, jaka znienacka pojawiła się tuż za mną, gdy próbowałam dopiąć guzik garsonki. Rozpiętej wcześniej przy okazji robienia wiadomo czego.

Odwróciłam się z gracją słonicy w składzie nitrogliceryny i… aż mnie zamurowało. Różnych rzeczy mogłam się spodziewać, ale na pewno nie tego. Nie uśmiechu. Serdecznego, ciepłego, prawie jak u starej, dobrej przyjaciółki.

– Mogę ci coś powiedzieć? – zapytała posiadaczka najpiękniejszych włosów, jakie w życiu widziałam.

– Jasne… tak, oczywiście, proszę – wyjąkałam.

– A mam być szczera czy raczej szczera do bólu?

– Jak uważasz. Znaczy jak pani uważa.

– W takim razie posłuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Czasu mamy niewiele, spraw sporo, a zależałoby mi, żebyś usłyszała pewne rzeczy ode mnie. Jak najszybciej i w cztery oczy. Dlatego zaczynając: jeszcze raz powiesz mi „pani”, to się obrażę tak, aż popamiętasz. Riley. I nic więcej.

Wyciągnęła do mnie dłoń. Odwzajemniłam gest, lecz zanim zdążyłam coś powiedzieć, posiadaczka najbardziej zadbanych… w każdym razie kontynuowała.

– Przechodząc więc do meritum: może i ciebie znam od jakiejś półtorej godziny, natomiast Erica nieco dłużej. I powiem ci, Alisso, że nigdy nie widziałam go takiego, jakim się stał w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Nigdy. Nie wiem, ile ci ujawnił ze swojej przeszłości, ale uwierz, nie było mu w życiu łatwo i w zasadzie nadal nie jest. Ani w szkole, ani w towarzystwie, ani nawet w domu. Aż tu nagle… inny chłopak. I chociaż długo do niczego się nie przyznawał, to tak naprawdę nie musiał. Jest tylko jedna rzecz na tym łez padole, która sprawia, że ludzie tak się czują, tak wyglądają i tak zachowują. Chyba nie muszę tłumaczyć, jaka? Ani dzięki komu to wszystko?

Spojrzałam na nią jak cielę na reklamę tabletek na odchudzanie.

– Eee… Co?

– Foka w zoo! Przyjmij wreszcie do wiadomości, że to w tobie Eric się zakochał i za ciebie dałby się pokroić. Ciebie taką, jaką jesteś. A jesteś, o ile mogę się tak wyrazić… choć biorąc po uwagę okoliczności, wręcz powinnam… nie żadną zmanierowaną lalunią, która braki w kręgosłupie moralnym musi nadrabiać wtykaniem sobie kija w… domyśl się… tylko zajebiaszczą lasencją. Masz w sobie tyle naturalnego wdzięku, że obdarowałabyś nim połowę gości tego ewidentnie przereklamowanego i równie przepłaconego lokalu, i jeszcze by ci zostało. I, jakkolwiek to nie zabrzmi, nie zmieniaj się. A już na pewno nie udawaj kogoś, kim nigdy nie będziesz. Nawet jeśli ktoś będzie próbował wmówić ci coś innego.

– Ale przecież… nie wiem, jak to powiedzieć, bo… – zaczęłam, nie bardzo wiedząc, jak skończyć.

– Najlepiej wprost.

– …bo ja widziałam, że do was nie pasuję i chciałam chociaż trochę… aż tak słabo mi to wyszło? – wydukałam.

– Nie tym rzecz, jak ci wyszło, tylko po co w ogóle to zrobiłaś? Naprawdę myślisz, że jak wbijesz się w ciuchy z odpowiednią metką, nauczysz konsumować ostrygi zgodnie z etykietą i zamiast amerykańskich blockbusterów zaczniesz oglądać mongolskie kino moralnego niepokoju, to będziesz „lepsza”? Bullshit alert! Bądź sobą, dziewczyno! A dlaczego, to już ci powiedziałam i powtarzam, że powtarzać nie mam zamiaru. I wierz lub nie, ale to mój brat miał szczęście, spotykając ciebie, a nie odwrotnie i nie pozwól się okłamywać nikomu, kto będzie śmiał twierdzić inaczej! – fuknęła, aż zadarty nosek jej się zmarszczył. – A teraz się pokaż… czekaj, mam tu szczotkę… no zostawże ten guzik i zdejmij na chwilę… nie, może jednak zostaw, bo jeszcze kelner zawału dostanie, ale nie zapinaj… o, teraz jest idealnie! Święty Mojżeszu, ale ty masz… Aż zazdroszczę!

– Nie masz czego – rzuciłam odruchowo. Niepotrzebnie.

– Mam. I nie kłóć się ze mną, Alisso. Serio. A teraz chodź, bo tak długie posiedzenie dwóch młodych kobiet w toalecie może zostać uznane za cokolwiek podejrzane…

– A mogę jeszcze o coś zapytać?

– Już zapytałaś.

– Bo zawsze mi się wydawało, że takie osoby jak wy… w sensie o takim pochodzeniu… to nawet mają jakieś takie inne imiona. Nie wiem: jakiś Benedict, Algernon, Cordelia czy coś… A wy się nazywacie tak… zwyczajnie. Znaczy nie chciałam nic złego powiedzieć – powiedziałam, zanim pomyślałam. Jak zwykle.

– Przecież nie powiedziałaś. Tym bardziej że masz rację. Mogę mieć wiele uwag do swoich rodziców, ale akurat tutaj okazali się wyjątkowo… zwyczajni, jak to nazwałaś. A żeby daleko nie szukać, to na przykład Eric ma taką znajomą, która nazywa się jak postać z greckiej mitologii.

– Aphrodite? – rzuciłam pierwszym… i chyba jedynym skojarzeniem, jakie przyszło mi do głowy.

– A żeby tylko… ale dobra, nieważne. Może się kiedyś poznacie, to sama ci powie. A tymczasem naprawdę się zbieramy. Chociaż czekaj, mam dla ciebie coś jeszcze. Kupiłam dla siebie po drodze, ale tobie będzie bardziej pasowało. Zwłaszcza do oczu. Oddasz przy okazji, a jeśli będziesz chciała zatrzymać, to jakoś się dogadamy. Ostatecznie honesta fama melior pecuniae.


Eric


Zerknąłem dyskretnie zegarek. Niedyskretnie zresztą też. Niestety nie przyniosło to rezultatu w postaci powrotu ani Alissy, ani Riley. Chcąc nie chcąc, kontynuowałem więc dyskusję w braterskim gronie. Czy raczej wysłuchiwanie kolejnych genialnych życiowych porad, mających w gruncie rzeczy jedynie na celu udowodnienie, jak to się na niczym nie znam. Dosłownie na niczym. You know nothing, Jon… Eric.

I wtedy usłyszałem stukanie metalowych obcasów. Znacznie głośniejsze niż wszystkie pozostałe. Podniosłem odruchowo wzrok znad talerza ze zdechłymi resztkami jakiegoś molekularnego barachła i aż mnie zamurowało, jako rzekłaby Alissa. Ta sama, która niewiele wcześniej udała się do świątyni dumania, jakby wybierała się na rozdanie świadectw, wyglądała teraz co najmniej jak gość specjalny, jeśli nie laureatka gali onano… znaczy oscarowej. Takich z najwyższego łoża… znaczy półki. Poważnie. Przylizany koński ogon ustąpił miejsca asymetrycznemu napuszeniu, garsonka przestała wreszcie trzeszczeć w szwach, a na odsłoniętym dekolcie błyskały oprawione w złoto ametysty. Aleksandryty? Zapytam. O to, skąd się tam w ogóle wzięły, tym bardziej.

Próbowałem się nie gapić w nieziemskie zjawisko, jakie się przede mną zmaterializowało, lecz bezskutecznie. Malo tego: nie tylko mnie zawiesił się system, gdyż zazwyczaj opanowany aż do przesady brat mało nie strącił kieliszka ze stołu. W przeciwieństwie do siedzącego dwa stoliki dalej dżentelmena, któremu ta sztuka już się nie udała. Że o gwizdnięciach, mających źródło gdzieś w okolicy loży, zajmowanej przez mocno opaloną klientelę, nie wspomnę.

Choć w zasadzie powinienem, bo braki w elementarnej kulturze osobistej brakami, ale ta właśnie reakcja, w przeciwieństwie do mojego niezdarnie skrywanego zawstydzenia, najbardziej pasowała do bieżącej sytuacji. Pasowała do Alissy. Takiej, jaką naprawdę była.




Słowniczek:

Just Eat – platforma do zamawiania jedzenia,

Dracarys – kto zna, ten wie,

Belmarsh – ciężkie więzienie na terenie Londynu,

Równania Naviera-Stokesa – zestaw równań opisujących zasadę zachowania pędu dla poruszającego się płynu. Do dzisiaj nie wiem, po co mi to było,

Henry Charles Albert David = książę Harry.

Holy Moses! – coś jak nasza „motyla noga!”. Dla miłośników historii: HVAR „Holy Moses”,

honesta fama melior pecuniae – (łac.) dobra sława lepsza od pieniędzy (Publiliusz Syrus),

You know nothing, Jon – patrz: Dracarys.




Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.


Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

37
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.