Ilustracja: Aria

Noblesse oblige (V) – nie wpada się dwa razy do tego samego basenu

25 września 2026

Opowiadanie z serii:
Noblesse oblige

39 min

Zapraszam na ostatni (tak, ostatni, kolejna część ani nawet scena nigdzie mi nie zaginęły) rozdział opowieści!

 


Doro


Chyba tylko wrodzona kultura osobista powstrzymała mnie przed rzuceniem telefonem w ścianę. Koniecznie z komentarzem „ożesz ty gówniarzu chędożony” lub czymś równie adekwatnym do sytuacji. Na szczęście w porę dałam sobie na wstrzymanie, nie chcąc zmarnować jakże cennej nienawiści. Tylko czy naprawdę właśnie to czułam? A jeśli tak, to wobec kogo? Erica? Alissy? Mnie samej? Całego świata?

Idąc za radą mądrzejszych ode mnie, wyszłam na taras i… nie, nie wróciłam zaraz, tylko skorzystałam z wybitnie zachęcającej do przemyśleń na świeżym powietrzu aury, wyłożonego poduszkami leżaka oraz propozycji przechodzącej akurat w pobliżu pokojówki. Nawet jeśli miała ona na myśli raczej herbatkę z cytryną niż whisky ze szklanką, dlaczego niby miałabym sobie odmawiać? Zwłaszcza w takiej chwili.

Leżałam więc, dogadzałam sobie, a przede wszystkim myślałam. Wiadomo, o czym. I o kim. I im dłużej mieliłam w głowie wszystkie za, przeciw oraz obok, tym wysypujące się spod żaren wnioski okazywały się być praktycznie identyczne, co poprzednim razem. I jeszcze poprzednim, i jeszcze, i tak w nieskończoność. Co więcej: dało się je wszystkie podsumować dosłownie jednym, no może dwoma zdaniami. Mianowicie najwyższa pora, bym przestała pytać Erica o cokolwiek, tylko wreszcie złapała go za tę część ciała, której jemu podobni używają do zawiadywania funkcjami reszty organizmu, po czym zmusiła do tego, co powinien był zrobić już dawno. Czy zgodnie z własną wolą, czy też nie, to już nie miało wielkiego znaczenia.

Tak, byłam gotowa zrobić naprawdę wiele, by mój dopracowany w najmniejszym szczególe plan zawładnięcia nad wszechświatem się powiódł, niemniej wciąż musiałam pamiętać, jak pozorne było owo dopracowanie. Mogłam bowiem przewidzieć wszystko poza jednym, acz istotnym szczegółem: reakcją samego Erica, który nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach miał pełne prawo pozostać obojętnym na me starania, względnie po prostu wstać, wyjść i już nigdy się do mnie nie odezwać. I choć przewidywałam ostateczność w postaci dobrania się do niego siłą, wolałam mimo wszystko nie stawiać sprawy na ostrzu piczki. Zwłaszcza własnej.


– Hej, Eric, co tam u ciebie?

– Wybacz, Doro, ale tak właściwie, to jestem trochę zajęty. Jeśli to nie jest coś pilnego, wolałbym oddzwonić później.

– A to już od ciebie zależy, czy pilnego. W skrócie: uważam, że powinniśmy się spotkać.

– W celu?

– Pomyślmy… na przykład zajęcia się hodowlą jedwabników?

– Serio pytam.

– Serio mówię. Robimy z koleżanką taki mały projekt i powiem ci, że ledwie nadążamy z dokarmianiem tego tałatajstwa. Więc kiedy już zaszczycisz nas swą szanowną obecnością, obejrzysz owo wiekopomne dzieło i ma się rozumieć pogratulujesz, to sobie usiądziemy i porozmawiamy jak kulturalni ludzie, a nie będziemy się przerzucali złośliwostkami przez telefon.

– Kiedy zaszczycę… masz na myśli jakiś konkretny termin?

– Na przykład w następną niedzielę? Pomyśl w wolnej chwili i daj znać, dobrze? To co, wstępnie do zobaczenia?

– No niech będzie. Odezwę się. Pa!


Eric


Odezwę się, jak będę miał ochotę. Albo i nie. Zależy, którą nogą wstanę, jaki będzie układ planet i czy horoskop, pasjans oraz koszula w spodniach odpowiednio się ułożą. A poza tym… nie no, bez przesady. Aż takim chamidłem nie byłem, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Owszem, mogłem wciąż nosić – i nosiłem – urazę wobec Alissy, Riley i nawet samej Doro, jednak patrząc uczciwie, ta ostatnia została wciągnięta w ów wir niefortunnych zdarzeń wbrew własnej woli. Co nie oznaczało oczywiście, że nie miała własnych grzeszków na sumieniu, na czele z wyraźnie postępującą z wiekiem bezczelnością, złośliwością i jeszcze paroma innymi -ościami.

Z drugiej strony – czy naprawdę miałem powód, by traktować ją w ten sposób? Otóż niespecjalnie. Nawet jeśli ewidentnie nie było nam dane stworzyć cokolwiek, co można by nazwać choćby zalążkiem związku, nie musiałem wcale odnosić się do niej z tak ostentacyjną niechęcią. Tym bardziej że sama zaproponowała pomoc nie tylko w sferze prywatnej, choć przecież równie dobrze mogła się na mnie złośliwie wypiąć i powiedzieć „nawarzyłeś bezpłciowego międzynarodowego lagera, walącego z daleka diacetylem, DMS i takim skunksem, że nawet Pepe Le Pew by zwątpił, to teraz se go wypij”. A że miała się czym wypinać…

Nie czekając więc dłużej oddzwoniłem, przedstawiłem pokrótce swoją propozycję, Doro się zgodziła, byliśmy umówieni. I już.


Niby nie gościłem na włościach Doro po raz pierwszy – drugi zresztą też nie – jednak, o ile pamięć mnie nie zawodziła, rzeczona włość prezentowała się ona jakby okazalej niż podczas poprzedniej wizyty. Względnie nie zwracałem wówczas uwagi na takie detale jak misternie kute, zwieńczone bramą nawiązującą nadto wyraźnie do Jubilee Gates ogrodzenie posiadłości, ewidentnie świeżo wypiaskowaną, edwardiańską fasadę, czy wreszcie szpaler tworzących pełny zodiak, fantazyjnie poprzycinanych topiar. Że o poustawianych niczym na jakiejś wystawie klasyków, błyskających wypolerowanym chromem rządku automobili nie wspomnę. Choć byłoby o czym, gdyż już pierwszy brzegu, żółto-czarny Phantom zasługiwał na więcej niż jedynie pobieżne oględziny.

Jednak wszystkie te świadectwa majętności bledły w obliczu stojącej na samym szczycie schodów, hebanowej piękności w absolutnie nieadekwatnej do okazji, krwistoczerwonej sukni. Z wyrazem twarzy, jakby tyle co wyciągnęła ją z balii pełnej posoki osobiście zaszlachtowanych dziewic.

– Dzień dobry, Ericu. Miło, iż wreszcie zaszczyciłeś nas swą szanowną obecnością – powitała mnie lodowato, używając identycznego zwrotu, co jej córka. Zapewne nieprzypadkowo.

– Dzień dobry… tak, oczywiście… przepraszam za tak długą przerwę, ale… bo ja nie chciałem się narzucać i… – wybełkotałem.

– Dobra, dobra, mały cwaniaczku! Jakbym jeszcze ci wierzyła! – fuknęła teatralnie.

Aż za bardzo. Spuściłem wzrok, czekając na kolejną – poniekąd słuszną – burę, lecz zamiast tejże doczekałem się… uśmiechu. Tak bezpretensjonalnego, jak to tylko możliwe. I słów, wypowiedzianych tym razem tonem najmilszej z najmilszych cioteczek, odwiedzającej zdecydowanie zbyt dawno niewidzianego kuzyneczka.

– No pokaż się, przystojniaku! Aleś wyrósł… tylko czy mi się dobrze wydaje… chyba schudłeś, prawda? A mówiłam twojej matce, że powinna czasami zafundować ci coś lepszego niż molekularny jarmuż z pudrem z goji! Zaraz powiem kucharce, żeby zrobiła coś porządnego, bo jeszcze wiatr zawieje i będziemy cię z komina zdejmowali. A teraz chodź, co będziemy tak stali jak ten goły na rogu stodoły.

– Naprawdę dziękuję, jadłem w domu i… – wystarczyło jedno spojrzenie, bym zdał sobie sprawę z bezcelowości odmowy – tak, oczywiście, bardzo chętnie skorzystam. A to nie idziemy na górę? – zdziwiłem się.

– Szkoda marnować taką pogodę na chowanie się po kątach!

Jako rzecze mądrość ludowa: tylko głupi odmawia, kiedy mądry prosi. A skoro tak, podziękowałem raz jeszcze za gościnę i podszedłem do Doro, oczekującej mnie… jakby to powiedzieć, by nie skłamać…

Ubrana jedynie w zwiewne pareo, spod którego aż nadto wyraźnie prześwitywało równie skąpe bikini, siedziała na krawędzi basenu, mocząc w nim stopy. Z bezczelnie kolorowym drinkiem w dłoni, przyozdobionym jeszcze bardziej ostentacyjną palemką. Z wielkimi okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Z uśmiechem, którego mogłem bez specjalnej przesady nazwać uwodzicielskim, jeśli nie prowokującym.

Próbując zachować spokój nie tylko ducha, przywitałem się, rozłożyłem na przygotowanym leżaku, zakosztowałem herbaty, zagryzłem wciąż lekko ciepłym shortbreadem, poprawiłem chłodnym dla odmiany pucharkiem truskawkowo-śmietankowo-bezowego bałaganu. A przede wszystkim zacząłem rozmawiać. Niekoniecznie tak swobodnie, jakbym sobie tego życzył, niemniej, gdy dzbanek bursztynowego naparu zaczął powoli pokazywać dno, zaczęło wreszcie docierać do mnie, jak wiele straciłem przez niewłaściwe nastawienie, upór, zwyczajną głupotę, długo by wymieniać.

W skrócie: zrozumiałem, jak piramidalnym byłem idiotą.

– Eric… Eric, halo, tu ziemia!

– Co? A tak, wybacz, zamyśliłem się.

– Nie pierwszy raz.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę i w ramach gestu dobrej woli może od razu przejdę do rzeczy…

– …no nareszcie…

– …i będę miał dwie dość bezpośrednie prośby – zignorowałem kolejna próbę zaczepki. – Propozycje? Jak zwał, tak zwał. Pierwsza: mogłabyś przestać wbijać mi szpileczki młotkiem? Przyznaję bez bicia: nie zawsze zachowałem się tak, jak powinienem, narobiłem głupich błędów, podjąłem wcale nie lepsze decyzje, moja wina – wyliczałem – moja bardzo wielka wina. Wierz lub nie, wiem to lepiej od ciebie, więc nie musisz mi o tym co chwila przypominać. I naprawdę byłoby mi łatwiej, gdybyś chociaż trochę odpuściła i nie kopała leżącego.

– A ta druga?

– Właściwie to jest powiązana z poprzednią. Konkretnie: zróbmy sobie twardy reset, dobrze? Jakkolwiek to nie zabrzmi, mnie też zależy na tej znajomości. Chyba nawet bardziej niż jeszcze niedawno mi się wydawało. Dlatego gdybyś… – zawahałem się dłuższą chwilę, wciąż nie mając pewności, w jaki sposób i czy w ogóle powinienem coś takiego powiedzieć – chciała spróbować jeszcze raz, nie mówię „nie”.

Zamiast odpowiedzi Doro odstawiła kieliszek, zdjęła okulary i spojrzała na mnie tak, aż poczułem się… głupio. Znowu.

– Czyli dotarło wreszcie do ciebie, że w sytuacji, kiedy komuś bardzo na tobie zależy, robienie z siebie niedostępnego buca jednak nie jest najlepszym pomysłem? Gratuluję, lepiej późno niż wcale. Czekam jeszcze, aż wreszcie przestaniesz się na siłę buntować przeciwko temu, kim jesteś.

– Czyli nie dasz sobie na wstrzymanie?

– Dam, tylko najpierw skończę, co zaczęłam. Bo ty naprawdę jesteś… a ma być szczerość za szczerość? Taka bez gładkich słówek i politycznej poprawności? – spytała retorycznie. – No to proszę: jesteś naprawdę świetnym gościem, Eric, póki nie zaczynasz odgrywać jakiejś skrzywdzonej przez ten zły i okropny świat ofiary. Bo to robisz. Cały czas. Wbrew wszystkiemu, a najbardziej zdrowemu rozsądkowi i najzwyklejszej prawdzie.

– Naprawdę tak uważasz? – przerwałem.

– Owszem. Uparcie nie chcesz zrozumieć, jak wiele osób z twojego otoczenia dałoby się pokroić, żeby chociaż raz w życiu dostać taki prezent od losu, jaki ty otrzymałeś już przy urodzeniu. Z jednej strony doceniam, a nawet podziwiam, że nie zachowujesz się jak bananowa zetka z memów, która… żeby powiedzieć kulturalnie a nie skłamać… nie robi nic poza przepierdalaniem szmalcu starych na kurwy, wino i pianino – Doro parsknęła śmiechem godnym Alissy i to takiej nie do końca trzeźwej. – Tylko z tej drugiej naprawdę nie musisz przy okazji mieć pretensji choćby do mnie, że sama korzystam z przyrodzonej pozycji społecznej. Powiem więcej: czy ci się to podoba, czy nie, nadal będę to robiła. I paradoksalnie właśnie dzięki temu mogę pomóc takim… powiedzmy „zwyczajnym ludziom”, jeśli nie razi cię takie określenie, niż fałszywym z gruntu rzeczy udawaniem, jaką to jestem ich ziomalką z dzielni. Bo nie jestem nią, nie byłam i nie będę. Nigdy. Rozumiesz?

– Próbuję – odpowiedziałem bez przekonania.

– To próbuj skuteczniej. Tym bardziej że co właściwie zrobiłeś poza pójściem do… nie chcę powiedzieć „gorszej”, ale serio nie mam na to lepszego określenia – prychnęła ostentacyjnie – szkoły? Może na przykład sam zarabiałeś na swoje utrzymanie? Na jedzenie, mieszkanie, ubrania, stołowanie się na mieście, cokolwiek? I nie mówię o czerpaniu benefitów z rodzinnego biznesu, a zwyczajnym pójściu do zwyczajnej pracy. Co, stałeś kiedyś za ladą w sklepie? Układałeś ciuchy na półkach? Rozwoziłeś żarcie? Sprzątałeś za pieniądze? Tak czy nie?

– Ale co to ma do rzeczy? – próbowałem się obronić.

– Ma i to bardzo wiele. Bo widzisz: ja przez to wszystko przeszłam. Fakt, nie musiałam, ale chciałam. Choćby po to, żebym później nie gadała głupot na tematy, o których nie mam pojęcia. I poczułam na własnej skórze, co muszą znosić „zwyczajni ludzie” – Doro powtórzyła nie bez powodu – z jakimi chcesz się na siłę utożsamiać, chociaż tak naprawdę niczego o nich nie wiesz. Dlatego dobrze sobie zapamiętaj: gdybyś kiedykolwiek znów próbował użyć argumentów w rodzaju nierówności społecznych, niesprawiedliwości, szklanego sufitu, klasizmu, rasizmu, komunizmu i paru innych -izmów, to się poważnie zastanów. Gdyż ponieważ, jakbyś nie zauważył, to ja tu jestem czarną dziewczyną, nie ty.

– Doro, przestań! – uniosłem się gwałtownie, nijak nie spodziewając się wytoczenia tak ciężkiej artylerii. – Przecież wiesz, że ja bym nigdy…

– …na pewno? – przerwała mi równie energicznie. – Wybacz, już to gdzieś słyszałam. Więcej niż raz. I mogłabym ci teraz zrobić taki wykład o historii mojej rodziny i tego, co osiągnęliśmy, co moglibyśmy osiągnąć, komu pomogliśmy, kto pomógł nam, kto traktował nas z góry tylko i wyłącznie z powodu koloru skóry czy braku odpowiedniego herbu. Ale nie czas na to i nie miejsce – Doro spuściła z tonu, wyraźnie nie chcąc eskalować jałowego w gruncie rzeczy sporu – więc od razu przejdę do meritum i przedstawię ci pewną wcale nie hipotetyczną sytuację: poznajesz taką Alissę i nie chcesz, żeby czuła się przy tobie gorsza, więc chowasz do szuflady cały ten swój szeroko rozumiany status społeczny. Chodzicie do jednej szkoły, wynajmujecie jakąś klitkę, byle tylko mieszkać razem, idziecie do podobnej, raczej marnie płatnej pracy. I co? Uważasz, że nie mógłbyś wykorzystać sensowniej tych możliwości, które masz? Że przez równanie siebie w dół nie robisz ani sobie, ani jej najzwyklejszej krzywdy?

– A jeżeli nie uważam? – zaperzyłem się.

– To źle uważasz. Bo Alissa, skoro już używamy jej jako przykładu, najpewniej nie będzie miała innego wyjścia niż dorabianie sobie w… – Doro zawahała się na moment – powiedzmy jakimś fast foodzie, a przynajmniej na początku. Ale ty nie. Ty, gdybyś tylko zechciał, mógłbyś wykorzystać rodzinny majątek do kupna nie blaszanej budy na kółkach, a regularnego lokalu gastronomicznego na własność. Może jednego, a może od razu kilku, bo czemu nie? Przecież cię stać. Dzięki temu mógłbyś dać w pracę nie tylko Alissie, ale i innym jej podobnym osobom. Płaciłbyś lepiej niż konkurencja, szybko awansował tych, którzy się starają, rozbudowywał strukturę firmy, pewnie z czasem zaczął współpracę z miejscowymi dostawcami, długo by wymieniać. A pamiętaj, że mówię na razie tylko o twoich możliwościach finansowych, a nie choćby koneksjach – podkreśliła. – Przecież oboje doskonale wiemy, jaka byłaby różnica, gdybyś ty osobiście, a nie Alissa, zaproponował zorganizowanie lokalnym władzom eventu typu „fish&chipsowozy, zapasy w fasolce, rzut krowim plackiem na odległość, Lower Boondocks” – Doro zachichotała, a i mnie się udzieliło – Okej, może nie byłyby to działania godne pierwszych stron gazet, ale co w zasadzie jest złego w uczciwym płaceniu za równie uczciwe przypalanie ziemniaka? A gdyby gdzieś podwinęła wam się noga i biznesplan się przewrócił i sobie ryj rozwalił, nie musiałbyś od razu zostawiać wszystkich z niezapłaconymi rachunkami, tylko… no właśnie: skorzystałbyś z pieniędzy, które i tak masz, żeby uratować interes.

– Poprawka: moja rodzina ma – wciąłem się.

– Pieniądz jest pieniądz, Eric. I serio nie mam już dłużej ochoty tłumaczyć ci, jak to działa, bo Riley zapewne już dawno to zrobiła. A skoro już o niej mówimy, to przestań oskarżać ją o najgorsze. Ona się o ciebie martwi bez porównania bardziej niż ty o nią i nie musisz się na niej wyżywać tylko dlatego, że próbowała ci pomóc za twoimi plecami. A że wyszło, jak wyszło, to już jest bardziej wina moja i Alissy, niż jej – Doro podkreśliła to nie tylko stanowczym tonem, ale i nieznoszącym sprzeciwu gestem. – Natomiast wracając do tematu, to przecież nie będziecie wypychali banknotami poduszek, tylko dzięki nim zamieszkacie w lepszym mieszkaniu w lepszej okolicy, opłacicie lepszą opiekę zdrowotną, szkołę czy zajęcia pozalekcyjne swoim dzieciom. I tak dalej, i tak dalej, tu też moglibyśmy dyskutować bez końca. Odpowiedz mi więc na jedno banalnie proste pytanie: czy naprawdę o według ciebie takie postępowanie jest złe?

– A czy musimy sprowadzać cała dyskusję do tego, na co mnie według ciebie stać, a według mnie nie?

– Nie, nie musimy. Mogę na przykład zapytać, czy nigdy nie przydały ci się innego rodzaju koneksje rodzinne? Nie zmajstrowałeś czegoś, po czym zdecydowana większość twoich kolegów musiałaby się gęsto tłumaczyć na komisariacie, a u ciebie skończyło się co najwyżej na połajance od rodziców w zaciszu czterech ścian? Nie potrzebowałeś protekcji, by załatwić jakąś z pozoru niezałatwialną sprawę? Nie miałeś nad sobą parasola ochronnego, bez którego byle łajza z Croydon skroiłaby cię za najbliższym rogiem? Jesteś tego absolutnie pewien?

Chciałem zaprzeczyć. Bardzo chciałem. Tylko w jakim celu? Żeby bezczelnie kłamać dla samego kłamania? Dlatego, nawet jeśli nie do końca byłem przekonany do co niektórych argumentów Doro, musiałem przyznać jej rację.

– Touché.

– Merci.

– A teraz naprawdę proszę: dajmy sobie spokój z tymi przydługimi wykładami, a przynajmniej teraz. I tak ledwo daję radę z tym, co mi się ostatnio zwaliło na głowę.

– Chyba z tym, co sam sobie zwaliłeś. I nie mówię o koniu z Valony.

Spojrzeliśmy na siebie. Wiedząc już od pierwszej chwili, że i tak nie damy rady utrzymać powagi. I bardzo dobrze.


– Kochani… czy wszystko z wami w porządku? Może zadzwonię po doktora?

Odwróciłem głowę w kierunku otwartego okna na piętrze, próbując z całych sił opanować dzikie rżenie. Z mocno dyskusyjnym skutkiem. Szczęśliwie udało mi się utrzymać jako tako ludzką pozę na leżaku, czego nie mogłem powiedzieć o Doro, która już nie siedziała na krawędzi basenu, a unosiła się w nim w pozie spłoszonej foki. Lwicy morskiej? Tak czy inaczej wciąż przewiązanej pareo.

– Tak, mamo. Znaczy nie. W sensie: tak, jest dobrze i nie, nie dzwoń. Tu już nie ma czego ratować – krzyknęła, wypluwając wodę. – Zaraz przyjdziemy, to zjemy coś razem.

Doro zaczekała tylko, aż twarz zniknie za firanką, po czym wzięła mnie z zaskoczenia:

– To jak powiedziałeś? „Gdybym chciała spróbować jeszcze raz, nie powiesz nie”? I jak się mam do tego, hehe, ustosunkować?

– A to już twoja broszka!

– A żebyś wiedział…

Nim zrozumiałem, co się wyrabia, było za późno. Próbowałem jeszcze złapać czegokolwiek przytwierdzonego na stałe do podłoża, jednak fizyka nie miała zamiaru brać jeńców i jedyne, co mi pozostało, to spróbować się nie zakrztusić.


– Mam ochotę zapytać, mój drogi Ericu, czy to był twój pomysł, żeby wskoczyć w ubraniu do basenu, jednakże… odnoszę wrażenie, iż nie jest to koniecznie, nieprawdaż?

Uznałem za zbędne zarówno pytanie, jak i tym bardziej odpowiedź. W zamian przybrałem minę kota przyłapanego na destrukcji wazonu, czekając cierpliwie, aż matka z córką wyjasnią sobie wszystko, co było do wyjaśnienia. Zastanawiając się przy okazji, co właściwie powinienem zrobić. Zdjąć mokre ubrania tutaj? Wprosić się do domu, pozostawiając za sobą mokre ślady? Spróbować zorganizować przynajmniej bieliznę na zmianę? Zdać się na domyślność… no właśnie: kogo? No i co z wysuszeniem nie tylko tego, co miałem na sobie, ale i mnie samego?

– …no dobrze już, dobrze, dałabyś spokój! – Doro przerwała mi rozmyślania nagłym pokrzykiwaniem. – Utopił się ktoś? Nie? To po jakiego nakrapianego pisiora drążyć temat? Chodź, Eric, nie chcą nas tu!

Chcąc nie chcąc poszedłem za nią, ufając w jej zdrowy rozsądek. Tak, na pewno, jakby właśnie nie dała dobitnego przykładu na jego używanie w praktyce! Pytanie: czy miałem inne wyjście? Nieszczególnie.

I tutaj Doro kolejny raz mnie zaskoczyła. Nie zauważyłem, by zamieniła choć słowo z kimkolwiek ze służby, a mimo tego w łazience czekały nie tylko złożone ręczniki, ale i cały zestaw młodego elegancika. Tak, „łazience”, dobre sobie! Prędzej nazwałbym to pomieszczenie skrzyżowaniem bogato wyposażonej toaletki z w pełni urządzonym, mocno stylowym salonikiem, do którego ktoś w przypływie humoru wstawił monstrualnych rozmiarów wannę. Taką ze wszystkimi możliwymi i niemożliwymi bajerami, sterowanymi panelem o rozmiarze porównywalnym z telewizorem w mieszkaniu Alissy.

Nie czekając więc dłużej, włożyłem mokre ciuchy do podstawionego w oczywistym celu kosza, po czym, mając do wyboru owo podręczne jeziorko oraz sporo skromniejszy, lecz dający bez porównania więcej prywatności prysznic, skorzystałem z tej drugiej opcji. W spokoju namydliłem wszystko, co było do namydlenia i powoli zacząłem spłukiwać, co było do spłukania, gdy nagle usłyszałem niespodziewane, zadane niskim głosem pytanie:

– Przepraszam bardzo, czy mogę zabrać ubrania?

– Słucham? Eee… tak, proszę… i dziękuję – rzuciłem spłoszony.

Coś stuknęło, coś zaskrzypiało, coś szczęknęło. Przysłuchiwałem się jeszcze chwilę, jednak bez efektu. Wróciłem więc do ablucji, pragnąc możliwie szybko powrócić do stanu pozwalającego na przyjmowanie gości. Bez rezultatu.

– A może od razu umyć plecy?

– Cooo?

– Inne części ciała także wchodzą w grę, gdybyś tylko chciał!

Tym razem nie musiałem zgadywać, kto zaszczycił mnie niespodziewaną obecnością, lecz i tak odsunąłem drzwi na szerokość oka. 

Owinięta ręcznikiem – i wcale bym się nie zdziwił, gdyby tylko i wyłącznie nim – Doro uśmiechała się do mnie. Jeszcze bardziej dwuznacznie niż na basenie.

– Doro, co ty… moment, kto właściwie wziął moje rzeczy?

– Wiem ale nie powiem! Ale nie martw się, wrócą do ciebie. Prędzej czy później – zaśmiała się i pokazała mi język. – A na razie powiedz mi, Eric, czy wszyscy faceci są tacy niedomyślni?

– Ale że jak? – wymamrotałem, odruchowo przysłaniając dłonią wiadome miejsca.

– Ale że tak, że specjalnie kazałam ci przyszykować warunki godne co najmniej lordowskiego zadka, a ty wlazłeś do tego schowka na szczotki z dokręconym dla niepoznaki kranem. Ale żeby nie przedłużać, bo proszony obiad nie będzie oczekiwał w nieskończoność… powiesz mi wreszcie, do jakiego etapu doszliście z Alissą? I nie mówię o grze w Angry Birds. Prędzej jakieś Huge Cocks & Dirty Pussies.

– Doro… ja na serio nie jestem gotowy na takie rozmowy… – starałem się zachować resztki powagi, godności oraz przede wszystkim kontroli nad przyrodzeniem. 

– Ale ja jestem, Eric. Gotowa bardziej niż możesz sobie wyobrazić. Więc może wreszcie zrobisz to, za co powinieneś zabrać się już dawno? Chyba że ci się nie podobam?

W odróżnieniu od tego dotyczącego Alissy, to pytanie raczej nie wymagało odpowiedzi. Zresztą Doro nawet nie czekała, aż jej udzielę, tylko podeszła do stojącego opodal szezlongu, zamaszystym gestem zrzuciła z niego przeznaczone najwyraźniej dla mnie, suche ubrania, po czym przysiadła na obszytych złotogłowiem poduchach. W taki sposób, bym bez żadnych wątpliwości mógł stwierdzić nieobecność bielizny.

W ostatnim akcie desperacji spojrzałem ku drzwiom. I tym na korytarz, i wychodzącym na balkonik. Niestety w bieżącej sytuacji zarówno wyskoczenie w negliżu na korytarz, jak i spuszczenie się po rynnie do ogrodu groziło publiczną sromotą. O ile nie gorzej. Przy czym pozostanie w jednym pomieszczeniu z półnagą Doro także nie tylko mogło, lecz wręcz musiało prowadzić do spuszczenia.

Odruchowo spuściłem wzrok niżej, potwierdzając to, o czym i tak doskonale wiedziałem. Konkretnie niedającą się już w żaden sposób kontrolować erekcję.

– To jak, może wreszcie przejdziemy od słów do czynów?


Doro


Nie musiałam tego mówić. Nie musiałam kolejny raz prowokować, kusić, okręcać wokół palca, odkręcać, znów zakręcać i tak bez końca. Tyle że chciałam. I miałam szczerą nadzieję, że tym razem wreszcie…

Jednego nie przewidziałam, choć przecież powinnam przynajmniej założyć taką opcję jako całkiem prawdopodobną. A właściwie dwie. Pierwszą: doprowadzony pod sam skraj wytrzymałości Eric nie postawi ostatniego, ostrożnego kroczku, tylko cofnie się, odpowiednio rozpędzi i rzuci w samiutki środek przepaści pełnej pożądania. Drugą: czego by o nim nie mówić, naprawdę dbał o swój wygląd zarówno w ciuchach, jak i tym bardziej bez nich. Co nie oznaczało, że byłam w jakikolwiek sposób przygotowana na to, co zobaczyłam.

A patrzyłam… gapiłam się na młode, niesamowicie pociągające ciało, godne co najmniej przyszłego mistrza olimpijskiego w gimnastyce, a przy okazji laureata nagrody dla najbardziej obiecującego młodego aktora filmów posuwisto-zwrotnych.

– To jak powiedziałaś? Że chcesz się przekonać, co potrafię? – zapytał nominowany do tegoż wyróżnienia, odsunąwszy szybę kabiny prysznicowej.

– Być może – postanowiłam dalej ciągnąć tę gierkę, choć wcale nie tak pewnie jak jeszcze ledwie parę sekund wcześniej.

– I dlatego z pełną premedytacją doprowadziłaś do sytuacji, w której znaleźliśmy się nadzy w jednym pokoju? – kontynuował, podchodząc do mnie bliżej.

– Jak się domyśliłeś? – czym prędzej odpowiedziałam pytaniem na pytanie, próbując równie szybko przestać zastanawiać się nad tym drugim znaczeniem słowa „ciągnąć”.

– W takim razie… pozwolisz, że sam się obsłużę?

Nie od razu zrozumiałam, o jakie „obsłużenie” chodziło Ericowi. Szczęśliwie miał on na myśli wyciągnięcie z barku butelki Sherry, a nie… znów wolałam nie drążyć. A przynajmniej na razie. W zamian, jak przystało właściwie wychowanej damie, skorzystałam z podanego mi kieliszka, skosztowałam, wyraziłam uznanie, ponowiłam degustację, podziękowałam. W przeciwieństwie do Erica, który bez dalszych pytań hojnie sobie dolał, wypił na raz, otrząsnął się lekko i… spojrzał na mnie. Wzrokiem, jakiego nie tylko nigdy u niego nie widziałam, ale wręcz nie spodziewałam się zobaczyć.

–  Skoro już dotarliśmy do tego etapu naszej znajomości… – zaczął nieco ochryple – to może wreszcie zamiast gadać po próżnicy… albo nie. Jak sama stwierdziłaś, zachowajmy pewien poziom dyskusji.

Zamiast rozwinąć myśl, Eric odłożył szkło i przystanął tak blisko, aż mogłam liczyć przystrzyżone króciutko blond włoski – nie te na głowie, ma się rozumieć. Następnie ostrożnie przysiadł na szezlongu, pilnując, by nie naruszyć mej cielesnej nietykalności i zapytał już zwyczajowo miękkim głosem:

– Czy mógłbym cię prosić, Pandoro Venero Chisholm-deArmond, byś sprawiła mi ów niewypowiedziany zaszczyt i pozwoliła się pocałować?

Aż musiałam przygryźć wargi, by w pierwszym odruchu nie rzucić „prosić to się może świnia”, drugim natomiast nie skomentować użycia drugiego imienia, do którego miałam uraz jeszcze większy niż do pierwszego. Odetchnęłam głębiej i już miałam rzucić jakąś dobraną w punkt ripostą, gdy mimowolnie spojrzałam wprost w te wielkie, równie niewinne co naiwne, chłopięce oczy.

Nie, tutaj naprawdę nie było się nad czym zastanawiać. No, prawie.

– Na pewno tylko pocałować? – zapytałam cicho, przysuwając się do Erica na odległość oddechu. – Jak już wcześniej zauważyłeś, jesteś tak jakby… co nieco roznegliżowany… a i mnie niewiele brakuje – dokończyłam już szeptem.

Zamiast odpowiedzi poczułam usta na ustach. Delikatne, nieśmiałe, lecz i zaskakująco wprawne. W przypływie emocji sięgnęłam dłonią ku nagiemu ciału, lecz powstrzymałam się wpół drogi. Jak szybko miało się okazać, słusznie, gdyż Eric sam z siebie przysunął się bliżej, a gdy odpowiedziałam tym samym, objął mnie ostrożnie. I tylko objął.

Czy to dobrze, czy źle, miałam się już za moment przekonać.


Eric


Gdyby ktoś mnie zapytał, jakim cudem byłem w stanie powstrzymywać się przed rzuceniem się na Doro i zrobieniem z nią tego wszystkiego, co tylko mogło przyjść do głowy podnieconego chłopaka, trzymającego w ramionach równie podnieconą dziewczynę, odpowiedziałbym: „wybacz, albowiem nie udzielę ci tych jakże ważnych informacji, gdyż ponieważ sam ich nie posiadam”. A nawet gdyby było inaczej, i tak nie byłbym w stanie zdobyć się na ten ostatni krok, po którym nie byłoby już odwrotu. Bo nie. I nie interesuj się, bo wiadomo co wiadomo na czym dostaniesz.

A może jednak? Kilka miesięcy temu miałbym spore wątpliwości, lecz kurs przyspieszonej edukacji seksualnej u boku, nad i przede wszystkim pod Alissą nauczył mnie tego i owego. Ze szczególnym uwzględnieniem rozpoznawania sytuacji, w której wspomniana podniecona dziewczyna robi jedno, za to chce… pragnie drugiego. A pragnienia Doro były nadto czytelne. Ona nie udawała. Nawet nie próbowała udawać. Otwarcie zachęcała, kusiła i wreszcie bezczelnie prowokowała, bym wreszcie odrzucił krępujący gorset przyzwoitości i dobrał się do niej tak, jak stała. Znaczy siedziała. A za moment nawet i leżała.

Odsunąłem się od niej najspokojniej, jak tylko potrafiłem. Nie bawiłem się w żadne ostentacyjne westchnięcia, zamaszyste gesty, pretensjonalne błagania ani nic podobnego, a jedynie powiedziałem dwa równie proste, co jednoznaczne słowa:

– Nie, Doro.

– Co „niedoro”? – fuknęła wyraźnie zawiedziona.

– Nie, Doro, dziękuję ci za… za wszystko, ale ja nie… nie mogę dać ci dzisiaj więcej.

– Nie możesz czy nie chcesz? – powtórzyła moje niedawne wątpliwości.

– Nie mogę, nie chcę, nie potrafię. Nie wiem. Sam już nie wiem, co mam myśleć, co mam robić. Co mam czuć też nie – odpowiedziałem najbardziej oklepanym banałem, jaki tylko byłem w stanie wybrać z listy „sto i jeden oklepanych banałów na krępujące, niezręczne oraz żenujące okazje”.

– Ty może nie, ale tak. I to bardzo!

I tym razem, nim zdążyłem w ogóle pomyśleć, nie wspominając o jakiejkolwiek reakcji, Doro znów złączyła nasze usta.


Doro


Niby nie minęły nawet dwa kwadranse, a zmieniło się niemal wszystko. Zamiast machać gołym przyrodzeniem w łazience, Eric siedział w świeżo wyprasowanej polówce przy suto zastawionym stole. Zamiast tłumaczyć mi się z czegoś, czego ewidentnie sam do końca nie rozumiał, odpowiadał – no dobrze, próbował jako-tako składnie odpowiadać – na zagadywania mojej matki, przyglądającej mu się cokolwiek podejrzliwie. Mnie zresztą też. Na szczęście oboje stwarzaliśmy wystarczająco wiarygodne pozory bycia najniewinniejszymi z niewinnych niewiniątkami, co rusz dokładając sobie kolejne dokładki coraz to nowych frykasów, donoszonych hojnie z kuchni.

Jedno, co pozostało bez zmian, to słodkawy smak Erica, który wciąż czułam na języku. A może było to jedynie wino? Wolałam, by na zawsze pozostało to naszą tajemnicą. Równie słodką.

W zasadzie nie planowałam tego wcześniej, jednak perspektywa romantycznej przejażdżki jedynie we dwoje okazała się bardziej kusząca niż przewidywałam. Co prawda rodzice coś tam sarkali, podobnie jak sam Eric, ale zamiast z nimi dyskutować po prostu kazałam wyprowadzić samochód z garażu.

Romantyczna przejażdżka? Samochodem? Już pierwszy rzut oka na dwa wielkie szprychowe koła, chromowane żebrowanie silnika oraz zwężający się ku tyłowi, ciemnozielony odwłok z kokardą Królewskich Sił Powietrznych kazał błyskawicznie zrewidować oczekiwania. Zwłaszcza potencjalnego pasażera, już nie kurtuazyjnie odmawiającego podwózki jako takiej, a raczej broniącego się rękami i nogami przed samą perspektywą wejścia do wyjętego żywcem z jakiegoś dieselpunkowego anime wehikułu. Jak nietrudno się domyśleć – bezskutecznie.


Tak, jeździłam szybko, aczkolwiek bezpiecznie. Tam, gdzie warunki na to pozwalały, wręcz brawurowo. Jednak w tym… pojeździe nie musiałam nawet zbliżać się do granic zdrowego rozsądku, by osiągnąć efekt. Hałas nieosłoniętych niczym dwóch cylindrów, wnętrze rodem z wielkowojennego myśliwca oraz co najwyżej marna imitacja przednich szyb robiły wrażenie nawet na mnie, a co dopiero zupełnie nieprzyzwyczajonym do tego Ericu. Wyglądającym, jakby po kolejnym ostrym zakręcie miał zdjąć kask i przyozdobić jego wnętrze obiadem. Przystawką i deserem także.

W pewnym momencie miałam zamiar wręcz jeszcze mocniej docisnąć gaz i mijać żywopłoty już nie na odległość wyciągniętej ręki, a co najwyżej palca, jednak wtedy przyszło mi do głowy coś jeszcze. Coś, czego nigdy… no dobrze, w pewnych bardzo konkretnych warunkach jak najbardziej bym się spodziewała, a parokrotnie nie skończyłam jedynie na rozważaniach teoretycznych, tylko przeszłam od myśli do od razu czynów, darując sobie słowa. Teraz natomiast chciałam przygotować odpowiedni grunt pod to, co zaczęłam – czy raczej próbowałam zacząć – jeszcze nad basenem, a czego nie dane było mi dokończyć z przyczyn niezależnych.

Gdzieś w połowie trasy odczuwalnie zwolniłam, a ostatnie kilometry przejechałam tempem wybitnie spacerowym, pozwalając i sobie, i zwłaszcza Ericowi na podziwianie przyrody.


Eric


– Doro… Doro! Źle skręciłaś! To trzeba jeszcze do następnego rozjazdu! – krzyknąłem z nieukrywanym zdziwieniem, kiedy nagle zjechaliśmy z głównej drogi i po kolejnych kilkuset jardach zaparkowaliśmy przy kamiennym murku.

– Nie drzyj się, Eric, słyszę! – odpowiedziała kierowca… kierowniczka… kierowczyni, przeczesując przygniecione włosy. – Przecież dobrze wiem, dokąd chciałam dojechać. Pamiętasz, jak kiedyś tu byliśmy? Piękny zachód słońca nam się trafił. Powrót w świetle księżyca też.

– Pamiętam, pamiętam. Zwłaszcza późniejszy ochrzan od matki, że ciągam cię po jakiejś dziczy, jakby to był mój pomysł… – burknąłem sam do siebie. – Ale nadal nie wiem, co tu właściwie robimy.

– Ważne, że ja wiem. Wysiadaj.

Nie miałem zamiaru się spierać, zwłaszcza że i tym razem „złota godzina” w pełni zasłużyła na swą nazwę. Idąc za przykładem operatorki manipulatora nożnego, czym prędzej opuściłem ów bezbożny pomiot motocykla, aeroplanu oraz żelaznej dziewicy, zdjąłem zbędny już kask i zacząłem powoli prostować wszystkie członki. Nie było to ani łatwe, ani momentami specjalnie przyjemne, jednak zaskakująco szybko przestałem przypominać Lorda Helmeta z obustronnym paraliżem, a skoro tak, mogłem się wreszcie skupić na… no właśnie.

Gdybym znalazł się tutaj w innych okolicznościach i przede wszystkim towarzystwie, nie odmówiłbym sobie podziwiania oblanych bursztynowym blaskiem pozostałości dawnego młyna. Kontemplacji pustych oczodołów okiennic, których nikt już nigdy nie zamknie. Poszukiwania śladów dawnego pożaru pod gęsto porastającym ściany bluszczem, resztek fundamentów koła napędowego czy wciąż dających się rozpoznać brzegów kanałów wodnych. Zastanawiania się nad kruchością tego, co tworzymy i co po nas pozostanie. Aż do momentu, w którym słoneczna tarcza zniknęłaby ostatecznie za linią drzew, wieńczących dolinę szumiącej cicho rzeczki.

Dziś jednak mą uwagę przyciągało coś innego. Ktoś inny. Niemalże nierealnie piękna dziewczyna, opierająca się o tył trójkołowca w pozie godnej modelki. Powolutku, ząbek po ząbku, rozsuwająca zamek zamszowej bomberki: od podkreślającego dekolt kołnierzyka, po otaczający biodra szeroki pas. A gdy już rozpięła klamrę, zajęła się guziczkami równie dopasowanych, co kurteczka spodni, udowadniając, że zarówno pod jednym, jak i drugim nie miała nic. Zupełnie nic.

Przełknąłem ślinę. Na tyle głośno, aż kret się spłoszył. Zresztą na jego miejscu też wolałbym nie podglądać, co by nie oślepnąć do reszty.

Tak, oczywiście, wolałbym! A gdzie w tej bajce były smoki? Czarodziejki? Może jeszcze jakieś brooklyńskie driady rodem z tej bardziej inkluzywnej ekranizacji „Bitche…” znaczy „Witchera”? A nie, chwila, jedną miałem dosłownie na wyciągnięcie ręki. No dobrze, dwa wyciągnięcia, o ile cokolwiek to zmieniało.

– Pragnę cię, Eric – powiedziała dria… Doro tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Ja… ja nie… – wyjąkałem bez sensu.

– Nic nie mów. Chodź do mnie.

I na tym skończyła się dyskusja. Podobnie jak resztki jakiejkolwiek mojej decyzyjności, podpartej wolną wolą. Od teraz już tylko i wyłącznie Doro miała decydować, co się wydarzy, a co nie, na natomiast miałem być jedynie biernym wykonawcą poleceń. Chociaż czy tak biernym…

Na razie podszedłem do niej o krok. Patrząc, podziwiając i nie mogąc znaleźć słów na opisanie tego, co widzę, poza tym jednym najbardziej oczywistym. By nie powiedzieć: banalnym, a może wręcz prostackim, a jednak jakże adekwatnie pasującym do sytuacji.

Zachwycałem się idealnej szerokości biodrami. Idealnie smukłą talią. Idealnej wielkości i jeszcze idealniejszego kształtu piersiami. Idealną bielą uśmiechu. Idealnie wykrojonymi oczyma.

Idealnie gładkim łonem, od którego dzieliło mnie ledwie wyciągnięcie ręki. Przyklęknięcie na wyciągniętym nie wiadomo skąd ani kiedy pledzie. Pochylenie głowy.

–  Pocałuj mnie, Eric – wyszeptała Doro.

Oboje wiedzieliśmy, jaki pocałunek miała na myśli. Czy raczej pocałunki, bo na jednym nijak by się nie skończyło.

Mimo tego próbowałem się jeszcze jakoś powstrzymywać. Byle tylko zyskać choć kilka chwil, w których Doro zmieniłaby zdanie i zamiast „innych czynności o charakterze seksualnym” zaproponowałaby na przykład piknik na trawie i grę w karty? Tak, oczywiście, chyba w rozbieranego pokera!

Ostatni raz podniosłem wzrok, licząc na… sam już nie miałem ani bladego, ani tym bardziej opalonego pojęcia, na co. I podobnie jak poprzednio zdałem sobie momentalnie sprawę z bezcelowości dalszego zwlekania. Żadne z nas już nawet nie próbowało udawać, do czego to wszystko zmierzało od samego początku. Nie od przyjazdu w to konkretne miejsce o tej konkretnej porze, zaproponowania przejażdżki, przyłapania mnie w łazience, wciągnięcia do basenu i nawet nie samych odwiedzin. Wystarczyło już odnowienie kontaktu z Doro w jakiejkolwiek formie wykraczającej poza zdawkowe „hej, co u ciebie, mam nadzieję, że dobrze, odezwę się przy okazji kolejnych świąt”.

Dostałem więc, czego chciałem. Czego chciała stojąca nade mną naga piękność? Rezultat i tak był dokładnie taki sam.


Chociaż bardzo, ale to baaardzo się starałem, nie potrafiłem oprzeć się porównaniu mojej byłej i obecnej… dziewczyny? Nazewnictwo było nieistotne, w przeciwieństwie do tego, co się za nim kryło, czyli cielesności. Jakże innej od tej, którą poznałem – czy raczej dopiero zacząłem poznawać – jako pierwszą i która mimo wszystko wciąż stanowiła dla mnie punkt odniesienia. A różniło je absolutnie wszystko: od tego, co mógł dostrzec każdy już na pierwszy rzut oka, po szczegóły dostępne jedynie dla tych bardzo, ale to baaardzo nielicznych wybrańców.

Chociaż nie, przepraszam, już na początku bym skłamał!

Doro pachniała inaczej niż Alissa, inaczej smakowała, inaczej reagowała na moje – mimo nabycia pewnego doświadczenia, wciąż mocno niezgrabne oraz pozbawione jakiejś jednej myśli przewodniej poza „tak chyba będzie dobrze” – starania, inaczej wyrażała swe uznanie dla tychże. Łączyło je natomiast jedno: obie czerpały z tego nieskrępowaną niczym przyjemność, a gdy tylko uznały, że nie dość jej im sprawiam, nie wahały się całkowicie przejąć inicjatywy. Co zresztą miało swoje dobre strony, jakby się nad tym głębiej zastanowić.

Tak głęboko, jak nigdy wcześniej. Oczywiście niejednokrotnie wyobrażałem sobie, jakby to było kochać się z Alissą, jednak nigdy nie odważyłem się jej tego zaproponować, ani choćby zasugerować, że być może, gdyby zechciała, to wówczas, w odpowiednio sprzyjających okolicznościach, postarałbym się zadośćuczynić jej prośbie… nie, nic z tych rzeczy! Ona także ani razu nie postawiła mnie w sytuacji, w której musiałbym choćby zacząć rozważać, czy przyszła już pora na „zaliczenie czwartej bazy”.

Tymczasem Doro już na dzień dobry – choć patrząc na porę, odpowiedniejszym byłby równie dobry wieczór – postanowiła zignorować jakiekolwiek moje obiekcje w tym temacie. Jeśli nie byłem dość domyślny, zdecydowany w działaniu czy jakikolwiek inny, nie dość odpowiadający jej wymaganiom, wówczas albo mówiła, albo po prostu pokazywała, co powinienem zrobić. I tym właśnie sposobem w ciągu ledwie paru minut zdążyłem obcałować jej policzki, usta, dekolt, biust ogólnie oraz sutki w szczególności, brzuch, uda, wzgórek.

Tak, przeszło mi przez myśl, by na tym zakończyć. Zaryzykować zmierzenie się z konsekwencjami, jakiekolwiek by one nie były. Niedoczekanie! Doro nie miała zamiaru wytłumaczyć choćby słowem, czy odczytała moją próbę powstania z kolan jako przejaw niewygody, czy od samego początku dążyła do takiego właśnie finału, tylko złapała mnie za dłoń i skierowała ją pomiędzy wilgotne już płatki. I wepchnęła na tyle głęboko, bym od razu zrozumiał, że nie tylko w przenośni dawno straciła niewinność.

Jakbym spodziewał się po niej czegokolwiek innego…


Alissa


Czy uważałam decyzję o rozstaniu… rzuceniu Erica w pizdu za słuszną? Umotywowaną racjonalnymi przesłankami w rodzaju dobra nas obojga? Podjętą w pełni władz umysłowych? Ależ, kurwa, skąd! Tylko jakie to miało znaczenie? Nieważne, jak bardzo bym chciała, jakbym się nie starała i kogo przy okazji złożyła w ofierze na ołtarzu własnego widzimisia, nie mogłam już nic na to poradzić. Nie cofnęłabym potraktowania chłopaka, któremu jako chyba jedynemu w całym moim życiu naprawdę na mnie zależało, jak ostatniego śmiecia. Nie powstrzymałabym go przed rzuceniem studiów, wyprowadzką i co tam jeszcze zdążył nawyrabiać, a czego mogłam się co najwyżej domyślać.

Tak, domyślać, bo od tamtej pory Eric nie odezwał się do mnie ani słowem, nie napisał wiadomości, kompletnie nic. Zresztą nie musiał. Nawet taka tępa dzida jak ja nie potrzebowała więcej podpowiedzi. Wyzwisk ze strony matki, załamywania rąk ojca czy pukania się w czoło przez koleżanki w sumie też. Tych wystarczyło mi na kolejne pół życia, a może i całe.

Nie zmieniało to faktu, że jakoś to życie przeżyć musiałam. Najlepiej tak, by nie zmarnować tego, co do tej pory osiągnęłam i z czego w zasadzie powinnam być dumna. Powinnam. Czy byłam, to już inna kwestia. Szczęście w nieszczęściu, że rodzice mimo (niewątpliwie słusznego) opierdolu nie pozostawili mnie samej sobie, a i jedna z drugą przyjaciółka, w przerwach od (podobnie uzasadnionego) przypominania mi o byciu piramidalną kretynką pilnowały, bym nie zamieniła podręcznika popitego herbatką na pigułkę popitą z gwinta. Gwintu? Jeden chuj wafel.

To jednak wciąż nie był koniec. Powiedziałabym, że może nawet początek czegoś, czego nijak bym się spodziewała. Mianowicie kurz po mojej miłosnej dramie nie zdążył jeszcze porządnie opaść, gdy pewnego dnia zostałam zaczepiona na korytarzu.

– Alissa… Alissa, czekaj!

Nie odpowiedziałam. Nawet za bardzo nie zwolniłam.

– Słuchaj, bo ja mam taką sprawę… no gdzie tak lecisz!

– Widocznie mi się spieszy, a bo co?

– No mówię, że… nie no, stój!

Już miałam zakurwić z laczka i poprawić z kopyta, ale wolałam się później nie tłumaczyć z urwania łba przy samej dupie. Za to nie odmówiłam sobie złośliwości:

– Czego, że tak grzecznie zapytam, pan se życzy?

– Tego, że ja bym chciał z tobą pogadać!

– A o czym?

– No właśnie próbuję ci powiedzieć, o czym, tylko mi nie dajesz!

– Teraz?

– Jak masz chwilę, to w sumie czemu nie.

– Nie to miałam na myśli.

– W sensie… ale że jak?

– W sensie, że jak ja chciałam, i to wcale nie tak dawno, to mi bardzo kulturalnie odmówiłeś – zionęłam ogniem, nie bacząc na straty w ludziach i otoczeniu. – Mam ci odpłacić pięknym za nabodne?

Stojący naprzeciwko chłopak chciał coś odpowiedzieć. Chciał, ale tego nie zrobił. Westchnął tylko, spojrzał na mnie, potem gdzieś pod nogi, znów w moją stronę.

– Przepraszam.

Czego jak czego, ale tego to się nie spodziewałam.

– Eee… co? – wydusiłam z siebie.

– Chcę cię przeprosić, Alissa. Za tamto… wiesz. Nie powinienem się tak wtedy zachować, a w ogóle to… to chciałem ci już wcześniej to powiedzieć, ale byłaś już wtedy z Ericem, a teraz… teraz nie jesteś i… pomyślałem…

– Dobrze, wystarczy.

Nie, nie przerwałam mu ani chamsko, ani złośliwie, ani nawet z niezawoalowolano… z nieukrywanym przekąsem. Otóż nie. Wystarczyło tych ledwie parę wyjąkanych zdań, bym zamiast chęci okrutnej zemsty poczuła coś na kształt… zrozumienia? Wybaczenia? Na to było o wiele za wcześnie, jednak pierwszy krok został zrobiony. Co ważniejsze: nie przeze mnie.

– To co, jutro? Albo pojutrze, bo… wiesz co, dam ci numer, to umówimy się na spokojnie, dobra?

– Mam.

– Co masz?

– Numer.

– A to ciekawe… – mruknęłam – ale okej, wyślij mi strzałkę. A teraz na serio muszę lecieć, bo mam umówionych parę rzeczy.

– Podwiozę cię, jak chcesz. I tak mam po drodze.

– Coraz lepiej! Dobra, to może od razu mi powiedz wszystko, co się o mnie dowiedziałeś. Będzie prościej.

– A możemy chociaż wsiąść do auta? Obiecuję, że nigdzie cię nie wywiozę!

Teraz to ja spojrzałam na niego. Tak, był bucem, złamasem, kutasiarzem, świnią, mendą i pewnie jeszcze erosomanem, ale nie seryjnym kilerem, porywającym niewinne dziewczyny wprost ze szkolnego korytarza. A przynajmniej taką miałam nadzieję.


Przez całą drogę nie odezwałam się ani razu. On zresztą też nie. Dopiero kiedy zaparkował i zgasił silnik, obrócił się do mnie na tyle, na ile pozwalały wciąż zapięte pasy.

– Mam powiedzieć ci wszystko od razu? Bo to może chwilę zająć.

– W razie czego przerwę, jakby zaczęło mi się spieszyć.

– Dobrze. W takim razie… to może od początku. Ja już wtedy, jak… wiesz, kiedy…

– Wiem, ale dobrze by było, jakbyś przestał wreszcie uciekać w takie niedopowiedzenia. Powinno być na przykład tak: „wtedy, kiedy zachowałem się jak ostatni buc, złamas, kutasiarz, świnia i menda”.

Ostatni epitet z listy wolałam sobie darować, co by nie parsknąć śmiechem.

– I jeszcze pewnie erosoman, co?

– Skoro sam tak twierdzisz, przez grzeczność nie zaprzeczę – chcąc nie chcąc zachichotałam, darując sobie ostatecznie udawanie równie poważnej, co niedostępnej bździągwy.

– To też skorzystam z tej twojej grzeczności i wreszcie skończę…

Spierałabym się, czy skończył, czy raczej ledwie co zaczął, ale nie chciałam już dłużej wbijać mu szpilek. Gwoździ tym bardziej. Poprawiłam się więc i zaczęłam słuchać. A było o czym, oj było…


Gdyby nie niedająca się dłużej powstrzymywać potrzeba skorzystania z dolnopłuka, zapewne słuchałabym do samego wieczora. Słuchała i myślała. Głównie o sobie. O tym, jak postrzegałam samą siebie, a jak postrzegali mnie inni. Jak ja traktowałam osoby z mojego otoczenia – i te, które poznałam naprawdę blisko, i takie widywane jedynie okazjonalnie – i jak one traktowały mnie. I przede wszystkim w jaki sposób mogłabym być odbierana, gdybym tylko nie odstawiała zwyczajowej pozy zarozumiałej, zadufanej w sobie, nieprzystępnej… i tak dalej, i tak dalej… w podsumowaniu: głupiej cipy. Gdybym była miła także dla ludzi, a nie tylko zwierzątek. Gdybym nie obrażała się, bo ktoś krzywo na mnie spojrzał. Gdybym przestała się samobiczować i uwierzyła, że mogę być naprawdę atrakcyjna.

Czy mi się to podobało, czy nie, musiałam w tym miejscu oddać Ericowi sprawiedliwość. Oczywiście nie miałam zamiaru robić z niego jakiegoś zesłanego przez opatrzność rycerza na białym rumaku i doktora habilitowanego do spraw edukacji seksualnej w jednym, bez którego wciąż żyłabym w błogiej nieświadomości, do czego służą cycki. Inne co ciekawsze części ciała tym bardziej. Powiedziałabym wręcz, że to ja nauczyłam więcej jego, niż od mnie, i nie miałam najmniejszego zamiaru się tego wstydzić! Niemniej, gdyby nie on, wciąż chowałabym własne pragnienia w czterech ścianach niewielkiego pokoiku, zamiast wyjść z nimi w przestrzeń publiczną. Choćby taką, jak stojący naprzeciwko mojego mieszkania samochód.

Dlatego też, póki jeszcze udawało mi się jako-tako kontrolować potrzeby fizjologiczne, postanowiłam się odpowiednio pożegnać. Podziękowałam za szczerość, pogratulowałam odwagi w jej wyrażaniu i obiecałam, że możliwie szybko umówię się na kolejne spotkanie. W znacznie wygodniejszym i bardziej romantycznym miejscu. Z tym samym chłopakiem, który ledwie kilka miesięcy wcześniej potraktował mnie jak najgorszą, a dziś ewidentnie robił wszystko, bym pozwoliła mu odkupić winy. Na tyle skutecznie, że zamiast po prostu wysiąść, pochyliłam się ku niemu i… pocałowałam. Ledwo muskając wargami króciutki zarost policzka, ale zawsze.

A na sam koniec, zanim posiadacz owej całkiem seksownej szczecinki zdążył cokolwiek zrobić, powiedzieć albo przynajmniej przestać gapić się we mnie maślanymi oczkami, jeszcze się uśmiechnęłam.

Tak, jak tylko ja potrafiłam. Tak, jak nie uśmiechałam się od… dawna. Tak, jak być może nigdy nie uśmiechnęłam się do Erica.


Eric


Tak, chciałem to zrobić. Bardzo. Naprawdę. Szczerze. Długo by wymieniać. Jednak im więcej wody upływało w Tamizie, tym trudniej było mi wykonać tych kilka jakże prostych czynności: wziąć telefon, wybrać numer, porozmawiać. Tłumaczyłem sobie, że po takim czasie byłoby to już co najmniej niezręczne, że właściwie nie ja powinienem przepraszać, tylko raczej zostać przeproszonym, że w ogóle nie wiedziałbym, od czego zacząć i na czym skończyć, że… lista nie miała końca, a liczba jej podpunktów rosła równie dynamicznie, co pogłowie wylegujących się w estuarium wspomnianej rzeki przedstawicieli rodziny fokowatych.

Zamiast jednak skupiać się na ekologii lokalnej fauny, wybrałem… przemoc. Co prawda przez permanentne braki kadrowe w Cechu Alchemików nie mogłem liczyć na świeżą dostawę dzikiego ognia, lecz szczęśliwie nie miałem zamiaru puszczać z dymem od razu całej wrażej floty, że o Wielkim Sepcie nie wspomnę. A przynajmniej na razie. Musiałem zrobić jeszcze tylko dwie rzeczy.

Pierwszą: uprzedzić służbę, by żaden zaalarmowany płomieniami nadgorliwiec nie przybiegł w nieodpowiednim momencie z wiadrem, gaśnicą lub co gorsza telefonem.

Drugą: zdecydować ostatecznie, czy tego, co tym razem już nie tylko chciałem, ale definitywnie zamierzałem uczynić, nie będę żałował do końca życia.

Wytargałem z szopy beczkę, używaną okazyjnie przez ogrodnika do palenia dowodów na korupcję, nepotyzm oraz nielegalne interesy na najwyższych szczeblach… znaczy zwiędłych liści, i postawiłem ją w miejscu, w którym mogły mnie podejrzeć co najwyżej wścibskie wiewióry, ułożyłem w środku piramidkę ze szczapek, polałem obficie podpałką. Rozejrzałem się po raz ostatni, po czym sięgnąłem do przyniesionej torby. Sporo większej niż z początku sądziłem.

Ostatni raz przyglądałem się rękawiczkom, pończochom, majtkom, różnego rodzaju mniejszym i większym gadżetom, przywoływałem związane z nimi wspomnienia, by wreszcie rzucać je w ogień. Bez sentymentu. Bez litości. Bez absolutnie żadnych wyjątków.

Wreszcie dotarłem do przedmiotu, którego oczekiwałem od samego początku: niewielkiego albumu, zawierającego – jak nietrudno się domyślić – fotografie. Tak, papierowe. Nie, nie przodków z minionego tysiąclecia, a moje własne. I Alissy. Niektóre z każdym z nas z osobna, inne wspólne, część w zupełnie zwyczajnych strojach i sytuacjach, kilka natomiast zdecydowanie nie.

Wziąłem w palce ostatnie ze zdjęć. Czy raczej pierwsze, które osobiście zrobiłem Alissie. Podziwiałem wypięte pośladki, podkreślone bielizną z czarnej koronki, fioletowe uszka i puszysty ogonek tego samego koloru, prowokująco dwuznaczny uśmiech oraz równie uwodzicielsko zmrużone oczy.

Przetarłem dłonią swoje, załzawione od dymu – a przynajmniej tak próbowałem sobie to tłumaczyć – i podłożyłem krawędź papieru pod płomień. Nie puszczałem, póki płomień nie dotknął opuszek, a gdy już to zrobił, patrzyłem do samego końca, aż z fotografii nie pozostał jedynie popiół.




Słowniczek co trudniejszych pojęć:

– Jubilee Gates – ozdobne bramy wejściowe w Regent’s Park w Londynie, prowadzące do ogrodów Queen Mary’s Gardens,

– topiary (l.poj. topiar) – rośliny uformowane w fantazyjne kształty,

– Rolls-Royce Phantom III w dwukolorowym malowaniu – patrz: „Goldfinger”.

– truskawkowo-śmietankowo-bezowy bałagan – Eaton mess,

– diacetyl, DMS (dimetylosiarczek), skunks (izopentenylomerkaptan) – wady piwa powodujące, że pachnie ono wszystkim, tylko nie tym, czym powinno. Aczkolwiek dla koneserów koncerniaków w zielonych butelkach to będzie właśnie „mmm zapach browarka jak kiedyś to było mmm cycunie”, więc lepiej przemilczmy ten wątek,

– Lower Boondocks – odpowiednik naszego Zadupiowa, gmina Wypierdziejowice,

– Croydon – londyńska Praga, Bałuty, względnie Cwajka,

– touché – (dosłownie: dotknięty) uznanie, że ktoś podał trafny argument lub świetną kontrę w dyskusji.

– nakrapiany pisior – Spotted dick,

– wielkowojenny – my powiedzielibyśmy „pierwszowojenny”. Rozpoznanie pojazdu, którym Doro i Eric wybierają się na przejażdżkę, pozostawiam czytelnikom. Opis jest nadto szczegółowy,

– na koniec dla ciekawych: tak, u ujścia Tamizy występują foki i to w ilościach hurtowych.




Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.


Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:

facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/

Z góry dziękuję!

85
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.