Noblesse oblige (IV) – to nie jest rozmowa na telefon…
24 września 2026
Noblesse oblige
32 min
Riley
Gdyby ktoś mnie zapytał mnie wprost, co właściwie takiego dostrzegłam w Alissie, nie potrafiłabym równie uczciwie odpowiedzieć. Tak, była ona „nieokrzesaną dziewczyną z gminu”, jakby rzekł jeszcze mój dziadek (a może i ojciec), a jej związek z Ericem nawet dziś nosił wszelkie znamiona międzyklasowego mezaliansu, tylko co w zasadzie z tego wynikało? Zwłaszcza w kontekście naszej toaletowej dyskusji, a w jeszcze szczegółowszej szczególności pewnego jej fragmentu, będącego najprawdziwszą z prawdziwych prawdą: Eric nigdy wcześniej nie był tak pełen życia. Radosny, szczęśliwy, długo mogłam wymieniać.
Mogłam także zrzucić to na typową dla jego wieku burzę hormonalną i myślenie wszystkim, tylko nie głową, po czym próbowała czym prędzej wybić mu z niej ów jakże niegodny czci i wiary romans, jednak wiedziałam aż za dobrze, jak bardzo go wówczas zranię. Skrzywdzę chłopaka, który od kiedy tylko pamiętałam, był… inny. Niepasujący do mnie, brata, kuzynostwa, rodziców. Poszukujący własnej drogi pomimo wszystkich rzucanych mu pod nogi kłód. Rzucanych w dobrej wierze oczywiście, bo jakże by inaczej? Przecież skoro mnie zmuszono w życiu do robienia tego, na co absolutnie nie miałam ochoty, to koniecznie muszę powtórzyć te same błędy i wtłoczyć kolejne pokolenie w dokładnie ten sam niekończący się koszmar, prawda? Prawda?
Ano nieprawda. Wystarczyło mi codzienne oglądanie jednej straumatyzowanej twarzy w lustrze.
Powinnam dać Ericowi więcej czasu na przetrawienie całej tej sytuacji, jednak nie miałam go aż tyle, ile bym chciała, dlatego jeszcze tego samego dnia wieczorem umówiłam kolejne spotkanie. Tym razem jednak jedynie we dwoje i w miejscu, które oboje darzyliśmy sentymentem, choć zapewne z różnych powodów – mianowicie w moim byłym pokoju. W otoczeniu każdego artefaktu, jaki tylko udało mi się odnaleźć w czeluściach nieotwieranych od zdecydowanie zbyt dawna szafek: od najulubieńszego z ulubionych dresu z dziurami nie tylko na kolanach, po wyszczerbiony kubek z odrapanymi resztkami członków (z odrapanymi resztkami twarzy członków, świntuchy!) One Direction.
Mimo pewnych – dodajmy: bardzo konkretnych – oczekiwań, nie miałam zamiaru być wścibska i wypytywać Erica o sprawy intymne, a przynajmniej nie od razu. Gdy jednak przyszło co do czego, dowiedziałam się wszystkiego, czego tylko chciałam i potrzebowałam. A nawet więcej. Potwierdzając tym samym przypuszczenia, jakie miałam od… zaskakująco dawna, jakby się nad tym zastanowić. I choć w paru momentach zrobiło mi się gorąco nie tylko na policzkach, ostatecznie nie żałowałam niczego. Żadnego zadanego pytania i żadnej odpowiedzi. Żadnej chwili niezręcznej ciszy, próby obrócenia autentycznego skrępowania w niewinny żarcik, wytartej ukradkiem łezki wzruszenia. Żadnego gestu, a już na pewno nie poderwania brata ponad podłogę i przytulenia tak, jak kiedyś.
Jak choćby wówczas, gdy nakryłam go ubranego w moje rzeczy. Konkretnie w strój ze szkolnego przedstawienia, o którym myślałam, że dawno wylądował na śmietniku. Strój, nie przedstawienie, choć akurat pamięć o mej wiekopomnej kreacji także najchętniej usunęłabym z annałów. Pół biedy, gdybym grała tam jakąś Fredzię Phi-Phi czy choćby pannicę Larę z parą Heckler&Kochów za pasem, ale nie. Prawda była… powiedzmy, że dużo bardziej niejednoznaczna.
Szczerze nie miałam pojęcia, w jaki sposób powinnam zareagować na tak krępujący widok, co powiedzieć, co zrobić. Zrozumiałam za to błyskawicznie, czego mówić ani robić nie powinnam, czyli odgrywać w tym i tak wystarczająco wstydliwym teatrzyku naszej szanownej rodzicielki. Bo nawet jeśli już wtedy (mimo że z początku zapewne nieświadomie) byłam dla Erica kimś pomiędzy sporo starszą siostrą a właśnie matką, nie mogłam postąpić tak, jak miała ona w zwyczaju. Pod absolutnie żadnym pozorem! I chociaż i owo postępowanie także było bardziej instynktowne niż intencjonalne, okazało się zbawienne dla naszych późniejszych relacji. Dla wzajemnej bliskości, zaufania i więzi, jakiej nie zbudowałam chyba nigdy i z nikim.
I między innymi dzięki takim właśnie przeżyciom byłam bardziej niż pewna uczuć Erica wobec Alissy. Tego, że przenigdy nie związałby się z kimś, kto go nie zaakceptuje, nie zrozumie, nie otoczy opieką. I z kim będzie mógł robić w łóżku rzeczy, których pod żadnym pozorem nie chciałam sobie nawet wyobrażać.
Nawet jeśli miałam więcej niż jedynie nieuzasadnione podejrzenia, jaki mogły mieć przebieg.
Na tym jednak nie miałam zamiaru poprzestać, a kolejnym moim celem była… nietrudno zgadnąć. W jej przypadku także musiałam działać szybko i jeszcze bardziej zdecydowanie, gdyż drugiej szansy mogłam już nie dostać. Nie czekając więc na pozwolenie, wzięłam od Erica numer, zadzwoniłam, przedstawiłam swe wybitnie niecne zamiary i – jakby to powiedziały podobne Alissie dziewuchy – wbiłam się na kwadrat. Albo i nie powiedziały? A skąd ja to miałam wiedzieć? Z telewizji? TikToka? Opowiastek „koleżanka kolegi sąsiada tak twierdzi”?
Tak czy inaczej, o ustalonej wcześniej (czytaj: wymuszonej) godzinie stanęłam pod równie umówionymi drzwiami i nacisnęłam dzwonek. Czy raczej nacisnęłabym, gdyby nagle nie pojawiła się naprzeciwko mnie kobieta w mocno średnim wieku. Na tyle podobna do córki, by o jakiejkolwiek pomyłce nie mogło być mowy. Weszłam więc w może i skromne, lecz równocześnie zadbane progi, obdarowałam gospodynię słodkim drobiazgiem, po czym udałam się ku właściwemu celowi mej wizyty.
Z początku myślałam, iż nadinterpretuję, lecz szybko pozbyłam się złudzeń. Rozmowa z Alissą wcale nie okazała się tak lekka, łatwa i przyjemna, jak się spodziewałam. I zerkający co chwilę przed drzwi domownicy, pytający czy na pewno nie chcemy herbaty, kawy, kanapeczek z ogóreczkiem, względnie biletu do Royal Air Force Museum, wcale nie ułatwiali sprawy. Oczywiście próbowałam jakoś rozładować atmosferę przy pomocy drobnych krotochwil, niezobowiązujących dygresji oraz przede wszystkim kolejnych zapewnień, że przecież Eric ją kocha, chce dla niej jak najlepiej, wszystko się ułoży i tak dalej, jednak bez większego efektu. Alissę ewidentnie coś gryzło i nie były to jedynie nadspodziewanie nachalne o tej porze roku komary.
Ona… najwłaściwszym określeniem byłoby nawet nie „obawiała się”, a po prostu „bała”. Bała się własnych uczuć względem Erica, którego przecież jeszcze nie tak wcale dawno darzyła jedynie przyjaźnią i to taką chwilami mocno szorstką. Tego, w jaki sposób zostanie odebrana przez resztę naszej rodziny, dalszych krewnych oraz znajomych królika. Bez porównania lepiej uposażonego i znacznie wyżej postawionego w uszatej hierarchii niż wszystkie, z jakimi do tej pory miała do czynienia. A także, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, bała się zniszczenia przyszłości nie tylko swojej, lecz przede wszystkim kogoś, kto – według jej własnych słów – zasługiwał na kogoś lepszego.
Czy doceniałam szczerość? Oczywiście. Tym bardziej że nie spodziewałam się po Alissie aż takiej dojrzałości. Umiejętności analitycznych też niespecjalnie. Czy podzielałam przynajmniej część jej obaw? Mówiąc równie szczerze: owszem. I moje prywatne zdanie na temat wyszczególnianej już wielokrotnie analnej zastawy stołowej nie miało wielkiego znaczenia. Przeżyłam nadto – a widziałam i słyszałam jeszcze więcej – by zdawać sobie sprawę z powagi problemu. Czy mimo tego wszystkiego wciąż uważałam Alissę za najwspanialszą dziewczynę, jaką Eric nie tylko mógł poznać, lecz i w przyszłości założyć z nią podstawową komórkę społeczną? Cóż, nie chciałam jej w ten sposób oceniać, ale… w zasadzie to tak. Choć musiałam też obiektywnie przyznać, że gdyby nie kilka wcześniejszych, chwilami mocno kontrowersyjnych decyzji mego brata, do jakiegokolwiek porównywania kogokolwiek z kimkolwiek w ogóle by nie doszło, ponieważ byłby on już od dawna w związku. W innej placówce edukacyjnej tym bardziej. Tego jednak wolałam nie mówić Alissie ani teraz, ani nigdy.
Tak czy inaczej, żegnałam się z nią z duszą na ramieniu. Z dwiema wyjącymi przeraźliwie wilkołaczycami w głowie, z których jedna wykazywała poważne objawy depresji, a druga bladej wścieklicy. Z poczuciem, że chciałam jak najlepiej, a wyszło… wolałam się nad tym nawet nie zastanawiać. Nad jakąkolwiek nadzieją także nie. Wystarczała mi powszechnie znana prawda, czyją jest ona matką.
Alissa
Nie miałam ani bladego, ani opalonego pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Znaczy niby coś tam wiedziałam, tylko nie chciałam przyjąć do wiadomości. Bo jakbym nie udawała przed sobą, Erikiem, Riley i całym światem, prawda była taka, że bym go skrzywdziła. W sensie Erica. Prędzej niż później. Samym tym faktem, że z nim byłam.
Czy mogłam to jakoś zmienić? Niby tak. Zapisałabym się na szybki kurs dobrych manier, zrzuciła parę cali… ta, od razu co najmniej jard z obwodu dupy, zmieniła garderobę, fryzurę, facjatę. Tyle że to i tak by nic nie dało, nie dałoby nic. Nie byłam żadną Vivian z wiadomego filmu, kończącego się doklejonym na siłę happy endem, tylko prostą dziewuchą z robotniczych przedmieść. I choć zdawałam sobie sprawę, że jedenaście na dziesięć moich koleżanek dałoby się pokroić za choćby cień takiej szansy, jaką otrzymałam od losu, ja nie byłam aż tak naiwna. Nawet jeśli bardzo, ale to baaardzo chciałam.
Chciałam przeżyć z Ericem swój pierwszy, drugi i tysięczny raz. Chciałam spędzić z nim nie tylko parę wspólnych godzin na wspólnej nauce, ale i całe życie. Chciałam skończyć szkołę, znaleźć dobrą pracę, osiągnąć jakiś prawdziwy, a nie tylko udawany sukces. Jako ja, Alissa osobiście, a nie żona bogatego… zgadza się, chciałam wyjść za niego za mąż, urządzić razem rodzinne gniazdko, urodzić mu dzieci, zestarzeć się. Tylko moje chciejstwo nie miało żadnego znaczenia. Absolutnie. Żeby nie powiedzieć: ni chuja.
Co w takim razie miałam zrobić? Od razu dać sobie spokój? Poddać się przy pierwszych trudnościach? A kto powiedział, że one były „pierwsze”? Pamiętałam aż za dobrze, w jaki sposób traktowałam Erica. Pamiętałam, co tak właściwie sprawiło, że zaczęliśmy ze sobą być – a było to jedno jego wyznanie i jedna moja decyzja, by pokazać mu nie środkowy palec, a zawartość majtek. Pamiętałam, ile on wnosił do naszego związku, a ile ja. Pamiętałam także nie tylko rozmowę z Riley, ale i tę drugą, nieco wcześniejszą. Sporo krótszą i nie tak przyjemną, za to chyba nawet ważniejszą.
Tak, Riley mogła mnie usilnie przekonywać, jaka to jestem fantastyczna i Eric nie mógł trafić na nikogo lepszego, a moi domownicy non stop przypominali mi, jakie to miałam szczęście, że ktoś taki mi się trafił. Mnie za to trafiał szlag, bo to nie oni mieli racje, tylko ten, kto od początku patrzył na mnie – i oceniał – z odpowiedniego dystansu. Nie z niechęcią czy tym bardziej pogardą, jak na początku mi się wydawało, a właśnie chłodną, możliwie obiektywną uczciwością. Skąd to wiedziałam? Z jedynie słusznego źródła: od niego samego.
Nie miałam takiego zamiaru ani od początku, ani też od środka, jednak kiedy pod sam koniec spotkania Eric i Riley odeszli razem na stronę, skorzystałam z okazji i wprost zapytałam najstarszego z rodzeństwa, dlaczego mnie nie lubi. Przecież widzimy się pierwszy raz, przecież staram się być dla niego miła, przecież nie moja wina, że nie pochodzę z rodziny królewskiej, przecież na razie jestem tylko dziewczyną, a nie żadną oficjalną narzeczoną, przecież pierdylion różnych powodów. I wtedy on spojrzał na mnie nie z wymienionymi wcześniej innymi uczuciami, jakich oczekiwałam, a… zrozumieniem? I powiedział, dlaczego uważa, że nasz – w sensie mój i Erica – związek nie ma przyszłości. Spokojnie, grzecznie, używając bardzo konkretnych argumentów. Ba, w pewnym momencie nieoczekiwanie się uśmiechnął i życzył i mnie, i Ericowi powodzenia. Nawet jeśli sam w nie (co od razu podkreślił, żebym nie obiecywała sobie nie wiadomo czego) zupełnie nie wierzył.
Mało tego: opowiedział mi o kimś jeszcze. Nie mieliśmy wiele czasu na zagłębianie się w szczegóły, jednak nawet taka tępa dzida jak ja zrozumiała wszystko, co powinna zrozumieć. Zwłaszcza to, że według wszystkich znaków na niebie oraz ziemi, na moim miejscu powinien być ktoś inny. I mało brakowało, by był. Znaczy była. I w zasadzie jedyną osobą, która się tym przepowiedniom sprzeciwiła, był… sam Eric. Podobnie jak nie zgodził się aplikować na, o ile dobrze policzyłam na podstawie szybkiego wyszukiwania, trzecią najlepszą uczelnię w kraju. Chociaż miał do tego i odpowiednio mądrą głowę, i gruby portfel.
W przeciwieństwie do mnie.
Szczęście w nieszczęściu (a może odwrotnie?), że był ktoś jeszcze, kto także pasował to tego opisu. Chyba. I musiałam… chciałam… powinnam… postanowiłam to jak najszybciej sprawdzić. Dla dobra wszystkich zainteresowanych.
Doro
Różnych rzeczy mogłam się spodziewać, lecz na pewno nie tego. Kiedy dostałam pierwszą wiadomość, pomyślałam, że ktoś mnie wkręca. Zresztą ani druga, ani dziesiąta nie rozwiały większości wątpliwości, za to pozostawiły znacznie więcej pytań niż odpowiedzi. Nawet do przesłanych zdjęć podchodziłam z nieufnością, wiedząc, jakie rzeczy potrafi wyczyniać EjAj. Niby rozwiązanie problemu wydawało się proste jak budowa torebki herbaty, jednak obawiałam się zaproponować spotkanie w cztery oczy. Z tysiąca różnych powodów. Co nie oznaczało od razu odmowy, gdybym sama otrzymała zaproszenie, zakończone jasną deklaracją: „to nie jest rozmowa na telefon”. Poniekąd słusznie.
Jak to mówią: pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Tak złe, jak i dobre. Jaka więc była moja reakcja na siedzącą za szybą, mocno ciałopozytywną dziewczynę z fioletowymi pasemkami? Cóż… gdzieś pomiędzy „na szczęście to naprawdę ona, a nie jakiś podstarzały onanista”, a „what the phoque?”. Podziękowałam jeszcze tylko towarzyszącemu mi koledze za ubezpieczanie mej godności, poprawiłam cokolwiek zdefasonowaną przez klasycznie wyspiarską pogodę fryzurę i weszłam do kawiarni.
– Doro – przedstawiłam się pierwsza, chcąc od razu uzgodnić kwestię nazewnictwa. – Czy już coś zamówiłaś, czy mam sama wybrać?
– Alissa. Nie… znaczy proponowali deser dnia, krembryle.
– W takim razie poprosimy dwa crème brûlée – odpowiedziałam bardziej kelnerowi, który zmaterializował się przy stoliku, niż Alissie. – I do tego… wolisz herbatę? Kawę? Nie? To long black i mlecznego oolonga. Tylko zaparzone jak królowa przykazała.
Usiadłam i… tak, to ja zaczęłam. Prosto z mostu.
– Dziękuję za zaproszenie, Alisso, jednak wciąż nie bardzo rozumiem, czemu ono miało służyć. Jesteście z Erikiem razem, cieszę się, gratuluję, nawet przyklasnę – rzuciłam ledwie zawoalowaną ironią, badając, na co mogę sobie pozwolić – niemniej wasze sprawy są… waszymi sprawami, nie moimi.
– No właśnie niby jesteśmy, ale tak nie bardzo, bo… bo on jest wspaniałym chłopakiem i nigdy nie spotkałam takiego drugiego, komu tak bardzo by na mnie zależało, ale… ja nie wiem, czy ja też go… rozumiesz…
– Wciąż niespecjalnie, choć zaczynam coś podejrzewać, dlatego zapytam wprost: czy Eric cię kocha? Jeśli tak, jesteś większą szczęściarą niż myślisz. A jeżeli nie… też nie omieszkam spytać: co ja mam w tym wspólnego?
– Bo ja… no żesz kurwa, jakoś w domu wyglądało to prościej…
– W takim razie zacznij od początku – puściłam pracownicę fachu pokrewnego miłości mimo uszu. – Posiedzę, posłucham, napiję się… dziękujemy, proszę postawić… mam przypomnieć, że opłata serwisowa nie jest obowiązkowa? – zwróciłam uwagę kelnerowi, po czym uważniej przyjrzałam się zawartości filiżanki. – A bariście proszę przekazać: long black to nie americano. Najpierw woda, potem kawa. Понял? No to пошёл вон!
Czy poprawnie dopasowałam język do niedającego się ukryć akcentu? Mało mnie to interesowało. Spojrzałam za to na Alissę i ostatkiem sił powstrzymałam się przed skomentowaniem już nie tylko jakości obsługi w lokalu, lecz także ewidentnych problemach z gustem naszego wspólnego znajomego. Zamiast tego westchnęłam. Znacząco. I dodałam dla pewności:
– Słucham więc.
Więc słuchałam, popijałam, podjadałam, nawet zamówiłam powtórkę – tym razem przygotowaną i podaną już zgodnie ze sztuką. I myślałam. Dużo. Z początku o samej Alissie, którą zaczęłam… nie tyle rozumieć, gdyż motywy jej postępowania wciąż były dla mnie co najmniej nieprzekonujące, lecz w pewnym sensie nawet podziwiać. Zwłaszcza za odwagę zmierzenia się z niełatwą przecież sytuację. Pomijając już wszelkie różnice, dzielące ją oraz Erica – a stawiałam złote gwinee przeciwko reichsmarkom, iż byłam ich bez porównania bardziej świadoma niż sama zainteresowana – zdecydowanie nie było to nic, czego mogłabym zazdrościć. I w czym po prawdzie nie chciałabym się nigdy znaleźć.
Oh, pardon… choć chyba powinno być raczej désolée, jeśli dobrze zapamiętałam z prywatnych lekcji posługiwania się językiem… znalazłam się. Z dokładnie tym samym chłopakiem, którego Alissa, o ile niczego nie pokręciłam, właśnie miała zamiar rzucić. Dać mu kosza. Zerwać z nim. Nie mniej i nie więcej. Choć powinna, podobnie jak inne podobne jej wiekiem i statusem pannice, iść na kolanach do Walsinhgam i dziękować za otrzymaną od ewidentnie niedowidzącego losu szansę.
Tylko czy na pewno losu? A może… ode mnie? Nie przeprowadziłam co prawda oficjalnego śledztwa, jednak zmiana nastawienia Erica do pewnych spraw nastąpiła niedługo po naszej ostatniej rozmowie. A skoro tak…
– Pozwól, że ci przerwę, Alisso – przerwałam którąś z kolei powtórkę „Eric kocha tak bardzo, ale ja nie tak bardzo, dlatego jestem nieszczęśliwa bardzo albo jeszcze bardziej”. – Jeśli niczego nie pomyliłam, podjęłaś już decyzję o rozstaniu, tak?
– Chyba… chyba tak. Tak – potwierdziła.
– I jeszcze nie rozmawiałaś o tym z Ericem, tylko z najpierw zadzwoniłaś do Riley, od której wzięłaś mój numer, a teraz ze mną?
– No tak.
– I uważasz, że gdybym to ja była na twoim miejscu, Eric nie ryzykowałby utratą godności, majątku, pozycji społecznej, rozumu, cnoty i czego tam jeszcze?
Tym razem Alissa nie odpowiedziała. Nie musiała. Wystarczyły mi zarumienione policzki i spuszczony wzrok.
– No dobrze, tylko dlaczego w ogóle przyszło ci to do głowy? Przecież wypytałaś o mnie wszystkich, których mogłaś… aczkolwiek niektórzy z nich zdecydowanie powinni trzymać język za zębami i koniecznie należałoby im przypomnieć o pewnych zasadach dobrego wychowania… – dodałam mało przyjemnym nawet jak na mnie tonem – i musisz wiedzieć, że nie bez powodu nie jesteśmy z Ericem razem. Choć mogliśmy. I wierz lub nie, ale naprawdę mi na tym zależało. Podkreślam: tylko mnie. I powtarzam: skąd pomysł, byśmy do siebie wrócili? Wyciągniesz mnie niczym ostatni atut z rękawa, rzucisz na stół i krzykniesz „makao i po makale”? A co, jeśli to będzie poker? Albo okażę się nie asem, tylko jakąś dawno zgraną blotką?
Znów zapadła chwila mocno niezręcznej ciszy, przez którą było słychać jedynie zacierające się zębatki w głowie siedzącej naprzeciwko dziewczyny. Owszem, całkiem sympatycznej, miłej i tak dalej, jednak zdecydowanie nie będącej najostrzejszą kredką w piórniku.
I wówczas coś przyszło mi do głowy. Cokolwiek makiawelicznego.
– A co, jeśli… gdybym się na to zgodziła? Mało tego: poprosiłabym cię, byś sama przedstawiła mnie jako najlepszą możliwą opcję? Tylko nie tak prostacko, w rodzaju „hej, Eric, widziałam się z Doro, ona jest super-duper, leć do niej zaraz, czeka z rozłożonymi nogami”, tylko subtelniej. Opowiedziałabyś uczciwie, że się spotkałyśmy, porozmawiałyśmy, wypiłyśmy… a właśnie, zjedzże wreszcie deser, bo zaczyna się niecierpliwić – zachęciłam. – Café des Deux Moulins to to nie jest, niemniej nie oczekujmy cudów, to nie ta strona Kanału. Ale wracając do tematu: mogłabyś na przykład wspomnieć, że dopiero w trakcie rozmowy zrozumiałaś, jak bardzo byśmy do siebie pasowali. Co zresztą nie mija się specjalnie z prawdą, choć Eric oczywiście odruchowo zaprzeczy, jak to on. A skoro już gramy w otwarte karty, to mam być z tobą całkowicie szczera?
– Tak – odpowiedziały mi oblepione karmelem usta.
– Mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, Eric wciąż mi się podoba, wciąż chciałabym z nim być i wciąż jestem w stanie wiele zrobić, by do tego doszło – wyliczałam z pozornym spokojem, choć w głębi czułam, jak szybko mogę stracić kontrolę. – Co nie zmienia faktu, że… byliście już razem w łóżku?
Zareagowałam dosłownie z ostatniej chwili, uchylając się przed zawartością paszczy. W przeciwieństwie do pozbawionego aż takiego refleksu obrusu. Jednakże niezrażona tym niegodnym dalszego roztrząsania incydentem, kontynuowałam, mrugając przy okazji znacząco.
– Uznam to za odpowiedź twierdzącą, a przynajmniej mocno przypuszczającą. A skoro tak, tym bardziej musisz wiedzieć: Eric to wspaniały chłopak, może najwspanialszy, jakiego obie kiedykolwiek poznałyśmy, tylko… no chłopak. Czy raczej chłopaczek, którego trzeba czasami nawet nie popchnąć, a roznegliżowaną sempiterną w twarz potraktować, by zrozumiał, co jest dla niego dobre. I bądź pewna, że prędzej czy później zrozumiałabyś to sama. O ile już nie rozumiesz, prawda?
Tym razem trybiki, o dziwo, zatrybiły od razu. Alissa uśmiechnęła się lekko, najwidoczniej godząc się ze swym losem. I choć przez chwilę i ja miałam ochotę się wyszczerzyć, tym razem w geście triumfu, powstrzymałam się w porę. Mało tego – nie zważając, jak moje słowa mogą zostać odebrane, powiedziałam:
– Być może wyda ci się to dziwne, ale dziękuję, Alisso. Przyznam, że nie spodziewałam się po tobie takiej… dojrzałości. Nie wiem, w jaki sposób poukładasz sobie życie, ale nie daj sobie nigdy wmówić, że jesteś jakaś gorsza czy tym bardziej głupia. Chciałabym też, żebyś wiedziała…
– Jak nie chcesz, to nie mów. Ja nie jestem jakaś obrażalska – Alissa sama postanowiła dokończyć.
– Niemniej powiem. Ja ci po prostu współczuję. I przyznam wprost: nie wiem, co bym zrobiła na twoim miejscu. Czy byłabym taka odważna i uczciwa, by spotkać się w cztery oczy z byłą… przyszłą… no z takim kimś, kim teraz sama byłam? Cóż, wątpię. Prędzej bym się obraziła na cały świat, bo skoro ja postanowiłam rzucić Erica, to żadna inna też nie będzie go miała. Ale nie ty. I szczerze ci życzę, byś znalazła kogoś, kto to w tobie doceni.
W tym miejscu postanowiłam zakończyć, nie chcąc wchodzić w jakieś zwierzenia czy tym bardzie deklaracje typu „pamiętaj, że możesz do mnie dzwonić, kiedy chcesz, a ja ci zawsze pomogę”. No nie. Nie zrobiłabym tego z tysiąca powodów, a pierwszym, najważniejszym i najprostszym z możliwych było zwyczajne „nie chcę”. Nie z powodu jakieś klasistowskiej pogardy, a najzwyklejszej niechęci angażowania się podobne rzeczy. I tak miałam nadto własnych problemów na głowie, by jeszcze brać na siebie cudze. Co nie oznaczało, że w razie powodzenia tej całej akcji-konspiracji – a innego rozwiązania nie przewidywałam – nie miałam zamiaru podziękować Alissie raz jeszcze. Tym razem być może nie tylko słownie.
Eric
Już wcześniej zauważyłem, że coś niedobrego dzieje się z Alissą. Jednego dnia warczała na wszystko i wszystkich, oczywiście ze mną na czele, bez żadnego wyraźnego powodu, drugiego wydawała się zupełnie nieobecna, trzeciego mogła przespać – i nieraz przesypiała – całe popołudnie, by czwartego tryskać energią i zaangażowaniem. Nieraz tak dosłownie, aż nie byłem w stanie nadążyć za jej spijaniem z… a żeby tylko ust!
Oczywiście próbowałem z nią o tym porozmawiać, lecz dyskusja kończyła się zawsze na „mam / miałam / będę miała okres / chandrę / kaca”, „muszę zrobić projekt”, „a to takie tylko małe problemy w domu, nic się nie stało”. Chcąc nie chcąc wierzyłem w te zapewnienia, bo co niby miałem robić? Zarzucić jej kłamstwo? Drążyć dalej i dokopać się do jakiegoś zapomnianego pociotka Balroga?
Na szczęście wizyta w restauracji, mimo mych oczywistych obaw, poszła znacznie lepiej niż się spodziewałem. Niż wszyscy zainteresowani się spodziewali. Owszem, Alissa wydawała się z początku nieco… rozkojarzona, jednak całkiem szybko złapała wspólny język z resztą towarzystwa. Ze szczególnym uwzględnieniem tego najbardziej sceptycznego. Co jeszcze ważniejsze, zadzwoniła do mnie już następnego poranka. Jednak zamiast spodziewanego zarzucenia mnie pytaniami, analizowaniem każdej wątpliwości mego brata czy dziękowania za wsparcie ze strony siostry, podziękowała za spotkanie, które – wedle jej własnych słów – rozwiało większość wątpliwości i w zasadzie to nawet szkoda, że tak długo z nim zwlekałem. A przy najbliższej możliwej okazji mi się odwdzięczy. Nie od razu, gdyż musi załatwić jeszcze parę rzeczy, lecz na pewno nie będę żałował.
Nie zdążyłem jeszcze zamknąć za nami drzwi stancji, a zostałem do nich przygnieciony. Biustem. Próbowałem oczywiście proponować, byśmy choć chwilę zaczekali, najpierw usiedli, napili się czegoś, odświeżyli to oraz owo, porozmawiali o mydle, widle i powidle. Bez większego rezultatu. Nie minęło pięć minut, a już nie stałem, tylko leżałem. Na kanapie. Pod Alissą. Ubraną w biustonosz, majtki i… adidasy. Bo tak. Zresztą i ich dość szybko się pozbyła. Znaczy bielizny.
Od kiedy uświadomiłem sobie, jak wielką przyjemność sprawia mi bycie uległym, ani razu nie zaprotestowałem przeciwko temu ani gestem, ani słowem. Choć niejednokrotnie zapalała mi się nie tylko lampka ostrzegawcza, ale i cały pulpit kontrolny godny elektrowni w Windscale, roznosząc wszystkie zabezpieczenia w drobny mak i wzywając grupę interwencyjną z Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy, ograniczałem się jedynie do drobnych sugestii, próśb, propozycji. Tym razem jednak już nie chciałem, a musiałem zaprotestować. Albo przynajmniej spróbować. Z takim samym skutkiem, jak wcześniej, czyli żadnym.
Gdybym miał określić postępowanie Alissy jednym krótkim, acz trafnym określeniem, byłoby to: niegodne damy. Ba, żeby damy…
Nie tyle mnie całowała, co gryzła. Nie chwytała za włosy w chwilach największych uniesień, a celowo za nie szarpała. Nie ostrożnie podduszała, a otwarcie dusiła. Nie podkreślała swej dominacji wyważonym klepnięciem, tylko wbijała paznokcie głęboko w skórę, pozostawiając bordowe ślady. Tak, jakby chciała sprawdzić, do czego jestem dla niej zdolny, doprowadzając mnie pod samą granicę wytrzymałości. Przekraczając ją jak nigdy wcześniej.
Zmusiła mnie, bo inaczej nie dało się tego nazwać, bym zrobił jej dobrze ustami. Takiej schodzonej po całym dniu. Więcej niż raz. Nie tylko tam, gdzie całowałem do tej pory, lecz i wszędzie dokoła, bez pominięcia nawet najbardziej wstydliwego fragmentu. Najgłębiej, jak tylko byłem w stanie sięgnąć. A gdy skończyłem – albo raczej wydawało mi się, że skończyłem – usiadła na mnie tyłem i pieściła dłonią, póki nie doszedłem. Znaczy najpierw niemal nie straciłem przytomności, a dopiero później…
Co ja bredzę?! To nie były zajęcia fakultatywne z kultury wypowiedzi, tylko najbardziej brutalne, brudne, wulgarne pier… nie, nadal nie byłem w stanie nazwać niektórych rzeczy po imieniu. A powinienem. Zwłaszcza że Alissa, zamiast powiedzieć choć parę miłych słów, podziękować za starania, przytulić czy zrobić cokolwiek podobnie adekwatnego do sytuacji, po zejściu z mojej twarzy pochyliła się nade mną i zwyzywała od najgorszych. Po czym uderzyła. Tak, aż głowa mi odskoczyła. Tak, by bolało. Tak, bym zapamiętał.
Czułem się… wykorzystany. Upokorzony. Zgwałcony? Resztkami sił oraz godności, jakie jeszcze mi pozostały, powstrzymałem się od dalszych analiz. I może właśnie dlatego brakło mi ich na udaremnienie uronienia łzy.
Jednej.
Jednej za dużo.
Najgorsze było jednak nie to, co faktycznie się stało, a co się nie wydarzyło, choć zdecydowanie powinno. Mimo wielokrotnie ponawianych prób, Alissa nijak nie miała zamiaru udzielić mi odpowiedzi na najważniejsze pytanie: dlaczego? Czemu to zrobiła? Co miała zamiar tym osiągnąć? Czy wyznaczyła sobie jakiś konkretny cel, czy jedynie upodliła mnie dla samego upodlenia? Wciąż o to pytałem i pytałem, lecz bez skutku. Do czasu.
Dokładnie do chwili, gdy zaprosiła mnie do siebie. Ot tak, jakby nie wydarzyło się nic godnego uwagi i nic podobnie ważnego (a nawet ważniejszego) nie miało się zaraz stać. Niestety szybko się okazało, że nie tylko pierwsze, ale i drugie stwierdzenie było zwyczajnym kłamstwem.
– Ja ci chcę ci coś powiedzieć, Eric – zaczęła Alissa, gdy już usiedliśmy. – Wiesz, czemu wtedy… to zrobiłam?
– Właśnie chciałbym wiedzieć – odpowiedziałem najspokojniej, jak tylko potrafiłem.
– Bo musiałam coś sprawdzić…
– …nie wydaje mi się, żeby to była najlepsza metoda…
– …daj mi skończyć, no! I nie przerywaj więcej. Proszę.
Po chwili namysłu kiwnąłem twierdząco głową.
– Tak, musiałam, bo naprawdę nie było innego sposobu. Dlatego, że ja… ja się nie zmienię, Eric. Nie będę grzeczną dziewczynką. Nigdy. Zanim nie zaczęliśmy być… wiesz, tak bliżej, to myślałam, że to jest tylko takie chwilowe i że zaraz mi przejdzie. Ale nie. Ja na serio nie dam rady tego kontrolować, nawet jakbym bardzo chciała. Rozumiesz?
– No niespecjalnie. Przecież było nam tak dobrze ze sobą!
– Nie, nie było. Ja po prostu… – zamilkła po raz kolejny.
– Przecież wiesz, że nie musisz się przede mną niczego wstydzić – zachęciłem.
– Ja nie jestem normalna! – rzuciła nagle.
– Nie mów tak! – przerwałem równie gwałtownie.
– Ja nie jestem normalna. W końcu zrobię ci krzywdę i to szybciej, niż ci się wydaje. Bo… ja wiem, że ty mnie kochasz, tyle razy mi to mówiłeś, tyle razy mi pokazywałeś, jak bardzo ci na mnie zależy i… i co do mnie czujesz, ale ja… ja nie. Ja cię nie kocham, Eric. Ja nigdy cię nie będę kochała. Właśnie z tego powodu, że jesteś dla mnie taki dobry. Jesteś… jesteś za dobry. Nigdy nie miałam przy sobie kogoś takiego i pewnie nigdy nie będę miała. Ale jak dłużej taki będziesz, to tylko większą krzywdę sobie zrobisz. To nie ma żadnego znaczenia, jak źle cię będę traktowała, bo ty nigdy się do tego nie przyznasz. Będziesz przeze mnie cierpiał, będziesz się oszukiwał, będziesz płakał tak, jak ostatnio. I po co? Będzie coraz gorzej i gorzej, aż w końcu nie wytrzymasz i i tak się poddasz, a ja cię zostawię. Porzucę cię jak pieska, co mi się znudził. I dlatego… dlatego chcę, żebyśmy się rozstali. Lepiej teraz, bo potem może być już za późno.
Bardzo chciałem odpowiedzieć Alissie, że nie ma racji. Że przesadza. Że jeśli naprawdę ma skłonności do pewnych zachowań, to przede wszystkim nie są one w żaden sposób „nienormalne” i jeśli tylko znajdziemy odpowiedniego specjalistę, to na pewno wszystko będzie dobrze. Zaakceptuje siebie taką, jaką jest i nauczy się panować nad emocjami, a ja zrobię wszystko, co tylko będę w stanie, by jej w tym pomóc. Kosztem siebie? Bardzo możliwe. Przecież wystarczy nasza miłość, prawda? Prawda?
– Nie kochasz mnie, Alissa? – wydusiłem z siebie.
– Nie, Eric – odpowiedziała niespodziewanie pewnie.
– I jest ważne to, że cię pragnę jak nikogo innego na świecie? Będę o ciebie walczył? O nas? Poświęcę wszystko, co mam? To się nie liczy?
Alissa nie musiała odpowiadać. Wystarczyło jej milczenie. A i mnie nie były już potrzebne ani dalsze pytania, ani tym bardziej odpowiedzi.
Zrozumiałem. Tylko tyle i aż tyle.
– Nie musisz się martwić, że komuś powiem o… o naszych sekretach – dodałem cicho.
– Ja też nie. To zawsze będzie tylko nasza tajemnica. I za każdym razem, jak tylko sobie o niej przypomnę, to…
Choć próbowała, nie była w stanie ukryć drżenia nie tylko rąk. Rumieńców na policzkach. Błysków w oczach.
W ostatniej chwili powstrzymałem się przed zaproponowaniem… przed rzuceniem się na nią. Choćby ten jeden, ostatni raz.
Przygryzłem wargę do krwi. Na własne szczęście. Szczęście w nieszczęściu? Co za różnica?
Mogłem postąpić inaczej. Mogłem przekonywać Alissę bez końca. Mogłem próbować dowiedzieć się, jakie powody stały za jej decyzją, gdyż szczerze wątpiłem, by było to tylko „jestem za biedna i za zboczona”. Mogłem zaangażować w to wszystko rodziców Alissy, moją siostrę, wspomnianych już psychologów, seksuologów, astrologów i każdego, kto byłby w stanie jej pomóc. Pomóc nam obojgu. Mogłem, lecz tego nie zrobiłem. Dlaczego? Odpowiedź była prostsza niż mogło się wydawać. Tak banalna, że do tej pory w ogóle nie brałem jej pod uwagę.
Ja naprawdę nie pasowałem ani do Alissy, ani do jej świata. Do tego wszystkiego, co usilnie starałem się robić od miesięcy i co przynosiło mi jedynie kolejne fałszywe nadzieje. Upokorzenia. Kłamstwa. Długo by wymieniać.
Nie znajdując lepszego wyjścia, postanowiłem postąpić tak samo, jak w Sylwestra, czyli wyjść. Bez żadnego komentarza. A przynajmniej nie mojego.
– Zaczekaj, Eric. Ja bym ci chciała jeszcze coś wyznać – zaczęła.
– Nie, Alissa. Powiedziałaś już nadto, a ja potrzebuję to przemyśleć. Ale nie tutaj i nie teraz. Proszę, daj mi na to czas.
– Ale… ja nie o tym… bo ja się widziałam jeszcze później z Riley i ona mi mówiła… znaczy nie w takim sensie, że by tego chciała, żebyście wrócili do siebie, tylko… no że miałeś taką znajoma, która bardziej pasowała do ciebie… i jakbyście znowu byli razem, to wtedy…
– Co?
– No to znaczy, że jak już nie będziesz ze mną, to możesz z nią…
– Proszę cię jeszcze raz: nic już nie mów. Nic. Dla własnego dobra – wycedziłem. – Daj mi odejść z godnością i sama zrób to samo – dodałem lodowatym tonem i nie czekając ani na dalszą bezsensowna tyradę, ani tym bardziej na pozwolenie, kontynuowałem ewakuację.
Nim jednak przekroczyłem próg, usłyszałem za sobą:
– Eric, zaczekaj! Ja naprawdę nie chciałam!
Obróciłem się i odpowiedziałem jednym słowem. Takim, którego przenigdy nie chciałbym wypowiedzieć. Zwłaszcza w kierunku kogoś, kogo może i naiwnie, by nie powiedzieć wprost: głupio, lecz całkowicie szczerze kochałem.
– Spierdalaj.
I trzasnąłem drzwiami. Będąc bardziej niż pewnym, iż robię to po raz ostatni.
Gdybym choć trochę wierzył w sens takiego postępowania, zapewne wróciłbym na stancję, napił się herbaty, kawy czy choćby podwójnej whisky, usiadł spokojnie i pomyślał. Zadzwonił do Riley, porozmawiał, wysłuchał słów wsparcia, znów się zastanowił. Aż wreszcie doszedł do jedynie słusznego wniosku. Mianowicie: nie ma co robić tragedii. Owszem, Alissa ze mną zerwała, lecz zrobiła to bez publicznego prania brudów, więc ewentualne komentarze otoczenia moglibyśmy oboje zbywać prostym „tak, byliśmy razem, już nie jesteśmy, nie interesuj się”. A gdyby nasze koleżeńskie relacje stały się zbyt… skomplikowane, co najwyżej poprzestawiałbym plan zajęć, ewentualnie postarał się o jakiś bardziej indywidualny tryb nauczania i tyle. Nim jednak miałbym szansę to zrobić, najpierw przeprosiłbym Alissę za to, co powiedziałem na odchodne, bo nerwy nerwami, jednak nazwisko zobowiązywało. Wspominana już parokrotnie łyżeczka także.
Problem polegał na tym, że nie wierzyłem. W nic. A już na pewno w rozejście się całej tej sprawy po kościach. Dlatego, póki jeszcze zdroworozsądkowy aniołek nie zaczął mi prawić mądrości w rodzaju „nie ma co palić za sobą mostów”, zacząłem uważniej słuchać podszeptów diabełka, trzymającego w jednej ręce kanister z benzyną, a w drugiej zapałkę.
– Hej, masz pięć minut?
– Jakbym nie miała, to bym nie odebrała.
– W takim razie zakładam, że wiesz, po co dzwonię?
– Zakładam, że wiem.
– Zapytam więc tylko dla pewności: rozmawiałyście z Alissą o mnie i Doro?
– A dlaczego miałabym odpowiedzieć?
– Ponieważ i tak się tego dowiem, a wolałbym od ciebie.
– Ja natomiast wolałabym zdecydowanie podtrzymać sprzeciw. Wiem, że temat dotyczy ciebie, ale nie będę się teraz tłumaczyła z… halo? Halo?
– Dzień dobry, chciałbym uzyskać pewną informację. Sprawdziłem już na stronie, ale jednak wolałbym dopytać, żeby niczego nie pomylić. Czy w przypadku chęci rezygnacji z zajęć wystarczy dostarczenie wypełnionego wniosku i rozliczenie się ze wszystkich bieżących spraw typu czesne?
– Jeśli nie występują żadne zaległości, to w zasadzie tak, możemy to załatwić od ręki. Choć zdecydowanie zalecamy konsultację z biurem wsparcia studenta, bo przecież zamiast od razu odchodzić, można zawiesić kierunek i wrócić do nas za jakiś czas, kiedy zmieni pan decyzję… panie… halo? Halo?
– Dzień dobry, czy nie przeszkadzam?
– Nie, nie ma problemu. Słucham.
– Wspominałem jakiś czas temu o możliwości przeniesienia się do jakiegoś większego mieszkania, ale wtedy nie było to pewne. Za to teraz jest.
– Tak, tak, pamiętam! Tylko niestety nie wiem, na ile będę mogła pomóc, bo mam ładne dwa pokoje i do tego o lepszym standardzie, ale dostępne dopiero za około trzy… no może dwa miesiące. Chyba że mam poszukać czegoś szybciej?
– Nie, nie będzie takiej potrzeby. Ani za kwartał, ani wcale, ponieważ muszę… po prostu zmieniły mi się plany i w ciągu może tygodnia, może dwóch będę się wyprowadzał. Tak zupełnie.
– Hmmm… nie ukrywam, że przykro mi o słyszeć, ale rozumiem, że czasami dzieją się rzeczy, jakich nie da się przewidzieć. Kiedy w takim razie moglibyśmy się spotkać?
– Choćby nawet jutro. Co prawda dokładnego terminu jeszcze nie znam, bo muszę pozałatwiać parę spraw, niemniej uregulujemy chociaż bieżące rozliczenie. Przy okazji: ten nowy komplet wypoczynkowy najchętniej bym zostawił, bo nie będzie mi potrzebny, więc proszę się nad nim w międzyczasie zastanowić. Jakoś się rozliczymy.
– Oby, oby! W takim razie do zobaczenia!
– Cześć… mogę ci zająć chwilę?
– Nawet dwie. Po prawdzie spodziewałam się, że zadzwonisz, chociaż niekoniecznie tak szybko.
– Czyli od razu przechodzimy do sedna?
– A i owszem. Aczkolwiek od razu zaznaczę, żebyś nie zaczął na dzień dobry przedstawiać mi jakiejś spiskowej teorii dziejów, jak to masz w zwyczaju.
– Mam więc uważać, że nie rozmawiałaś z Alissą, która wcześniej nie rozmawiała z moją siostrą? I w obu przypadkach to nie ja byłem głównym obiektem waszych dyskusji?
– Nie schlebiaj sobie. Owszem, jesteś wdzięcznym tematem do rozmów, jednak wierz lub nie: nie jedynym.
– Co nie zmienia faktu, że to ze mną Alissa zerwała i teraz to ja muszę sobie poukładać życie na nowo.
– Ech, ciągle ten sam… Uwierz, świat nie kręci się dookoła ciebie i nie ty jeden przeżyłeś zawód miłosny, o ile w ogóle można go tak nazwać. Poza tym co niby zrobisz? Rzucisz wszystko i popłyniesz na Hebrydy? Obstawiam, że co najwyżej wrócisz tam, gdzie powinieneś być od samego początku. I wiesz to tak samo dobrze, co ja. A gdybyś chciał zapytać, to tak.
– Eee… co „tak”?
– Tak, w razie potrzeby udzielę ci niezbędnych informacji. Powiem, do czyich drzwi zapukać, czyje omijać szerokim łukiem, jak sobie załatwić przepisanie tylu zaliczeń, ile się tylko da, et cetera. Ale zanim przejdziemy do spraw… powiedzmy, że zawodowych, dam ci jedną prywatną poradę: pamiętaj, z kim rozmawiasz. A raczej z kim nie rozmawiasz, bo mam wrażenie, graniczące z pewnością, że zamiast podciągać niektóre swoje… przyjaciółki do własnego poziomu, raczej obniżyłeś loty, by zrównać się z nimi.
– Wygadana jesteś jak zwykle. I jak zwykle masz swoją jedynie słuszna wersję wydarzeń.
– Tak, mam. I, jak sam zauważyłeś, jest ona słuszna. A im szybciej sam to zrozumiesz i przestaniesz udawać kogoś, kim nigdy nie byłeś, nie jesteś i nie będziesz, tym lepiej dla wszystkich. Na czele z tobą.
– Skoro tak twierdzisz, dalsza dyskusja chyba nie ma sensu.
– Ale to to dzwonisz, Eric. I do tej pory nie zdążyłeś nawet powiedzieć, po co, tylko albo pytasz o rzeczy oczywiste, albo podkreślasz, jak bardzo się ze mną nie zgadzasz. Dlatego mam propozycję: kiedy wreszcie zrozumiesz, czego właściwie chcesz, to wiesz, gdzie mnie szukać. I wierz lub nie, ale moje drzwi wciąż są dla ciebie otwarte. Czy coś poza nimi… cóż, to już musiałbyś sprawdzić sam.
Tym razem nie przyłożyłem ekranu do ucha, tylko zacząłem przeglądać galerię. Konkretnie pewną bardzo… konkretną sesję ze sobą w roli głównej. W jednym przebraniu, w drugim przebraniu, w pozie takiej, w pozie innej. Nie tak wcale dawno czułem autentyczną dumę z tych zdjęć. Z własnej odwagi, ze starań Alissy, z osiągniętego wspólnie efektu. Dziś jednak miałem ochotę wyrzucić to wszystko do śmieci i nawet wspomnienie tego, co zrobiliśmy razem już po odłożeniu aparatu, nie potrafiło przekonać mnie do zmiany decyzji. Ba, nawet i je najchętniej usunąłbym raz na zawsze, gdyby tylko było to możliwe.
Wspomnienie wstydliwego ciepła na policzkach, gdy poprosiłem Alissę o sfotografowanie mnie. Wspomnienie pieczołowitych przygotowań tak łóżka, jak i siebie samego. Wspomnienie narastającej obawy, gdy zdejmowałem kolejne elementy garderoby. Wspomnienie cierpnących od klękania kolan i sztywniejących od wypinania się pośladków. Wspomnienie Alissy, zachęcającej do zrobienia tego wszystkiego, o czym wcześniej ledwie marzyłem, a i to jednie w chwilach największej odwagi. Wspomnienie traconej coraz szybciej kontroli, kiedy Alissa klęczała naprzeciwko mnie, jedną dłonią pomagając sobie w robieniu mi… nietrudno się domyśleć czego, natomiast drugą filmując całą scenę.
Alissa, Alissie, Alissy, Alisso…
Nim zupełnie utraciłem kontrolę nie tylko nad wspomnieniami, ale i bieżącymi wydarzeniami, czym prędzej znaczyłem cały folder, wszedłem w opcje, kliknąłem. Wiedząc aż za dobrze, jak bardzo będę kiedyś tego żałował.
Jak już żałowałem.
– Fredzia Phi-Phi – https://youtu.be/nh5n0xfqpiQ
– Café des Deux Moulins – ponoć najlepsza krembrylownia w Paryżu,
– Agencja Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy – po zagranicznemu OSHA, po naszemu Bezpieczeństwo Hamuje Pracę (patrz niżej),
– Windscale – https://pl.wikipedia.org/wiki/Po%C5%BCar_w_Windscale
– Royal Air Force Museum – jak będą chcieli pójść do muzeum lotnictwa, to zabierzesz ich do muzeum lotnictwa, kurza jego nać!
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Wiem, że to bezczelna autopromocja, lecz jeśli Drogi Czytelniku / Szanowna Czytelniczko podobało ci się powyższe opowiadanie, czekasz na więcej oraz masz ochotę docenić moją pracę – będzie mi niezmiernie miło, gdy polubisz (i dołączysz do obserwowanych oczywiście, by nie przegapić żadnej nowości) moją stronę autorską na facebooku:
facebook.com/agnessanovvakstronaautorska/
Z góry dziękuję!
Sztywny
Jak Ci się podobało?