Noblesse oblige (II) – big beautiful walentynka
22 września 2026
Noblesse oblige
33 min
Eric
Po co mi to było? Nikt nie miał pojęcia, a już najmniej ja sam. I jakże typowe w takich momentach tłumaczenia „przecież chciałem dobrze” czy „to nie moja wina, że tak wyszło” naprawdę niewiele w tej materii zmieniały.
Przy czym starałem się być na tyle uczciwy, by o moje niepowodzenie obwiniać jedynie Alissy. Owszem, może potraktowała mnie… mało grzecznie i wcale nie bardziej sprawiedliwie, czy jednak postarałem się choć trochę, by postąpiła inaczej? Cóż, niespecjalnie. Zjawiłem się u niej w momencie, w którym ewidentnie nie miała ochoty mnie widzieć, po czym nie potrafiłem nawet porządnie uargumentować, po co to zrobiłem.
Zamiast tego pozwoliłem się obrażać. I wyprosić, by nie powiedzieć: wyrzucić za drzwi. Bez słowa sprzeciwu. Bez jednego choćby gestu. Bez najmniejszej próby walki o swoją rację.
Później zresztą było niewiele lepiej. Zamiast jakoś przepracować przykrość, przejść się na samotny spacer, wypłakać w ciszy (lub przeciwnie, wypluć z siebie pretensje choćby do pustej ściany), po czym odczekać te parę dni i przy pierwszej okazji przynajmniej spróbować raz jeszcze porozmawiać z Alissą – tylko tym razem porozmawiać, a nie „aaa, eee, yyy, nie wiem” – zacząłem jej unikać. Nawet nie tyle ostentacyjnie, co bezczelnie, choć przecież widziałem, jak bardzo jej na tym zależy. Ba, nie dopuściłem nawet, by powiedziała, dlaczego tak nagle zmieniła swój stosunek do mnie.
A kiedy raz czy drugi nie udało mi się w porę wycofać na z góry upatrzone pozycje, podstawiony pod ścianą rzuciłem paroma dosłownymi cytatami z jej wypowiedzi. Konkretnie tymi najmniej kulturalnymi.
Skutecznie.
Jednocześnie jakiekolwiek moje zaangażowanie w szkolne życie towarzysko-kulturalne spadło do poziomu zerowego. I mało mnie obchodziło, co kto sobie o tym myślał. Nie wspominając o przejmowaniu się tymi, którzy dla odmiany zaczęli przejmować się mną, w zamian dostając rykoszetem mej frustracji, gniewu i pretensji prosto między oczy.
Aż wreszcie, gdy najwyraźniej wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić do mojego donikogonieozdywaniasię, przeplatanego nieobchodzimniecoodemniechceciem, pewnego dnia Alissa znów zastąpiła mi drogę. I choć w pierwszym odruchu miałem zamiar zrobić dokładnie to samo, co za każdym poprzednim razem, pozwoliłem jej się wygadać. Czy raczej nie zdążyłem zareagować, zanim nie wyrzuciła z siebie:
– Widzę, że nie chcesz nawet do mnie podchodzić na korytarzu, ale ja już tak nie mogę, Eric. Spotkajmy się jakoś, co? Może być jutro po lekcjach? Wrócimy razem tak, jak kiedyś, usiądziemy, pogadamy o tym, co nas boli. Jak nic z tego nie wyjdzie, trudno. Obiecuję, że drugi raz nie będę prosiła.
Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, lecz nie doczekawszy się odpowiedzi, zaczęła odchodzić. I mimo że wciąż miałem chęć bardziej na odzywkę na poziomie „prosić to się może locha”, tym razem się opanowałem.
– Poczekaj! – rzuciłem pospiesznie, a gdy znów stanęliśmy naprzeciwko, dodałem już spokojniej: – Dobrze, zgadzam się. Tylko proponuję nie jutro, a pojutrze.
– Ale… to sobota jest.
– Może być i niedziela. Gdybyś nie dała rady u siebie, zobaczymy się u mnie na stancji albo jeszcze gdzieś indziej. Sama wybierz, kiedy ci pasuje i gdzie. Ja się dostosuję.
– To wcześniej żeś udawał, że mnie nie znasz, a teraz „tak, Alissiu, zrobię wszystko, co chcesz”? – odpowiedziała z wyraźnym przekąsem.
– Nie, nie udawałem, że cię nie znam. Po prostu nie chciałem z tobą rozmawiać. I wierz lub nie, ale nie jestem z tego dumny. Za to przyznaję, że masz rację i to tak dłużej nie może być – westchnąłem z nieudawaną ulgą, woląc zawczasu samemu posypać głowę popiołem. – Jak możesz, to napisz mi jeszcze dzisiaj, jaki dzień wolisz. Obiecuję, że będę, Alissiu.
Nie zastanawiałem się zbytnio, czy dostałem w ucho tylko za „Alissię”, czy za całokształt. Zasłużyłem tak czy inaczej.
Alissia… Alissa ostatecznie wybrała termin, a ja, zgodnie z obietnicą, zgodziłem się. Resztę natomiast zrobiłem już decydowanie po swojemu. I zgodnie z zasadą pt. „albo grubo, albo wcale”, zaangażowałem w to osoby trzecie. Z początku czułem się z tym mocno niezręcznie, jednak szybko ogólne wątpliwości zastąpiło bardzo konkretne pytanie: dlaczego dopiero teraz się na to zdecydowałem? Przecież od samego początku nie musiałem ani samemu piec tych wszystkich słodkości, ani wozić ich (i siebie zresztą też) komunikacją publiczną, ani też mieszkać w wynajmowanej kawalerce. Ba, przecież samo uczęszczanie do tej konkretnej placówki oświatowej było mocno dyskusyjne.
Mimo tego uparcie tkwiłem przy swoich wyborach, nie chcąc w żaden sposób nie tylko się wywyższać, ale nawet zbytnio ułatwiać sobie życia. Do teraz.
Z dokładnością co do minuty wysiadłem z auta, zabrałem z siedzenia sporo większą niż zazwyczaj paczkę i potwierdziłem szoferce… kierowniczce… kierowczyni… pani kierowcy „bycie w kontakcie”. Podszedłem do drzwi, odetchnąłem, zadzwoniłem. Zestresowany jak chyba nigdy dotąd.
– Tak, wiem, nie musiałem – odpowiedziałem czym prędzej, uprzedzając pytanie. – Ale chciałem. Dla ciebie. Jedną foremkę możesz od razu pokroić, drugą zostawiam. I nawet nie próbujmy się kłócić na dzień dobry.
Ustaliwszy bieżące menu, przysiadłem na dokładnie tym samym fotelu, co wtedy i tak samo czekałem w milczeniu, aż Alissa wróci z kuchni. Tym razem jednak rozejrzałem się po pokoju uważniej, by nic mnie nie zaskoczyło w najmniej odpowiednim momencie. I… no właśnie „nic”. Było chyba nawet czyściej niż wtedy, jakby ktoś specjalnie wszystko posprzątał, poukładał i przede wszystkim pochował przed niepożądanym wzrokiem. Mało tego: sama Alissa miała na sobie nie zwyczajowe domowe dresy, a sukienkę do kolan, kusząco wydekoltowaną bluzkę, obsypaną drobnym brokatem oraz całkiem sporo biżuterii – niemającej co prawda wiele wspólnego z Cartierem czy Tiffanym, za to jak najbardziej pasującej do reszty ubioru.
Uśmiechnąłem się – znów nie tylko w myślach – z wyboru polówki i chinosów, a nie trzyczęściowego zestawu od Kingsmana, jaki pierwszy przyszedł mi do głowy. Nawet jeśli i koszulka, i spodnie też nie pochodziły z pierwszej lepszej sieciówki.
– A co żeś ty taki wesoły?
– Na razie cieszę się, że użyłaś noża do pokrojenia ciasta, a nie mnie. I z tego, że ci smakuje, też.
Pokazałem palcem kącik ust, sugerując konieczność ich wytarcia.
– No przecie żem ci mówiła ci tyle razy, że nie musisz! Ja rozumiem, jak coś tam upieczesz, albo obstawisz donuta na mieście, ale przecież to wygląda jak z jakiegoś Sheratona!
– Nie z Sheratona, a z Ritza.
– Ale ja poważnie mówię!
– Ja też. A dokładniej, to przepis jest z Ritza. I cukiernik, który mi pomagał, bo lukier królewski coś mi się nie udaje, też tam pracował. Teraz robi na swoim, w razie czego mogę ci załatwić miejsce poza kolejką, żebyś nie musiała czekać do przyszłego roku na wolny termin.
Alissa tylko sapnęła, przewróciła oczami, lecz nie ciągnęła tematu. I słusznie, ponieważ, jakby nie patrzeć, raczej nie w celach kulinarnych się spotkaliśmy.
– Słuchaj, Alissa… mam taką propozycję: może byśmy zaczęli wszystko od zera? Ja sprawiłem przykrość tobie, ty mnie. Trudno, stało się, już nic na to nie poradzimy. Ja cię za swoje zachowanie jeszcze raz przepraszam i chciałbym, żebyś ty też nie miała do mnie pretensji.
– Eric, daj se spokój. Serio. Wiem tak samo dobrze, co ty, że wyszła z tego jedna wielka… patatajnia. I mnie to boli dokładnie tak samo, jak ciebie. A może i bardziej. Poza tym w zasadzie to powinnam ci za to podziękować, a nie opieprzyć.
– A niby za co? – spytałem z nieudawanym zaskoczeniem, bo nic nie przychodziło mi do głowy, lecz Alissa zamknęła temat tak szybko, jak go zaczęła.
– A to już pozostanie moją tajemnicą! Może ci kiedyś powiem, a może nie – fuknęła żartobliwie i jeszcze pokazała mi język. – A przeprosiny przyjmuję. Okej, zareagowałam ciut za ostro, ale ja na serio nie wiem, co mam ci powiedzieć, no! Doceniam, że mi pomagasz, że się starasz, że jesteś przy mnie w trudnych chwilach i w ogóle, ale… ty nie potrafisz zrozumieć, że inni mogą tego nie chcieć. Dają ci sygnały, żebyś sobie odpuścił, ale ty wtedy zaczynasz się jeszcze bardziej narzucać. To jest męczące. I krępujące. Wkurzające też. Naprawdę. Daj se czasem luzu, a wszystkim będzie lepiej.
– Wszystkim czy tobie? Bo zaczęłaś od siebie, a potem nagle pojawili się „wszyscy”.
– Mnie, Eric – Alissa odpowiedziała znacznie szybciej i pewniej, niż mogłem się spodziewać. – I jest mi przykro z tego powodu. Bardzo jest mi przykro. Bo jesteś wspaniałym kolegą, tylko… no mam cię czasami dość. I wtedy… wtedy też miałam. Wybacz. Nie bierz tego osobiście, ale twoja wizyta nie była nikomu potrzebna. Ani mnie, ani tobie.
Największe błędy, jakie w życiu popełniłem, miały zazwyczaj dwie główne przyczyny. Pierwsza: nie odezwałem się, kiedy było trzeba. Druga: odezwałem, gdy takiej potrzeby nie było. A skoro i tak musiałem wybrać między rozwiązaniem złym a jeszcze gorszym, postanowiłem przynajmniej powiedzieć, co o tym wszystkim sądzę. Bez owijania w papier prezentowy z Home Bargains.
– Przykro mi, że tak to odebrałaś. I że tak mnie traktujesz – powiedziałem na tyle spokojnie, na ile byłem w stanie.
– Niby jak?
– Wybacz, ale teraz to ty nie widzisz. Nawet nie chcesz zobaczyć. Tego wszystkiego, co dla ciebie robię, tego… wysłuchiwania tych wszystkich żali, brania na siebie twoich problemów, zamartwiania się, bo znowu zestresowałaś się w szkole, w domu, gdziekolwiek. I co dostaję w zamian?
– No to powiedz, co byś chciał dostać! Powiedz mi żesz wreszcie, czego ty ode mnie chcesz! – rzuciła Alisssa już nie z niechęcia, a otwartą pretensją.
– Ja chcę… chciałbym…
Wiedząc, jak to się skończy, ugryzłem się w język, chcąc zacząć jeszcze raz. Wówczas jednak zobaczyłem triumf na twarzy Alissy. Satysfakcję w jej oczach.
Znowu poczuła się lepsza ode mnie nie dlatego, że naprawdę w czymkolwiek taka była, lecz z powodu mojej kapitulacji. Poddania się walkowerem jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
I wtedy coś we mnie pękło.
– Chciałbym, żebyś chociaż raz potraktowała mnie tak, jak na to zasługuję – zacząłem. – Doceniła to, o czym ci wcześniej powiedziałem. Żebyś wreszcie powiedziała przynajmniej to jedno zwyczajne „dziękuję”.
– A za co konkretnie mam dziękować? – rzuciła złośliwie, albo wciąż nie dostrzegając, że zaraz wybuchnę, albo nie chcąc tego widzieć.
– A myślisz, że na przykład skąd biorą się przecieki do egzaminów? Z fejsa? Z tiktoka? Od tych twoich koleżaneczek o nienachalnej inteligencji, które same nie potrafią palcem do sempiterny trafić? – Znów rozbawił mnie własny żarcik. – Kto biega do sklepiku po zestaw korupcyjny „Kinder Bueno plus mała kawa” i uprasza prowadzącego, żeby przełożył sprawdzian, bo jedna czy druga idiotka nie potrafiły zapamiętać nawet ostatniego wykładu? Albo kto załatwił, żebyśmy mogli zrobić Halloween na sali gimnastycznej? Przewodnicząca roku? Przecież ona świata poza własnymi ciapatymi tipsami nie widzi.
– Nie mów tak! I nie rzucaj mi tu jakimś rasistowskim hejtem, panie z kijem w dupie, jak już o nich mówimy! – zaperzyła się.
– Powiedzenie prawdy to nie hejt. A jeśli chodzi o uprzedzenia, to ze swoimi znajomymi z tego konkretnego kręgu kulturowego witam się „Aur bhai kya haal chaal”. A do niektórych mogę rzucić nawet „Kya be chhakke” – odpowiedziałem z wcale nienajgorszym akcentem.
– Że jak?
– Że tak, że nie powtórzę. I ty też nie szukaj i tym bardziej nie powtarzaj, zwłaszcza w towarzystwie, bo jeszcze ktoś uprzejmie doniesie – dodałem pół żartem, pół niestety serio. – I uprzedzając kolejne twoje wątpliwości: tak, mam znajomych. Kolegów, koleżanki, nazywaj ich jak chcesz. Tyle że się nie znacie i jest raczej mało prawdopodobne, by się to zmieniło.
– Dobra, dobra, niech ci już będzie! Ale wracając do tematu, to co, mam ci zwrócić… ile? Dwa funciaki? Jak tak bardzo chcesz, to nawet się zrzucimy w klasie. A z resztą rzeczy, to dobra, przyznaję, twoje na wierzchu! – Alissa potwierdziła to z wyraźną niechęcią. – No i co z tego? Mamy ci za to na kolanach dziękować?
Miałem wielką ochotę odparować, że mógłbym kupić cały ten sklepik razem z półkami, krzesełkiem sprzedawczyni i pewnie nawet nią samą, gdyby wciąż było to legalne, jednak nie miałem ochoty kontynuować tego tematu. Zresztą Alissa znowu by mi nie uwierzyła. Dlatego skupiłem się na drugiej, znacznie zresztą ważniejszej kwestii.
– Nie, nie wymagam zaraz jakiejś czołobitności. Ale moglibyście chociaż zachować się fair. Bo na przykład jak Dastardly z Muttleyem postanowili wywrócić plan zajęć do góry nogami, to momentalnie zajęłyście wszystkie najlepsze godziny swoim towarzystwem wzajemnej adoracji, a ja musiałem się wciskać tam, gdzie mi to w ogóle nie pasowało. Tyle was obchodzę!
– O przepraszam, żadnych „nas”! Mnie w to nie mieszaj!
– Nie muszę. Sama jesteś zamieszana, nie wstrząśnięta. Pamiętasz może sylwestra na pierwszym roku? Cała nasza paczka, w jakiej trzymaliśmy się od samego początku, pojechała na rynek na koncert, pokaz sztucznych ogni i później jeszcze wcisnęła się do pubu. Cała poza tą jedną osobą, której nikt nawet o tym nie powiedział, już nie mówiąc o zaproszeniu. Na początku myślałem, że umówiliście się w parach i nie chcieliście singla, ale przecież ty też byłaś tam bez osoby towarzyszącej. Do tego ten wysoki, co gra w drużynie koszykówki, nawet nie był od nas!
Musiałem złapać oddech, przy okazji starając się uspokoić. Bez większych efektów.
– A później co było? Ile razy wychodziliście do kina, na bilarda, rzutki i inne podobne atrakcje, a ja dowiadywałem się o tym po fakcie? Chociaż pytałem, czy gdzieś się wybieracie. Więcej niż raz i niż dziesięć razy. Z tym samym rezultatem, czyli żadnym. Albo… – zawahałem się przez moment, czy na pewno powinienem do tego wracać – jak inni się przebrali na Halloween jak skończeni debile, to było okej, ale mnie oczywiście musieliście wyzywać od… wiesz, od kogo. Przy tobie. I co zrobiłaś? Nic. Śmiałaś się razem z nimi.
Alissa wyraźnie nie była zachwycona tym, co właśnie usłyszała, lecz zamiast wejść w jakąkolwiek sensowną polemikę, rzuciła tylko:
– Sorka, ale nie moja wina, żeś się wymalował jak postać z kreskówki!
Zamierzałem nie odpowiadać na ewidentną zaczepkę i zapewne bym tego nie zrobił, gdyby faktycznie była to jedynie jednorazowa sytuacja bez drugiego dna. Ale nie była.
– Wiesz co… naprawdę miałem cię za kogoś mądrzejszego. Kto jak kto, ale sądząc po plakatach na ściennie, powinnaś przynajmniej skojarzyć, czyja była ta stylówka. Mój imiennik… – celowo zrobiłem przerwę, lecz bez większego rezultatu – nadal nic? No właśnie. Uwierz, że robię, co mogę, żeby nie być złośliwym, a i tak czasami wolę się nie odezwać, niż powiedzieć ci czegoś przykrego. Chociaż jakoś w drugą stronę to nie działa, bo to, czego ty byłaś świadkiem, to tylko wierzchołek góry lodowej niewybrednych epitetów.
– To czemu tego nie robisz, panie doskonały? – Alissa też już ewidentnie nie zamierzała się powstrzymywać. – Czemu mi znowu nie udowodnisz, jaka to ja jestem głupia, jak to się na niczym nie znam, jaka to jestem prosta dziewucha z prostej dzielnicy? No proszę, powiedz!
Znów miałem się nie odezwać, wybierając mniejsze zło. Zrozumiałem jednak, że już dłużej nie wytrzymam. Że muszę powiedzieć, co myślę. Co czuję. Czego chcę.
I pragnę. Jak niczego innego na świecie.
– Bo cię kocham.
– Bo cię kocham, Alissa – powtórzyłem. – Zakochałem się w tobie od pierwszego naszego spotkania. Od pierwszego wykładu, kiedy weszłaś do sali i usiadłaś w ostatniej ławce. Od pierwszej rozmowy, jak zapytałaś się o podział grup ćwiczeniowych, bo nie wiedziałaś, o co w nim chodzi i dokąd masz pójść. Od pierwszego wspólnego powrotu ze zajęć, kiedy odprowadziłem cię pod same drzwi. Od… pierwszego twojego uśmiechu… Od…
Nie potrafiłem dokończyć. Nie potrafiłem się nawet ruszyć.
Alissa siedziała naprzeciwko, patrząc na mniej jak nigdy wcześniej. I także milczała.
Długo.
Bardzo długo.
Zbyt długo.
– Dlaczego nic mi wcześniej nie powiedziałeś? – zapytała w końcu cicho.
– Nie wiem. Może nie umiałem? – przyznałem wcale nie głośniej. – Zresztą czy miałem wybór? Przecież i tak od początku traktowałaś mnie tylko jako kolegę z roku. A nawet jakbym się przyznał, co do ciebie…
Znów te najważniejsze słowa uwięzły mi w gardle. I tym razem także nastała cisza. Jeszcze dłuższa, o ile w ogóle było to możliwe, niż poprzednio.
– Ale przecież ja… ja ci się tyle razy zwierzałam z rzeczy, jakich pewnie w ogóle nie chciałbyś wiedzieć, a ty… ty mnie zawsze w spokoju słuchałeś, pocieszałeś, mówiłeś, żebym się nie przejmowała. I doradziłeś. Jak teraz nad tym pomyślę, to zawsze dobrze – powiedziałam bardziej sama do siebie. – Czemu to robiłeś? Czemu mi wtedy powiedziałeś, żebym sama wzięła sprawy w swoje ręce i jak nie dostałam prezentu od kogoś, kto mi się podoba, to sama powinnam go dać?
– Bo wiedziałem, że ci na nim zależy – odparłem najspokojniej, jak umiałem.
– Ale twoim kosztem! – Alissa za to aż wybuchła.
– A kogo to obchodzi? – spytałem nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz.
– A mnie! Mnie to obchodzi!
Miałem odpyskować „po pierwsze: guano prawda, a po drugie: za późno”, jednak wciąż udawało mi się trzymać emocje na wodzy. Albo po prostu nie miałem już siły?
– Teraz to już nie ma znaczenia – westchnąłem, wzruszając ramionami. – Ale może to i dobrze?
– Bez gówna, Sherlocku! Teraz to ty mi robisz krzywdę! – odpowiedziała Alissa bardziej niż zdecydowanie. – No okej, może nie zawsze zachowywałam się wobec ciebie tak, jak trzeba, ale weź żesz zrozum, jak ja się z tym czuję! Przecie wiem, jak to jest, kiedy ktoś, na kim mi zależy, ma mnie gdzieś! Jak mnie ignoruje, jak nawet nie próbuje zrozumieć, jak mówi mi… coś, czego nigdy nie chciałabym usłyszeć. Ty też nie. Tak, też byłam odrzucana, Eric. I to więcej razy, niż se myślisz!
Przerwała nagle i odwróciła wzrok.
– Alissa, ale przecież ja nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobił!
– Nie? – odpowiedziała wciąż drżącym głosem. – A teraz to co? Mam udawać, że nic się nie stało? Że wszystko będzie tak, jak dawniej? Przecież i ja wiem, i ty wiesz, że tak się nie da. Ja… ja się tego boję, Eric. Boję się, że znowu źle wybiorę i… cię stracę. Stracę kogoś, na kim naprawdę mi zależy. Mojego – zawahała się, lecz dokończyła już znacznie pewniej – najlepszego przyjaciela. Kogoś, komu mogę powierzyć każdy swój sekret i kto by mnie nigdy nie skrzywdził. Ja naprawdę nie znam takiej drugiej osoby, jak ty. Nie bądź zły na mnie, bo ciągle robię błędy, tylko daj mi je naprawić.
– Dziękuję, że tak o mnie myślisz – przyznałem z niemałą ulgą, a nawet lekkim ciepłem, które nieoczekiwanie rozlało się po bardzo konkretnych organach wewnętrznych – ale ja też już nie daję rady, Alissa. Nie mogę dłużej udawać. Nie mogę ukrywać tego, co do ciebie czuję. Wiem, że mnie nie chcesz i nigdy nie będziesz chciała, dlatego proszę: prostu to przyznaj, a dam sobie spokój.
– Ale tak całkiem? Tak, jakby nic się nie stało?
– A mam jeszcze jakieś inne opcje? Przecież wiem, że to i tak nie ma sensu. W zasadzie to nigdy nie miało – mruknąłem.
Alissa, zamiast tym razem odbić piłeczkę jak wcześniej, zamilkła i zaczęła mi się przyglądać. Tak intensywnie, aż poczułem się nieswojo. Mało tego: w pewnym momencie wstała, przeszła się po pokoju, spojrzała w okno, wzięła z talerzyka kolejną porcję pustych kalorii, pospacerowała dokoła dywanu.
I założyłbym się o dowolną rzecz, że spojrzała pod łóżko. W dokładnie to samo miejsce, w którym wtedy leżały tamte podejrzane artefakty.
– A jeżeli… a jak teraz to ja będę się starała dla ciebie? – zapytała tak poważnie, aż poczułem się jak na jakimś egzaminie. – Jak dam ci prawdziwą szansę? We friendzonie już byłeś – uśmiechnęła się, choć dla mnie niespecjalnie było to zabawne – to wiesz, jaka ja jestem, co lubię, co nie, co bym chciała i tak dalej. W drugą stronę też już to przerobiliśmy, nie? To może byśmy… może od razu przejdziemy od słów do czynów? Tylko najpierw będziesz mi musiał udowodnić jedną rzecz.
– Jaką znowu? – rzuciłem zdecydowanie zbyt obcesowo.
– Że naprawdę ci na mnie zależy.
– Przecież już to zrobiłem!
Teraz już nie żałowałem ostrzejszej riposty. Alissa jednak albo faktycznie tego nie zauważyła, albo przynajmniej udawała, bo niezrażona mówiła dalej:
– Wtedy w Sylwestra zobaczyłeś pewne… rzeczy, których nie posprzątałam. A powinnam. Wydaje mi się też, że miałeś powód, żeby mi powiedzieć o tych swoich przebierankach na Halloween. Dlatego weź mi powiedz jeszcze, ale tak uczciwie, czy… czy takie rzeczy to dla ciebie tylko zabawa? Taka niewinna? Czy coś więcej? Ja ci obiecuję, że już nie będę cię pytała o szczegóły, nie będę cię oceniała, w ogóle już nigdy nie zacznę tego tematu. Interesuje mnie tylko: „tak” lub „nie”.
Tym razem to ja musiałem się zastanowić. Co prawda nie potrzebowałem do tego nabijać kilometrów po pokoju, niemniej zajęło mi to dłużej niż chwilę. Dłużej niż dłuższą chwilę. W końcu jednak wybrałem jedyną słuszną opcję. Choć zapewne nie do końca taką, jakiej Alissa oczekiwała i zamiast znów się tłumaczyć, uznałem, że jeden obraz powie więcej niż tysiąc słów.
Wyjąłem telefon i odszukałem zdjęcie. Jedno proste ujęcie, na którym było widać było zaledwie fragment pustej ściany. I mnie, mniej więcej od pasa w górę. W pozie oraz stroju (choć bardziej pasowałoby tu określenie „braku stroju”), jakich nigdy nikomu do tej pory nie pokazałem.
Spojrzałem na Alissę, na siebie, znów na nią. I bez żadnego komentarza obróciłem ekran.
Najwyraźniej nie tylko ja miałem problem z wyrażaniem tego, co czuję, bo ona przenosiła tylko wzrok między mną a… mną. I sobą w lustrze.
– Mam rozumieć, że mi ufasz? I że mogę liczyć na to samo? – powiedziała wreszcie.
– Naprawdę muszę odpowiadać? – odpowiedziałem, chowając telefon do kieszeni.
Najwidoczniej nie musiałem.
– Możesz się przesiąść na łóżko?
– Ale po co… – palnąłem odruchowo.
– Zrób to, proszę cię. I zamknij oczy. I nie pytaj.
Alissa
Miałam dwa wyjścia.
Pierwsze: przyznać się, że blefowałam po całości i tak naprawdę chciałam tylko… a żebym to ja sama wiedziała!
Może po prostu wyszłabym na chwilę do łazienki, lodowatą wodą spłukała z siebie resztki brudnych myśli i wróciła, jakby nigdy nic? Jakby moja prośba w ogóle nie miała miejsca? O czym byśmy wtedy rozmawiali? Pewnie o zwyczajnych rzeczach: o szkole, o zainteresowaniach, o wspólnych przeżyciach… no właśnie: wspólnych. Moich i Erica. Tak wielu, aż sama się zdziwiłam.
Co nie mniej ważne, gdybym pominęła niezręczność całej tej sytuacji, nieśmiałe próby wyrażenia uczuć przez siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka i moje nadpobudliwe reakcje na nie, na końcu pozostawało jedno. To, co najważniejsze: on mnie chciał. Być może nawet pragnął. Czyżby pożądał i to w najbardziej dosłownym, fizycznym znaczeniu? Pomimo tego, w jaki sposób go traktowałam, jak się zachowywałam, jak wyglądałam. W zasadzie nigdy o to nie zapytałam, a przecież powinnam już dawno.
Tak czy inaczej, mówiło to naprawdę wiele i o samym Ericu, i jego uczuciach. I choćby za to powinnam dać mu szansę. Pozwolić się wygadać i odpowiedzieć (wreszcie!) kulturalnie na wszelkie wątpliwości. Podziękować nie tylko słowem, ale także i dotykiem. Przytuleniem. Pocałunkiem. Po czym, metodą małych kroczków, sprawdzić, dokąd zaprowadzi nas wspólnie wybrana ścieżka.
Mogłam też wybrać bramkę numer dwa.
Przestać zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby. Darować sobie metodę małych kroczków. Przypomnieć za to o niezaprzeczalnym fakcie bycia młodą dziewczyną, mającą naprzeciwko siebie równie młodego chłopaka. Dlaczego w takim razie miałabym nie przekierować tych wszystkich emocji, pragnień, fantazji i czego tam jeszcze, właśnie na Erica?
Tylko jak? Kiedy? Tutaj? Teraz? Cóż… jak sama niedawno stwierdziłam, darzyłam go i zaufaniem, i sympatią, i przyjaźnią, i w zasadzie wszystkim, co powinnam czuć do kogoś, z kim chciałabym być naprawdę blisko. Nie tylko zresztą czuć, ale i widzieć, bo przecież Eric był naprawdę niebrzydkim młodzieńcem. Takim, w którego kierunku warto było rzucić nie tylko okiem, ale i cyckiem.
A skoro tak, pozostawało jedynie złapać za eyeliner, błyszczyk i perfumy. Parę elementów garderoby zdjąć, kilka innych założyć. A później niech się dzieje, co chce!
Eric
Mogłem sobie tylko wyobrażać, jak wyglądam. Oczywiście poza tym, że jak (nie)skończony imbécile, który zrobił absolutnie wszystko inaczej, niż miał zamiar, bo to wiedziałem aż za dobrze. Do tego wszystkiego czułem się, jakby ktoś właśnie wkręcał mnie w jakiegoś pranka. Takiego, który zaczynał wymykać się spod kontroli.
Co więc mi pozostało? Chyba jedynie oczekiwanie na dalszy rozwój wydarzeń. Na podstawie docierających do mnie odgłosów próbowałem się domyślić, co Alissa może właśnie robić, lecz niewiele z tego wynikało. A skoro rzeczywistość mi nie wystarczała, do głosu doszła wyobraźnia. Niepytana. Podrzucająca mi coraz to bardziej nieprawdopodobne scenariusze.
Nie minęło wiele czasu, a już nie siedziałem, a leżałem przygnieciony przez przebraną w kocie fatałaszki Alissę, dobierającą się do mnie w celu… na pewno nie gry w scrabble. W jengę także nie. Prędzej jakiegoś rozbieranego twistera.
Nie tylko poczułem gorejące na policzkach rumieńce, lecz wręcz przestraszyłem takiej, wcale przecież nie tak nieprawdopodobnej perspektywy. Jeżeli chodziło o dziewczyny, mogłem powiedzieć, że byłem jaroszem i dlatego może lepiej…
To już nie były tupnięcia, szuranie, stuki czy skrzypnięcia. Poczułem ugięcie materaca. Słodki zapach perfum. Ciepłe łaskotanie oddechu na twarzy.
– Możesz mnie zobaczyć – powiedziała Alissa.
Spełniłem życzenie. I momentalnie w pierwszym odruchu zapragnąłem… uciec. Poważnie. Rzucić się do drzwi, nim jeszcze miałem jakiekolwiek szansę na zorganizowany odwrót na z góry upatrzone pozycje. Tyle że nie potrafiłem. Nie mogłem zrobić niczego poza patrzeniem. I podziwianiem.
Podziwianiem pochylającej się nade mną Alissy.
Z kocimi uszkami, wystającymi ponad spięte w kucyki czarne włosy. Z podkreślonymi czarną kreską oczami i mocno podmalowanymi ustami. W czarnej… bluzeczce? Topie? Miękkim gorsecie? Nawet nie wiedziałem, jak to właściwie nazwać, więc pozostałem przy koszulce. Koszulce o tak głębokim dekolcie, że biust nie wyskoczył z niego chyba tylko dzięki jakimś iluminackim zaklęciom i tak krótkiej, że zakrywała ledwie połowę brzucha. W czarnych majtkach, także odsłaniających znacznie mniej niż zasłaniały. W – a jakże – czarnych pończochach.
No i w różowym podobnie jak pasemka na włosach i futerko na uszkach, sterczącym gdzieś z tyłu ogonku.
– Ja ci się serio taka podobam? Przecież nie jestem ani jakaś ładna, ani szczupła, do tego przebieram się w jakieś dziwne ciuchy…
– Jesteś… ty… ja… to znaczy… Jesteś dla mnie najpiękniejsza!
Więc nie byłbym w stanie powiedzieć, choćby nawet grożono mi bronią, ekskomuniką oraz natychmiastowym nokautem. Roznegliżowaną piersią. Dwiema zresztą też.
– W takim razie… – Alissa też ewidentnie nie była tak odważna, na jaką chciała pozować. – Pocałuj mnie.
Pocałowałem. Oczywiście niezgrabnie, bez śladu czułości, zbyt krótko. Ogólnie wszystko źle, a nawet jeszcze gorzej. Jednak to wystarczyło. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po pierwszym posmakowaniu dziewczęcej słodyczy, a już nie siedziałem, tylko dokładanie tak samo, jak w niedawnej fantazji, leżałem na łóżku, przygnieciony przez Alissę. Jej pełny biust. Krągły brzuch. Szerokie biodra. Wcale nie szczuplejsze uda. Jednak to spojrzenie zmrużonych oczu i ciężar wyrażanych przez nie oczekiwań był najbardziej przytłaczający.
Wtem poczułem dłoń, wślizgującą się pod polówkę. Ostre paznokcie, po których na pewno będę miał ślady i to w miejscach, które niekoniecznie zakryję koszulką.
Tym razem miękkie ciepło ust było już inne. Bardziej świadome. Przyjemniejsze. I dłuższe.
Leżałem już bez koszulki i w zsuniętych do połowy spodniach. Próbowałem protestować, ale… nie potrafiłem. Z jednej strony sparaliżowany przerażeniem, z drugiej podnieceniem, poddawałem się bezwolnie temu, co robiła ze mną Alissa. A robiła coś, co do tej pory widywałem co najwyżej na pomarańczowym jutubie, erochomiku i innych im podobnych miejscach.
Alissa
Czego jak czego, ale takiego widoku to się nie spodziewałam. Eric już na pierwszy rzut oka nie grzeszył rozmiarami, a opadające na delikatną twarz jasne włosy jeszcze bardziej go odmładzały, oczekiwałam więc równie chłopięcego ciała. Tymczasem podziwiałam – i zdecydowanie było to odpowiednie określenie – raczej miłośnika gimnastyki artystycznej niż grania w gry planszowe. A gdy poza polówką dobrałam się także do chinosów…
Aż westchnęłam. Już nie tylko z podziwu, a bardziej autentycznego zszokowania. Różne rzeczy zdarzało mi się widywać na ekranie, przez okienko dzielące szkolne szatnie, a nawet dziurkę od klucza na jednej czy drugiej wycieczce, jednak czegoś takiego nie spodziewałabym się w najśmielszych… no dobrze, przyznaję, tutaj bywało nawet lepiej. Więcej. Dłużej. Grubiej. Tylko to były tylko sny, a nie coś, czego mogłam dotknąć!
I dotykałam. Z coraz większą fascynacją. Mimo że nijak tego nie planowałam. Ba, nawet nie przypuszczałam, by podobny scenariusz miał się kiedykolwiek ziścić, a już na pewno nie z Ericem w roli głównej.
Przesunęłam dłonią po kolanach. Udach. Gumce slipek. Tak nabrzmiałych, aż zaczęłam się poważnie obawiać o wytrzymałość materiału.
Objęłam wybrzuszenie palcami i zaczęłam masować. Tyle ostrożnie, co ciekawsko.
– Alissa… ja nie wiem, czy to dobry pomysł…
– Nie jest ci przyjemnie? – szepnęłam.
– Oczywiście, że jest, tylko… ja się nie spodziewałem czegoś takiego i… nie wiem, czy… wiesz…
Eric spuścił zawstydzony wzrok. Ja za to zamiast odpowiedzi ucisnęłam mocniej.
– Nie, zostaw!
– Ściągnij, proszę. Mam taką ochotę na ciebie! Tak bardzo chciałabym cię zobaczyć! – naciskałam coraz mocniej.
– Ale ja naprawdę nie jestem gotowy i chyba nie dam rady dłużej…
– Ale ja chcę! Chcę ciebie! No pokaż!
– Alissa, nie!
– Tak, Eric! I nawet się ze mną nie dochodź! – rzuciłam bezczelnie. – Albo ściągniesz wreszcie te majty, albo zrobię ci to w nich. Wybieraj!
Czy przeholowałam? Tak. Czy skutecznie? Tak. Czy byłam przygotowana na to, co nastąpi, bo nastąpić przecież musiało? Ni chuja. Dosłownie.
Nie chcąc czekać ani chwili dłużej, pomogłam sobie drugą dłonią i wyciągnęłam męskość. Chłopięcość? Skowyrnego zbója gnoja kutocha jednookiego wunsza bydlaka… Ostatkiem sił próbowałam okiełznać wyobraźnię, rzucającą we mnie coraz to nowymi pojęciami ze słownika posuwisto-zwrotnego, skutkiem czego brakło mi sił na opanowanie całej reszty. Ze szczególnym uwzględnieniem własnej kuciapy.
Eric jeszcze próbował zaprotestować wzrokiem, ale oboje wiedzieliśmy, jak to się skończy. Dlatego zrobił jedyne, co mógł, czyli oddał się w moje ręce. Obie.
Mogłam sobie wmawiać różne rzeczy, lecz nie mogłam zakłamać prawdy. To był mój pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się penisowi z tak bliska. Nigdy go nie dotykałam. Nigdy nie pieściłam. Nigdy nie miałam najmniejszej okazji, by móc go pocałować. Polizać. Objąć ustami. Zakołysać głową. Doprowadzić do…
Eric zadrżał, spiął mięśnie i wydusił z siebie:
– Jaaa… ja nie chciałem, przepraaa…
Za wcześnie!
Jeszcze nie teraz!
Nie, nie i jeszcze raz nie!
Próbowałam jakoś opanować sytuację, jednak przypominało to gaszenie ogniska benzyną. Zresztą… co niby miałabym zrobić? Udawać do końca, że kontroluję sytuację i w ogóle to tak miało być?
Dobre sobie!
Nie potrafiłam nawet skierować wytrysku w jakieś jedno konkretne miejsce, żeby mieć później mniej do sprzątania, tylko rozchlapałam go po połowie łóżka. I połowie Erica.
No i co dalej? Jak przystało na dobrze wychowaną dziewczynę, potrafiącą przyznać się do błędu i ponieść konsekwencje własnych czynów, powinnam wówczas powiedzieć: „to przecież całkiem normalne”. Albo: „dziękuję ci za zaufanie i za to, że pokazałeś mi siebie”. Ewentualnie” „nie masz się czego wstydzić, jesteś wspaniałym mężczyzną i było mi cudownie, że mogłam…”
Mogłam się chociaż, kurwa, uśmiechnąć, ale nie! Stać mnie było tylko na spuszczenie wzroku. I wymamrotanie wcale nie lepszego:
– Ja też… ja bym nie pomyślała, że to tak szybko… ja nie chciałam…
Tylko co z tego? Mogłam sobie to chciejstwo wsadzić w wypięte wiadomo co.
I to już? Po wszystkim? Tak szybko? A gdzie gra wstępna? Gdzie czułe pieszczoty? Gdzie długie, stopniowe dozowanie przyjemności?
Gdzie to wszystko, czego naoglądałam się na setkach, jak nie tysiącach filmików, na których laska potrafiła trzepać, obciągać, miętosić, lizać i wykonywać „inne czynności o charakterze seksualnym” przez pół godziny, godzinę, albo i jeszcze dłużej, zanim facet wreszcie doszedł? Spuścił nie oczy, tylko się spuścił na… do wyboru, do koloru.
Na naturalne usteczka i napompowane wary. Na malutkie piersi i nabite silikonem cyce. Na szczupłe tyłeczki i wielkie dupska. Na gładziutkie piczki i zarośnięte pizdy. Na twarz, włosy, brzuch, stopy. Na dywan, do szklanki, gdziekolwiek.
Tylko to nie był film.
W moim własnym pokoju, na moim własnym łóżku i moimi własnymi rękami – a naprawdę niewiele brakowało, bym poszła na całość i użyła do tego ust – upokorzyłam być może jedyną osobę, która miała o mnie inne zdanie niż „ty to jakaś pojebana jesteś”. Mało tego: doskonale wiedziałam, że tak to się musiało skończyć. Musiało i nie miało innego wyjścia. A jeśli ktoś śmiał twierdzić, że rzucenie się półnagiej, heteroseksualnej nastolatki na też nie do końca ubranego, heteroseksualnego nastolatka, będzie skutkowało czymkolwiek innym niż zwycięstwem fizjologii nad zdrowym rozsądkiem, to się gruuubo mylił.
Przyjrzałam się swoim lepkim dłoniom. Czerwonemu jak kurtki strażników sprzed Pałacu Buckingham Ericowi. Jego poplamionemu brzuchowi, udom, nawet przedramionom. Nadal prężącemu się przyrodzeniu.
I wtedy zrozumiałam jakże banalną prawdę: co się stało, to się nie odstanie.
Koniec. Kropka.
Pipka.
Nie zmienię już przeszłości, za to przyszłość mogę. Dzięki teraźniejszości. Temu, co uczynię nie za rok, miesiąc, kwadrans. Co zrobię teraz.
Próbując nie pozostawiać zbyt wielu śladów na i tak mającym już dość kocu, uniosłam się, odetchnęłam i powiedziałam coś, co powinnam powiedzieć od razu. Może i niezgrabnie, za to całkowicie szczerze. Bardzo szczerze. Tak bardzo, jak tylko umiałam.
– Bardzo cię przepraszam, Eric, jeżeli zrobiłam coś, czego byś nie chciał. Bo ja… ja bardzo chciałam! Bardzo mi na tym zależało. I zależy… zależy mi na tobie. Jesteś bardzo seksownym chłopakiem i bardzo bym chciała, żebyśmy… żebyśmy byli razem. Bardzo doceniam, że mi zaufałeś i chciałabym ci za to podziękować, jak tylko mi pozwolisz. Bardzo, bardzo, bardzo!
– Alissa, ja… ty… ty nie jesteś na mnie zła? Nie wstydzisz się mnie? Tego, co się stało?
– Nie! – odpowiedziałam na tyle pewnie, na ile pozwalały mi na to rozszalałe emocje. Nie tylko te w głowie. – I nawet… jest mi miło, że mi na to pozwoliłeś. Czuję się przez to taka… wyjątkowa.
– Naprawdę?
– Tak! – Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. – I właśnie dlatego zależałoby mi, żeby ci się za to odwdzięczyć!
– Ale przecież nie musisz!
– Ale chcę! I zależy mi na tym, żebyś… ty też sprawił mi przyjemność.
Wydawało mi się, że Eric nie może już ani mocniej się zarumienić, ani szerzej wybałuszyć oczu. I miałam rację: wydawało. Nie miałam jednak zamiaru dalej się nad tym zastanawiać, tylko sięgnęłam po chusteczkę. Starając się postępować jak najdelikatniej, zebrałam co bardziej rzucające się w oczy ślady. I poprosiłam równie czule:
– Usiądź.
Usiadł.
– Daj rękę.
Dał.
– Dotknij.
Dotknął.
Przesuwał palcami po wnętrzu moich ud. Po taśmie pończoch. Po majtkach.
– Mocniej, nie bój się… – westchnęłam.
Różnych rzeczy mogłam się spodziewać, ale na pewno nie tego. Chociaż nie dawałam Ericowi żadnych sygnałów (a może dawałam, tylko nie byłam ich świadoma?), on pieścił mnie tak… jak tego chciałam. Dokładnie w taki sposób i żaden inny.
Kiedy miałam ochotę na delikatne muskanie, był delikatny. Gdy zapragnęłam bardziej intensywnych doznań, spełnił me oczekiwania z nawiązką. A jak ledwie pomyślałam, że skoro ja jemu ściągnęłam bieliznę, to i on mógłby w przypływie odwagi odwdzięczyć się tym samym, wsunął swe ciepłe, miękkie palce pod satynę. Chłodną i wilgotną.
Wzdrygnęłam się. A co, jeśli podniecenie zwycięży nad zdrowym rozsądkiem i pójdziemy o ten jeden krok za daleko? O jedno pchnięcie?
– Zaczekaj! – rzuciłam bez ostrzeżenia.
– Coś… coś się stało? Zrobiłem coś nie tak? Alissa, ja nie…
Eric cofnął nie tylko rękę, ale i siebie. Na szczęście nie na tyle daleko, bym nie mogła go powstrzymać.
– Nie, zostań proszę, jest mi… czuję się jak nigdy wcześniej, tylko… ja nigdy… wiesz…
Ja nie dopowiedziałam. On nie dopytał. Nawet jeśli nie mieliśmy na myśli tego samego, liczył się efekt. Też nie do końca taki, jakiego się spodziewałam.
– Mogę cię teraz pocałować? – zapytał.
To nie brzmiało jak pytanie. A skoro tak, nie odpowiedziałam. Za to zrobiłam.
Znów poczułam dotyk palców na śliskich płatkach. Ich ostrożne rozchylenie. Ciasne kółeczka, zataczane opuszką. I drugą dłoń na biodrach. Na boku. Na koszulce. Na sutku.
Jęknęłam głośno i opuściłam głowę. I wtedy zobaczyłam coś, co niby widziałam już wcześniej, tylko jakoś tak… nie zwróciłam uwagi? Raczej nie wiedziałam, co z tym zrobić. Do teraz.
Sięgnęłam ku penisowi. Tak sztywnemu, jakby wszystko, co wydarzyło się wcześniej, w ogóle nie miało miejsca. I zaczęłam masować.
Eric
Nie było to w żaden sposób celowe działanie z mojej strony. Po prostu kątem oka zerknąłem na stojące w rogu pokoju duże lustro. Na odbicie nas obojga. Na siedzącego blondynka z nieproporcjonalnie okazałym w stosunku do szczupłej sylwetki… a tak, kutasem! I jakiekolwiek inne określenie byłoby tu wybitnie nie ma miejscu. Na klęczącą naprzeciwko brunetkę z przysadzistą dupą i tak samo wielkimi cyckami. Pochylone ku sobie głowy. Pieszczące się wzajemnie ręce. I coś, co było przecież niewidoczne, a czego istnienia byłem nadto świadomy.
Namiętność? Pożądanie? Jakieś jeszcze głębsze uczucie?
Nie próbowałem tego nawet nazwać. Liczyło się to, co czułem. Podniecenie, chęć na więcej i… zawstydzenie. Ale inne niż poprzednio. Oparte nie o prymitywny brak akceptacji, a raczej nieśmiałość, niepewność kolejnego kroku, odkrywanie nieznanego. Czegoś, czego nigdy do tej pory nie doświadczyłem, a już wiedziałem, że pragnę więcej i więcej!
Nie miałem natomiast pojęcia, co mną kierowało, by dotykać Alissę mocniej. Szybciej. Energiczniej. Ważne, że to zrobiłem. I nim zrozumiałem, co się właściwie dzieje, było już za późno, by to przerwać. Zresztą, nawet gdybym chciał…
– Nie przestawaj! – wyjęczała.
Nie przestałem. Ona też nie. Choć zgięła się wpół i wierzgnęła tak, że mało mnie nie znokautowała, jakimś cudem wciąż udawało mi się trzymać dłonie tam, gdzie były i być powinny. Aż do samego końca.
Jej końca, nie mojego, bowiem Alissa ewidentnie miała już dość i powstrzymała mnie gestem. Tej samej ręki, której wcześniej używała we wiadomym celu. Następnie opadła na bok z błogim uśmiechem na twarzy, najwidoczniej nie przejmując się zupełnie, w jakiej pozycji się znalazła i co mogłem przez to zobaczyć. A mogłem i to bardzo wiele.
Rozczochrane włosy, spod których wystawało jedno, równie zdefasonowane futrzaste uszko. Zamglone oczy. Najcudniejszy z cudnych, rozmarzony uśmiech. Uciekający spod rozchełstanej koszulki brzuszek. Jedną pończochę podciągniętą wysoko, drugą natomiast opuszczoną pod kolano. Rozchylone szeroko uda.
I tyle.
Choć była to jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie kiedykolwiek musiałem podjąć, wróciłem wzrokiem do twarzy Alissy i tam już pozostałem. Mimo że byłem doskonale świadom odsłoniętych sutków. Nagiego wzgórka. Tego wszystkiego, czego ledwie chwilę wcześniej dotykałem.
Przygryzłem język, próbując nie dać po sobie znać, jak silnie wciąż byłem podniecony. Tak, oczywiście, jakby moje ciało nie dawało dość jasnych sygnałów!
Alissa też nie była ani ślepa, ani tym bardziej głupia. Nawet w takim stanie musiała doskonale wiedzieć, co się ze mną dzieje. I ewidentnie nie zamierzała tego dłużej ignorować.
– Dziękuję – wyszeptała miękko
Nie odpowiedziałem. Może i nawet chciałem, lecz miałem ważniejsze sprawy na głowie… znaczy w okolicach intymnych.
Wciąż nie dbając o to, co i spod czego jej wystawało, Alissa obróciła się na brzuch i podparła na łokciach. Przesunęła palcami po sterczącej o dosłownie centymetry od jej twarzy penisie.
– Nie bój się. Chciałabym… ci podziękować. Jeszcze raz.
Nie chwaląc się, ja także durny nie byłem. Zresztą sytuacja była zbyt jednoznaczna, by dało się ją błędnie zinterpretować. Jedyną niewiadomą pozostawało, w jaki sposób stanie się coś, co i tak stać się miało. A i to przez ledwie chwilę, gdyż Alissa nie kazała mi długo czekać i wzięła mnie w obie dłonie. Na tyle daleko od ust, bym nie robił sobie zbędnych nadziei.
Nadziei? Gdy przekraczałem próg pokoju, mogłem liczyć co najwyżej na to, by nie zostać poddany defenestracji, a tymczasem… jakby to powiedzieć, by nie skłamać, a jednocześnie nie użyć słów uważanych powszechnie za wulgarne?
Wolałem tego nie nazywać. Nawet za bardzo nie zastanawiać się, dlaczego właściwie to wszystko się działo. Liczyły się fakty. Leżąca naprzeciwko mnie, wciąż rozpalona po niedawnej rozkoszy półnaga dziewczyna. Ja, klęczący przed nią z miną najszczęśliwszego chłopaka na świecie. Dłonie, pieszczące mnie coraz intensywniej. Penis, którego już ledwie kilka ruchów dzieliło do drugiego wytrysku.
Jeszcze jeden.
Już!
Słowniczek:
– Home Bargains – sieciówka z niedrogimi artykułami do domu, zabawkami, kosmetykami, pakowaną żywnością itp. Z obecnych u nas najbliżej byłoby chyba skrzyżowanie Dealza z Pepco,
– Aur bhai kya haal chaal / Kya be chhakke – odpowiedniki tekstów rzucanych przez Samuela L. Jacksona do innego przedstawiciela pigmentododatniej populacji z sąsiedztwa w filmach wiadomego reżysera, tyle że w odniesieniu do obywateli byłego dominium brytyjskiego,
– Dastardly & Muttley – boomerzy wiedzą, a przynajmniej wiedzieć powinni. Zwłaszcza w starym tłumaczeniu z VHS,
shadow1939
Jak Ci się podobało?