Przebudzona (XIII - XIV)
19 czerwca 2026
Przebudzona
22 min
Wasz Paul J.
Rozdział 13
Czym jest uległość?
Poddaniem się?
Ustąpieniem silniejszemu od siebie?
Żebraniem o wymuszone poniżeniem zaspokojenie?
A może wiarygodnym usprawiedliwieniem własnych dewiacji?
Romilczak myślała o tym od ponad trzydziestu minut.
Jeszcze do niedawna była przekonana, że istotą uległości jest poddanie się silniejszemu.
Ale to nie było podniecające.
Pomyślała wówczas, że tak naprawdę, to ta uległa strona ma pełną kontrolę nad dominującym. Że istotą jest zrozumienie, że to wola tej, która ustępuje pola, jest tą decydującą, tą, która ma władzę, ponieważ to ona sama, z własnej woli oddaje kontrolę.
Niejako więc rządzi. Czyż nie?
To wyjaśnienie również jakoś je nie siadło.
Czas mijał. Myślała więc dalej. Co innego miała do roboty?
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Stal, aluminium, szkło i minimalizm. W wystroju pomieszczeń możnych tego świata są elementy, które mówią: im mniej, tym więcej.
Tak było w tym przypadku, co zapamiętała po swojej pierwszej, poruszającej wizycie. To zresztą nie było odpowiednie określenie. Bardziej pasowałoby: druzgocącej wizycie.
Czekała.
I miała nadzieję, że będzie jej dane przeżyć to, co ostatnio. Chociaż namiastkę. Odrobinkę. I jednocześnie nic bardziej jej nie przerażało. Bała się tak bardzo tego, co może się wydarzyć. Tego, do czego zostanie zmuszona. Na co się zgodzi. Z własnej, całkowicie nieprzymuszonej woli.
Poczuła pulsowanie w podbrzuszu.
Tak! To było to!
Czyżby była dziwką?
Uległość to nie oddanie ciała. Nie wystawienie się na perwersję. Brutalność, shibari, podwieszanie, krępowanie, lub jeszcze większe zniewolenie. To tylko detale.
Chodziło o coś innego, czego Anna nie potrafiła nazwać, chociaż inna część ciała doskonale znała odpowiedź. Część mieszcząca się pomiędzy jej nogami.
Siedziała prosto, jak struna.
Polecenie było wyraźne: czekać!
Bez bielizny. Z wydepilowaną cipką i zatyczką analną tam, gdzie należy. Koniecznie z błękitnym oczkiem. Inne nie wchodziło w grę!
I spódnicą nie dłuższą, niż do połowy opiętych w pończochy ud. Im krócej, tym lepiej.
Czas mijał.
Pokręciła się na krześle. Nie było jej wygodnie. I zdawała sobie sprawę, że tak ma właśnie być. Surowe wnętrze. Twarde krzesła. No i wpatrująca się w nią z zazdrością oraz współczuciem perfekcyjnie zrobiona asystentka.
Ta siksa nie ma chyba nawet dwudziestki – pomyślała z podziwem lustrując perfekcyjną figurę dziewczyny.
Nawet stąd widziała, że ta młoda dawno już przeszła na ciemną stronę mocy. Mini ledwo zakrywające pośladki, sterczące sutki, zrobione usta, cycki i bóg wie, co jeszcze. I wargi nawykłe do obciągania. Obciągania, które u Anny wywoływały jednocześnie obrzydzenie, zgorszenie jak i zazdrość.
Tak – pomyślała, patrząc z zazdrością na młodość w pełnej krasie – ona zdecydowanie nie jest tutaj tylko do podawania kawy. Widziała tę fascynację w oczach panienki od prezesa. Tę ekscytację, która kazała jej samej przyjść, czekać z zatyczką w tyłku i nadzieją, że mężczyzna za drzwiami pozbawi ją jakiejkolwiek możliwości kontroli. I zerżnie tak, że trudno będzie jej dojść do windy.
Cipka płonęła pożądaniem.
Druga dziurka piekła nadzieją.
A ona siedziała grzecznie z wetkniętym korkiem analnym z błękitnym oczkiem i pocierała uda o siebie.
- Pan prezes teraz panią przyjmie – oznajmiła nagle miła asystentka. – Proszę do gabinetu.
Anna Romilczak wstrzymała oddech. A więc dzieje się.
Wstała i przekroczyła próg.
- Zamknij drzwi!
To były pierwsze słowa, które do niej dotarły. Bez mrugnięcia wykonała rozkaz. Nie chciała, by to, co może się tu wydarzyć, wyszło poza próg tej jaskini uległości.
- Nie ruszaj się!
To polecenie usłyszała jako kolejne.
Stanęła w bezruchu.
- Odwróć się i wypnij!
Nie poruszyła się.
Powietrze zgęstniało od męskiej woli. Anna Romilczak usłyszała polecenie, rzecz jasna, ale celowo je zignorowała. Zaczynała rozumieć, czym jest uległość. Ta jedna z miliona jej odmian. Nieposłuszeństwo wymaga zdecydowanej reakcji. Przejęcia władzy, które zawsze dokonuje się siłą. Pojedynkiem woli. Ale nie można jej zdobyć tak po prostu. Trzeba po nią sięgnąć. Jak po swoje. O ile ktoś ma taką moc, rzecz jasna.
Anna nigdy dotąd nie oddała władzy nad sobą obcemu mężczyźnie. To ona dominowała w pracy, w domu i w seksie. Tym razem trafiła na kogoś, kto jednym spojrzeniem i małym gestem dłoni zmusił ją do klęku, po czym nadstawił przed jej twarz kutasa, a ona ochoczo zaczęła go lizać i ssać, jakby niczego w życiu nigdy nie pragnęła bardziej.
Czuła potężny respekt przed tą mocą.
Uległość.
Oddanie kontroli.
I co najważniejsze: czyste sumienie.
Tylko taki układ ją interesował. Tylko taki ekscytował. Podniecał.
Z tego powodu celowo zignorowała polecenie. Chciała być pozbawiona woli. Czuć, że nie ma żadnej kontroli. A co za tym idzie – żadnych wyrzutów, wstydu, ograniczeń. Czysta, zwierzęca żądza. Skoro nie ma nad niczym kontroli, może również całkowicie wszystko odpuścić i oddać się w całości.
Chciała seksu. Dosłownie ciekło z jej cipki a soki już zdążyły zmoczyć krawędź pończochy.
Mężczyzna podszedł do niej w pełni świadomy, jaką podjęła grę, oraz tego, że tak naprawdę, sama mu się podłożyła. Paradoksalnie jej porażka oznaczała dla niej zwycięstwo.
Zatrzymał się tak blisko, aż poczuła jego egzotyczne perfumy. Niczego nie robił. Stał przed nią i patrzył. Górował sylwetką i siłą woli. Nie miała siły mu się przeciwstawić. Nawet nie miała mocy, by taka myśl zakiełkowała w jej głowie.
A on? Nie odezwał się słowem. Tylko patrzył z zaciśniętymi zębami. Oboje wiedzieli, że takiego nieposłuszeństwa nie zamierzał tolerować.
Anna z sekundy na sekundę uginała się pod tym spojrzeniem. Promieniująca pewność siebie, męska siła i niezmordowana wola odcinały wszystkie drogi ucieczki. W końcu, osaczona, opuściła wzrok.
Nie mogła już dłużej wytrzymać. Podniecenie paliło ją od środka. Chciała natychmiast klęknąć i wpakować jego członka w usta. Jej jedyne marzenie, którego aktualnie była świadoma, mieściło się tuż za zamkiem rozporka mężczyzny, który przed nią stał.
Zresztą, niech zrobi ze mną, co zechce – pomyślała, kapitulując. – Na co tylko ma ochotę.
Mężczyzna odwrócił się, świadom, że ma już przed sobą niewolnicę. Jeżeli zechce, lub ona zasłuży, zaszczyci ją spojrzeniem.
Lub kutasem.
- Czy Sara przyjęła zadanie? – zapytał a ciężar tego pytania sparaliżował ją.
- Tak – podała natychmiastową odpowiedź. – Przekonałam ją.
Czy on wie, że kłamię? – pomyślała ze strachem. – Czy domyśli się, że chciałam ją do tego zniechęcić?
Zastanawiała się, co nią kierowało, chociaż doskonale znała odpowiedź.
Straci go. Zostanie odsunięta. Przestanie być poddaną. I niczym zużyty śmieć – odtrąci ją, niczym zabawkę, którą nie ma ochoty już się bawić.
- Doskonale – odpowiedział zadowolony mężczyzna. – Rozbieraj się!
Zdjęła sukienkę przez głowę. Świadoma nagości, nie czuła żadnego wstydu. Przecież nie miała żadnej kontroli.
- Zostaw! – rzucił ostro, gdy chciała zrolować pończochy. – Wypnij się!
Odwróciła się tyłem i wykonała polecenie.
- Rozszerz! Mocniej!
Chwyciła pośladki i pochyliła tak daleko do przodu, by nie upaść. Wypięła pośladki i rozciągnęła je na boki. Obie dziurki zaświeciły. Cipka mokrym różem a druga dziurka zakorkowanym błękitem.
Anna czuła jego wzrok, ślizgający się po najskrytszych zakamarkach kobiecości. Miejscach, do których nie miał dostępu nikt w taki perwersyjny sposób.
- Odpadasz, Anka – powiedział do niej nagle, potwierdzając jej najgorsze obawy. – To nasze ostatnie spotkanie. I zdecydowanie zapamiętasz je na długo. Wyprostuj się i zamknij oczy!
Stanęła, jak struna. W pomarańczowej poświacie sączącej się pod zamkniętymi powiekami poczuła intensywniej jego zapach. Nogi zaczęły się jej trząść, tak była napalona. Niech mnie wreszcie zerżnie – krzyczało w niej. – Chcę kutasa!
Mężczyzna jednak przygotował dla niej inne atrakcje.
Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi.
- Zapraszam – znajomy głos zawołał kogoś z zewnątrz. Do środka pomieszczenia ktoś wszedł. Wyczuła zmianę atmosfery. Napięcie ściskało ją w środku.
- To prezent dla was, przyjaciele – powiedział gospodarz. – Znudziła mi się. Ja pracuję nad innym obiektem. Zróbcie z nią, co chcecie. Ona lubi ostro.
Te słowa rozkroiły jej duszę. Żal, strach o to, że nigdy jej nie dotknie, nie poniży, nie zdominuje – pustka zakołatała w jej sercu. Nie po to jednak została wezwana. Nie po to, by przeprowadzać filozoficzne dywagacje lub emocjonalne rozterki.
Ktoś podszedł do niej. Poczuła szorstki dotyk na piersiach. Wściekłość, żal i podniecenie mieszały się w niej, niczym konkokcja w kotle czarownicy. Nie miała jednak czasu na roztrząsanie sytuacji, bo nie miała tu żadnego statusu. Była dziwką, zabawką, dziurą do zalewania i suką do rżnięcia.
Niewolnicą.
Czyjeś palce zacisnęły się na zatyczce wetkniętej w odbyt. Drgnęła.
- Otwórzy oczy – usłyszała i wykonała polecenie. Zamazany obraz wyostrzył się na twarzy przystojnego mężczyzny około trzydziestki. Podwinięte rękawy koszuli pozwalały podziwiać kunsztowne tatuaże na przedramionach. Pachniał inaczej, ale nie mniej podniecająco. Doskonale skrojone spodnie od garnituru zdobiło wybrzuszenie w okolicy krocza.
Kątem oka zauważyła drugiego mężczyznę. Ogolony na łyso czterdziestolatek jedna ręką ściskał jej kark a drugą mocował się z zatyczką.
- Dziś będziesz rżnięta na dwa baty, złotko – powiedział ten pierwszy. Zatrzęsła się ze strachu. Z podniecenia.
Jej jeszcze niedawny Pan patrzył na to beznamiętnie.
Nie reagował.
- A później połkniesz wszystko, co w ciebie wpompujemy, kurwo.
Anna Romilczak, redaktor naczelna pięciu najbardziej poczytnych magazynów branżowych, członkini zarządu kilku spółek, pani i władczyni niezliczonej ilości karier, firm i dostawców, kreatorka trendów, przytaknęła głową na znak, że rozumie. Nie na to, że się zgadza. Nikt jej o zdanie nie pytał.
Wiedziała dwie rzeczy. Pierwsza, że dziś przeżyje najdziksze rżnięcie w życiu i pewnie nie usiądzie na dupie przez tydzień. A druga? Sara. Ta młoda dupa ją wygryzła. Ją!
Zemści się. A zemsta będzie słodka. Nie będzie litości.
Ale teraz musi zaspokoić tych dwóch byczków.
I wziąć dla siebie, ile tylko się da.
Rozdział 14
- Kurwa, kurwa, kurwa! – słodki zaśpiew najczystszej polskości niósł się wśród okoliczności przyrody. Rzucane o pnie wiekowych grabów i świerków kurwy tłumiło miękkie podszycie leśnego runa. Wśród tej litanii do najstarszego zawodu świata przebijały się odgłosy życia zamieszkującego głęboki las. Stukot dzięciołów, świergot ptaków, brzęczenie much.
I komarów.
Jeszcze jeden powód, żeby kląć, na czym świat stoi. Do kompletu.
Sara przedzierała się przez chaszcze, niczym łoś płynący stawem przez pałki tataraku. Była wściekła, jak mało kto. Zdecydowanie miała powody, by się złościć.
Potknęła się o wystający korzeń, upadła na liście i mech. Wciągnęła aromat surowego lasu i grzybów. Oraz ślimaków. Zastanawiała się, ile kleszczy właśnie ssie jej krew.
Otrzepało ją z obrzydzenia i wstrętu.
Nic nie poszło tak, jak planowała. Absolutnie nic.
Start drona nie wypalił. Dosłownie. Już sam fakt, że jedynym miejscem potencjalnego startu był dach jej auta, bo wszędzie ani skrawka płaskiego terenu nie uświadczyła, co w rezultacie zapowiadało lawirowanie latającą maszyną pomiędzy gałęziami, był dość stresujący. Problem w tym, że dron nawet nie miał zamiaru się zabrać za szpiegowską robotę. Po uruchomieniu aplikacji, w momencie, gdy systemy złapały sygnał GPS, na ekranie pojawił się komunikat, że zamiast lotu będzie dupa. Nie poleci. No, nie wystartuje i już. Cały obszar został objęty najostrzejszą strefą zakazu lotów. Start niemożliwy. Nie miała nawet po co dzwonić do kontrolera lotów i żebrać o wydanie warunkowej zgody. Co by mu powiedziała? Że grzybów szuka? Poza tym i tak nie miała uprawnień, a numeru licencji Andrzeja nie zapisała. Pojazd latający okazał się nielotem. Musiała więc działać na ślepo. To znaczy – z tym, co miała w aktach.
Po przestudiowaniu mapy i zdjęć lotniczych (nie wiadomo, jakim cudem zdobytych) wiedziała już, że nad północną częścią ogrodzenia znajduje się rozległy park, który graniczy z terenem posiadłości. Chociaż słowo “park” nie oddawało stanu faktycznego. Sądząc po tym, że ludzka stopa nie zawitała w te tereny od dawna, równy kiedyś szpaler drzew przemienił się w dziki las. Od dawna nieodwiedzany przez nikogo. Nie liczyła grzybiarzy, rzecz jasna, ale to bardziej dzikie dziadki leśne, niż turyści.
Przez środek tego terenu prowadziła doskonale utrzymana droga do posiadłości. Sara zatrzymała auto przy prowizorycznym parkingu na poboczu. Szacowała, że od granicy terenu dzieli ją kilkaset metrów na południe. Drugie tyle, gdyby poszła szosą, która pod koniec skręcała ostro w dół wprost pod bramę wjazdową i strażnicę. Dostrzegła, że od miejsca w którym zaparkowała prowadzi ścieżka. Miała nadzieję, że dotrze nią wprost do ogrodzenia posiadłości. Postanowiła wyruszyć niezwłocznie i podejść lasem aż do przesieki tuż przed strażnicą. Nie przewidziała, że przyjdzie przedzierać się jej przez dziką dzicz. W dźwięcznym akompaniamencie chmur krwiożerczych komarów.
W dodatku zanosiło się na burzę, a ona nie zabrała żadnej ochrony. Parasol i płaszcz przeciwdeszczowy wesoło czekały w gotowości na mieszkaniu.
Planowanie pierwsza klasa – skarciła siebie w myślach. – Zabrałam nawet tampony, ale pogody nie przyszło mi do głowy sprawdzić.
Przeklinając swój brak rozumu, wyruszyła.
Ścieżka początkowo wyraźna, szybko zaszczuła się kruszyną, paprociami i młodnikiem. Z oddali dobiegały ciche odgłosy burzy.
Sprawdziła torbę na ramieniu. Producent zapewniał, że była odporna na deszcz, ale to co w środku już na pewno nie. Aparat, dyktafon i cały sprzęt elektroniczny. Jak lunie – nawet jej nie otworzy.
Wilgoć dobijała chyba do stu procent, co w tym upale nie pomagało.
Po kilku minutach dotarła do altany ogrodowej. Widząc tę budowlę poczuła, jakby już wskoczyła do zaczarowanej nory królika. Tak dziwne to było. Trudno było jej pojąć, dlaczego, ale miała przed sobą najprawdziwszą konstrukcję z drewna. Solidną i posadowioną na grubych belkach. Idealna kryjówka przed burzą – pomyślała. – Jest stół drewniany, ławki, palenisko. I nawet ktoś przyniósł drwa do środka lasu.
W głowę zachodziła, po co ktokolwiek zbudował coś tak niepotrzebnego w środku dzikiego terenu.
I wtedy dostrzegła majaczący za ścianą listowia mur. Kilkadziesiąt metrów na południe. Zarośnięta ścieżka prowadząca od altany kierowała wprost do granicy posiadłości.
Czyżby szczęście się do niej uśmiechnęło?
Wyruszyła nie czekając. Po chwili dotarła do betonowej ściany. Szacowała jej wysokość na ponad trzy metry. Nie wskoczy. Nie ma opcji. Górny kołnierz był opleciony drutem żyletkowym.
Cholera – przeszło jej przez myśl – nie życzą sobie, żeby ktoś wszedł, czy też nie chcą nikogo wypuścić?
Nie było czasu na dywagacje. Czas uciekał. Zmierzchało. Lasem targały coraz silniejsze podmuchy nadchodzącej burzy.
Przy murze zauważyła udeptaną ścieżkę. Podejrzewała, że przez dzikie zwierzęta. Musiała zdecydować, czy udać się na zachód, czy wschód – w kierunku bramy wjazdowej. Szacowała, że dzieliło ją od niej kilkaset metrów. Gdyby wspięła się na pobliskie drzewo, za ścianą powinna dostrzec zabudowania posiadłości. Zawsze to jakaś wizja lokalna. Zaczęła rozglądać się za dogodnym krzakiem, na które mogłaby się wspiąć, gdy dostrzegła bramę.
Stalowa, solidna furta zamknięta była na głucho. Do tego, co widać było od razu, podpięta do systemu bezpieczeństwa. Wejścia strzegł zamek cyfrowy. Wystarczyło wpisać kod na keypadzie i gotowe. Zaklęła, bo zdała sobie sprawę, jak blisko jest celu. I jednocześnie, jak daleko.
Nacisnęła klamkę. Nic.
Pozostanie wdrapać się na jakiegoś dęba i zrobić ogólny ogląd zza płotu.
Sara nienawidziła, gdy okazje, które rzucał przed nią los, okazywały się tylko robakiem na haczyku. Przynętą do tego, aby ten, co steruje ludzkim losem miał co opowiadać na bankietach. Wyjęła komórkę, żeby zrobić zdjęcie bramy i otoczenia. Może się jej przydać. Miała w końcu dokumentować co się da. Po kilku ujęciach weszła do galerii i zaczęła przesuwać kolejne zdjęcia. Nagle przesunęła za daleko i na ekranie smartfonu ukazało się to wykonane wcześniej. W domu. Fotografia przedstawiała świstek papieru z napisem N GATE i czterema cyframi: 5339.
Zanim zdążyła wyjść z aplikacji, nad jej głową rozbłysła żaróweczka oznajmiająca moment oświecenia.
N GATE – pomyślała. – Co to może oznaczać? Gate, to oczywiście brama.
Zakładała jednak, że chodziło o główną, tę wjazdową, chociaż tamta znajdowała się na wschód od posiadłości. Wychodziło na to, że jednak nie. Ale ta przed którą właśnie stała? Doskonale pasowała do opisu. Podejrzewała, że literka N oznaczała North. Północna brama. A cyfry?
- Raz kozie śmierć! – powiedziała na głos, by dodać sobie otuchy i wpisała kod. Zamek zadźwięczał. Rygle puściły.
- Sezamie otwórz się – uśmiechnęła się do siebie tryumfalnie i lekko uchyliła furtkę.
Za wąską szczeliną otwierał się dla niej zupełnie nowy świat. Jak przejście z jednej krainy do całkowicie innej. Granica muru odgradzała dziki, opuszczony świat od doskonale utrzymanego trawnika, elementów ogrodowych i budynków. Nasadzenia, alejki, starannie przycięte żywopłoty i rzeźby w stylu romańskim nadawały temu miejscu klimat wręcz magiczny. Wysypane białym klińcem alejki, niczym jasne autostrady, rysowały pajęczynę rozgałęzień, krzyżówek i zakrętów znikających aż za rogami budynków prowadziły do dalszych części terenu. Kortów tenisowych, stajni i jeziorka, które pamiętała ze zdjęć lotniczych. Mogłaby wędrować tymi ścieżkami cały dzień. Albo usiąść pod rozłożystymi konarami wierzb i cieszyć się spokojem.
Kontemplacje i zachwyty musiała odłożyć na inną chwilę, bowiem miała do wykonania zadanie. Sięgnęła do torby i wyjęła kamerę.
Przekroczyła furtkę i powoli ją przymknęła, pilnując, by nie zaryglować zamka. Być może będzie potrzebować szybkiej ewakuacji i braknie czasu na wpisanie kodu. Musiała również brać pod uwagę ryzyko, że zasilanie furtki można wyłączyć zdalnie z dyżurki ochrony.
Zadowolona z podjętych środków ostrożności, przemknęła za wysokim na metr żywopłotem w głąb ogrodu.
Mrok przygnieciony chmurą burzową dawał jej co nieco ochrony. Poza tym wiedziała, że główna akcja dzieje się właśnie przed wejściem. Z miejsca swego ukrycia widziała po lewej stronie bramę wjazdową, sznur zaparkowanych samochodów i krzątających się po terenie strażników oraz gości. Ci pierwsi trzymali się na uboczu, ale nie kryli się specjalnie z tym, że trzymają straż nad całym terenem. Widocznie poza ochroną, pełnili również funkcję reprezentacyjną. Goście mogli poczuć się bezpiecznie i swobodnie, mając świadomość, że są dobrze chronieni.
Uruchomiła kamerę. Specjalnie zaopatrzyła się w modeli z dwudziestokrotnym zoomem optycznym. Mogła wykonać ujęcia z dystansu, z czym jej komórka za nic by sobie nie poradziła.
Od strony lasu dobiegł grzmot. Pierwsze krople deszczu spadły na jej czoło. Schowała kamerę, przeklinając pogodę. W deszczu byłaby tak samo użyteczna, jak zbuntowany dron. Musiała zatem wykonać rozeznanie samodzielnie. Ryzykowała? Oczywiście, ale czy miała wyjście? Postawiła przecież wszystko na jedną kartę. A jak się podjęła, marudzić nie ma co.
Zbliżyła się do fasady północnego skrzydła posiadłości. Przylgnęła plecami do kunsztownej elewacji. Ściana wznosiła się na kilkanaście metrów i wydawała się nie mieć drugiego piętra. Sara wysnuła taki wniosek po tym, gdy zauważyła wysokie, katedralne wręcz okna. Wąskie i strzeliste rozświetlały blask na całej swojej wysokości. Ciepłe światło wymieszane z przytłumionym gwarem i ruchem wewnątrz rozlewało się na spowitą ołowianymi chmurami okolicę. Podniosła się powoli i zbliżyła do jednego z nich. Wiedziała, że blask oświetli również ją, ale postanowiła zaryzykować.
Przez szybę dostrzegła światła i ruch wewnątrz. Pomieszczenie musiało być stylizowane na salę balową lub coś podobnego. Najwidoczniej to właśnie tu odbywało się spotkanie tajemniczych gości.
Potrzebowała więcej. Nazwisk, twarzy, nagrań.
Zauważyła cień za zaułkiem. Kucnęła pod krawędzią parapetu i starała wtopić w ciemność. Wiedziała, że jej ciemne ubranie może być doskonale widoczne na jasno wysypanym kamieniu alejki i kolorze elewacji. Zaczęła ogarniać ją panika. Cień wysunął się zza rogu i dostrzegła strażnika. Po chwili dołączył do niego kolejny. Upadła na aleję i doczołgała powoli do kępy miskantów. Wtuliła w gąszcz wysokich traw z nadzieją, że jej nie zauważą, że światła z okien oślepią ich na tyle, by pozostała niewidoczna.
Strażnicy zbliżali się. Słyszała ich przytłumioną rozmowę. Nagle piorun rozorał niebo i przez krótką chwilę świat oblał stroboskopowy blask. Zauważą ją! Kolejny piorun i będzie spalona.
Żołądek zawiązał się jej w supeł. A oni byli coraz bliżej. Mogła już zrozumieć z rozmowy, że narzekają na pogodę. W tym momencie zaczęło padać mocniej. Nieśmiało, niewiele, ale wystarczająco. Obaj zatrzymali się. Jeden rzucił przekleństwo i szturchnął drugiego w ramię. Zauważyła, że obaj dotknęli prawego ucha. Zdawali się czegoś słuchać, po czym zawrócili w kierunku głównego wejścia.
Miała szczęście. Jeszcze chwila i byłoby po niej.
Wstała i powoli podsunęła rękę ze smartfonem do szyby okna. Włączyła nagrywanie. Wewnątrz poruszały się jakieś postacie, ale nie wysuwała się jeszcze na światło. Odczekała pół minuty i postanowiła zmienić miejsce. Letni deszcz zaczął już moczyć jej ubranie, lecz to były tylko pojedyncze krople. Podeszła bardziej na wschód, do środka ściany. Zaryzykowała bardziej i przystawiła twarz do mokrej szyby. Zamazany spływającymi strużkami deszczu obraz falował niewyraźnie. Dostrzegła jednak tłum ludzi wewnątrz. Niewyraźnie i pod trudnym kątem. Zdumiał ją widok towarzystwa, które w centrum rozległej sali utworzyło krąg. W środku stał wysoki mężczyzna w masce na twarzy. Odziany w pelerynę mówił coś w sposób uroczysty i podniosły. Emanowała z niego moc i władza. Sara poczuła mrowienie w brzuchu. Ten mężczyzna niesamowicie przyciągał uwagę. Jakby miał magiczną, silną aurę. Nie mogła określić, co to naprawdę było, ale hipnotyzował ją. Był, niczym słońce, wokół którego kręci się nie tylko cała ceremonia, lecz również zgromadzeni na niej goście. Poza kręgiem kilkunastu osób otaczających główną postać, dostrzegła coś zdumiewającego. Młode dziewczyny z opaskami na oczach, stojące w odstępach kilku metrów od siebie. Stały wyprostowane pod ścianami i trzymały tace z kielichami oraz czymś co wyglądało, jak przekąski.
I były całkowicie nagie.
Gdy pojęła, na co patrzy odskoczyła od ściany, jak oparzona.
Co to za perwersyjna ceremonia? – głos w jej głowie krzyczał z przerażenia. – Dlaczego te dziewczyny są rozebrane? Co strasznego zrobiły, że zostały zmuszone do tak poniżających czynności? Jak można w ogóle godzić się na tak straszne upokorzenie?
Burza emocji eksplodowała w niej milionem pytań. Nic tu do siebie nie pasowało.
Podeszła ostrożnie do kolejnego okna. Zajrzała. Gotowało się w niej od emocji. Chciała zrozumieć, jak można stanąć całkowicie nago przed całym tłumem ludzi. Co ze wstydem? Musieli te biedne dziewczyny zmusić siłą. Szantażować. Albo po prostu przywiązać. Z drugiej strony dostrzegła wyraźnie, że te kilkanaście dziewczyn nie miało żadnych kajdan ani więzów.
Do jednej z nich podszedł uczestnik spotkania i wziął z tacy kieliszek. Powiedział coś do dziewczyny. Ta uśmiechnęła się w odpowiedzi.
Co do cholery? – Nie potrafiła nadal pojąć znaczenia tego, co właśnie zauważyła. – One stoją tam z własnej woli?
Żywe eksponaty? Posągi nagości i perwersji?
Wyjęła komórkę i włączyła nagrywanie.
Do uszu dobiegł grzmot. Szum deszczu zagłuszał jej dyszący z emocji oddech.
Pytania pojawiały się lawinowo. Kim były te osoby? Co to za ceremonia? Kim są te nagie służące? Hostessy? Modelki? Prostytutki? Dlaczego one tu są?
Deszcz zaczął zacinać mocniej. Szyba stawała się mało przejrzysta. Nagle przed obiektyw skierowany do wnętrza weszła kobieta i przysłoniła obraz reszty pomieszczenia. Stanęła blisko okna, tyłem do szpiegującej Sary. Ta po nagości od razu dostrzegła, że jest jedną z usługujących.
Piękna kobieta – pomyślała z uznaniem.
Nie mogła już niczego zauważyć, ale nie wyłączyła nagrywania. Rozejrzała się w poszukiwaniu strażników. Nie chciała tego roztrząsać, ale wydawało się jej dziwne, że tak długo ich nie widziała. Widocznie mieli dość luźny grafik obchodów terenu.
Wróciła do obserwacji wnętrza sali. Do kobiety podszedł jakiś mężczyzna w masce. Nosił aksamitna pelerynę. Wziął coś z tacy, po czym bezceremonialnie pocałował służącą. Ręce powędrowały na jej piersi. Pieszczona dziewczyna wygięła się w łuk, ale nie upuściła tacy. Godne podziwu, pomyślała Sara i od razu zdała sobie sprawę, jak głupia to myśl. Komórka nagrywała zamazany deszczem obraz. Po chwili mężczyzna w masce chwycił związane w kucyk włosy dziewczyny i szarpnął. Z jej ust wysunął się język. Uśmiechnęła się. Znów rzucił się na nią z pocałunkiem. Wiła się w miejscu. Tym razem jego druga ręka zawędrowała pomiędzy jej nogi. Wprost do cipki.
Sara poczuła, jakby dostała w twarz. Szok i niedowierzanie zmroziły ją do kości. Ta perwersja! Ta bezwstydność!
Ta niesprawiedliwość!
- Kurwa mać! – zaklęła cicho. Nie z powodu szoku, obrazoburczych widoków, czy niewyobrażalnej wręcz perwersji.
Była podniecona. Sama miała mokro pomiędzy nogami i z pewnością nie za sprawą deszczu. Wkurzyła się na siebie, że to, co dostrzegła zadziałało na nią tak mocno. Wnioski były oczywiste. Te dziewczyny były tu z własnej woli. Same tu przyszły, rozebrały się do naga, weszły do pomieszczenia pełnego tajemniczych, obcych ludzi i z rozkoszą oddawały się pieszczotom gości. Żeby tylko pieszczotom. Zauważyła, jak dziewczyna uklękła nagle i otworzyła usta. Mężczyzna uchylił poły peleryny. On także był nagi. Członek sterczał w prawie pełnym wzwodzie. Sara mimowolnie odwróciła wzrok. Zbliżył się do klęczącej służącej i z rozkoszą przyjął jej pieszczotę.
Niemożliwe! – coś w niej wrzeszczało. – To się nie dzieje!
Przecież to nie wyreżyserowany film porno, który można oglądać na komputerze.
Usłyszała coś!
Kucnęła i wyłączyła nagrywanie.
Tak, zdecydowanie ktoś się zbliżał. Zza zaułka słyszała narastające głosy.
Wycofała się powoli do rogu skrzydła budynku. Chociaż deszcz zasnuł mgłą świat i miała okazję pobiec do furtki, coś kazało jej się zatrzymać. Głupota – pomyślała, ale posłuchała wewnętrznego głosu.
Mrok spowił całą ziemię. Robiło się chłodniej, choć w jej środku wszystko się gotowało. Strach, przerażenie, szok i ogień podniecenia. Gdyby nie usłyszała głosów, z pewnością teraz miałaby rękę włożoną między swoje nogi. Była wściekła na siebie, że tak zareagowała. Ciało ją zdradziło! Skąd przyszła jej do głowy ta diagnoza? Ano stąd, że z cipki lało się tak, jakby to ona klęczała przed wielkim kutasem i robiła laskę nieznanemu facetowi na sali pełnej obcych ludzi. Naprawdę chciała przeżyć coś takiego? Przygodę, pasję, ryzyko? To było przeciwieństwo marazmu i nijakości, które serwował jej każdy dzień. Ta dziewczyna w środku żyła naprawdę. Przeżywała coś, czego nie można doświadczyć oglądając film porno. I do tego była anonimowa! Miała przecież zakrytą twarz.
Przedziwne, że człowiek musi czasem założyć maskę, by wyrazić prawdziwego siebie.
Zaczynała tracić rozum. Podniecenie i żądza zapanowały nad nią. Tymczasem głosy zbliżały się. W panice wycofała się za załom ściany. Dostrzegła za sobą pogrążoną w mroku wnękę, jakby łącznik pomiędzy budynkami. Wąski przesmyk, szeroki na półtora metra, stanowił doskonałą kryjówkę. Podbiegła tam, uważając na coraz bardziej mokrą nawierzchnię.
Ze wstydem zanotowała, że nawet ta ucieczka i ukrywanie się przed niebezpieczeństwem wywołują w niej ekscytację. Emocje, które jeszcze dodatkowo nakręcały jej żądzę. Poczuła, że naprawdę żyje. Nareszcie! Przypomniała się jej ta pamiętna noc w biurze. Burza, Angela i Maks, żądza i seks tak ostry, że musiała zrobić sobie dobrze. Ukryta w mroku, ale przecież zauważona.
Poczuła na plecach ciarki a w kroczu mocniejszy ogień, gdy zdała sobie sprawę, że przecież robiła sobie palcówkę, gdy Maks ją zauważył. Kręciła ją ta perwersja? Czyżby była ekshibicjonistką? Dlatego podnieciła się patrząc na te nagie modelki?
Ze wstydem przyznała przed sobą samą, że ją to kręci. Jak cholera!
Wyspowiada się później. Do tego czasu możliwe, że jeszcze nagrzeszy.
Skarciła się za to bluźnierstwo i nagle usłyszała dźwięk strażników. Cofnęła się bardziej w mrok i przywarła do ściany. Deszcz lunął z całą mocą, strugami spływając po ścianach. Strugi deszczówki wybuchły z rynien. Głośny szum ulewy rozlał sie mleczną poświatą po chodnikach i kostce brukowej. W rozmazanym strugami wody świetle latarni dostrzegła dwóch strażników. Stali naprzeciwko jej kryjówki i rozmawiali podniesionymi głosami, by przebić się przez huk ulewy. Za nimi, Sara widziała to nie do końca wyraźnie, biegła alejka, którą mogła uciec. Do furtki i w las. Dlaczego od razu tego nie zrobiła?
Bo żeś się napaliła nimfomanko – skarciła ponownie samą siebie. – I posłuchałaś głupiej intuicji.
Nawałnica osiągnęła apogeum. Z nieba lały się cysterny wody. Sara poczuła się w miarę bezpiecznie. Strażnicy nie odchodzili co prawda, ale również na pewno nie mieli pojęcia, że obok nich ukrywa się jakiś intruz.
Nagle poczuła za sobą obecność.
Paul J. Simmons
Jak Ci się podobało?