Tam, gdzie pachną wiązówka i mięta (V)
26 sierpnia 2026
Dzikość Karpat
28 min
Do tekstu wkradło się kilka anachronizmów, chociaż nie koniecznie tam, gdzie można by się ich spodziewać.
Było wczesne popołudnie, gdy w wysokiej, pożółkłej trawie brodziły dwie postacie ubrane, w proste brunatne habity. Czepce z jasnego sukna zwisały niedbale, osłaniając ich włosy. Na błękitnym, przecinanym jedynie przez nieliczne, nieruchome zawieszone obłoczki przesuwał się ciemny cień orła. Jego odległe odgłosy odbijały się po cichej łące, gdy dumnie szybował w poszukiwaniu nieuważnego zająca. Dwie młode mniszki, ledwie nowicjuszki przed swoimi pierwszymi święceniami zmierzały w kierunku starego zagajnika i wysokich głazów z szarozielonkawego od mchów wapienia. Spłoszona sarna wypadła z wysokiej kępy tarniny i zbiegła w dal. Ciężkie plecione koszyki z wikliny uginały się, wypełnione wonnymi pędami dzikiej mięty, dziewanny i białymi kwiatami wiązówki.
– Aż ciężko mi sobie wyobrazić, która mniszka z naszego bardzo posłusznego klasztoru zdradziła ci drogę do tego miejsca. Chyba za dużo spędzasz czasu w klasztornych wioskach z cyganiątkami.
– Lusiu, aż tak cię to dziwi? Wiele z nas ma swoje sekrety i tajemne miejsca. Jak twój schowek nad kapliczką? – powiedziała cicho, w pełni świadoma, że pod grzeczną i ustępliwą powłoczką koleżanki, kryje się znacznie bogatsza natura – Pod habitem wciąż jesteśmy ludźmi – uśmiechnęła się. – A w taki skwar, grzechem byłoby nie skorzystać i nie wykąpać się z dala od czujnego oka przełożonej i jej piekielnych ogarów.
– Bywa surowa – potwierdziła cicho. Oliwkowa cera i czarne niczym obsydian, kręcone włosy zdradzały jej mieszane pochodzenie, nawet gdy sama, rzadko wspominała o swoim życiu z czasów, zanim wdziała na siebie bury habit – Chociaż nawet ona nie poskąpiłaby nam kąpieli w strumieniu, w taki upał zwłaszcza.
– Kąpieli w strumieniu? Jak lubisz kąpać się w habicie i to w skoro świt, gdy ona przeczesuje okolicę, czy przypadkiem jakiś krnąbrny cygański wyrostek albo pasterz nas nie podgląda – odpowiedziała z uśmiechem. W niepewnym głosie koleżanki wyczuwała, że intensywnie rozważa jej propozycję. Z każdą chwilą spaceru po wygrzanej słońcem łące, perspektywa zanurzenia w lodowatym jeziorze była spełnieniem marzeń i doskonałą wymówką, by mogły spędzić trochę czasu tylko we dwoje. Od wielu dni, mimowolnie jej wzrok wędrował w stronę przyjaciółki.
– Wolałabyś, by nas nie pilnowały Gia?
– Wolałabym zanurzyć się cała w tym strumieniu albo stanąć pod wodospadem koło młyna i w nosie mam cygańskich wyrostków. Mogą się gapić – puściła oko do koleżanki.
– Widzę, że kuszenie to twoja specjalność. Siostra Agata ma na ciebie zły wpływ – odpowiedziała. „Nawet nie wiesz, jak bardzo”, przebiegło przez myśl Georginy, ale jedynie parsknęła z udawaną przesadą. Prawdą było, że znajomość ze starszą siostrą otworzył jej oczy na rzeczy, które od dawna spychała, gdzieś na skraj świadomości, przebijając się niczym promień Słońca przez pokłady wyrzutów winy i wstydu.
– Wiele rozmawiamy… O piśmie, życiu, miłości. Przywróciła mi nieco wiary w to miejsce i moją przyszłość tutaj.
– O pozowaniu przed wyrostkami z wioski też?
– Phi, o tym, że każda z nas ma ciało i nie powinniśmy się go aż tak bardzo wstydzić i ukrywać – powiedziała cicho.
– Z pewnością zyskalibyśmy popularność. Ponoć są klasztory, gdzie mniszki chodzą wszędzie boso. Wyobraź sobie klasztor pełen mniszek nagich – rzuciła z uśmiechem.
– Wyobrażam sobie – odpowiedziała pewniej, zerkając na towarzyszkę – ale niektóre osoby z trudem.
– Oj, chyba to sobie wyobraziłam – roześmiała się.
– Mogę cię spytać o coś… Delikatnego? Nie chciałabym być wścibska – zaczęła, ostrożnie dobierając kolejne słowa.
– Wiesz, że możesz, najwyżej nie odpowiem.
– Widziałam, jak się przyglądasz posągowi Marii Magdaleny. Temu, który stoi w kapliczce w zachodniej nawie.
– Któremu? – spytała nagle, nie dając nawet towarzyszce dokończyć zdania. Wyglądała na autentycznie zaskoczoną.
– Temu z obfitymi piersiami i pełnymi ustami – uśmiechnęła się szeroko. Sama nie raz wzdychała, spoglądając na kobiece figury i malunki, które gdzieniegdzie stały w ich monastyrze. Pamiątki po bogatej patronce, w większości przedstawiały świętych mężów, ale niektóre z nich zdradzały coś więcej. Postaci były zbyt ekspresyjne, roznegliżowane, bardziej godne starożytnej mitologicznych stworzeń, niż świętych. Przełożona bardzo szybko nakazała, by dla posągów uszyto stroje, lub ukryto za kotarami, by nie budzić niezdrowego poruszenia u pozostałych mniszek. Chociaż krążyła plotka, że kilka z najbardziej rozerotyzowanych obrazów zostało przez przełożoną ukrytych gdzieś w klasztorze. – Wyglądasz wtedy, jakby twoje myśli były bardzo zajęte czymś innym niż tylko modlitwa…
– Daj spokój – nadąsała się – to nie tak.
– Nie powiesz, że nie chciałabyś być taką figurą westchnień dla kogoś – wyszeptała, obserwując blady rumieniec na policzkach koleżanki.
– A ty skąd wiesz? – spytała w końcu, walcząc ze wstydem.
– Ja… Nabożeństwa są dość nudne i lubię przyglądać się innym. Wyobrażać sobie, o czym właśnie myślą. Jak dobrze się im przyjrzysz, to często pod pozornym skupieniem, kryje się inna strona. Czasem też lubię popatrzeć rzeźby i nie tylko… – powiedziała i przygryzła wargę. Lucia dostrzegła dwuznaczność, odkaszlnęła cicho, rozglądając się wokół – Uroczo rozchylasz, wtedy usta, jakbyś chciała kogoś pocałować – dodała w końcu.
– Nie zrozumiesz. To nie…
– Kogoś ci przypomina, prawda? – spróbowała ponownie.
– Kogoś, kogo znałam dawno temu. Dzięki niej trafiłam do klasztoru – przyznała cicho.
– Kochałaś ją.
– Chyba tak – wypowiedziała, wyraźnie drżącym głosem.
– Rozumiem, nie powiem nikomu – dotknęła jej, próbując powstrzymać emocje. – Myślę, że mogłabyś być muzą dla jakiegoś utalentowanego rzeźbiarza – powiedziała, wyczekując na reakcję, na niezdarnie wypowiedziany komplement. Lucia rzadko opowiadała o swoim pochodzeniu, ale w jej rysach widać było greckie korzenie. Kiedyś napomknęła, że jest córką greckiego kupca.
– Dziękuję – Lucia odpowiedziała, skubiąc wystające z kosza listki.
– Widziałam kiedyś taki jeden obraz, wiesz. Myślę, że by ci się spodobał. Ojciec zabrał nas na ucztę u pewnego bogatego szlachcica, dawno temu, gdy jeszcze nieźle nam się wiodło. Chłopcy mówili o tym dużo, ale tylko półgłosem i między sobą. Podsłuchałam ich rozmowę i nie chciałam być gorsza. Byłam ciekawa, co to za wielki sekret, do którego nie dopuszcza się dziewczynek, więc wspięłam się po schodach i poszłam sama obejrzeć ten obraz. Stał w pokoju, na piętrze, na wpół zasłonięty kotarą, w pięknej, obitej mosiądzem ramię – mówiła, a rumieniec wystąpił na jej policzkach – i pokazywał dwie splecione ze sobą nimfy na skraju źródła. Spijały wodę ze swoich warg. Wtedy nie rozumiałam, w pełni co robią. Wiedziałam, że to coś grzesznego, ale z czasem…
Serce Georginy zabiło mocniej na to wspomnienie. Czuła seksualne napięcie wiszące między nimi.
– Chciałaś być taką nimfą? – odparła cicho, a zagadkowy uśmiech pojawił się na jej pełnych ustach. W rytm jej ruchów, pod habitem uwidaczniały się obfite kształty i dalekie od dziewczęcych krągłości, a bliższe tym właściwym, dla prawdziwej kobiety.
– Czasem śniłam o tym… Dalej mi się zdarza. A ty, co o tym myślisz? – musnęła palcami dłoń koleżanki, jakby sprawdzając, czy ta nie ucieknie niczym wystraszony motyl. Tak się, jednak nie stało.
– Nie widziałam tego obrazu, ale brzmi… interesująco.
Nagle zza wysokich krzewów tarniny dało się słyszeć głośny nosowy głos z silnym, wiejskim akcentem, a potem głośne sapanie, gdy właścicielka głosu, próbowała dogonić starsze, dużo od niej wyższe koleżanki. Po chwili, gdy trawa się nieco przerzedziła, zobaczyli uśmiechniętą, pyzatą buzię Marcjanny, młodziutkiej nowicjuszki. Szary czepek wisiał na wpół zsunięty ze zroszonego potem czoła, a blond kosmyki sterczały bezładnie we wszystkie strony. Starsze nowicjuszki roześmiały się na jej widok. Obie czuły, że czar ostatniej chwili prysnął, pozostawiając sobie wewnętrzny żar i poruszenia motyli w brzuchu.
– Poczekajcie – wysapała głośno, przeczesując palcami niesforne włosy. – Już nie mogę.
– No, no. Kto to nas śledzi? – Georgina spytała, wyrwana z transu. Z trudem starała się brzmieć obojętnie, mimo galopującego serca w piersi i dłoni mokrych od potu. Nie sposób było jej spławić. Tym bardziej że już i tak były daleko od monastyru. Młodsza dziewczyna zawsze wzbudzała w niej sympatię.
– Ja nie śledziłam nikogo. Widziałam, że idziecie przez łąkę i podbiegłam – wyjaśniła, nerwowo ściskając koszyk.
– Nie powinnaś zbierać ziół i jagód z tą…?
– Sofią? – podpowiedziała posępnie dziewczyna.
– Jest aż taka straszna, że aż musisz uciekać przed nią?
– Mam jej dość. Ta mała żmija donosi do przełożonej o wszystkim – powiedziała ze wstrętem. – Jakby, jeszcze coś z tego miała, to bym zrozumiała, ale ona śpi tam, gdzie my, je, to co my, a i robotę dostaje taką samą. Nawet nie mogę głośno pomyśleć, bo ona kręci się gdzieś obok i wściubia nos ze wszystko.
Mówiła szybko i nerwowo. Obie czuły, że próbuje się tłumaczyć, chociaż wiedziały, że szukała towarzystwa.
– Dlatego ty przyleciałaś do nas?
– No weźcie. To nie tak – nadąsała się obrażona. – Ja myślałam, że wy mnie zrozumiecie – powiedziała wreszcie.
– Ależ rozumiemy Marcyś.
Georgina była wyższa o głowę od pulchnej Marcjanny. Wyglądały teraz jak matka udzielająca porad młodszej córce.
– Niektórzy tak już mają. Donoszą, bo mogą albo dlatego, że ktoś spojrzy na nich przychylnie – druga mniszka wzruszyła ramionami.
– Jak dla mnie, najlepiej się nie wychylać, słuchać, a jak trafi się okazja, to się odwzajemnij młodej żmii, pięknym za nadobne.
– Georgina, to bardzo nie po chrześcijańsku – Lucia rzuciła nagle, wywołując wybuch śmiechu u całej trójki.
– Lucia? Jak ci się nie podoba mój pomysł, to możesz po chrześcijańsku pójść do Sofii i pomóc jej zbierać jagody.
– A właśnie, gdzie w zasadzie idziecie? Macie już pełne kosze. Nie wracacie do…?
– To tajemnica i ani słowa nikomu – Gia powiedziała uroczyście.
– Przysięgam na własną rodzinę – Marcjanna odpowiedziała poważnie, chociaż zabrzmiało to dość dziecinnie.
– No dobrze. Idziemy nad małe jeziorko, trochę się ochłodzić.
Twarz dziewczyny nagle się rozświetliła. Wkrótce dotarły do skraju łąki, gdzie między przypominający wapiennymi głazami, przypominającymi zęby pradawnej bestii i grubymi, splecionymi konarami niskich, rozłożystych dębów, wiła się ciasna, kręta, wytyczona przez zwierzynę ścieżka. Starsze dziewczęta ruszyły śmiało dalej, zostawiając na krótką chwilę najmłodszą w tyle. Pomimo panującego upału dziwny dreszcz przeszedł po karku młodziutkiej mniszki. Znała to uczucie dobrze. Gdy jeszcze jako dziecko pomagała rodzicom i dziadkom w pasaniu owiec szybko zrozumiała, że są miejsca, które zwierzęta unikają, jak ognia. Nawet psy zdawały się obchodzić je wokół. Pamiętała doskonale to miejsce, dwa spłaszczone przez czas pagórki, tuż obok kilku pokracznych dzikich jabłoni. Kiedyś spytała o nie babcię, ale ona kazała jej tylko tam nie chodzić, bo to złe miejsce i są tam pogrzebane przeklęte kości. Było więcej miejsc, które jej babcia nazywała złymi.
Wracała tam, jeszcze, obserwując to dziwne miejsce z daleka. Raz tylko weszła na samą górę pagórka, towarzysząc starszemu kuzynowi. Towarzyszące im psy pasterskie, wielkie i ociężałe bestie, bardziej podobne do niedźwiedzi, niż do innych psów nagle zamilkły, gdy tylko zbliżyli się pochyłych nędznych drzew. Zaskoczyło ich to, bo te zwierzęta nie ustępowały nawet przed schodzącymi z gór niedźwiedziami. Teraz jednak zamilkły, kładąc po sobie uszy. W końcu Iwan pozwolił owczarkom dołączyć do stadka owiec, które leniwie pasło się na łące. Sam ruszył w kierunki wzgórza. Ruszyła za nim, nie chcąc wyjść przed przystojnym chłopakiem na beksę. Marcjanna niemal od razu poczuła chłodny podmuch, jakby właśnie stąpała po czyimś grobie. Przy starszym o trzy lata Iwanie, który w tym roku kończył szesnaście wiosen, była zaledwie podlotkiem i do tego niezbyt urodziwym. Szła kilka kroków za nim, chociaż nogi drżały ze strachu. Pamiętała tylko, jak ukląkł na szczycie obok płaskiego niczym stół głazu. Szary bryła na wpół zagrzebana w ziemi, na wpół skryta w trawie i zaroślach, była ledwie widoczna z dołu. Początkowo nie zauważyła w nim nic nie zwykłego, ale gdy przyjrzała się bliżej, pod cienką warstwą starych porostów i zaschniętego mchu widać było rozmaite rysunki i wzory. Iwan poprowadził jej dłonie po powierzchni lodowato zimnego głazu, po czym z szelmowskim uśmiechem odchylił jeden z zakrytych trawą rysunków. W odróżnieniu od nienaturalnego chłodu bijącego od kamienia, od niego biło przyjemne ciepłe. Rysunek na skale przedstawiał zarysy wysokiego, wyprężonego mężczyzny z jakimś obłym narzędziem w dłoniach, krągłym i długim niczym buzdygan. „Czy wiesz, co on trzyma?”, spytał ją z dziwnym błyskiem w oku. „Nie. To jakiś kij? Albo pałka?”, odpowiedziała szczerze, rumieniąc się nieco. Głos chłopaka zmienił się nieco. „To takie specjalne narzędzie. Powinnaś je dobrze poznać. Posiada je każdy mężczyzna.”, powiedział, zniżając głos do szeptu. Pamiętała doskonale ten jego niski głos. Nie mogła oderwać wzroku od jego przystojnej, nawet pomimo szpecącej usta blizny i ukruszonego zęba, twarzy. Dotknął jej wtedy łagodnie, bawiąc się jej włosami. Dziewczyna zadrżała na to wspomnienie, czując znajome ciepło głęboko w podołku.
„Co to za narzędzie?”, spytała, a serce zabiło jej mocniej w piersi. Z tego, co miało miejsce, potem pamiętała jedynie wyrwane sceny. Dotykała go, najpierw parciane spodnie, pod którymi czaiła się dziwna, obła wypukłość, owa tylko męska broń. Gdy rozwiązał służący mu za pas, sznur, pozwalając spodniom opaść luźno, jej oczom ukazała się jego męskość w pełnym wzwodzie. Krwiście czerwona, lekko wilgotna żołądź celowała w nią wyzywająco. W osłupieniu dotknęła jej, a potem cofnęła palce przerażona. Iwan wyszczerzył się wtedy i z zaskakującą czułością, począł głaskać ją i zachęcać, by ponownie sięgnęła do jego sterczącego narządu.
Ze wstydem przypomniała sobie, to uczucie, gdy pchnął ją na lodowatą pomimo upału skałę i rozwarł uda na boki, torując sobie drogę. Pamiętała, że krzyknęła coś, a on jedynie szeptał jej do ucha, o łączącym ich sekrecie i całował ją w karku.
„To będzie nasza tajemnica. Bardzo się na ciebie zdenerwuje, jak komuś o tym powiesz”, powiedział stanowczo, ocierając się penisem o jej udo. Głaz był tak zimny, że aż parzył w dłonie i dociskane do niego uda. Chłód uderzył ją nieprzyjemnie w twarz.
„Pokaż ten tłusty zadek”, rzucił z uśmiechem, gdy próbowała odepchnąć go od siebie. „I zachowuj się, jak duża dziewczyna. Chyba, że wolisz siedzieć we wsi i bawić dzieciaki”, powiedział głośno. Znowu zadarł jej spódnicę i widząc, jej słabszy opór cmoknął zadowolony. Usłyszała, jak głośno splunął, a mokra plwociny wylądowała na jej pośladku. Roztarł ją palcami, rozprowadzając dokładnie, zaczął znowu ocierać się o nią penisem. Krzyknęła, gdy dał jej klapsa w pośladek. Pamiętała, jego jęki i wzdychanie, nacisk jego palców i unoszący się w powietrzu zapach.
Nie wiedziała, ile to trwało, zanim wydał z siebie ostatnie, zadowolone westchnienie ulgi. Gdy schodzili z kamienia, ślady spermy znaczyły jego krawędź, niczym ofiara na pradawnym ołtarzu.
– Marcyś musisz się nauczyć, że jedyną nagrodą za zbyt szybką pracę, jest więcej pracy – czarnowłosa mniszka, powiedziała tonem doświadczonej życiem koleżanki, wyrywając ją z zamyślenia.
– Zresztą spodziewają się nas dopiero za kilka godzin. O co chodzi z tymi donosami Sofii? Słyszałam plotki, podczas pielenia warzywnika.
– Podobno przyłapała Antonię, gdy całowała się z chłopakiem, synem pielgrzyma.
– I za to, ją tak surowo ukarała? – Lucia dopytywała, zaskoczona. W ich klasztorze panowała surowca dyscyplina i kary, zwłaszcza wobec młodszych nowicjuszek, były na porządku dziennym. Przełożona i wybrane przez nią starsze mniszki były świadome, że poza murami monastyru, większość tych dziewcząt czeka w najlepszym razie życie żon i matek. Dla części, zwłaszcza pochodzących z uboższych rodzin, gdy córek było więcej i nie starczało na kolejne posagi, jak w przypadku domu Marcjanny, klasztor był jedyną szansą osiągnięcia edukacji, rozwoju i w miarę stabilnego życia.
– Ponoć wychłostała ją batem, a potem zaciągnęły siłą do lawatorium, by zmyć z niej grzechy.
– Nie powinno się tego robić modlitwą i tak dalej – spytała Lucia retorycznie.
– Przełożona wybrała bardziej fizyczną metodę. Podobno wepchnęły ją do kadzi pełnej lodowatej wody. Na koniec musiała przysiąc na Pismo Święte, że będzie kontemplować w milczeniu swój grzech, aż Przełożona nie da jej rozgrzeszenia.
– I co? Opowiedziała ci to na migi? – dodała z uśmiechem, ostrożnie schodząc pod gęstych, przypominających stopnie, splecionych korzeniach. W głębi widać było błękitną taflę niewielkiego jeziorka, okolonego stromymi stokami.
– Nie no, ale pokazała mi siniaki. Takie nie powstają od byle klapsa – powiedziała, znając te ostatnie z doświadczenia.
– To wszystko za pocałowanie chłopaka? – druga z jej towarzyszek pokręciła głową zaskoczona. Przypomniała jej się, jednak rozmowa z siostrą Agatą. „Ona chce uniknąć skandalu. Ostatnie, czego trzeba klasztorowi, to ciężarna mniszka, więc na mężczyzn patrzy, jako na naturalne zagrożenie dla dobra klasztora. Na nas patrzy z większym pobłażaniem”, powiedziała, gdy siedziały potajemnie w celi starszej mniszki. Przyjemne ciepło rozlało się w sercu dziewczyny, na myśl o jej nauczycielce. Mimo świadomości, że ich czyny, w żaden sposób nie są potępiane przez Pismo, ani przez teologów, wciąż czuła w sobie grzeszną niepewność.
Od skrytego między skałami jeziora bił przyjemny chłód. Wysokie ściany skał otaczały je z trzech stron, pozostawiając jedynie wąskie przesmyki w skrajnych krańcach. Wkrótce cała trójka rozplotła rzemienie sandałów i proste owijki. Nagrzane słońcem płaskie głazy parzyły w stopy. Z lubością cała trójka zamoczyła stopy w lodowatej wodzie jeziora. Wkrótce do niewielkiej sterty rzeczy na brzegach dołączyły czepce. Gia z uwolniła ciemnobrązowe włosy. Po chwili namysłu zaczęła ściągać z siebie brunatny habit. Pozostając jeszcze przez moment w długiej, lnianej koszuli, spod której widać było mocno zarysowane, nieduże piersi o ciemnych sutkach. Gdy odkładała go na skały na brzegu, czuła, że znajduje się w centrum uwagi pozostałych kobiet. Serce zabiło jej mocniej na myśl, tak jawnego złamania panującego w klasztorze tabu. Wzięła głębszy oddech i ściągnęła z siebie długą koszulę. Od młodego wieku zarzucano jej, że jest zbyt chuda. Szybko odkryła, że nieduże, szczupłe pośladki i niewielkie piersi, nawet jeśli wypchnąć je mocno pod suknią, nie wzbudzają zainteresowania wielu chłopców. Po chwili odwróciła się do koleżanek i szybko ruszyła do wody.
Lucia szybko podchwyciła jej pomysł, a duże obfite piersi zakołysały się w rytm jej ruchów. Gia czuła, że ten pokaz, teatralne podskoki, są na jej użytek.
Młodsza towarzyszka była wyraźnie zaskoczona. Docisnęła habit do ciała.
– Kto się nie kąpie, ten donosi – rzuciła z uśmiechem Lucia i zanurzyła się w wodzie demonstracyjnie. Dopiero widok radości, jaką czerpała, ponaglił najmłodszą z nich do zdjęcia ubrań. Widać było po niej, że przemiana w kobietę dopiero ją czeka. Wciąż w jej pulchnych brzuchu, niedużych piersiach o jasnoróżowych brodawkach i niemal bezwłosym łonie widać było dziewczęcą urodę.
– Chodź do nas, nie ma co się wstydzić – Gia krzyknęła.
– To nie tak. Wy jesteście takie… – usiadła na brzegu, uciekając wzrokiem od zbliżającej się koleżanki.
– Wyrośniesz jeszcze – czarnowłosa dziewczyna wolno podeszła do zawstydzonej dziewczyny. Po chwili jej duże, pokryte gęsią skórką piersi o sterczących z zimna sutkach znalazły się na wysokości wzroku siedzącej dziewczyny. Wyglądała niczym nimfa o ciele pełnym łuków i łagodnych krzywizn, która właśnie wciąga do wody niczego niespodziewające się wiejskie dziewczę. Nabrała w dłonie wody i chlusnęła na nią, wyrywając ją z zamyślenia. Po chwili szkliste spojrzenie tamtej zastąpił szeroki uśmiech.
– Ej, tak się nie robi – parsknęła z wyrzutem i rzuciła się za uciekającą starszą nowicjuszką – Miło tutaj. Ostatnio kąpałam się, tak jako mała dziewczynka – wyznała cicho, gdy już cała trójka stanęła w wodzie.
– Korzystaj. Jak nas nie wydasz, to może zabierzemy cię jeszcze kiedyś na „zbiór ziół” – Georgina puściła do niej oko zachęcająco.
Było jeszcze coś, co powstrzymywało Marcjannę przed rzuceniem się do idealnie przejrzystego jeziora. Dziwne tchnienie, podobne do tego, które zawsze towarzyszył jej, gdy przekraczała granicę cmentarza albo miejsce, które jej babka zwykła nazywać „złym” jedynie się nasiliło. Strome, spękane wapienne skały otaczające brzegi tworzyły wysoką studnię. Dziewczyna ostrożnie schodziła na dół, unikając rozdeptywania białawych grzybów, które gęsto porastały wolne przestrzenie. Kilka razy przysięgłaby, że coś wiło się pomiędzy porastającymi ściany pnączami. W ciasnych przestrzeniach musiało roić się od węży.
„Jestem bezpieczna”, pomyślała, zanurzając się w wodzie, po czym przepłynęła kawałek, trzymając się przybrzeżnej płycizny. Nagle cofnęła się spanikowana, a dreszcz przebiegł jej po plecach. Na skalnej półce, zaledwie na długość ramienia od jej dłoni wylegiwał się ciemny, błyszczący waż. Przeżegnała się w ciszy i odpłynęła od brzegu, kierując się bliżej środka jeziorka. Buńczucznie stanęła na przekór ostrzeżeniom staruszki i zanurkowała, spodziewając się prędko dotrzeć do dna. Szybko jednak odkryła, że za dość szerokim i płytkim zejściem, znajdowała się głęboka, mroczna czeluść, czarna i pusta niczym bezdenna studnia. „Stamtąd wychodzą diabły”, niemal usłyszała głos świętej pamięci babki, a podszept wspomnień pchnął ją w objęcia paniki. Szarpnęła się, młócąc niezgrabnie wodę. Próbowała wytłumaczyć sobie, że babka jedynie chciała ją ochronić przed utopieniem w zdradliwych jeziorach o kuszącej płyciźnie, za którą czaiła się niezgłębiona głębia.
Wybiła się wreszcie z wody i szybko wróciła brzeg.
Była świadoma, z jaką radością i spokojem koleżanki rozkoszują się kąpielą i nie chciała mącić im w głowach wiejskimi zabobonami jej babki i wspomnieniami człowieka. Wciąż miała przed oczami ten krzywy uśmiech.
– Idę na brzeg – krzyknęła.
– Zaraz dołączymy – odpowiedziała głośno Gia mniszka, a potem po cichu dodała do koleżanki – ale najpierw, chcę ci coś pokazać.
Już od kilku minut wodziła palcami po ciele towarzyszącej jej dziewczyny. Z błogim uśmiechem, drażniła jej pokryte gęsią skórką ramiona. Zagarnęła wodę, tworząc niewielką falę, jakby zaledwie próbowała podpłynąć i odwróciła się w kierunku młodszej z nich. Pulchne, szerokie pośladki błyszczały, gdy tamta wdrapywała się na stromy kamienisty brzeg. Pod palcami nagle poczuła twardą wypukłość i ciche westchnienie, tylko potwierdziło jej cel. Poprawiła się na śliskim, wygładzonym przez wodę głazie, na którym obie usiadły. Niewielka chłodna fala, leniwie obmywała ich podbródki. Uśmiechnęła się, pewna, że dla wylegującej się na brzegu Marcjanny, są jedynie dwoma unoszącymi się obok siebie koleżankami.
– Przyjemnie prawda – rzuciła jakby od niechcenia.
Lucia jęknęła cicho i wygięła się w łuk, prężąc się w przejrzystej wodzie. Kobieta uchwyciła ciemną brodawkę pomiędzy kciuk i palec wskazujący, drażniąc ją, drobnymi, ledwie widocznymi ruchami dłoni. Po chwili z trudem ujęła całą pierś, rozkoszując się ciepłem i miękkością skóry, rozciąganej w rytm coraz głębszego oddechu. Po chwili rozluźniła nacisk i przesunęła się, płynnym ruchem w dół, wyczuwając zagłębienia brzucha i mijając wklęsłość pępka. Szorstkie, skłębione włoski przyjemnie podrażniły jej dłoń. Pochyliła się bliżej kobiety, a jej niemal zanurzając wargi w wodzie. Kochanka próbowała odwzajemnić pieszczotę, ale teraz rozkoszowała się dotykiem.
– Ona nas zobaczy… – wyszeptała cicho, po czym pisnęła cicho, gdy wargi Gii objęły nierówność piersi. Drżała porażona, rozglądając się nerwowo. Na brzegu jednak wszystko wskazywało, że ich działania pozostają niezauważone. Blada, odległa postać dziewczyny leżała na brzegu, a jej rozkołysane stopy wznosiły się na przemian i opadały.
– Ona nie patrzy nawet w naszą stronę – odpowiedziała kojąco i wsunęła jeden, zwinny palec pomiędzy zaciśnięte uda dziewczyny – Szkoda, że tu przyszła. Na słońcu było wygodniej, chociaż ta możliwość… – sugestywnie spojrzała na wygrzewającą się nowicjuszkę – dodaje temu nowe wymiary – mówiła. Przyjaciółka wpuściła jej dłoń, najpierw ostrożnie rozsuwając uda..
– Siostra Agata dobrze cię nauczyła – powiedziała, przez na wpół zaciśnięte usta.
– Nie tylko tego. Szkoda, że nie mam jej przyjaciela. Pokazała mi parę sztuczek.
– Kogo takiego? – Lucia syknęła cicho, po czym napięła się mocniej.
– Już spokojnie. To nie jest nikt żywy, ale jest całkiem do żywego podobny – uśmiechnęła się tajemniczo – kupiła go od pewnego obwoźnego kupca..
– Ale co…? – dopytywała, wzdychając ciężko, gdy ruchy kochanki przyśpieszyły. Obie splotły się w zapomnieniu.
– Wielki, zielony penis z weneckiego szkła. Wygląda jak żywy, z prążkami żyłek i foremną, krągłą żołędzią. Mógłby należeć do najprawdziwszego Satyra, zamienionego w weneckie szkło¹ – mówiła dalej, wsłuchując się w coraz głośniejsze odgłosy. Naparła mocniej, czując na piersi sterczące sutki dziewczyny, ocierające się o nią w rytm, coraz bardziej rwanego oddechu. Poprawiła się nieco, pozwalając by miękkie udo dziewczyny, znalazło się idealnie na jej kobiecości i przyśpieszyła swoje ruchy. Kolejny pocałunek przeciągnął się, gdy kochanka chwyciła jej wargę zębami, ledwie markując ukąszenie. Opadła na nią mocniej, wspierając się dłońmi o głaz, gdy dziewczyna zwinnie zsunęła się niżej, kąsając znowu tym razem wystawioną sutkę, a jej palce szybko odnalazły właściwą drogę.
– Szkoda… – odpowiedziała zduszonym głosem, z trudem łapiąc oddech – Musisz mi go kiedyś pokazać.
– Mhm. Dobry pomysł… – dziewczyna, rozszerzyła uda jeszcze mocniej, wijąc się w wodzie. Naparła pośladkami. Nie musiała długo czekać na reakcje, dwa palce, mocno i rytmicznie pulsujące w jej rozgrzanej kobiecości. Napięła się mocno, ledwo utrzymując na gładkim, śliskim głazie, by po chwili głośno opaść, pojękując jeszcze.
– Wiedziałam, że jesteś jedną z nas – wyszeptała cicho, ściskając w dłoniach jej pierś.
– Mhm.
– Ale czuję, że nie jestem pierwszą, którą dokonała tego odkrycia?
– Nie jesteś – odpowiedziała drżącym głosem – i wyprzedzę twoją ciekawość, nie ma jej w naszym klasztorze.
– Kochałaś ją?
– Ja… Tak. Tak, teraz myślę – powiedziała cicho.
– Przepraszam – Gia, skarciła się w myślach.
– Nie masz za co. Razem trafiłyśmy do klasztoru, a potem któraś z nowicjuszek doniosła na nas – mówiła, powoli ruszając w kierunku brzegu.
– To wtedy trafiłaś do nas?
– Miałam wybór? Mogłabym przyjechać tutaj albo trafić na ulicę – powiedziała z bólem.
– Masz jeszcze mnie – uśmiechnęła się, kojąco – Chodźmy obudzić Marcysię.
– Myślisz, że ona…
– Raczej nie, ale to byłoby interesujące.
Powoli podpłynęły ku brzegowi, ostrożnie obchodząc najwyraźniej śpiącą w cieniu koleżankę. Nagle Gia rzuciła się na nią, łaskocząc pulchną dziewczynę. Głośne piski i krzyki poniosły się po wodzie.
– Co!? Jak!? – pisnęła, ale po chwili całkiem obudzona, jedynie pokręciła głową – Bardzo zabawne. Dość kąpania?
– Starczy, starczy. Zmęczyłyśmy się bardzo w tej wodzie – rzuciła z dwuznacznym uśmiechem Lucia.
W końcu cała trójka usiadła na brzegu, korzystając z nagrzanych słońcem kamieni, by wysuszyć się przed dalszą drogą. Nie minęła chwila, jednak gdy jakiś krzyk i łoskot wyrwał się spomiędzy gęstych zarośli ponad nimi. Wciągnęły na siebie lniane koszule i pobiegły w stronę krzyku, zaciekawione kim był i co się stało podglądaczowi. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach znalazły wąski szlak, prowadzący do skalnej półki, gdzie za wysokimi krzewami ktoś miał dobrą kryjówkę i mógł swobodnie podglądać nagie dziewczęta. Krzyk dobiegł do nich ze skalnej rozpadliny na skraju skalnej półki. Gęsty kobierzec z niewielkich białych grzybów został rozgnieciony na miazgę, jakby ktoś szukał oparcia przed upadkiem. Śliska od śluzu powierzchnia skały nie dawała jednak żadnego punktu podparcia. Wystarczyło stanąć zbyt blisko krawędzi i na niewłaściwej gałęzi, by ta zarwała się, zabierając ofiarę w dół. Najstarsza mniszka zbliżyła się do skalnej wyrwy. Za szczeliną rozciągał się doskonały widok na większość jeziora. Wielki głaz, ledwie co zanurzony w wodzie przypominał teatralną scenę, idealnie odcinając się na ciemnym tle jeziora. „Musiała nas zobaczyć. Widziała wszystko”, pomyślała porażona. Wtedy dopiero zwróciła uwagę na jęczącą postać w dole.
W głębi wąskiej rozpadliny stała umorusana, drobna postać w burym habicie. Ciemne rozwichrzone włosy okazały ładną, delikatną buzię i ciemne niczym węgielki oczy.
– A to kto? – Marcjanna rzuciła z uśmiechem – Poznajcie Sofię, naszą podglądaczkę.
– Pomóżcie mi – wyjęczała, próbując samemu wydostać się, ale bezskutecznie. Wilgotna skała nie dawała dobrego oparcia.
– Jesteś cała?
– Tak, trochę się poobijałam – dziewczyna powiedziała.
– Jak nas znalazłaś? – spytała rzeczowo Georgina.
– Szukałam Marcjanny – spojrzała na młodszą dziewczynę, błagalnie.
– I dlatego siedziałaś na tutaj? Szpiegowałaś nas?
– Ja… – zająknęła się, zmieszana.
– Mów prawdę albo tu zostaniesz!
– Ja… Widziałam was – powiedziała z wyrzutem – Widziałam, co robiłyście.
– A to żmija. Najpierw podgląda, a potem błaga o litość. Jak cię wyciągniemy, to o wszystkim doniesiesz przełożonej. – wysoka mniszka przerwała próby tłumaczenia dziewczyny.
– Ja… Nie mogę tego ukrywać. To grzech… – wyjąkała.
– To co? Zostajesz? – wreszcie spytała pulchna dziewczyna mściwie.
– Ja…
– Dobra, pomożemy ci, jak obiecasz, że nikomu nie powiesz, ani słowa.
– Skąd możesz mieć pewność!? – Marcjanna pisnęła ze złością.
– Już ja się postaram, by tak było. To jak?
– Zgoda – podglądaczka się skrzywiła.
– Musimy cię jakoś wyciągnąć. Podaj swój habit i bieliznę, zrobimy z nich linę – zaproponowała z chytrym uśmiechem.
– Co!?
– No dawaj!
Protest skończył się niemal natychmiast. Czuła się niczym kot, który wpadł do studni. Po chwili zdjęła z siebie ubranie, zwinęła w kulę i cisnęła do góry. Jedna z dziewczyn złapała je zręcznie. Po chwili cała trójka wróciła, niosąc grubą gałąź i prowizoryczną linę. Na szczęście to wystarczyło, chociaż drewna zatrzeszczało głośno. Wytrzymała dość długo jednak, by chwyciły ją za dłonie i pociągnęły do góry, ku wolności.
Po chwili wspólnie ruszyły w kierunku jeziora, prowadząc nagą, umorusaną nowicjuszkę między sobą. Po chwili zapędziły ją do jeziora.
– Umyj się, nie wrócisz taka brudna – rozkazała najstarsza z nich. Gdy dziewczyna wreszcie wyszła z wody i drżąc z zimna, ruszyła po swój habit, zdała sobie sprawę, że tak łatwo jej nie odpuszczą.
Rzuciła się do przodu, próbując chwycić burą szatę, ale na śliskich głazach z trudem łapała równowagę. W końcu chwyciła kawałek materiału, ale Marcjanna z nieprzyjemnym uśmiechem, pchnęła ją tak, że ta przysiadła na ziemi. Teraz cała trójka otoczyła ją, jak wilki odciągnięte od stada jagnię. Widziała wszystko, co robiły w wodzie, zaprzeczając wszelkim cnotom, które tak żarliwie wyznawały. Najgorsze w tym wszystkim było to, że gdy patrzyła, jak one tam spółkowały ze sobą, dogadzały w sposób niezgodny z naturą, jakiś demon, zaczął szeptać jej do ucha i mamić ją. Niemal bezwiednie, jej palce ruszyły w kierunku jej kobiecości i dopiero dziesiątka różańca powstrzymała jej grzeszne myśli. Musiała komuś powiedzieć o tym, co widziała. „To wynaturzenie trzeba tępić”, pomyślała, próbując zasłonić nagie ciało.
– Musisz uważać – rzuciła kąśliwie jedna z dziewcząt.
– Oddajcie mi habit – powiedziała, ale ze zmarzniętego i wciąż ogarniętego szokiem gardła zabrzmiało to, jak pisk.
– Oddamy, ale najpierw obiecasz nam, że nie piśniesz ani słówka nikomu.
– Tak się nie godzi.
– No to wracasz w stroju Ewy do klasztoru. Ciekawe, jak nagrodzi cię twoja ukochana Przełożona – Marcjanna powiedziała z satysfakcją w głosie. Sofia z bólem musiała przyznać jej rację. Na nic będą jej tłumaczenia, gdy zupełnie naga wróci do klasztoru. Zamiast nagrody za powstrzymanie zła i nieczystości, to ona zostanie ukarana.
– Nie możecie mi tego zrobić
– Jak to nie? Zobacz – najstarsza z mniszek powiedziała to i zaczęła, ostentacyjnie machać ubraniem dziewczyny, jakby zamierzała je cisnąć w dal.
– Jawnogrzesznice!
– No co? Chodź nasza mała Ewo.
– Ja… – zamilkła i zawstydzona dodała – nie powiem – rumieniec wstydu rozlał się na jej policzki.
– To pierwszy krok. Jak spróbujesz coś szepnąć, to powiemy, że przyłapałyśmy cię, jak spółkowałaś z chłopakiem.
– Cyganem – dorzuciła z pogardą Marcjanna, wzmacniając groźbę.
– Przestańcie – pisnęła.
Georgina podeszła bliżej, a blady uśmieszek pojawił się na jej wargach.
– Może zostawimy jej coś na dowód tego kochanka – powiedziała głośno.
Sofia spróbowała uciekać, ale nagle cała trójka przygwoździła ją do ziemi. Spodziewała się najgorszego, gdy kolano pulchnej dziewczyny wbiło się w jej bok. Zamiast tego najstarsza z trójki pochyliła się nad jej brzuchem. Przysięgłaby, że poczuła wilgotny język na brzuchu, zanim rozległ się głośny dźwięk przysysania się. Kątem oka widziała, jak tamta niczym wielka pijawka, klęczy przyssana do jej boku, zostawiając po sobie duży, czerwony ślad i przyssała niczym pijawka do jej boku, zostawiając duży, czerwony ślad. Po chwili z uśmiechem pozostawiła kolejny.
– A na dowód tego, powiemy, że twój kochanek zostawił ci dwa piękne ślady na tym gładkim brzuszku – zaniosła się śmiechem, obcierając usta.
– Co!? – szarpnęła się mocniej, niemal wyrywając się z uścisku dwóch dziewcząt.
– Piękne malinki – Marcjanna pogratulowała z uśmiechem – nazbierałaś tego lata.
– Wszystkie grzeszycie, wy wszystkie. Lenistwem, cudzołóstwem – wysapała, rozbryzgując kropelki śliny w powietrzu. Na moment jej wzrok spotkał się ze stojącą z boku Georginą – Tak, wy!
– A kto bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – Lucia rzuciła cicho. – Jesteś aż tak niewinna?
– Ja…
– Zostawcie ją. Dajmy jej chwilę, by przemyślała wszystko i ochłonęła.
Po chwili dziewczyna została sama. Słyszała jeszcze ich śmiech, gdy odchodziły. Z przerażeniem patrzyła na krągłe, czerwone sińce. Wtedy też zdała sobie sprawę, że zabrały ze sobą wszystkie jej rzeczy. Pozostawiły jej jedynie buty jakby z litości albo chęci podkreślenia podłego żartu. Ubierała je powoli. Nagle wszystko wokół zrobiło się ponure i ciche. Pozbawiona jakiejkolwiek osłony, rozglądała się w panice. Na dźwięk wiatru szeleszczącego między gałązkami oblał ją zimny pot. Zasłoniła niewielkie piersi dłonią, drugą niczym listkiem figowym przysłaniając łono. Rozejrzała się jeszcze, ale nie było ślady po jej rzeczach. Ciskała w myślach obelgami, błagając, by nikt nie dostrzegł jej sytuacji. Wiedząc, że nie może zostać tutaj na noc, ruszyła powoli w górę szlaku. Po kilku krokach zrezygnowała z prób zakrywania się, z trudem utrzymując równowagę na stromym podejściu. Mogła przysiąc, że słyszała czyjeś głosy i ciche nawoływania, niosące się po górach. Zaklęła głośno, gdy jej stopa obsunęła się na luźnym kamieniu. Na szczęście jedynie otarła biodro o skałę. Zagryzła wargi i ruszyła znowu pod górę. Kolejne przekleństwa cisnęły się jej na usta. To wszystko przez to, że chciała lepiej przyjrzeć się tym sodomitkom. Z góry wyglądały jak nimfy z jakiegoś pogańskiego mitu. Splecione w miłosnym uniesieniu i nieświadome niczego wokół. Czuła, że musi opowiedzieć o tym przełożonej, ale na chwilę obecną już samo dotarcie się do odległego monastyru, graniczyło z cudem. Była naga, samotna i bezbronna. Pozbawiona dającego poczucie bezpieczeństwa habitu, czuła się być zdaną na łaskę i niełaskę każdej spotkanej osoby.
W końcu udało się jej wyjść na skraj zagajnika. Oślepiona słonecznym blaskiem, przysłoniła oczy, gdy zza drzew wyłoniły się trzy bure sylwetki. Cała trójka z uśmiechem patrzyła, jak brudna i podrapana idzie w ich stronę.
– To jak będzie? – spytała najstarsza z nich.
– Nikomu nie powiem – powiedziała w końcu z bólem.
– Nawet na spowiedzi – Lucia dopowiedziała, mierząc ją wzrokiem.
– Nawet. Ani słowa – powiedziała w końcu – oddacie mi rzeczy?
Po chwili w jej stronę poszybowała lniana bielizna i habit. Georgina podeszła do niej z dziwnym uśmiechem. Widocznie czekała, aż Sofia ubierze się całkiem.
– Wiem, że podobało ci się to, co z góry zobaczyłaś – wyszeptała jej na ucho.
Nie skłamała.
Koniec
I jeszcze kilka słów od autora na koniec.
Szesnastowieczne szklane dildo i to jeszcze w klasztorze! Toż tak nie mogło być. No cóż, mogło. Ludzie, jeśli chodzi o wkładanie sobie różnych przedmiotów, wykazywali się inwencją. Do tego stopnia, że w Anglii XVI wieku pojawiały się poematy przestrzegające mężczyzn, że mogą zostać zastąpieni w sypialni przez włoskiego wyrobu seks-zabawki. Podobnie, jak bieżąca, choć kiepsko woda, brak bielizny u kobiet i kilka innych elementów tej historii.
Frogg
Jak Ci się podobało?