Dalsze losy mamy policjantki (I)

14 października 2026

15 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Niedawno natknąłem się na opowiadanie autora dan8866, lecz zostało pozostawione bez jakiegoś bardziej sensownego zakończenia, stąd decyzja i chęci by napisać dalsze losy bohaterów. Domyślam się ze nie każdemu mogą one przypaść do gustu ale kiedyś musi być ten pierwszy raz ;)

Deszcz bębnił o szybę rytmicznie, jakby wyznaczał tempo czemuś, czego Jarek jeszcze nie rozumiał. Klucz przekręcił się w zamku furtki z cichym kliknięciem. Audi jego matki stało na podjeździe, krople wody perliły się na granatowym lakierze.

Pewnie skończyła wcześniej, pomyślał, kopiąc mokre liście. Albo wpadła tylko na chwilę.

Drzwi wejściowe otworzyły się bezgłośnie. W przedpokoju ściągnął buty, jednocześnie nasłuchując. Nic. Tylko szum deszczu za oknem. Postawił stopę na pierwszym stopniu schodów, gdy usłyszał to po raz pierwszy.

Jęk.

Krótki, urwany, dochodzący z piętra. Jarek zamarł. Wsłuchał się tak mocno, że aż zabolały go uszy. Cisza. Może mu się wydawało. Może to telewizor. Ruszył dalej, stawiając stopy ostrożnie, jakby podłoga mogła go zdradzić. I wtedy usłyszał to ponownie.

– O kuuuuurwa taaaak.

Głos jego matki. Niski, przeciągły, kompletnie obcy. Serce Jarka zaczęło tłuc się o żebra jak oszalałe. W głowie eksplodowały tysiące myśli naraz. Czy ona jest z kimś? Ojca nie ma. Masturbuje się? Powinienem dać znać, że wróciłem?

Zamiast tego wspinał się dalej, stopień po stopniu, modląc się, żeby żaden nie skrzypnął. Im bliżej był uchylonych drzwi sypialni rodziców, tym wyraźniejsze stawały się dźwięki. Uderzenia. Rytmiczne, wilgotne, przerywane sapnięciem. I ten drugi oddech. Kogoś innego.

Bardzo powoli, milimetrowo, wychylił głowę.

To, co zobaczył, sprawiło, że krew odpłynęła mu z twarzy i natychmiast napłynęła gdzie indziej. Agnieszka klęczała na łóżku, całkiem naga, z plecami wygiętymi w łuk. Jej blond pasemka były rozrzucone, częściowo zasłaniały twarz. Za nią, obejmując jej biodra, klęczał chłopak. Młody. Kurwa, w moim wieku.

Jego dłonie zaciskały się na jej skórze, zostawiając białe ślady, które natychmiast czerwieniały. Wchodził w nią raz po raz, a jej piersi falowały w rytm każdego pchnięcia. Usta miała otwarte, wargi wilgotne, wydawała z siebie dźwięki, których Jarek nigdy nie słyszał i które zapadły mu się gdzieś głęboko w trzewia.

Chciał wbiec do środka. Odciągnąć tego gnojka. Zrobić cokolwiek. Ale nogi miał jak zabetonowane, a oczy nie chciały się zamknąć. To się dzieje naprawdę. Ostrożnie, niemal bezszelestnie, rozpiął zamek spodni.

Agnieszka odwróciła głowę przez ramię. Uśmiechnęła się do swojego kochanka — uśmiechem, którego Jarek nie znał.

– Achhh czekaj…

Odsunęła go ruchem dłoni, a potem obróciła się i popchnęła go na plecy. Zgrabnie, jakby robiła to setki razy, usiadła na nim okrakiem. Jej palce objęły jego erekcję, nakierowały, a potem opadła na niego jednym płynnym ruchem. Oparła dłonie na jego torsie i zaczęła się poruszać.

Jarek patrzył, jak jego matka ujeżdża chłopaka. Jej tyłek pracował szybko, precyzyjnie, mięśnie napinały się i rozluźniały pod skórą. Zarzuciła włosami, odsłaniając twarz — policzki miała zaróżowione, oczy półprzymknięte. Wyglądała… niesamowicie. Pierś miała pełną, ciężką, sutki sterczące. Chłopak chwycił je w dłonie, ścisnął, a Agnieszka jęknęła głośniej.

Jarek przesuwał dłonią po sobie w tym samym rytmie, w jakim jego matka poruszała biodrami. Jak on tyle wytrzymuje? Był blisko, bardzo blisko. I wtedy spojrzał na jej twarz.

W jej włosach, przy skroni, błyszczały sklejone kosmyki. Białe. Sperma.

Musieli to robić już wcześniej. Spuścił się jej na twarz, a potem… znowu. Zazdrość ścisnęła go za gardło, ale nie stłumiła podniecenia. Wręcz przeciwnie.

I wtedy ich oczy się spotkały.

Jarek zamarł. Dłoń znieruchomiała. Czas rozciągnął się w nieskończoność — sekunda, dwie, trzy. Matka patrzyła na niego znad ramienia kochanka, który wciąż był zanurzony w niej po nasadę. Jej twarz nie wyrażała zaskoczenia. Ani gniewu. Ani wstydu.

Agnieszka uniosła dłoń. Przyłożyła palec wskazujący do ust.

– Ciii…

Uśmiechnęła się. Do niego. Jarek poczuł, jak coś się w nim przewraca.

Potem znów spojrzała na kochanka. Pochyliła się nad nim tak, że jej piersi otarły się o jego tors, i wpiła usta w jego wargi. Nie całowali się jak dorośli. Całowali się jak nastolatki na dyskotece — same języki, wirujące, liziące się nawzajem, śliskie i głośne. Agnieszka odchyliła głowę pod kątem, który dawał synowi idealny widok.

Robi to specjalnie.

Nie miał wątpliwości. I to właśnie ten widok — jego matka liżąca się z chłopakiem w jego wieku, język na języku, ślina na wardze — dokończył go. Jarek stłumił jęk, zaciskając zęby, a sperma trysnęła mu na podłogę korytarza. Dużo. Za dużo, jakby zbierało się w nim od lat.

Opadł plecami na ścianę, dysząc. Serce waliło jak młot. Rozejrzał się po sypialni — ubrania porozrzucane na podłodze, jej jeansy z kaburą przy pasku, seksowne figi na łóżku, stanik na poduszce. Kabura. Boże, ona jest w pracy. Wyszła z pracy.

– Zaraz dojdę… — sapnął kochanek.

Agnieszka uśmiechnęła się, patrząc na niego z góry.

– Gdzie chcesz trysnąć, kochany?

Kochany? Jarek poczuł ukłucie gdzieś pod mostkiem. Oni są parą?

– Na twarz — odpowiedział krótko, ciężko łapiąc powietrze.

Agnieszka po raz ostatni spojrzała na syna. Jarek już znowu się masturbował, nie mogąc się powstrzymać, jakby jego ręka miała własną wolę. Matka zsunęła się z kochanka, ustawiła bokiem na łóżku — ustawiła tak, by Jarek miał idealny widok. Chłopak wstał, stanął nad nią, a Agnieszka klęczała, twarzą na wysokości jego bioder.

Jarek patrzył, jak obcy chłopak walczy na twarz jego matki. Ramię pracowało szybko, dłoń przesuwała się po trzonie, a Agnieszka patrzyła na niego z dołu, z ustami otwartymi i oczami błyszczącymi.

Trysnęli niemal w tej samej chwili. Jarek znów na podłogę, zaciskając zęby tak mocno, że aż zabolała go szczęka. Chłopak — na twarz Agnieszki. Białe krople spadły na jej policzek, usta, spłynęły po brodzie na szyję i dekolt. Nie otarła tego. Przez moment po prostu klęczała, pozwalając, żeby spływało.

Kochanek odwrócił głowę w bok.

Jarek zdążył się schować.

Wycofał się do schodów, stawiając kroki równie ostrożnie jak wcześniej, i cicho wszedł na drugie piętro. Zza drzwi dobiegały strzępy rozmowy.

– Dobra, starczy. Ja muszę jeszcze do pracy wrócić…

– Okej…

– Podaj mi stanik…

Zamknął drzwi swojego pokoju. Oparł się o nie plecami i osunął na podłogę. Włączył komputer, ale patrzył tylko w ekran, nie widząc pulpitu. Cała scena doganiała go falami — jej oczy, jej palec na ustach, ten uśmiech.

Piętro niżej puściła się woda. Szum prysznica. Jarek zamknął oczy. Ciekawe czy kąpią się razem. Czy ją dotyka. Czy znowu ją pieprzy. Obrazy wystrzeliły mu w głowie z prędkością światła — para, jej ciało pod strumieniem, jego dłonie na jej plecach, na jej tyłku, palce między jej nogami. Zaczął znowu. Szybko, łapczywie, do samego końca.

Potem nastała cisza. Parę minut później usłyszał cichy warkot silnika. Audi zjechało z podjazdu.

Zostawił komputer włączony, a sam patrzył na drzwi. Wieczorem wróci. Usiądą do kolacji. Weźmie widelce do ręki.

Ciekawe, jak ona to rozegra.

I wtedy, na dole, otworzyły się drzwi wejściowe. Za wcześnie. Znacznie za wcześnie. Kroki na schodach — pewne, spokojne, po dwa stopnie naraz. Jarek wyprostował się na krześle, gdy za drzwiami jego pokoju rozległo się ciche pukanie.

– Jarek? — Głos matki był miękki, niemal rozbawiony. — Wiem, że nie śpisz. Otwórz. Musimy porozmawiać.

Drzwi otworzyły się, zanim Jarek zdążył wstać z krzesła.

Agnieszka stała w progu — luźna koszula z podwiniętymi rękawami, czarne legginsy, wilgotne włosy przyklejone do skroni. Twarz bez makijażu. Żadnego śladu tamtej kobiety z sypialni. Wyglądała jak po treningu. Jak matka, która wraca z siłowni i pyta, czy odrobił lekcje.

– Możemy pogadać? – Weszła, nie czekając na odpowiedź. Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. – Tylko spokojnie, dobrze?

Skinął głową. Głosu by nie poznał. Gardło miał zaciśnięte tak mocno, że każde słowo musiałoby się przez nie przeciskać jak przez wąską rurę.

Usiadła na skraju łóżka, splotła dłonie na kolanach. Przez chwilę wpatrywała się w podłogę — w ten sam parkiet, po którym chodził boso, gdy był dzieciakiem. Jakby szukała tam słów, których nie zamierzała użyć.

– To, co widziałeś… – zaczęła. – Nie powinnam była na to pozwolić. To był błąd.

– Mamo…

– Nie. Posłuchaj. – Uniosła wzrok. Oczy miała twarde, zupełnie inne niż tamte oczy znad ramienia kochanka. – Kuba to syn kolegi z pracy. Miał mi pomóc coś przynieść. Jedno spojrzenie za dużo, jedno słowo za dużo i… stało się. Nie będę cię okłamywać. Ale to się nie powtórzy.

– Obiecujesz.

– Tak.

Wstała. Podeszła do niego, musnęła dłonią jego włosy — dokładnie tak, jak wtedy, gdy był mały i nie mógł zasnąć po koszmarach. Ciepła dłoń. Znajomy gest. A pod nim wszystko inne, obce.

– Zapomnij o tym. Proszę. Dla dobra nas wszystkich.

Skinął głową. Postawiła sprawę jasno i uznała ją za zamkniętą. Jak zawsze. Zamknęła drzwi i wyszła, a on został sam ze swoim oddechem i ciszą, która nagle wydała się zbyt głośna.

Tamtej nocy nie spał.

Przez ścianę słyszał jej kroki. Szum wody. Kroki. Więc ona też nie spała — ale nie przyszła. Leżał na plecach i patrzył w sufit, a każde skrzypnięcie podłogi po drugiej stronie ściany rozciągało się w jego głowie w nieskończoność. Rano krzątała się po kuchni w szlafroku, jakby nic się nie stało. Zrobiła mu kanapki. Spytała, czy ma wszystko na jutro. Wróciła do pracy. Wrócił do szkoły.

Trzy dni normalności, tak starannie odtwarzanej, że aż mdliło.

Czwartego dnia rano zobaczył SMS-a: Zostań dziś dłużej na treningu. Wrócę później.

Wrócił wcześniej.

Nie planował tego. Nogi same poniosły go w stronę domu, gdy zobaczył audi na podjeździe. Tym razem nie padało — parne popołudnie, powietrze stało nieruchomo w ogrodzie, trawa pachniała przesuszona. Klucz przekręcił się w zamku cicho.

W przedpokoju usłyszał jej śmiech. Niski, swobodny. Potem drugi głos. Ten sam.

Kuba.

Nie skradał się po schodach. Coś w nim pękło, a może wręcz przeciwnie — zacisnęło się. Szedł prosto do uchylonych drzwi sypialni i przystanął w nich, nie kryjąc się.

Agnieszka leżała na plecach, naga. Kuba klęczał między jej nogami, także nagusieńki, z tym swoim chłopięcym, bezczelnym uśmiechem, który Jarek zapamiętał na zawsze. Ślizgał dłonią po jej brzuchu, w dół, między uda, i patrzył jej w oczy.

– Kto to? – spytał, nie odwracając głowy.

Przekręciła twarz w stronę drzwi. Przez moment coś przemknęło jej po twarzy — nie zaskoczenie. Coś bardziej gorzkiego. Jakby czekała, że i tak tu będzie.

– Mój syn – powiedziała spokojnie. – Chodź, usiądź.

– Mamo, ty obiecałaś…

– Wiem, co obiecałam. – Usiadła, podciągnęła kolana, objęła je ramionami. – Ale obiecałam ci coś, czego nie mogę dać. Nie mogę udawać, że tamten wieczór się nie zdarzył. Ty i tak wszystko widziałeś.

– Wypierdalaj stąd – powiedział Kuba, wstając. – To nie twoja sprawa.

– To jego dom – wtrąciła Agnieszka, nie odrywając wzroku od syna. – Jarek, chodź. Usiądź na krzesło. Proszę.

Coś w jej tonie nie znosiło sprzeciwu. Wszedł. Usiadł przy biurku, plecami do ściany, twarzą do łóżka. Czuł, jak własne ciało go zdradza — dłonie drżały, spodnie były ciasne.

Kuba wzruszył ramionami i wrócił na łóżko. Pochylił się nad Agnieszką, pocałował ją w szyję, potem niżej — w obojczyk, w mostek. Jego dłoń zsunęła się między jej nogi i Agnieszka jęknęła, wygięła plecy.

– Patrz – powiedziała cicho, nie do Kuby, lecz do Jarka. – Po prostu patrz. Nie musisz nic robić.

Nie mógł oderwać oczu.

Kuba ułożył się na plecach i pociągnął ją za sobą. Agnieszka wsiadła na niego okrakiem — tak jak tamtego dnia, tyle że teraz wolniej, z namysłem. Oparła dłonie na jego torsie i zaczęła się poruszać, falami, jakby chciała, żeby każdy ruch był widoczny. Jej piersi kołysały się ciężko, sutki sterczały, skóra na brzuchu napinała się przy każdym uniesieniu bioder.

– Dobrze ci? – spytał Kuba, chwytając ją za tyłek.

– Bardzo dobrze – odpowiedziała, patrząc na Jarka. – A tobie, synku?

Nie odpowiedział. Gardło miał ściśnięte.

Kuba zaśmiał się cicho i przyciągnął ją do siebie. Zaczęli się całować — znów te języki, śliskie, głośne, wirujące. Agnieszka odchyliła głowę tak, żeby Jarek widział, jak ślina ciągnie się między ich wargami. Jej biodra nabrały tempa.

– Powiedz mu – mruknął Kuba w jej ucho, dość głośno, żeby Jarek usłyszał.

Zwolniła. Spojrzała na syna.

– Jarek. – Głos miała niski, miękki, niemal czuły. – Kuba jest w twoim wieku. Ma osiemnaście lat.

Krew odpłynęła mu z twarzy.

– Mamo…

– I tak mnie pieprzy, że zapominam, ile mam lat. – Uśmiechnęła się tym samym uśmiechem, co wtedy znad ramienia kochanka. – Chcę, żebyś to zobaczył. Całego. Chcę, żebyś zapamiętał, jak wyglądam, kiedy robię to, na co mam ochotę.

– Dlaczego? – wykrztusił.

– Bo jesteś moim synem – powiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało. – I bo chcę, żebyś wiedział, kim naprawdę jestem. Nie tą, którą widzisz przy obiedzie.

Kuba chwycił ją za biodra i przyśpieszył. Jęknęła, przechyliła się do przodu, dłonie wpiła w jego tors. Oddech stał się krótki, urywany, w rytm każdego uderzenia.

– Zaraz… – sapnęła.

– Nie teraz. – Zatrzymał ją ruchem dłoni i zsunął z siebie. – Chodź tu.

Popchnął ją delikatnie na plecy i uklęknął między jej nogami. Spojrzał na Jarka.

– Patrz uważnie.

Wsunął się w nią jednym ruchem, a Agnieszka krzyknęła — nie z bólu, z ulgi. Chwyciła prześcieradło obiema dłońmi, pięści zacisnęły się na tkaninie. Kuba zaczął się poruszać, mocno, rytmicznie, a każde pchnięcie odbijało się echem w ciszy pokoju. Skóra uderzała o skórę. Łóżko skrzypiało. Agnieszka oddychała przez zęby, oczy miała zamknięte, policzki czerwone.

Jarek patrzył. Ręce na kolanach, splecione tak mocno, że aż białe knykcie. Nie ruszył się.

– Spójrz na mnie – powiedziała Agnieszka, otwierając oczy. – Nie zamykaj oczu. Chcę, żebyś to widział.

Kuba przyspieszył. Jego oddech stał się głośny, urywany. Agnieszka objęła go nogami w pasie i przyciągnęła do siebie.

– W środku – wyszeptała. – Tym razem w środku.

Jarek usłyszał własny oddech — głośny, nierówny, jakby to on był na tym łóżku. Spodnie miał tak ciasne, że ledwo wytrzymywał. Ale nie dotknął się. Nie mógł. Nie przy niej.

Kuba doszedł z cichym stęknięciem, wbijając się w nią do końca. Agnieszka objęła go ramionami, przytrzymała, a jej ciało drgnęło jeszcze dwa, trzy razy. Potem opadła na materac, rozłożona, dysząca, z uśmiechem na ustach.

Przez długą chwilę nikt się nie odzywał.

Kuba wstał, sięgnął po swoje spodnie.

– Możesz już iść – powiedziała w końcu do Jarka. – Ale zapamiętaj to sobie. Obiecanki to jedno. Ja jestem kimś innym.

Wstał. Nogi miał jak z waty. W drzwiach odwrócił się jeszcze. Matka podniosła głowę i spojrzała na niego — bez wstydu, bez wahania.

– Zamknij drzwi – powiedziała. – I nie mów ojcu.

Zamknął.

Wrócił do swojego pokoju i osunął się na łóżko, twarzą do sufitu. Serce waliło mu gdzieś w gardle, spodnie miał mokre od potu, a jednak nie sięgnął ręką w dół. Leżał tak, aż z dołu dobiegł stukot drzwi wejściowych, potem ciche głosy, potem warkot silnika.

Kuba wyszedł.

Jarek patrzył w sufit, dopóki nie usłyszał kroków na schodach. Nie zatrzymały się przy jego drzwiach. Minęły je i poszły dalej — do łazienki. Szum wody.

Więc znowu się kąpie.

Ta myśl uderzyła go z podwójną siłą: raz jako obrzydzenie, raz jako podniecenie. Zacisnął zęby i wstał. Wahał się przy drzwiach dobrych parę sekund, aż wreszcie nacisnął klamkę.

Przeszedł korytarz boso, po cichu — nie po to, by się kryć, ale żeby nie zdradzić, że idzie. Łazienka była uchylona. Para buchała przez szparę, ciepła i wilgotna, niosła zapach jej żelu i czegoś jeszcze, metalicznego, co znał z własnego ciała.

Stanął w progu.

Agnieszka stała w kabinie tyłem do niego, twarzą do strumienia. Woda spływała jej po plecach, po łopatkach, wzdłuż kręgosłupa, i znikała w rozstępie pośladków. Włosy miała ściągnięte w ciasny kok, wilgotne pasemka przy szyi ciemniały od wody. Nie usłyszała go — albo udawała, że nie usłyszała.

– Mamo.

Nie drgnęła. Sięgnęła po mydło, zaczęła je rozprowadzać po ramionach, po piersiach, ruchem powolnym, okrężnym.

– Wiem, że stoisz – powiedziała w końcu. – Zamykaj drzwi, bo się para rozejdzie.

Zamknął.

– Czego chcesz, Jarek?

– Chcę zrozumieć.

Odwróciła się powoli. Woda leciała jej teraz na twarz, spływała po policzkach, po brodzie, po szyi. Oczy miała otwarte — nie uśmiechnięte, nie twarde. Zmęczone.

– Niczego nie zrozumiesz – powiedziała. – Bo w tym nie ma nic do zrozumienia. Jest tylko to, co lubię. I to, czego nie chcesz widzieć.

– Widziałem już.

– Widziałeś – zgodziła się. – A nie uciekłeś. Ani razu. – Spojrzała na jego spodnie, potem znów na twarz. – I teraz też nie uciekłeś.

Nie odpowiedział.

Agnieszka wyciągnęła rękę i zakręciła wodę. Cisza nagle stała się gęsta, jakby ktoś zgasił radio w środku piosenki. Ociekająca, naga, zrobiła krok w jego stronę. Zatrzymała się na krawędzi kabiny.

– Powiedz mi, że tego nie chcesz – rzekła. – Powiedz mi, że masz dość, że mnie nienawidzisz, że to ostatni raz, kiedy stajesz w tych drzwiach. Powiedz to, a więcej mnie w takim stanie nie zobaczysz. Nigdy.

Gardło miał suche jak papier.

– Nie mogę – wyszeptał.

Agnieszka wyciągnęła dłoń — nie po niego, tylko po ręcznik. Owinęła się nim i wyszła z kabiny, przeciskając się obok niego tak blisko, że poczuł na ramieniu wilgoć jej skóry.

– To nie tak, że ci to daję – powiedziała cicho, przy drzwiach. – To tak, że nie umiem ci tego zabrać. – Odwróciła głowę. – Ale jeśli kiedyś tego pożałujesz, to będzie twoja wina, nie moja. Zapamiętaj to.

Wyszła.

Jarek stał sam w zaparowanej łazience, patrząc na własne odbicie w lustrze, rozmyte, nieostre. Nie wiedział, ile minęło — minut, może kwadransa. Woda kapała z kabiny na kafelki. Gdzieś w domu Agnieszka krzątała się, otwierała szafy, szuflady, normalna, codzienna, jakby przed chwilą nie powiedziała mu tego wszystkiego.

Wrócił do pokoju.

Usiadł na łóżku i po raz pierwszy od trzech dni naprawdę spojrzał na telefon. Na ekranie mrugał nieprzeczytany SMS.

Numer nieznany.

Kuba. Widziałem was dzisiaj. Zostaw ją w spokoju, albo pogadamy inaczej.

Jarek patrzył na te słowa długo, aż litery zaczęły mu się rozjeżdżać przed oczami. Potem usłyszał z dołu jej kroki — zmierzały w stronę kuchni. Normalne. Codzienne. Zatrzymały się przy stole. Coś stuknęło o blat.

I wtedy telefon zawibrował ponownie. Ta sama konwersacja, jedna linijka niżej:

PS Twoja matka uwielbia, jak się o nią kłócą.

Jarek odłożył telefon na biurko, ekranem do dołu. Nie odpisał. Nie musiał — palce same zacisnęły się na krawędzi blatu, a w głowie zamiast odpowiedzi pojawiło się jedno pytanie, które bolało bardziej niż wszystko, co zobaczył tego popołudnia: czy ona o tym wiedziała?

253
7.83/10

Fabuła

8/10

Erotyka

7.5/10

Warsztat

8/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Konstrukcja, prowadzenie historii, zakończenie.
Atrakcyjność scen erotycznych, napięcie, zmysłowość, sposób przedstawienia intymności.
Język, styl, dialogi, interpunkcja, technika pisania.

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.