Ilustracja: Drew Rae

Iza i Tomek (XIX)

18 kwietnia 2026

Opowiadanie z serii:
Iza i Tomek

1 godz 19 min

Wrzucam kolejny odcinek i będzie ciekawie, intensywnie, a na pewno nieprzewidywalnie.
Nie mogę doczekać się Waszych opinii, więc śmiało piszcie o swoje wrażeniach, ponieważ zamierzam ten wątek jeszcze trochę pociągnąć.

Iza rozpoczęła urzędowanie z przytupem, co od razu wpłynęło na warunki pracy i wizerunek szkoły. Projekty, nowoczesne formy kontaktu z rodzicami i ofensywa inwestycyjna z miejsca zjednały jej kadrę pedagogiczną. Szkoła zaczęła pachnieć świeżą farbą, a na korytarzach czuć było powiew nowej energii. Starostwo, które do tej pory z niemal rytualną bezradnością rozkładało ręce przy każdym wniosku o fundusze, nagle doznało olśnienia. Dziwnym trafem w wiecznie pustej kasie zaczęły odnajdywać się pieniądze na każdy jej postulat. Urok, determinacja i specyficzna siła perswazji nowej pani dyrektor działały bezbłędnie – lokalni decydenci po prostu nie potrafili jej odmówić.

I tak pewnego wieczoru Iza wyskoczyła z propozycją, która wprawiła mnie w konsternację. Chciała, bym poprowadził szkolenie dla nauczycieli podczas rady pedagogicznej. Musiała zorganizować przynajmniej trzy takie rady w roku.

– Iza, serio? – mruknąłem, próbując od razu uciąć temat.

Nie uśmiechało mi się stawać przed ludźmi, z których połowę znałem z widzenia, a z częścią od lat łączyły mnie kumpelskie układy.

– Zgódź się, proszę – wierciła mi dziurę w brzuchu, widząc, że naprawdę chcę się wykręcić. – Zaoszczędzę pieniądze, które będę mogła wydać na pomoce naukowe, a ty zrobisz to sto razy lepiej niż te zewnętrzne firmy, które tylko żerują na budżetach oświatowych. Sam wiesz, jak to wygląda: przyjeżdża ktoś z laptopem, odczytuje slajdy, a nauczyciele marzą tylko o tym, żeby ten spektakl nudy wreszcie się skończył.

– No właśnie, dlatego nie chcę – broniłem się zaciekle. – Wiem, jak podchodzicie do szkoleń. Nie mam najmniejszej ochoty produkować się przed bandą znudzonych belfrów, którzy pod stolikami będą ukradkiem scrollować smartfony.

– Przy tobie? – mruknęła, uśmiechając się półgębkiem z tym zadziornym spojrzeniem. – Znam twoje metody… i wiem, jak potrafisz przykuć uwagę.

Zgodziłem się.

Tydzień później Iza wprowadziła mnie do pokoju nauczycielskiego i przedstawiła:

– Dzień dobry wszystkim – zaczęła z promiennym uśmiechem, omiatając wzrokiem salę. – Dzisiaj, zamiast wykładu zrobionego przez naszą „ulubioną” firmę, w ramach eksperymentu postawiłam na dobrze sprawdzony model współpracy.

Po sali przeszedł cichy szmer rozbawienia. Większość osób znała mnie od lat, a jeśli nie, to na pewno sporo słyszeli  o mężu nowej dyrektorki.

– Tomek pokaże wam, jak rozbroić agresywnego rodzica i nie zwariować przy trudnym uczniu. A ponieważ robi to zabójczo skutecznie, ja się ulotnię. Mam wystarczająco dużo szkoleń w domu i wierzcie mi – jego metody dydaktyczne bywają doprawdy intrygujące.

W sali wybuchła salwa śmiechu zmieszana z lekkim poruszeniem.

– Zatem – rzuciła przez ramię, zmierzając w stronę wyjścia. – Oddaję was w jego ręce. I traktujcie go dobrze, bo jeśli wróci do domu w kiepskim humorze, to wiecie co zrobię …

Wyszła, zamykając za sobą drzwi, zostawiając mnie sam na sam z trzydziestką pedagogów, którzy patrzyli na mnie z nowym, bardzo „niesłużbowym” zaciekawieniem. Zbaranieli, bo przyszedłem bez laptopa, bez rzutnika i nie zacząłem od sztywnego: „Szanowni Państwo” ani od wypranego z emocji korporacyjnego bełkotu o „efektywnym zarządzaniu stresem”. Po prostu usiadłem na brzegu biurka i od razu skróciłem dystans do zera:

– No dobrze… Wszyscy już wiecie, że sypiam z waszą szefową, więc ten temat mamy z głowy. Przejdźmy do konkretów.

Poczekałem, aż opadnie fala rechotu i uderzyłem ponownie, tym razem prosto w ich codzienność:

– Wiem też, że roszczeniowi rodzice to ból w tyłku, a durne przepisy dobijają was szybciej niż brak podwyżek. Więc jak, do cholery, w ogóle znajdujecie w sobie resztki ochoty, żeby rano wstać z łóżka i uprawiać ten zawód?

Spodobało im się to, że nie udawałem eksperta z zewnątrz, który chce ich pouczać.  Mówiłem prostym językiem, nie unikając łagodnych przekleństw, nazywając rzeczy po imieniu, bez naukowego bełkotu i owijania w bawełnę. Poczuli, że stoi przed nimi facet, który rozumie ich frustrację i nie zamierza marnować czasu na puste frazesy. W sali zapadła cisza, ale tym razem nie była to cisza lekceważenia, lecz autentycznego skupienia – telefony zostały w kieszeniach.

– Komunikacja to w dziewięćdziesięciu procentach ciało. Możecie mówić najmilsze rzeczy, ale jeśli wasza postawa krzyczy: „jestem taki słaby, boję się ”, rodzic to wyczuje w sekundę. Potrzebuję ochotnika. Będę wściekłym rodzicem, który dowiedział się, że jego syn ma same jedynki z fizyki.

Zgodnie z przewidywaniami, w sali zapadła martwa cisza. Doświadczeni pedagodzy nagle zaczęli z niezwykłą pasją studiować swoje notatki, a ci z tylnych rzędów niemal zniknęli pod blatami.

– Serio? – uśmiechnąłem się rozbrajająco. – Nikt nie chce się sprawdzić w bezpiecznych warunkach?

Wtedy, zupełnie niespodziewanie, z samego końca sali podniosła się ręka. Chwilę później wstała dziewczyna o ciemnych włosach związanych w luźny kok.

– Ja spróbuję – rzuciła pewnie, idąc w moją stronę z zawadiackim uśmiechem.

– Witamy odważną ochotniczkę! – zawołałem. – Jesteś…?

– Klaudia. Miesięczna praktyka pedagogiczna – dokończyła, nie tracąc pewności siebie. – Drugi rok magisterki. Więc technicznie jeszcze nie nauczycielka, ale mentalnie już prawie.

Miała na sobie dżinsy i białą koszulę nonszalancko wpuszczoną w spodnie, co tylko podkreślało zgrabną, wysportowaną figurę. Kiedy stanęła obok, poczułem od niej powiew świeżości i ten rodzaj studenckiego entuzjazmu, którego system nie zdążył jeszcze stłamsić. Patrzyła mi prosto w oczy bez śladu tremy. Była najmłodsza w sali, ale miała w sobie więcej ikry niż całe grono pedagogiczne razem wzięte.

Uważaj, chłopie – pomyślałem z rozbawieniem.

– Klaudia, nasza odważna praktykantka – przedstawiłem ją, a po sali przeszedł szmer uznania zmieszany z ironicznymi uśmieszkami starszych stażem nauczycielek.

– Dobrze. Scenariusz jest prosty: ja jestem „trudnym rodzicem”, a ty masz mnie uspokoić samą postawą ciała. Gotowa na eksperyment?

– Zawsze – odparła, pakując ręce do kieszeni spodni i mierząc mnie rozbawionym wzrokiem. – Nie oszczędzaj mnie.

Poczułem, że to nie będzie zwykła scenka. Klaudia miała w sobie iskrę, która sprawiła, że szkolenie nagle stało się o wiele ciekawsze, niż planowałem. Nie zamierzała tylko stać i czekać na instrukcje. Zanim zdążyłem wejść w rolę, zrobiła krok w moją stronę i zmrużyła oczy.

– Zanim zaczniemy ten teatr, muszę wiedzieć jedną rzecz – zaczęła, przeszywając mnie bezczelnym, ironicznym spojrzeniem. – Mam się przygotować na wizytę roszczeniowej mamusi, czy może do szkoły pofatyguje się „tatuś-rodzic”? Bo to, panie trenerze, diametralnie zmienia moją strategię obronną.

– Tatuś. I to taki bardzo niewypoczęty i wyjątkowo roszczeniowy. – Posłałem jej szeroki uśmiech, przyjmując to nieme wyzwanie. – No to jak, Klaudia? Dalej taka odważna?

Parsknęła śmiechem, po czym, ku całkowitemu osłupieniu zgromadzonych, rzuciła krótkie:

 – No, to muszę użyć cięższych argumentów.

Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować rozplątała kok, pozwalając, by kaskada włosów opadła jej na ramiona. Potem jej dłoń powędrowała do koszuli. Pewnym ruchem rozpięła trzy guziki, pozwalając, by materiał rozchylił się, odsłaniając linię obojczyków i kuszący zarys dekoltu. Starsze nauczycielki wstrzymały oddech, ale panowie, a szczególnie wuefiści siedzący pod drzwiami ryknęli z zachwytu.

 — Dobra jest! — krzyknął jeden, a reszta skwitowała to głośnym gwizdem i entuzjastycznym: Szacun, młoda!

Przez salę przetoczyła się salwa śmiechu, a po chwili wybuchły gromkie brawa. Klaudia, pławiąc się w atmosferze podziwu, posłała mi wymowny uśmiech, mrugnęła okiem i niespiesznie zapięła guziki – zostawiając jednak ten jeden, ostatni, prowokacyjnie rozpięty.

– No… tatuśku. Zapraszam. Co tam panu nie pasuje w ocenach syna? – rzuciła wyzywając mnie wzrokiem na oczach całej sali.

Patrzyłem na nią i chociaż trzymałem twarz w ryzach profesjonalnego dystansu, pod skórą poczułem uderzenie gorąca. Smarkula była niesamowita. W jej spojrzeniu czaiło się coś, co brutalnie rozjechało ramy niewinnego szkolenia – to nie był zapał pojętnej studentki, tylko drapieżna ciekawość, którą aż za dobrze znałem u Izy. Klaudia nie zamierzała odklepać scenki. Ona rzuciła mi rękawicę, sprawdzając, jak daleko może się posunąć i jak zareaguję na bezczelny pokaz pewności siebie. Kiedy śmiech na sali ucichł, zrobiłem krok w jej stronę, skracając dystans do granicy komfortu. Mój głos stał się twardy, nieprzyjemny – wszedłem w rolę wściekłego ojca z całą mocą zawodowego doświadczenia.

– To są jakieś żarty, pani Klaudio? – huknąłem, niemal naruszając jej przestrzeń osobistą. – Mój syn tyle się uczy, a pani mu wpisuje same jedynki, bo co? Czy pani wie, z kim pani rozmawia? Moje podatki idą na pani pensję, a pani tu sobie urządza teatrzyk!

Sala zamarła. To już nie był żart, to była czysta agresja, którą oni znali aż za dobrze. Klaudia jednak nawet nie mrugnęła. Nie cofnęła się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie – wyprostowała się, a jej wzrok stał się spokojny, wręcz lodowaty, co w połączeniu z młodą twarzą dawało piorunujący efekt.

– Panie Kowalski – zaczęła głosem tak opanowanym, że aż nienaturalnym. – Rozumiem pana zdenerwowanie, sukcesy syna są dla pana ważne. Ale nie pozwolę na taki ton w tej placówce. Proszę usiąść albo wyjść i wrócić, kiedy będzie pan gotowy na merytoryczną rozmowę. I proszę pamiętać, że takim zachowaniem, szkodzi pan przede wszystkim swojemu dziecku, a ja jestem tu po to, by mu pomóc, nie by być pana workiem treningowym. Do widzenia!

Jej mowa ciała była podręcznikowa: otwarta, stabilna, pewna. Nie było w niej lęku, tylko czysta, profesjonalna asertywność, która całkowicie rozbroiła moją udawaną furię. Stałem przed nią przez chwilę w milczeniu, po czym powoli wypuściłem powietrze i uśmiechnąłem się szeroko.

– Kochani, to jest dokładnie to, o co nam chodziło – powiedziałem, zwracając się do grona i klaszcząc w dłonie.

Sala, która jeszcze sekundę temu była w ciężkim szoku, dosłownie eksplodowała. Nauczyciele wybuchli brawami, a wuefiści zrobili taki kocioł, jakby ich drużyna strzeliła gola w doliczonym czasie. Klaudia, z lekkim rumieńcem na policzkach, skłoniła się teatralnie, chłonąc każdą sekundę tego triumfu.

– Rewelacja, Klaudia. Naprawdę – powiedziałem już ciszej, podchodząc do niej, by podziękować za współpracę.

Kiedy nasze dłonie spotkały się w uścisku, nie puściła mojej ręki od razu. Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia skleiły się, a w jej oczach dostrzegłem coś w rodzaju satysfakcji, że właśnie zdobyła moje szczególne zainteresowanie. I że doskonale o tym wie.

Szkolenie dobiegło końca, a nauczyciele opuszczali salę w rzadkim dla nich nastroju ekscytacji. Dziewczyna nie wyszła z tłumem. Czekała dyskretnie, aż odhaczę wszystkie grzecznościowe pogaduchy i uściski dłoni ze znajomymi. Stała oparta biodrem o stół, z rękami niedbale wsuniętymi w kieszenie dżinsów, obserwując mnie z boku. W jej pozie nie było już tamtej scenicznej agresji, ale wciąż bił od niej ten sam pewny siebie luz, który tak bardzo przypominał mi Izę.

– Muszę przyznać, że mi zaimponowałaś – zacząłem, ze zdziwieniem przyjmując jej twarde, nieustępliwe spojrzenie. – Mało kto potrafi ustać w pionie, kiedy ktoś na niego huczy. Skąd u ciebie taka pewność siebie?

Klaudia uśmiechnęła się, ale tym razem jej uśmiech nie miał w sobie nic z taniej, studenckiej kokieterii. Zniknął ten cały „teatrzyk”, a w jego miejsce weszło coś niepokojąco dojrzałego. Coś, co sprawiło, że poczułem, jakby to ona teraz zaczynała prześwietlać mnie.

– Bo ja nie boję się głośnych facetów – odparła z taką swobodą, jakbyśmy znali się od lat, po czym bez wahania przeszła na „ty”. – Zresztą… ty wcale nie byłeś wściekły. Byłeś ciekawy, co zrobię.

Zrobiła krok w moją stronę. Poczułem zapach jej perfum – duszny, słodki aromat, który natychmiast wypełnił mi płuca. Powoli uniosła dłoń i niby przypadkiem zaczęła poprawiać mi kołnierzyk koszuli, muskając przy tym koniuszkami palców mój tors. To było ledwie muśnięcie, krótki impuls, ale elektryzowało mocniej niż dotyk całej dłoni.

– Fajnie się z tobą walczy, Tomek, ale następnym razem postaraj się bardziej… – wypaliła hardo. – Bo na razie tylko pobudziłeś mój apetyt.

Zanim zdążyłem odbić tę bezczelną piłeczkę, do sali wparowała Iza. Okulary na nosie dodawały jej aury surowej dyrektorki, ale drapieżny uśmieszek na ustach mówił coś zupełnie innego. Omiotła nas wzrokiem z taką precyzją, jakby doskonale wiedziała, że temperatura w sali jest o wiele za wysoka jak na rangę szkolenia.

— No proszę… — zaczęła, podchodząc do nas i stukając obcasami o parkiet. — Słyszałam już, że mój „ekspert” został publicznie spacyfikowany przez praktykantkę. I to podobno przy użyciu… — zawiesiła głos, wymownie zerkając na rozpięty guzik koszuli Klaudii — wyjątkowo nieszablonowych metod perswazji.

Zatrzymała się tuż przy niej. Były niemal tego samego wzrostu, obie pewne siebie, obie emanujące siłą, choć każda w inny sposób.

– Widzę, mężu, że twoje szkolenie z mowy ciała spodobało się wszystkim, a niektórym nawet bardziej – powiedziała, kładąc mi dłoń na ramieniu, ale wzrok wciąż trzymając na dziewczynie. — Klaudia, prawda? Masz naprawdę rzadki talent. Nie sądziłam, że tak szybko uda ci się go rozpracować.

Dziewczyna nie spuściła wzroku, a jej uśmiech stał się jeszcze bardziej wyzywający.

— Pani dyrektor, umówmy się… — zaczęła z rozbrajającą pewnością siebie, rzucając mi szybkie spojrzenie. — Mowa ciała to jedyna broń, na którą żaden facet nie ma wykupionego ubezpieczenia. Nawet tacy zawodowcy jak pani mąż.

— Racja. Niektóre komunikaty są tak czytelne, że nie wymagają słów. Prawda, kochanie? — Iza przesunęła dłonią po moim ramieniu. Spojrzała na mnie z wyzywającym rozbawieniem, jakbyśmy byli w samym środku jakiegoś prywatnego przedstawienia, na które Klaudia również wykupiła bilet wstępu. Iza nie miała zamiaru z nią konkurować; ona wręcz uwielbiała, kiedy inne kobiety się mną interesowały. Widziałem po jej oczach, że bawi ją ta sytuacja. Od razu wyczuła, że jej praktykantka bezczelnie próbuje ze mną flirtować. 

— Nie mam pojęcia, o czym mówicie — mruknąłem, próbując zachować powagę, choć pod ich połączonym ostrzałem czułem się jak na przesłuchaniu, które zaczyna mi się podejrzanie podobać.

—  Ta, Jasne, panie trenerze — odparła z figlarnym błyskiem w oku. — Dzięki za dawkę adrenaliny. To było… odświeżające doświadczenie. Pani dyrektor, więcej takich szkoleń.

Wzięła swoją torebkę z ławki i wyszła z pokoju.

Spojrzeliśmy na siebie, chociaż przez chwilę nic nie mówiliśmy, powiedzieliśmy sobie wszystko.

– To był tylko eksperyment — mruknąłem, próbując przywołać na twarz profesjonalny spokój, ale wiedziałem, że przy niej to nie przejdzie. —  Skubana, podeszła mnie.

— Więc mówisz, że cię przerosła? — Iza zaśmiała się, kładąc mi obie dłonie na piersi, dokładnie tam, gdzie serce wciąż łomotało mi o żebra. — I wcale ci się nie dziwię. Smarkula ma charakterek. No i wie, jak używać tego, co dostała od natury.  Widziałam, jak na nią patrzyłeś. 

Przesunęła dłońmi w górę, aż pod mój kołnierzyk, poprawiając go z taką starannością, jakby chciała wymazać stamtąd dotyk Klaudii.

— Ale przecież ty jesteś odporny na tanie pokusy, prawda? — mruknęła, patrząc mi w oczy, próbując mnie przejrzeć na wylot.

— Tak, oczywiście. Jestem wzorem cnoty i profesjonalizmu — przytaknąłem z przesadną powagą, chociaż drwiący grymas na mojej twarzy i wzrok, który bezczelnie błądził po jej dekolcie, mówiły coś dokładnie przeciwnego.

Iza uniosła brwi, a w jej spojrzeniu błysnęło rozbawienie zmieszane z narastającym pożądaniem. Uwielbiała, kiedy z nią pogrywałem, zwłaszcza gdy w tle czaiła się inna kobieta.

— Ach, tak? — szepnęła groźnie. — Czyli twierdzisz, że ta młoda laska nie zrobiła na tobie wrażenia? Wiesz, że za taką bezczelną niesubordynację i kłamanie mi w oczy grozi bardzo surowa kara?

— Liczę na to, kochanie — wychrypiałem, kładąc jej dłonie na biodrach i przyciągając ją do siebie. — I jestem gotów ponieść każdą konsekwencję, jaką dla mnie wymyślisz. Byle była długa, męcząca i… bardzo niesprawiedliwa.

Iza zaśmiała się gardłowo, splatając dłonie na moim karku.

 

Następnego dnia wieczorem leżeliśmy na kanapie, oglądając film. Iza bawiła się kieliszkiem wina, obserwując, jak czerwony płyn osiada na szkle. Czułem, że myśli ma zaprzątnięte zupełnie czymś innym.

— Klaudia o ciebie pytała — rzuciła od niechcenia, nie odrywając wzroku od szkła.

— Tak? I co chciała? — zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał równie obojętnie, choć poczułem pod skórą nagłe uderzenie gorąca.

– Nic … prosiła, żebym cię pozdrowiła.

— Akurat — mruknąłem, nie odrywając wzroku od ekranu. Nie miałem zamiaru zbyt tanio dać się złapać na jej prowokację.

— Mówię serio. Kazała cię gorąco pozdrowić. I myślę, że nawet zbyt gorąco jak na jedno spotkanie — odparła, bawiąc się kosmykiem włosów.

— A co ją tak naszło? — Odwróciłem się w jej stronę, próbując zachować twarz pokerzysty, choć czułem, że puls mi przyspiesza. — Z tego, co widziałem na szkoleniu, ma w szkole niezłe branie. Zauważyłaś, jak patrzyli na nią ci twoi niewyżyci wuefiści?

Iza zaśmiała się, prostując nogi na podnóżku i rzucając mi kpiące spojrzenie, które mówiło: „nie próbuj oszukać mistrza”.

— Co z tego? — wzruszyła ramionami, a jej głos ociekał ironią. — Patrzeć to sobie mogą na tablicę wyników. Ale ona na nich nie patrzyła tak, jak na ciebie, Tomek.

— Iza, przestań. Dziewczyna po prostu jest trochę do przodu, ma niewyparzony język. Zwykła zgrywa, a ty robisz z tego romans stulecia.

Przekręciła się twarzą do mnie, opierając się na łokciu. Jej wzrok był zimny i precyzyjny jak skalpel, co oznaczało, że przesłuchanie właśnie weszło na wyższy poziom.

— Zgrywa, powiadasz? — zawiesiła głos, uśmiechając się pod nosem. — To ciekawe, bo jak na „zgrywę”, twoja spostrzegawczość odnośnie wuefistów jest dziwnie zaskakująca.

W końcu, po chwili ciszy, która zrobiła się niebezpiecznie gęsta, zadała to pytanie. Lekko, jakby pytała o pogodę, ale z taką nutą w głosie, że od razu wiedziałem: nie ma bezpiecznej odpowiedzi.

— Podoba ci się ta młoda sucz?

Widziałem, jak jej źrenice rozszerzają się w oczekiwaniu na moją reakcję.

— Nawet jeśli mi się podoba, to co? — odparłem z rezygnacją, puszczając w końcu wodze szczerości. — Jest zgrabna, intrygująca i chyba doskonale wie, jak wziąć to, co jej się należy. Zadowolona?

— Bardziej niż myślisz — mruknęła z leniwą satysfakcją, przysuwając się bliżej. — Podnieca mnie, jak inna kobieta próbuje mi poderwać męża. To tylko dowodzi, że mój gust jest absolutnie bezbłędny.

– Podpuszczasz mnie? Rób tak dalej, a stracę czujność i ta przebiegła smarkula dostanie to, czego chce.

Iza uśmiechnęła się, biorąc moja groźbę jak zaproszenie.

— Myślałeś o niej? — szepnęła i wtedy jej dłoń zaczęła powolną wędrówkę po moim torsie. — Powiedz… chcę poznać te twoje grzeszne myśli. Wyobrażałeś sobie, jak rozpina ci guziki, a jej ręce błądzą tam, gdzie teraz moje?

Zaczęła powoli zsuwać się z kanapy

— To co, panie trenerze? — zapytała, naśladując bezczelny ton Klaudii. — Zabawimy się?

Zacisnąłem dłoń na jej nadgarstku, czując, jak pod skórą wali jej serce.

– Będziesz mógł sobie wyobrażać, że to ona. Że ta mała, niepokorna studentka dostała to, o co tak usilnie żebrała rozpiętym dekoltem.

— Chcesz, żebym o niej teraz myślał? Przy tobie? — spytałem, unieruchamiając ją w jeszcze silniejszym uścisku. —  Nie boisz się, że w pewnym momencie zapomnę, z kim naprawdę jestem w pokoju?

— Ani trochę — zaśmiała się, zsuwając się na dywan.  Oparła dłonie na moich kolanach i bez wahania rozsunęła mi uda, po czym klękła między nimi. Patrzyła na mnie z dołu z taką pewnością siebie, że aż zakłuło mnie w skroniach. — Bo ja dopilnuję, żebyś nie musiał niczego udawać. Ta fantazja ma być… bolesna i realistyczna.

Jej dłonie powędrowały prosto do mojego paska.

— Zamknij oczy — powiedziała, rzucając mi szybkie, niemal sadystyczne spojrzenie. — Widzisz ją? Tę małą, bezwstydną laskę, która przy wszystkich ociera się o ciebie na tym szkoleniu?

Zrobiłem to. Pod powiekami natychmiast wyrósł obraz Klaudii – jej rozpięty dekolt, zapach słodkich perfum i ten wyzywający uśmiech, którym rzucała mi wyzwanie. Iza poczuła, jak twardnieję w jej palcach od samego wspomnienia i zaśmiała się gardłowo, triumfalnie.

— O tak… czuję, jak bardzo chcesz ją teraz posuwać — mruknęła, po czym bez ostrzeżenia wzięła mnie głęboko do buzi.

— Myśl o niej, Tomek! — wykrztusiła, odrywając się na sekundę. — Opowiadaj mi… mów, jak rżniesz tę gówniarę w pustej klasie, na biurku, podczas gdy ja pracuję za ścianą w swoim gabinecie.

Zrobiłem dokładnie to, do czego mnie prowokowała, wyrzucając z siebie opisy brudnej pozycji, a ona z chorą satysfakcją spijała z moich ust każde słowo, by w końcu przyjąć gwałtowną eksplozję moich myśli prosto do gardła.

 

Jeżeli Iza podejmowała się nowego zadania, robiła to na całego. Była w tym szalona, jakby dysponowała niespożytą energią. Tym razem jej celem był piknik rodzinny. Oficjalnie: sielska impreza integracyjna dla mieszkańców. W rzeczywistości jednak był to majstersztyk PR-u i czysta polityka. Jako nowa dyrektorka, Iza z wprawą wytrawnego dyplomaty promowała szkołę, kłaniając się władzom powiatu w podzięce za ich ostatnią „hojność”, a jednocześnie zbierała fundusze na rozwój szkoły.

Było sobotnie przedpołudnie, tereny sportowe przy liceum tętniły życiem. W powietrzu unosił się zapach grillowanej karkówki, domowego ciasta i tej specyficznej, piknikowej beztroski, która zawsze działała na ludzi jak środek rozluźniający. Program imprezy pękał w szwach: od kiermaszów i wystaw uczniowskich prac, przez koncerty, aż po konkurencje sprawnościowe, w które Iza – z właściwym sobie wdziękiem – wkręciła niemal wszystkich, od aktywnych licealistów po stateczną kadrę pedagogiczną. Ja pełniłem w tym teatrze rolę swoistego łącznika, operującego głównie w kulisach. Lawirowałem pomiędzy oficjalnym sektorem dyrekcji, a kręgiem lokalnego biznesu, pilnując, by procesy decyzyjne przebiegały po myśli mojej żony. Czułem się już prawie jak na etacie, ponieważ ostatnio byłem w liceum częstym gościem – piknik wypadł zaledwie tydzień po moim pamiętnym szkoleniu.

Czułem na sobie zadowolony wzrok Izy; oboje wiedzieliśmy, że jako duet działamy z precyzją szwajcarskiego zegarka. Od dobrych dwóch godzin odgrywałem rolę męża idealnego: sypałem uprzejmościami, potakiwałem z głębokim zrozumieniem lokalnym biznesmenom i uprawiałem dyplomatyczny taniec komplementów, który sprawiał, że portfele moich rozmówców otwierały się niemal samoistnie. Prawda była jednak taka, że całe to pajacowanie przed sponsorami było tylko pretekstem, aby ponownie zobaczyć ją.

Klaudia obstawiała stanowisko rzutów do kosza i trzeba jej było to oddać, wyglądała po prostu obłędnie. Miała na sobie czarne, drapieżnie opięte legginsy z wysokim stanem i krótki top na cienkich ramiączkach, który kończył się dokładnie tam, gdzie zaczynała się linia bioder. Włosy, ściągnięte w wysoki, gładki kucyk, odsłaniały smukły kark, nadając jej naprawdę grzesznego wyglądu. Stała tyłem do mnie, całkowicie pochłonięta swoim zadaniem. Zachęcała dzieciaki do gry, ale prawdziwe show zaczynało się, gdy do linii rzutów podchodzili ojcowie. Bezczelnie drwiła z tych wszystkich facetów, którzy pod presją jej bliskości i wyzywającego spojrzenia, nagle zapominali, jak trzymać piłkę i koncertowo pudłowali. Jej stanowisko cieszyło się największą popularnością – kolejka męskiej części rodziców i licealistów wydłużała się z każdą minutą. No cóż, wcale mnie to nie dziwiło.

Biła od niej młodzieńcza energia i entuzjazm, które w tym grzecznym, przesłodzonym rodzinnym otoczeniu wydawały się wręcz nieprzyzwoite. Była jak iskra rzucona w stóg siana – wystarczyło jedno pochylenie się po piłkę, by tętno wszystkich obecnych w promieniu dziesięciu metrów skoczyło o dwadzieścia uderzeń. Patrzyłem, jak porusza się z tą kocią, sportową lekkością i czułem, że „lekcja mowy ciała” ze szkolenia wcale się nie skończyła. Ona po prostu przeniosła ją na większą scenę.

– Chcesz przegapić taką okazję, mężu? – Gorący szept Izy tuż przy moim uchu sprawił, że drgnąłem gwałtownie, o mało nie upuszczając kubka z napojem, który trzymałem w ręku. Jej oddech sparzył mi skórę.

 – Idź do niej, zanim przechwyci ją ktoś inny. Nie tylko ty gapisz się na nią jak pies na kość.

Nie odpowiedziałem, odwracając głowę i patrząc na żonę oczami szerokimi jak spodki. Szok mieszał się z niedowierzaniem. To nie był żart. Iza uśmiechała się lubieżnie i zamiast przyhamomać moje zapędy, popychała mnie w jej ramiona.

– Szkoda by jej było – mruknęła, ignorując moje nieme przerażenie.

Bezceremonialnie wcisnęła mi w dłonie papierowy talerzyk z kawałkiem ciasta, po czym niezauważalnie dla innych, pchnęła mnie w stronę, gdzie dziewczyna czarowała męską część pikniku. Jakoś udało mi się wyplątać z kręgu oficjeli. Z kawałkiem ciasta, który służył mi za marne alibi, ruszyłem w stronę boiska. Klaudia była otoczona gromadką dzieciaków. Zatrzymałem się kilka metrów dalej, zachowując bezpieczny dystans, by nie wyjść na kogoś, kto szuka guza. Patrzyłem, jak pochyla się nad dzieckiem, instruując jak oddać rzut. Jej top, uniósł się przy tym ruchu, odsłaniając prowokujący pasek złocistej skóry tuż nad linią legginsów. Było w tym coś magnetycznego – połączenie siostrzanej troski z bezczelną, młodzieńczą seksualnością, która biła od niej nawet wtedy, gdy po prostu stała w słońcu. Kiedy dziewczynka w końcu rzuciła i piłka z głuchym stukotem wpadła do kosza, Klaudia klasnęła w dłonie, szczerze rozbawiona i przybiła małej efektowną „piątkę”. Dzieciaki wokół niej zawyły z zachwytu, a ona, wciąż z tym szerokim, radosnym uśmiechem na twarzy, odruchowo podniosła wzrok.

I wtedy mnie zobaczyła.

Jej uśmiech nie zniknął, ale natychmiast zmienił charakter. Radosna, „piknikowa” dziewczyna w ułamku sekundy wyparowała, a jej miejsce zajęła ta sama drapieżna prowokatorka z mojego szkolenia. Zmrużyła lekko oczy, jakby oceniała jakość mojego alibi z ciastem i powoli wyprostowała się, dając mi pełny podgląd na to, jak nienagannie leżą na niej te czarne legginsy.

– Co w nagrodę, jak trafię za pierwszym razem? – zapytałem spokojnie, jakby to było najnormalniejsze pytanie na świecie.

Klaudia nie odpowiedziała od razu. Uśmiech pojawił się najpierw w jej oczach, a potem powoli spłynął na usta – był leniwy, pewny siebie i drażniąco triumfalny. Mówił wyraźnie: „Wiedziałam, że tu podejdziesz”.

– Zależy, z której linii – odparła, podrzucając piłkę. Skóra na jej przedramionach była napięta, lśniąca od słońca i lekkiego wysiłku. – Z tej dla dzieci? Dostaniesz naklejkę z misiem,

Zrobiła krok bliżej, czubkiem sportowego buta zaznaczając linię na czerwonym tartanie. Jej głos zniżył się o pół tonu, stając się miękkim, niemal intymnym szeptem, który w tym piknikowym gwarze był słyszalny tylko dla mnie.

– Ale z tej dla dorosłych… to już negocjujemy indywidualnie – dokończyła, a jej oczy błysnęły tym samym figlarnym wyzwaniem, co na szkoleniu. Zatrzymała wzrok na moich ustach o ułamek sekundy za długo.  – Może uda ci się do czegoś mnie namówić.

Parsknęła krótkim, perlistym śmiechem, ale jej oczy pozostały skupione, badawcze. Widziałem pojedynczą kroplę potu, która powoli spływała po jej dekolcie, kreśląc na skórze lśniącą ścieżkę, by po chwili zniknąć pod krawędzią topu. Przez ułamek sekundy moja wyobraźnia podsunęła mi obraz tak wyraźny, że poczułem, jak serce gwałtownie przyspiesza – poczułem niemal smak tej słonej wilgoci na własnych wargach.

– A co, jeśli nie trafię? – zapytałem, starając się, by mój głos nie zdradził, jak bardzo nakręciły mnie reguły, które wymyśliła na poczekaniu.

W głowie miałem już listę rzeczy, o które mógłbym ją poprosić, gdyby piłka przeszła przez obręcz, ale ryzyko porażki było równie ekscytujące. Klaudia uśmiechnęła się, tym razem bez drwiny, za to z obietnicą, która sprawiła, że tartan pod moimi stopami wydał się jeszcze bardziej miękki.

— Jeśli spudłujesz? — Przechyliła głowę, a jej kucyk smagnął ją po ramieniu. — Wtedy to ja będę miała u ciebie dług. I wierz mi, Tomek, będę chciała, żebyś mi go spłacił w …naturze.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, pewnym ruchem wyjęła mi z rąk papierowy talerzyk. Wcisnęła mi piłkę prosto w dłonie, a potem, nie spuszczając ze mnie wzroku, wzięła do ust ostatni kawałek sernika. Zrobiła to powoli, z taką ostentacją, jakby chciała mi pokazać, że absolutnie nic sobie nie robi z mojej obecności – albo wręcz przeciwnie, że doskonale wie, jak bardzo ten widok mnie rozprasza. Przełknęła, oblizała palec z resztek lukru i uśmiechnęła się w sposób, który w każdym regulaminie szkolnym zostałby uznany za wysoce niewłaściwy. Zrobiła pół kroku w tył, krzyżując ręce na piersiach. Ten ruch sprawił, że top podjechał jeszcze centymetr w górę, a ja przez chwilę patrzyłem tylko na jej płaski brzuch i to, jak prowokacyjnie oddycha.

Iza krążyła przy scenie, czarując gości swoim nienagannym profesjonalizmem, ale w tej chwili świat skurczył się do nas dwojga – do tej piłki, do tego szeptu i do obietnicy, że gra właśnie wymyka się spod kontroli. Spojrzałem na kosz, potem na nią. Czułem, jak puls uderza mi w skroniach, zbyt mocny i zbyt szybki jak na zwykły piknik rodzinny.

— Wiesz co? — powiedziałem z krótkim, wymuszonym śmiechem, próbując zdusić to dziwne, narastające drżenie w dłoniach. — To cholernie trudny wybór. Nie wiem, co kusi mnie bardziej: wizja wygranej, czy to, co wymyśliłaś jako karę.

Jej źrenice rozszerzyły się minimalnie – biologiczna reakcja, której nie dało się sfałszować, a której ona nawet nie próbowała ukryć. Uśmiechnęła się szerzej i drapieżniej.

— To proste — odparła, zniżając ton głosu, aby przypadkiem nikt inny nie usłyszał. — wolisz mieć kontrolę… czy wolisz, żebym ja ją miała? No rzucaj — szepnęła, mrużąc oczy.

Piłka pożeglowała wysokim łukiem, przecinając błękit nieba. Czas zwolnił. Uderzyła w obręcz z metalicznym, suchym brzękiem. Odbiła się raz, drugi, zatańczyła na krawędzi, i w końcu głucho spadła na tartan.

Chybiłem.

– O Boże, serio?! – zawołała, klaszcząc w dłonie z taką satysfakcją, jakby właśnie zobaczyła upadek imperium. –To było po prostu piękne, Tomek!

Podbiegła do piłki tymi swoimi lekkimi, niemal tanecznymi krokami – jakby jej ciało samo celebrowało zwycięstwo i podniosła ją płynnym ruchem. Piłka wylądowała pod jej pachą, Ale kiedy do mnie wróciła, show się nie skończyło. Oparła dłoń na moim ramieniu, jakbyśmy byli starymi znajomymi z boiska, a nie mężem dyrektorki i młodą nauczycielką.

– Może to przez słońce – odciąłem się, uśmiechając się szerzej. Flirtowanie z nią było jak jazda bez trzymanki; niebezpieczne, ale dawało cholerną frajdę. – Albo po prostu chciałem sprawdzić, jak bardzo będziesz bezwzględna przy odbieraniu długu.

– Przekonasz się. – Zmrużyła oczy, a jej śmiech przeszedł w niski, mruczący ton. Przechyliła głowę, a kilka kosmyków, które wymknęły się z kucyka, połaskotało mnie w policzek.

Po oficjalnym zakończeniu imprezy, kiedy ostatni uczestnicy opuścili teren, atmosfera gwałtownie się zmieniła. Oficjalne uśmiechy ustąpiły miejsca zmęczeniu wymieszanemu z dziwną euforią. Zabraliśmy się za porządki, ale robiliśmy to bez pośpiechu. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawił się alkohol – ktoś wyciągnął z bagażnika skrzynkę piwa, ktoś inny, z miną konspiratora, wydobył z torby butelkę wódki. Widać było, że nikomu nie spieszy się do domu; adrenalina po sukcesie domagała się ujścia.

Iza, upojona sukcesem i autentycznym entuzjazmem kadry, zarządziła spontaniczną dogrywkę. Nawet kilku oficjeli, którzy wcześniej sztywno poprawiali krawaty, teraz chętnie zrzuciło marynarki, dając się wciągnąć w ten wir. Przenieśliśmy resztki jedzenia i zapasy trunków do sali gimnastycznej. Wnętrze wypełniło się półmrokiem i ciężkim basem muzyki z głośnika podłączonego do czyjegoś telefonu. Plastikowe kubki krążyły z rąk do rąk – wódka z sokiem, piwo, wszystko smakowało teraz intensywniej. Cienie tańczyły na drabinkach, a zapach parkietu mieszał się z aromatem tytoniu dolatującym z zewnątrz. Nauczyciele wymieszali się z gośćmi, a Iza krążyła między nimi jak królowa balu, która doskonale wie, że to jej królestwo. Celebrowała swój triumf, była w swoim żywiole, promieniejąc satysfakcją liderki, która właśnie przypieczętowała swoją dominację.

Zająłem strategiczne miejsce przy stole, wybierając co lepsze kąski i obserwując to widowisko z lekkim dystansem. Jako jeden z niewielu zachowywałem pełną jasność umysłu, bo Iza, jak zwykle przewidująca i praktyczna, wyznaczyła mi rolę kierowcy. Ktoś musiał potem rozwieść to towarzystwo do domów, a ja byłem idealnym kandydatem na trzeźwego strażnika. Podczas sprzątania nie było okazji, żeby zamienić z Klaudią choćby słowo, ale nasz wzrok spotkał się jeszcze wielokrotnie. Te krótkie, porozumiewawcze spojrzenia przecinające tłum były gęste od niedopowiedzeń. Potem gdzieś zniknęła. Jak się wkrótce okazało, nie ona jedna – kilka młodszych nauczycielek solidarnie ewakuowało się do jednej z pustych klas, żeby zrzucić z siebie przepocone ciuchy, wzbudzając mój szczery podziw tym, że w ogóle pomyślały o strojach na zmianę. Kiedy w końcu wróciły na salę, powitał je chóralny, dziki okrzyk radości. Wyglądały imprezowo, a dla męskiej części ekipy, skrajnie niebezpieczne. Jednak cały show i tak skradła Klaudia, która nie musiała się liczyć z opinią innych.

Wyszła z mroku korytarza jako ostatnia i natychmiast skupiła na sobie spojrzenia – w tym moje. Miała na sobie krótką, plisowaną spódniczkę na gumce, która przy najmniejszym ruchu falowała wokół ud, jak obietnica czegoś, czego nie powinienem nawet sobie wyobrażać. Żeby przełamać ten „grzeczny” look, narzuciła na siebie oversizową bluzę z kapturem, która, choć szeroka,  kończyła się dokładnie tam, gdzie gumka spódniczki opinała jej talię. Całość dopełniały proste, białe tenisówki. Wyglądała jak dziewczyna z college’u, która właśnie urwała się z zajęć, by narobić kłopotów. Podeszła do stołu, ignorując zaczepki wuefistów i poprawiła włosy, rzucając mi przez ramię ciepłe spojrzenie. Dała mi jasno do zrozumienia, że nie interesują ją inni faceci.

– Nowa odsłona? – zagadnąłem, starając się, by mój głos nie zdradził, jak bardzo działa na moją wyobraźnię.

Klaudia oparła się o blat tuż obok mnie. Uśmiechnęła się w ten swój szalony sposób, ale w jej oczach czaiło się coś znacznie bardziej zagadkowego. Włożyła obie dłonie do kieszeni na przedzie bluzy i pociągnęła materiał w dół, niby przypadkiem, niby poprawiając strój. Naciągnięta tkanina bezlitośnie uwypukliła kształt jej piersi.

— A które wydanie wolisz? — zapytała prawie szeptem.

W huku muzyki i pijackich śmiechów jej głos dotarł do mnie tak czysto, jakbyśmy byli zamknięci w dźwiękoszczelnej bańce.

— W obydwu wyglądasz obłędnie — wypaliłem, zapominając na moment o tym, że kilka metrów dalej stoi moja żona. Słowa wyszły zbyt szybko, zbyt gorąco, zdradzając mnie bardziej niż jakikolwiek gest. — Ale lubię niespodzianki — dodałem, desperacko próbując ratować sytuację.

Roześmiała się znowu

— Niespodzianki? — mruknęła, pochylając się w moją stronę tak blisko, że czułem jej oddech na policzku. — Pamiętasz, że tam przy koszu się nie popisałeś?

Jej twarz nabrała nagle cwaniackiego wyrazu.

— Przegrałeś, a więc oficjalnie oddałeś kontrolę w moje ręce — ciągnęła, a jej słodki głos stał się tajemniczy i kuszący.  — Radzę ci się przygotować, bo, wiesz, potrafię być niegrzeczna.

Nie dała mi żadnej szansy na ripostę. Odwróciła się na pięcie i zanurkowała w tłum, zostawiając mnie z rozsadzającym czaszkę tętnem i zapachem perfum.

Dzięki temu, że Klaudia i młodsze nauczycielki rozkręciły zabawę na parkiecie, moja żona mogła wreszcie zrzucić z siebie ciężar bycia dyrektorką. Nie musiała już dbać o to, czy wszyscy mają co pić i czy ktoś nie został pominięty. Podeszła do mnie lekko rozkołysanym krokiem, z wypiekami na twarzy i świdrującym wzrokiem. Miałem w tej chwili tyle grzechów na sumieniu, że to spojrzenie paliło mnie niemal fizycznie. Czułem się, jakby skanowała mi myśli, wyłapując w nich każde słowo rozmowy z Klaudią.  

– Widziałam – rzuciła niby z uśmiechem, ale w jej głosie słychać było podejrzliwą nutę. 

– Co widziałaś? – Starałem się zachować resztki spokoju, chociaż jej bliskość i widok Klaudii wypinającej się dwa metry dalej robiły swoje.

Nie odpowiedziała, ale uniosła dłoń i pogroziła mi palcem, mrużąc oczy.

– Jeszcze raz zobaczę, że gapisz się na jej tyłek z taką miną,… – zawiesiła głos, a jej palec spoczął teraz na moich ustach.

— Ja? — zapytałem z idealnie wyważoną nutą oburzenia w głosie. — Musiałem przecież jakoś odreagować, bo dziś wszyscy gapią się tylko na twój tyłek.

Iza prychnęła, wiedząc, że kłamię jak z nut, ale to balansowanie na krawędzi między zazdrością a czystą, chorą ekscytacją było naszym życiem. Jej palec wciąż spoczywał na moich ustach, uciszając moje marne wyjaśnienia.

– Chodź, sztywniaku – rzuciła ze śmiechem, przekrzykując muzykę.

Wziąłem ją za rękę i ruszyliśmy na parkiet.

Iza nie tańczyła jak dyrektorka, która pilnuje pozorów, żeby nikt nie pomyślał o niej czegoś niestosownego. Wręcz przeciwnie. Jej biodra kołysały się płynnie, pewnie, z tą naturalną zmysłowością, którą miała zawsze, ale rzadko pokazywała publicznie. Wabiła mnie na oczach wszystkich, odchylając głowę, wiedząc że facetom dookoła musiało zasychać w gardłach.  Epizod z OnlyFans zostawił w jej ruchach ten specyficzny, uwodzicielski styl, gdzie każdy obrót, ruch ramion i otarcie się o moje udo było w pełni świadome i wymierzone precyzyjnie.

Katem oka zerkałem na Klaudię. Była w swoim żywiole – ruchliwa, głośna, roześmiana, kołysząca biodrami z taką bezczelnością, że faceci wokół zapomnieli o wciąganiu brzuchów. Najpierw wzięli ją w obroty wuefiści – dwóch młodych, wysportowanych typów, którzy poczuli przypływ testosteronu. Tańczyli w trójkącie, ona, w  środku tego samczego kręgu, wyrzucała ręce w górę, pozwalając, by krótka spódniczka falowała przy obrotach, prowokacyjnie odsłaniając uda. Kiedy jeden spróbował przygarnąć ją mocniej w talii, zrobiła zwinny unik z figlarnym: „Ej, nie tak szybko!”.

Potem zaczęła się prawdziwa jazda, bo do zabawy włączyli się oficjele. Klaudia kręciła się między tymi podstarzałymi szychami jak gorący, letni wiatr. Raz przysunęła się do jednego, za chwilę musnęła dłonią ramię drugiego, cały czas poruszając biodrami w rytmie, który odbierał im resztki powagi. Śmiała się prosto w te ich pożądliwe gęby i każdy z tych facetów, był święcie przekonany, że ten jeden, konkretny uśmiech jest przeznaczony tylko dla niego.

Ale ja wiedziałem lepiej.

Co chwilę, między jednym obrotem a drugim, posyłała w naszą stronę szybkie, palące spojrzenia. Sprawdzała, czy patrzę. I patrzyłem. Nie mogłem przestać, a fakt, że dzieliło nas dwadzieścia osób i moja żona, tylko podbijał temperaturę tej tortury. Iza oplotła rękami moją szyję, wsuwając palce we włosy i przyciągnęła głowę nisko, tak że nasze czoła się zetknęły. Prawie nie odrywaliśmy stóp od parkietu, ale sposób, w jaki pracowały jej biodra i jak ciasno splatały się nasze ciała, sprawiał wrażenie, jakbyśmy wykonywali najbardziej skomplikowany, intymny układ świata. To była czysta, skondensowana erotyka zamknięta w pozornym bezruchu. 

— Widzę, jak na nią patrzysz — szepnęła, wbijając paznokcie w mój kark. — Chciałbyś, żeby to ona cię teraz tak trzymała, co? Żeby jej młode dłonie błądziły ci pod koszulą, kiedy nikt nie patrzy?

— Ale się jej uczepiłaś — mruknąłem, szukając w jej oczach choć grama prawdziwej zazdrości. — Jeśli tak bardzo chcesz, mogę z nią zatańczyć. Zobaczymy, czy wtedy też będzie ci do śmiechu.

Iza wygięła usta w cwanym grymasie. To nie był uśmiech zazdrosnej żony, ale kogoś, kto właśnie dostał świetną propozycję zabawy.

— Nie strasz mnie, kochanie — szepnęła, muskając mój policzek. — Chcesz z nią zatańczyć? Proszę bardzo. Chętnie popatrzę z boku, co ta napalona smarkula z tobą zrobi.

Przesunęła dłoń na moją klatkę piersiową, mrużąc oczy z satysfakcją.

— Tylko pamiętaj, że po takim widowisku nie będę mogła się doczekać, aż wrócimy do domu — dodała, a jej usta znalazły się tuż przy moim uchu.

— Nie musisz czekać — odparłem ironicznie, czując nagły skok adrenaliny. — Przecież masz swój gabinet.

Iza zamarła na sekundę, a jej wzrok pociemniał. Propozycja szybkiego numeru w dyrektorskim biurze, podczas gdy za ścianą trwa oficjalny festyn, wyraźnie do niej trafiła. Uśmiechnąłem się i przyciągnąłem ją mocniej niż potrzeba, czując,  jak jej uda ocierają o moje. I wtedy zobaczyliśmy, że zbliża się starosta. Szedł z tym swoim urzędowym uśmiechem, dając do zrozumienia, że musi się zbierać – ręka uniesiona w geście pożegnania, spojrzenie przepraszające, ale stanowcze. Iza westchnęła cicho, jej palce zsunęły się po moich plecach z lekkim żalem, bo znów musiała się wcielić w rolę gospodyni, która nie pozwala, by gość wyszedł bez ostatniego słowa uznania.

— Mogę go przejąć? — usłyszałem z tyłu głos Klaudii.

Iza odwróciła się, wciąż trzymając mnie za rękę, a drugą przyciągnęła praktykantkę do siebie. Wyglądało to jak zwykły, babski uścisk na imprezie, ale między nimi zaiskrzyło.

— Pewnie, że możesz — odparła, puszczając ją z tą swóją psotliwą miną. — Tylko go nie całuj. Przynajmniej nie przy mnie.

Klaudia roześmiała się, odrzucając włosy na plecy.

— Oczywiście, że go… pocałuję — wypaliła z taką pewnością siebie, że aż mnie zamurowało. Puściła oczko Izie, a potem przesunęła palącym wzrokiem po mojej twarzy. — Chyba że pani dyrektor da zielone światło na coś więcej.

Iza pokręciła głową z niedowierzaniem i wywróciła oczami, ale ja wiedziałem, że cieszyła się tą grą bardziej, niż powinna.

— Tylko potem nie płacz, że się przy niej zapomniałem — rzuciłem, starając się, żeby brzmiało to jak niewinna zaczepka, choć gardło miałem już całkiem suche.

Wszyscy się zaśmialiśmy. Atmosfera zrobiła się tak wybuchowa, że wystarczyła jedna iskra, żeby to wszystko podpalić.

Klaudia tylko na to czekała.

— Spokojnie, dyrektorko. Oddam go w jednym kawałku…

Iza tylko machnęła ręką.

— Nie wytrzymam z wami — żachnęła się niby zniecierpliwiona, choć w oczach miała czystą ciekawość. — Idę do starosty. Biedak od dziesięciu minut próbuje nawiązać kontakt wzrokowy z moim dekoltem. Bawcie się dobrze… póki nie patrzę.

Muzyka zwolniła do typowej „pościelówy”, ktoś zgasił światło, co sala skwitowała głośnym, przeciągłym „no wreszcie”. Do środka wpadała tylko rozmyta smuga z korytarza i słaba poświata latarni za oknami, tnąc salę gimnastyczną na mroczne pasy i cienie. Zrobiło się spokojniej, ale to był ten rodzaj spokoju, w którym może się skryć każdy grzech.  Wytrwali tańczyli teraz w ciasnym uścisku, niemal nie ruszając się z miejsca, a reszta rozsiadła się przy stołach. Rozmowy stały się głośniejsze, leniwsze i przerywane pijackim śmiechem. Iza, rzucając mi ostatnie porozumiewawcze mrugnięcie, wyszła odprowadzić starostę i najważniejszych gości do wyjścia.

Wyszliśmy z Klaudią na środek, ale ona nie puściła mojej ręki. Pociągnęła mnie dalej, w kąt, gdzie leżały maty gimnastyczne i gdzie docierało najmniej światła. Kiedy znaleźliśmy się wystarczająco daleko od cudzych spojrzeń, odwróciła się przodem do mnie. Zatrząsłem się z emocji. Miałem pełną świadomość, że robię coś absurdalnie idiotycznego, że nie skończy się jedynie na tańcu, ale, cholera, nie umiałem nad tym zapanować. Mrok, jej śmiałość i fakt, że byliśmy tam sami, kompletnie zablokowały mi mózg. Puściła moją dłoń i założyła mi obie ręce na ramionach. Zacisnęła palce, badając ich twardość, a potem, zadowolona, objęła mnie za kark. Czułem, jak jej oddech przyspiesza, a dłonie drżą niemal tak samo jak moje. Przywarła do mnie całym ciałem – biodra, brzuch, piersi – wszystko miękkie, ciepłe i wibrujące, jakby pod jej skórą płynął prąd. Zacisnąłem dłonie na jej talii, przyciągając ją do siebie o wiele za mocno jak na pierwszy taniec, ale żadne z nas nie zamierzało już udawać, że liczą się tu jakiekolwiek kroki. Po prostu wziąłem ją sobie, bez pytania i cienia wahania, z instynktowną pewnością, że mi się należy.

— Przecież Iza pozwoliła — szepnęła tak cicho, że ledwo usłyszałem ją przez huczącą w uszach krew.

— Słyszałem — mruknąłem, starając się opanować głos, żeby nie zdradzić, jak bardzo mnie to rusza. — I co masz zamiar z tym zrobić?

Cholera, wszystko potoczyło się o wiele za szybko. Trochę było mi szkoda, bo ten flirt, te gierki i niedopowiedzenia, były świetną zabawą. Ale Klaudia wyraźnie nie miała ochoty na dalsze podchody.

– Nie wiesz? — szepnęła, lecz teraz w jej głosie nie było już śladu wesołej studentki.

 Była czysta, bezczelna chęć posiadania tego, na co Iza dała jej „przepustkę”. Jej palce wsunęły się za kołnierz koszuli  i zaczęły gorączkowo błądzić po mojej skórze. To nie był już flirt – to był upadek rozsądku. Czułem przez ubranie jej ciepło, poruszała biodrami, robiąc prawie niedostrzegalnie małe, leniwe okrążenia, które jednocześnie drażniły i obiecywały. Bez słowa dawała mi do zrozumienia, że jej ciało jest teraz do mojej dyspozycji. Uniosła głowę, szukając w ciemności mojego wzroku i wtedy nasze twarze znalazły się na tyle blisko, że poczułem na ustach jej urywany, gorący oddech. Przez sekundę trwaliśmy w bezruchu, słysząc tylko dudnienie własnych serc i stłumioną muzykę w tle. Drżała w moich objęciach, jakby cała ta jej bezczelna pewność siebie gdzieś wyparowała. To przyszło samo. Miała miękkie, wilgotne usta – początkowo nieśmiałe, ale gdy poczuła napór moich warg, wróciła jej odwaga. Oddała pocałunek z przerażającą zachłannością. Koniuszek jej języka na moich wargach drażnił tak niesamowicie, że ostre, fizyczne uderzenie zjechało prosto do podbrzusza i ścisnęło mi jądra w bolesnym, tępym skurczu. Chwilę później wsunął się głęboko — śliski, spragniony i ruchliwy. Oplatał mój z takim głodem, że w głowie miałem już tylko jedną myśl: rzucić ją na te maty, tutaj, zaraz, bez względu na to, kto patrzy.

Oderwaliśmy się od siebie gwałtownie, jak zaczęliśmy. Rozejrzałem się, sprawdzając czy ktoś nie zauważył. Ta krótka przerwa na złapanie tchu tylko pogorszyła sprawę, bo nasze gorące oddechy zmieszały się ze sobą. Tym razem nie było już przypadku. Pocałunek wrócił o wiele odważniejszy, ale wciąż pełen tej namiętnej powolności, żeby nie przyciągnąć uwagi nikogo postronnego. Moje usta przywarły do jej warg, a ona pozwoliła mi na wszystko.

— Klaudia, cholera… — wyszeptałem jej do ucha. — Wiesz, że tu jest moja żona?

— I niech jeszcze nie wraca… – mruknęła, odrywając się na ułamek sekundy, tylko po to, by zaraz znów mnie całować.

 

Nie miała pojęcia, jak bardzo chciałem tego samego. Uszczypnęła mnie wargami w szyję – nie mocno, ale wystarczająco, żebym poczuł zęby i przycisnęła twarz do mojego ramienia, kołysząc się do cichnącej muzyki. Na sekundę zrobiło się gwarno – ktoś głośno się zaśmiał, ktoś upuścił butelkę, ale to wszystko było daleko. My byliśmy tu, w tym kącie, w półmroku, gdzie nikt nie patrzył, a jednocześnie wszyscy mogli zobaczyć.

— Nie wiem, jakie macie między sobą układy, ale mam to w dupie. Gdybyś się naprawdę tym przejmował, omijałbyś mnie dzisiaj szerokim łukiem. A ty… – zawiesiła głos, a ja poczułem, jak jej dłoń na moim karku zaciska się odrobinę mocniej. – Nie widzę, żebyś  rozpaczał z powodu jej obecności.

Miała cholerną rację. My raczej tworzyliśmy dla siebie sytuacje – takie jak ta z Klaudią – żeby sprawdzić, co jeszcze nas bawi. Iza rzuciła ją w moje ramiona jak wyzwanie, a Klaudia była po prostu idealnym pretekstem, żebyśmy znowu mogli posmakować czegoś świeżego, brudnego i ekscytującego.

— A może pocałujesz mnie, tak żeby widziała? Chcesz? Bo ja bardzo… — rzuciła, niemal chichocząc.

– Wariatka – odparłem.

Ta myśl ją wyraźnie nakręcała. Przycisnęła usta do mojego ucha, a jej gorący oddech sprawił, że włosy zjeżyły mi się na karku. Była gotowa na ten spektakl

— Wyobraź sobie jej minę — szepnęła, wiercąc się w moich objęciach.

Patrzyła na mnie wyzywająco, czekając na reakcję. W jej oczach nie było strachu, tylko ta bezczelna chęć przekroczenia kolejnej granicy. Wyczuła, że mój układ z Izą może to dopuszczać. Nie zamierzałem jej na razie wtajemniczać w mroczne szczegóły naszego małżeństwa. Nie musiała wiedzieć, że to, co brała za bunt przeciwko zasadom, było częścią skomplikowanego układu, w którym brała udział jako nieświadomy pionek. Niech myśli, że to jej urok rozbił bank. Na szczęście muzyka znowu zagrała, wyrywając nas z tej dusznej wymiany zdań. Kolejna wolna piosenka, jeszcze cięższa i bardziej leniwa niż poprzednia. Bas wibrował w podłodze, a my, niemal automatycznie, wróciliśmy do ciasnego uścisku.

— Powiedz mi, co naprawdę o mnie myślisz — wypaliła nagle, całkowicie zmieniając ton na poważniejszy.

To pytanie uderzyło we mnie jak zderzenie z murem. Patrzyła mi prosto w oczy, bez mrugania, z tym swoim szaleńczym, prowokującym błyskiem, przez który czułem się, jakbym stał na krawędzi dachu i właśnie tracił równowagę.

— Myślę, że jesteś bardzo niebezpieczna — mruknąłem w końcu, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie, choć wiedziałem, że przegrywam tę walkę. — I myślę, że doskonale wiesz, co się dzieje z facetem, kiedy pozwalasz mu na tak wiele.

— Tak? To powiedz mi… co się z tobą teraz dzieje? — szepnęła zadziornie, po czym zgięła palce i powolnym ruchem podrapała mnie ostrymi paznokciami po gołej skórze.

Napięcie w podbrzuszu stał się niemal nie do zniesienia.

Klaudia patrzyła mi w oczy, próbując wyciągnąć ze mnie prawdę, ale ja milczałem, bo wiedziałem jedno: jeśli teraz otworzę usta, to przyznam na głos, że jest dla mnie żywą pokusą. Że w tym duszącym półmroku, chcę ją rozebrać, a potem zerżnąć tak, żeby zdarła gardło, krzycząc moje imię i nie mogła przeze mnie ustać na nogach.

Ale ona nie zamierzała odpuścić. Widziała, że kręcę, więc zaczęła mnie przyciskać jeszcze mocniej, tym razem bez użycia słów. Przestała tańczyć, stanęła w miejscu i przykleiła się do mnie tak, że czułem każde jej drgnięcie. To było cholernie irytujące i podniecające jednocześnie. Jej uśmiech stał się bardziej przebiegły. Mimowolnie zacisnąłem  dłoń na jej talii mocniej, wbijając palce w jej biodro.

— Nie kombinuj, Tomek — szepnęła mi do ucha, tak blisko, że jej słowa zawibrowały we mnie mocniej niż bas z głośników. — Nie pytam o to, czy jestem ładna, bo wiem, że jestem. Pytam, co byś zrobił, gdybyśmy byli tu teraz sami?  

Nie poczekała na odpowiedź – odwróciła się tyłem, z premedytacją wpasowując tyłek w moje krocze. Odruchowo położyłem dłonie na jej biodrach, a ona złapała je i docisnęła, wbijając paznokcie w moje nadgarstki.  Kołysaliśmy się tak przez chwilę w rytm tej cholernej muzyki. Czułem przez cienki materiał spódnicy jędrne ciało i jedyne, o czym marzyłem, to żeby po prostu zadrzeć ten ciuch i wziąć ją tam, przy drabinkach. Klaudia wyczuła moment, kiedy wokół nas zrobiło się trochę luźniej i pewnym ruchem wsunęła sobie moją dłoń pod bluzę. Poczułem pod palcami gorącą, gładką skórę brzucha i zamarłem. Sala była pełna ludzi – śmiechy, rozmowy, ktoś tańczył obok. Półmrok pomagał, ale, do cholery, nie aż tak bardzo.

– Oszalałaś? – wychrypiałem, bo adrenalina rozsadzała mi klatkę, a serce waliło tak mocno, że czułem je w gardle. –  Wyda się… Klaudia.

Zachichotała, odchylając głowę do tyłu i muskając mój policzek włosami. Moje obawy tylko ją nakręcały, karmiąc tę bezczelną pewność siebie.

— Boisz się? — wyszeptała wibrującym głosem.

Prowokowała mową i ciałem. Jej biodra zrobiły leniwy, ciasny obrót, ocierając się o mnie tak mocno, że prawie jęknąłem. Trząsłem się w środku na myśl o skandalu, ale dłoń pod bluzą żyła swoim własnym rytmem. Przylgnęła płasko do jej gorącej, aksamitnej skóry, wzbudzając  nagłe napięcie mięśni. Chryste, jak ona cudownie reagowała.

— Tak… — syknęła, opierając cały ciężar ciała na moich ramionach. — Wiesz, że tu pod spodem wszystko na ciebie czeka?

Popychała moją rękę do coraz śmielszych ruchów, nie akceptując sprzeciwu. Tańczyliśmy w najciemniejszym kącie — z jednej strony była już tylko ściana i sterta materacy. Inni zajmowali się sobą, tworząc ciasne kółka i głośno żartując, co dawało nam złudne poczucie bezpieczeństwa. Obszerna bluza Klaudii idealnie maskowała dłoń, która wędrowała coraz odważniej, ale i tak włosy stawały mi dęba. Zacząłem błądzić wyżej. Palce ślizgały się po wilgotnej od potu skórze, okrążając pępek. Drażniłem go, zataczając leniwe kółka, a potem wsunąłem czubek do środka, delikatnie naciskając. Klaudia jęknęła z satysfakcją, ale usta wcisnęła w moją szyję, żeby nikt z boku nic nie usłyszał. Ocierała się o mnie tyłkiem z taką perfidią, że nie miałem już żadnych złudzeń. Chciała sprawdzić, jak bardzo jestem gotowy i w końcu trafiła w punkt. Pośladki idealnie wpasowały się w członka, który skrępowany spodniami, nabrał pełnej sztywności i kształtu. Czułem linię jej ciała, a ona czuła moją reakcję.

— Boże, Tomek… — wychrypiała wprost w moją skórę, a jej gorący oddech sparzył mi szyję jak żywy ogień.

Teraz to była już jazda po bandzie.

— Igramy z ogniem, Klaudia — szepnąłem. — Myślisz, że ona nie pozna, jak wrócę?

— To już twój problem, żebyś wyglądał na wyluzowanego — odparła z rozbrajającą bezczelnością. Wiedziałem, że ryzyko nakręca ją najbardziej, że karmi się każdą sekundą tej niebezpiecznej gry. — Ja zamierzam dopilnować, żebyś miał o czym myśleć. No… chyba że to już jest dla ciebie za dużo?

– Nie jest za dużo — zaprzeczyłem, nie poznając własnego głosu.

– To mnie dotykaj, nie bój się. – Ona nie prosiła. Ona mi się oddawała.

Rozejrzałem się szybko wokół i odetchnąłem z ulgą. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Byliśmy tylko my dwoje, ukryci w samym centrum hałaśliwego chaosu. Dłoń, prowadzona sprośnymi słowami, powędrowała w górę, wspinając się po linii  żeber. Czekałem na jakąś koronkę, haftkę, cokolwiek, ale im wyżej ją dotykałem, tym bardziej docierało do mnie, że coś jest nie tak. Kiedy w końcu sięgnąłem jej piersi, świat na ułamek sekundy przestał istnieć. Pod palcami był tylko czysty, pulsujący żar. Klaudia wciągnęła gwałtownie powietrze, ciało napięło się jak struna.

– O kurwa… – wyrwało mi się, gdy objąłem tę ciężką, idealnie wypełniającą rękę krągłość. Zatrzymałem oddech. Nie mogłem uwierzyć,  że obmacuję tę smarkulę, w sali pełnej ludzi, niemalże pod okiem Izy. Adrenalina paliła mi żyły, strach mieszał się z pożądaniem w taki sposób, że prawie nie mogłem oddychać. A jednocześnie… jednocześnie to było intensywne i … Klaudia poczuła, jak zamarłem. Odchyliła głowę do tyłu, jej usta znowu znalazły się blisko mojego ucha.

– Widzisz? – mruknęła triumfalnie i dodała. – To jest prawdziwa mowa ciała. Potrafisz się oprzeć takiej perswazji?

Twardy sutek wciskał się w środek dłoni jak mały, gorący guzik. Ścisnąłem go między palcami – delikatnie, ale wystarczająco mocno, żeby poczuła, a wtedy jęknęła głośniej niż chciała.

– Jeszcze – szepnęła, prawie błagalnym głosem. – Lubię czuć, że mnie chcesz.

Ręka, uwięziona pod materiałem bluzy, poczynała sobie coraz śmielej. Przesuwałem palcami od dołu, unosząc pierś, a potem zaciskałem palce nieco mocniej, sprawdzając jej elastyczność. Boże, jaka ona była młoda. Jej ciało było zupełnie inne niż to, do którego przywykłem. Było zwarte, jędrne i tak bezczelnie sprężyste, że aż bolało. Opanowała mnie surowa, niekontrolowana perwersja. Pieszczenie jej, kiedy metr dalej ludzie pili drinki i rozmawiali o głupotach, sprawiało, że czułem się jak drapieżnik, ale to było silniejsze. Ta jej młodzieńcza bezwstydność, to jak wpychała biust w moją dłoń, kompletnie wyłączyło mi myślenie.

— Majtek też zapomniałaś założyć? — palnąłem nieoczekiwanie, bo w głowie już zadzierałem jej tę kusą spódnicę, mierząc rozedrganym kutasem prosto między pośladki.

Choć w mroku widziałem tylko niewyraźne zarysy jej twarzy, pod powiekami miałem obraz tak ostry, jakby stała przede mną w pełnym świetle — naga, młoda i bezwstydnie pewna swojej władzy nade mną. Chciałem jej więcej, natychmiast.

— Myślałam, że nie zapytasz — odparła, niezrażona. Wręcz przeciwnie, poczułem, jak jej ciało przeszywa nowa fala dreszczy, a biodra jeszcze mocniej napierają na moje krocze. — Chcesz sprawdzić?

— Chcę cię rozebrać i zerżnąć, Klaudia… — jęknąłem, wiedząc, że te słowa brzmiały jak wyrok, który sam na siebie wydaję.

Pocałowałem ją we włosy, a ona łasiła się, mrucząc i wciskając się głębiej. Dłoń, zamknięta na piersi, zadrżała. Wizja tego, co znajdę, jeśli zsunę ją kilkanaście centymetrów niżej, paliła pod powiekami, jak żywy ogień. Odpłynąłem. Jej młode ciało działało jak magnes, a ja przestałem walczyć z grawitacją. Dłoń powędrowała w dół, Klaudia syknęła. To było silniejsze ode mnie – ta perwersyjna potrzeba, żeby zaspokoić ciekawość właśnie tu i teraz, w samym środku tłumu, była jak pożar, którego nie dało się już ugasić. W końcu dotarłem do krawędzi. Szeroka gumka spódnicy była ostatnią barierą, która oddzielała mnie od obłędu. Zatrzymałem się tam, drażniąc materiał samym czubkiem palca, a ona w odpowiedzi gwałtownie wciągnęła brzuch, niemal siłą wciągając moją dłoń głębiej. Ten ruch był jak zaproszenie do piekła.

Wsunąłem palce za gumkę i poczułem pod dłonią absolutną gładkość, uderzenie gorąca, które biło od jej łona. Było tak ciasno i tak parno, że zabrakło mi tchu. Klaudia odchyliła głowę, opierając ją o moje ramię, i zaczęła zalewać mnie falą gorących szeptów, które podniecały mnie bardziej niż jakikolwiek dotyk.

– No dalej… nie bój się – kusiła, a jej biodra wykonały krótki, prowokacyjny ruch prosto w stronę uwięzionej dłoni. – Sprawdź, co tam jest. 

– Jeśli to zrobię, już nic mnie nie zatrzyma, wiesz o tym? – wycharczałem i kiedy napiąłem mięśnie, żeby pokonać ostatnie milimetry i odkryć tajemnicę, Klaudia zwinnym ruchem, obróciła się przodem do mnie.

Złapała moją dłoń, wyciągając ją spod gumki i położyła ją sobie na dole pleców, tuż nad pośladkami. Była rozgrzana, rozczochrana, tak niebezpiecznie blisko. Wiedziałem, że ona również nie chce czekać.

— Chodźmy stąd — rzuciła, a jej usta musnęły moje, nie całując, a jedynie drażniąc wilgotnym śladem. — Parking czy łazienka na górze? Wybieraj szybko, zanim wróci Iza. 

Jej wzrok płonął, a dłonie, które teraz splotła na moim karku, nie dawały mi żadnego pola do odwrotu. Postawiła wszystko na jedną kartę, a ja czułem, że jeśli teraz nie podejmę decyzji, to napięcie rozsadzi mnie od środka.

I wtedy wszystko trafił szlag.

Piosenka urwała się w połowie taktu, zostawiając w uszach nieprzyjemne dzwonienie, a sekundę później salę zalało bezlitosne, jaskrawe światło jarzeniówek. Przymrużyłem oczy, oślepiony tą nagłą białością, która obnażyła każdy brudny kąt sali i każdą pustą butelkę na stołach. Światło było jak bezlitosny sędzia – w jednej chwili odarło pomieszczenie z magii i intymności. Obnażyło też inne pary, trójkąty i przypadkowe konstelacje ciał, które jeszcze przed chwilą, splecione w bezpiecznym mroku, wolałyby pozostać nieodkryte. Widziałem gwałtowne ruchy, nerwowe odsuwanie się od siebie osób, które później w pokoju nauczycielskim będą udawać, że nic się nie wydarzyło. Ale co gorsza – to światło obnażyło nas.

Oderwałem się od dziewczyny, jakby parzyła mnie żywym ogniem, czując na skórze nagły chłód tam, gdzie przed chwilą pulsował jej żar. Stałem z sercem łomoczącym o żebra, próbując złapać oddech i przybrać maskę obojętnego tancerza. Klaudia natomiast, z tą swoją niewzruszoną, niemal demoniczną pewnością siebie, przeczesała palcami włosy, poprawiając kucyk. Wyglądała jak drapieżnik, który zatrzymał się w pół skoku, ale wcale nie zamierza rezygnować z łupu.

Iza stała w progu przy wyłączniku światła.  Klasnęła w dłonie i rzuciła wesoło:

– Dobra, kochani, koniec balangi! Panie sprzątaczki też chcą mieć już wolne. Ostatni kieliszek i do domów! – Jej dźwięczny głos poniósł się echem po sali, przebijając nagłą ciszę po wyłączonej muzyce.

Wśród śmiechów i udawanych jęków zawodu zaczęło się dopijanie trunków. Podeszliśmy do stołu. Iza czekała na nas z dwoma plastikowymi kubkami napełnionymi prawie do połowy wódką. Przesunęła wzrok po mojej twarzy z nieodgadnionym uśmieszkiem, jakby szukała na niej śladów winy.

– No i jak? – zapytała, mrużąc oczy od ostrego światła. – Tomek, wytrzymałeś jej tempo? Bo Klaudia wygląda, jakby chciała cię zamęczyć.

— Było… intensywnie — odparłem, a moja „partnerka od tańca” roześmiała się perliście, z irytującą niewinnością, jakby te wszystkie bezwstydne ruchy i szeptane obietnice na parkiecie nigdy się nie wydarzyły.

Iza podała jej kubek, po czym obie wypiły duszkiem, nie odrywając od siebie wzroku.

– Tomek jest świetnym tancerzem – mruknęła, pociesznie krzywiąc się od alkoholu. – I wie czego potrzebuje kobieta, żeby dobrze się bawić – dodała, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo.

Zerknęła na mnie z ukosa, a kącik jej ust uniósł się w zagadkowym grymasie. Iza, zamiast zareagować zazdrością, objęła ją i przytuliła do siebie niczym opiekuńcza starsza siostra.

– Dziękuję ci, Klauduniu – szepnęła, gładząc ją dłonią po plecach, tuż nad linią lędźwi. – Naprawdę bardzo nam pomogłaś. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili. Zwłaszcza ja.

Dziewczyna nie pozostała dłużna. Wtuliła się w moją żonę, kładąc głowę na jej ramieniu w geście udawanej uległości, ale jej bezwstydny wzrok wciąż był wbity we mnie.

– Przestań, bo się zarumienię – mruknęła, a jej głos odzyskał tę chrypkę, która tak bezlitośnie nakręcała mnie na parkiecie. – Dla takiej dyrektorki mogę się zaangażować… w każdy projekt.

— Tomek, odwieziesz je? — rzuciła nagle Iza, wskazując podbródkiem na trzy koleżanki, które stały przy wyjściu, z torebkami w rękach.

— Muszę? — skrzywiłem się, choć wiedziałem, że to pytanie jest czysto retoryczne.

Byłem dziś „kierowcą z urzędu”, a Iza od początku imprezy wykorzystywała mnie jak darmową taksówkę.  Jednak tym razem perspektywa opuszczenia szkoły i pozostawienia Klaudii była dla mnie wyjątkowo bolesna i nieznośna. Czułem się, jakby ktoś wyrywał mnie z gęstego, narkotycznego snu,  który był jak inna rzeczywistość.

Spojrzałem na Klaudię – wciąż rozpalona, z bezczelnym uśmieszkiem, patrzyła, wiedząc doskonale, że zabieram ze sobą obraz jej nagich piersi i wciąż nie wyjaśnioną kwestię pozostałej bielizny.

— A ty, Klaudia? Wracasz? — zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie, choć w środku wszystko we mnie wyło.

— Ja bym się jeszcze napiła — mruknęła, przeciągając słowa z lekkim westchnieniem, jakby myśl o końcu tego wieczoru również sprawiała jej fizyczny ból.

Odstawiła plastikowy kubek i rozejrzała się za alkoholem. Sięgnąłem po niemal pustą butelkę i zakołysałem nią, sprawdzając zawartość.

— Starczy na jednego — rzuciłem, ale wtedy do akcji wkroczyła Iza.

– Zostaw to gówno, Tomek. Nie będziemy spijać resztek ciepłej wódy z plastików jak jacyś amatorzy – powiedziała, z nutą władzy w głosie.  – Zasłużyłyśmy na coś lepszego. Mam w gabinecie butelkę w spadku po poprzedniku. Prawdziwy koniak.

W jej oczach zapaliły się te same psotne iskierki, które wcześniej widziałem u Klaudii. Wyglądały teraz jak dwie wspólniczki, które właśnie przybiły niewidzialną piątkę i zamierzają się bawić moim kosztem, bo dobrze wiedziały, że nie piję. Posłała jej spojrzenie, które mówiło więcej niż tysiąc słów. – Idziesz?

Klaudia zmrużyła oczy, uśmiechając się od ucha do ucha. Przechyliła głowę, lustrując Izę z bezczelną swobodą.

– Serio? Nie msz jeszcze dosyć? – spytała, przeciągając słowa tak, że brzmiały jak zaproszenie do grzechu. – Wszyscy już wyszli, a ty miałaś dziś urwanie głowy.

Iza parsknęła głośnym, szczerym śmiechem.

 – Kochanie, ja się dopiero rozkręcam. Cały dzień musiałam być grzeczną dyrektorką, więc teraz mam ochotę się upodlić. Muszę odreagować ten dzień, rozumiesz?

Klaudii aż zaświeciły się oczy. Stała tam, gapiąc się na moją żonę z autentycznym zachwytem,

– I chyba nie jestem jedyna, co? – dodała Iza, mierząc ją czujnym wzrokiem.

Obie wybuchneły porozumiewawczym śmiechem.

– O matko, Iza… uwielbiam cię – rzuciła bez zastanowienia, a potem nachyliła się bliżej. – Szkoda, że ta praktyka już się kończy.

– Też żałuję – odparła miękko moja żona.  – Ale mam nadzieję, że wrócisz do nas po studiach.

Złapała dziewczynę pod rękę i rzuciła:

– Dobra Tomek, zawieź je i wracaj, zanim się upijemy.

Kiedy ruszyły do wyjścia, Klaudia odwróciła głowę i rzuciła mi przez ramię gęste od niewypowiedzianych obietnic spojrzenie.

– Wracaj… szybko – powtórzyła za Izą, ale w jej ustach brzmiało to jak rozkaz.

Kiedy zakończyłem misję taksówkarza i zaparkowałem przed wejściem, natknąłem się na miłe panie sprzątaczki, które akurat opuszczały budynek.

– Dobranoc, panie Tomku – rzuciły z porozumiewawczym spojrzeniem, jakby ich kobieca intuicja podpowiadała im, że w dyrektorskim gabinecie noc dopiero się zaczyna. Wpuściły mnie do środka, a suchy szczęk klucza obracającego się w zamku dobitnie uświadomił mi, że mają rację.

Po godzinach szkoła miała w sobie coś z zakazanego, mrocznego placu zabaw. Moje kroki niosły się głośnym echem po pustych korytarzach, pogrążonych w półmroku, obwieszczając każdemu cieniowi, że jesteśmy tu teraz całkowicie sami. Zanim jeszcze dotarłem do masywnych drzwi gabinetu, usłyszałem stłumione głosy, przerywane nagłymi wybuchami chichotu.

Nieźle się bawią beze mnie – pomyślałem i poczułem w dole brzucha gwałtowny ucisk. Wszedłem. Atmosfera w środku była gęsta od oparów alkoholu i tego specyficznego kobiecego zapachu. Klaudia siedziała na kanapie, rozparta z bezczelną swobodą, podczas gdy moja pani zajęła fotel obok. Nogi miała podkulone pod siebie, a jej sandały porzucone niedbale na dywanie świadczyły o tym, że oficjalna część wieczoru dawno odeszła w niepamięć. Na ławie stała napoczęta butelka koniaku.

– No wreszcie! – rzuciła Iza, obracając w palcach kieliszek. – Mam nadzieję, że te młode siksy nie zrobiły ci krzywdy.

– Trzy na jednego… – Zachichotała Klaudia. – Nie miałby szans.

– Nie skarżyły się – odparłem z głupim uśmiechem, czując, że udziela mi się ich grzeszny humor. – Mam słabość do młodych nauczycielek. To silniejsze ode mnie.

Iza pokiwała tylko głową, ale Klaudia natychmiast wygięła usta w udawanym grymasie zazdrości. Jej oczy lśniły jednak czymś znacznie mroczniejszym niż zwykłe rozbawienie. Był w nich głód, który widziałem już wcześniej na parkiecie.

– Halo! Ja też jestem młoda i prawie-nauczycielka! – fuknęła, prostując się gwałtownie.

W jej głosie słychać było nie tyle urazę, co czystą, prowokacyjną rywalizację, podsyconą wypitym koniakiem. Iza zaśmiała się miękko, a potem powoli, niemal leniwie, pogładziła ją po odkrytym kolanie i dodała:

— Spokojnie, Klauduniu… — Tomek doskonale wie, z kim musi trzymać. Koleżanki z pokoju nauczycielskiego nie umywają się do nas nawet w połowie.

Alkohol musiał już zrobić swoje, bo obie, jak na komendę, poprawiły włosy, prostując się i wypinając biusty. Wyglądały jak dwa wampy, które właśnie osaczyły ofiarę i świetnie się przy tym bawią. Zadziwiające, jak, mimo sporej różnicy wieku, dobrze się ze sobą dogadywały.

Poczułem, że żołądek wywraca mi się na drugą stronę – z podniecenia. Ta ich pijacka solidarność była zbyt idealna, by mogła być przypadkowa. Wydurniały się, jakby miały już na mnie gotowy plan.

– Co tu tak ciemno? – rzuciłem, próbując przyzwyczaić wzrok do gęstego półmroku panującego w gabinecie.

Jedynym źródłem światła była mała lampka biurkowa, która rzucała na ściany długie, rozedrgane cienie. Może to właśnie dlatego w gabinecie unosił się ten niepokojący, gęsty magnetyzm, a ta jedna żarówka miała za zadanie oświetlać tylko to, co zakazane.

– Chciałyśmy sprawdzić, czy po omacku też do nas trafisz – odparła z leniwym uśmiechem Iza.

Klaudia zachichotała cicho z kanapy. Siedziała po turecku, spódniczka podciągnięta na udach. Wyglądała dokładnie tak, jak chciałem.

– Poza tym, Tomeczku – wtrąciła się, przeciągając sylaby z nadmierną słodyczą. – Nie chcesz przecież zobaczyć wszystkiego od razu. W półmroku wyobraźnia pracuje znacznie lepiej, prawda?

Bezczelnie przeciągnęła ostatnie słowo, nawiązując do naszego tańca w ciemnej sali, gdzie prawie nie widzieliśmy swoich twarzy. Iza odstawiła kieliszek z lekkim stuknięciem, pochyliła się do przodu i spojrzała na nią z udawaną powagą

– Klaudia… Naprawdę? – rzuciła niby karcąco, ale jej głos wibrował od tłumionego śmiechu.  – Myślałam, że jesteś ułożoną, grzeczną praktykantką, a ty bez mrugnięcia okiem uwodzisz mi męża. I to w moim własnym gabinecie.

Zawiesiła głos, pozwalając dziewczynie poczuć ciężar tego „oskarżenia”, po czym jej usta wygięły się w szerokim uśmiechu. Obie wybuchnęły gardłowym, szczeniackim chichotem, który odbił się echem od mebli. Jak na komendę wypiły resztę koniaku i wystawiły w moją stronę puste szkło, bezczelnie domagając się dolewki.

Pokręciłem głową, udając, że ta ich gra mi się nie podoba, ale w środku wszystko we mnie wrzało.

— W takim razie muszę was ostrzec — mruknąłem, podnosząc z ławy ciężką butelkę. — Mam bardzo wybujałą wyobraźnię, która właśnie wchodzi na najwyższe obroty.

Zatrzymałem wzrok na Klaudii, a ona odpowiedziała mi znajomym błyskiem, dając do zrozumienia, że podpisuje się pod każdym, nawet najbardziej wyuzdanym scenariuszem, który właśnie rodził się w mojej głowie.

Dolałem im bursztynowego płynu, czując na sobie ich palący wzrok. Wtedy Klaudia poklepała dłonią wolne miejsce na kanapie tuż obok siebie. Kanapa była tak wąska, że nasze uda natychmiast się ze sobą skleiły. Dziewczyna, jakby nigdy nic, przesunęła się o milimetr bliżej i leniwie założyła nogę na nogę. Jej kolano wbiło się w mój bok, a zwiewna spódniczka odsłoniła więcej, niż wypadało, lecz nadal wystarczająco subtelnie, by wciąż zachować pozory przyzwoitości. Doskonale wiedziała, jak elektryzująco działa na moje zmysły. Wyciągnąłem ramię i oparłem je na oparciu tuż za jej plecami. Iza patrzyła na nas znad kieliszka, uśmiechając się zagadkowo. Wyglądała na kogoś, kto dostał najlepsze miejsce w kinie i zamierza się świetnie bawić. Klaudia, ośmielona nonszalanckim zachowaniem mojej żony, postanowiła pójść o krok dalej. Przechyliła głowę, rzucając jej spod długich rzęs figlarne spojrzenie i wypaliła:

– Ale to pozwolenie nadal aktualne, co?

Iza przez chwilę gapiła się na nią z otwartymi ustami, przetwarzając w głowie pytanie, ale po sekundzie jej twarz rozjaśnił szeroki, rozluźniony alkoholem uśmiech.

– Jak to? To po co ja was, do cholery, zostawiłam na tym parkiecie?! – wybuchnęła śmiechem, niby oburzona, ale w oczach miała czystą ekscytację. –  Tomek, no jak mogłeś? – dodała z teatralnym westchnieniem. – Sama zgasiłam światło, a wy co? Nic?

Nie mogłem uwierzyć we własne uszy. Gapiłem się na nią, czując, jak adrenalina miesza się z krwią w gęsty, wybuchowy koktajl. Moja diablica potrafiła podkręcić atmosferę, ale rzucanie takimi tekstami przy dziewczynie, która tylko czekała na sygnał, żeby wskoczyć na mojego penisa, było jak otwarte zaproszenie do łóżka. Klaudia westchnęła ciężko, kręcąc głową, a moje spodnie zrobiły się o rozmiar za ciasne.

– No mówię ci, Iza, starałam się, naprawdę się starałam, ale on się bronił – kpiła, bawiąc się kosmykiem włosów. – Zazdroszczę ci takiego wiernego męża, chociaż muszę przyznać… było już nawet blisko. Prawda, Tomek?

Te dwie diablice bawiły się mną jak koty myszą, a ja czułem, jak w tym ciemnym gabinecie powoli brakuje mi powietrza. Nie zamierzałem jednak dłużej udawać niewiniątka, skoro obie wyraźnie miały ochotę rozszarpać mnie na kawałki.

— Blisko to mało powiedziane — rzuciłem, wchodząc w ich kuszącą grę. — Skarbie, gdybyś wtedy nie zapaliła światła i nie przerwała nam tej zabawy, to nie wiem, na co ta bezczelna bestia by mi jeszcze pozwoliła.

Spojrzałem na Klaudię, a ona zamiast spuścić wzrok, wypięła pierś i posłała mi lubieżny uśmiech, od którego sztywny penis naparł na spodnie. Iza była ewidentnie zadowolona, że w końcu przestałem się czaić i zacząłem grać według ich zasad. Odstawiła kieliszek na ławę. Głuchy stukot szkła o drewno zabrzmiał jak otwarcie do czegoś nowego. Spojrzała Klaudii prosto w oczy, a potem przeniosła wzrok na moje usta.

– A chciałabyś go pocałować? – wypaliła niespodziewanie.

W jej głosie nie było już żartu, ale konkretna propozycja. Klaudia zamarła na sekundę, a potem powoli odchyliła głowę, aby sprawdzić w moich oczach, czy oboje słyszymy to samo szaleństwo. Iza nawet nie mrugnęła – splotła dłonie na kolanie i oparła się wygodniej w fotelu, delektując się naszą konsternacją.

– Pytam serio – dodała, mrużąc oczy. – Widzę, jak na niego patrzysz. No? Chciałabyś?

Dziewczyna powoli wypuściła powietrze, położyła mi dłoń na kolanie, mimowolnie wbijając paznokcie w materiał spodni.

– Iza, ty wariatko… – pisnęła jak dzieciak.

W jej głosie była czysta, bezczelna ekscytacja. Była niemożliwa – zero wstydu, zero spiny, tylko ta młoda, czysta radocha z tego, że bierze udział w czymś totalnie zakazanym.

– Jak spróbuję tego ciacha, będę chciała więcej. Nie boisz się, że wezmę go sobie za dużo?

– A ja ci go wcale nie będę odbierać, kochana – odparła Iza, oblizując wargę ze śladów alkoholu.

– Jeśli ktoś mnie pyta o zdanie, to zdecydowanie jestem na tak. – Włączyłem się do dyskusji, przerywając ich licytację.

Ręką, którą trzymałem na oparciu za głową Klaudii, przyciągnąłem ją do siebie. Poczułem niesamowitą lekkość i frajdę, chociaż nie wypiłem ani grama. Klaudia jakby czekała na ten ruch. Teraz, z bliska widziałem ją dokładnie. Rozszerzone źrenice, ciepłe, cholernie ciekawe oczy, które omiatały moją twarz, usta rozchylone i głodne. Była ładna, to fakt, ale miała w sobie coś znacznie lepszego: była zajebiście zepsuta. Kiedy przyciągnąłem ją mocniej, przywarła do mnie jak magnes. Nasze wargi spotkały się i poczułem, jak miękkie i jeszcze wilgotne od koniaku usta, ostrożnie badają moje. Z każdą sekundą ich nacisk stawał się pewniejszy, bardziej zachłanny. Mruknęła coś cicho, a jej dłoń, zaczęła powoli przesuwać się po moim ramieniu i karku, aż wplotła palce we włosy. Drżała, ale nie ze strachu, lecz z tej młodej, nieposkromionej ekscytacji. Siła, z jaką napierała na moje usta, mówiła jasno: ona nie chce tylko spróbować, ona ma zamiar pójść na całość i kochać się ze mną na oczach mojej żony. Poddałem się i teraz to ja wpiłem się w jej usta, chcąc przejąć kontrolę i pokazać, że skończyły się żarty, ale ta mała prowokatorka, miała inny plan. W samym środku napięcia nagle się wycofała. Zrobiła to sprytnie, zwinnie, zostawiając mnie z rozchylonymi ustami i niedosytem, który palił jak ogień. Odsunęła się zaledwie o centymetr, tak bym wciąż czuł jej żar, ale nie mógł go już dostać. Obróciła głowę w stronę fotela, na którym siedziała Iza.

– Oddychasz? – rzuciła zadziornie, powoli oblizując dolną wargę z mojej śliny.

– Oddycham, cwaniaro – odparła Iza, a jej głos był nienaturalnie spokojny, co tylko potęgowało napięcie. Siedziała nieruchomo, wpatrzona w nas z jakąś chorą fascynacją. – I nie miej wyrzutów sumienia. Podoba mi się to, co robicie.

— Ale zajebiście… – Zachichotała Klaudia, kręcąc głową, jakby sama nie wierzyła w to, co się dzieje. – Nigdy nie całowałam się z facetem… na oczach jego żony.

Klaudia zachowywała się tak, jakby to wszystko było jedynie niewinną, szczeniacką zabawą, ale Iza nie dała się sprowokować. Upiła łyk koniaku i wtedy w jej spojrzeniu pojawiło się coś niebezpiecznego, drapieżnego.

— A jak wolisz? — zapytała niskim, wibrującym głosem, od którego ciarki przeszły mi po plecach. — Mam patrzeć… czy może powinnam odwrócić wzrok? Bo widzę po was, że na dole nie skończyło się tylko na tańcu. Coście tam, do cholery, odwalili, że tak cię nosi?

Dziewczyna znieruchomiała. Jej bezczelny uśmieszek zgasł, ustępując miejsca surowemu pożądaniu. Przysunęła się do mojego ucha, parząc mi skórę oddechem, ale mówiła tak, by Iza słyszała każde słowo.

— Jak chcesz naprawdę wiedzieć… — szepnęła. — To zapytaj swojego męża.

Atmosfera zgęstniała w ułamku sekundy. Klaudia nagle przestała się śmiać, przysunęła się tak blisko, że jej piersi niemal ocierały się o moją koszulę. Kręciło mnie to tak mocno, że ledwo panowałem nad odruchami. Patrzyłem na jej rozchylone usta i czułem obezwładniającą chęć, żeby zerżnąć ją tu i teraz, bez żadnych podchodów.

– Powiedz jej — szepnęła mi do ucha, prowokując Izę każdym słowem. — Powiedz, jak wsunąłeś mi rękę pod bluzę i zabawiałeś się moim nagim ciałem… Powiedz jej dokładnie, co mi wtedy szeptałeś.

Spojrzeliśmy na siebie i to spojrzenie było jak pakt – obrzydliwy i jednocześnie ekscytujący.

– Patrz na nas teraz, ile tylko chcesz – rzuciła do Izy i parząc mi usta oddechem, pocałowała mnie.

Tym razem szybko, łapczywie, wbijając się we mnie językiem głębiej niż przed chwilą. To nie był już test, tylko bezczelna demonstracja. Przekręciliśmy się do siebie na tej ciasnej kanapie, siadając przodem, niemal kolano w kolano. Położyłem jej dłoń wysoko na nodze, czując pod palcami napięte mięśnie, a ona zacisnęła palce na moim ramieniu, jakby bała się, że zaraz ją odepchnę. Chciała mi udowodnić, że nie żartuje, że ta perwersja nakręca ją jak nic wcześniej. Czułem jej dłonie gniotące koszulę z furią, której się po niej nie spodziewałem. Szarpnęła za guziki, szukając kontaktu z moją skórą, a jej oddech stał się urywany, niemal bolesny. Była w amoku, napędzana pożądaniem, które dosłownie od niej parowało.

Kątem oka wyłowiłem Izę. Siedziała z nogą założoną na nogę, a jej stopa dyndała rytmicznie w powietrzu, wybijając takt tej brudnej symfonii. Nie odrywała wzroku od naszych splecionych ust, chłonąc każdą sekundę upadku, w którym właśnie tonęło nasze małżeństwo. Zacisnąłem palce na udzie Klaudii i nawet przez cienki materiał spódniczki poczułem bijące od niej parne gorąco i napięte mięśnie, które drgnęły pod dotykiem niczym struna pod smyczkiem. Powoli sunąłem w górę, bezlitośnie rolując tkaninę i odsłaniając centymetr po centymetrze nagą, śliską skórę. Nie spieszyłem się – celebrowałem ten opór materiału i to, jak desperacko jej ciało lgnęło do mojej dłoni. Język Klaudii w moich ustach zwolnił, stał się ciężki, zachłanny, jakby cała jej świadomość przeniosła się tam, gdzie moje palce nieuchronnie zbliżały się do celu. Jej biodra unosiły się rytmicznie, szukając twardego kontaktu, niemal błagając o to, bym w końcu skrócił ten dystans. Ale nie zamierzałem dawać jej wszystkiego od razu. Wiedziałem, że i tak mam ją całą na własność i zrobię z nią, co tylko zechcę. W ostatniej chwili, zamiast wsunąć dłoń pod krawędź spódniczki, wbiłem ją głęboko pod jej bluzę. Materiał podjechał do góry, a moje palce od razu trafiły na tę samą nagą, rozgrzaną skórę, która paliła mnie na parkiecie. Była napięta i sprężysta jakby czekała tylko na to, żeby ją pomasować. Zagarnąłem tę obłędną pierś całą garścią i ścisnąłem. Sutek wbił mi się w środek dłoni, a ja nie wytrzymałem – ująłem go w dwa palce i lekko szarpnąłem, wyrywając z jej piersi krótki, urwany jęk.

– O tak… — jęknęła, odchylając głowę do tyłu. Głos jej się załamał na końcu, jakby to jedno słowo kosztowało ją resztki kontroli.

Drugą ręką złapałem ją za kark, pogłębiając pocałunek i bezlitośnie zmuszając ją do uległości. Jęczała mi w usta – głośno i bez cienia wstydu. Iza była tuż obok. Czułem jej perfumy mieszające się z zapachem Klaudii, słyszałem jej przyspieszony, rwany oddech. Zerknąłem na nią kątem oka, próbując na sekundę oderwać się od dziewczyny, ale ta na to nie pozwoliła. Wpiła się we mnie z furią, drapiąc paznokciami mój kark, jakby chciała wyryć na mnie swoje piętno. Całowała łapczywie, prowokacyjnie wysuwając język na zewnątrz tak, by moja żona widziała każdy brudny, mokry detal tego połączenia.

Demonstrowała przed nią swoją chwilową dominację, zawłaszczając sobie moje usta i dłonie. Kurwa, nigdy nie robiliśmy nic tak chorego. Iza nigdy nie była tak blisko, gdy posuwałem inną kobietę. Czułem jej obecność, a jej wzrok palił mnie jak fizyczny dotyk, wbijał się w kark, w plecy, prosto w jądra. To wszystko było brudne, zakazane, absolutnie złe – i właśnie dlatego smakowało tak obłędnie. Krew dudniła mi w skroniach i w rozporku, rozsadzając żyły, a Klaudia ssała mój język, jakby chciała mnie wciągnąć do środka i już nigdy nie wypuścić. Iza milczała, ale jej oddech stawał się coraz głośniejszy, coraz cięższy, chłonąc każdy nasz ruch, każdy dźwięk, każde brudne mlaśnięcie.

– Zdejmij z niej bluzę – poleciła. W jej głosie nie było prośby. To był rozkaz. – Muszę widzieć, co jej robisz.

Klaudia zamarła na sekundę, słysząc komendę mojej żony, a potem wygięła się. Jej oczy błyszczały radosną uległością – była gotowa na to upodlenie, wręcz go łaknęła. Obiema dłońmi chwyciłem dół kangurki, a ona posłusznie uniosła ramiona. Szarpnąłem. Kiedy bluza zsuwała się przez jej głowę, materiał zahaczył o gumkę, która pękła z cichym trzaskiem. Włosy uwolniły się z więzów i rozsypały na jej ramionach jak gęsta, ciemna chmura, potęgując obraz totalnego chaosu i zepsucia. Odrzuciłem ciuch na bok, nie patrząc, gdzie upadnie.

– Klaudia… – wymamrotałem tylko i głos uwiązł mi w gardle.

Miała zajebiste ciało i wiedziała doskonale, czego nie byłem w stanie wykrztusić. Miałem przed oczami wszystko, co wcześniej badałem jedynie dłonią. Jej piersi były

bezczelnie piękne, dokładnie takie, jakie sobie mogłem wyobrazić u wysportowanej, napalonej dziewczyny. Sprężyste, uniesione, z tą młodzieńczą twardością, która stawiała pod palcami pyszny opór. Pełne, idealnie zaokrąglone, a małe, twarde jak kamienie sutki sterczały dumnie – świeże i ciekawskie, prosząc się, żeby je ssać, gryźć i szarpać, wszystko naraz.

Klaudia dostrzegła mój zachwycony wzrok, czuła na sobie spojrzenie Izy i karmiła się tym, że jest w centrum brudnej, małżeńskiej gry. Wypchnęła pierś, rzucając Izie wyzywające spojrzenie. Z burzą rozczochranych włosów, wyglądała jak bogini grzechu – młoda, bezczelna i kurewsko seksowna. Przejechałem kciukami po obu sutkach, a ona gwałtownie wciągnęła powietrze, jakby nagle uderzył w nią prąd. Jej ciało przeszył potężny, niekontrolowany dreszcz, sprawiając, że uwięzione w moich dłoniach piersi, zafalowały, a wtedy zapomniałem, jak się oddycha. Ta dziewczyna była jak narkotyk, czysty i niszczycielski. Stała się naszą perwersyjną zdobyczą – żywym dowodem na to, jak głęboko Iza potrafi zabrnąć w swoim zepsuciu, rzucając mi tę smarkulę na pożarcie niczym trofeum.

– Tego właśnie chciałaś? – Klaudia nagle przerwała pocałunek, odrywając usta od moich. Jej ociekający bezczelnością uśmiech był jak siarczysty policzek wymierzony prosto w twarz mojej żony. — Bo teraz twój mąż należy tylko do mnie — wychrypiała, nie puszczając mojego karku. — I wezmę go całego.

Ta smarkula miała jebaną rację. W tej sekundzie nic na świecie nie mogłoby mnie od niej oderwać. Spojrzałem na Izę, ale to, co zobaczyłem w jej oczach, zmroziło mi krew – jej nozdrza drżały z podniecenia.

– Chcę to zobaczyć. Tutaj. Przy mnie.  – Usłyszałem jej zachrypnięty, niemal nieludzki od tłumionych emocji głos.

Pocałowałem Klaudię, ale ona już dawno przestała być tą bezczelną dzikuską. Jej rozedrgane usta poddawały się moim miękko, bez oporu, jakby w tym jednym geście oddawała mi całą siebie. Sunąłem wargami po jej brodzie i szyi, zostawiając za sobą wilgotne ślady. Smakowała solą, drogimi perfumami i słodkim napięciem, które sprawia, że język nie chce się nawet na sekundę oderwać od tego drżącego ciała. Kiedy zamknąłem usta na jej sutku – najpierw tylko drażniąc go czubkiem języka, okrążając powoli, a potem wciągając go głęboko i ssąc – Klaudia wyrzuciła z siebie krótkie, ochrypłe „o kurwa”. Wbiła paznokcie w moją głowę, przytwierdzając mnie do siebie, nie dając mi ani sekundy oddechu.

– Tomek… — wyszeptała, wplatając palce jeszcze mocniej w moje włosy i przyciągając moją twarz do siebie.

Westchnęła głęboko, niemal z bólem, bo zacisnąłem palce na jej sprężystej piersi, formując z niej idealną półkulę. Wepchnąłem sterczący sutek głęboko do ust i zacząłem go ssać – tym razem powoli, niemal z namaszczeniem, pieszcząc go językiem z jakąś chorą odmianą czułości.

– O tak… Boże, Tomek, właśnie tak… – mruczała miękkim, lepkim od pożądania i nienasyconego głodu szeptem. – Marzyłam o tym, żebyś mnie tak kochał. Myślałam o tobie bez przerwy, przysięgam.

Klaudia wyrzucała z siebie słowa z taką desperacją, jakby składała przysięgę przed ołtarzem, tyle że tym razem ołtarzem była skórzana kanapa w gabinecie, a jedynym, milczącym świadkiem – moja własna żona. Dziewczyna zupełnie o to nie dbała. Mówiła te wszystkie intymne wyznania na głos, rzucając je prosto w twarz Izy. Krew pulsowała mi w skroniach z siłą młota pneumatycznego. Oderwałem się od jej ciała, ale tylko po to, by chwycić ją za podbródek i zmusić, by na mnie spojrzała.. Byłem tak nabuzowany, że ledwo widziałem na oczy.

– Nie masz pojęcia, jak chcę cię kochać.

Klaudia trzęsła się w konwulsjach pożądania. Widziałem po jej mętnym wzroku i rozchylonych ustach, jak desperacko chce, żeby to napięcie w końcu eksplodowało, ale jednocześnie upajała się każdą sekundą tego perwersyjnego spektaklu przed moją żoną.

Odruchowo, podciągnęła nogę, zapierając się stopą o krawędź skórzanej kanapy, a wtedy spódniczka zsunęła się bezradnie w dół uda, obnażając napiętą skórę i wyznaczając prostą, bezlitosną ścieżkę do miejsca, gdzie to słodkie napięcie miało znaleźć swój ostateczny upust. Zjechałem dłonią na jej brzuch. Był twardy, napięty, z delikatnym kształtem mięśni, drżący pod dotykiem. Przesunąłem rękę niżej, na udo, i nie przerywając zachłannego pocałunku, sunąłem coraz wyżej, czując, jak jej ciało prowadzi ze mną własny, bezwstydny dialog. W gabinecie zapadła ciężka cisza, którą mącił jedynie urywany, świszczący oddech Klaudii. Jednym ruchem zadarłem spódniczkę do samego końca. Materiał zebrał się w niechlujne fałdy na jej biodrach, obnażając ją całkowicie przed moim wzrokiem i przed oczyma Izy. Cienkie majtki przylegały do niej jak druga skóra, już teraz zdradzając, że ta „lekcja” kosztuje ją mnóstwo emocji. Włożyłem dłoń między jej rozchylone nogi i mocno naparłem, czując pod spodem parujący żar i lepki dowód na to, jak bardzo jest gotowa. Klaudia wypchnęła biodra do przodu, szukając mocniejszego kontaktu, a z jej gardła wydobył się wysoki, zduszony pisk. Nogi rozchyliły się jeszcze szerzej, bezwstydnie zapraszając mnie do środka, co natychmiast wykorzystałem. Miażdżyłem krocze całą dłonią, masując je miarowo i ciężko, a ona popiskiwała, coraz rozpaczliwiej łapiąc powietrze. Czułem pod palcami każdą fałdkę napiętych majtek, które z każdą sekundą stawały się coraz bardziej przesiąknięte jej bezwstydnym pożądaniem. I wtedy nagle otworzyła oczy. Spojrzała na Izę, która siedziała nachylona tak blisko jakby chciała poczuć jej zapach. Policzki płonęły jej żywym ogniem, usta miała nabrzmiałe od moich pocałunków, a oddech tak rwany, jakby przed chwilą przebiegła maraton.

– Iza… –  wykrztusiła błagalnie. –  Chodź do nas…

Zacisnęła dłoń na mojej głowie, przyciągając ja jeszcze mocniej. Chciała się schować, a jednocześnie wystawić na widok publiczny. Była w tym cała sprzeczność: wstyd i pragnienie, krępowanie i bezwstydna prośba.

– Myślałam, że nigdy tego nie powiesz, ty mała, nienasycona egoistko – wychrypiała moja żona i natychmiast usiadła na krawędzi kanapy, tuż przy nas.

Wbiła dłoń w udo Klaudii, a jej palce zaczęły piąć się w górę, ślizgając się bezwstydnie po wewnętrznej stronie nogi. Klaudia zarzuciła nogę na jej kolana, wystawiając się na żer nas obojga. Widziałem, jak palce Izy znikają pod krawędzią majtek, a dziewczyna gwałtownie wciąga powietrze, wyginając plecy w łuk.

– Jesteś cudowna, Klauduniu – mruknęła, wbijając wzrok w zamglone oczy dziewczyny. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mnie podniecasz … patrzeć, jak mój mąż cię dotyka, a ty skomlesz, marząc o tym, żeby cię w końcu zerżnął na moich oczach.

– Podobasz mu się – szepnęła, przybliżając usta do ucha dziewczyny. – Co cię jeszcze powstrzymuje?

Klaudia westchnęła i uśmiechnęła się – nie triumfalnie, tylko miękko, trochę niepewnie, jakby sama nie wierzyła, że potrafi wywołać taką reakcję.

– Uważaj Iza, ona jest w moim typie – rzuciłem zachrypniętym głosem, od którego sam poczułem ciarki na karku.

Klaudia wbiła we mnie spojrzenie pełne uwielbienia, a jej biodra znów nieznacznie drgnęły pod dłonią Izy

– Bardzo w moim typie – powtórzyłem, tym razem wolniej, przesuwając wzrok na usta Klaudii, które wciąż były wilgotne od naszych pocałunków.

Iza tylko pokręciła głową, a na jej twarzy odmalował się ten drapieżny, spokojny uśmiech, który zawsze oznaczał, że kontroluje sytuację.

– Wiem o tym lepiej od ciebie  – odparła  nie odrywając wzroku od zamglonych oczu dziewczyny.

Położyła dłonie na jej biodrach i zahaczyła kciukami o gumkę spódnicy. Klaudia wstrzymała oddech, cała zesztywniała, jakby jej ciało potrzebowało chwili, by zrozumieć, co się właściwie dzieje. Iza zaczęła ściągać materiał w dół. Robiła to bez pośpiechu, dokładnie, jakby chciała nacieszyć się widokiem każdego odsłanianego kawałka jej nagości. Klaudia odruchowo uniosła biodra, żeby jej pomóc – spódnica razem z majtkami zsunęły się po kolanach, kostkach i wylądowały na podłodze obok rzuconej wcześniej bluzy. Zaraz potem dłoń Izy wróciła między jej uda. Rozchyliła wargi i wcisnęła w nią dwa palce, napierając jednocześnie opuszkiem kciuka na łechtaczkę.

— O Jezu, Iza… — wykrztusiła, zaciskając dłonie na moich ramionach.  — Ale ty jesteś zepsuta.

– Obydwie jesteśmy zepsute.

Skomlenie Klaudii przeszło w cichy skowyt, bo Iza zaczęła zataczać kciukiem wolne, miarowe kółka, badając, ile dziewczyna jest jeszcze w stanie wytrzymać. Patrzyłem na jej palce, które pracowały między udami Klaudii z chirurgiczną wręcz znajomością kobiecego ciała i ten widok był tak obezwładniający, jak sam dotyk.

Rozpiąłem spodnie, nie dbając o elegancję ruchów. Marzyłem jedynie o tym, żeby zacisnęła ciasną pochwę na moim penisie. Klaudia rzuciła mi błyskawiczne spojrzenie, w którym widziałem bezgraniczną zgodę. Złapałem ją mocno za biodra, wbijając palce w jej skórę, a ona zwinnym ruchem przełożyła nade mną udo i usiadła na mnie okrakiem. Poczułem jej ciężar i syknąłem z wrażenia. Siedziała nade mną, dysząc ciężko, z rękami opartymi o moje ramiona. Jej twarz była zaledwie centymetry od mojej, a w oczach miała triumf dziewczyny, która wreszcie dostała to, na co polowała przez całą imprezę. Iza była obok, obserwując z surowym zadowoleniem, jak jej uczennica przejmuje kontrolę. W instynktownym odruchu, chwyciła penisa i nakierowała go precyzyjnie pomiędzy jej rozchylone uda. Klaudia uniosła się, a potem opadła na mnie całym ciężarem, nabijając się aż do samego końca, tak głęboko, że poczułem uderzenie jej miednicy o biodra.

– Tomek – jęknęła łamiącym się głosem, który przeszedł w pełen uwielbienia szloch. – Uwielbiam was….

W tym jęku było wszystko: pierwszy moment rozdarcia, gwałtowna ulga i surowa, najczystsza rozkosz, która odbierała rozum. Głowa odskoczyła jej bezwładnie do tyłu, odsłaniając gładką, napiętą szyję. Iza nie czekała –  pochyliła nad nami tak blisko, że jej włosy smagały piersi młodej. Patrzyła na nas z góry, zaborczo, jakby każdy nasz ruch był jej własnością. Klaudia wbiła paznokcie w moje ramiona, niemalże rozrywając skórę i wtedy jej ciało wpadło w rytmiczne, niekontrolowane drżenie. Oplotła mnie nogami, a ja chwyciłem ją za ten twardy, wysportowany tyłek i wbiłem palce w pośladki, dociskając ją z całej siły do siebie. Zaczęła na mnie jeździć, szybko i energicznie. Poruszała się jak w amoku, całkowicie poza kontrolą. Każdym ruchem wbijałem się w nią po samą nasadę, wypełniając ją tak głęboko, że dławiła się własnym oddechem.

— Chryste, dzikusko… — wychrypiałem, dławiąc się z rozkoszy. — Jesteś obłędna.

Byłem nią absolutnie urzeczony; tym, jak jej młode ciało było głodne seksu, jak mocno reagowała na penisa i moje dłonie. Dziewczyna kipiała od nadmiaru bodźców. To nie była tylko fizyczność – ona płonęła faktem, że ma mnie na własność, tutaj, pod czujnym okiem Izy. Była w tym tak autentyczna, tak bezwstydnie spragniona mojej bliskości, co w połączeniu z jej drapieżnym, młodzieńczym głodem, sprawiało, że czułem się jak najważniejszy mężczyzna na świecie.

Nagle dłoń Izy zsunęła się niżej ­– jej palce objęły moje jądra, masując je z taką precyzją i znajomością moich reakcji, że pociemniało mi przed oczami. Z trudem powstrzymałem ryk, który uwiązł mi w gardle. Zaraz potem przeniosła dłoń na pośladki dziewczyny. Nie mogłem tego zobaczyć, osłonięty jej ciałem, ale poczułem ten dotyk w gwałtownym, elektrycznym drgnięciu. Iza najpierw tylko ją pomasowała, bezlitośnie napychając to drżące ciało na penisa, ale chwilę później jej palce zsunęły się między rozwarte pośladki dziewczyny. Musnęła odbyt, badając z nieludzkim wręcz spokojem granice jej wytrzymałości. Ten ruch był tak niespodziewany i brudny, że dziewczyna niemal przestała oddychać. Wbiła zęby w moją szyję, tłumiąc krzyk, a jej ciało stało się jedną, wielką napiętą struną. Napięcie osiągnęło punkt krytyczny. Klaudia gwałtownie wciągnęła powietrze, pochwa zacisnęła się na mnie z niewyobrażalną ciasnotą, która jednocześnie miażdżyła i pochłaniała. Jej biodra wpadły w obłędny, chaotyczny rytm, szukając już tylko wyładowania.

– Klaudia, rany… – wychrypiałem, czując, że mięśnie ud mdleją mi z wysiłku. – To się zbliża… Zaraz dojdę.

Ale w jej spojrzeniu nie było już nic poza bezgranicznym, niekiełznanym głodem.

– Zrób to! – wrzasnęła. – Cholera, Tomek! Teraz!

Wyglądała jak opętana, całkowicie zatracona w brudnym spektaklu, który odgrywaliśmy przed moją żoną. Zacząłem wypychać biodra, nabijać ją na siebie z jakąś chorą, niszczycielską furią, udowadniając jej, jak bardzo mnie opętała. Dyszałem jej w usta, chłonąc jej własny krzyk jak tlen. Nagle znieruchomiała. Wywróciła oczami i wtedy jej ciało eksplodowało serią potężnych, rytmicznych skurczów, które dosłownie wyżymały ze mnie życie. Wpiłem się w jej wargi, dławiąc jej krzyk własnym rykiem, języki splatały się w tym samym obłędnym, mokrym rytmie co nasze ciała. Klaudia okręciła ramiona wokół mojej szyi, nogi wciąż kurczowo zaciśnięte na moich biodrach, piersi rozpłaszczone na torsie. To był obłęd.

Powoli, bardzo powoli, napięcie zaczęło z nas schodzić, zostawiając jedynie obezwładniający ciężar i duszne, kojące ciepło. Iza, która przez cały czas była częścią tego teatru, przysunęła się jeszcze bliżej. Poczułem jej zapach, który teraz był już jak spokój po burzy. Odnalazła moje usta, całując mnie głęboko, ze smakiem triumfu i miłości. Potem jej dłoń powędrowała na mokry od potu policzek Klaudii. Zbliżyła twarz do jej twarzy i pocałowała ją w płatek ucha, delikatnie szczypiąc go wargami. Ta, wciąż oszołomiona i ledwo łapiąca oddech, wtuliła się w Izę, łasząc się do niej jak drapieżna, ale uległa kotka.

– Mmmm – wymruczała w końcu, wciąż drżąc. – Zadowolona, pani dyrektor? Spisałam się?

— Byłaś niesamowita — wyszeptała Iza, przesuwając dłonią po jej mokrych plecach. — Nawet nie wiesz, jak cholernie jestem z ciebie dumna.

Spojrzała na mnie kątem oka, a ja poczułem, jakby mi ktoś wylał na łeb kubeł lodowatej wody. Gapiłem się na nie obie i powoli zacząłem rozumieć.

— Patrzenie na to, jak mój mąż cię dotyka… jak go prowokujesz i robisz z nim to wszystko na moich oczach… — Iza zniżyła głos do szeptu, od którego cierpła mi skóra. — To był najpiękniejszy widok w moim życiu. Zrobiłaś to perfekcyjnie.

Zobaczyłem w jej oczach chorą, perwersyjną satysfakcję kobiety, która właśnie dostała swój wymarzony pokaz. Patrzyły na mnie obie, a ja się czułem, jak pieprzony pionek na ich lśniącej szachownicy.

— Zmówiłyście się, tak? — wychrypiałem z furią, bo to odkrycie w jednej sekundzie zgasiło mój triumf.

Przez moment naprawdę wierzyłem, że ta młoda laska leci na mnie, bo wciąż mam to „coś”. Okazało się, że byłem tylko nieświadomym statystą w ich przewrotnej, wyrafinowanej grze. Wykorzystały moje męskie słabości, żeby… no właśnie. Żeby sprawdzić, jak szybko zamienię się w śliniącego się kundla? Żeby Iza mogła napawać się moim upadkiem, a Klaudia udowodnić, że potrafi rozłożyć męża swojej szefowej pod jej czujnym okiem?

– Wy przebiegłe suki — rzuciłem, próbując brzmieć groźnie, choć mój organizm wciąż wysyłał sygnały, że chętnie dałby się wykorzystać jeszcze raz.

Zamiast strachu czy wstydu, usłyszałem tylko ich rozbrajający chichot.

— Nie gniewaj się, słodziaku. I tak bym ci nie odpuściła — powiedziała kojącym głosem Klaudia.

Podniosła się nieco, odgarniając wilgotne włosy z twarzy. Patrzyła na mnie z góry z tym samym bezczelnym błyskiem w oku, który widziałem u niej wtedy, gdy podczas szkolenia rady, na oczach wszystkich wchodziła ze mną w gierki. Przesunęła dłonią po mojej klatce, ale jej dotyk nie był badawczy; był zaborczy, jakbym stał się już jej własnością.

— Spodobałeś mi się, od pierwszej sekundy — mruknęła, świdrując mnie bezwstydnym wzrokiem. — Gapiłam się na ciebie i kombinowałam tylko o tym, jak zwrócić twoją uwagę. I chyba mi się udało, co? Naprawdę myślałeś, że to tylko spisek?

Zaśmiała się cicho, a potem oblizała wargę, jakby wciąż czuła na niej mój smak.

– Szybko doszłyśmy z Klaudią do porozumienia, skarbie – dodała Iza. — Ona miała na ciebie plan, a ja miałam ochotę zobaczyć, jak go realizuje. Okazało się, że mamy bardzo podobne upodobania.

Klaudia nachyliła się nad moją twarzą, niemal dotykając nosem mojego nosa.

— Twoja żona dała mi wolną rękę, ale cała reszta? To ja się postarałam, żebyś zgłupiał na moim punkcie, a ty mi to bardzo ułatwiłeś. Nie zaprzeczysz, co? Chciałam cię mieć i mam.

Uśmiechnęła się drapieżnie, a ja nie miałem nawet siły, aby zaprzeczyć. Ta dziewczyna nie uznawała kompromisów.

— A teraz… — Głos Izy zawibrował w ciszy gabinetu, jakąś niepokojącą, tajemniczą nutą — jedziemy do nas. Zajmiemy się nim obie, prawda Klaudio?

Klaudia zamarła. Zobaczyłem w jej szeroko otwartych oczach szok, który w ułamku sekundy przeszedł w niemal religijny podziw. Iza położyła dłoń na jej policzku – powoli, niemal czule, ale z siłą, która nie znosiła sprzeciwu. Przesunęła kciukiem po jej wilgotnej, spuchniętej od pocałunków wardze, jakby znaczyła nowy teren.

— A właściwie… może zabawimy się nie tylko moim mężem.  — dodała kusząco, wbijając w Klaudię wzrok tak głodny, że dziewczyna wyraźnie drgnęła.

Popatrzyła na moją żonę z mieszanką przerażenia i chorobliwej fascynacji. Propozycja, która padła z jej ust była obietnicą czegoś, czego dziewczyna kompletnie nie uwzględniła w swoich planach.

— Spodoba ci się, kochanie — kusiła ją Iza, zniżając głos do miękkiego, jadowitego mruczenia. Nachyliła się tak blisko, że ich wilgotne wargi niemal się zetknęły, dzieląc wspólny oddech. — Upodlimy się na całego. Zobaczysz, co to znaczy prawdziwe zepsucie. Chętna?

Klaudia, która jeszcze przed chwilą łasiła się do Izy jak wierna kotka, nagle znieruchomiała. Jej spojrzenie, dotąd rozmyte od rozkoszy, gwałtownie stwardniało, nabierając stalowego połysku. Przez ułamek sekundy widziałem, jak w jej głowie ścierają się resztki oporu z narastającą, brudną ciekawością.

— Brzmi kusząco, pani dyrektor — odparła, lecz jej głos stał się nagle niebezpiecznie spokojny, niemal chłodny. –  Może będę zainteresowana – ciągnęła, powoli cedząc słowa – ale nie za darmo.

Iza uniosła brew, zaskoczona nagłą zmianą tonu dziewczyny. Jej dłoń wciąż spoczywała na policzku Klaudii, ale uścisk mimowolnie stężał.

— Słucham? — mruknęła z niedowierzaniem.

— Chcę Tomka. — Klaudia wskazała na mnie podbródkiem, a w jej oczach błysnęła bezczelna kalkulacja. — Zrobię wszystko, czego chcesz. Będę twoją zabawką — zawiesiła głos, przenosząc na moment wzrok na mnie, a potem znów wbiła go w moją żonę. — Ale jest jeden warunek. Po tym wszystkim, chcę jedną noc z twoim mężem. Tylko on i ja.

Zapadła cisza tak ciężka, że niemal fizycznie gniotła mi klatkę piersiową. Iza, dotąd pewna swojej dominacji, nagle znieruchomiała. Zobaczyłem w jej oczach błysk zaskoczenia zmieszany z niepewnością. Klaudia właśnie wymanewrowała ją jej własną bronią. Wykorzystała moment, w którym moja żona była najbardziej napalona i podatna na perwersyjne sugestie, by wyrwać mnie z jej rąk.

— Odważnie, mała intrygatorko — syknęła, a jej nozdrza zadrżały. — Naprawdę myślisz, że możesz mi go ukraść?

Klaudia nie spuściła wzroku. Wręcz przeciwnie, uśmiechnęła się prowokująco, przesuwając językiem po zębach. Ten gest był jak policzek wymierzony Izie – bezpośrednie wyzwanie rzucone władczyni.

— Nie chcę ci go ukraść. Pożyczyć — poprawiła ją z lodowatym spokojem. —  Tylko na jedną noc. A potem… kto wie?

Wbiła wzrok w Izę, mrużąc lekko oczy, jakby szacowała wartość towaru, który właśnie negocjuje.

— Postaram się, żeby nasz Tomek nie zapomniał o mnie zbyt szybko. — Zaśmiała się krótko, kompletnie nie przejmując się napietą atmosferą. — Chyba nie jesteś zazdrosna o odrobinę dobrej zabawy?

Byłem w takim samym szoku co Iza. Poczułem, że to jest ten moment, w którym muszę zaznaczyć swoją obecność, zanim one zaczną spisywać na mnie umowę notarialną.

— Tylko się nie kłóćcie o mnie, dziewczyny — rzuciłem z ironicznym uśmiechem, kładąc dłonie na ich karkach i przyciągając je obie blisko siebie. Patrzyły na siebie jak dwie drapieżniczki nad zdobyczą, a ja czułem się w tym układzie kurewsko dobrze.

— Miło wiedzieć, że jestem tyle wart — dodałem, przesuwając kciukami po ich skórze. — Godzę się na wszystko.

Spojrzałem Izie prosto w oczy. Spodziewałem się furii, ale to, co zobaczyłem, niemal zwaliło mnie z nóg. Jej wzrok był szeroki, rozgorączkowany, wypełniony czystym, perwersyjnym zaskoczeniem. Propozycja Klaudii uderzyła w jej najgłębsze, najbardziej chore fantazje. Była autentycznie podniecona faktem, że ta młoda laska ma odwagę negocjować.

— Bezczelna suko… — szepnęła srogo, ale w jej głosie brzmiał zachwyt, a nie gniew. — Skoro tak… — Iza się wyprostowała. – Jedziemy. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak bardzo będziesz się o niego starać.

Mrugnąłem do Klaudii, czując, że spina się w radosnym wyczekiwaniu.

215
10/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 10/10 (1 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.