Nieposkromione marzenia (III) - Światełko tuż za zakrętem
26 lutego 2026
Nieposkromione marzenia
25 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Trudna rozmowa którą mieli miesiąc wcześniej rozeszła się po kościach. Po kilku cichych dniach Piotrek ją przeprosił, w bardzo oględnych słowach nawet zasugerował, że poszuka jakiejś stałej pracy. Pocieszała się, że w końcu byli wolni i bez zobowiązań. Bez zobowiązań? No właśnie… Mijał kolejny rok kiedy ona pracowała ile mogła, a Piotrek niemal w ogóle, co wyssało z niej ostatnie chęci do życia. Jego wielka ambicja i podejście w stylu “wszystko, albo nic” okazało się mieczem obosiecznym. Kiedy świat zdeptał, opluł i rozszarpał na strzępy jego marzenia i wielkie plany— zostało z nich właśnie nic. A na ich miejsce nie znalazł innych wyzwań. Na początku szalał, miotał się jak lew po klatce, próbował wrócić na rynek, który po covidzie już nie istniał. Był jak pewien nurek, który w Tajlandii przez godzinę robił zdjęcia rafie koralowej, dokładnie w momencie kiedy nad jego głową przeszło tsunami, którego nie zauważył, a kiedy się wynurzył i zobaczył, że jego miejscowość przestała istnieć, w szoku dzwonił do biura podróży z reklamacją…
Widziała, że bardzo cierpi, ale równolegle zaczął się przyzwyczajać do nowej sytuacji i pogrążył się w ciepłym błotku depresji. Był biedny, złamany, owszem, ale proza życia nie przestała istnieć i jedzenie, czynsz, prąd nie mogą być zapłacone poczuciem krzywdy. Kiedy się poznali, była jedną z wielu dziewczyn, niczym się nie wyróżniała. On zaprosił ją do swojego świata i dzięki niemu w przeżyła kilka żyć w ciągu kilku lat. Wstydziła się przyznać przed sobą, że być może była tylko dodatkiem, jakąś autostopowiczką a trasie jego życia. Czy tak naprawdę ona miała swoje? Najpierw żyła dla niego w jego świecie, teraz miała wrażenie, że żyje zamiast niego. Brakowało jej jego siły, władczości, dążenia do czegoś. Jak długo mogła jeszcze pracować całymi dniami i wracać do domu gdzie jej mąż nie robił absolutnie nic. Wzbierał w niej gniew i gorycz… Brakowało jej bliskości, seksu, ale nie miała siły i tutaj wykazywać pełnej inicjatywy i to za dwie osoby. Niekiedy się kochali, raz na miesiąc albo rzadziej kiedy go naszła ochota. Zazwyczaj były to byle jakie obłapywania pod kołdrą przy zasypianiu. Coraz częściej miał problem z erekcją. Nic dziwnego, Zero ruchu, śmieciowe jedzenie, rosnąca nadwaga, alkohol… Coraz rzadziej jej dotykał. Poza tym jak tu uprawiać seks ze snującym się całymi dniami bez celu zarośniętym facetem w dresach.
Postanowiła przełknąć te emocje i odłożyć je na bok. Przed nią cały dzień pracy i musi skupić się na tym co ważne. Odbiła się kartą i weszła do biura. Już od progu wyczuła, że coś jest nie tak. Nikt się z nią nie witał, unikał kontaktu wzrokowego. Była przyzwyczajona do okresowych zwolnień, biurowych gierek, ale dzisiaj było inaczej. Przyjęła obojętną pozę, starała się być niewidzialna i siadła do pracy przed komputerem. Kątem oka obserwowała innych. Robili dokładnie to co ona. Kiedy korytarzem przeszła pierwsza osoba ze spuszczoną głową nad kartonem z osobistymi rzeczami atmosfera zgęstniała jeszcze bardziej. Boże, tylko nie to…
Wiedziała, że była najmłodsza stażem. Nie miała nawet miesiąca oddechu, nie mogą jej zwolnić, nie teraz kiedy po tych latach wyrzeczeń w końcu zaczęła wychodzić na prostą! Starała się patrzeć na monitor i nie myśleć o niczym innym. Po godzinie pierwsza osoba wstała i ruszyła w stronę dyrekcji. Po niecałych 10 minutach, w asyście ochroniarza z napięciem na twarzy i kartonem w ręce wróciła po rzeczy ze swojego biurka. Kolejne osoby zaczęły dostawać maile na służbową skrzynkę z podaną godziną obowiązkowego stawiennictwa w dyrekcji. Nikt nie był w stanie pracować, wszyscy zaczęli rozmawiać między sobą. Podobno nasz oddział przynosi najmniejszy dochód. Ktoś słyszał, że podobno generuje duże straty. Podobno na górze zrobili sporo wałków, które teraz wychodzą. Podobno teraz rozliczono projekty które w panice zaczynano i kończono w covidzie i jest rozpierdol…
Nie mogła tego słuchać. Wróciła do pracy, starając skupić całą uwagę na niej. Co 20 minut ktoś wstawał, wychodził, i wracał kartonem. Każdy w głowie policzył to samo. Do końca dnia, w tym tempie zwolnią jedną trzecią ludzi, plus minus jedna osoba. Czuła, że sześć razy na godzinę ważą się losy jej życia. W pewnym momencie chciała się już sama zwolnić…Do końca pracy zostało pół godziny, odkąd ostatnia osoba spakowała się i na stałe opuściła swoją przygodę w tej korporacji. Wszyscy zaczęli oddychać i się odprężać. Pojawiły się pierwsze uśmiechy. Na pięć minut przed siedemnastą jej cała nadzieja została wylana do rynsztoka “Proszę stawić się w gabinecie dyrektora generalnego w trybie natychmiastowym.” Nie próbowała powstrzymać napływających łez idąc przez korytarz. Pocieszała się smutno, że nie zrobiła dzisiaj makijażu, bo wyglądałaby jeszcze żałośniej… Wytarła oczy i nos, wzięła głęboki wdech, zapukała, cicho i weszła jak na skazanie. W dużym gabinecie, przy szerokim dębowym stole zasiadał pluton egzekucyjny w osobach dyrektora generalnego, oraz jego czterech zastępców z poszczególnych działów.
— Dzień dobry, pani Doroto, proszę spocząć.
Usiadła blada i napięta. Jej stan nie robił na dyrektorze żadnego wrażenia. Jako rasowy psychopata nawet nie wiedział, że ona może mieć w związku z tą sytuacją jakieś emocje. Był trochę po czterdziestce, przed pięćdziesiątką. Szczupły, dobrze zbudowany, z pojedynczymi siwymi włosami na skroniach. Szyty na miarę garnitur dobrze na nim leżał i dodawał mu powagi. Gdyby nie okoliczności można było uważać za atrakcyjnego. Przeglądał jej akta, wertując powoli strony, celebrując ten moment totalnej wyższości.
— Pani Doroto, proszę mi przypomnieć od kiedy pani tutaj pracuje?
— Od Listopada 2017.
— W jakim dziale pani pracowała?
— Zaczęłam od klientów indywidualnych, potem w zależności od zapotrzebowania.
— Co to znaczy w zależności od zapotrzebowania? — wyraźnie go zainteresowało to stwierdzenie.
— Moje stanowisko miało zostać zlikwidowane krótko po rekrutacji, więc zostałam przeniesiona do klientów indywidualnych, potem, kiedy było zapotrzebowanie do projektu w dziale biznesowym przeszłam tam, a potem to w sumie w każdym dziale po kilka, kilkanaście miesięcy.
— I pani zgodziła się na to przenoszenie? — zapytał z niemal niewidocznym uśmiechem.
— Nie był to dla mnie problem, a zależało mi na tej pracy. Mogłam też zdobyć różnorodne doświadczenie.
— Chcę, żebyśmy porozmawiali na temat tego doświadczenia. — Zrobił teatralną pauzę. Nie rozumiała w jakim celu tu jest i czego od niej oczekiwano. — Panie Tadeuszu, proszę.
Jeden z dyrektorów poprawił okulary, mlasnął niedbale i zadał jej pytanie o obieg dokumentów. Kiedy kolejny dyrektor chciał wiedzieć jak według niej powinno się budżetować, a następnie rozliczyć jakąś teoretyczną sprawę. Padło kolejne pytanie, a potem następne Kiedy zerknęła kątem oka na zegar, ten egzamin trwał już blisko godzinę i skrajnie ją zmęczył. Nadal nie wiedziała co to wszystko oznacza.
— Pani Doroto, proszę teraz poczekać na korytarzu, niezwłocznie Panią zawołamy — oznajmił dyrektor generalny.
Nie wydawał się uważać za słuszne wytłumaczyć jej dlaczego ktoś przepytuje ją ja studentkę po godzinach pracy. Wyszła i stała na korytarzu nie wiedząc, czy może iść do łazienki, czy napić się wody. Postanowiła wiec stać i czekać. Czuła, że ma do czynienia z człowiekiem który bez mrugnięcia okiem zrobi jej krzywdę, jeżeli będzie miał z tego tylko jakąkolwiek korzyść. Bała się go, ale… Pobudził też jej wspomnienia. 15— 20 lat temu mógł być podobny do Piotrka… Ta mieszanka bezwzględności, siły i kontroli byłaby fascynująca gdyby byli po tej samej stronie… Jej myśli zaczynały iść w niebezpieczną stronę. Starała się je odganiać, ale płomyk który zaczął tlić się w jej brzuchu nie gasł… Wręcz przeciwnie. Czy gdyby miała inny charakter, zrobiła pełny makeup, odsłoniła dekolt i udawała bezbronną, głupiutką dziewczynę — tak samo rozmawiała by w pokoju pełnym świadków? A może poprosił by ją po godzinach do swojego biura? Tym razem nie rozmawialiby przy świadkach, tylko sam na sam. Piorunuje ja tym swoim spojrzeniem drapieżnika, stoi nad nią jak jastrząb nad małą myszką. Wytyka błędy, krytykuje bez litości. Ona, skulona na krześle broni się, coraz słabiej z każdym wyrzutem, potem już tylko popłakuje ze spuszczoną głową. Zadowolony ze swojej dominacji daje jej szansę, gdyby zdecydowała się rozwiązać problem, współpracować, połknąć te łzy… i nie tylko łzy…
Gdy podnosi wzrok widzi, że stoi tuż przed nią, ze swoim wypełnionym kroczem tuż na wysokości jej oczu. Za zbyt długie wahanie znowu ruga ją jak burą sukę, że ma wziąć sprawy w swoje ręce i dokończyć zaczętą robotę. Z bijącym sercem rozpina skórzany pasek, spodnie… Wypełnione bokserki dają znać, że podnieca go to co jej tu robi. Przełyka ślinę i opuszcza je w dół… Sztywniejący członek jak diabełek z nakręcanej zabawki wyskakuje sprężyście celują nabrzmiałym czubek w jej usta wskazując oskarżycielsko kto zawinił i kto ma się teraz nim zająć w ramach wynagrodzenia…. Bierze go do ręki… Boże, nie mieści się, więc dokłada drugą, a żołądzi i tak nie obejmuje. Zaczyna go trzepać, mając nadzieję, że mu to wystarczy. Szybko się podnieca, czuje jak w zawrotnym tempie rośnie, wypełnia jej ręce, dalej się wydłużając się jakby chciał dosięgnąć czubkiem jej ust. Skupia na nim swój wzrok, patrzy jak czerwienieje, czuje coraz intensywniej jego zapach i z przerażeniem zaczyna sobie zdawać sprawę, że to trzepanie nie wystarcza… ale nie wystarcza dla jej! Pożar w jej wnętrzu domaga się wypełnienia, domaga się zalania go jego pragnieniem i jego spełnieniem… Objęła go ustami. Smak jego ciężkiego, piżmowego smaku na języku wydobywa z niej cichy jęk rozkoszy. Pieści go wewnątrz ust zataczając kręgi wokół i pod napletkiem. Wciskając go w głąb siebie pozwala bo oblepia całe wnętrze, Oddycha głęboko, a z każdy wdechem wypełnionym jego zapachem pragnie go coraz bardziej. Kładzie ręce na jej głowie i zaczyna się posuwać jej usta do granicy gardła, przygotowując ją na co to zrobi z jej szparką. Próbuje złapać łapczywie oddech, otwiera szeroko usta, żeby tylko zasięgnąć życiodajnego powietrza! Ślina zmieszana z jego sokami oblepia jej usta i brodę, czuje, że zaczyna kapać.
Boże, jak wytłumaczy mężowi ten zapach, te plamy?! W panice obejmuje go szczelnie, połyka jak najszybciej, żeby tylko nie było nic widać! Na myśl, że może trysnąć w jej ustach, zalewając usta twarz, ubranie — serce pędzi jak szalone… Ale wie, że nie skończy tego tak szybko i niedbale. Czytając w jej myślach wychodzi z niej, odwraca tyłem do siebie. Wie co zaraz z nią zrobi…
Pochłonięta pożądaniem, wciskając się czołem o brzeg oparcia fotela i z wypiętą piczką w jego stronę nie widzi jego wilczego uśmiechu. Złamał ją, zdobył ją, posiadł, zrobił z niej swoją sukę, kobieta która naiwnie, wiernie i z uprzejmości należała do jakiegoś tam nieudacznika, dławi się teraz jego kutasem i nie może się nim nasycić. Grzeczna dziewczyna, przykładna żona i dobra córka wróci dziś do domu z rozmazaną szminką na wyruchanych ustach, zapachem jego fiuta, z trudem przykrytym tiktakami… Ze sterczącymi sutkami, nabrzmiałą, soczystą i rozepchaną cipą, którą czuć będzie już od przekroczenia progu domu. Wyobrażał sobie jak z rumieńcem i nerwowym uśmiechem stara się zatuszować oczywiste dowody — włosy w nieładzie, rozbiegany wzrok.
W panice będzie się modlić, żeby jej ślamazarnemu chłoptasiowi nie zebrało się dzisiaj na amory… Będzie sprzątała, gotowała, pracowała jak szalona, byle tylko nie odkrył dzisiaj co stało się z jej ciałem. Gdyby tylko spojrzał co jego fiut zrobił z jego żonką, do jakich granic ją rozciągnął… Już nigdy nie odważyłby się wsadzić w nią swojej śmiesznej fujary, nie bez wstydu. Ona, jak na szpilkach leżałaby w ich małżeńskim łóżku, czekając aż jej misiaczek regularnym oddechem oznajmi, że jej się upiekło. Zda sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu była potraktowana jak jakaś szmata, worek na spermę prawdziwego samca, ale w duchu będzie zachwycona tym co ją spotkało. Z paluszkami w piździe, zasłaniając drugą ręką usta będzie się wściekle palcować, dokładając kolejny i kolejny w próbie wypełnienia jej, tak jak wypełnił ją on, z trudem starając się nie krzyczeć jego imienia, błagając, by rżnął ja ze wszystkich sił i spuścił w nią swojego wielkiego fiuta…
O boże, nie, nie, nie! Nie mogła tak myśleć! Piotrek, nie może tego zrobić Piotrkowi, nawet w myślach. Nie, nie teraz kiedy ważą się ich losy. Przestąpiła z nogi na nogę i z przerażeniem stwierdziła, że jest tak mokra między nogami, jej majteczki ledwie utrzymują jej wilgoć!
Po chwili jeden z zastępców otworzył drzwi i zaprosił ją do środka skinieniem głowy. Wróciła na swoje miejsce skazańca. Dyrektor bawił się w rękach jej aktami i z niewyraźną miną zaczął cedzić pojedyncze słowa, jak gdyby ich wypowiadanie było dla niego szczególnie trudne i bolesne.
— Pani Doroto… Widzieliśmy pani akta, słyszeliśmy pani wypowiedź. Niestety muszę przyznać, że są pewne zastrzeżenia… — drgnęła wiedząc co to oznacza. Kontynuował po kolejnej długiej pauzie. — Niemniej… Zdecydowaliśmy, że podoła Pani zaproponowanej propozycji…
Cisza. Patrzył na nią jak wąż w struchlałą z przerażenia mysz.
— Nie interesuje pani co pani proponujemy?
— Przepraszam— wyprostowała się jak struna— co to za propozycja?
— Zdaje sobie pani sprawę, że ostatnio gospodarka przeszła bezprecedensowe zmiany, prawda? Staliśmy przed wieloma wyzwaniami, które wymykały się… Hmmm… procedurom, konieczne było… elastyczne reagowanie, dostosowanie do wymogów rzeczywistości. I o ile wszyscy w tym pomieszczeniu jesteśmy ekspertami w swoich dziedzinach, ceniącymi sobie najwyższe standardy, to rozumiemy, że do całościowego ujęcia wydarzeń w czasie światowej pandemii potrzebna będzie, hmmm… skoordynowanie naszej pracy. Jako osoba, niestety o znacznie mniejszym doświadczeniu niż my, ma pani, powiedzmy, bardziej interdyscyplinarne spojrzenie na pracę w tej firmie, prawda? — mocno zaakcentował ostatnie słowo pokazując jakiej odpowiedzi oczekuje.
— Prawda…— odparła sztywno.
— No więc właśnie, dobrze, że nasze wizje co do przyszłości, a zwłaszcza przeszłości są zbieżne. Dlatego zostaje pani niniejszym powołana na koordynatora międzywydziałowego naszej firmy z dniem jutrzejszym, na czas nieokreślony. Będzie pani odpowiadała bezpośrednio przede mną, odpowiedzialna za poszczególne działy. Aktualni zastępcy będą do pani pomocy. Tutaj jest umowa, proszę podpisać.
— Słucham ?! — Niemal krzyknęła. Z zacięta twarzą i wściekłością która powstała w ułamku sekundy spojrzał na nią.
— Czy ja nie wyraziłem się jasno?? Zmieniam pani stanowisko pracy!
Była w kompletnym szoku… To nie działo się naprawdę, to musi być jakiś sen, czy koszmar!
— Ja… Ja nie wiem… Mogę najpierw przeczytać tą umowę?
— A co pani chce czytać ?? Umowa jak każda inna, godziny ma pani elastyczne, byle robota była zrobiona, biuro będzie pani miała obok mnie, uposażenie o jakim ludzie pani pokroju mogą tylko pomarzyć!
Zebrała się na odwagę i cicho ponowiła prośbę. Jeden z zastępców, który wyglądał jak za duży dzieciak z pucułowatą twarzą i w przyciasnym garniturze z wylewającą się szyją znad kołnierzyka odchrząknął zwracając na siebie uwagę. Kiedy dyrektor spojrzał na niego przez ramię skinął z dobroduszną proszącą miną. Westchnął i również i skinął głową.
— Pięć minut.
Sięgnęła po umowę. 20 stron drobnym drukiem. Mogła co najwyżej przebiec wzrokiem po głównych punktach: pełnia odpowiedzialność, odpowiedzialność za powierzone zadania, odpowiedzialność za zakończenie rozpoczętych zadań, osobista odpowiedzialność, odpowiedzialność za wynik finansowy, kara za niedotrzymanie terminu, kara za błędu w dokumentacji, kara za niedotrzymanie wyniku, kara umowna do wysokości jednego miliona euro za zerwanie umowy. Litery atakowały jej oczy niczym szerszenie. Zaczęło jej się zbierać na wymioty. Spojrzała na ostatnią stronę, wynagrodzenie opiewało na dwadzieścia pięć tysięcy… euro?! Teraz była już całkowicie zagubiona.
— Czas minął. — Dyrektor nachylił się przez biurko i z lekceważeniem przesunął długopis w jej stronę..
— Ja chyba nie mogę tego podpisać…— zaskomlała cicho. Na czerwieniejącej twarzy dyrektora zagościł złowrogi uśmiech.
— Zależało mi, żebyśmy doszli do porozumienia w przyjacielskiej atmosferze, ale skoro pani nalega… — Jak zawodowy krupier rozłożył przed nią wachlarz dokumentów. — Tutaj podpisała pani umowę o pracę. Tutaj potwierdziła pani odbiór komputera za piętnaście tysięcy złotych, tutaj zgodziła się pani na zwrot wszystkich zarobionych pieniędzy w przypadku działania na szkodę firmy. Więc pytam, gdzie jest powierzony pani komputer?
— Jaki komputer?!
— Ten który pani powierzyliśmy w 2017 roku.
— Ja nie dostałam żadnego komputera !!
— Tutaj pani potwierdziła, że jednak tak. Więc albo przymykamy oko na pani oczywiste zaniedbania, w zamian za powierzone stanowisko, albo wystawiamy wezwanie do zapłaty do pełnej wysokości od 2015, plus odsetki, plus 15 tysięcy.
Stał pochylony nad stołem oddychając ciężko ze wzrokiem wbitym w nią niczym włócznia. Zrobiło się ciemno przed oczami. Z całkowitą jasnością zrozumiała do czego zmierza ta rozmowa. Na koniec roku zaplanowano zewnętrzny audyt z centrali, który był odwlekany od początku epidemii. Przez te kilka lat ci pieprzeni cwaniacy kręcili lody zgarniając grubą kasę, a kiedy na horyzoncie pojawiło się widmo rozliczenia się— zaczęła się panika. Ona była jedyną osobą w naborze, rzucaną ze stanowiska na stanowisko. Bez znajomości, bez pleców, bez perspektywy awansu… Zostanie pierwszą po dyrektorze i szefową zastępców. Weźmie odpowiedzialność za nich, przyjdzie audyt, nie wytłumaczy się, więc dyrektor wyrzuci ją dyscyplinarnie. Jak tylko się będzie chciała postawić wyciągną papier z tym komputerem i będzie się musiała zamknąć, albo oddać rosnący z miesiąca na miesiąc mafijny dług…. Nawet jeżeli wszystko za rok, góra półtora naprawi, to znowu wyciągną ten papier i okaże się, że po odliczeniu może wyjść na zero…
Została ofiarą idealną. Promykiem nadziei był fakt, że udało jej się wyjść z milionowych długów przez samodzielnie rozmowy ze starymi wyjadaczami od interesów Piotrka. Jedyne czego nie rozumiała to dlaczego wpisali taką astronomiczną kwotę? Czy to pomyłka Przypomniała jej się historia Japończyka, który przeżył wybuch bomby atomowej w Hiroszimie, po czym wrócił do rodzinnego Nagasaki, żeby przeżyć drugi wybuch. Czuła się właśnie tak samo… Chichot losu, jak wiele może spaść na jednego człowieka… Uśmiechnęła się smutno i podpisała obie kopie. Dyrektor szybko złożył swój podpis. Widziała jak po sali przeszedł stłumiony oddech ulgi, który potwierdził jej podejrzenia.
— Zapraszam jutro o 9.00 do biura obok mnie. Wierzę, że nasza współpraca będzie owocna.
Dla was na pewno skurwysyny, pomyślała. Wsadziła dokumentu do torebki i wyszła z biura. Nie była w stanie spędzić kolejnej godziny w autobusie. Zamachała na najbliższą taksówkę i wróciła prosto do domu.
Weszła do domu po cichu. Piotrek robił coś na komputerze, nawet nie wstał.
— Cześć! Co tak późno?
— Ogarnę się i na spokojnie i ci opowiem. — Nie była gotowa się na konfrontację z nową rzeczywistością
Weszła do kuchni. Była strasznie głodna. poza chlebem i serem nie było nic. Mimo, że Piotrek całymi dniami był w domu nie przygotował nic. Takie prozaiczne rzeczy go nie interesowały, był stworzony do zmieniania świata i dużych rzeczy, nie mógł się rozpraszać takimi błahostkami. Dalej, miesiąc za miesiącem czekał na swój złoty strzał. Kolej raz już dzisiaj odżałowała pieniądze i przez aplikację zamówiła swoją ulubioną pizzę. Spojrzała na napoczętą butelkę białego wina w lodówce. Rozejrzała się za czystą szklanką, kieliszków od dawna nie mieli. Poprzednie się stłukły a na nowe nie chciał niepotrzebnie wydawać pieniędzy. Z rozpędu wlała pół szklanki i wypiła duszkiem. Trochę pomogło. wlała kolejne pół i usiadła. Lodowaty płyn chłodził jej napięte ciało. Oddychała głęboko. Odchyliła się i zaczynała się rozluźniać. Upiła kolejny duży łyk. Zamknęła oczy. Nawet jeżeli za rok znowu będzie miała problemy, to do tego czasu zazna spokojnego życia chociaż na kilka miesięcy. Uśmiechnęła się na ten myśl i przyjemne uczucie szumu. Jej spokój mącił wciąż ten wstydliwy płomyk w podbrzuszu, a próby ignorowania go spełzały na niczym.
Żeby dojść do siebie potrzebowała jeszcze gorącego prysznicu. Wzięła swój ulubiony dres i weszła do łazienki. Odkręciła wodę na maksymalną temperaturę i zaczęła się rozbierać. Spojrzała na siebie w lustrze. Wciąż była młoda, szczupłą i zgrabna. Była zadowolona ze swojej figury, choć ze zmartwieniem stwierdziła, że ostatni okres odcinała widoczne piętno na jej twarzy. Była… Przygaszona? Poszarzała? “po przejściach”? Nie, nie! Wyrzuciła te myśli z głowy i skupiła się na ciele. Zaczęła głaskać i dotykać je z gór na dół. Skóra nadal była miękka, gładka i przyjemna w dotyku. Piersi jędrne… Boże, jakie miała twarde sutki! Czy.. Czy to od tamtego czasu? Czy ktoś mógł to zobaczyć? Rumieniec zalał jej dekolt. Wypity alkohol rozluźnił jej ruchy, zaczęła go masować… Przygotowane piersi łaknęły pieszczot. Zamknęła oczy…
Czuła zapach kurzu sali konferencyjnej, przeświecające przez zamknięte powieki jarzeniówki na suficie gdzie przy stole siedzieli zastępcy i w niemym zachwycie patrzyli na dotykającą się Dorotę. Patrzyli na przedstawienie swojego, a ona swoją ręką ściągała ich uwagę coraz niżej, w dół, do zakamarków swojego ciała. Zaczęła masować swoje pośladki, ugniatając je i rozciągając, czując przyjemny dreszcz drażniący obie jej dziurki. Chciała więcej… więcej! Rozchyliła swoje płatki, eksponując przed widownią nabrzmiałą i gotową do zabawy łechtaczkę. Panowie, przypatrzcie się dobrze, takiego widoku nie będziecie mieli w domu! Trzymając szeroko swoje wrota swojego łona zaczęła kreślić kółeczka na swoim guziczku, a kolejna porcja wilgoci, niczym brokat ozdabiała jej kwiatuszek. Wzdychała w rytm rosnącej między nogami przyjemności, która rozlewała się na całe ciało. Chwyciła pierś i zaczęła ją mocno ugniatać. Przekroczyła granicę podniecenia za którą mógł być tylko orgazm. Stanęła w rozkroku i zaczęła szaleńczo pocierać łechtaczkę od boku do boku zapraszając go do siebie. Kiedy przyszedł nogi ugięły się pod nią, a ściśnięta krtań nie pozwoliła wydobyć dźwięku z rozchylonych warg. Otworzyła oczy i w swoje wyobraźni, zamglonym wzrokiem spojrzała każdemu ze swoich byłych już szefów w oczy. Była dumna i czuła ich zachwyt. Czuła, że boją się zrobić jakikolwiek ruch, który mógłby spowodować, że ich fiutki spuszczą się przy wszystkich w majtki. I spuszczą się dla niej…
Usiadła na koszu z bielizną opierając głowę na rękach, a te na kolanach. Boże, co się z nią dzieje?! Nie pamięta kiedy się ostatni raz masturbowała… Chyba w liceum. Odkąd poznała Piotrka nie zrobiła tego ani razu, zawsze to on był kierowcą i nawigatorem ich seksu… Ale kiedy się kochali ostatni raz? Kochać się, to znaczy chciwie siebie pożądać, kiedy czuła, że poza jej ciałem mężczyzna nie chce czegokolwiek innego na tym świecie ?? Ostatnimi, długimi miesiącami mogła co najwyżej liczyć na nieczułe, mechaniczne wpychanie więdnącego fiuta w jej zamkniętą i nieprzygotowaną cipkę. O czym ona mówi! jak tak może?! Przecież to jej mąż, jej Piotrek! Odgoniła od siebie te przeklęte myśli, ale one niczym rój owadów, powoli obsiadał ją ponownie, kiedy tylko przestawała.
Wzięła kilka głębokich wdechów, pomimo mętliku w głowie czuła, że jednak napięcie zaczyna opadać… Czyżby… Czy ona tego tak naprawdę chciała? Widziała na własne oczy, że potrzebowała, ale wstydziła się przyznać, że także pragnęła. Niemal zapomniała o odkręconym prysznicy i para pokryła mgiełką kafelki i lustro. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak jej ciepło i przyjemnie. Szybko weszła pod gorące strugi wody, które skutecznie zmywały z niej kurz i zmęczenie nie tylko dzisiejszego dnia, ale też ostatnich miesięcy. Mimo, że nad jej głową nadal wisiał miecz Damoklesa, to podskórnie czuła, że jest światełko na końcu jej drogi.
Sięgnęła po gąbkę i wylała na nią wielką porcję żelu. Wcierała go, a szybko kłębiąca się piana którą ją zakrywała, sprawiła, że wyglądała niczym bohaterka kreskówki. Spłukała się, ciesząc się ze swojej jedwabistej i jędrnej skóry, podbudowując jej dumę z bycia kobietą… Kiedy to czuła ostatni raz? Czy w ogóle miała kiedyś szansę okazać tą dumę? Nie chciała okazywać Piotrkowi czarnej niewdzięczności za ich dobre lata, ale… Czy kiedyś była przez niego czczona, uwielbiana, wynoszona na piedestał? Złota klatka w której tkwiła i w której czułą się bardzo dobrze roztrzaskała się na części i tylko dzięki swojej determinacji udało jej się zbudować schronienie dla niej i dla niego. Póki co ze słomy, nie ze złota… Zresztą, teraz kiedy tej klatki nie ma… Nie chciała zbierać jej resztek, żeby ją odbudować, mimo wszystko wolała żyć swoim życiem. W końcu.
Uczucie było wyzwalające. Skorupa, usztywniająca i drapiąca jej ciało spadła. Jakby w zrzuciła ciężki plecak po długim marszu, wiedząc, że nigdy go już na plecy nie założy. Uśmiechnęła się szeroko i namydliła się ponownie. Kiedy zataczała kręgi na pośladkach i między nimi niewygasły żar w jej kroczu dał o sobie znać. Kontynuowała świadomie go wzniecając.
— Wypnij tą dupę! — Rozkazuje dyrektor w jej wyobraźni.
Robi jak rozkazał, Staje szeroko w rozkroku opierając ręce o gorące kafelki. Podciąga jej spódnicę, rozrywa rajstopy i płynnym ruchem odciąga materiał majtek. Wprowadziła w siebie dwa palce, marząc jak wypełnia go jego fiut o takich rozmiarach. Z każdym kolejnym pchnięciem wciska podniecenie w głąb jej ciała. Kiedy czuje, że wpuściła go całego posuwa ją już pełnymi ruchami obijając się o jej pośladki. Przyspiesza maksymalnie i zaczyna się w nią spuszczać, nie zależy mu na jej orgazmie, ale ona właśnie go doświadcza, bo jego szczelnie wypełniający fiut nie pozostawia jej wyboru… Nogi zaczyna drżeć bez kontroli a z gardła wydobywa się jęk, którego nie może powstrzymać. Oddycha ciężko ze spuszczoną głową. W ciemny tunelu swoich włosów widzi wodę ściekającą z jej ciała. Boże, co to było?!
Wysuszyła się, przebrała. Przetarła zaparowane lustro. Patrzyła w swoje zarumienione odbicie bez cienia wstydu, tylko z dumą. To uczucie było jej nowym odkryciem, i postanowiła trzymać się go kurczowo. Wyszła z łazienki i zawołała głośno z kuchni.
— Piotrek, podejdź!
Wstał ospale i stanął w drzwiach. Zaniepokoiła go. Miała nieokreślony wyraz twarzy, jak dziecko skarcone za kradzież zabawki, która była warta poniesionej kary.
— Co tam? Jak Ci minął dzień?
— Usiądź, to będzie dłuższa rozmowa.
Usiadł powoli, nie wiedząc czego się spodziewać. Wyglądało, że chce powiedzieć coś ważnego. Szybko oszacował co to może być i zaczął pierwszy.
— Jeśli chodzi o moją pracę, to masz wyczucie, bo właśnie odnowiłem jeden kontakt z kumplem ze studiów, dogrywamy teraz jeden temat, jeżeli nam to siądzie, to trzeba będzie spiąć poślady i to pocisnąć, tak na szybko policzyliśmy, że można z tego wyciągnąć parę baniek…
Nie mogła znowu słuchać tych jego przechwałek kogo to nie zna, z kim zrobi spółkę, jakie auto w leasing wezmą, same marzenia ściętej głowy, i to przez zarobieniem pierwszej złotówki. Przerwała mu.
— Tak, wiem, już się przyzwyczaiłam. Fajnie, fajnie, pomysły, koledzy, podbijanie świata, a potem, że to trzeba będzie sobie przeliczyć, że na spokojnie i się zgadamy jak się będzie dobry timing na rynku.
Zabolało. Nie taka była jej intencja, ale prawdy nie można było jej odmówić.
— Były dzisiaj zwolnienia z pracy, wywalili jedną trzecią ludzi…
— Co?! Jak mogli, bez zapowiedzi! Przecież nie mogą cię zwolnić, jak my mamy….
— Nie panikuj, nie zwolnili mnie.
Chyba wyczuwała od niego alkohol. Znowu. Rozmawiali na ten temat, ale dziś sama czuła, że jest wstawiona, więc odpuściła.
— W sumie przeciwnie, dostałam chyba awans.
— Chyba? Co to znaczy?
Opowiedziała mu sytuację do chwili kiedy dali jej umowę.
— Co za skurwysyny! Chyba tego nie podpisałaś ?!
— Podpisałam, nie miałam wyboru.
— Co?! Przecież to szantaż, tak nie można! Przecież w sądzie byśmy ich roznieśli!
— Piotrek daj spokój i zejdź na ziemię. Z kim chcesz się sądzić? Z miliardową korporacją? Za co jak mnie zwolnią? Może wygramy za 5 lat, a za 2 miesiące będziemy pod mostem. Przeczytajmy lepiej tą umowę dokładnie, bo jest dziwna.
Usiedli obok siebie i zaczęli czytać uważnie. Przeczytali całą.
— Ja pierdolę! Ile ci dali ??
— Tyle ile widzisz, to chyba błąd…
— Jaki błąd ? na drugiej kopii było tak samo?
— Tak.
— No to nie błąd.
— Nie rozumiem. Próbują cię udupić, ale dają ci pensję z kosmosu?
— Ja też tego nie rozumiem.
— Ile zarabia u ciebie dyrektor?
— Tego nie wiem, kiedyś słyszałam, jak dwie dziewczyny z księgowości obgadywały zastępców, że te palanty, które nic nie robią, kosztują firmę stówę miesięcznie.
— Wychodzi 25 klocków na głowę. Niby podobnie, tylko w euro.
— No właśnie… Czegoś tu nie rozumiem, przeczytajmy to jeszcze raz
— Kurde, ale to się źle czyta. Nie wiem kto to pisał, ale w podstawówce chyba polskiego nie miał.
Spojrzała na niego jakby właśnie coś odkrył. Wzięła komórkę, weszła na stronę głównego oddziału. Poszukała w archiwum starych ofert konkursowych na stanowisko dyrektora generalnego. Przeszła na oryginalną stronę w języku flamandzkim. Wrzuciła jego fragment do internetowego tłumacza.
— Patrz! To jest to!
Oba teksty były identyczne. Wkleili całą treść umowy i zaczęli porównywać słowo po słowie. W oryginale podpunkt o odpowiedzialności był znacznie krótszy. Zauważyli też, że w papierowej wersji, dopisany fragment był w innej czcionce. Kara umowna wynosiła 100 000 euro, a pensja 35 000 euro. Ostatnie zero w pierwszej liczbie i trójka w drugiej miały nieco inny kształt…
— Tak, Dorota to jest to! Debile wrzucili umowę do translatora, dopisali ci odpowiedzialność za wszystko, zmienili kwotę, ale zostawili euro! Ja pierdole, Dorota, to mógł być złoty strzał!
— Też mi to wyglądało na panikę, kiedy powiedziałam, że chcę przeczytać umowę, myślałam, że dyrektor mnie… no… zabije czy coś.
Piotrek ochłonął po pierwszym szoku.
— Kurde fajnie by było, ale pewnie się zorientują i gówno z tego wyjdzie.
Była w szoku! Najpierw bajka, a teraz gówno??
— Co ty opowiadasz??
— Sama powiedziałaś, z milionową korporacją nie wygrasz. Pewnie Ci ją rozwiążą tłumacząc się błędem, a jak ci się nie podoba to zapraszamy do sądu. No ale przez chwilę był fajnie, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie.
— Za to twoje genialne pomysły i złote strzały wychodzą co miesiąc!
Krzyknęła wściekła, wiedziała, że go to zrani, ale teraz naprawdę chciała, żeby bolało. Uśmiechnął się krzywo, ale nie dał po sobie nic poznać.
— Kochanie, od pierwszego roku studiów siedzę w biznesie i dobrze wiem jak to wszystko działa. Liczą się ludzie, a nie kartki papieru. Jak się dwóch nie dogada, to umowa mało znaczy.
Wściekła się i czuła, że jej gniew aż wylewa się na twarz.
— To bardzo mi przykro, że się nie dogadałeś ze swoimi kolegami którzy cię wyruchali, a długi na setki tysięcy złotych z kartek papierów ja musiałam spłacać, zapieprzać przez te lata aż do tego miesiąca! A ty nawet tego nie zauważyłeś, jak by cię tu w ogóle nie było!
Ostatnie słowa wręcz wykrzyczała.
Wstał obrażony i uznając rozmowę za zakończoną wyszedł z kuchni. Nawet w takim krótkim momencie szczęścia nie umiał cieszyć się jej radością, po tym wszystkim co dla niego zrobiła… Czuła, że go zraniła, ale była w pełni przekonana, że na to zasłużył. Nie czuła wstydu, czy wyrzutów sumienia, tylko ulgę, że to z siebie wyrzuciła… Ale też zadowolenie? Zadowolenie z faktu, że mogła mu naubliżać, a on nie mógł z tym nic zrobić. To było nowe, nieznane dotąd uczucie...Zawibrował telefon z smsem od dostawce z prośbą o otwarcie drzwi na klatkę. Bez hałasu wyszła na korytarz i odebrała jedzenie. Zamknęła za sobą drzwi w kuchni i spojrzała na pudełko. Ależ Piotr ją wkurwił, pomyślała, po czym postanowiła, że nigdy nikomu nie pozwoli się lekceważyć i umniejszać jej wysiłkowi. A tą pieprzoną pizzę zeżre sama.
antechinus
Jak Ci się podobało?