Ilustracja: Cottonbro

Iza i Tomek (XXIV)

19 października 2026

Opowiadanie z serii:
Iza i Tomek

1 godz 3 min

To opowiadanie jest bezpośrednią kontynuacją ostatniej części, ale założę się, że takiego zwrotu akcji się nie spodziewaliście! Tak jak obiecywałem, tym razem będzie spokojniej i znajdzie się chwila na złapanie oddechu. Uznałem, że po ostatniej, dość gorącej części taki zabieg sprawdzi się idealnie. Po przeczytaniu sami zrozumiecie, co mam na myśli. Dajcie znać, co myślicie o takim rozwiązaniu, bo mam w planach jeszcze kilka podobnych pomysłów. Jestem ciekaw, jak je odbierzecie!

Kiedy tylko padłem na łóżko, zasnąłem. Iza próbowała mi jeszcze coś wyjaśniać, ale jej głos oddalał się i cichł, aż w końcu całkowicie odleciałem. Wycieńczony organizm domagał się resetu. Jednak tornado sprzecznych myśli w głowie co chwila wyrywało mnie ze snu. Kręciłem się z boku na bok, usypiałem na godzinę lub krócej, by znowu zmagać się z własną wyobraźnią — i tak w koło. Widziałem ją w klubie, kiedy cała trójka zrozumiała, że taniec to jedynie wyrafinowana gra wstępna. Iza zdążyła mi opowiedzieć, jak to się zaczęło, a teraz w głębokim sennym amoku mózg sam układał resztę obrazu. Patrzyłem na nich z boku, skryty pośród podpitych, rozweselonych ludzi. Moja własna żona osaczona przez obcych mężczyzn. Ich dłonie błądzące śmiało tam, gdzie nie miały prawa dotykać, i ona — bezwstydnie zadowolona.

Znowu wyrwałem się ze snu, dysząc ciężko. Iza leżała obok. Naga, okręcona niedbale w prześcieradło, spała twardo. Było południe, ale ciężkie, zaciągnięte zasłony wpuszczały do sypialni tylko nieśmiałą smugę światła. Patrzyłem na jej spokojne rysy i czułem, że kręci mi się w głowie – nie potrafiłem połączyć tego widoku z tym, w kogo się przeobraziła. Kiedyś jarałem się byle fantazją — przelotnym uśmiechem obcego mężczyzny, niespodziewanym dotykiem na odkrytym ramieniu, niewinnym flirtem. A teraz? Zniknęła gdzieś nieśmiała, spłoszona dziewczyna, która potknęła się o własną słabość, uległa, sama nie wiedząc jak. Teraz rozkłada nogi, patrzy facetom w oczy i mówi, jak mają ją brać. Rżną ją jeden za drugim lub wszyscy naraz, a ja mam wrażenie, że ona nie oddaje się im dla przyjemności, lecz z nałogu. Przeszedł mnie zimny dreszcz podniecenia i strachu. Dziś dobiłem do sufitu — przekroczyłem granicę dopuszczalnego obłędu i zacząłem na serio się zastanawiać, ile jeszcze zdołam wytrzymać bez postradania zmysłów. Może rzeczywiście przyszedł już czas na spokój i powrót do tak zwanej normalności? Bezpieczny dom, dziecko, więcej czasu ze sobą… i co najwyżej jakieś grzeszne fantazje, gdy w łóżku zrobi się zbyt przewidywalnie?

A przecież sam to wszystko zainicjowałem. Na pierwsze, powściągliwe jeszcze aluzje, Iza uśmiała się pobłażliwie, pukając się w czoło, a potem sprowadzała mnie na ziemię krótkim: „Tomek, głupi jesteś”. Traktowała moje słowa jak dziecinny, perwersyjny wybryk wyobraźni. Gdy drążyłem temat, pojawiała się złość, zasznurowane usta i oburzony wzrok. Jej opór miękł tylko wtedy, gdy byliśmy w łóżku. „Jak to sobie wyobrażasz? Naprawdę patrzyłbyś jak ktoś inny…?” – Pytała surowo, tym swoim cnotliwym, oskarżycielskim tonem, który już wtedy nie brzmiał prawdziwie. Zdradzało ją wszystko: nienaturalnie przyspieszony oddech, spięte ciało i gęsia skórka na udach. Diablica karmiła się tą wizją tak samo jak ja, tylko bała się przyznać. A potem… przestała się bać.

Uległa dla mnie, żeby sprawić mi przyjemność i dla świętego spokoju nakarmić moją dewiacyjną fantazję? Czy może ten zamiar drzemał w niej od dawna, a ja dałem jej tylko idealną wymówkę i rozgrzeszenie? – To i podobne pytania jeszcze długo spędzały mi sen z powiek. Zgodziła tak gładko, zbyt szybko, zbyt naturalnie. Pchnąłem ją w tę przepaść z nadzieją, że będę wszystko kontrolował. Tymczasem ona odnalazła się w nowej rzeczywistości tak umiejętnie, jakby czekała na to od lat.

Czekałem, aż kolejna fala zmęczenia odbierze mi przytomność i zastanawiałem się, kiedy to wszystko w ogóle się zaczęło? Kiedy po raz pierwszy zaświtała mi w głowie ta chora myśl?

Na studiach, a potem przez pierwsze lata małżeństwa, chciałem jej wyłącznie dla siebie. Jak każdy normalny facet. Widok innego mężczyzny omiatającego ją pożądliwym wzrokiem, wzbudzał we mnie zazdrość i chęć obicia mu ryja. Więc, kiedy? Ta myśl wracała jak natręctwo, nie dając mi spokoju. Przeglądałem w pamięci rok po roku, miesiąc po miesiącu, szukając pierwszego obcego spojrzenia wbitego w jej ciało — momentu, w którym po raz pierwszy poczułem w dole brzucha ten dziwny, mroczny ścisk.

I w końcu zaskoczyło. Przypomniałem sobie. Chorwacja. Pierwsze prawdziwe wakacje, kiedy poczuliśmy się pewniej w naszych pracach i dotarło do nas, że na oszczędzanie przyjdzie jeszcze czas. Że nie ma sensu się zarzynać, skoro wokół jest tyle możliwości, by w końcu zacząć brać z życia to, co najlepsze. Nie chcieliśmy wylądować na jednej z tych pocztówkowych, zatłoczonych plaż z przewodników i celowo zamiast do popularnego kurortu, trafiliśmy na kompletne zadupie. Poszarpane, skaliste wybrzeże i małe, wcinające się w morze, kamieniste plaże były dokładnie tym, czego szukaliśmy.

Już drugiego dnia okazało się, że w domu obok stacjonują Polacy. Świat jest jednak mały. Małżeństwo, i w dodatku, jak przystało na wzorcową rodzinę, z dwójką dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Przywitaliśmy się, wymieniliśmy kilka grzecznościowych zdań i tyle. Wieczorem Iza poszła biegać. Mnie zmęczyło całodzienne opalanie, więc usiadłem na tarasie z piwem. Otworzyłem puszkę i odchyliłem się na krześle, ciesząc się “nicnierobieniem”. Ale poza wyluzowanego faceta z puszką w łapie, zawsze zadziała na drugiego jak przynęta. Ciężar nieustannego obcowania z gromadką dzieciaków, dla których pojęcie ciszy nie istnieje, okazał się dla sąsiada zbyt dużym wyzwaniem. Męski instynkt zwyciężył. Marek, wykorzystując chwilową nieuwagę żony, wymknął się cichaczem i dołączył do mnie.

— Trzeba się poznać, sąsiad — rzucił z szerokim, porozumiewawczym uśmiechem, a potem wyciągnął z kieszeni szortów butelkę miejscowego samogonu.

Kawał chłopa. Krótko ścięty, z potężnym karkiem i szeroką klatą, choć na brzuchu zdążył już wyhodować solidną oponę. Był swojskim ziomkiem, głośnym i bezpośrednim. Sypał tekstami, od których momentami więdły uszy, ale powiem szczerze – niespecjalnie mnie to raziło. Nie grałem w jego lidze i na dłuższą metę zapewne bym z nim nie wytrzymał, ale w tamtym momencie pasował idealnie. Taki typ wydawał się wręcz nieodłącznym elementem leniwego, wakacyjnego folkloru. Po kilku minutach dowiedziałem się, że w sąsiednim domu kwateruje z rodziną jego kumpel. Krótka wymiana wiadomości przez telefon, dobrze znany im kod i chwilę później na tarasie zameldował się trzeci członek ekipy. Grzesiek był wierną kopią kolegi, zarówno z wyglądu, jak i zamiłowania do wyrażania tego, co ma na umyśle.

Byliśmy już „zmiękczeni”, kiedy Iza wróciła z joggingu. Usłyszałem najpierw odgłos kroków na żwirze. Potem pojawiła się na schodkach tarasu. Tak, to wtedy po raz pierwszy dopadło mnie to trudne do zrozumienia, ukłucie zazdrości pomieszanej z rozpierającą pierś dumą. Jej strój: czarne, opinające ciało legginsy i krótka koszulka z wbudowanym biustonoszem, odsłaniająca opalone ramiona i brzuch. Do tego zmysłowy kucyk jasnych włosów, dyndający spod czapeczki z daszkiem – odlot i absolutna uczta dla męskich oczu. Byliśmy trzy lata po studiach, na oko młodsi od nich o dobre dziesięć. I to było nie tylko widać, ale i czuć. Przy zblazowanych, podtatusiałych sąsiadach, Iza dosłownie wibrowała energią. Emanowała niewymuszonym seksapilem — tak rozbrajająco naturalnym, iż sama nie zdawała sobie sprawy z wrażenia, jakie wywierała. Moim nowym kolegom po prostu odcięło mózgi.

– Wystarczy, że człowiek wyjdzie na pół godziny… – rzuciła z aktorską pretensją, opierając dłonie na biodrach i patrząc z politowaniem na nasze zaczerwienione od alkoholu i śmiechu twarze. – Tomek, nie można cię na chwilę zostawić samego!

– Dziewczyno, miej dla nas trochę zrozumienia. – Pokręcił głową Marek, ale nawet nie próbował udawać, że widok mojej młodej żony w tym wydaniu nie sprawia mu frajdy.

– My się jeszcze nie znamy. – Grzesiek podniósł się ciężko z krzesła i wyciągnął do niej potężną dłoń.

– Iza – odpowiedziała, krzywiąc się figlarnie i udając, że niedźwiedzi uścisk zaraz zmiażdży jej drobne kości.

Chwilę później stanęła w lekkim rozkroku i przeciągnęła się, unosząc ręce wysoko nad głowę. Legginsy naprężyły się na niej jak druga skóra. Materiał obcisnął podbrzusze, zarysowując kontur wzgórka łonowego, bezwstydnie uwypuklając każdy najmniejszy detal anatomii. Ten prosty, naturalny gest odsłonił więcej, niż mogłoby się jej wydawać. A to, co pokazała w nieświadomej pozie, nam wydawało się porażająco dosłowne. Krótki top podwinął się wyżej, odsłaniając gładką, wilgotną od potu skórę brzucha i naprężające się przy głębokim wdechu żebra. Najlepsze w tym wszystkim? Moja słodka żonka nawet nie wiedziała, że wystawia nas na próbę. Uśmiechnęła się promieniście i jak gdyby nigdy nic przeszła do rozciągania, bezczelnie bawiąc się naszymi zmysłami.

W pierwszym panicznym odruchu chciałem ją zasłonić, schować przed chciwym, obcym wzrokiem. Tylko jak, do diabła, miałem to zrobić, nie odgrywając idiotycznej sceny? Udawałem, że ich głupie żarty nie robią na mnie wrażenia, ale w środku cały się trząsłem. Widziałem wszystko. Marek i Grzesiek nawet nie starali się specjalnie kryć. Ich spojrzenia ślizgały się lepko po gładkim brzuchu, wypiętych piersiach i miejscach, gdzie materiał napinał się najmocniej. I, cholera, miałem wrażenie, że nie tylko patrzą. Z gębami wygiętymi w zadowolonym uśmiechu gładzili ją wzrokiem, jakby w głowach już dawno ściągnęli z niej ubranie. Poczułem niepokój i coś w rodzaju wstydu, że na to pozwalam. Cholera, to była moja żona, a tych dwóch prostaków obmacywało ją oczami, jakby mieli do niej prawo. Żołądek skręcił mi się w twardy supeł, bo w tym samym ułamku sekundy poczułem jakieś niezrozumiałe pragnienie, żeby nie przestawali. Nie potrafiłem tego ułożyć w głowie. Jak można jednocześnie chcieć, żeby odwrócili wzrok… i mieć nadzieję, że będą patrzeć dłużej? Ta sprzeczność była niepokojąca. Tak – uspokoiłem się nieco. Oni mogli jedynie patrzeć i zazdrościć, nic więcej.

W surowym, męskim towarzystwie, pełnym sprośnych dowcipów i prostackiego, urlopowego rozluźnienia, Iza wydała mi się nierealnym zjawiskiem, które pojawiło się tu tylko po to, żeby wystawić nas na pokuszenie. Delikatna, pełna energii – absorbowała samą obecnością. Była żywą prowokacją… I działało jak cholera.

– Po co ty się tak męczysz? Naprawdę, nie musisz – powiedział Marek, z chciwym zachwytem omiatając wzrokiem jej zgrabne ciało.

– Wcale się nie męczę – odparła kpiąco i jak gdyby nic rozciągała się dalej.

Wykonała głęboki skłon. Cienki materiał legginsów naprężył się, opinając ją tak bezwstydnie, że można było policzyć każdy pracujący pod nim mięsień. Potem przeszła do wykroków i skrętów tułowia, co było już naprawdę z jej strony wyrafinowaną torturą. Dla Izy zwykła, potreningowa rutyna, dla nas, stała się pełną napięcia atrakcją.

– Słuchaj, a może wyciągniesz na biegi moją Iwonkę? – wypalił Marek. – Przydałoby się jej trochę ruchu.

Drugi zarechotał. Iwona, żona Marka, rzeczywiście miała trochę więcej ciała, ale oni obaj byli prości do bólu, dosłowni i przekonani, że każde ich słowo od razu staje się dowcipne. Iza, zamiast się speszyć czy strzelić focha, wyprostowała się i parsknęła głośnym, szczerym śmiechem. Przesunęła po nich kpiącym wzrokiem, zatrzymując się wymownie na zaokrąglonych, opiętych koszulkami brzuchach.

– Bieganie to by się przydało wam, cwaniaczki – rzuciła z genialną, dziewczęcą swobodą.

Przejechała dłonią po swoim płaskim brzuchu, niechcący podkręcając i tak już dwuznaczną atmosferę.

– Z taką trenerką to ja bym nie tylko pobiegał – westchnął Grzesiek, przeciągając dobitnie ostatnie słowo.

Zaraz potem zerknął w moją stronę, jakby chciał zrzucić winę na moją żonę za to, że go podpuszcza. Facet wyraźnie się nakręcał, a jego wzrok nie mógł się od niej odkleić.

– Nie nadążyłbyś – odparła bez mrugnięcia okiem.

Nie miała jednak zamiaru dłużej wdawać się z nimi w słowne przepychanki – wiedziała, że ich nie przegada, a dalsza rozmowa mogłaby okazać się zbyt niezręczna. Mijając moje krzesło, schyliła się i pocałowała w policzek, ostentacyjnie zaznaczając, do kogo należy. Później posłała im jeszcze słodki, rozbrajający uśmiech i bez pośpiechu weszła do domu, by wziąć prysznic. Zostawiła ich z rozdziawionymi gębami i wzrokiem przyklejonym do kołyszących się bioder. Grzesiek odprowadził ją spojrzeniem do samego końca, po czym nalał wszystkim kolejkę i westchnął ciężko, jakby zwalał z siebie cały ciężar świata.

– Cholera, kolego… – rzucił wreszcie, kręcąc głową z absolutnym niedowierzaniem. – Na twoim miejscu nie wypuszczałbym jej z domu.

Wypiliśmy.

— Aż tak działa ci na wyobraźnię? — rzuciłem z nutą leniwego rozbawienia, choć w rzeczywistości napawałem się każdym jego słowem.

W środku się we mnie gotowało – mieszanka męskiej dumy i palącego wstydu. Mówiliśmy, kurwa, o mojej żonie. Ale pożądanie w ich gębach najzwyczajniej w świecie zaczęło mi się podobać. Chciałem, żeby Iza zaraz wyszła. Najlepiej w samym ręczniku.

– Mam ci tłumaczyć? – wypalił, gapiąc się na mnie takim wzrokiem, jakby mówił do idioty. – Masz w domu petardę, a o taki towar trzeba dbać, bo ktoś ci go sprzątnie sprzed nosa.

Obaj wybuchnęli niskim, mięsistym rechotem. Byli tak głośni, że zza płotu wrzasnęła na nich Iwona, każąc im się przymknąć. Marek na głos żony tylko przewrócił oczami, ale po chwili uaktywnił mu się tryb samca alfa.

— No właśnie! — wyparował z szerokim bananem na twarzy, przeciągając się leniwie na leżaku. — Pamiętam pierwsze wakacje z moją starą. Przez tydzień z łóżka nie wychodziliśmy. Dzień, noc, bez przerwy na obrotach.

– A równo dziewięć miesięcy później urodził ci się najstarszy, co? – przypomniał mu natychmiast Grzesiek. – A teraz chłopak do szkoły śmiga.

– Tak było, nie zmyślam! – zarechotał Marek i głośno pociągnął łyk piwa. – Słuchaj starszych, kolego, dobrze ci radzą. Używaj, póki dzieci nie drą kopary!

Kilka minut później drzwi od domu otworzyły się i wyszła Iza. Tym razem nie dała im powodu do pożądliwych spojrzeń i dwuznacznych komentarzy. Miała na sobie szerokie spodnie dresowe i kangurkę. Włosy były jeszcze wilgotne, spięte w luźny kucyk. Marek spojrzał na nią, potem na mnie i zrobił minę człowieka, któremu właśnie odebrano najlepszą część wieczornego programu.

– Ej, no bez przesady, to nie fair! Wcześniej było lepiej – przywitał ją, teatralnie łapiąc się za serce.

Był wyraźnie zawiedziony, że schowała całe to dobrodziejstwo pod warstwą bawełny, i wcale nie zamierzał tego ukrywać. – Tak się zakrywać przed sąsiadami? To grzech.

Iza prychnęła rozbawiona. Usiadła mi na kolanach i sięgnęła po moje piwo, żeby upić solidnego łyka. Poczułem od niej zapach świeżego mydła i rozgrzanej skóry.

– No i jak tam, pijusy? Wygadaliście się? – spytała, obrzucając ich zrezygnowanym wzrokiem spod długich rzęs.

– Dopiero się rozkręcamy – odpowiedziałem, obejmując ją mocno w pasie.

– Widzę właśnie.

– Koledzy postanowili mi udzielić paru praktycznych rad… małżeńskich. – Mrugnąłem do nich porozumiewawczo.

Iza od razu zrozumiała.

– Tylko mi go nie zepsujcie – rzuciła groźnie, zsuwając się zgrabnie z kolan. Przejechała dłonią po moim karku, drażniąc skórę paznokciami, ale kiedy na moment znalazła się tyłem do nich, na jej twarzy pojawił się chłodny grymas irytacji i zniecierpliwienia. Wyczułem, że ma już serdecznie dość ich nachalnych zalotów.

– Idę do Iwony – oznajmiła, z błyskiem w oku. – Może też posłucham jakichś mądrych rad.

– Na pewno posłuchasz! – krzyknął za nią Marek, gapiąc się bezczelnie na jej pośladki.

– A mężem się nie przejmuj! My tu z Mareczkiem zaraz wyeliminujemy konkurencję! – dorzucił Grzesiek z głośnym śmiechem.

Gdy Iza zniknęła za furtką, odchylił się na krześle i puścił do mnie oko.

– Spoko, stary. Żartujemy.

– Żarty żartami – skwitował Marek, z którego twarzy nagle zniknął głupkowaty wyraz. – Ale co by nie mówić, kolego… Żona ci się udała. Obłędna sztuka.

Pokręcił głową z bezbrzeżnym uznaniem, pociągając solidny łyk z puszki. Uniosłem swoją i trąciłem nią o jego piwo

— Dzięki — odparłem, nie kryjąc się z dumą, i chyba już podświadomie zacząłem nadawać na ich poziomie. – Tylko jej tego nie powtarzajcie, bo się za pewnie poczuje i nie dam sobie z nią rady.

– Od czego masz kolegów? – wypalił Grzechu i wszyscy ryknęliśmy śmiechem. Wydawało się, że ta idiotyczna rozmowa nie ma końca.

Nie minęło nawet pół godziny, kiedy z sąsiedniego tarasu zaczęły dochodzić coraz głośniejsze wybuchy śmiechu i piskliwe, rozbawione głosy. Popatrzyliśmy po sobie.

– Oho, Iwona dobrała się do wina – zaśmiał się Marek. – Wiecie, że sprzedają go w takich plastikowych kanistrach. O tam – pokazał ręką, po czym pokręcił głową, bo doszła nas nowa salwa śmiechu.

Dawno nie byłem tak zadowolony i wyluzowany. Iza miała towarzystwo, a jej śmiech, głośniejszy niż zwykle, działał na mnie wyjątkowo podniecająco. Nagle zza ściany domu wychyliła się żona Marka, wymachując kieliszkiem.

– Ej, chłopy, zbierać tyłki, bo nam smutno! Hanka chciałaby poznać Tomka! – krzyknęła tajemniczo.

Nie trzeba było nas dwa razy namawiać. Przeszliśmy na ich taras, ale tam szybko przekonaliśmy się, że kobiety potrafią być naprawdę cwane. Cała ta propozycja wspólnej imprezy okazała się zwykłym pretekstem, żeby tatusiowie wreszcie zajęli się dziećmi. Słaby zasięg wyeliminował oczywistą rozrywkę, więc chłopcy chcieli pobiegać za piłką.

– Spędźcie wreszcie trochę czasu z synami – powiedziała z rozkosznym uśmieszkiem Iwona, odprawiając ich ruchem dłoni, po czym ostentacyjnie napełniła dziewczynom kieliszki gęstym winem wprost z plastikowej butli.

Miały teraz chwilę spokoju na zakrapiane ploty. Siedziały w półkolu na leżakach, korzystając z ciepłego, wakacyjnego wieczoru. Iwonę zdążyłem już poznać, ale Hanka – żona Grześka – na mój widok zerwała się na równe nogi. Dziewczyny musiały już zakosztować tego trunku więcej, bo zrobiła przesadną, zalotną minę, poprawiając włosy i wypaliła bez ogródek:

– Iza, ja za siebie nie ręczę! – rzuciła ze śmiechem, wyciągając do mnie dłoń.

Trudno powiedzieć, co Iza wcześniej jej o nas nagadała, ale w jej spojrzeniu zobaczyłem zaskoczenie. Przyjemne zaskoczenie. Na tle ich potężnie zbudowanych, potykających się o własne nogi mężów, wyróżniałem się w każdym aspekcie. Znacząco młodszy, bez grama zbędnego tłuszczu, z bezczelnym, ale inteligentnym uśmiechem na twarzy, i przede wszystkim zaskakująco przytomny, ponieważ oszukiwałem na piciu, jak tylko mogłem.

— Zobaczcie, pijaczyny! Można się bawić kulturalnie i z klasą? Można! — rzuciła głośno w stronę moich nowych kolegów, którzy na trawniku próbowali udowodnić synom, że są gwiazdami futbolu. Odrzuciła włosy i bezceremonialnie chwyciła mnie za dłoń.

– Nawet nie próbuj zadawać się z tymi gałganami. – Pociągnęła mnie w stronę kręgu leżaków, przesuwając delikatnie palcami po moim przedramieniu. – Szkoda cię dla tych dwóch.

– I tak cię kocham, Haneczko! – odkrzyknął jej bezwstydnie Grzesiek i ruszył z piłką przy nodze w stronę synów.

Hanka musiała być od niego sporo młodsza. Mimo że urodziła dwóch chłopaków, jej ciało robiło niesamowite wrażenie. W przeciwieństwie do mojej Izy — zmarzlucha wtulonego w ciepły dres — Hanka bezstresowo i świadomie eksponowała wszystkie walory. W postrzępionych, denimowych szortach i luźnej bluzie zsuwającej się z jednego ramienia wyglądała jak podręcznikowa, gorąca mamuśka. Była przy tym prawdziwą duszą towarzystwa — głośna, pewna siebie, po prostu rządziła. Posadziła mnie przy sobie. Zgrabne, mocno opalone udo niemal dotykało mojego kolana, Zsunięty dekolt bluzy odsłaniał sznurek bikini, którego pewnie nie zdążyła zrzucić po powrocie z plaży. Ten drobny akcent do końca zaburzył mój spokój i opanowanie. Mimo, że Iza siedziała naprzeciwko, nie potrafiłem się powstrzymać, żeby nie zerkać.

— Czego się napijesz, Tomeczku? — rzuciła mruczącym, przymilnym tonem, jakbym był jej gościem specjalnym i jedynym facetem na tym tarasie.

Zerknąłem na żonę, ale ta powstrzymała się od komentarza, kwitując to jedynie ciężkim, wymownym przewróceniem oczu.

— To zależy, co będziesz ode mnie chciała — odpowiedziałem śmiało, dostosowując się do jej tonu.

— Oho, po tym będziesz łatwym łupem — zaśmiała się, lejąc do kubka mocną, pachnącą winogronami rakiję.

Wystarczyło dosłownie parę minut, żebyśmy odnaleźli wspólny język. Nie musiałem kombinować ani szukać na siłę tematów. Hanka miała cięty i lekko złośliwy humor, a ja podchwytywałem jej aluzje w locie, odpowiadając jej w tym samym stylu. Reagowała na moje riposty wyzywającym śmiechem, nachylając się przy tym tak blisko, że mogłem bez trudu dostrzec zarys piersi, napierającej na stanik bikini. Nadawaliśmy dokładnie na tych samych falach, z naturalną chemią, która sprawiała, że po chwili reszta towarzystwa po prostu za nami nie nadążała. Czułem na sobie ciężki wzrok Izy — wiedziałem, że słyszy każdą aluzję, ale jej zaborcza obecność tylko mnie nakręcała. Ciekawiło mnie, czy to, co czuła przez Hankę, było choć w połowie podobne do tego, co ja przeżywałem, kiedy ona wróciła z joggingu.

– O cholera! – krzyknęła nagle Hanka, zrywając się z leżaka. – Zapomniałam o pizzy! Może uda się jeszcze coś uratować. – Dodała, zatrzymuj na mnie wzrok, jakby zamierzała coś jeszcze powiedzieć.

– Pomóc ci? – wypaliłem bez wahania, podnosząc się z krzesła.

Czułem, że dokładnie na tę deklarację czekała.

– O, i to jest prawdziwy dżentelmen! – rzuciła podniesionym głosem, celowo przebijając się przez rozmowy na tarasie, żeby usłyszał jej mąż.

Grzesiek obnażył zęby w podchmielonym uśmiechu.

— Młody! Tylko mi tam z tą pizzą żony nie skonsumuj!

Hanka nawet się nie odwróciła. Wyciągnęła dłoń w tył i bezczelnie pokazała mu środkowy palec. Chwilę później przesunęła dłoń na moje biodro, chwytając mnie w pasie i przytulając do boku. Ocieranie się o jej biodro było zaskakujące i miłe, chociaż byłem świadomy, że wzrok Izy wypala nam w plecach dziurę.

– Iza, ty na nią uważaj – dobiegł nas zza pleców rozbawiony głos Iwony. – Z tą pizzą to tylko pretekst!

Hanka otworzyła piekarnik, a ja stanąłem tuż za nią, żeby przejąć blachę.

– Weź ścierkę – rzuciła, a kiedy nachyliła się nad piekarnikiem, prawie otarła się o mnie pośladkami.

Potem odwróciła się z szerokim uśmiechem, bluza jeszcze bardziej zsunęła jej się z ramienia.

— Ostrożnie, gorące — powiedziała, ale nie odsunęła się, jakby rzeczywiście chciała mnie tą blachą poparzyć.

Wzięliśmy pizzę i talerze. Idąc z powrotem na taras, Hanka z udawaną niedbałością poprawiła gęste włosy. Bluza wisiała na ramieniu, poluzowana góra bikini przesunęła się tu i ówdzie, odsłaniając naprawdę dużo.

Czy ona prowadzi tę samą rozgrywkę, co ja? — przemknęło mi przez głowę z nagłym dreszczem podniecenia. Jej seksowna swoboda sprawiała, że wywoływanie zazdrości u mojej żony stawało się dziecinnie proste. Iza oczywiście od razu dostrzegła zmianę w jej wyglądzie. Wzrok prześlizgnął się po obnażonym dekolcie Hanki i zatrzymał na mojej zadowolonej twarzy. Zmusiła się do uśmiechu, ale był on fałszywy, spłoszony i jawnie zdradzał wewnętrzny niepokój. Jakby tego było mało, Iwona od razu dolała oliwy do ognia:

— A nie mówiłam, że trzeba na nich uważać?! — zawołała ze śmiechem. — Zobaczcie tylko, jacy zadowoleni.

— Pizza uratowana — oznajmiłem dumnie, stawiając jedzenie na stole i posyłając Izie głębokie spojrzenie, z którego naprawdę nie była w stanie nic wyczytać.

Skoro zająłem miejsce u boku Hanki, Grzesiek bez namysłu wpakował się obok Izy. Z drugiej strony dosiadł się Marek, przez co moja drobna żonka została zaryglowana pomiędzy dwoma potężnymi, podchmielonymi facetami. Jedliśmy gorącą pizzę, alkohol lał się gęsto, a atmosfera na tarasie pęczniała od podtekstów. Grzesiek i Marek ewidentnie wzięli sobie ją na cel. Wcześniejszą wycieczkę do kuchni z Hanką potraktowali jak ciche uzasadnienie na podryw mojej żony. Uważali, że te kilka lat różnicy daje im pełne prawo, by naigrywać się z „młodej” w stylu: „a co ty tam wiesz”. Nachylali się z obu stron, ich ramiona niemal ją przygniatały. Iza znalazła się pod podwójnym ostrzałem. Z jednej strony czuła ich obcesowe spojrzenia i lepki, coraz mniej subtelny flirt. Z drugiej – wciąż musiała patrzeć, jak Hanka ociera się o mnie ramieniem, śmiejąc się i ostentacyjnie poprawiając bluzę, która raz po raz zsuwała się z ramienia. Widziałem, jak pociemniały jej oczy i jak na policzkach wykwitł gorący, nerwowy rumieniec. Śmiała się z ich dowcipów trochę za głośno, odrzucała włosy i posyłała mi znad brzegu kieliszka ostre spojrzenia – jakby chciała zmusić mnie do reakcji. Do zazdrości. Do czegokolwiek. Napięcie stało się wybuchowe – wystarczyła iskra, by cały taras stanął w ogniu.

Grzesiek z cwaniackim uśmiechem podsuwał jej pod nos najlepsze kawałki ciasta, bezceremonialnie zawieszając wzrok na jej ustach.

— Żebyś miała siłę na jutrzejszy trening — rzucił z dwuznaczną aluzją.

Marek od razu podchwycił temat, bezczelnie opierając rękę na krześle tak, że prawie muskał palcami jej plecy.

— Właśnie, załóż to samo, co dziś, to na pewno za tobą nadążymy.

Iza spięła się, dzielnie jednak udawała, że ich głupie teksty ją śmieszą. Obaj nakręcali się podjarani faktem, że siedzę po drugiej stronie i rzekomo niczego nie widzę. Biedacy kompletnie przegapili szybkie, lodowate spojrzenia, jakimi wymieniały się ich własne żony. Awantura wisiała na włosku.


 

Na szczęście dla wszystkich wieczór zapoznawczy skończył się wcześniej, niż się zapowiadało. Panowie niemal równocześnie zaliczyli alkoholowy zgon, opadając bezwładnie na leżakach. Na kobiety z kolei spadł obowiązek opanowania i ułożenia marudzących dzieciaków do łóżek. Byłem nieprzyzwoicie trzeźwy, bo w tym całym zamieszaniu nikt nie zauważył, że opuszczam kolejki. Od początku wiedziałem, że w piciu nie mam z nimi najmniejszych szans. Wymknęliśmy się prawie niezauważeni. Byłem święcie przekonany, że Iza od razu zrobi mi dziką awanturę. Tymczasem ona, zamiast skręcić w stronę domu, rzuciła cicho, bez patrzenia mi w oczy:

— Chodźmy na plażę.

Ruszyliśmy w stronę ciemnego brzegu. Wokół panował mrok, a szum fal z każdym krokiem odcinał nas od reszty świata. Złapałem ją za dłoń, bo musieliśmy uważać na kamienie i zdradliwe półki skalne.

— I co o nich myślisz? — odezwałem się w końcu, z trudem ukrywając cwaniacki uśmieszek.

— Absorbujący — rzuciła krótko. — Przejechaliśmy tyle kilometrów po to tylko, żeby trafić na rozpitych chamów. Mam przeczucie, że nie dadzą nam spokoju.

— E tam. Trochę głośni, ale widać, że na co dzień grzecznie chodzą pod pantoflem. Na widok ładnej dziewczyny stracili rozum.

Iza zatrzymała się w pół kroku i odwróciła gwałtownie w moją stronę. W półmroku jej oczy błyszczały, jakby od dłuższego czasu tylko na to czekała.

— Nie cierpię czegoś takiego, Tomek! — wyrzuciła z siebie, a w jej głowie pękła jakaś tama. — Widziałeś?! Te bezczelne aluzje, łapanie za słówka, gapienie się… Namolni byli i tyle.

Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Objąłem ją nisko, by czuć bijące od niej ciepło.

— Spodobałaś się im, skarbie — powiedziałem łagodnie, zawieszając wzrok na jej udręczonych ustach. — Działasz na nich tak samo, jak na mnie.

Zjechałem dłońmi niżej, wciskając palce w pośladki przez miękki materiał dresu i przyciągnąłem ją do siebie. Zastygła, a gwałtowny oddech uderzył w moją szyję. Przez moment tylko stała i patrzyła, jakby sprawdzała, czy się nie przesłyszała.

— Tak? — spytała głośniej. W jej głosie obok irytacji pojawiła się już wyraźnie zaczepno–wyzywająca nuta. — A ty? Nie przeszkadzało ci, że gapią się na mnie i rzucają te sprośne insynuacje? Nie byłeś zazdrosny?

Milczałem o sekundę za długo, a między nami zrobiło się bardzo ciasno, mimo otwartej plaży.

— Wcale — odparłem spokojnie, z głupkowatym uśmieszkiem. — Podobało mi się.

Iza wciągnęła gwałtownie powietrze. Oczy miała szeroko otwarte, usta lekko rozchylone, a przez jej ściągniętą napięciem twarz przeszedł czysty szok.

— Tak? Podobało ci się? — powtórzyła głośniej, z wyraźnym niedowierzaniem. — Nie wierzę ci… Przyznaj się, że skręcało cię z zazdrości.

– Ani trochę. Nic mnie nie skręcało — rzuciłem niewzruszony jej atakiem. — Dzisiaj odkryłem, że lubię, kiedy moja żona podoba się innym facetom.

– Ty jesteś nienormalny… — wyszeptała zszokowana. – Ile wypiłeś?

Jej głosem zamiast złości zawładnęła rozkojarzona niepewność.

– To oni mi zazdrościli — mruknąłem, przyciągając ją do siebie tak mocno, że dotknęła klatką piersiową o moją.

Iza aż wstrzymała oddech, zepchnięta do defensywy, a jej gorące dłonie na moim ciele zamarły. Zapomniała o pretensjach, porażona bezczelną prawdą.

— Żaden z tych frajerów nie ma takiej seksownej żony. Nikt.

Tylko patrzyła.

– Widziałaś ich miny, kiedy przybiegłaś w tych swoich obcisłych ciuszkach? Ha… Mogli tylko pomarzyć.

— Zabiję cię! — warknęła, wbijając mi paznokcie w ramiona. — Bo ja byłam cholernie zazdrosna! Jak ty mnie wkurzałeś! — wyrzuciła to wreszcie i tym razem już się nie hamowała.

– Hania to, Hania tamto. Jak na ciebie patrzyła. Widziałam, jak się uśmiechała tymi swoimi słodkimi usteczkami. Co wyście tak długo robili u niej w kuchni?! Wylazłeś z miną, jakby ci coś pokazała!

— A może pokazała? — rzuciłem prowokacyjnie, rozkoszując się tym, jak bardzo nie jest pewna, czy żartuję.

Wciągnęła powietrze z chrapliwym świstem. Zastygła, spoglądając na mnie z przerażającą mieszaniną złości i błagalnej niepewności.

— Mów tak do mnie, to zobaczysz… — wykrztusiła groźnie, chociaż drżący głos zdradzał całkowity brak kontroli nad emocjami.

— Powiedziała tylko, że jesteś wyjątkowa i że mam szczęście — rzuciłem poważniejszym tonem, ucinając wreszcie jej cierpienie.

Nachyliłem się blisko i dodałem, spijając z ust jej przyspieszony oddech:

— Myślisz, że zamieniłbym cię na kogoś takiego? Kotku… nigdy.

Spodenki nagle zrobiły się za ciasne. Widziałem, jak drży jej dolna warga — Iza była zatruta zazdrością i tym, że poczuła się niepewnie. Opuściła wzrok na moje usta, a potem wpiła się w nie — brutalnie, chciwie. Chciała fizycznie wyssać ze mnie gwarancję, że należę tylko do niej. Masowałem ją po pośladkach i czułem jak w brzuchu zbiera się ciężkie, gorące napięcie. Iza była tak nieprzewidywalna, tak energiczna i urocza, że nie mogłaby mi się nigdy znudzić.

— Nie lubię, kiedy się tak zachowujesz, słyszysz? – wyszeptała z dławiącą rozpaczą w głosie i drżącymi dłońmi dopadła rozporka.

Sekundę później zacisnęła dłoń na jądrach, drugą objęła penisa i zaczęła nią natarczywie potrząsać. Poczułem jednocześnie ból i rozsadzającą rozkosz — kolana ugięły się pode mną, a z piersi wyrwał głęboki, niekontrolowany syk.

— Powiedz mi, że o niej nie myślisz — rzuciła z drapieżną niepewnością, patrząc, jak walczę o oddech. — Mów!

– Skarbie! — jęknąłem, przytykając usta do jej parzącego ucha.

Drżała na całym ciele, rozerwana między trawiącą ją zazdrością a czystym obłędem pożądania.

— Uwielbiam, kiedy jesteś taka wściekła… — wychrypiałem, zerkając w dół.

Nie mogłem uwierzyć, że dała się ponieść i robi takie rzeczy na otwartej plaży.

– Nie potrzebuję żadnej Hanki, wariatko. Ty jesteś jedyna.

Głowa poleciała mi gwałtownie w tył, z gardła wyrwał się rzężący, głęboki jęk. Iza zacisnęła palce jeszcze ciaśniej, a rytmiczny ruch dłoni mógł ze mnie wycisnąć absolutnie każde wyznanie. Byłem nabrzmiały i tętniący. Pompowała góra-dół, patrząc mi w oczy z obłąkańczym błyskiem.

— A ty jesteś mój, rozumiesz?! — rzuciła z dławiącą wściekłością i zachwytem. — Tylko mój, ty popieprzony wariacie!

Zdołałem jedynie kiwnąć głową. Rozumiałem ten wybuch aż za dobrze. Ta cała dzisiejsza gra, samczy apetyt sąsiadów i zazdrość — to wszystko ją przestraszyło, wyrwało ze strefy bezpieczeństwa, ale też wepchnęło w sam środek brudnego, parzącego podniecenia.

Nie wytrzymałem. Chwyciłem ją za nadgarstki i gwałtownie odwróciłem. Pchnąłem ją w cień skał. Iza szarpnęła się i zaparła dłońmi o kamień, żeby chronić twarz. Wsunąłem kciuki za ściągacz dresów. Na ułamek sekundy poczułem ciepło jej skóry tuż nad majtkami. Potem ściągnąłem wszystko w dół, wiążąc jej nogi w połowie ud. Stała przede mną z gołym tyłkiem. Oddychała urywanymi, płytkimi haustami, cała się trzęsąc. Nie z zimna – z napięcia, z szoku, z tego, że to robimy. Nigdy wcześniej nie uprawialiśmy seksu na zewnątrz. Nie w takim miejscu.

— Co robisz…? — jęknęła, ale nie uciekła biodrami.

Przeciwnie, wypięła się mocniej, bo ciało zdecydowało za nią. Jakby mimo wstydu i strachu chciała, żebym zobaczył, poczuł i wziął. Przytrzymałem ją za biodro, drugą ręką wsunąłem między uda i sprawdziłem. Była mokra. Wepchnąłem się w nią powoli, czując jak się rozciąga i zaciska.

— Matko…. – Iza wciągnęła powietrze przez zęby i cała się spięła.

Wszedłem w nią do samego końca i od razu zacząłem ostro brać, bez żadnej rozgrzewki. Byliśmy w amoku, nie bardzo kontrolując, co działo się wokół. Nagradzała mi każde pchnięcie krótkim gardłowym jękiem. Nie teatralnym. Prawdziwym, zaskoczonym, trochę zawstydzonym.

— Dobrze mi… — wyjęczała, uderzając czołem w przedramię. — Kochaj mnie… tylko mnie.

Przyspieszyłem. Przyciągałem ją do siebie, waląc biodrami o tyłek, a ona podstawiała się rozchylając uda, na ile pozwalały na to zrolowane dresy.

— Jesteś taka ciasna, skarbie — mruknąłem jej prosto w szyję, nie zwalniając. — Nikt tak na mnie nie działa. Nikt.

Iza wyprostowała się gwałtownie. Przylgnęła do mnie plecami, odchylając głowę na moje ramię i odsłaniając szyję. Zacisnąłem dłoń na jej krtani, po czym ugiąłem kolana, poprawiając kąt, i zacząłem ją brać krótkimi, ostrymi pchnięciami. Drżała w niekontrolowanych skurczach, z piersi wyrywał się raz po raz głośny, bezwolny jęk. Zakryłem jej usta dłonią, tłumiąc za głośne jak na to miejsce dźwięki. Czułem tylko ciepło, ciasnotę i to, jak bardzo cały ten wieczór – Hanka, spojrzenia, zazdrość – właśnie z nas wychodzi.

— Tomek… Jak dobrze… — wydusiła, kiedy na moment poluźniłem dłoń. — Kurwa, jak dobrze…

Zdębiałem. Z szoku i z czystej radości naraz. Moja opanowana, grzeczna żona wypinała nagi tyłek i klęła mi w rękę, żebym tylko nie śmiał zwolnić. Co tu się wyprawiało? Przyspieszyłem. Iza zesztywniała — poczułem gwałtowny skurcz w jej brzuchu, udach i ramionach. Zacisnęła się na mnie tak ciasno, że na ułamek sekundy nie mogłem się ruszyć. Doszła gwałtownie, trzęsąc się w uścisku, skomląc mi w dłoń, i gdyby nie szum morza, jej krzyki słyszałby każdy, kto tak jak my, wybrał się na nocny spacer. Pchnąłem ją na skałę, a ona żeby nie upaść znowu zaparła się o nią dłońmi. Wtedy narzuciłem naprawdę ostre tempo, myśląc już tylko o sobie. W głowie kłębił się cały ten parszywy wieczór, ale ostatecznego zniszczenia dokonał jeden obraz. Widok żony w opiętych legginsach i ten cudzy, lepiący się wzrok wbity w jej tyłek oraz wyraźnie zarysowane pod materiałem łono. Z tym właśnie widokiem wypalonym pod powiekami, wlałem w nią całą frustrację i pożądanie, które zbierały się jadrach od momentu, kiedy wróciła z biegania.

Po wszystkim odwróciła się i jeszcze przez długą chwilę stała z czołem przyciśniętym do mojego obojczyka. Oddychała ciężko, nierówno. Czułem, jak powoli opuszcza ją napięcie – najpierw ramiona, potem plecy, na końcu dłonie, W jej milczeniu głęboka ulga mieszała się z nagłym wstydem i szokiem, że dała się ponieść tej dzikiej żądzy na plaży, gdzie ktoś mógł nas podejrzeć.

— Przesadziłam… — szepnęła, schylając się, żeby naciągnąć spodnie. — Rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem wokół, ale chyba nie mięliśmy widowni –… Jak mogłam ci na to pozwolić… tutaj, jak jakaś gówniara…

— Nie przesadziłaś. – Ująłem ją pod brodę i zmusiłem, żeby na mnie spojrzała. – Mnie się to podobało… Tobie chyba też…

Pogłaskałem ją po włosach, a Iza westchnęła. Wtuliła twarz z powrotem w moją szyję i przez dłuższą chwilę po prostu była — cicha, miękka i bezbronna, zupełnie inna niż ta drapieżna kobieta, która przed momentem wgryzała się w moje usta i żądała obietnic. Trzymałem ją mocno, chłonąc słony zapach jej skóry i czując, jak powoli ulatuje z niej strach. Prawda była taka, że sam stawałem się zakładnikiem tego nowego doświadczenia. Tamten wieczór zmienił wszystko, odsłaniając w naszym małżeństwie nową kartę. Odkryłem w sobie jakąś wyuzdaną satysfakcję. Kiedy ci dwaj rzucali w jej stronę aluzje i próbowali naruszać jej przestrzeń, nie czułem agresji, ani potrzeby rywalizacji. Kręciła mnie świadomość, że obcy faceci wiją się z pożądania na widok mojej żony, nie mając pojęcia, że ich chciwy wzrok podbijała moją własną żądzę. Uświadomiłem sobie, że mam u boku wyjątkową i niszczycielską kobietę.


– Nie śpisz? – Iza przekręciła się na plecy.

Namacała telefon na szafce nocnej, przybliżyła ekran do twarzy i zmrużyła oczy.

– Południe – mruknęła nieprzytomnym głosem, po czym odwróciła się do mnie całym ciałem. – Wyjedziemy jutro, dobrze? Dzisiaj nie wstanę z łóżka.

Przez chwilę leżała bez słowa, przyglądając się mi już bardziej przytomnie, aż wreszcie po jej twarzy przemknął cień niepokoju.

– Co jest?

– Nic – odparłem. – Budzę się co chwila. Za dużo wrażeń. Dałaś mi naprawdę popalić.

Uśmiechnęła się ciepło i spytała:

– Ja czy Klaudia?

– Obie jesteście siebie warte.

– A ty za to niewiniątko. Nie pamiętasz już, jak mnie do tego namówiłeś?

– No właśnie próbuję sobie przypomnieć.

– Co?

– Kiedy byliśmy jeszcze… normalni.

Iza przez moment nic nie powiedziała. Patrzyła mi w oczy, a na jej zaspanej twarzy wykwitł nagle chytry uśmieszek.

– I jak lepiej? – zapytała ciepło, ale dobitnie. – Wtedy… czy teraz?

– Sam już nie wiem – westchnąłem ciężko i pokręciłem głową.

– Śpij. Nie mam siły… Pogadamy wieczorem, dobrze?

Odwróciła się i wsunęła pod moje ramię, przylegając do mnie plecami i tyłkiem. Objąłem ją mocniej, dłoń sama zacisnęła się na jej piersi. Poczułem, jak uspokaja mnie jej oddech, a po chwili przyszedł sen.


 

Iza nie zasnęła. Otworzyła oczy, wpatrując się w półmrok sypialni. W jej głowie kłębiły się te same myśli. Ona również szukała w pamięci pierwszego, niepozornego impulsu, który później popchnął ją w ramiona obcych mężczyzn. Tylko że ona nie musiała szukać po omacku. Pamiętała ten epizod aż nadto wyraźnie. Przez lata spychała go na samo dno podświadomości, bojąc się do niego wracać. Tak naprawdę nie potrafiła przyznać, czym naprawdę był.

Po studiach przenieśliśmy się do Warszawy. Robiłem doktorat na uniwersytecie, a Iza zahaczyła się w jakiejś korporacji. Nic wielkiego, bez wizji szybkich awansów, ale korporacyjna pensja dawała nam pewien komfort życia, a ja mogłem poświęcić się pracy naukowej. Przeprowadzka do Warszawy była trudną decyzją — oboje byliśmy mocno związani z Wrocławiem, a poza tym tam została jej najlepsza przyjaciółka. Ula robiła karierę, żyła na wysokich obrotach i w przeciwieństwie do Izy, traktowała mężczyzn jak krótkie epizody. Nie potrafiła — a może po prostu nie chciała — być z kimś dłużej i czasem nawet sama Iza gubiła się w tym, z kim Ula się spotyka.

Mimo odległości dziewczyny utrzymywały bliski kontakt, urządzając sobie od czasu do czasu babskie wyjazdy. Tym razem wylądowały w jakimś luksusowym ośrodku w Sudetach. Duże przeszklone domy, posadzone na zboczu góry, widoki i rzecz obowiązkowa – wypasione spa. Miały już swój stały rytuał: pierwszego dnia ostry wycisk na górskich szlakach, wieczorem pogaduchy. Kolejnego – coś dla ciała — basen, masaże, kosmetyka, a wieczorem drinki w barze. Tamtego wieczoru trafiły na imprezę integracyjną. W barze muzyka grała tak głośno, że normalna rozmowa nie wchodziła w grę, więc dziewczyny, chcąc nie chcąc dołączyły do tańczących. Szalały na parkiecie, co jakiś czas wychodząc na taras, żeby złapać oddech i dopić drinka. Nie integrowały się z resztą towarzystwa, ale w tym rozkręconym tłumie czuły się swobodnie. Było na kim zawiesić oko, a one same stały się poważną konkurencją dla dziewczyn z korporacji. Jednak na tańcu się kończyło. Żadnego wspólnego drinka, żadnego flirtu, nic. Aż do momentu, kiedy wzrok Uli przyciągnęło dwóch facetów, którzy wyszli na taras ze szklankami w dłoniach. Zdecydowanie wyróżniali się na tle poturbowanego alkoholem tłumu. Eleganccy, zaskakująco trzeźwi i pewni siebie — rozmawiali swobodnie, co chwilę wybuchając głębokim śmiechem.

— Ty, patrz. — Ula szturchnęła Izę w bok, nie spuszczając z nich oka. — Tego nam tu właśnie brakowało, co?

– Nie wygłupiaj się – speszyła się Iza. – Nie po to wychodziłam za mąż, żeby oglądać się za facetami.

Ula przewróciła oczami ze śmiechem. Ona żyła chwilą i nie zamierzała przepuścić okazji.

— Wyluzuj! — parsknęła cicho, wychylając łyk drinka. — Twój Tomek siedzi w Warszawie, czterysta kilometrów stąd. Rozmowa to nie zdrada, a poza tym, nikt o niczym się nie dowie. Zawołam ich.

– Ula, nie! – Iza zacisnęła palce na jej nadgarstku, ale ta uniosła drugą rękę i machnęła w ich stronę z wampowatym uśmiechem.

Mężczyźni nawet nie udawali zaskoczonych. Wymienili szybkie spojrzenia, zabrali swoje drinki i pewnym krokiem podeszli do ich stolika.

— Co takie atrakcyjne panie robią same w tej świątyni rozpusty? — odezwał się wysoki, szczupły, z ciemnymi włosami i drapieżnym spojrzeniem.

Gęsta, przycięta z precyzją broda z ostro zarysowanymi liniami na policzkach zdradzała, że nad zarostem czuwa nie byle jaki barber.

— Grzeszymy — wypaliła bez namysłu Ula, wyciągając dłoń, żeby się przywitać.

Brodacz uśmiechnął się do niej bezczelnie.

– To trafiłyście pod właściwy adres.

– Może Ula… — odparowała natychmiast Iza, lekko się rumieniąc. — Bo ja marzę już tylko o piżamie i ciepłym łóżku.

Twarz drugiego mężczyzny — gładko ogolona, o miększych rysach — rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. Biła od niego aura męskiego luzu i pewności siebie. Przyglądał się jej, doskonale wiedząc, że jej dystans to tylko zasłona dymna.

— Łóżko brzmi obiecująco, ale piżamę radzę zostawić w szafie — rzucił z kpiącą lekkością, prowokując gwałtowną falę śmiechu u reszty.

— Bartek — kiwnął głową na powitanie.

— Michał — przedstawił się brodaty przystojniak. — W takim razie chodźmy najpierw pogrzeszyć na parkiecie! — rzucił z łobuzerskim uśmiechem, chwycił Ulę za rękę i bez pytania pociągnął ją w stronę gęstego tłumu w barze.

Wyglądało na to, że panowie podzielili się już partnerkami. Iza nie miała w sobie tej wyzwolonej energii co przyjaciółka — uśmiechnęła się grzecznie, ale stała ze szklanką w dłoni, zesztywniała i spięta. Bartek przesunął wzrokiem po jej zgrabnej sylwetce, po czym oparł się łokciami o wysoki blat i przyglądał się jej z miękkim, niewymuszonym uśmiechem. Za szybą, na tle rozświetlonego baru, Ula wiła się w ciasnym uścisku Michała.

— Dołączymy do nich, czy przynieść ci drinka? – odezwał się pierwszy. – Ci dwoje już chyba nadają na jednej fali.

Iza patrzyła na nich, ale w głowie narastał cichy dygot. Przeczuwała, że babski wieczór właśnie dobiegł końca, a Ula postanowiła spędzić noc z mężczyzną, z pełną świadomością, że to będzie tylko jednorazowa, wyprana z uczuć przygoda.

– Zdecydowanie nie jestem tak imprezowa jak Ula – odparła łagodnym tonem, żeby go nie urazić.

Bartek zaśmiał się cicho, a w jego spojrzeniu pojawiła się aksamitna, obiecująca nuta.

– Nie musimy się sobie od razu zwierzać – rzucił ze śmiechem. – To tylko taniec. Chodź.

Wstał powoli, wyciągając do niej dłoń. Nie pchał się, nie ciągnął jej na siłę, tak jak zrobił to Michał. Po prostu stał z otwartą dłonią, patrząc jej w oczy z wyczekującym uśmiechem. Iza poczuła, że zaczynają ją piec policzki. Wypuściła powoli powietrze z płuc. Spojrzała na jego dłoń i pękł w niej opór. Bez słowa wsunęła w nią palce. Gdy weszli do środka, Bartek ujął ją delikatnie w talii. Zaskoczył ją tym gestem — był pewny, a jednocześnie pełen wyczucia, pozbawiony taniej nachalności. Pozwoliła mu się przez chwilę prowadzić, ale ostra imprezowa atmosfera, głośna muzyka i uderzający do głowy alkohol szybko zrobiły swoje. Nie potrafiła i nie chciała grać dłużej roli zdystansowanej, rozsądnej mężatki. Ciągła samokontrola nagle stała się nieznośna, krępowała ją. Przecież nie robi nic złego, tłumaczyła sobie w duchu — uwielbiała się bawić i zawsze była duszą każdej imprezy. Stęsknione za beztroską ciało po prostu zrzuciło ten ciężar i bezwstydnie poddało się rytmowi. Biodra błyskawicznie odnalazły wspólny język z linią basu, a ona poruszała się z taką samą naturalną swobodą, z jaką jeszcze chwilę temu szalała z Ulą. Przeniosła dłonie na ramiona Bartka i odchyliła głowę, pozwalając, by fale włosów odsłoniły jej szyję i dekolt. Dawkowała dystans, ocierając się subtelnie o partnera, by jednak za chwilę cofnąć się o pół kroku i posłać mu z prowokujący błysk w oku. Miała w sobie zmysłowy magnetyzm, który ściągnął spojrzenia facetów tańczących wokół. Sama niespecjalnie zwracała na to uwagę, za to Bartek od razu wyłapał, że kilku z nich gapi się bezwstydnie na jej tyłek, opięty cisną, krótką mini. Zamarł, zaskoczony nagłą przemianą partnerki. Jego spojrzenie pociemniało, a uścisk na talii stał się zauważalnie mocniejszy.

– Nieładnie, naprawdę… — Pokręcił głową, nachylając się do jej ucha, by przebić się przez hałas. — Dałem się nabrać jak mały chłopiec, kłamczucho.

— Kłamczucho? — Iza zaśmiała się niewinnie, nie zwalniając tempa. Jej biodra kołysały się drażniąco blisko jego ud.

– Tak zachowuje się dziewczyna, która jeszcze chwilę temu marzyła o łóżku i piżamie?

Odchyliła głowę, wybuchając śmiechem. Gorąca atmosfera lokalu i palące spojrzenie atrakcyjnego mężczyzny wywołały w niej niespodziewaną falę pewności siebie.

— To, że dałam się chwilę prosić, nie znaczy przecież, że nie lubię się bawić. Może chciałam, żebyś się trochę wysilił?

Podobała mu się — czytała to z jego oczu, a ta świadomość podsycała jej kobiecą próżność. Nie starała się na siłę robić na nim wrażenia, nie próbowała go w żaden sposób kusić. Po prostu wyłączyła myślenie i zachłysnęła się beztroską, pozwalając ciału płynąć z muzyką.

— Tu jesteście! — Za plecami rozległ się nagle podekscytowany pisk Uli. — Boże, Iza, ubóstwiam, jak tańczysz.

Iza powitała pojawienie się przyjaciółki z pewną ulgą. Uścisk Bartka na stawał się zbyt mocny. Taniec i ta mała gra słowna niebezpiecznie trąciły flirtem. Koleżanka nieświadomie dała jej pretekst, by wycofać się, bez niezręcznych gestów. Przesunęła dłonią po jego przedramieniu, jakby dziękowała mu za taniec, po czym zręcznie wyswobodziła się z objęć. Bartek musiał ustąpić pola, unosząc dłonie w geście podyktowanym dżentelmeńską rezygnacją. Ula złapała ją za ręce i wciągnęła w ich własny, dobrze znany mikroświat. W jednej chwili rozbłysła między nimi chemia, którą wypracowały przez lata wspólnych imprez. Zaczęły tańczyć naprzeciwko siebie, twarzą w twarz wymieniając porozumiewawcze, roześmiane spojrzenia — bez ostentacji, ale z porażającą, zmysłowością. Falowanie bioder, miękkie ruchy ramion i lekkość, z jaką odrzucały włosy, tworzyły mieszankę, od której nie sposób było odwrócić oczu. Iza tańczyła wyłącznie dla siebie, za to Ula co chwilę rzucała prowokujące spojrzenia Michałowi. Ten oparł się o filar, nawet nie próbując wchodzić im w paradę. Obaj zostali wykluczeni. Trącił Bartka łokciem, rzucając coś z rozbawieniem pod nosem, ale ten nawet nie drgnął. Stał zapatrzony w Izę, spijając wzrokiem każdy jej krok — zaskoczony, jak ta początkowo cicha, powściągliwa kobieta bez najmniejszego wysiłku potrafi zawładnąć całą jego uwagą.

Gdy kawałek się skończył, w sali zrobił się prawdziwy kocioł. Grupa rozbawionych pracowników z wyższego szczebla zaczęła formować jakiś pijacki wąż, rycząc do mikrofonu dj-a i polewając się szampanem. Hałas stał się nie do zniesienia. Klimat zmysłowego flirtu prysł. Michał skrzywił się i zasłonił jedno ucho. Bez słowa objął Ulę w pasie i przyciągnął ją mocno do boku. Dłoń zatrzymała się nisko, prawie na pośladku, ale ona się nie odsunęła.

— Weźmy po drinku i chodźmy w jakieś cichsze miejsce — powiedział głośno, przekrzykując ryk.

Ula uniosła na niego wzrok i uśmiechnęła z charakterystycznym błyskiem, który oznaczał, że decyzja zapadła już wcześniej.

— Jestem na tak — odkrzyknęła.

Potem, wciąż przyciśnięta do Michała, obróciła się w stronę Izy i Bartka.

— Możemy pójść do nas. Mamy ogromny dom i obłędny widok z tarasu.

Panowie wymienili szybkie, samcze spojrzenia, w których błyskawicznie zapaliły się porozumiewawcze ogniki.

— To my kupimy coś na rozmiękczenie — zarechotał Michał i nie marnując ani sekundy, pociągnął kolegę w stronę baru.

— Ula, to przestaje być zabawne… — wyszeptała Iza, gorączkowo rozglądając się po sali. Serce waliło jej jak oszalałe. — Przypominam ci: mam męża.

Koleżanka machnęła ręką i przewróciła oczami, parskając śmiechem, jakby usłyszała dobry dowcip, całkowicie ignorując jej atak paniki. Myślami była już przy Michale, bił od niej zwierzęcy instynkt kobiety, która żyje chwilą i nie ogląda się za siebie.

— Wyluzuj, dziewczyno! — rzuciła zniżonym, miękkim głosem, gładząc ją po ramieniu. — Nikt o niczym się nie dowie. Korzystaj z okazji.

— Nie — odparła stanowczo Iza, chociaż czuła, jak alkohol krążący w żyłach gęstnieje i podstępnie podkopuje jej racjonalne myślenie. Zacięła się jednak, trzęsąc głową.

— Mnie naprawdę nie kręcą takie klimaty. To nie moja bajka.

— Dobra, dobra, ty mała cnotko! — westchnęła teatralnie przyjaciółka, przewracając oczami, ale w jej spojrzeniu zapaliły się błagalne ogniki.

Pochyliła się, ściszając głos do gorącego szeptu, od którego Izie przeszły dreszcze po karku:

— Nie zmuszam cię do niczego. Przysięgam na wszystkie świętości – nie musisz z nim iść do łóżka. Ale błagam cię, nie spławiaj go teraz. Wytrzymaj jeszcze. Widziałaś tego mojego? — Pociągnęła nosem z komiczną rozpaczą, zerkając na stojącego przy barze Michała. — Muszę poczuć tę wypielęgnowaną brodę między nogami. Bo jak nie… to przelecę ciebie! Chciałabyś?

Iza zakrztusiła się drinkiem tak mocno, że aż zgięła się w pół, próbując opanować nagły wybuch głośnego śmiechu.

— Boże, Ula, jesteś walnięta! — wykrztusiła, ocierając łzę z kącika oka.

Znały się od lat i wiedziała, że przyjaciółka nie ma hamulców, ale ten tekst rozbroił ją do końca.

– I dlatego mnie kochasz – odparła z szerokim uśmiechem Ula. — Po prostu rozmawiaj z nim, daj mu nadzieję, a ja w tym czasie zajmę się Michałem.

— Daj mu nadzieję? — skrzywiła się Iza, czując, jak po jej brzuchu przechodzi gwałtowny, gorący dreszcz. — Jak ty to sobie wyobrażasz? Udawać dostępną, a potem co?

Zerknęła ukradkiem w stronę baru, a jej spłoszone spojrzenie od razu trafiło na Bartka. Oparty swobodnie o blat, z uśmiechem obracał w dłoniach butelkę jakiegoś trunku. Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy. Iza szybko odwróciła głowę, ale dreszcz wrócił – tym razem niższy, bardziej niebezpieczny.

– Mam ci pokazać…? – zaczęła Ula, ale przerwała w pół zdania, bo Michał dobrał drugą butelkę i obaj już wracali.


 

Weszli do domu. Ula zapaliła kilka lamp, zostawiając górne światło zgaszone, po czym otworzyła drzwi tarasowe. Do środka wpadło chłodne górskie powietrze i odległy szum lasu.

— Podaj szklanki — rzuciła do Izy, próbując zająć ją czymkolwiek i rozluźnić.

Usiedli na miękkich, skórzanych kanapach ustawionych naprzeciwko siebie. Michał rozsiadł się swobodnie, kładąc ramię na oparciu, a Ula bez wahania oparła na nim głowę, zamykając ich w osobnym świecie. Bartek zajął miejsce obok Izy – wystarczająco blisko, aby słowa mogły zostać tylko między nimi, ale również wystarczająco ostrożnie, by nie przekroczyć niewidzialnej granicy. Iza poczuła się, jakby ktoś skierował na nią reflektor. Przeklinała w duchu decyzję o założeniu na ten wieczór miniówki. Gdy opadła na siedzenie, materiał podjechał do góry, odsłaniając uda znacznie wyżej, niżby chciała. Odruchowo spięła mięśnie i wyciągnęła dłoń, by obciągnąć spódnicę… ale w ostatnim momencie zastygła w pół ruchu. Nie rozumiała, co nią kieruje. Nie chciała wyjść na cnotliwą sztywniarę… a może, gdzieś w podświadomości, uznała, że to właśnie było to ciche „dawanie nadziei”, o które prosiła ją Ula?

Bartek nie przeoczył tego milczącego wahania. Jego spojrzenie powoli prześlizgnęło się po gładkiej skórze nóg, po czym wróciło prosto w jej oczy. Nie było w tym taniej nachalności — była czysta fascynacja. Izie gwałtownie zabrakło tchu, a w dole brzucha rozlała się paraliżująca fala dreszczy. To tylko głupia zabawa. Nic więcej. Przecież nie posunę się ani o krok dalej — próbowała przekonać samą siebie, że panuje nad sytuacją. Granica była jasna — i nie miała najmniejszego zamiaru jej przekraczać.

Przez chwilę żartowali. Rozmowa toczyła się prawie niewinnie, choć każdy miał świadomość, że to jedynie lekka uwertura do czegoś znacznie gęstszego. Atmosfera zmieniła się momentalnie, gdy wyszedł na jaw prawdziwy powód ich obecności w Sudetach. Wystarczyło jedno zdanie Uli o “babskim wyjeździe po wolność i szaleństwo”, by maski opadły. Wzrok kolegów skrzyżował się na sekundę w męskim, bezsłownym kodzie. Michał rozsiadł się jeszcze pewniej i z rozbawionym uśmiechem, zaczął szeptać jej coś do ucha, nie spuszczając wzroku z Izy i Bartka. Ten, w przeciwieństwie do swojego kompana, nawet się nie uśmiechnął.

— Strasznie jesteś spięta — wyszeptał cicho, nachylając się nad Izą.

– Wydaje ci się – odparła ze sztuczną swobodą i w odruchu czystej przekory zrobiła coś absolutnie sprzecznego z rozsądkiem.

Założyła powoli nogę na nogę, eksponując nagie udo i pociągnęła duży łyk ze szklanki. Zimny płyn spłynął piekącą falą po przełyku, a w dole brzucha znowu coś drgnęło. Bartek pokręcił głową z cwaniackim śmiechem, udając, że dał się jej nabrać. Zerknął kątem oka w stronę drugiej kanapy, gdzie tamci spletli dłonie, szepcząc coś i cicho chichrając. Na jego twarzy wykwitł leniwy, pewny siebie uśmiech.

— Wygląda na to, że Ula z Michałem mocno się polubili — zawiesił głos, a jego spojrzenie ześlizgnęło się po jej szyi i zatrzymało na rozchylonych ustach.

Iza odchrząknęła cicho, próbując nadać głosowi chociaż pozory twardego, rozsądnego tonu.

— Ula jest wolna — wyrzuciła z siebie, gapiąc się na jego rozpiętą pod szyją koszulę. — Nie musi się przed nikim tłumaczyć. Ona zawsze robi to, na co ma ochotę.

Bartek przechylił głowę i znowu zajrzał jej głęboko w oczy.

— A ty? — szepnął, nachylając się minimalnie bliżej. — Też robisz to, na co masz ochotę?

Zaskoczona, parsknęła cichym śmiechem, a na jej policzkach wykwitł szybki, gorący rumieniec. Zaraz jednak zniżyła wzrok, przegryzła wargę i uśmiechnęła się pod nosem.

— Gdybym zawsze robiła to, na co mam ochotę… — wyszeptała miękko — robiłabym wyłącznie same głupstwa. A to by ci pasowało, co?

Głos rozsądku krzyczał w głowie, nakazując wyznać prawdę. Słowo „mężatka” prawie wyrwało się jej z ust — było tarczą i hamulcem bezpieczeństwa. Jednak w ostatniej chwili ugryzła się w język, przypominając sobie obietnicę, którą dała Uli. Musiała zająć go jeszcze trochę, zacisnąć zęby i dać przyjaciółce czas, chociaż kosztowało ją to coraz więcej sił. Chciała, żeby jej słowa zabrzmiały jak pewny siebie, dojrzały żart, ale serce łomotało o żebra jak szalone. Pociągnęła łyk drinka, starając się opanować drżenie dłoni, jednak kostki lodu zderzyły się ze szkłem ze zdradzieckim, cichym brzękiem. Wiedziała, jak działa na mężczyzn — zdołała się już o tym przekonać nie raz. Nigdy jednak nie stała na tak kruchym lodzie. Nie miała w sobie chłodnej kalkulacji uwodzicielki, a pod maską udawanego luzu kryła się zwykła konsternacja. Chciała być tylko miła i uprzejma.

Bartek zaśmiał się szczerze, a w jego oczach zapalił się niebezpieczny ognik.

— Sęk w tym, że głupstwa smakują o wiele lepiej niż rozsądek. Bez nich życie byłoby potwornie nudne, Iza — mruknął nisko, znów przejeżdżając spojrzeniem po jej ustach.

I wtedy tamci wstali.

— Tańczymy — rzuciła Ula zdecydowanym tonem, nie pozostawiającym miejsca na dyskusję.

Chwyciła dłoń Michała i bezceremonialnym ruchem pociągnęła go na środek salonu. Przechodząc obok ściany, jakby od niechcenia pstryknęła włącznikiem, gasząc lampy. W pokoju została tylko jedna, mała w kącie, rzucająca miedziany blask na skórzane kanapy. Salon w ułamku sekundy skurczył się i stał paraliżująco intymny. Ula przycisnęła się do Michała, po czym zaczęli się kołysać w miejscu — wolno, bez pośpiechu, odcięci od bożego świata. Bartek przyglądał się jej twarzy, z satysfakcją wyłapując każdy sygnał słabości: drżenie warg i gorący rumieniec, który schodził aż pod dekolt.

— Taaak… — mruknął, specjalnie przeciągając słowo. – Światło nam nie sprzyjało.

Na jego ustach pojawił mu się łobuzerski uśmiech, bo w półmroku łatwiej było mu ją osaczać – zerkać na odkryte uda i coraz gwałtowniej unoszące się pod bluzką piersi.

— Może teraz zapomnisz o swoim poukładanym świecie i odważysz się zrobić jakieś głupstwo… chociaż jedno – dodał błagalnie.

Wstał i bez słowa wyciągnął do niej obie dłonie. Iza wahała się dłuższą chwilę, po czym uległa. Zdała sobie z przerażeniem sprawę, że wpadła w idealną pułapkę — sama już nie wiedziała, co w tej chwili było bardziej niebezpieczne. Zostać z nim na kanapie, z miniówką eksponującą uda, wiedząc, że za chwilę jego dłoń wyląduje na jej kolanie? Czy przycisnąć się do niego w półmroku, pozwalając, by ją prowadził. Oba scenariusze pachniały grzechem i utratą kontroli. Bartek nie puścił jej dłoni — zamienił tylko uścisk na splątane palce i pociągnął ją za sobą w najciemniejszy zakątek pokoju.

Iza kątem oka pochwyciła spojrzenie Uli. Przyjaciółka zerknęła na nią ponad ramieniem partnera, który delikatnie całował jej odsłoniętą szyję. Posłała jej wymowne spojrzenie i bezgłośnie poruszyła wargami: „dziękuję”. W oczach Izy wykwitł jednak gwałtowny, paniczny strach. Patrzyła na nią i nie mogła pojąć. Godzina rozmowy, parę drinków i po prostu idą do łóżka. Bez żalu, bez strachu, bez tego dławiącego ciężaru konsekwencji, który kneblował jej usta przy każdym dotyku Bartka. Dla niej to było nie do pomyślenia — cały jej świat opierał się przecież na zasadach, na poukładanym życiu i wierności, której tak kurczowo się trzymała. Ale wyobraźnia natychmiast podsunęła jej obrzydliwie wyraźny obraz. Zanim zdążyła odepchnąć myśli, zobaczyła Ulę i Michała za zamkniętymi drzwiami sypialni: szarpiących za ubrania, łapczywych, pozbawionych hamulców. Na samą myśl o tym poczuła gwałtowny, palący pąs na szyi. Zgorszyła się, że w ogóle odważyła się pomyśleć w ten sposób o najlepszej koleżance. Jednak zaraz pod tym wstydem — głęboko w dole brzucha — obudziło się coś jeszcze. Ciche, drapieżne ukłucie podniecenia. Dziwna, zakazana zazdrość o tę absolutną wolność.

Bartek objął ją w pasie i przez dłuższą chwilę tańczyli ciało przy ciele. Potem jego dłonie przestały być grzeczne i zaczęły się zsuwać. Powoli, po zewnętrznej stronie bioder. Napięty materiał spódnicy sprawiał, że czuła ucisk palców, jakby dotykał ją bezpośrednio na nagą skórę. Sparaliżowana mieszanką strachu i zakazanej ciekawości, nie zdawała sobie sprawy, że sama dolewa oliwy do ognia. Kołysanie bioder, które przychodziło jej z naturalną lekkością, działało na każdego mężczyznę. Bartek ścisnął ją mocniej, gładząc kciukami sprężyste krągłości talii i bioder; trzymał dłońmi tak nisko, że gdyby przesunął je o centymetr w tył, chwyciłby ją za pośladki. Iza wciągnęła powietrze. W głowie zapaliła jej się czerwona lampka; podjęła ostateczną decyzję, że musi to przerwać, zanim dojdzie do naprawdę niezręcznej sytuacji. Ale zanim zdołała wykrztusić słowo, on sprytnie obrócił ją plecami do siebie. Przyciągnął do klatki piersiowej i zsuwając dłonie z bioder, położył je płasko na jej brzuchu. Tańczyli, sklejeni ze sobą, bo Iza z wrażenia stała się bezsilna. I nagle, w kolejnym niespiesznym obrocie znaleźli się tuż obok drugiej pary.

— Uważaj na nią, Bartuś — mruknęła kpiącym tonem Ula. — Iza to wamp. Tylko udaje taką niewinną…

Puściła do niego oko, a Izie krew uderzyła do głowy. Płonęła ze wstydu, czując, jak wylana na nią prowokacja odziera ją z resztek obrony.

— Kłamczucha — wyrzuciła z siebie, próbując obrócić słowa przyjaciółki w niewyglądający na panikę żart.

Chciała wyrwać się z uścisku, odzyskać bezpieczną przestrzeń, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, jakby wrosły w podłogę. Bartek nie odezwał się słowem. Zamiast tego ponownie oparł dłonie na linii bioder, wykręcił ją twarzą do swojej i wprawił złączone ciała w powolne, zmysłowe kołysanie. Pochylił głowę, wargi niemal dotknęły skroni Izy, a gorący strumień oddechu przesunął się po jej skórze, zostawiając gęsią skórkę. Kątem oka zarejestrowali, że Ula z partnerem zniknęli za drzwiami tarasu, skąd zaraz dobiegły stłumione jęki i bezstresowy śmiech przyjaciółki. Napięcie zmieniło się w nagły atak paniki. Iza z przerażeniem zrozumiała, że Ula nie potrzebuje jej już do niczego i bez mrugnięcia okiem porzuciła ją na pastwę Bartka. A ten nie zamierzał marnować okazji. Dotyk dłoni na biodrach stał się czulszy, niemal intymny, a skupione milczenie zapowiadało dokładnie to, czego bała się najbardziej.

— Chodźmy na taras — rzuciła z wymuszoną obojętnością, próbując się wyswobodzić.

Bartek posłał jej leniwy, porażająco pewny siebie uśmiech.

— Lepiej im nie przeszkadzać — mruknął nisko, ignorując jej prośbę i nie osłabiając uścisku. Przesunął dłoń z wyżej, na łopatkę i docisnął ją do siebie jeszcze mocniej.

— Twoja koleżanka ma chyba pewne oczekiwania wobec Michała — dodał ciszej, tuż przy jej uchu.

Serce waliło jej tak mocno, że aż bolało.

— Ula jest szalona — wyrzuciła z siebie, starając się nie patrzeć mu w oczy. — Nie przejmuje się niczym, jak widzisz.

Nachylił się tak blisko, że jego usta musnęły jej policzek.

— A ty? — szepnął.

Iza poczuła, jak wszystko się w niej napina. Chciała powiedzieć twarde „nie”. Zamiast tego, z nerwów i z tego zdradzieckiego ciepła, które rozlewało się po brzuchu, wyrzuciła z siebie coś, czego nie powinna była mówić:

— Chciałabym — zażartowała z wymuszonym uśmiechem.

Myślała że rozładuje w ten sposób napięcie. Wyszło inaczej. Słowo zawisło między nimi zbyt szczerze. Szybko się poprawiła, czując, że dała mu więcej, niż zamierzała:

— Mam męża – wykrztusiła, jakby te słowa miały powstrzymać nadciagającą katastrofę.

— Wiem — odparł niewzruszony. — Zauważyłem obrączkę.

Zamiast się powstrzymać, zaczął dotykać jej znacznie śmielej, dając w ten sposób do zrozumienia, że jej mąż nie jest dla niego żadną przeszkodą. Dłoń z łopatki ruszyła powoli w dół. Ześliznęła się gładko wzdłuż kręgosłupa, rozgrzewając cienki materiał bluzki, aż wreszcie zatrzymała się nad krawędzią spódniczki — dokładnie tam, gdzie kciuk mógł bez problemu wśliznąć się pod bluzkę.

— Twój mąż wie, z kim wyjeżdżasz na takie weekendy? — zapytał.

Głos miał spokojny, prawie zwyczajny. Iza spróbowała się uśmiechnąć, jakby pytanie było zabawne.

— Wie. I mi ufa.

Poczuła nagle jakiś niezrozumiały dla siebie przypływ pewności. Zawsze uważała się za odporną na tani podryw. Z chłodnym dystansem analizowała obce zdrady, czytała o zakazanych relacjach i kiedy sama stanęła na progu okazjonalnej pokusy, postanowiła się przekonać. A co — po prostu, dla samej siebie. Chciała sprawdzić, czy to naprawdę jest aż tak wciągające. Szybko poczuła to na własnej skórze i rozumiała jedno: wystarczy chwila utraty czujności, by przestać panować nad czymkolwiek. Mimo paraliżującej paniki, w jej ciele rozlała się przyjemna fala ciepła. Dreszcz, który przebiegał po plecach, gdy jego kciuki gładziły biodro, uderzał prosto do głowy. Wmawiała sobie, że wciąż trzyma rękę na pulsie. Gasiła rodzące się wyrzuty sumienia prostą, naiwną myślą: „przecież mam nad tym pełną kontrolę. Żadna granica nie została jeszcze przekroczona. To tylko głupi flirt, a dotyk — zwykła, niegroźną zabawa”. W każdej chwili mogła powiedzieć „stop” i po prostu odejść. Jakiś głos w środku podpowiadał, że może przeciągnąć tę grę jeszcze o parę minut i dać sobie chwilę na zakazany dreszczyk emocji, zanim znowu wróci do bycia grzeczną Izą.

Bartek kiwnął głową, ale wcale nie wyglądał na przekonanego. Przesunął kciuk tuż pod zapięcie biustonosza, badając grunt. Ze zdziwieniem zauważył, że Iza nie zrobiła nic, by go powstrzymać.

— A powinien ci ufać? — mruknął, patrząc jej prosto w oczy.

Palce drugiej dłoni zaczęły powoli drapać napięty materiał spódnicy, a z każdym ruchem, miniówka podjeżdżała o centymetr w górę.

— Co to za pytanie? — odpowiedziała, próbując zachować spokój, jednak jej głos zabrzmiał ciszej i mniej pewnie, niż zamierzała.

— Gdyby tu teraz wszedł i zobaczył, co robimy. Naprawdę byłby taki spokojny?

— Nic przecież nie robimy.

— Nie? To dlaczego tak mocno bije ci serce?

Nachylił się trochę bliżej. Palce zsunęły się do krawędzi miniówki. Drapał ją delikatnie, wywołując gęsią skórkę. Iza poczuła chłodniejsze powietrze na udzie i gorące palce, które przesuwały się po skórze, ignorując jakiekolwiek pozory.

Żarty się skończyły. Granica przestała być umowna — robiła się bardzo fizyczna i realna. Szybkim, zdecydowanym ruchem opuściła dłoń, złapała go za nadgarstek i mocno zacisnęła palce, zatrzymując rękę w miejscu.

— Wystarczy, Bartek — powiedziała, patrząc mu w oczy.

Już nie udawała, że się śmieje. Wycofała biodra, zdejmując dłoń z jego nadgarstka,

— Dobrze się bawię. Naprawdę. Nie psujmy tego, okej? — powiedziała, próbując nadać głosowi lekki, swobodny ton.

Bartek uniósł dłonie w geście poddania i uśmiechnął się leniwo.

— Jasne. Drink na rozluźnienie? — rzucił pojednawczo.

Poszła za nim, czując ulgę, że tak łatwo odpuścił. Usiedli obok siebie. Od razu poczuła, że spódniczka znów niebezpiecznie odsłoniła uda, ale zanim zdążyła ją poprawić, od strony tarasu dobiegły ich głośniejsze śmiechy. W drzwiach pojawiła się Ula i Michał. Wtuleni w siebie, ruszyli w stronę korytarza. Ula zatrzymała się przy drzwiach sypialni, opierając się o framugę i posyłając im bezczelne, porozumiewawcze spojrzenie.

— My uciekamy — mruknęła konspiracyjnym tonem. — A wy? Na co czekacie?

Drzwi sypialni zamknęły się z cichym kliknięciem, a serce Izy omal nie wyskoczyło z piersi. Pokój skurczył się i pozbawiony obecności świadków, wypełnił się napięciem.

— Nie marnują czasu — mruknął Bartek.

Spoglądał przez moment na drzwi sypialni, po czym powoli przeniósł wzrok na Izę, jakby doskonale wiedział, co dzieje się w jej głowie. Upiła spory łyk, parskając cichym, wymuszonym śmiechem. Chciała zabrzmieć swobodnie, jak kobieta z dystansem, której ta sytuacja w najmniejszym stopniu nie peszy:

— Zazdroszczę jej czasami — rzuciła, bawiąc się krawędzią szkła. — Ona po prostu niczym się nie przejmuje.

— Zazdrościsz jej? — Bartek uniósł lekko brwi, a w jego ciemnych oczach rozbłysnął prowokujący, drapieżny ognik. — Co cię powstrzymuje?

Iza natychmiast pojęła swój błąd. Słowa wyrwały się z jej ust szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Przerażona tym, co przed chwilą palnęła, nerwowo obróciła w dłoniach szklankę i zamachała drugą ręką, jakby próbowała rozgonić wiszące w powietrzu słowa.

— To znaczy… O Boże, nie słuchaj mnie — dodała spiesznie, czując, jak palący pąs spływa z policzków prosto na szyję i dekolt. — Za dużo wypiłam. Język mi się plącze i gadam jakieś bzdury… rano będę potwornie żałować.

Bartek nie dał się zbyć tanią wymówką. Zamiast tego sięgnął do jej drżących dłoni i powoli, bez pośpiechu wyjął z nich szklankę. Jego palce, jakby przypadkiem — a w rzeczywistości niepokojąco precyzyjnie — otarły się o kostki, wywołując u Izy gwałtowny dreszcz. Odstawił drinka na stolik, pozbawiając ją jedynego rekwizytu, za którym mogła się schować.

— Żałować będziesz, jeśli sama nie spróbujesz — mruknął, spoglądając na jej drżące usta. — Iza jesteś dorosła. Twój mąż się nie dowie.

Głos Bartka stał się nagle chropowaty, niski i kuszący. Oparł prawą dłoń na oparciu kanapy tuż za jej karkiem, drugą położył płasko na udzie, czując jak pod tym dotykiem napięły się jej mięśnie. Gorąco skóry natychmiast przeniknęło przez delikatny materiał miniówki.

— Wszystko zostanie wyłącznie między nami — wyszeptał, zatrzymując usta milimetry od jej. — Przestań się zadręczać. Oboje wiemy, że ten opór męczy cię bardziej niż gdybyś po prostu o wszystkim zapomniała.

Iza wstrzymała oddech. Jego palce zaczęły bawić się spódnicą, a przy okazji podciągały ją wyżej. Chciała go powstrzymać, naprawdę chciała wyrwać się z tej zmysłowej pułapki, zanim będzie za późno, ale ciało — odurzone alkoholem i czymś dziwnym, dławiącym, czego nawet nie potrafiła nazwać — całkowicie odmówiło jej posłuszeństwa. Jeszcze chwila, jeszcze trochę… przecież na nic mu nie pozwolę — podpowiadał cichy, zdradziecki głos, szukający w popłochu jakiegokolwiek usprawiedliwienia. A jednak serce podeszło jej do gardła, umysł zalała fala paraliżującej ekscytacji: Jesteś dorosła, do cholery. Tylko ten jeden raz… a co tam. Na ułamek sekundy zamknęła oczy. Potężne gorąco rozlało się po jej ciele, paraliżując resztki woli. Bartek bezbłędnie wyczuł tę słabość.

— Widzisz? A jednak ci się podoba… — mruknął nisko, muskając wargami kosmyk włosów za jej uchem.

A może musnął sam płatek ucha? W tym gęstym upojeniu sama nie była już niczego pewna. Odruchowo zacisnęła uda. Gorąca dłoń powoli przesuwała się po zewnętrznej stronie nogi, zostawiając za sobą piekący ślad.

— Boże… Co my robimy? — wykrztusiła niepewnie, otwierając szeroko powieki, ale nie zrobiła nic, żeby przestał.

— Dokładnie to, na co oboje mamy ochotę — mruknął nisko.

Jego wargi otarły się o wrażliwą skórę tuż pod uchem, wywołując gwałtowny dreszcz, który uderzył prosto do podbrzusza.

— Cała drżysz… Nie musisz się mnie bać — wymruczał nisko, wibrującym głosem.

— Nie potrafię tak… po prostu… — wykrztusiła, próbując pozbierać rozsypane myśli.

Głowa ciążyła jej od alkoholu i dławiącego gorąca, które rozlało się po żyłach.

— Mam męża, Bartek.

— Nie myślisz teraz o nim — przerwał jej słodkim, pewnym siebie szeptem.

Zsunął rękę z oparcia i objął ją za ramię, przyciągając ją bliżej. Oszukał ją tym manewrem, a Iza przeoczyła podstęp. Jej zmysły były zbyt oszołomione, by dostrzec, że właśnie odciął jej drogę ucieczki.

— Jesteś ciekawa… — kusił, a ociężały od pożądania oddech palił ją aż po kark. — Wydaje ci się, że jesteś taka poukładana, taka idealna. Ale to nie jesteś cała ty.

Cofnął dłoń z biodra, lecz nie położył jej płasko, jak poprzednio. Zamiast tego zaczął prowokacyjnie krążyć palcami po samej krawędzi spódnicy, muskając opuszkiem palca napięty mięsień uda. Ten niespieszny, drażniący dotyk działał jak prąd — odkryta noga natychmiast pokryła się gęstą gęsią skórką, mięśnie pod skórą zesztywniały, a z piersi wyrwał się krótki, drżący oddech. Zakręciło jej się w głowie. Bartek wiedział, że siłą nic tu nie wskóra. Bawił się przekraczaniem granicy z niszczycielską precyzją. Przesuwał palec wzdłuż podwiniętego materiału, lekko uciskając skrawek tkaniny, by za chwilę parząco musnąć ciało. Każdy taki mikro-kontakt palił jak ogień. Iza zamarła, przerażona tym, jak bezwstydnie i natychmiastowo jej ciało odpowiadało na dotyk obcego mężczyzny.

— Przestań… Proszę cię, przestań… — jęknęła cicho, ale zamiast go odepchnąć, jej głowa bezwolnie opadła w tył. Odsłoniła miękką, gorącą szyję, jakby sama prosiła, by sięgnął tam wargami.

— Nie chcesz, żebym przestał — wymruczał z nisko zawieszonym uśmiechem.

Zsunął palce bezpośrednio na odsłoniętą nogę i zaczął przesuwać je wzdłuż brzegu spódniczki. Jednocześnie przywarł ustami do tętniącej szyi — delikatnie, ulotnie, tak bezszelestnie, że prawie nie przypominało to pocałunku. Gdyby pocałował ją w usta, zareagowałaby natychmiast. A tak… fala dreszczy idąca od uda sparaliżowała przewrażliwiony mózg.

Bartek wyczuł moment.

Zamiast wycofać rękę, powiódł palcami w górę, ale tym razem wsunął je pod ciasny materiał spódnicy. Twarde opuszki przesunęły się po gładkim udzie, pnąc się pewnie i miarowo ku napiętemu biodru — bezwzględnie łamiąc zasady. Jej własne zasady.

To był ta chwila. Zimny, trzeźwiący wstrząs, który przeorał jej odurzony mózg. Iluzja bezpiecznej gry rozpadła się w jednej sekundzie. To nie był już flirt ani nadrabianie miną — to była rzeczywistość, w której za chwilę zrobi coś, czego nie da się odkręcić. Oczami wyobraźni zobaczyła twarz męża i nagły, paraliżujący strach wywołał w niej odruch obronny.

— Nie — powiedziała.

To słowo nie miało w sobie nic z wcześniejszego spłoszonego tłumaczenia czy żartów. Było twarde, proste i zimne jak stal. Zerwała się z kanapy. Pociągnęła podwiniętą miniówkę w dół i zrobiła dwa gwałtowne kroki w tył, wyciągając przed siebie dłoń w ostrzegawczym geście.

— Nie — powtórzyła, patrząc mu w oczy. Oddychała gwałtownie, z trudem łapiąc powietrze, ale w spojrzeniu nie było już wahania. — Koniec, Bartek. Poważnie.

Zastygł. Przez jego twarz przemknęła fala zawodu pomieszanego z chłodnym rozbawieniem. Był przecież o krok od celu, a nagłe wyhamowanie zabolało go. Patrzył na nią w ciszy, po czym wypuścił powietrze z płuc i powoli uniósł dłonie w geście zgody.

— Wielka szkoda, Iza — mruknął zrezygnowany. — Nie będę cię do niczego zmuszał. Twoja decyzja.

— Dziękuję — powiedziała cicho, spoglądając mu w oczy, tym razem bez lęku.

— Myślałem, że chciałaś poczuć się wolna. Zrobić chociaż raz to, na co naprawdę masz ochotę… — odparł z męską klasą, umiejętnie maskując rozczarowanie pod warstwą aksamitnego spokoju. — Przepraszam, jeśli cię tym uraziłem.

— Skąd możesz wiedzieć, na co mam ochotę? — żachnęła się, bo to, co powiedział, uderzyło w nią, jeszcze dobitniej uświadamiając, jak blisko była całkowitego upadku i jak straszliwie zachwiały się jej twarde zasady.

— Okłamujesz samą siebie, Iza… I wiesz o tym doskonale.

Kiwnął głową, po czym po prostu odwrócił się i wyszedł przez taras na zewnątrz. Słyszała na żwirowej ścieżce oddalające się kroki.

Iza zasunęła drzwi i wpadła do swojej sypialni. Oparła się plecami o chłodne drewno drzwi, zamknęła oczy, walcząc o haust powietrza. W ciemności słyszała tylko własne, szalone tętno. Dopiero teraz poczuła, jak potwornie trzęsą jej się ręce — zacisnęła palce na obrączce i przycisnęła dłoń do płonącej twarzy. Rzuciła się na łóżko tak, jak stała — w ubraniu. Zza cienkiej ściany dobiegał ją tłumiony śmiech Uli i niski pomruk jej partnera. A potem nastała rytmiczna, niepozostawiająca złudzeń muzyka ciał. Śmiech przeobraził się w bezwstydne, miarowe jęki. Iza leżała bez ruchu, wpatrzona w sufit, ale ciało krzyczało … z niedosytu. Uniosła drżącą dłoń i powoli powiodła opuszkami palców po biodrze. Dokładnie tam, gdzie jeszcze chwilę temu spoczywała ciężka dłoń Bartka. Wciąż pamiętała i czuła tamten dotyk. Czuła swędzenie, mrowiący, piekący ślad i dziwny niepokój.

Jęki Uli za ścianą stawały się głośniejsze. Szybki, ciężki oddech Michała i głuche uderzenia ciała o ciało. Tym razem zamiast zażenowania poczuła napięcie. Dłoń podążyła za dłonią mężczyzny, wsuwając się pod materiał mini, prosto na krzywiznę biodra, gdzie go powstrzymała. Z ust wyrwał się cichy jęk. Zaczęła się gładzić. Najpierw ostrożnie, z niedowierzaniem, a po chwili coraz odważniej, wsuwając dłoń pod ciasny pasek bielizny. Kciuki bezwiednie szarpnęły za gumkę majtek. Zsunęła je w dół, a gdy zawisły na kostkach, jednym kopnięciem pozbyła się ich i szpilek, Nie myśląc co robi, uniosła miednicę i zadarła ciasną spódnicę aż pod same piersi, odsłaniając brzuch i uda. Jęki Uli stawały się coraz mniej kontrolowane. Słychać było wyraźnie, jak Michał bierze ją od tyłu – mocno, miarowo, z głuchym odgłosem uderzających o siebie ciał. Odbijał się od pośladków, a ona odpowiadała krótkimi, wysokimi, łamiącymi się dźwiękami. Iza przygryzła wargę i powolnym, drżącym ruchem wsunęła dłonie pomiędzy uda, szukając ukojenia dla fali gorąca rozlewającej się w dole brzucha. Palce prześlizgnęły się po mokrych wargach sromu i od razu znalazły nabrzmiały, pulsujący punkcik. Zaczęła go pocierać opuszką – wolno, okrężnie, potem coraz szybciej i mocniej. Środkowy palec wsuwał się płytko między wargi, zbierając wilgoć, po czym wracał na łechtaczkę. Odchyliła głowę, spoglądając na zamknięte drzwi sypialni i przeszedł ją lodowaty dreszcz. Co ja wyprawiam? — Zmroziło ją i na chwilę zabrakło powietrza. Bała się, że odkryła prawdę. To była przerażająca, obezwładniająca świadomość, że — gdyby wrócił i otworzył te cholerne drzwi, ona pociągnęłaby go na siebie. Bez oporu. Zapominając o obrączce, o wszystkim. Jej ciało tętniło bezwstydnym, dławiącym głodem. Pragnęła mężczyzny i seksu. Nie czułości. Nie rozmowy. Chciała, żeby ktoś brutalnie rozchylił jej nogi, przycisnął do materaca i wziął bez pytania. Chciała czuć między nogami twarde, silne męskie biodra, słyszeć niski oddech przy uchu, mieć w sobie obcego penisa, który wyrwałby ją z tego poukładanego, nudnego świata idealnej żony.

Zamknęła oczy, wyobrażając sobie jego ciężar, zapach, usta muskającą szyję, dłoń, która zamiast zatrzymać się na biodrze, wsuwa się między nogi. Rozchyliła je szeroko i wyobraziła sobie, jak w nią wchodzi. Porusza się wolno i głęboko. Czuła go w sobie niemal fizycznie, zgadując kształt i twardość członka, bo przecież poza penisem Tomka nie znała dotąd żadnego innego.

— Nie… — wyszeptała w pusty pokój, jednocześnie unosząc biodra naprzeciw własnych palców. Oddychała coraz szybciej, w rytm odgłosów zza ściany.

— Przestań się okłamywać — szepnął. — Chcesz mnie…

— Nie… mam męża… — odpowiedziała cicho, ale palce wchodziły coraz głębiej, kciuk tarł czuły punkt w szybkim, desperackim rytmie.

Kiedy Ula doszła z przeciągłym wyciem – ona też się napięła. Gwałtownie, wygięta w łuk, z dłonią zaciśniętą między udami i twarzą wtuloną w poduszkę, żeby zagłuszyć własny jęk. Pulsowało w niej mocno, falami, podczas gdy w wyobraźni on wlewał w nią gęstą spermę. Czuła ją głęboko – ciepłą, obcą, nieodwracalną. To nie była już tylko rozkosz. To był znak. Ostateczny, lepki dowód, że przegrała. W pokoju zapanowała głucha cisza.


 

Poranne światło wdarło się brutalnie przez szpary w roletach, wyrywając ją ze snu. Otworzyła oczy i w tej samej sekundzie zesztywniała z przerażenia. Była naga. Całkiem. Pościel zjechała na biodra, odsłaniając piersi, twardniejące od chłodnego powietrza sutki i ślady paznokci na udach. Na podłodze leżała zgnieciona miniówka, obok majtki i szpilki – jedna przy łóżku, druga pod fotelem.

Zniszczyłam wszystko. – Pierwsza myśl była potworna.

Zamarła w bezruchu, nie śmiejąc się poruszyć, jakby w pokoju był ktoś jeszcze. Ale po kilku sekundach dławiącej paniki nastała spokojna cisza. Powiodła wzrokiem po sypialni. Poduszka obok była nienaruszona. Drzwi zasunięte. Była sama. Strach zaczął ustępować miejsca dającej ukojenie ulgi. Do niczego nie doszło! Nie przespała się z nim. Postawiła twardą granicę, powiedziała „nie”. To, co wydarzyło się potem, było pod wpływem alkoholu i jęków zza ściany, było tylko fizjologią. Zwykłym, mechanicznym rozładowaniem napięcia. Faceci robią dokładnie to samo każdego dnia, odpalając porno. Czy to znaczy, że chcą nowej kobiety, że szukają innej relacji? To tylko chwila dla ciała, bez znaczenia, bez konsekwencji. Zrobiła dokładnie to samo – tłumaczyła sobie z zaciekłością, głusząc odzywające się w głębi głowy poczucie winy i wstydu. Chwyciła panicznie za telefon. Musiała zadzwonić do Tomka. Po prostu usłyszeć jego spokojny głos, cokolwiek, co ściągnąłby ją na ziemię i przywróciłoby do dawnego życia. Palec drżał nad ekranem, ale w ostatniej chwili zablokowała wyświetlacz i rzuciła aparat na kołdrę.

Nie, to był idiotyczny pomysł. Za wcześnie. Tomek znał ją zbyt dobrze — wystarczyłaby sekunda na wdech albo lekka chrypa, żeby zaczął dopytywać, co się stało. A co miała mu powiedzieć? Patrzyła na czarne majtki leżące na środku dywanu. W głowie miała potworny zamęt i wiedziała, że w tym stanie wyłożyłaby się na pierwszym lepszym pytaniu.

Cholera! O mało co… — pomyślała i ponownie wpadła w panikę. W głowie nakładały się na siebie dwa sprzeczne światy: bezpieczny, poukładany i ten mroczny, zakazany. Zamknęła oczy. Obrzydzenie do samej siebie i dziwna fascynacja zderzyły się pod powiekami. Dłoń, wciąż pachnąca winą, prowadzona autonomicznym, zepsutym instynktem, powoli wsunęła się pod kołdrę, między rozedrgane uda. Przywołała twarz męża. Myślała o Tomku. O jego dłoniach, dotyku, o ich bezpiecznej, małżeńskiej rutynie. Ale ten bezpieczny obraz mieszał się z powracającym dreszczem, tworząc brudną, dewiacyjną mieszankę miłości i deprawacji. Rozchyliła usta, bo palce zaczęły poruszać się w rytm natrętnego podniecenia, szukając ulgi w obrazie męża, podczas gdy ciało wciąż pamiętało dotyk kogoś innego.


Tamten wyjazd zamknął pewien rozdział. Iza nigdy więcej nie dała się wyciągnąć Uli na babski wyjazd. Zawsze znalazła jakąś wymówkę, a ich relacje ograniczyły się do spotkań na bardziej neutralnym gruncie. Nie potrafiła już patrzeć na Ulę, jak na beztroską przyjaciółkę — widziała w niej świadka własnego potknięcia. Ale najgorsze było to, że sama nie umiała o tym potknięciu zapomnieć. Utknęło w niej jak drzazga. przypominając, jak niewiele brakowało, by…

Przed wyjazdem niewinne żarty Tomka były dla niej całkowicie abstrakcyjne. Kiedy w restauracji, czy na zakupach mrugał do niej i rzucał, że ten facet obok chyba się na nią zapatrzył, kiedy z błyskiem w oku przyznawał się, że kręci go myśl o tym, jak patrzą na nią inni, albo kiedy nakłaniał ją, by założyła coś sexy — Iza tylko przewracała oczami. Traktowała to jako dziecinny flirt, samcze fiksacje, z którymi nie miała żadnego realnego połączenia. Teraz każde takie słowo uderzało w nią jak prąd. Kiedy po raz pierwszy po powrocie Tomek rzucił w przelocie podobną uwagą, Iza zesztywniała. Żart przestał być niewinną uwagą, stał się obnażeniem. Przez jej ciało przeszły najpierw paląca gorąc, a zaraz potem zimny dreszcz. Dotarło do niej, że Tomek niechcący fantazjował o czymś, co ona prawie naprawdę wprowadziła w życie. Każde spojrzenie obcego mężczyzny na ulicy, wyłapane przez męża z dumą i podnieceniem, wywoływało w niej piekącą falę wstydu. Wiedziała już, jak to jest być obiektem czyjejś drapieżności. Wiedziała, jak smakuje, kiedy dłoń obcego mężczyzny zaciska się na biodrze, a jego oddech muska skórę tuż przy uchu.

 

Iza przekręciła się na drugi bok, słuchając spokojnego oddechu męża. Teraz… po ostatnim maratonie z Tomkiem i dwoma innym partnerami, tamta kobieta wydawała się jej wręcz naiwna.

Gdybyś tylko wiedział… — pomyślała, a na jej ustach zabłąkał się ciemny, ledwo widoczny uśmiech.

 

256
9/10

Fabuła

9/10

Erotyka

9/10

Warsztat

9/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Konstrukcja, prowadzenie historii, zakończenie.
Atrakcyjność scen erotycznych, napięcie, zmysłowość, sposób przedstawienia intymności.
Język, styl, dialogi, interpunkcja, technika pisania.

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.