Wilczyca (XIV - XV)
16 stycznia 2026
Wilczyca
45 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Rozdział XIV – Andrzej
Sopot, kwiecień 2008
Im bliżej było do spotkania, tym Paulina czuła większy niepokój. Próbowała zająć czymś myśli — sprzątaniem, prasowaniem, nawet układaniem książek na półce — stres jednak narastał z każdą minutą. Miała spotkać się z mężczyzną znacznie starszym od niej. Dojrzałym, silniejszym fizycznie, większym. Nie był już anonimowym rozmówcą z forum — znał jej najgłębsze sekrety. Wiedział o niej więcej, niż jakikolwiek mężczyzna, z którym do tej pory miała kontakt. Znał szczegóły jej pierwszego związku. Po tym, jak zgodziła się na spotkanie, wymienili się numerami telefonów. Miał piękny, ciepły, niski głos. Paulina nazwała go radiowym. Odtąd wieczorami rozmawiali przez telefon. Opowiedziała mu o Adamie. O tym, jak wyglądały ich wieczory, kiedy on klękał, całował jej stopy, a ona powoli, instynktownie przejmowała nad nim władzę. Opowiedziała mu nawet o ich ostatnim spotkaniu — o połamanych witkach i kablu do gitary basowej, którym zaczęła go bić. Słuchał uważnie, dopytywał, lecz nigdy nie oceniał.
A potem sam zaczął się otwierać. Zwierzał się ze swojego nieudanego małżeństwa, z ukrytych pragnień, z tego, jak latami udawał, że nie czuje potrzeby bycia zdominowanym. Mówił o kobietach, które nie chciały lub nie potrafiły poprowadzić go tam, dokąd sam nie miał odwagi pójść. W ich rozmowach nie było wulgarności — była intymność, pewien rodzaj emocjonalnej nagości, który bardziej obnażał niż jakikolwiek akt fizyczny. Każda kolejna rozmowa wciągała ich coraz bardziej. Czasem potrafili tak rozmawiać godzinami. Znali się naprawdę dobrze — a jednak teraz, kiedy mieli się spotkać twarzą w twarz, wszystko wydawało się bardziej realne. Groźniejsze. Paulina czuła, jak jej ręce lekko się pocą. W myślach układała możliwe wersje przebiegu spotkania. Jak się zachowa, jak się uśmiechnie, co powie. To, co czuła, było mieszanką ekscytacji i niepokoju. Przypomniała sobie jego zdjęcie – wysoki, szpakowaty, elegancki, z tym spojrzeniem człowieka, który wie, czego chce. Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze godzinę. Jeszcze godzinę. Tylko godzinę.
Andrzej nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak niespokojny przed spotkaniem. Przez całe życie nauczył się zachowywać zimną krew – w salach konferencyjnych, podczas ważnych biznesowych rozmów, w trudnych negocjacjach, gdzie od jego decyzji zależały często miliony złotych. A mimo to teraz czuł jak wewnętrzne napięcie ściska mu żołądek. Fenriss była inna. Inna niż wszystkie kobiety, które wcześniej poznał — zarówno w życiu prywatnym, jak i na tym specyficznym, wąskim gruncie, gdzie szukał kogoś, kto potrafiłby pokierować jego uległością. Miał za sobą kilka prób. Kobiety, które nazywały się dominami, były często głośne, przerysowane. Ich podejście do dominacji ograniczało się do przekleństw, taniej agresji i sztucznie wykreowanej pozy. Niewiele z nich rozumiało, czym naprawdę jest władza. Żadna nie rozumiała potęgi ciszy. Właśnie dlatego Paulina go zaintrygowała. Ich rozmowy od początku były inne. Żadnych tanich tekstów, żadnych pretensjonalnych deklaracji. Była oszczędna w słowach, konkretna, ale z jakąś wewnętrzną elegancją. Szybko mu też zaznaczyła: nie oczekuje wsparcia, nie potrzebuje sponsora. To nie była gra — mówiła to wprost. I choć w tamtej chwili tylko przytaknął, w głębi duszy pomyślał, że jeśli będzie trzeba – jeśli on sam poczuje taką potrzebę – chętnie będzie ją wspierał.
Wiedział, że jest studentką. Germanistyka, żaden prestiżowy kierunek. Kim mogła po tym zostać? Nauczycielką? Tłumaczką? Pójść do jakiejś firmy handlowej? Był ciekaw, czy postawiła tak jednoznacznie sprawę sponsoringu z dumy. A może nie chciała wyjść na jedną z tych wielu? Może będzie warto to poruszyć. Dyskretnie. Bardzo dyskretnie. Zapłaci jej, jak będzie trzeba. Była tego warta. Jednak to, co uderzyło go najmocniej, to jej zdjęcie. Dostał je w rewanżu za swoje, fotografię z jednej z gal branżowych. Dziewczyna w sukience, lato, wakacje. Na nosie okulary przeciwsłoneczne. Zero pozowania. Zero sztuczności. Subtelna, filigranowa. Eteryczna. Nie wyglądała jak żadna z tych, które znał. Jej uroda miała w sobie coś nieuchwytnego, coś, co sprawiało, że człowiek chciał się zatrzymać i patrzeć. Jakby świat nagle zwalniał, żeby zdążyć ją dostrzec. Tak, znał jej słowa. Wiedział, że potrafi być twarda. Że za tym delikatnym spojrzeniem kryje się natura osoby, która lubi kontrolować, zadawać ból, być okrutna. Właśnie dlatego był dziś tak niespokojny, bo po raz pierwszy miał spotkać kobietę, która nie tylko wiedziała, czego chce – ale też nie bała się tego chcieć.
Spojrzał na zegarek, jeszcze tylko kwadrans.
Czekał przy kościele św. Jerzego, oparty o kamienny murek otaczający placyk. Dzień był chłodny jak na kwiecień, z zimnym powiewem wiatru niosącym zapach morza. Rozglądał się uważnie, sprawdzając zegarek. Był punktualny. Zawsze był. Zauważył ją od razu, gdy wyłoniła się z jednej z bocznych uliczek. Miała na sobie klasyczny beżowy trencz przewiązany w talii, jasny szalik delikatnie owinięty wokół szyi, dopasowane dżinsy i brązowe, zamszowe botki na niewielkim obcasie. To, co przyciągnęło jego uwagę najmocniej, to czarne, skórzane rękawiczki na jej dłoniach. Eleganckie, lśniące – subtelny, ale wyrazisty akcent. Zatrzymała się przed nim. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały – jej stalowe oczy były uważne, ale wypełnione lekko skrywaną niepewnością. Wyciągnęła do niego dłoń.
– Paulina – powiedziała, uśmiechając się nerwowo.
Ujął jej dłoń delikatnie, nie całując, choć przez moment miał taką myśl. Nie był pewien, czy to byłby właściwy gest. Skóra rękawiczki była chłodna i gładka, a ten moment, choć prosty, zapisał się w jego pamięci bardzo wyraźnie.
– Andrzej miło mi.
– To, co robimy?
Uśmiechnął się, czując, jak napięcie ulatuje z niego powoli.
– Chodźmy na spacer. A potem może herbata albo coś zjemy. Jeśli będziesz miała ochotę i nie uciekniesz ode mnie.
Skinęła głową, wciąż z tym delikatnym uśmiechem, który już wtedy wydał mu się niepokojąco pociągający.
Ruszyli razem w dół ulicy Bohaterów Monte Cassino. Atmosfera na początku była nieco drętwa – zbyt wiele niewypowiedzianych myśli, za mało punktów zaczepienia. Rozmawiali o pogodzie, o chłodnych kwietniowych wieczorach, o zaskakująco rześkim wietrze znad morza. Szli spokojnie, niespiesznie. Atmosfera, początkowo napięta, zaczynała się nieznacznie rozluźniać.
– Wiesz, muszę ci powiedzieć, że na żywo jesteś jeszcze piękniejsza niż na zdjęciu.
Spojrzała na niego z ukosa, z lekkim zaskoczeniem, które szybko ustąpiło miejsca subtelnej satysfakcji. Jej policzki były delikatnie zaróżowione od chłodu… albo od tych słów.
– A ty jesteś bardzo elegancki – odparła z lekką przekorą. – Garnitur, krawat, poszetka…
Andrzej zaśmiał się, unosząc dłonie w obronnym geście.
– Wybacz. Prosto z posiedzenia zarządu. Nie zdążyłem się przebrać, ale może to i lepiej – dodał po chwili. – Bo inaczej mógłbym nie zrobić takiego wrażenia.
Paulina zaśmiała się krótko, melodyjnie, pozwalając sobie na dłuższe spojrzenie spod rzęs. Rozmowa stawała się coraz bardziej naturalna. Nadal jednak omijali te najważniejsze tematy, jakby instynktownie czuli, że jeszcze nie czas – że coś musi się najpierw zbudować, a to co mieli powiedzieć, zostało powiedziane podczas rozmów telefonicznych. Nie zauważyli nawet, kiedy dotarli w okolice Jelitkowa. Ulice z gwarem Sopotu dawno zostały za nimi, teraz wokół było tylko morze, alejki i leniwa cisza późnego popołudnia.
– Jesteś głodna?
Paulina skinęła głową.
– Trochę tak.
– Znam tu jedną knajpkę. Ciepło, przyjemnie, a herbata z imbirem rozgrzewa, jak trzeba. Chodź.
Nie protestowała. Wciąż się nie znali, ale już czuła, że lubi jego ton, jego sposób mówienia, spokój. A on – patrząc na nią kątem oka – wiedział, że wkracza w świat zupełnie inny niż wszystko, co poznał do tej pory. Weszli do środka. Ciepłe światło lamp, drewniane wnętrze i zapach świeżo parzonej kawy od razu otuliły ich czymś przyjemnym. Zatrzymała się na chwilę, rozejrzała po wnętrzu i zdjęła rękawiczki, które powoli wsunęła do torebki. Andrzej podszedł, by pomóc jej zdjąć trencz. Jego ruchy były opanowane – jakby od lat znał każdy rytuał uprzejmości, a jednocześnie robił to z autentyczną dbałością. Usiedli przy niewielkim stoliku, naprzeciwko siebie – tak, by mogli swobodnie rozmawiać, a jednocześnie zachować ten subtelny dystans właściwy pierwszym spotkaniom. Kelner przyniósł kartę, ale przez pierwsze minuty nikt nawet do niej nie zajrzał. Kontynuowali rozmowę ze spaceru. Paulina opowiadała mu o przygotowaniach do zawodów, Andrzej o jednej z wypraw morskich na daleką Północ. Patrzył na nią z coraz większym zachwytem. Jej filigranowa sylwetka, drobne dłonie, delikatna twarz i pełne skupienia spojrzenie sprawiały, że zdawała się być kimś zupełnie innym niż wszystkie kobiety, które dotąd znał.
Eteryczna – to słowo krążyło mu po głowie, choć trudno mu było uchwycić jego pełne znaczenie. Była jak cisza przed burzą, jak wiersz, którego jeszcze nie rozumiał, ale którego brzmienie już go poruszało. Ona z kolei przyglądała mu się z uważną ciekawością. W jego twarzy, w spojrzeniu, w postawie było coś, co ją fascynowało. Dojrzały mężczyzna, niewiele młodszy od jej ojca – pewny siebie, ale bez śladu nachalności. Mimo olbrzymiej różnicy wieku i statusu społecznego traktował ją z niezwykłą atencją. Nie próbował imponować, nie przechwalał się, ale też nie był sztucznie skromny i służalczy. W jego zachowaniu była elegancja, spokój i naturalność. A kiedy słuchał jej, naprawdę słuchał – nie szukał okazji, by wtrącić własne zdanie. To ją pozytywnie zaskakiwało. Zamówili herbatę z imbirem i zupę rybną, z której słynęło to miejsce. Gdy kelner odszedł, Andrzej uśmiechnął się lekko.
– Cieszę się, że się spotkaliśmy. Naprawdę.
– Też się cieszę. Choć muszę przyznać, że trochę się bałam.
– Ja bałem się bardziej niż trochę.
– No dobrze, przyznam się, bałam się jak cholera.
Spojrzał na nią uważnie i powiedział spokojnym, ciepłym tonem:
– Ale teraz już chyba jesteś spokojniejsza. Mam nadzieję, że czujesz się komfortowo przy mnie.
Spojrzała mu w oczy i lekko przytaknęła.
– Tak. Teraz już tak. Masz widać dobrą energię.
Rozmowa toczyła się dalej, z minuty na minutę stając się coraz bardziej osobista. Restauracja była niemal pusta, światło przytłumione, atmosfera sprzyjała szczerości. I w pewnym momencie, całkowicie naturalnie, ich dialog zaczął schodzić na coraz bardziej delikatne tematy. Zaczęli mówić o relacjach, o estetyce, o wyobrażeniach. Nie padały żadne wulgarne słowa, ale oboje doskonale wiedzieli, o czym tak naprawdę rozmawiają. Było w tym coś niesamowicie intymnego – nie związanego z ciałem, a z czymś głębszym, z ukrytą dynamiką, która powoli zaczynała się rysować między nimi.
– A ty? – zapytał nagle Andrzej, niespodziewanie nawet dla siebie, jakby to pytanie wypadło mu z ust mimochodem. – Co lubisz mieć na sobie? W takich chwilach?
– Szczerze? – odparła spokojnie. – Wszystko, co robiłam do tej pory, było bardzo intuicyjne. Nie planowałam, nie przygotowywałam się. Nie miałam scenariuszy ani strojów. Po prostu byłam sobą. I to wystarczało.
– Wierzę – powiedział cicho Andrzej, patrząc na nią z czymś, co było mieszanką podziwu i czułości. – Ale wiesz, ja mam słabość do kobiet w skórach. Zawsze miałem. To nie chodzi tylko o wygląd. Chodzi o ten klimat, estetykę, ikonografię. O władzę, która się z tego wylewa.
Paulina oparła łokcie na stole i spojrzała mu prosto w oczy.
– Myślisz, że potrzebuję stroju, żeby mieć władzę?
– Nie. Nie o to mi chodziło. Nie ty. Ty ją masz nawet wtedy, kiedy siedzisz przede mną z kubkiem herbaty. Ale… może czasem warto zobaczyć siebie w innej wersji. Nie po to, by udawać, tylko żeby odkryć coś nowego.
Paulina uśmiechnęła się z pewnym uznaniem.
– Nie głupie. Chociaż nigdy nie miałam w szafie niczego skórzanego, poza rękawiczkami.
– To już bardzo dobry początek. I nawet dziś masz je ze sobą – mruknął Andrzej z uśmiechem.
– Wiesz, mam bardzo delikatne i wrażliwe dłonie. Ciągle mi marzną. A dzisiaj też nie jest zbyt ciepło. Kwiecień potrafi być zdradliwy. A może… faktycznie spróbuję. Dla siebie. Z ciekawości. Chyba mam jeszcze jakąś spódniczkę, chociaż dawno jej nie nosiłam.
– I ubierzesz ją tylko z ciekawości – dodał półżartem Andrzej.
Roześmiała się.
– Naturalnie, tylko z ciekawości. Mam jeszcze spodnie ze skóry. Możesz wierzyć lub nie, ale grałam w kapeli metalowej.
— Nie wierzę… ty? — roześmiał się.
— Nie patrz tak. To nie była żadna wielka kariera ani sceny z dymem i światłami — powiedziała spokojnie. — Raczej kluby studenckie. Moi bracia i ich koledzy. Próby w garażu moich rodziców…
— I nagle ty, w środku tego całego hałasu?
— Dokładnie. Ktoś z ich ekipy nawalił tuż przed próbą. Potrzebowali kogoś „na już”. A ja… — wzruszyła ramionami — uczyłam się gry na gitarze i pianinie, i byłam pod ręką. Dostałam gitarę basową. Prosty rytm, ciężkie struny, zero popisów. Idealnie.
— A jak się nazywaliście?
Parsknęła śmiechem.
— Wolfenstein.
— Jak ta gra?
— Tak — potwierdziła. — Któryś z chłopaków był wtedy strasznie wkręcony w to.
— A gracie jeszcze? — zapytał, już bardziej serio.
Paulina pokręciła głową.
— Nie. To już zamknięta karta, chociaż mam dobre wspomnienia. Każdy poszedł w swoją stronę. Dwóch kolegów ciągle gra, moi bracia skupili się na pracy i nauce.
Na chwilę zapadła cisza, miękka i niewymuszona. Andrzej przyglądał jej się uważnie, jakby próbował dopasować nowy element do znanego już obrazu.
— Wiesz — powiedział w końcu — zupełnie bym się tego po tobie nie spodziewał. A co do garderoby, to chyba muszę Cię kiedyś zabrać na zakupy.
Odchyliła się nieco, patrząc mu w oczy z uśmiechem.
– Dzięki, ale dam sobie radę. Ubrania potrafię kupować sama – powiedziała z lekkim przekomarzaniem w głosie.
Ich spojrzenia spotkały się na dłużej. W powietrzu unosiło się napięcie – subtelne, eleganckie, ale wyraźne. Lody zostały ostatecznie przełamane. Powietrze między nimi wypełniło się obietnicą, że ta znajomość nie skończy się na jednej rozmowie w restauracji. Paulina pochyliła się lekko nad stolikiem, a jej głos nagle przybrał zupełnie inny ton – głębszy, spokojniejszy, poważniejszy. Jej spojrzenie stało się intensywniejsze. Patrzyła prosto w jego oczy
– Jak wyobrażasz sobie nasze pierwsze spotkanie… no wiesz, takie w klimacie – zapytała cicho. – Masz jakiś pomysł? Coś, co chciałbyś zrobić?
Andrzej przez chwilę milczał, jakby ważył słowa. Odstawił filiżankę z herbatą, którą trzymał w dłoni i spojrzał z powagą. Zniknęły żarty, przekomarzania, nawet ten miękki uśmiech, którym do tej pory zdobił niemal każde zdanie.
– Mam – powiedział w końcu. – Ale zanim ci powiem, chcę, żebyś wiedziała jedno: nie podchodzę do tego, jak do gry. Nie szukam scenariusza z Internetu. Chcę, żeby to było nasze. Prawdziwe. Autentyczne.
Paulina skinęła głową, nic nie mówiąc.
– Chciałbym, żebyś weszła do pomieszczenia powoli – kontynuował. – Wiesz, pewnym siebie krokiem. Bez słowa. Chciałbym klęczeć już wtedy na środku pokoju. Nagi. Gotowy. Może lekko spięty. Może odrobinę onieśmielony, bo zobaczę cię taką, jakiej nie znałem wcześniej. Chciałbym, żebyś spojrzała na mnie bez pośpiechu. I żebym wiedział, że to ty przejmujesz kontrolę. Nie pytasz, nie tłumaczysz. Po prostu jesteś.
Zrobił krótką pauzę, obserwując, jak Paulina lekko rozchyliła usta, wciąż nie spuszczając z niego wzroku.
– Chciałbym, żebyś mnie dotknęła. Niekoniecznie od razu fizycznie. Samym spojrzeniem, głosem, poleceniem. Żebym poczuł, że jestem tam dla ciebie. Że moje ciało, moja uwaga, moja gotowość… należą do ciebie. I tylko do ciebie. A potem… potem zrobisz z tym, co zechcesz.
Zapadła cisza. Gęsta, pełna napięcia. Jej palce przesunęły się powoli po filiżance, a potem znów utkwiła w nim wzrok. Nie było w nim już rozbawienia. Była czysta koncentracja.
– Wiesz, Andrzeju – powiedziała cicho, z lekkim uśmiechem – chyba naprawdę dobrze wiesz, czego chcesz. I chyba dobrze wyczuwasz, czego ja mogłabym chcieć.
Oparła się nieco wygodniej, krzyżując nogi, a w jej spojrzeniu błysnęło coś nieuchwytnego.
– Może faktycznie powinniśmy pomyśleć o tym pierwszym spotkaniu w takim klimacie. Obiecaj mi, że nie będziesz naciskał. To ja zdecyduję, że jestem już gotowa i że nadszedł czas.
– Jasne. To ty decydujesz o tym.
Między nimi nie padło już żadne słowo przez dłuższą chwilę, ale cisza nie była niezręczna. Była intensywna, elektryczna. Ciepło świec w restauracji, pustka wokół i niskie głosy dwóch osób, które właśnie przestały być dla siebie przypadkowymi znajomymi z Internetu.
– Jak mogę zasłużyć na to, Paulino? Sprawić, że będziesz czuła się gotowa? – zapytał, pochylając się nieznacznie do przodu, jakby samym gestem chciał potwierdzić gotowość na każdą odpowiedź.
Jej wzrok przesunął się po jego twarzy, jakby analizowała każdy szczegół – linie zmarszczek wokół oczu, odcień zarostu, sposób, w jaki na nią patrzył. Była spokojna, ale wyraźnie skoncentrowana.
– Zasłużyć… – powtórzyła wolno. – To nie jest kwestia jednego gestu, jednej rozmowy czy nawet jednego spotkania. To proces. Obserwuję. Słucham. Sprawdzam.
Andrzej nie odpowiadał, tylko kiwnął głową, dając znak, że rozumie.
– Musisz nauczyć się być uważny – ciągnęła dalej. – Widzieć rzeczy, których inni nie widzą. Rozpoznawać moje nastroje. Milczeć wtedy, kiedy trzeba. I mówić wtedy, kiedy oczekuję, że coś powiesz. Nie chodzi o ślepe posłuszeństwo. Tylko o wrażliwość. O obecność. O oddanie, które nie potrzebuje scen, deklaracji, a jedynie konsekwencji. Chcesz wiedzieć, jak zasłużyć? Słuchaj mnie, ale nie tylko tego, co mówię. Słuchaj mnie całą swoją uwagą. Całym sobą.
– Brzmi jak wyzwanie – powiedział cicho.
Paulina wzruszyła ramionami.
– Może dla kogoś, kto naprawdę chce, to nie jest wyzwanie. To przywilej.
– I chcesz mi go dać?
– Nie wiem jeszcze – odparła spokojnie. – Ale wiem jedno. Jeszcze nikt nie zapytał mnie o to w taki sposób. I jeszcze nikt nie patrzył na mnie w taki sposób, jak ty patrzysz teraz.
Spojrzała mu prosto w oczy. W tym spojrzeniu była i delikatność, i siła. I coś, co Andrzej po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł jako prawdziwe poruszenie – jakby dotknął czegoś niebezpiecznego, ale pięknego zarazem.
– Chodźmy już – powiedziała po chwili, zerkając na zegarek. – Jest późno.
Skinął głową. Zapłacił rachunek, zostawiając napiwek nieco wyższy niż zazwyczaj. Kelner podziękował, ale on nie zwrócił już na niego uwagi – cała atencja była skupiona na Paulinie. Wyszli razem na chłodne, kwietniowe powietrze. Dzień miał się ku końcowi.
Szli powoli, bez pośpiechu, tak jakby chcieli jeszcze trochę zatrzymać ten moment. Paulina otuliła się szalikiem, a Andrzej, zerkając na nią, pomyślał, że jeszcze nigdy żadna kobieta nie robiła na nim takiego wrażenia. Przy kościele św. Jerzego zatrzymali się.
– To był bardzo miły wieczór, Paulino – powiedział w końcu, z ciepłym uśmiechem. – Dziękuję, że się zgodziłaś.
Spojrzała na niego spokojnie, jakby jeszcze raz chciała się upewnić, że widzi dokładnie to, co chce mu pokazać – wyważoną, pewną siebie kobietę, która doskonale wie, czego chce.
– Dziękuję za spacer i za obiad – odpowiedziała. – I za to, że byłeś autentyczny.
– Może cię podwieźć?
– Nie trzeba – przerwała mu łagodnie, ale stanowczo. – Mieszkam blisko. Wolę wrócić pieszo. Muszę poukładać sobie kilka rzeczy w głowie.
Kiwnął głową.
– Oczywiście. Rozumiem.
– Do zobaczenia – powiedziała cicho, patrząc mu przez ułamek sekundy w oczy. – Uważaj na siebie.
Zanim zdążył odpowiedzieć, szła już w stronę bocznej uliczki. Jej sylwetka stopniowo znikała, a on został sam, patrząc za nią z mieszanką szacunku, fascynacji i narastającego pragnienia.
Tej nocy nie zmrużył już oka. Leżał w ciemnym pokoju swojego mieszkania. Niesamowita dziewczyna – młoda, piękna, inteligentna. Zupełnie inna niż ktokolwiek, kogo do tej pory spotkał. W półśnie przerabiał wszystkie możliwe scenariusze ich pierwszego spotkania, próbując zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Czy naprawdę zrobił na niej dobre wrażenie? Czy jej uśmiechy były szczere, czy może wynikały tylko z grzeczności? Wracał do ich rozmowy raz po raz, analizując jej słowa, ton głosu, spojrzenia, które rzucała mu znad filiżanki herbaty. Była jak sen – sen, z którego nie chciał się obudzić. Eteryczna, ale twardo stąpająca po ziemi. Delikatna, a jednocześnie pewna siebie i niepokojąco magnetyczna. Nosiła w sobie jakąś tajemnicę, coś, co przyciągało go coraz bardziej. I choć czuł, że balansuje na krawędzi, nie potrafił się cofnąć. Zamknął oczy. W wyobraźni znów widział ją, idącą w jego stronę z lekko nerwowym uśmiechem i nagle znów poczuł to samo ukłucie w piersi.
Wiedział już, że chce ją zobaczyć ponownie. Że musi. Równie mocno wiedział, że przy niej trzeba bardzo uważać.
Rozdział XV – Grand Hotel
Sopot, maj 2008
Od ich ostatniego spotkania minęły 3 intensywne tygodnie. Dla Pauliny był to czas, który nie zostawiał wiele miejsca na bezczynność. Sesja zbliżała się nieubłaganie – nauka do egzaminów pochłaniała całe dnie i wieczory. Do tego dochodziły treningi. Biegała regularnie, niemal obsesyjnie, jakby ruch pomagał jej porządkować myśli. Na początku maja startowała w Akademickich Mistrzostwach Polski – wyczerpujące 10 kilometrów, szalone tempo narzucone przez rywalki od pierwszych metrów, ból kolana, który pojawił się na trasie i musiała go ignorować. Kiedy napisała Andrzejowi, że wróciła z zawodów z brązowym medalem, odpowiedział niemal natychmiast, z dumą i czymś na kształt cichego zachwytu. Gratulował jej nie tylko wyniku, ale wytrwałości, dyscypliny, siły – tej fizycznej i tej, którą wyczuwał między wierszami. Ich rozmowy toczyły się dalej, kilka razy w tygodniu, czasem późno w nocy. Bywały lekkie, niemal codzienne: o pogodzie, zmęczeniu, o drobnych zwycięstwach i irytacjach dnia, ale coraz częściej schodziły głębiej. Pisali o granicach, o zaufaniu, o lękach, które pojawiają się wtedy, gdy przestaje się udawać. Andrzej potrafił mówić o swojej uległości bez egzaltacji, spokojnie, jak o czymś, co dojrzewało w nim latami. Paulina odpowiadała mu szczerze, bez upiększeń – o potrzebie kontroli, o tym, że ból jest dla niej językiem, a nie kaprysem. Bywały momenty, w których ich konwersacja stawała się intymna do tego stopnia, że odkładała telefon z przyspieszonym oddechem, jak po długim biegu. A jednak wciąż trzymała dystans. Świadomy. Kontrolowany.
W połowie maja, gdy zdała wszystkie egzaminy, powietrze pachniało jednocześnie wiosną i deszczem, a wieczory robiły się zaskakująco ciepłe, coś w niej się domknęło. Pojawiło się poczucie, że rozmowy przestały wystarczać. Że jeśli ma zrobić kolejny krok, to nadchodzi najlepszy ku temu moment. Wymieniali już konkrety, padały propozycje, coraz śmielsze sugestie i subtelne prowokacje. W końcu podjęła decyzję: spotkają się. W klimacie, o którym tyle mówili. Kiedy Andrzej zaproponował, by przyjechała do jego mieszkania w Gdyni albo do domku na wsi, gdzie mógłby im zapewnić całkowitą prywatność, nie wahała się ani chwili. Odpowiedziała krótko i konkretnie: „Nie. Zarezerwuj apartament w hotelu. Żaden dom, żadna prywatna przestrzeń. Potrzebuję neutralnego gruntu.” Nie tłumaczyła się. Nie negocjowała. A on nie próbował dociekać. Czuł, że to forma kontroli – i choć z pozoru drobna, to absolutnie niepodlegająca dyskusji. Po kilku minutach milczenia wysłał tylko wiadomość:
Zrobione. Apartament z dużym łóżkiem, balkonem i widokiem na morze. Hotel w Sopocie, ten najbardziej znany.
Paulina nie odpowiedziała od razu. Dopiero kilka godzin później, lakonicznie:
Dobrze. Przyjadę taksówką. Bądź na miejscu wcześniej.
Kilka dni przed spotkaniem, próbując uspokoić narastające napięcie, zaczął wysyłać jej jeszcze jakieś linki do tekstów o relacjach D/s, do artykułów o psychologii uległości i dominacji, do sklepów z akcesoriami. Niektóre strony były bardzo dosłowne, inne – bardziej subtelne, estetyczne. Paulina większości nie komentowała. Odpowiadała krótko, często ironicznie, czasem w ogóle milczała. Jednej nocy otrzymał od niej wiadomość, po której zrozumiał, że to spotkanie nie będzie zwyczajne.
Kup trzy trzcinki. Wysyłam ci linki. Mają być dokładnie te.
I rzeczywiście — w kolejnym mailu Andrzej otrzymał odnośniki do jednego ze sklepów. Lista była krótka, konkretna i nie pozostawiała miejsca na interpretacje. Pierwsza była cienka trzcinka — lekka, sprężysta, z naturalnego rotangu, reagująca na każdy ruch dłoni. Druga: sztywna trzcinka bambusowa, wyraźnie grubsza, twardsza, o długości około siedemdziesięciu centymetrów — narzędzie zadające głęboki ból. Trzecia różniła się od pozostałych: bardzo elastyczna, lakierowana, z włókna syntetycznego o połyskującej powierzchni i wzmocnionym rdzeniu z włókna szklanego, zaprojektowana tak, by gromadzić energię i oddawać ją z opóźnieniem. Każda z nich miała inne przeznaczenie. Każda mówiła coś o jej podejściu — świadomym, uporządkowanym, pozbawionym improwizacji. Przeczytał opisy. Potem jeszcze raz. Czuł, jak przyspiesza mu puls. Jej polecenie było rzeczowe, niemal chłodne, jakby kazała mu zamówić narzędzia pracy. Nie zadał żadnych pytań. Złożył zamówienie niemal natychmiast. Wszystko miało przyjść w jednym eleganckim, dyskretnym opakowaniu – które polecił dostarczyć do domu. Tego wieczoru Paulina nie pisała już nic więcej, ale on wiedział, że to tylko cisza przed burzą.
Biały Peugeot 406 z logo jednej z trójmiejskich korporacji taksówkarskich powoli podjechał pod podjazd Grand Hotelu w Sopocie. Opony cicho zaszeleściły na wilgotnym, ciemniejącym bruku; gdzieś w tle słychać było stłumiony szum morza i pojedyncze głosy spacerowiczów. Samochód zatrzymał się miękko jakby z wyczuciem elegancji miejsca. Drzwi otworzyły się i Paulina wysiadła. Przez ułamek sekundy stała nieruchomo, jakby pozwalając, by przyjemne, nadmorskie powietrze dotknęło jej twarzy. Kierowca wysiadł zaraz za nią, wyjął z bagażnika niewielką walizkę i postawił ją ostrożnie na chodniku, tuż przed jej stopami. Miała na sobie dość zwyczajny, codzienny strój – wąskie, sprane jeansy, białe sportowe buty i prostą koszulkę z logo popularnej sieciówki. Tej polskiej, która od lat uparcie udawała zagraniczną, jakby obce brzmienie nazwy mogło dodać jej prestiżu i przysporzyć jeszcze więcej klientów. Na ramieniu wisiała niewielka torebka, a długie blond włosy opadały swobodnie na plecy, niesfornie poruszane lekkim wiatrem znad zatoki.
Nie miała makijażu. Jej cera była jasna, delikatna, dziewczęca. Wyglądała naturalnie, zwyczajnie – a jednak jej uroda wciąż przyciągała spojrzenia, nawet w miejscu, gdzie widok pięknych kobiet nie należał do rzadkości. Była młoda, filigranowa, piękna. Bez wysiłku. Bez demonstracji. Jakby nie była jeszcze świadoma własnej siły albo wciąż nie czuła jeszcze potrzeby jej ujawniania. Spojrzała na monumentalną bryłę budynku, z jego secesyjną fasadą i ciężarem historii, a następnie weszła do środka. Andrzej już na nią czekał – siedział w lobby na fotelu obitym kremową skórą, popijając wodę z cytryną. Kiedy ją zobaczył, od razu wstał. Był ubrany w klasyczne, ciemnogranatowe chinosy, koszulę w jasnym błękicie i sportową marynarkę. Prosty, ale staranny styl. Uśmiechnął się ciepło, choć jego spojrzenie zdradzało napięcie.
– Paulina – powiedział miękko, podchodząc do niej. – Cieszę się, że jesteś. Dobrze cię widzieć. Pięknie wyglądasz.
– Dzień dobry, Andrzeju – odpowiedziała z lekkim, nerwowym uśmiechem. – Pomożesz mi z walizką? – rzuciła krótko, a on natychmiast przejął bagaż i wsiedli razem do windy.
Gdy dotarli do apartamentu, przesunął kartę, nacisnął klamkę i odruchowo zrobił krok w bok, wpuszczając ją pierwszą. Apartament był przestronny, wysoki, jasny. Pomimo zbliżającego się wieczora, duże okna wpuszczały sporo światła, które miękko osiadało na jasnych ścianach i ciężkich, lnianych zasłonach. Centralne miejsce zajmowało szerokie łóżko z wysokim, tapicerowanym wezgłowiem, przykryte idealnie gładką, białą pościelą. Po lewej stronie stał elegancki szezlong, po prawej dwa głębokie fotele i niski stolik z ciemnego drewna, na którym czekała karafka z wodą i dwa kryształowe kieliszki. Z balkonu rozciągał się widok na morze — spokojne, stalowoszare, z linią horyzontu rozmytą w lekkiej mgle. Na redzie widać było stojące statki, ciemne sylwetki zawieszone pomiędzy wodą a niebem, nieruchome i milczące. Słychać było cichy szum fal i odległy krzyk mew.
Łazienka, widoczna przez uchylone drzwi, lśniła jasnym kamieniem; duże lustra miały subtelne podświetlenie, a armatura połyskiwała pozłacanym chromem.
Zrobiła kilka kroków w głąb pokoju.
– Ładnie tu – powiedziała cicho, bez egzaltacji, raczej konstatując fakt, niż wyrażając zachwyt.
– Nawet nie wiesz, kto tu mieszkał. Ten apartament ma historię.
Spojrzała na niego spod rzęs.
– Domyślam się – odpowiedziała spokojnie. – I mam wrażenie, że ta osoba ma pewien związek z kierunkiem moich studiów.
Przez sekundę patrzyli na siebie w milczeniu, po czym oboje się roześmiali. Krótko, lekko. Napięcie, które jeszcze chwilę wcześniej było ledwie wyczuwalne, na moment się rozluźniło, jakby pokój pozwolił im na to.
– Myślałem akurat o de Gaulle’u – powiedział po chwili, już spokojniej. – Ale tak, masz rację. Ten, o którym myślisz, też tu chyba mieszkał.
Jej spojrzenie ponownie powędrowało po wnętrzu — po ścianach, po łóżku, po fotelach — aż w końcu zatrzymało się na jednym z nich. Na czarnej, skórzanej torbie. Leżała niedbale oparta o podłokietnik, wyraźnie kontrastując z resztą eleganckiego wnętrza. Z jej wnętrza wystawały trzy starannie owinięte trzcinki. Podeszła do nich powoli. Nie dotknęła. Nachyliła się tylko odrobinę, jakby chciała lepiej je zobaczyć. Jej twarz nie zdradzała zaskoczenia, raczej skupienie. Uwaga. Ciekawość podszyta czymś znacznie głębszym. Wyprostowała się i spojrzała na niego. Jej wzrok był spokojny. Uważny. Już nie dziewczęcy.
– Ciekawa jestem, która z nich będzie najlepsza.
Powiedziała to lekko, niemal mimochodem, stojąc jeszcze przy fotelu. Andrzej spojrzał na torbę, potem na wystające z niej trzcinki. Przez chwilę nie odpowiedział, jakby chciał się upewnić, że dobrze ją usłyszał.
– Najlepsza… – powtórzył wolno. – Co masz na myśli, mówiąc „najlepsza”?
– Najbardziej bolesna – powiedziała wprost.
Zrobiła to z całkowitą naturalnością. Z tym samym niewinnym wyrazem ślicznej buzi, z jakim ktoś mógłby poprosić o najmocniejszą kawę albo najostrzejsze przyprawy. Jakby nie mówiła o bólu, lecz o technicznym szczególe, który po prostu ma znaczenie.
Andrzej poczuł, jak w żołądku zaciska mu się węzeł.
– Czyli… zależy ci na tym, żeby bolało – upewnił się cicho.
Paulina skinęła głową.
– Tak. Najbardziej, jak się da. – Zawahała się ułamek sekundy, po czym dodała spokojnie: – Wiesz, że lubię właśnie tak.
W pokoju zapadła cisza. Słychać było jedynie stłumiony szum morza za oknem. Patrzył na nią dłużej, jakby próbował pogodzić to, co słyszał, z tym, co widział — filigranową sylwetkę, jasne oczy, spokojną, niemal dziewczęcą twarz. Dopiero po chwili odchrząknął.
– A może chcesz coś zjeść? – zapytał, wyraźnie zmieniając temat. – Mogę zamówić lekką kolację do pokoju. Albo możemy zejść do restauracji.
Pokręciła głową.
– Nie. Nie teraz. I tak czuję lekki stres.
Podeszła do okna i spojrzała na morze. Fale miarowo rozbijały się o plażę, z głuchym, kojącym rytmem, zostawiając na piasku jasne pasma piany, które po chwili znikały, wciągane z powrotem przez wodę. Przez moment wpatrywała się w ten ruch. Po chwili odwróciła się w jego stronę. Jej spojrzenie było uważne.
– Wyjdź proszę na pół godziny. Muszę się przygotować.
Skinął głową. Sięgnął po marynarkę, a kiedy wychodził, zatrzymał się w progu.
– Czekam na dole. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Nie odpowiedziała. Usiadła na skraju łóżka, patrząc, jak zamyka za sobą drzwi. W pokoju znów zapanowała cisza. Siedziała tak przez chwilę. Zdjęła buty, a jej stopy zanurzyły się w miękkim, jasnym dywanie. Przymknęła na moment oczy – chciała się uspokoić, ale czuła, że jej serce wciąż bije zbyt szybko.
Wstała powoli, podeszła do walizki i rozsunęła zamek. Wyjęła kosmetyczkę, rozłożyła kilka drobiazgów na marmurowym blacie w łazience. Lekki podkład, tusz do rzęs, delikatny cień. Jej ruchy były wprawne, wykonywane szybko choć z wyczuwalną koncentracją. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i uśmiechnęła się. Dziwnie było jej z myślą, że przygotowuje się specjalnie dla niego. Wróciła do pokoju. Przez chwilę stała nieruchomo, jakby porządkowała myśli, po czym zaczęła się rozbierać. Zostawiła ubrania na oparciu fotela i sięgnęła po rzeczy, które przywiozła z domu. Najpierw cieliste rajstopy — cieniutkie, niemal niewidoczne, miękko przesuwające się między palcami. Naciągała je powoli, wygładzając łydkach i udach, aż stały się drugą skórą. Potem skórzana spódnica. Czarna, gładka, sięgająca za kolano, idealnie układająca się na wąskich biodrach. Skóra była chłodna w dotyku. Następnie włożyła białą koszulę z kołnierzykiem, zapinaną na drobne guziki. Prostą, elegancką — tę samą, w której siedziała kilka dni temu w sali egzaminacyjnej, skupiona i poważna. Jej jasność kontrastowała z czernią spódnicy, nadając całości niemal akademicki, zdyscyplinowany charakter. Na końcu sięgnęła po czarne, klasyczne szpilki. Miały prostą linię i staranne wykończenie; pamiętały jeszcze bal maturalny, ale czas obszedł się z nimi łagodnie. Wciąż wyglądały dobrze, niemal nienagannie, jakby czekały na kolejną okazję, by stać się częścią czegoś ważnego.
Spojrzała na swoje odbicie. Wyglądała dobrze. Może nawet więcej niż dobrze. Pięknie? – pomyślała, przechylając głowę. Tak, podobała się sobie. Było w niej coś ostrego, dorosłego. Podeszła do stolika przy oknie. Ułożyła na nim starannie trzy wybrane wcześniej trzcinki. Obok nich położyła coś jeszcze – drobiazg, który kupiła specjalnie z myślą o Andrzeju. Starannie zapakowany w papier, owinięty czarną wstążką. Poprawiła koszulę, wygładziła spódnicę. Jeszcze raz spojrzała w lustro. Była gotowa.
Andrzej siedział na miękkim fotelu w lobby. Czas płynął powoli, wręcz nieznośnie. Spojrzał na zegarek. Jeszcze pięć minut. A może trzy? Nagle te minuty wydawały się godzinami. Przypominał sobie jej głos, jej spojrzenie. Wiedział, że Paulina nie będzie taka jak inne. I wiedział też, że to, co zaraz się wydarzy, może odmienić wszystko. Westchnął głęboko. Była gotowa? Nie. Ona była gotowa od zawsze. Wstał, wyprostował się i przez chwilę poprawiał kołnierz marynarki, jakby w tym geście próbował uspokoić rosnące napięcie. Czuł to w klatce piersiowej – delikatny ciężar, który pojawiał się tylko wtedy, gdy wkraczał w nieznane, chociaż przecież tego właśnie chciał. Wyszedł na korytarz, podszedł do windy i nacisnął przycisk. Gdy drzwi się otworzyły, wszedł do środka i ruszył w górę.
Winda sunęła cicho. Każde piętro, które mijał, wydawało się zbliżać go nie tylko do apartamentu, ale i do czegoś znacznie większego. Do początku. Do decyzji, której być może nie da się już cofnąć. Serce biło mu coraz szybciej. Wysiadł. Stanął przed drzwiami. Zapukał. Przez chwilę cisza wydawała się niepokojąco długa. A potem drzwi powoli się uchyliły. Przez moment nie mógł wydobyć z siebie głosu. Wyglądała inaczej. Nie jak dziewczyna, którą widział zaledwie pół godziny wcześniej. Była tą samą osobą – ale przekształconą. Pełną. Emanującą elegancją i spokojem, który był bardziej złowieszczy niż łagodny.
Skórzana spódnica, biała koszula, szpilki. Cieliste rajstopy. Włosy gładko rozpuszczone, makijaż podkreślający oczy. Patrzyła na niego z delikatnym uśmiechem, jakby bawił ją jego bezradny zachwyt.
– Wejdź – powiedziała krótko.
Wszedł bez słowa. Czuł, że zaczyna płytko oddychać. Powietrze w apartamencie miało inny smak. Coś się już zaczęło – i nie było odwrotu.
Odwróciła się i z gracją ruszyła w głąb pokoju, jakby doskonale wiedziała, że każdy jej krok wywołuje w nim coraz większe napięcie. Andrzej widział tylko jej nogi, od których trudno było mu oderwać wzrok. Linia kolan była czysta, naturalna, przechodząca płynnie w łydki, które od razu zdradzały, że to ciało było w ruchu. Mięśnie nie były przesadnie zarysowane, ale wyraźne: sprężyste, zwarte, reagujące na każdy krok. Przy każdym uniesieniu stopy łydka lekko się napinała, mięsień krótko pracował, po czym znów miękko się rozluźniał. Rajstopy tylko podkreślały ten ruch — wygładzały powierzchnię, ale nie ukrywały struktury. Kostki były smukłe i kształtne. Przy każdym kroku subtelnie rysowały się pod cienką warstwą rajstop, odsłaniając linię, której nie dało się nie śledzić spojrzeniem. Było w nich coś niepokojąco pociągającego — tylko pozorna kruchość, napięcie ukryte tuż pod powierzchnią.
Obcasy miękko dotykały dywanu, ale on miał wrażenie, że słyszy każdy krok wyraźniej, niż powinien. Jej nogi prowadziły ją płynnie, bez wysiłku, z naturalną elegancją, która nie była wyuczona — była instynktowna. Patrzył, jak linia łydki przechodzi w kostkę, jak stopa układa się w bucie, i czuł, jak narasta, w nim podniecenie powodując szybki i potężny wzwód.
Stanęła przy oknie, odwróciła się i spojrzała na niego z chłodnym spokojem.
– Na co czekasz? Rozbierz się – powiedziała sucho, niemal obojętnie.
Zareagował natychmiast, choć drżały mu ręce. Zaczął odpinać guziki koszuli, niezdarnie, nerwowo. Obserwowała go bez słowa, opierając się biodrem o krawędź parapetu. W jej spojrzeniu była niecierpliwość kogoś, kto oczekuje spełnienia rozkazu.
– Szybciej – rzuciła krótko. – Nie mamy całego wieczoru.
Zdejmował ubrania po kolei, każdy ruch wykonując tak, jakby czas nagle zwolnił. Składał rzeczy równo, wygładzał materiał dłonią i ostrożnie odkładał je na podłogę, dokładnie tam, gdzie mu wskazała. Chciał zrobić wszystko właściwie. Nie popełnić błędu. Kiedy w końcu został nagi, podniósł na nią wzrok z wyraźną niepewnością. Stała przed nim spokojna, obserwowała go z uwagą.
– Uklęknij – powiedziała cicho.
Kolana dotknęły dywanu, który wydał mu się zaskakująco szorstki. Dopiero wtedy poczuł, jak bardzo jest odsłonięty. Jak bardzo różnią się ich pozycje. Oddech mu się jeszcze bardziej spłycił, a w gardle narastało napięcie — trudna do rozdzielenia mieszanina podniecenia, wstydu i czegoś jeszcze, co przypominało respekt. Paulina przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu. Jej spojrzenie zatrzymało się na moment na jego nabrzmiałym penisie — wystarczająco jednak długo, by to zauważył.
– Widzę, że ci się podoba – powiedziała z rozbawieniem.
Poczuł, jak twarz mu płonie. Dopiero teraz dotarła do niego pełna świadomość własnej bezbronności. Klęczał nagi na dywanie przed młodą, śliczną dziewczyną, która stała nad nim ubrana, spokojna i coraz bardziej rozbawiona jego reakcją. Nie miał gdzie uciec, nie miał za czym się schować. Był tylko on, jego wzwód i jej spojrzenie. Spuścił wzrok. Podeszła do stolika. Wzięła niewielki pakunek owinięty białym papierem, przewiązany czarną satynową wstążką. Wróciła do niego i wyciągnęła rękę.
– Weź. Rozpakuj.
Zrobił to powoli, ostrożnie, jakby bał się, że jeden gwałtowny ruch mógłby coś zepsuć. Papier delikatnie zaszeleścił, gdy rozchylił opakowanie, a wstążka zsunęła się cicho na podłogę. W środku była obroża — czarna, skórzana, gładka, z chłodnym metalowym zapięciem i niewielkim kółkiem z przodu. Prosta. Jednoznaczna. Przez moment tylko na nią patrzył. Serce biło mu szybciej, niż by chciał. To nie był już rekwizyt ani pomysł — to było coś, co miało znaleźć się na nim. Paulina wyciągnęła dłoń w jego stronę. Zrozumiał od razu i podał ją oburącz, z lekkim wahaniem, jakby oddawał coś więcej niż przedmiot. Uśmiechnęła się lekko — niemal niezauważalnie. Podeszła bliżej. Jej obecność była nagle bardzo bliska, bardzo wyraźna. Objęła palcami jego szyję; dotyk był pewny, chłodny i spokojny. Zapięła obrożę z wyczuciem — tak, by nie sprawiać bólu, ale na tyle ciasno, by nie pozostawić mu żadnych złudzeń. Skóra przylgnęła do jego szyi, a metalowe zapięcie cicho kliknęło. Poczuł ją natychmiast. Nie jako ciężar, lecz jako obecność. Ograniczenie. Punkt odniesienia.
– Teraz już jesteś gotowy – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Spojrzała z lekkim rozbawieniem, które tylko pogłębiało jego poczucie uległości. Wyciągnęła lekko jedną stopę do przodu, przenosząc na nią ciężar ciała. Stała wciąż prosto, z dłonią opartą na biodrze, patrząc z góry z chłodną, spokojną pewnością siebie. Andrzej wiedział, co ma zrobić. To nie było pytanie, to nie była to prośba – to był rozkaz, podany bez słów. Pochylił się powoli, z bijącym sercem, jakby zbliżał się do czegoś świętego. Jego usta dotknęły czubka czarnego buta. Delikatnie, niemal z czcią, złożył pierwszy pocałunek. Potem kolejny – na czubku, potem wzdłuż boku, aż do miejsca, gdzie zaczynał się obcas. Nie odzywała się. Patrzyła tylko na niego, nie ruszając się, pozwalając mu czcić ją tak, jak na to zasługiwała – w milczeniu i bez słowa sprzeciwu.
– Dobrze – powiedziała cicho po chwili. – Teraz drugi.
Wysunęła drugą nogę, z tą samą gracją i spokojem. Andrzej od razu pochylił się i znów złożył pocałunek. Jego wargi były suche, dłonie drżały, ale ruchy miał pewne. Paulina czuła przez but moc jego oddania – i to ją satysfakcjonowało bardziej niż jakiekolwiek słowa.
Stała nieruchomo, patrząc na nagiego mężczyznę, który klęczał przed nią z pochyloną głową. Widok Andrzeja – dojrzałego, eleganckiego, szanowanego – w tej bezbronnej, pełnej oddania pozycji, podziałał na nią silniej, niż się spodziewała. Czuła narastające napięcie, ale nie takie, które wywołuje niepokój. To było napięcie władzy, pewność kontroli, świadomość, że oto ktoś, kto w świecie zewnętrznym rozporządza ludźmi i decyzjami, tu i teraz oddał jej całkowicie władzę nad sobą. Każdy pocałunek składany na jej bucie był jak stempel potwierdzający jego uległość. Czuła, jak narasta w niej poczucie absolutnej dominacji – niewynikającej z siły fizycznej, lecz z tego, kim była. Z jej inteligencji, spokoju, z chłodnej determinacji, którą emanowała. Z każdym kolejnym pocałunkiem rosło w niej zadowolenie. Wiedziała, że to, co on robi, nie jest grą ani chwilowym uniesieniem. To była świadoma decyzja. Czuła satysfakcję, spełnienie, ale też coś głębszego – ciepło wynikające z tego, że jej potrzeba dominacji nie tylko znalazła ujście, ale została przyjęta z czcią i zrozumieniem.
Nie odczuwała już wstydu. Patrzyła na niego jak na prezent. Na mężczyznę, który – mimo doświadczenia, wieku, życiowej pozycji – klęczał teraz tylko dla niej. Dla jej przyjemności. Dla jej władzy. I właśnie wtedy, w tej ciszy pełnej napięcia, uświadomiła sobie, że to nie tylko akt uległości ze strony Andrzeja. To także jej triumf. Cichy, zmysłowy, pełen siły – dokładnie taki, jakiego zawsze pragnęła. Cofnęła nogę, nie patrząc już, jakby właśnie wykonał coś oczywistego, ale dla niego to było więcej niż gest – to był rytuał, początek czegoś, o czym śnił przez lata.
– Czy wiesz, co znaczy być mi naprawdę posłusznym? – zapytała nagle.
Uniósł głowę. Jego oczy były pełne napięcia i oczekiwania, ale też lekkiej niepewności. Nie odpowiedział, tylko skinął głową.
– Nie chodzi tylko o klęczenie. Ani o słowa. Chcę widzieć twój ból. Słyszeć twój oddech, kiedy zrozumiesz, że nie ma już odwrotu.
Podeszła bliżej i musnęła go delikatnie dłonią po policzku. Ten gest był niemal czuły, a jednocześnie podkreślał absolutną władzę, jaką nad nim miała. Wstrzymał oddech.
– Wstań. Oprzyj dłonie o ścianę. Stopy rozstaw na szerokość ramion. Nie odwracaj się.
Stanęła za nim cicho. Czuł, jak wstrzymuje oddech, jak jego ciało przygotowuje się na pierwszy cios, który jednak nie nadszedł. Zamiast tego poczuł lekki chłód jej dłoni, która najpierw musnęła jego plecy, potem zsunęła się niżej – na pośladki. Gładziła je przez chwilę, oceniając napięcie mięśni, kontrolując reakcje. Potem nagle – poczuł mocne, płaskie uderzenie.
– Trzeba cię najpierw trochę rozgrzać – powiedziała spokojnie. – Trzcinka najlepiej działa na gorącym ciele.
Kolejne uderzenie – z drugiej strony. Potem jeszcze jedno, jeszcze mocniejsze. Klap. Klap. Każde kolejne było przemyślane, rytmiczne. Raz prawą, raz lewą dłonią. Jej drobne dłonie były zaskakująco silne. Czuł, jak ból miesza się z gorącem. Skóra zaczynała piec. Zaczerwienienie było coraz bardziej widoczne. Po kilkunastu uderzeniach przerwała. Znów przejechała dłonią po jego pośladkach, tym razem wbijając paznokcie.
– Teraz jesteś gotowy – szepnęła.
Odwróciła się spokojnie i podeszła do stolika. Trzcinki leżały równo obok siebie, ułożone starannie, jak narzędzia chirurga. Sięgnęła po pierwszą – najcieńszą, lekką, giętką, z delikatną skórzaną rączką. Testowo przecięła nią powietrze – świsnęła cicho i ostro.
– Licz!
Nie zdążył potwierdzić. Świst. Uderzenie. Spadł pierwszy cios.
– Jeden – powiedział z wysiłkiem, głosem przygaszonym bólem.
Kolejny trafiony idealnie w poprzedni ślad.
– Dwa.
– Trzy – już ciężej, z krótkim sapnięciem.
– Cztery – zadrżał, ale nie odwrócił się.
Ból zaczął piec, rozlewać się głęboko.
– Pięć.
– Sześć – syknął.
Ręce mu zadrżały.
Trzcinka zatańczyła na skórze z precyzją.
– Siedem – niemal jęknął.
– Osiem – krótki wdech, głośniejszy oddech.
– Dziewięć – głos zadrżał.
Uderzenie mocniejsze, jakby miało zakończyć pierwszy akt.
– Dziesięć – powiedział, niemal krzyknął.
Paulina stała za nim spokojnie, bez cienia emocji na twarzy. Jej wzrok nie opuszczał miejsca, w które biła. Dziesięć uderzeń. Każde inne. Każde bolesne.
– Nieźle, całkiem nieźle. Jeszcze dwadzieścia – szepnęła.
Uniosła ponownie rękę.
– Jedenaście – wychrypiał Andrzej, gdy trzcinka znów przecięła powietrze i z impetem wylądowała na jego rozgrzanym ciele.
To już nie było tylko pieczenie. To był ból – czysty, ostry, pulsujący, rozlewający się od dolnej części pleców aż do ud. Ciało drżało pod każdym kolejnym ciosem. W jego głowie dźwięczało tylko jedno: nie zawieść jej. Wytrzymać. Dać radę.
– Dwanaście.
Nie spodziewał się, że będzie biła aż tak mocno. Że będzie tak precyzyjna, nieustępliwa. Pośród bólu pojawiła się nowa myśl – Paulina nie gra. Nie bawi się. To już nie fantazja. To rzeczywistość. Jej rzeczywistość. A on właśnie w niej się znalazł – nagi, całkowicie odsłonięty, poddany.
– Trzynaście.
Trzcinka uderzyła tuż nad poprzednim miejscem, pozostawiając wyraźny ślad. Zgiął nogi w kolanach, ale nie cofnął się. Nie chciał usłyszeć jej złości. Nie chciał jej rozczarować. A jednak – ból był trudny do zniesienia. Głęboki, nieprzyjemny, prawdziwy.
– Czternaście.
Patrzyła na jego plecy i pośladki, na zarys jego napiętych mięśni, na czerwone pasy, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej wyraźne. Oddychała głęboko.
– Piętnaście.
Była spokojna, skupiona. Wiedziała, gdzie uderzyć, z jaką siłą, by naprawdę zabolało, ale pod tą chłodną precyzją buzowało coś więcej – ekscytacja. Czuła, jak z każdą sekundą narasta w niej podniecenie i poczucie władzy, które ją upajało.
– Szesnaście.
Jej oddech stawał się jeszcze cięższy. Palce zaciskały się mocniej na narzędziu, którym zadawała mu ból. Widok dojrzałego mężczyzny, stojącego nago i bezbronnie liczącego uderzenia, był dla niej jak narkotyk.
– Siedemnaście – syknął Andrzej przez zaciśnięte zęby.
Przesunęła wolną ręką po jego lędźwiach, jakby badała, ile jeszcze wytrzyma. Jego skóra była gorąca, pulsująca, mokra od potu. Uderzyła znów.
– Osiemnaście.
Zachwiał się lekko, ale szybko wrócił do pozycji. Zaciskał powieki. Wyczuwał jej obecność całym ciałem. Każdy centymetr jego skóry krzyczał, ale wewnątrz – nie chciał, żeby przestała.
– Dziewiętnaście.
Paulina była jak w transie. Jej ciało reagowało – sutki stwardniały pod biustonoszem, oddech przyspieszał. Była pewna siebie. Piękna. Surowa. Władcza.
– Dwadzieścia.
Zatrzymała się. Podeszła powoli i dotknęła ramienia. Oddychał ciężko, niemal chrapliwie, był cały spocony. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. Czuł się rozdarty między bólem a czymś, czego nie potrafił jeszcze nazwać.
– Jeszcze dziesięć. Dasz radę.
– Dwadzieścia jeden.
Ból przesłaniał już wszystko. Wiedział, że musi. Bo to ona, dla niej.
– Dwadzieścia dwa.
Patrzyła, jak jego ciało się napina i ugina. Był w jej rękach. I właśnie tam chciała go mieć.
– Dwadzieścia trzy.
Nie mówiła już nic. Po prostu biła. Każdy ruch był coraz bardziej zmysłowy, choć wciąż brutalnie precyzyjny.
– Dwadzieścia cztery. Dwadzieścia pięć.
Andrzej już prawie płakał. Z poddania. Z bezsilności.
– Dwadzieścia sześć.
W jego głowie było tylko jedno imię. Paulina.
– Dwadzieścia siedem.
Jej oczy świeciły. Czuła się jak bogini. Jak najwyższa kapłanka.
– Dwadzieścia osiem.
Trzymała trzcinkę lekko, ale uderzenie paliło jak ogień.
– Dwadzieścia dziewięć.
Andrzej wstrzymał oddech. Wiedział, że to już ostatni.
– Trzydzieści.
Zapadła cisza. Tylko dźwięk jego ciężkiego oddechu. Stała za nim, cicho, spokojnie. Rzuciła trzcinkę na podłogę.
Usiadła w fotelu i założyła nogę na nogę, pozwalając skórzanej spódnicy lekko się unieść, a szpilka zawisła w powietrzu, lekko kołysząc się na końcu jej stopy. Wzięła głęboki wdech i poprawiła się, opierając plecy, jakby zasiadała na tronie.
– Podejdź – powiedziała cicho, ale nie było w tym ani prośby, ani zaproszenia. To był rozkaz.
Powoli przeszedł na czworaka. Czuł jak skóra na pośladkach, piecze przy każdym ruchu. Każde dotknięcie dywanu było jak przypomnienie o jej sile i o jego miejscu. Zatrzymał się przed nią, pochylając głowę. Czekał. Paulina poruszyła stopą, unosząc lekko but na wysokość jego oczu.
– Co byś dał, żeby móc całować moje stopy? – zapytała spokojnie, patrząc na niego z góry. Jej głos był miękki, niemal melodyjny.
Delikatnie poruszyła nogą – nieznacznie, jakby testując jego reakcję. W powietrzu zawisła cisza, przeciągająca się jak napięta struna. W jej spojrzeniu nie było ani cienia wahania. Była piękna. Spokojna. Nieugięta. Uniósł wzrok. Zatrzymał go na bucie – na czubku szpilki, na delikatnym połysku skóry, która wcześniej była dla niego tylko estetyką, a teraz – była symbolem władzy. Jej władzy.
– Wszystko – odpowiedział cicho, prawie szeptem. – Oddałbym wszystko.
Paulina uśmiechnęła się. Nieznacznie. Wystarczająco, by wiedział, że to co usłyszała zadowoliło ją.
Trwał w milczeniu na czworakach, z głową pochyloną tuż przy jej stopie, czekając. Spodziewał się przywileju, cichego pozwolenia. Nie nadchodziło. Wciąż patrzyła, chłodno, z lekko przekrzywioną głową, jakby obserwowała z zaciekawieniem, jak daleko może się posunąć jego uległość. Palcami jednej dłoni delikatnie muskała podłokietnik fotela, drugą oparła na kolanie.
– Jeszcze nie zasłużyłeś – powiedziała spokojnie, bez cienia gniewu, ale z tą charakterystyczną nutą lodowatej stanowczości. – Nie cierpiałeś wystarczająco.
Zamilkła na krótką chwilę, pozwalając jego nadziei rozpaść się w ciszy.
– Wracaj pod ścianę – dodała chłodno.
Andrzej zadrżał, ale nie zawahał się. Powoli, wciąż na czworakach, przepełznął z powrotem na swoje dawne miejsce. Wstał, opierając dłonie na chłodnej powierzchni. Wiedział, co nadchodzi. I wiedział, że nie może zawieść. Nie po tym, co już zaszło.
Wstała leniwie z fotela. Spokojnym, pewnym krokiem podeszła do stolika. Sięgnęła po kolejną trzcinkę – tym razem bambusową. Była grubsza i cięższa. O wiele bardziej zdradliwa.
Zbliżyła się i uniosła rękę.
– Licz. Głośno i wyraźnie.
Pierwsze uderzenie spadło z niskim sykiem.
– Jeden!
Andrzej aż drgnął, jego ramiona napięły się, a pośladki zadrżały. Ten ból był inny – przeszywający, ostry, błyskawiczny. Jak gorąca igła wbijająca się głęboko pod skórę.
– Dwa!
Zęby zacisnęły się w jego szczęce, ale głos musiał wybrzmieć. Musiał być posłuszny.
– Trzy!
– Cztery !
Przy piątym jego kolana ugięły się. Paulina stała za nim spokojnie, nie przyspieszając, nie zwalniając. Każde uderzenie było dokładne, przemyślane, niemal matematycznie wyliczone.
– Siedem!
– Osiem!
Dziewiąte uderzenie trafiło w miejsce już wcześniej trafione. Andrzej aż zawył, mimo że próbował się powstrzymać. Oddech nagle się urwał, jakby ktoś go uderzył w przeponę. Paulina natychmiast uderzyła w to samo miejsce.
– Dziewięć… – jęknął. – Dziesięć…aah!
Jej twarz była spokojna, jakby całkowicie zatopiła się w tej chwili. Każde uderzenie niosło jego ból, a jej satysfakcję. To był rytuał dominacji.
Uniosła bambusową trzcinkę i uderzyła jedenasty raz – znowu idealnie w to samo miejsce, gdzie wcześniej zostawiła już ognistą smugę. Andrzej aż zachwiał się na nogach.
– Jedenaście… – wychrypiał, głos miał coraz słabszy, gardło wyschnięte, ale nie śmiał poddać się.
Kolejne uderzenia były metodyczne, dokładne, bez żadnej ulgi.
– Dwanaście…
– Trzynaście…
– Czternaście…
Każde z nich wypalało kolejne linie bólu na jego ciele. Skóra była już zaczerwieniona, miejscami ciemniejsza. Łzy zaczęły spływać mu po policzkach, ale nie przestawał liczyć.
– Szesnaście… Siedemnaście…
Przy dziewiętnastym jego głos zadrżał.
– Dziewiętnaście…
– Dwadzieścia – ledwo wykrztusił.
Paulina opuściła trzcinkę i spokojnie podeszła do fotela. Usiadła ponownie, zakładając nogę na nogę, zupełnie jakby zakończyła właśnie formalną część jakiegoś rytuału.
– Do mnie – powiedziała miękko, ale z tą samą niepodważalną stanowczością co wcześniej.
Andrzej, oszołomiony, wciąż drżący, przesunął się na kolanach. Spojrzała na niego z góry – zobaczyła mokre ślady na jego policzkach.
Zamrugał, nie wiedząc, czy powinien się wstydzić. Ale Paulina uśmiechnęła się – lekko, niemal troskliwie.
– Ojej – powiedziała teatralnie, z udawaną czułością. – Mój biedny… Aż tak bardzo bolało?
Andrzej skinął głową, cicho.
– Tak, Paulino… bardzo… ale dla ciebie wytrzymam.
– Wiem – szepnęła, po czym wysunęła stopę. – Przed tobą ostatnia trzcinka.
Jej głos stwardniał, choć na ustach wciąż gościł uśmiech.
– Musisz wytrzymać. Tylko piętnaście.
Uniósł głowę. W jego oczach nie było już ani wstydu, ani dumy – tylko absolutne oddanie.
– Tak, jestem gotowy.
Wstała powoli i sięgnęła po ostatnią trzcinkę. Była najcieńsza z całej trójki – sprężysta, z niemal metalicznym połyskiem, ciężka i najbardziej bolesna. Cięła skórę, zostawiając cieniutkie, palące linie, które piekły jak ogień.
Spojrzała na Andrzeja, który znów zajął pozycję przy ścianie – oparty, lekko pochylony, rozdygotany. Przesunęła wzrok po nagim ciele. Wiedziała, że teraz będzie walczył nie tylko z bólem, ale z samym sobą. Że każdy kolejny raz to będzie granica.
– Piętnaście – przypomniała chłodno. – Wytrzymaj je. Dla mnie. Zależy mi na tym.
Uniosła rękę. Pierwszy raz spadł z niesamowitą siłą. Trzask przeciął powietrze, a potem skórę – czerwona pręga pojawiła się natychmiast a po chwili wypłynęła z niej kropla krwi. Andrzej zgiął kolana i krzyknął z bólu.
– Jeden – wychrypiał, już wiedząc, że to będzie zupełnie inny poziom.
Drugie uderzenie padło nieco niżej. Ból był ostry, palący, przeszywający.
– Dwa…
Trzy… cztery… pięć…
Walczył z oddechem, z mięśniami, które same próbowały go odciągnąć od ściany. Oczy miał zamknięte, łzy znów zaczęły napływać, ale nie przestawał liczyć.
– Sześć…
– Siedem…
– Osiem…
Z każdym uderzeniem jego głos był cichszy, jakby wypalany razem z bólem. Paulina stała pewnie, zimna i opanowana. Czuła jego słabość. Czuła swoją władzę. Każdy krzyk, każde stłumione drgnięcie ciała było jak muzyka dla niej.
– Dziewięć… dziesięć…
Chwiał się już, ramiona mu drżały, ale nie przerywał. Nie mógł. Nie dla niej.
– Jedenaście…
– Dwanaście…
Trzynaste uderzenie trafiło dokładnie w któryś z poprzednich śladów i przecięło skórę Andrzej krzyknął i zgiął kolana. Przez chwilę wyglądało, jakby miał się osunąć.
– Trzy… trzynaście – poprawił się, zaciskając zęby.
– Czternaście.
Ostatnie uderzenie wymierzyła idealnie w najwrażliwsze miejsce. Wiedziała, że tam zaboli najbardziej.
– Piętnaście – wydusił i zaczął krzyczeć z bólu, chwytając się za pośladek. Ciało było całe w pręgach, fioletowo–czerwone, spocone. W kilku miejscach leciały małe stróżki krwi. Stał jednak nadal. Nie zawiódł. Nie uciekł.
Paulina odłożyła trzcinę i powoli podeszła. Dotknęła jego karku i wbiła paznokcie.
– Dobrze – powiedziała cicho. – Jesteś dzielny. Bardzo dzielny.
Zadrżał pod jej dotykiem. Czuł wszystko – ból, dumę, podniecenie, upokorzenie i błogość.
– Teraz możesz na kolanach wrócić do moich stóp.
Z trudem osunął się, opierając drżące ręce na podłodze. Powoli, z wysiłkiem, ruszył w jej stronę. Ciało miał obolałe, poranione, ale jednocześnie ogarnięte ekstazą uległości. Przez łzy widział ją jak w obrazie – siedzącą w fotelu, z nogą na nodze, chłodną i wyniosłą, jak bogini, do której właśnie się czołgał. I wtedy nagle coś się zmieniło. Paulina zamarła. Patrzyła na niego, ale jej wzrok nagle stracił ostrość. Napięcie i podniecenie, które jeszcze przed chwilą czuła z każdą jego pręgą, z każdym kolejnym uderzeniem – ulotniło się. Zamiast tego pojawiło się coś innego. Obce. Lodowate. Zimny, świdrujący dreszcz przeszył jej plecy, jakby nagle zrozumiała, co właśnie zrobiła. Jakby jakiś głos w jej głowie wrzasnął: Dość!
Oddech przyspieszył. Serce zaczęło bić jak szalone. Czuła, że robi się jej duszno. Bez słowa zerwała się z fotela, chwyciła torebkę z łóżka i wybiegła z pokoju, trzaskając drzwiami. Andrzej zamarł. Klęczał nagi, z wyciągniętą dłonią. Chciał coś powiedzieć, zawołać – ale nie potrafił. Jakby nie wiedział, co się stało.
Paulina biegła przez korytarz. W szpilkach – z rozdartym sercem, z bijącym w uszach lękiem. Potknęła się nagle, tracąc równowagę. Rozległ się suchy, nieprzyjemny trzask. Jeden z obcasów pękł, jakby ktoś złamał suchy patyk. Zaklęła, głos zadrżał jej niebezpiecznie blisko płaczu. Nie zatrzymała się jednak ani na moment — gwałtownym ruchem wysunęła stopy z butów, niemal je z siebie zrzucając. Szpilki zostały na wykładzinie, porzucone bez żalu, leżące na bokach, bezużyteczne. Dalej biegła już tylko w rajstopach. Na schodach stopy uderzały o płytki, czasem ześlizgiwały się o ułamek sekundy za długo. Zbiegała w dół w pośpiechu, łapiąc poręcz, wypuszczając ją, znów chwytając — każdy krok był próbą utrzymania równowagi. Serce waliło jej w piersi, oddech rwał się, włosy opadły na twarz. Ze schodów wypadła na parter, wprost do lobby. Posadzka lśniła wypolerowanym marmurem. Gdy wbiegła na nią z rozpędu, poczuła, jak nogi chcą się rozjechać. Zrobiła dwa nerwowe kroki, trzeci postawiła krzywo, ramiona poszły w górę, jakby próbowała złapać powietrze. Przez moment walczyła z prawami fizyki i własnym ciałem — napięcie, korekta, szybkie przeniesienie ciężaru. Udało się. Ledwie.
Minęła parę japońskich turystów, w ostatniej chwili unikając zderzenia. Kobieta cofnęła się odruchowo, mężczyzna zdążył tylko unieść aparat; Paulina prześlizgnęła się między nimi o włos, czując na ramieniu muśnięcie czyjegoś rękawa. Na przeprosiny nie było czasu. Recepcjonista podniósł wzrok znad blatu, zaskoczony widokiem młodej kobiety z rozwianymi włosami, łzami w oczach, bez butów, pędzącej przez lobby jakby każdy krok mógł być tym ostatnim. Do drzwi dotarła już bardziej ślizgiem niż biegiem. Pchnęła je ramieniem. Nie zwracała uwagi na nic i na nikogo. Liczyło się tylko jedno — uciec. Zniknąć. Zanim strach zdąży ją dogonić. Przy samym wejściu stała taksówka. Kierowca miał już odjeżdżać, ale zdążył jeszcze zobaczyć, jak biegnie w jego stronę młoda kobieta z rozmazanym makijażem i rozsypanym wnętrzem.
– Osiedle Mickiewicza – powiedziała krótko. – Proszę, jedźmy. Szybko!
Drzwi zatrzasnęły się, a samochód ruszył z lekkim piskiem opon, zostawiając za sobą fasadę hotelu i wszystkie nieodwracalne rzeczy, które się tam właśnie wydarzyły.
Jak Ci się podobało?