Wilczyca (XIII)
12 stycznia 2026
Wilczyca
15 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Rozdział XIII– Anons
Sopot, kwiecień 2008
Adam był dla niej kimś szczególnym. Pierwszym mężczyzną, przed którym naprawdę się otworzyła — pierwszym, któremu zaufała na tyle, by oddać mu swoją intymność. Z nim przekroczyła granicę, za którą ciało i emocje przestają być abstrakcją, a stają się doświadczeniem. Dlatego zajmował w jej pamięci miejsce, którego nie dało się łatwo zastąpić. Przy nim naprawdę czuła się centrum świata, kimś jedynym i niepodważalnym. Jego uległość była naturalna, niewymuszona; patrzył na nią tak, jakby poza nią nic nie istniało. Dlatego dzień, w którym wszystko się rozpadło, bolał podwójnie. Źle się ułożył od samego początku: impreza, za dużo wina, rozmowy, które wciągały go bardziej niż ona. Ignorowanie — niby przypadkowe, a jednak dotkliwe. Nawet jego lekceważący ton, potrafiłaby jeszcze przełknąć. Podarowałaby mu część kary — z niechęcią, ale podarowałaby, bo widziała, jak bolesne są uderzenia kablem. Czuła już wtedy lekkie podniecenie, jeszcze kilka razy, może kilkanaście i byłaby gotowa. Kazałaby mu jeszcze raz przeprosić, a potem długo nie wypuściłaby go z łóżka. Jednak słowa, które wtedy padły — wariatka, nienormalna — wbiły się zbyt głęboko. Tego nie umiała już unieść. Próbował potem nawiązać kontakt, pisał, dzwonił, tłumaczył się, przepraszał. Pozostawała jednak nieubłagana. Coś pękło i nie dało się tego skleić.
Po tym, jak zakończyła z nim relację, przez kolejne dni funkcjonowała na autopilocie. Skupiona na nauce, zajęciach, przygotowaniach do letniej sesji i bardzo intensywnych treningach, próbowała zepchnąć bolesne wspomnienia na dalszy plan, choć zdarzało jej się jeszcze popłakać do poduszki. Im bardziej starała się nie myśleć o tym, co się wydarzyło, tym silniejsze stawało się w niej poczucie niedosytu. Napięcie, które w niej narastało, nie znikało — przeciwnie, przybierało nową, niepokojącą formę. To już nie była tylko ciekawość. To była potrzeba. Któregoś wieczora, leżąc w łóżku z laptopem na kolanach, zaczęła przeglądać Internet. Początkowo bez konkretnego celu, ale algorytmy już dobrze znały jej wcześniejsze zapytania. Link za linkiem, wpis za wpisem – aż trafiła na forum poświęcone kobiecej dominacji. Czytała ostrożnie, z dystansem, zerkając przez ramię, choć przecież była sama. Z każdą kolejną historią, opisem, wyznaniem – coś w niej zaczynało rezonować. Te kobiety były różne – pewne siebie, surowe, zmysłowe, wymagające, wulgarne lub po prostu sztuczne. I choć niektóre ich praktyki wydawały się Paulinie ekstremalne, to samo sedno – poczucie kontroli, siła, jaką dawała im relacja z uległym mężczyzną – przyciągało ją jak magnes.
Po kilku dniach obserwowania z ukrycia postanowiła założyć konto. Długo zastanawiała się nad pseudonimem. Nie chciała niczego oczywistego, niczego, co brzmiałoby jak poza albo zaproszenie dla przypadkowych ludzi. Szukała słowa, które byłoby dla niej znaczeniem, a nie etykietą. W końcu jej myśli wróciły do Fenrira, o którym usłyszała podczas jakiegoś fakultatywnego wykładu. Wilka z nordyckich mitów — istoty związanej, skrępowanej, trzymanej na uwięzi z obawy przed jego siłą. Nie był zły. Był zbyt potężny, zbyt nieprzewidywalny, by pozwolić mu być wolnym. Fenrir nie prosił o akceptację. Nie negocjował. Gdy w końcu zerwał więzy, świat musiał się z nim zmierzyć. Wybrała w końcu Fenriss — z podwójnym „s”, ostrzejsze w brzmieniu, bardziej jej, w jakiś sposób kobiece. Podobało jej się, że to imię nie krzyczało, a jednak niosło w sobie obietnicę czegoś niebezpiecznego. Siły, którą można próbować powstrzymać, ale nie da się ujarzmić. Wpisała je powoli. Poczuła krótkie, znajome ukłucie satysfakcji. To było właściwe. Nie dlatego, że brzmiało groźnie — lecz dlatego, że mówiło prawdę o niej samej.
Wpatrywała się w puste pole tekstowe. Nie chciała krzyczeć. Chciała, żeby ktoś uważny sam przeczytał między wierszami. Tuż przed snem, napisała kilka zdań.
Jestem zadbana, wysportowana i podobno atrakcyjna. Dopiero poznaję ten świata, ale wiem już jedno: zadawanie bólu nie jest dla mnie grą ani fantazją — jest potrzebą. Tak, jestem sadystką. Cenię inteligencję i zdolność słuchania. Szukam mężczyzny, który rozumie uległość nie jako słabość, lecz jako świadomy wybór. Kogoś, kto potrafi oddać kontrolę i odnaleźć w tym sens. Nie obiecuję łagodności, obiecuję konsekwencję. Ból jest językiem, którego będę używała, mówiąc do Ciebie. Mogę szeptać… mogę krzyczeć.
PS
Nie szukam sponsora. Szukam kogoś, kto mnie zrozumie i zaakceptuje.
Kliknęła „Opublikuj” i zamknęła komputer. Nie chciała o tym myśleć, choć miała cichą nadzieję, że ktoś w końcu odpisze. Następnego dnia czekały ją dwa kolokwia i prezentacja. Jedno z kolokwiów było z fonetyki i fonologii, które darzyła szczerą nienawiścią — transkrypcja IPA, opozycje samogłoskowe, akcent zdaniowy. Drugie z gramatyki opisowej. Do tego prezentacja na ćwiczeniach z morfologii: o niemieckich czasownikach rozdzielnie złożonych, ich funkcji w zdaniu i o tym, jak zmieniają rytm wypowiedzi. Przez kolejne dni kompletnie zapomniała o swoim wpisie. Myśli zajmowały jej notatki, wykłady, mordercze treningi i poczucie ciągłego zmęczenia. Dopiero w piątkowe popołudnie, kiedy wróciła zmęczona po całym dniu nauki i zdała sobie sprawę, że może wreszcie pozwolić sobie na chwilę oddechu, zalogowała się na portal. Jej skrzynka wiadomości eksplodowała treścią. Było ponad pięćdziesiąt wiadomości. Wpatrywała się w ekran zaskoczona, zaintrygowana i zadowolona. Zaczęła czytać. Szybko odkryła, jak wielu mężczyzn nie potrafi nawet, napisać poprawnie kilku zdań. A to dla niej było nie do zaakceptowania.
Od: jasiu123
Witaj pani, jestem młodym prawiczkiem, wysoki, trochę ciałka, 18 cm w wzwodzie. Szukam surowej dominy, proszę szansę…
Przeczytała raz. Potem jeszcze raz, wolniej. Przez chwilę zastanawiała się, jak bardzo rozmija się to z tym, czego szukała. Bez złości, bez pogardy — raczej z chłodną pewnością.
— Nie przekonałeś mnie, Jasiu — powiedziała cicho do siebie, zamykając okno wiadomości.
Kliknęła: „Kasuj.”
Od: hejka90
Hej. Chcę cię poznać. Jak mija dzionek?
— Jeśli to jest maksimum wysiłku, to szkoda czasu.
Kliknęła: „Kasuj.”
Od: xXKowalXx
Cześć, fajnie napisane. Lubię dominujące kobiety. Odezwiesz się?
Westchnęła cicho.
— Lubić to można zupę pomidorową albo zimne piwo.
Kliknęła: „Kasuj.
Od: misiek_33
Hej, nie wiem co napisać, ale spróbuję. Szukam kogoś, kto wie, czego chce. Może pogadamy?
Zatrzymała się na sekundę dłużej.
— Ja wiem, czego chcę. Ty jeszcze nie. Wróć do mnie, jak się dowiesz.
Kliknęła: „Kasuj.”
Od: tomasz_sub
Dzień dobry, Pani Fenriss. Mam 34 lata, od kilku lat interesuję się BDSM. Byłem w relacjach femdom, znam podstawy zasad i komunikacji. Szukam kobiety konsekwentnej, świadomej swojej roli, którą będę mógł rozpieszczać i zadbać o jej stópki.
Przeczytała uważnie.
— Stópki? Ile ty masz lat? Cztery?
Kliknęła: „Kasuj.”
Od: arcadio_k
Pani Fenriss, przeczytałem Pani opis kilka razy. Mam doświadczenie w długoterminowej relacji D/s. Interesuje mnie struktura, konsekwencja i realna odpowiedzialność po obu stronach. Jeśli uzna Pani, że warto, chętnie przedstawię się szerzej.
— Wreszcie ktoś, kto nie błaga i nie pozuje.
Zawahała się, zatrzymując kursor nad przyciskiem. Zostawiła wiadomość w skrzynce.
Od: zmeczony_42
Witaj Pani, powiem wprost. Jestem zmęczony. Wszędzie deklaracje, a potem brak odwagi. Jeśli naprawdę jesteś tym, kim piszesz, chętnie Cię poznam.
Skrzywiła się lekko.
— Zmęczenie to nie jest najlepsza rekomendacja.
Kliknęła: „Kasuj.”
Od: realista
Nie chciałbym Pani urazić ale uważam, że prawdziwych domin już nie ma. Same dziewczyny szukające łatwego zarobku i faceci, którzy podszywają się. Jeśli jesteś inna, pokaż to.
Uśmiechnęła się krótko, bez ciepła.
— Nie muszę niczego udowadniać. Zwłaszcza tobie.
Kliknęła: „Kasuj.”
Przeglądała dalej. Każdy miał nadzieję, że wyróżni się w jakiś sposób, że to właśnie jego słowa, styl lub deklaracje przyciągną uwagę. Część wiadomości kasowała odruchowo, nawet bez przeczytania do końca. Kilka zostawiła — na później, do spokojniejszego przejrzenia, ale ostatecznie też je skasowała. Nie miała ochoty czytać kolejny raz o tym, jaki to świat domin jest fałszywy i obłudny. Nie interesowały jej historie, o podszywających się facetach ani o prostytutkach, które zajęły się dominacją. Jeden z kandydatów popełniał rażące błędy ortograficzne – skreśliła go natychmiast. Inny z kolei przechwalał się swoją znajomością różnych forów i relacjonował, z kim już miał do czynienia, co wywołało w Paulinie odruchową niechęć. Nie szukała kogoś, kto patrzy na innych. Szukała kogoś, kto patrzy tylko na nią. Nie znosiła porównań. Nie interesowało jej, jak ktoś wcześniej służył innej Pani, ani co ona uważała za słuszne. To była jej droga i jej zasady. Obok wiadomości od arcadio_k ostatecznie zostawiła jeszcze tylko jedną.
Od: NiCK_from_theCave
Szanowna Pani Fenriss, piszę bez pośpiechu. Nie szukam fantazji ani roli do odegrania. Mam doświadczenie w relacji, w której kontrola była cicha, a konsekwencja ważniejsza niż słowa. Lubię, kiedy granice są jasne, a zasady nie podlegają negocjacjom. Jeśli uzna Pani, że warto sprawdzić, czy nasze definicje się spotykają — jestem do dyspozycji. Dojrzały, inteligentny, z klasą.
Przeczytała jeszcze uważnie, bez pośpiechu, choć była już znużona.
— Dam ci szansę.
Zaczęła od Nicka. Wydawał się wyważony, pozbawiony tej nerwowej potrzeby imponowania, która od razu ją męczyła. Połączyli się na Gadu–Gadu. Przez pierwsze wiadomości rozmowa toczyła się spokojnie, rzeczowo. Pytał o granice, o oczekiwania, o to, jak rozumie kontrolę. Odpowiadała krótko, precyzyjnie, coraz uważniej czytając między wierszami. Pierwszy zgrzyt pojawił się szybko. Zaznaczył niemal mimochodem, że nie może mieć śladów. Dopytywała — dlaczego. Wtedy rozmowa zaczęła się plątać. Uniki, półzdania, w końcu przyciśnięty jej konsekwentnymi pytaniami, przyznał, że ma żonę. Że to skomplikowane, że wszyscy tak robią, że przecież chodzi głównie o kontrolę, nie o emocje. Odpisała chłodno. Napisała, że nie interesuje jej relacja, w której musi pilnować cudzych zobowiązań. Że nie zamierza ograniczać siebie ani swoich potrzeb. I że nie chce mieć na sumieniu czyjegoś małżeństwa, jeśli coś pójdzie nie tak — bo w jej świecie odpowiedzialność nie kończy się na deklaracjach. Odpowiedź przyszła szybko i była już zupełnie inna w tonie. Krótka, pretensjonalna. Zarzucił jej, że marnuje jego czas, że za bardzo dramatyzuje i że spodziewał się kogoś mniej zasadniczego. Uśmiechnęła się krzywo, czytając ostatnie zdanie. Zniesmaczona zamknęła rozmowę, usunęła ją i zablokowała go. Jeśli coś z tej wymiany było dla niej jasne, to to, że nie szukała kogoś, kto boi się konsekwencji.
Nie załamała się, następnego dnia czekała ją rozmowa z arcadio_k, czyli Arkadiuszem. Najpierw na Gadu–Gadu. Pisali długo, zaskakująco lekko. Bez nerwowego sprawdzania odpowiedzi, bez przeciągania ciszy na siłę. To on zaproponował, żeby przenieść się na Skype’a. Zrobiła to bez wahania i ściągnęła program. Ustalili, że porozmawiają następnego dnia wieczorem, bo było już bardzo późno. Wróciła z treningu zmęczona, ale przyjemnie rozgrzana. Długi prysznic spłukał pot i napięcie, zostawiając na skórze charakterystyczny zapach czystości i wysiłku. Przebrała się w miękkie, czarne legginsy oraz luźną bluzę z kapturem i dużym logo Nike. Włosy miała jeszcze lekko wilgotne, rozpuszczone, opadające swobodnie na ramiona. Wyglądała świeżo i naturalnie — bez makijażu, bez potrzeby poprawiania czegokolwiek. Jak ktoś, kto nie musi niczego udowadniać.
Pojawił się punktualnie na ekranie. Poprosił, żeby mówiła do niego Arkadiusz — nie lubił zdrobnienia Arek. Uśmiechnęła się na to drobne, ale znaczące zastrzeżenie. Był miły, spokojny, elokwentny. Całkiem przystojny, choć w nieoczywisty sposób. Miał w sobie coś znajomego — rysy twarzy, sposób patrzenia, lekką melancholię, która na moment przywołała w niej dalekie skojarzenie z Adamem. Nie na tyle jednak by zabolało. Był nią wyraźnie zachwycony, mówił, że jej uroda przeszła jego najśmielsze oczekiwania. Czarował ją inteligencją i tym, jak opowiadał — o relacji, o oddaniu, o potrzebie służenia kobiecie nie z lęku, lecz z wyboru. Mówił o misterium podporządkowania się, jakby było czymś niemal sakralnym. O tym, że najważniejsze jest jej zadowolenie. Że uśmiech na twarzy sadystki jest dla uległego największą nagrodą, potwierdzeniem sensu wszystkiego, co robi. Słuchała go w ciszy, oparta wygodnie o oparcie kanapy, z kubkiem herbaty w dłoniach. Przez moment miała wrażenie, że wszystko układa się zbyt dobrze — jakby ktoś idealnie trafił w jej język, w jej sposób myślenia. Nie chciała, żeby ich rozmowa szybko się urwała. Skończyli dopiero nad ranem.
Cały następny dzień chodziła niewyspana, ale w pewien sposób szczęśliwa, że w końcu zaczyna to się jakoś układać. Przegadali tak jeszcze kolejny wieczór, kończąc późno w nocy i umawiając się na kolejny raz. Paulina była niemal pewna – zaproponuje mu spotkanie. Trochę ją irytowało, że to nie on wyszedł z inicjatywą, ale w końcu to ona była stroną dominującą. Wieczorem połączyła się na Skype’a punktualnie. Najpierw raz. Potem drugi. Ekran pozostawał pusty. Spróbowała ponownie, sprawdzając, czy nie pomyliła loginu. Nic. Cisza. Przeszła na komunikator, na którym pisali wcześniej — wysłała krótką wiadomość, neutralną, bez emocji. Nie została odczytana. Kolejna również. Po chwili zajrzała na portal z anonsami. Profil zniknął. Nie było po nim śladu, jakby nigdy nie istniał. Poczuła narastającą irytację, a potem złość. Złość na niego, ale też na siebie. Na to, że pozwoliła sobie uwierzyć, że poświęciła czas, uwagę, swoje intymne myśli komuś, kto okazał się niepoważny. Naiwność — to słowo przyszło jej do głowy jako pierwsze. Nie lubiła go w odniesieniu do siebie.
Minęło kilka dni. Już prawie o nim nie myślała, kiedy odezwał się z innego konta. Długi, nerwowy strumień zdań. Przeprosiny. Tłumaczenia. Pisał, że stchórzył, że przestraszyły go emocje, że chciał zaproponować jej spotkanie ale ta wizja sprawiła, iż poczuł lęk, że rzeczywistość może mu ją zabrać, że nie był gotów na to, co poczuł. Czytała to bez pośpiechu, z rosnącym dystansem. Kiedy skończyła, uśmiechnęła się krótko, bez cienia ciepła. Odpisała po swojemu — sucho, z lekką ironią, która nie zostawiała miejsca na dalsze rozmowy. Napisała, że emocje nie są usprawiedliwieniem dla znikania i że tchórzostwo nie jest cechą, której szuka. Jedno zdanie na koniec, krótkie i ostateczne: straciłeś swoją szansę. Zablokowała go. Bez zawahania się. Bez potrzeby domykania czegokolwiek.
Przez kolejne dni nie zaglądała na portal. Entuzjazm, który towarzyszył jej na początku, wyraźnie osłabł. Zamiast ciekawości pojawiło się zmęczenie — nie tyle samą ideą, ile ludźmi, ich chaosem, niespójnością, brakiem odwagi. W myślach nazywała to wprost, bez upiększeń: szukała chłopca do bicia, ale nie miała już ochoty przedzierać się przez tłum przypadkowych, nieuważnych mężczyzn, którzy mylili fantazję z odpowiedzialnością. Któregoś wieczora, gdy skończyła naukę, pomyślała, że zamknie swoje konto. Bez sentymentów. Zalogowała się z tym właśnie zamiarem. System od razu wyświetlił powiadomienie: miała znowu ponad trzydzieści nieprzeczytanych wiadomości. Westchnęła cicho, bardziej z irytacją niż ciekawością i zaczęła je przeglądać. Część kasowała od razu, już oceniając po samym tytule. Inne otwierała tylko po to, by upewnić się, że decyzja jest słuszna — i również usuwała. Prostackie, chaotyczne, roszczeniowe. Zbyt nachalne albo przeciwnie: żałosne. Zatrzymała się dopiero przy dwóch. Jedną z nich była wiadomość od użytkownika o nicku: AndyV70.
Od: AndyV70
Szanowna Pani Fenriss! Od pewnego czasu szukam relacji opartej na zaufaniu i oddaniu, bez gier, bez udawania, bez narracji pod publiczkę. Interesuje mnie spójność między tym, co się myśli, mówi i robi. Jestem mężczyzną znacznie starszym od Pani, ale mam nadzieję, że nie będzie to powodem tego, że właśnie kasuje Pani tę wiadomość. Dojrzałość ma pewne atuty, a przez 45 lat życie wiele mnie nauczyło. Teraz czuję gotowość, by zrozumieć samego siebie znacznie głębiej.
Prowadzę dużą firmę i dlatego dyskrecja nie jest dla mnie dodatkiem, lecz warunkiem. Oczekuję dojrzałości, odpowiedzialności i jasnych granic. Jestem po rozwodzie, mam nastoletnie dzieci; ten etap mam uporządkowany.
Od lat noszę w sobie pragnienie oddania kontroli — nie jako ucieczki, lecz jako wyboru. Mam pewne doświadczenie, ale podchodzę do niego z pokorą i ciekawością, nie z przekonaniem, że już wiem. Jeśli ceni Pani spokój, konsekwencję i relację budowaną krok po kroku, być może warto porozmawiać. Jeśli nie — zrozumiem i odejdę z pochyloną głową.
AndyV70
Czytała tę wiadomość kilkukrotnie. Uważnie. Było w niej coś, co zatrzymywało uwagę — nie konkretne deklaracje, lecz ton. Spokój. Pewność bez demonstracji siły. Wyważenie. Dojrzałość. Brak desperacji. Brak maski. Odpisała. Przez kilka kolejnych dni pisali do siebie regularnie, ale bez pośpiechu. Nie proponował komunikatorów, nie sugerował rozmów wideo. Ona również tego nie potrzebowała. Wymieniali długie, starannie formułowane maile, które bardziej przypominały listy niż wiadomości wysyłane w biegu. Odpowiadał uważnie, wracał do zdań, które wcześniej napisała, zadawał pytania nie po to, by prowadzić rozmowę, lecz by ją pogłębić. Pisali o granicach, o odpowiedzialności, o tym, czym dla niego jest oddanie, a czym władza. Nie epatował słowami ani fantazjami. Raczej porządkował rzeczy, nazywał je spokojnie, z dystansem człowieka, który długo się wahał, zanim w ogóle zdecydował się cokolwiek nazwać. Ona z kolei pisała coraz swobodniej, coraz odważniej, z tą charakterystyczną dla siebie chłodną szczerością. Nie grała. Nie testowała go tanimi prowokacjami. Po tygodniu intensywnej korespondencji poczuła, że chce zobaczyć twarz, którą nie raz widziała oczami wyobraźni. Nie była to ciekawość podszyta ekscytacją, raczej potrzeba domknięcia obrazu. Napisała krótko, że chciałaby zobaczyć jego zdjęcie. Tym razem odpowiedź przyszła później niż zwykle. Minęły godziny. Potem cały dzień. Cisza była wyraźna, ciężka, zupełnie inna niż wcześniejsze, naturalne przerwy między mailami. W końcu późnym wieczorem, pojawiła się wiadomość.
Wiesz, że boję się takich rzeczy.
Rozumiała to. W ich korespondencji wielokrotnie wspominał o swojej pozycji, rodzinie, reputacji. Dla niej to była kwestia zaufania i sprawdzenia, czy ta niewidzialna nić, którą poczuli od pierwszej wymiany wiadomości, ma też swoje odbicie w rzeczywistości. W fizyczności.
Rozumiem, ale jeśli mamy kiedykolwiek zrobić krok dalej, muszę wiedzieć z kim. Obiecuję dyskrecję. Słowo.
Po kilku minutach dostała wiadomość. Otworzyła otrzymany załącznik.
Wysoki. Elegancki. Siwiejące skronie. Szpakowata broda. Marynarka z dobrze dobranym krawatem. Tło – coś w stylu gali filmowej. Jego wzrok był spokojny, ale uważny. Widać było, że nie jest amatorem zdjęć – to było zrobione przy okazji jakiegoś oficjalnego wydarzenia, zdecydowanie nie na potrzeby prywatnej korespondencji. Zamknęła okno. Przez chwilę siedziała w milczeniu, patrząc przed siebie. Wróciła do laptopa i bez większego zastanowienia zrobiła coś, co zaskoczyło nawet ją samą. Wysłała swoje zdjęcie. Było z wakacji. Miała na sobie lekką, lnianą sukienkę i duże okulary przeciwsłoneczne. Siedziała w cieniu, trzymając w dłoniach książkę. Uśmiechała się lekko, patrząc gdzieś poza kadr. Nie wyglądała jak femme fatale. Wyglądała jak ona – prawdziwa, zwyczajna, a może właśnie przez to bardziej autentyczna. Odpowiedź przyszła szybko. Kilka serduszek. Potem dwa krótkie zdania:
Jesteś piękna. I teraz tym bardziej chcę Cię poznać.
Zanim zdążyła odpisać, przyszła kolejna wiadomość.
Spotkajmy się. Proszę, nie odwlekajmy już tego.
To było bezpośrednie. Konkretne. I w jakimś sensie bardzo męskie, ale też ryzykowne. Przez kolejne dni zwlekała z jednoznaczną odpowiedzią, udając przed sobą samą, że musi się zastanowić. Tak naprawdę – bała się. Kilka razy siadała do wiadomości, zaczynała pisać, po czym kasowała tekst. Aż w końcu napisała:
Dobrze. Spotkam się z Tobą.
Uśmiechnęła się do siebie, wysyłając wiadomość. Nie kazał jej długo czekać.
Spacer, a potem kawa albo herbata. Nic zobowiązującego. Po prostu miłe popołudnie. Sopot, kościół św. Jerzego. Góra Monciaka. Czwartek o 16?
Sopot. Blisko. Znane miejsce. Publiczne. Przemyślane. Spokojne. Bezpieczne. Odpisała po chwili:
Do zobaczenia.
Miał na imię Andrzej.
Jak Ci się podobało?