Wilczyca (XVI)

19 stycznia 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

23 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Po zakończonym w zaskakujący sposób klimatycznym spotkaniu Paulina znajduje u Andrzeja ciepło i zrozumienie.

Rozdział 16 – Ukojenie

Sopot, maj 2008


Andrzej pozostał na czworakach, jakby ciało odmówiło mu nagle posłuszeństwa. Przez krótką chwilę nie potrafił się poruszyć ani nawet unieść głowy. Piekący, pulsujący ból z pośladków rozlewał się szeroką falą, wdzierając się coraz głębiej, aż do brzucha i pleców. Każdy oddech potęgował to wrażenie, każdy ruch zapowiadał kolejne ukłucie. Ból fizyczny szybko przestał być najważniejszy, zaczynał ustępować miejsca niepokojowi — gęstemu, lepkiemu, narastającemu w klatce piersiowej. Jeszcze chwilę wcześniej czuł się jak ktoś wybrany, ofiarowany, całkowicie oddany. Jak uległy czciciel u stóp bogini, który wreszcie znalazł swoje miejsce. A teraz… Teraz był sam. W uszach wybrzmiewał mu wciąż ostry dźwięk gwałtownie zamkniętych drzwi. Ten trzask odbijał się w jego głowie z opóźnieniem jak echo. Paulina wyszła. Wybiegła. Bez słowa. Bez ostrzeżenia. Bez jednego spojrzenia za siebie. Serce zaczęło mu szybciej bić, był zdezorientowany. Co się stało? Czy zrobił coś nie tak? Był zbyt powolny? Zbyt nachalny? Zbyt niewystarczający? Przez głowę przetaczały mu się chaotyczne myśli, każda gorsza od poprzedniej. Może ją zawiódł? Może nie spełnił oczekiwań, o których nawet nie zdążył się dowiedzieć? Może przekroczył granicę, nie zauważając sygnału? Albo przeciwnie — nie poszedł wystarczająco daleko, tam, gdzie chciała go zabrać? 

Z trudem uniósł się z kolan. Nogi były zdrętwiałe, niepewne, jakby należały do kogoś innego. Zachwiał się, musiał oprzeć dłoń o fotel. Każdy krok był wysiłkiem, ciało protestowało, ale strach pchał go dalej. Sięgnął po telefon i wybrał jej numer. Raz. Drugi. Trzeci. Po kilku sygnałach włączała się poczta głosowa. Ekran gasł i znów się rozświetlał, a wraz z nim narastało w nim przytłaczające oszołomienie. Coś, co zaczęło się jak napięcie, zamieniało się w ciężką, duszną pustkę. Co się stało? Dlaczego wyszła tak nagle? Przecież wszystko było dobrze. Chyba dobre. A może nie? Stał pośrodku apartamentu, nagi, obolały, z telefonem w dłoni, i po raz pierwszy od dawna poczuł się naprawdę bezradny.

Wszedł do łazienki i dopiero tam odważył się spojrzeć na swoje odbicie. Najpierw podniósł wzrok tylko na moment, jakby bał się tego, co zobaczy. Potem jednak obrócił się powoli, opierając dłonie o chłodny blat umywalki. Pośladki były już wyraźnie fioletowe, niemal sine, z nieregularnymi smugami ciemniejszego koloru, które z każdą minutą stawały się bardziej widoczne. W kilku miejscach skóra była rozcięta — cienkie strużki krwi spływały powoli po jego udach, zostawiając ślady, które kontrastowały z ciałem. Patrzył na to w milczeniu, z trudnym do nazwania uczuciem: mieszaniną bólu, zdziwienia i czegoś jeszcze, co przypominało niedowierzanie. Wszedł pod prysznic i odkręcił wodę. Strumień był letni, ale i tak pieczenie przyszło natychmiast. Zasyczał cicho, zacisnął zęby. Mył się ostrożnie, jakby każdy centymetr skóry wymagał osobnej decyzji. Krew i pot spływały do odpływu, ale ból nie ustępował — raczej zmieniał się, pulsował, przypominał o sobie przy każdym dotknięciu. Gdy woda trafiła na najbardziej wrażliwe miejsca, musiał na chwilę się zatrzymać, oprzeć czoło o kafelki i poczekać, aż zawroty głowy miną.

W końcu zakręcił kran. Sięgnął po ręcznik hotelowy, przykładał go ostrożnie, zmieniał miejsca, próbował zatamować sączenie się krwi. Potem przyszła kolej na chusteczki i płatki kosmetyczne, wszystko, co mogło posłużyć za prowizoryczny opatrunek. Każdy ruch wywoływał grymas bólu, którego nie potrafił już całkiem ukryć. Oddychał krótko, płytko, jakby w ten sposób mógł zmniejszyć napięcie. W lustrze widział nie tylko obolałe ciało, ale też własną twarz — bladą, skupioną, z cienką linią ust zaciśniętych z wysiłku. Gdy skończył, stanął na chwilę oparty o umywalkę, z ręcznikiem w dłoniach, poczuł nagle ogromne zmęczenie. Nie tylko fizyczne. I znów wróciło pytanie, którego nie potrafił się pozbyć: co właściwie poszło nie tak?

Ubrał się z trudem. Każdy element garderoby był osobnym wyzwaniem, każdą czynność musiał wykonywać powoli, ostrożnie, jakby ciało należało do kogoś innego. Najpierw bokserki — materiał dotykający obolałej skóry sprawił, że na moment przymknął oczy. Potem spodnie, wsuwane centymetr po centymetrze, z krótkim, syczącym wdechem, gdy materiał otarł się o wrażliwe miejsca. Koszulę zapiął krzywo, poprawił dopiero po chwili, z irytacją, gdy ręce przestały mu lekko drżeć. Dopiero wtedy rozejrzał się po pokoju. Jej rzeczy wciąż tu były. Walizka stała przy ścianie, dokładnie tam, gdzie ją postawiła po przyjeździe. Na fotelu leżały jej spodnie, starannie złożone, obok cienki pasek. Na podłodze, równo ustawione, jej sportowe buty. Na stoliku przy lustrze — kosmetyczka, szczotka, gumka do włosów, ładowarka do telefonu. Wszystko było uporządkowane. Zbyt uporządkowane, jak na kogoś, kto wyszedł w pośpiechu. Powoli zaczął wszystko pakować. Składał ubrania dokładnie, wygładzał materiał dłonią, układał je w walizce tak, by nic się nie pogniotło. Każdy przedmiot, który brał do ręki, przywoływał ją na nowo — gest, spojrzenie, ton głosu. Jej obecność była wciąż wyczuwalna, jakby wyszła tylko na chwilę. Sięgnął po flakon perfum. Odkręcił go bez zastanowienia. Zapach był znajomy. Jej. Na moment zamknął oczy, pozwalając, by aromat osiadł w pamięci, jakby mógł w ten sposób zatrzymać ją, choć na kilka sekund dłużej. W tym samym momencie ciszę w pokoju przerwało pukanie do drzwi. Serce podeszło mu do gardła. Przez ułamek sekundy był pewien, że to ona. Że wróciła. Że zaraz wszystko się wyjaśni, że padnie jakieś słowo, cokolwiek. Otworzył drzwi szybko, niemal gwałtownie — z nadzieją, której nie zdążył ukryć. W progu stał pracownik hotelu — młody mężczyzna w służbowym stroju, z uprzejmie zakłopotaną miną. W rękach trzymał parę czarnych szpilek.

– Znalezione na korytarzu. Przypuszczam, że należą do pańskiej towarzyszki – ton, jakim to powiedział, był chłodny, pozbawiony jakichkolwiek emocji lub prób oceny, a spojrzenie dyskretne, profesjonalne, takie, które widziało już wiele i nie zadawało pytań.

Andrzej poczuł niemal fizyczne ukłucie rozczarowania. Skinął głową i wziął buty w milczeniu. Sięgnął po portfel, wyjął dwustuzłotowy banknot i podał go mężczyźnie.

– Proszę. Za… zrozumienie i… milczenie.

Recepcjonista przyjął pieniądze bez słowa, z lekkim skinieniem głowy. Odwrócił się i odszedł korytarzem, pozostawiając po sobie ciszę, która znów zapadła w pokoju. Andrzej zamknął drzwi. Został sam. Z jej walizką. Z jej zapachem. I z pytaniami, na które wciąż nie miał odpowiedzi.

Zapakował jej szpilki na samą górę walizki. Dopiero wtedy zauważył złamany obcas — cienki, pęknięty tuż przy podstawie, jakby nie wytrzymał nagłego ciężaru albo pośpiechu. Przez chwilę trzymał but w dłoni, obracając go bezmyślnie, po czym ostrożnie ułożył obie pary obok siebie, tak, by uszkodzenie nie było od razu widoczne. Powoli zamknął walizkę. Potem wstał. Podniósł bagaż i rozejrzał się po apartamencie raz jeszcze — po pustym już pokoju, w którym jeszcze niedawno wszystko miało sens. Ruszył w stronę drzwi, poruszając się wolno, sztywno, każdy krok odmierzając z wysiłkiem. Ciało wciąż protestowało, ale trzymał się prosto. Nie chciał, by cokolwiek — nawet ból — odebrało mu resztki godności.

Nie wiedział, co się wydarzyło. Nie wiedział, co stanie się dalej. Wiedział jednak jedno — tego wieczora — i tego uczucia — nie zapomni nigdy.


Stary mercedes toczył się spokojnie przez Sopot, miękko, bez szarpnięć, mijając znajome ulice, latarnie i pustoszejące już o tej porze chodniki. Kierowca prowadził pewnie i delikatnie, z wyczuciem kogoś, kto zna każdy zakręt i każdą nierówność nawierzchni, nie musi się spieszyć i nie musi niczego udowadniać. Silnik mruczał nisko i jednostajnie, charakterystycznym, lekko chrapliwym dieslowskim dźwiękiem, który był bardziej tłem niż hałasem. Jego wibracje przenosiły się na wnętrze. Samochód płynął przez miasto miękko, a zawieszenie sygnalizowało nierówności krótkimi, stłumionymi stuknięciami. Nic nie było gwałtowne, nic nie szarpało — każdy ruch był wygładzony, wyhamowany, prowadzony z cierpliwą pewnością starej konstrukcji. W środku panował półmrok, rozproszony światłami miasta. Fotele miały pokrowce z futerka, lekko wytarte, miękkie w dotyku, przesiąknięte zapachem papierosów i taniej choinki zapachowej, która dawno straciła intensywność, ale wciąż była wyczuwalna. Za kierownicą siedział starszy mężczyzna z siwym wąsem. Miał na sobie bordową koszulę, rozpiętą pod szyją i skórzaną kamizelkę, wytartą po latach noszenia. Ręce trzymał pewnie na kierownicy, z tym spokojem kogoś, kto przejeżdżał tymi ulicami tysiące razy. Od czasu do czasu zerkał w lusterko wsteczne — nie nachalnie, raczej z zawodowego przyzwyczajenia. Paulina siedziała z tyłu, oparta o drzwi. Oddychała ciężko, nierówno. Po chwili pochyliła się do przodu.

– Czy mógłby mi pan podać jakąś chusteczkę? – zapytała cicho.

Taksówkarz sięgnął bez słowa do schowka i podał jej papierową paczuszkę, rzucając krótkie spojrzenie w lusterko. Paulina wyjęła jedną chusteczkę, potem drugą. Próbowała zetrzeć rozmazany makijaż spod oczu, na policzkach, przy linii rzęs, ale suchy papier tylko rozmazywał ślady jeszcze bardziej. Zniecierpliwiona zacisnęła usta.

Kierowca zauważył to bez komentarza. Jedną ręką sięgnął po małą butelkę wody i podał ją do tyłu.

– Masz. Łatwiej będzie.

Skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Odkręciła butelkę, zwilżyła jedną z chusteczek i dopiero wtedy zaczęła delikatniej, dokładniej zmywać tusz. Czarne smugi ustępowały powoli, zostawiając jasną skórę. Ruchy miała nadal niecierpliwe, ale bardziej skupione, jakby ten prosty gest pozwalał jej odzyskać odrobinę kontroli. Jakby próbowała zetrzeć z twarzy nie tylko makijaż, ale i to, co zostało jej pod powiekami, w pamięci, pod skórą.

Taksówkarz zerknął jeszcze raz w lusterko.

– Wszystko w porządku? Jakiś nerwowy klient, co?

Nie od razu zrozumiała, o co mu chodzi. Uniosła wzrok, spojrzała w przestrzeń przed sobą, po czym znów opuściła głowę. Nie odpowiedziała. Taksówkarz cmoknął cicho, jakby to była dla niego wystarczająca odpowiedź.

– Spokojnie – dodał, już bardziej poufale. – Tacy się trafiają. Ważne, że już po wszystkim. Jesteś nowa w mieście?

Znów spojrzał w lusterko. Tym razem dłużej. Paulina poczuła to spojrzenie, ale nie skomentowała go. Złożyła zużytą chusteczkę, sięgnęła po kolejną.

– Proszę jechać. I proszę się skupić na drodze – powiedziała po chwili, tonem chłodnym i oficjalnym.

Uniósł brew, ale uśmiechnął się pod wąsem.

– Jak chcesz – rzucił. – Ty mówisz, ja jadę.

Światła odbijały się w szybach, miasto mijało ich powoli. Paulina patrzyła przez boczne okno, coraz spokojniej oddychając.

Taksówkarz zerknął jeszcze raz w lusterko. Nic więcej nie powiedział. Gdy podjechali pod jej blok, sięgnęła po torebkę.

– Ile płacę?

– Daj spokój. Blisko, a ja tu mieszkam za rogiem. Polecam się na przyszłość, wtedy mi zapłacisz – powiedział, sięgając po wizytówkę i podając jej ją przez ramię. Zawsze mogę gdzieś zawieść, przywieść, kiedy trzeba. I ochronić.

Nie odpowiedziała. Tylko kiwnęła głową, wyjęła z portfela banknot pięćdziesięciozłotowy i podała mu.

– Proszę – mruknęła. – Za dziś. Powinno wystarczyć.

Wysiadła ostrożnie. Bose stopy natychmiast poczuły chropowatość chodnika — każdą nierówność, chłód betonu i drobne kamyczki, które wbijały się w cienki materiał rajstop. Rozejrzała się odruchowo, z bijącym sercem, i poczuła wyraźną ulgę: o tej porze nie było nikogo. Żadnych sąsiadów, żadnych znajomych twarzy, żadnych spojrzeń. Pobiegła do klatki na tyle prędko, że taksówkarz nie zdążył nawet odwrócić głowy ani powiedzieć słowa pożegnania. Drzwi wejściowe ustąpiły pod jej dłonią, ciężkie skrzydło zamknęło się za nią głucho, odcinając wieczorne powietrze i światła ulicy. Wewnątrz było chłodno i pusto. Wcisnęła przycisk windy. Czekanie trwało kilka sekund, ale wydawało się dłuższe. Wsiadła. Kabina ruszyła w górę, powoli, bez pośpiechu, jakby zupełnie nie rozumiała jej stanu. Oparła się o ścianę, zamknęła na moment oczy. Klucz zadźwięczał w zamku głośniej, niż by chciała. Weszła do mieszkania i natychmiast przekręciła zamek, potem drugi. Dopiero wtedy mogła odetchnąć. Cisza była niemal zbyt wyraźna. Gęsta, nienaturalna, jakby mieszkanie wstrzymało oddech razem z nią.

Rozebrała się, stojąc jeszcze przy drzwiach, jakby chciała jak najszybciej pozbyć się tej warstwy, tego dnia, tego wieczoru. Została naga, stojąc na chłodnych płytkach. Była w domu. Była bezpieczna. Poszła prosto do łazienki. Stanęła pod prysznicem, odkręciła wodę i pozwoliła, by gorące strumienie zmyły z niej napięcie. Ramiona drżały. Zamykała oczy, pozwalając, by łzy mieszały się z wodą. Z pralki, na której położyła telefon, dobiegał cichy, znajomy dźwięk – wibracje telefonu. Nie odbierała go. Telefon wciąż wibrował.


Andrzej wyszedł z hotelu bocznym wyjściem, lekko utykając. Wieczór był chłodny, powietrze czyste, niemal obojętne wobec tego, co miał za sobą. Volvo V70 stało niedaleko, na miejscu VIP, które wcześniej zarezerwował razem z apartamentem — ciemne, solidne, znajome. Otworzył drzwi charakterystycznym kliknięciem pilota i spojrzał na fotel kierowcy z mieszaniną rezygnacji i determinacji, jakby to był ostatni etap drogi, który trzeba po prostu przejść. Wsiadanie okazało się bolesne. Każdy ruch wywoływał pieczenie, którego nie dało się zignorować ani oswoić. Powoli osunął się na fotel, zaciskając zęby, szukając takiej pozycji, która byłaby, choć odrobinę znośniejsza. Oparł dłonie na kierownicy i przez chwilę nie uruchamiał silnika. Wziął głęboki wdech, potem jeszcze jeden, pozwalając, by oddech uspokoił ciało. W głowie wciąż kłębiły się pytania. Dlaczego wyszła? Czy zrobił coś nie tak? Czy zawiódł — i jeśli tak, to w którym momencie?

W końcu przekręcił kluczyk. Silnik zadrżał cicho, jakby i on nie miał ochoty na powrót. Ruszył powoli, ostrożnie, starając się nie napinać mięśni bardziej, niż było to konieczne. Każdy nierówny fragment asfaltu przypominał mu o intensywności tego wieczoru — nie jak wyrzut, raczej jak echo. W drodze do domu sięgał kilkukrotnie po telefon. Dzwonił. Jeden sygnał, drugi, trzeci, kolejne, poczta głosowa. Znów. I jeszcze raz. W końcu, bez gniewu i bez gestu rozpaczy, odłożył aparat na fotel pasażera. Nie potrafił się złościć. Myśli i tak wracały tylko do niej — do Pauliny. Zjawiskowej. Niepokojącej. Pięknej. Tak bardzo innej od wszystkich, których znał. Gdy dojeżdżał do Kamiennej Góry w Gdyni, miasto zaczęło wyraźnie zmieniać swój charakter na bardziej kameralny. Strome ulice, jasne elewacje willi schowanych wśród drzew, rzadziej ustawione latarnie — wszystko tu miało inny rytm, bardziej intymny, niemal domowy. Zatrzymał się przed znakiem STOP, na jednym ze skrzyżowań. Wokół panowała cisza, przerywana jedynie szumem liści i odległym dźwiękiem morza, który czasem docierał tu nocą. Spojrzał w lusterko. Twarz miał zmęczoną, z wyraźnymi cieniami pod oczami, ale spokojną — jakby coś w nim się już ułożyło, osiadło na właściwym miejscu. Nie było w niej rozpaczy ani gniewu. Raczej akceptacja, jeszcze świeża, ale wyraźna. Ból nie zniknął; wciąż był obecny, palący, przypominający o sobie przy każdym ruchu. A jednak miał w sobie teraz coś innego — jakąś dziwną czystość, prostotę odczucia, jakby noc zostawiła na nim ślad nie tylko na skórze, ale też głębiej. Ruszył powoli pod górę, w stronę swojego domu. Zerknął jeszcze raz na ekran telefonu. Nic. Westchnął cicho i skręcił w znajomą uliczkę.

– Paulineczko… – wyszeptał w ciemność. – Proszę...


Wyszła spod prysznica, otulona jeszcze parującym ciepłem wody. Skóra wciąż była rozgrzana, jakby chciała zatrzymać ten stan odcięcia od świata, choć na chwilę dłużej. Założyła luźny, szary dres Nike — wygodny, miękki, luźny, jakby chciała się w nim schować, zniknąć, stać się mniej widoczna. W kuchni otworzyła butelkę czerwonego wina. Korek wyszedł cicho, bez oporu. Nalała sobie do kieliszka i przeniosła go do salonu. Usiadła na kanapie, podciągając nogi pod siebie, opierając plecy o poduszki. Przez chwilę po prostu siedziała, patrząc przed siebie.

W mieszkaniu panowała cisza. Głęboka, niemal nienaturalna. Telefon leżał obok niej. Ekran co chwilę rozświetlał się nowym powiadomieniem. Dzwonił. Pisał. Nie odbierała. Udawała, że nie widzi, choć każdy dźwięk i każdy błysk docierał do niej wyraźnie. Wzięła łyk wina — długi, głęboki, jakby próbowała nim coś w sobie uciszyć. Alkohol rozlał się ciepłem w żołądku, ale nie przyniósł ulgi. Odstawiła kieliszek na stolik i w końcu sięgnęła po telefon. Przez chwilę tylko patrzyła w ekran. Palce zawisły nad klawiaturą. W głowie kłębiły się setki słów: wyjaśnienia, półprawdy, próby wytłumaczenia tego, co się stało i czego sama jeszcze do końca nie rozumiała. Żadne z nich nie wydawało się wystarczająco prawdziwe. Ani uczciwe. Ani bezpieczne. W końcu napisała tylko jedno słowo:

Przepraszam.

Wysłała. Odłożyła telefon, jakby parzył. Sięgnęła po kieliszek i wzięła kolejny łyk. Kolejny pozwoliła łzom spłynąć po policzkach. Bez pośpiechu. Bez tłumienia. Siedząc w ciszy, w miękkim dresie, z winem w dłoni, wiedziała jedno: to słowo było za małe. Na nic więcej nie była jeszcze gotowa.


Andrzej właśnie podjechał pod swój dom. Zaparkował, opierając czoło na kierownicy, zamknął na chwilę oczy. Był zmęczony. Zdezorientowany. I samotny. Nagle – powiadomienie. Krótkie, niemal niepozorne wibracje telefonu. Spojrzał na ekran.

Przepraszam.

Jedno słowo. Od niej.

Bez chwili wahania chwycił telefon, natychmiast zadzwonił. Sygnał. Drugi. Trzeci. Odrzuciła połączenie. Po chwili kolejna wiadomość.

Nie dzwoń. Przyjedź. Osiedle Mickiewicza 4/37. Potrzebuję Cię.

Spojrzał na ekran jeszcze raz, tylko po to, by się upewnić, że dobrze zrozumiał wiadomość. Potem w jego głowie zapadła cisza. Ta gęsta, niemal absolutna, w której wszystko nagle staje się jasne. Ból, który jeszcze chwilę wcześniej był nie do zniesienia, cofnął się na dalszy plan, jakby ktoś po prostu wyłączył jego dźwięk. Wcisnął sprzęgło, wrzucił jedynkę. Volvo ruszyło gładko, bez szarpnięcia — ciężkie, stabilne, posłuszne. Nie było pisku opon ani gwałtownych manewrów. Pędził przez miasto szybko, ale pewnie, z tym charakterystycznym spokojem, które dawało stateczne szwedzkie kombi, nawet przy dużej prędkości sprawiające wrażenie opanowanego. Silnik pracował równo, zawieszenie tłumiło nierówności, a ulice mijały za szybą w długich, jasnych smugach. W głowie miał tylko jedną myśl: ona go potrzebuje. Teraz.

Zaparkował pod jej blokiem, zostawiając samochód lekko pod kątem, jakby nie chciał tracić ani sekundy na poprawki. Zgasił silnik, wysiadł. Ból wrócił na moment ostrym ukłuciem, ale zignorował go bez wysiłku. Liczyło się tylko to, że zaraz ją zobaczy. Domofon. Krótkie brzęczenie. Drzwi ustąpiły. Winda wiozła go na czwarte piętro z irytującą powolnością. Stał w kabinie w milczeniu, nieruchomy, skupiony. Gdy drzwi się rozsunęły, przeszedł korytarz kilkoma szybkimi krokami. Zapukał. Po chwili drzwi się otworzyły. Stała w nich. W luźnym dresie, bez makijażu. Włosy miała jeszcze lekko wilgotne. Jej oczy były podkrążone, zaczerwienione — wyraźnie było widać, że płakała. Wyglądała na zmęczoną, jakby noc odebrała jej część sił, przygasiła światło. A jednak, mimo tego, nadal była piękna. Może nawet bardziej — prawdziwa, krucha, bez żadnej osłony. Patrzyli na siebie w ciszy. I w tej ciszy było już wszystko.

– Twoje rzeczy – powiedział tylko, wstawiając walizkę przez próg.

Nie odpowiedziała. Tylko cofnęła się w głąb mieszkania. Wszedł i zamknął drzwi. Podeszła i bez słowa objęła. Wtuliła się w niego nagle, jakby pękło w niej coś, co do tej pory trzymało ją w ryzach. Jej dłonie zacisnęły się na jego plecach. Zaczęła płakać. Cicho. Bardziej w sobie niż na zewnątrz, ale Andrzej poczuł wilgoć jej łez na swojej koszuli. Przytulił ją mocniej. Bez słów. Jego ręka powędrowała do jej głowy, zaczął głaskać ją delikatnie po włosach, zataczając łagodne kręgi opuszkami palców. Nie pytał o nic. Nie oceniał. Był. Paulina wciąż drżała. W jego ramionach nieco się rozluźniła, ale łzy nie przestawały spływać jej po policzkach. Oddychała szybko, nerwowo, jakby próbowała złapać oddech po przebiegnięciu maratonu. Wciąż obejmował ją, kołysząc lekko, jakby chciał wyciszyć jej drżące ciało samym rytmem swojego oddechu.

– Przepraszam – wyszeptała w końcu. – Przepraszam... Nie powinniśmy byli się spotykać... zmarnowałam tylko twój czas. Jestem beznadziejna...

Odsunął się lekko, tylko tyle, by móc spojrzeć jej w oczy. Ujął delikatnie jej twarz w dłonie. Była blada, zmęczona, piękna.

– Za co mnie przepraszasz? – zapytał łagodnie.

– Uciekłam... jak jakaś wariatka. Naprawdę jestem nienormalna. – powiedziała, głosem zaskakująco spokojnym jak na to, co właśnie przeżywała.

– Zostawiłam cię. Samego. Zakrwawionego. Bo... bo się wystraszyłam. Nie ciebie. Siebie. Tego, co zrobiłam. Tego, co poczułam. Jak się poczułam, kiedy to robiłam. Przeraziłam się własnych emocji. Że... że mogłabym... – zacięła się, nie kończąc zdania.

Andrzej westchnął cicho. Pokręcił głową z ciepłym, pełnym zrozumienia uśmiechem.

– Paulineczko... To nie jest coś, co można zmierzyć, ocenić. To był mój wybór. Mój dar. Dla ciebie. Dla tej jedynej kobiety na świecie, którą uznałem za wartą czegoś więcej, niż tylko pustych gestów. Dla ciebie chciałem cierpieć.

– Ale...

– Nie. Posłuchaj mnie – przerwał jej delikatnie. – To, co mnie bolało, było tym, co mnie oczyściło. Każdy ból, każde uderzenie. Czułem je, tak, ale przy tobie poczułem się też prawdziwie obecny. Żywy. Taki, jakim chcę być. Dałaś mi coś, czego nie potrafiłem znaleźć przez lata. I nie chodzi tylko o dominację. Chodzi o ciebie. O to, że to ty jesteś tą osobą, którą chciałem wpuścić do tego miejsca w sobie, którego nikt nie poznał. I nie żałuję ani sekundy. Ani jednego uderzenia.

Paulina wpatrywała się w niego w ciszy, z lekko otwartymi ustami, jakby każde jego słowo rozpuszczało w niej kolejne warstwy napięcia. Emocje opadały, a jej ciało powoli rozluźniało się. Jego obecność, jego słowa, ich rytm działały na nią jak balsam.

– Nie sądziłam, że to powiesz – wyszeptała.

– I pewnie jeszcze wiele rzeczy cię zaskoczy – odpowiedział, uśmiechając się ciepło. – Ale jedno zapamiętaj: przy tobie czuję, że żyję. Nie przerażaj się swoją siłą. Ona mnie nie niszczy. Ona mnie prowadzi.

Przymknęła oczy. Przesunęła dłonią po jego ramieniu, a potem oparła głowę na jego klatce piersiowej. Uspokajała się. Oddychała coraz wolniej. Usiedli na sofie, tuż obok siebie, z kieliszkami czerwonego wina w dłoniach. W mieszkaniu panował półmrok, rozświetlany jedynie słabym światłem stojącej w kącie lampy. Andrzej co chwilę wiercił się i przesuwał z jednej strony na drugą, krzywiąc się z wyraźnym dyskomfortem. Paulina spojrzała na niego, uśmiechając się pierwszy raz od dłuższego czasu.

– Zdejmij spodnie. Muszę to obejrzeć.

Andrzej posłusznie rozpiął pasek i zsunął spodnie. Paulina odłożyła kieliszek i delikatnie, z nieoczekiwaną czułością, zsunęła jego bokserki, by dokładnie przyjrzeć się śladom. Na jego fioletowych pośladkach widniały ciemnoczerwone pręgi, niektóre już lekko opuchnięte, o nieregularnych krawędziach. W kilku miejscach skóra była rozcięta — płytko, ale na tyle, by wymagało to oczyszczenia. Poszła po apteczkę. Gdy wróciła, nasączyła wacik środkiem odkażającym i usiadła obok niego. Jej ruchy były spokojne, bardzo ostrożne. Dotykała skóry tak, jakby bała się sprawić mu choćby minimalny dodatkowy dyskomfort. Gdy przyłożyła wacik, Andrzej drgnął i syknął cicho, nieświadomie napinając się.

– Spokojnie… już, już – powiedziała miękko. – Wiem, że szczypie.

Na chwilę przerwała, pochyliła się i delikatnie dmuchnęła na podrażnione miejsce, jakby chciała zabrać ze sobą część pieczenia. Jej gest był prosty, niemal dziecięcy, ale działał — napięcie w jego ciele odrobinę zelżało.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę – szepnęła. – Zaraz będzie lepiej.

Wróciła do oczyszczania ran, powoli, z wyczuciem, uważnie obserwując każdy jego oddech, każde poruszenie. Gdy skończyła, przyłożyła opatrunki w najbardziej wrażliwych miejscach, wygładzając brzegi plastra palcami, by nic nie ciągnęło ani nie drażniło skóry. Na koniec, zupełnie odruchowo, lekko pogładziła jego biodro — uspokajającym, ciepłym gestem.

– Gotowe – powiedziała cicho. – Teraz już tylko odpoczynek.

Jej głos był spokojny. Pewny. I pełen troski. Andrzej usiadł ponownie, tym razem bokiem, oszczędzając obolałe miejsce. Podała mu kieliszek. Przez chwilę milczeli, popijając wino, jakby oboje potrzebowali oddechu po tym, co się wydarzyło.

– Wiesz, myślałem o tym bólu – odezwał się w końcu Andrzej. – Był silniejszy, niż się spodziewałem. Nieprzyjemny, ale jednocześnie miał znaczenie. Czułem, że coś ci oddaję. Że jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Dla ciebie.

Paulina wpatrywała się w wino w swoim kieliszku, delikatnie poruszając nim w dłoni.

– Dla mnie to było… – zaczęła powoli, szukając słów. – Intensywne. Władza. Kontrola. Poczucie siły. To mnie zaskoczyło. Podniecało bardziej, niż się spodziewałam.

Zamilkła na moment.

– Ale na końcu pojawił się lęk – dodała ciszej. – Bałam się, że przekroczyłam granicę. Że mogłam cię skrzywdzić, złamać. Że poniosło mnie za daleko.

Podniosła na niego wzrok. Uważny. Prawdziwy.

– Złamać? Nie złamałaś mnie – przerwał łagodnie. – Złamałaś tylko coś we mnie, co było pancerzem. Zburzyłaś fasadę. I nie chcę jej z powrotem. To był dar. Chcę, byś to zapamiętała.

Spojrzała na niego długo. Jej oczy były już spokojne, wciąż lekko wilgotne, ale teraz błysnęło w nich coś innego — uważne, chłodne rozbawienie. Przytuliła się do niego, powoli, jakby celowo wydłużała ten gest.

– Wiesz, jeśli naprawdę oddałeś mi ten pancerz, to następnym razem mogę sprawdzić, co jeszcze da się z ciebie zdjąć. I czy nadal będziesz to nazywał darem. Nie boisz się tego?

Zamilkła na moment, obserwując jego reakcję.

– Może, kiedy opadną emocje… powtórzymy to – powiedziała już lżej. – Ale tym razem bez ucieczki.

– Będę czekał. I będę gotowy. Daj mi tylko trochę czasu, żebym się wykurował i pozbierał siły.

– Dobrze, będę czekała, wrócisz, gdy będziesz gotowy – odparła.

Milczeli przez chwilę. Patrzyła na niego – mężczyznę silnego, dojrzałego, a jednocześnie całkowicie jej poddanego. Było w tym coś niezwykle pięknego. Poczuła ciepło rozchodzące się w jej wnętrzu. Była już spokojna. Zasnęła z głową na jego kolanach. Oddychała już równo, ale wciąż z tym lekkim napięciem, które zdradzało, że sen nie przyszedł łatwo. Delikatnie głaskał ją po policzku i po włosach, uważnie, jakby każdy dotyk mógł ją obudzić. Patrzył na jej śliczną twarz, teraz pozbawioną masek i kontroli, miękką, niemal dziewczęcą. Sam prawie nie spał; raczej zapadał w półsen, czujny, zawieszony gdzieś pomiędzy myślami a ciszą, reagując na każdy jej ruch. Gdy niespokojnie poruszyła się przez sen, poprawił koc, którym ją okrył, naciągnął go wyżej, jakby chciał odgrodzić ją od reszty świata. W tym momencie była krucha — bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej ją widział — i ta kruchość poruszała go głębiej niż jakiekolwiek słowa. Został u niej do rana, otaczając ją troską i czułością, trzymając blisko, nie mówiąc zbyt wiele, bo nie było potrzeby. Gdy nad ranem poruszyła się spokojniej i otworzyła oczy, zobaczyła jego uważne spojrzenie i cichy uśmiech. Był tam. Nadal przy niej. I to wystarczyło, by poczuła bezpieczeństwo, jakiego wciąż potrzebowała.


Kilka dni później obchodziła urodziny. Andrzej zadzwonił, żeby złożyć życzenia. Rozmowa była krótka; zaproponowała, żeby przyjechał, jeśli ma ochotę. Był po dwudziestu minutach. Gdy wszedł do mieszkania, trzymał w rękach starannie zapakowany pakunek — prosty, elegancki, przewiązany elegancką wstążką. Bez demonstracji. Paulina rozwinęła papier spokojnie, z uważnością, jaką miała tylko wtedy, gdy coś naprawdę ją interesowało. W środku była para czarnych szpilek. Klasyczna linia, cienki obcas, doskonałe proporcje. Przez chwilę tylko na nie patrzyła, potem wzięła jeden but do ręki i spojrzała na wytłoczone na podeszwie logo.

– Gianvito Rossi? – zapytała, marszcząc lekko czoło. – Znam Gino Rossi, ale to…

Uniósł kącik ust.

– Inna historia. Włoska marka, jeszcze młoda, dopiero dwa lata na rynku, ale robi się o nich coraz głośniej.

Obróciła but w palcach, przyglądając się obcasowi, linii noska, wykończeniu skóry.

– Widać – powiedziała krótko. – Są piękne. Dziękuję.

– Pomyślałem, że to coś dla ciebie – odparł spokojnie. – Tym bardziej że swoje zgubiłaś… trochę jak Kopciuszek.

Uniósł na nią wzrok z lekkim uśmiechem. Paulina odpowiedziała mu spojrzeniem, w którym pojawił się błysk rozbawienia.

– Skoro już mnie porównujesz do Kopciuszka – powiedziała miękko, ale z wyraźną nutą prowokacji – to na kolana. I załóż mi je.

Usiadła w fotelu, wygodnie, pewnie, jakby to było najbardziej naturalne polecenie na świecie. Wyciągnęła nogę do przodu. Andrzej nie zawahał się ani chwili. Uklęknął przed nią i sięgnął po jej stopę. Delikatnie zsunął skarpetkę, powoli, odsłaniając jasną, gładką skórę. Stopa była smukła, pięknie uformowana, z długimi palcami i subtelnym łukiem — wyglądała niemal idealnie, jakby stworzona do takich butów.

Ujął ją ostrożnie w dłonie i wsunął pierwszą szpilkę, prowadząc stopę dokładnie tam, gdzie powinna się znaleźć. Skóra buta objęła ją miękko, precyzyjnie. Potem sięgnął po drugą. Gdy skończył, na moment pozostał na kolanach, jakby chciał się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu. Paulina wstała. Zrobiła kilka kroków po pokoju, powoli, z wyczuciem, pozwalając, by obcasy zabrzmiały cicho na panelach. Przeszła przed lustro, obróciła się lekko, przyglądając się swojemu odbiciu. Buty leżały idealnie — podkreślały linię nóg, dodawały jej wzrostu i jeszcze więcej pewności siebie.

– Pasują perfekcyjnie – powiedział cicho, z wyraźnym zachwytem.

Odwróciła się w jego stronę, uśmiechając się.

– Bo jestem perfekcyjna – odparła bez cienia fałszywej skromności.

Przez krótką chwilę byli po prostu blisko. Ona — piękna, świadoma swojej siły, pewna każdego gestu. On — dojrzały, oddany, szczęśliwy, że znów może być przy niej, dokładnie tam, gdzie chciał być. I nie potrzebowali niczego więcej.

41
9.5/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.5/10 (4 głosy oddane)

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.