Wilczyca (XI-XII)

9 stycznia 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

43 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

WIlczyca wraca w drugiej części (rozdziały XI-XX). Przenosimy się do 2008 roku. Poznajemy tam młodą Paulinę, której relacja z ówczesnym chłopakiem, Adamem, zostaje wystawiona na ciężką próbę.

Rozdział XI – Adam

Trójmiasto, marzec 2008


Wczesnowiosenny dzień był chłodny, surowy w typowy dla Gdańska sposób — mokry wiatr wbijał się pod ubranie, niosąc zapach wilgotnego betonu i odległego o kilka kilometrów morza. Szare chmury wisiały nisko nad kampusem Uniwersytetu Gdańskiego na Przymorzu, a powietrze miało w sobie coś pobudzającego i ostrego. Przed biblioteką gwar mieszał się z pośpiechem. Studenci wychodzili z budynku z plikami notatek, dyskutując o zbliżającym się kolokwium, ktoś przemykał z kubkiem gorącej kawy, ogrzewając dłonie. Adam już czekał — stał z rękoma w kieszeniach, skulony lekko przed wiatrem, z tym swoim charakterystycznym uśmiechem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy widział Paulinę. Wyglądał, jakby usiłował wyglądać swobodnie, ale zdradzała go iskra ekscytacji w oczach. Szła w jego stronę szybkim, równym krokiem. Torbę miała przerzuconą przez ramię, a jej blond włosy wymykały się pojedynczymi pasmami i tańczyły na wietrze. Wyglądała na lekko zmęczoną. Zatrzymała się tuż przed nim. On pochylił się, ona uniosła podbródek. Pocałowali się krótko, bez ceremonii.

– Głodny?

– Trochę – przyznał.

– To chodź. Zjedzmy coś. Padam z głodu.

Przesunęła włosy za ucho.

– Ledwo zdążyłam dziś na zajęcia. W okienku uciekłam na pedicure i nie miałam nawet czasu zjeść.

Adam zaśmiał się pod nosem, patrząc na nią z zachwytem, który starał się ukryć, ale kiepsko mu to wychodziło.

– Nie mogę się doczekać, aż zobaczę efekt. Na jaki kolor pomalowałaś paznokcie? – zapytał.

Paulina zwolniła. Spojrzała na niego z ukosa — spojrzeniem, które było jednocześnie uśmiechem, pytaniem i prowokacją.

– A jak myślisz? – zapytała spokojnie, przeciągając każde słowo.

– Nie mam pojęcia – przyznał. – Ale… chciałbym wiedzieć. Czerwony? Czarny?

Jej uśmiech zrobił się szerszy, cieplejszy, ale z tym cieniem dominującej zabawy, który zawsze go rozbrajał.

– Och, Adam… – szepnęła. – Ty naprawdę liczysz, że powiem ci to tak po prostu?

– A czemu nie?

Odsunęła z twarzy kosmyk włosów — gest był w dziwny sposób zmysłowy.

– Bo są rzeczy, które lepiej wyglądają wtedy, gdy pozostają tajemnicą. Zrobiła pół kroku bliżej. – A ja nie mam jeszcze ochoty jej zdradzać.

Adam parsknął cicho pod nosem, z lekką frustracją podszytą ekscytacją.

– Czyli każesz mi poczekać?

Dotknęła lekko jego ramienia.

– Nie możesz od razu wszystkiego mieć. To byłoby przecież nudne.

Poszła dalej, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego. Stał przez sekundę w miejscu, zanim dogonił ją kilkoma szybszymi krokami. Skierowali się w stronę pizzerii, ukrytej między pobliskimi blokami — miejsca, do którego czasem wpadali. W środku zawsze było ciepło, pachniało drożdżowym ciastem i pomidorami, a w rogu czekał ich ulubiony stolik, oddzielony od reszty sali półścianką i donicą z paprotką. Po drodze co chwilę zerkał na nią — na jej rozwiane włosy, na pewny krok, na sposób, w jaki poprawiała torbę na ramieniu. Była dla niego kimś zupełnie innym od wszystkich dziewczyn, jakie do tej pory znał.

Odwróciła się nagle, jakby złapała w powietrzu jego spojrzenie.

– Co? – zapytała lekko rozbawiona. – Wyglądam, jakbym walczyła z wichurą? Pękła mi dziś gumka… jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało.

– Wyglądasz jak zawsze – odpowiedział z powagą, ignorując jej dowcip.

– Zawsze, czyli jak?

– Bosko.

Zaśmiała się cicho i szturchnęła go ramieniem. Weszli do środka — do ciepła, światła i zapachu jedzenia, który skutecznie odcinał od chłodu dnia. Byli głodni, zmęczeni i szczęśliwi, że tydzień się kończy, a oni mogą wreszcie pobyć razem. Rozmawiali jak zwykle – trochę o zajęciach, trochę o książkach. Adam, choć studiował filozofię, interesował się językami – planował rozpoczęcie drugich studiów – tym razem na filologii klasycznej.


Poznali się kilkanaście miesięcy wcześniej, zupełnie przypadkiem. Usiadł obok niej na międzywydziałowym wykładzie o powstawaniu i ewoluowaniu nowożytnych języków, na który Paulina trafiła jako studentka germanistyki. Próbował słuchać prowadzącego — naprawdę próbował — ale bardzo szybko zorientował się, że to walka z góry przegrana. Co chwilę zerkał w bok, jakby przyciągała go siła, której nie potrafił nazwać.

Dopiero po chwili dotarło do niego, skąd to niepokojące poczucie znajomości. Znał ją z widzenia i to aż za dobrze. To przecież dziewczyna, która grała w Wolfensteinie.

Był na trzech koncertach, choć mógłby wymienić znacznie więcej powodów, by pojawić się na kolejnych gdyby tylko miał okazję. Stał zwykle nieco z boku, pod ścianą albo przy barze, udając przed samym sobą, że przyszedł dla muzyki. Ale prawda była prostsza i bardziej bezwstydna: metalu nie lubił, zawsze patrzył tylko na nią. Na sposób, w jaki stała z instrumentem, na skupienie w oczach, na krótkie spojrzenia rzucane w stronę publiczności, jakby świadomie wybierała, kogo chce na chwilę dopuścić do swojego świata. Nie miała w sobie koncertowej kokieterii — raczej chłodną pewność, która działała mocniej niż jakakolwiek gra.

Nigdy nie przyszło mu do głowy aby podejść po koncercie. Nigdy nie próbował zagadać. Zostawiał to w sferze obserwacji, bezpiecznej i jednostronnej. Aż do teraz. Siedziała obok niego, kilka centymetrów dalej, pochylona nad notatkami, z tym samym spokojem w ruchach, który zapamiętał ze sceny. Poczuł dziwny ucisk w żołądku. Zbieg okoliczności? Przypadek? A może coś, co domaga się, by wreszcie zrobić krok, którego wcześniej zawsze brakowało mu odwagi aby wykonać.

Teraz nie była światłem reflektorów ani postacią ze sceny. Była tu. Obok. Na wyciągnięcie ręki.

I po raz pierwszy pomyślał, że może to nie jest tylko przypadek, ale szansa — taka, która zdarza się rzadko i zwykle tylko raz. Była piękna w sposób nierzeczywisty — eteryczna, spokojna, a jednocześnie wyraźnie obecna. Kiedy poprawiała włosy, ten prosty, niedbały gest wywoływał w nim dreszcz, którego się nie spodziewał. Pachniała inaczej niż dziewczyny z jego roku — nie słodko, nie banalnie, lecz czysto, głęboko, lekko orientalnie. Miała zadbane dłonie, długie palce, ładnie pomalowane paznokcie. Każdy jej ruch był miękki, ale zdecydowany. Adam, przyzwyczajony do towarzystwa dziewczyn, które dużo mówiły, gestykulowały nerwowo i próbowały być kimś, kim prawdopodobnie nigdy nie będą, czuł, że obok siedzi ktoś zupełnie inny. Nie potrafił skupić się na wykładzie. Słowa o jakichś rdzeniach i zmianach fonetycznych odpływały, a jego myśli krążyły już tylko wokół niej.

Po wykładzie wahał się tylko przez chwilę. Stał kilka kroków za nią na korytarzu, obserwując, jak zakłada kurtkę i zarzuca torbę na ramię. Poszedł za nią, z tym uporczywym poczuciem, że jeśli teraz odpuści, straci coś więcej niż tylko okazję do rozmowy.

Zatrzymała się i wysłuchała go uważnie, ale od razu dała do zrozumienia, że nie ma czasu; rzuciła coś o zaliczeniu, na które właśnie idzie. Normalnie skinąłby głową i się wycofał. Tym razem jednak nie ustąpił. Zamiast zniknąć, zapytał, czy może pójść z nią i poczekać. Wzruszyła ramionami — bez entuzjazmu, ale też bez sprzeciwu. Siedział pod gabinetem dłużej, niż się spodziewał, z rosnącym napięciem i bezsensowną myślą, że ten czas w zawieszeniu jest już jakimś wyborem. Kiedy w końcu wyszła, była wyraźnie rozluźniona, nawet uśmiechnięta. Zapytał o ocenę, a ona spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem i rzuciła: „A co miałam dostać? No chyba że piątkę. Chodźmy już na tę kawę.”

To jedno spotkanie niepostrzeżenie rozciągnęło się na kilka godzin rozmowy.

Był od niej o dwa lata starszy, spokojny, z lekko melancholijnym spojrzeniem, które sprawiało wrażenie, jakby zawsze był o krok obok głównego nurtu wydarzeń. Od początku ją zaintrygował — nie próbował imponować, nie grał żadnej roli. Nie opowiadał o sobie więcej, niż trzeba. Zamiast tego słuchał uważnie, zadawał pytania trafne, czasem zaskakująco celne, i pozwalał jej mówić, nie przerywając, nie poprawiając, nie rywalizując o przestrzeń.

Z czasem zaczęła dostrzegać w nim coś jeszcze. Miękkość. Podatność. Delikatne przesunięcie ciężaru w jej stronę, którego on sam chyba jeszcze nie umiał nazwać. Ona zauważyła to szybciej, instynktownie — jakby rozpoznawała w nim pewien potencjał, zanim zdążył się ukształtować.

Kiedy pierwszy raz nazwał ją Wilczycą, zrobił to półżartem, jakby sprawdzał, czy nie przesadził. Ale ona nie zaprotestowała. Przeciwnie — w tym słowie było coś, co ją poruszyło. Surowość, samotność i siła. Od tej chwili wracał do tego określenia coraz częściej, a ona pozwalała na to z cichą satysfakcją. Lubiła, jak wypowiadał je z lekkim zawahaniem, jakby każde użycie było jednocześnie wyznaniem i pytaniem o zgodę. Wilczyca. Brzmiało dokładnie tak, jak chciała być widziana — i jak zaczynała widzieć samą siebie w jego spojrzeniu.

Dopiero później zrozumiał, że była odpowiedzią na to, co nosił w sobie od dawna, głęboko ukryte i nienazwane. Na potrzebę podporządkowania się, adorowania, oddania kontroli komuś, kto potrafi ją unieść bez wahania. Paulina była dominująca nie w sposób teatralny czy ostentacyjny, lecz w tym, jak mówiła, jak patrzyła, jak prowadziła rozmowę i nie oddawała inicjatywy nawet na moment.

Było w niej też coś fizycznego, co działało na niego niemal podskórnie. Jej ciało — silne, wysportowane, ukształtowane godzinami ciężkich treningów, biegania, dyscypliny właściwej lekkiej atletyce — nie było kobiece ani miękkie. Było świadectwem wysiłku, kontroli i konsekwencji. Patrząc na nią, czuł respekt, który mieszał się z pożądaniem. Gdzieś z tyłu głowy pojawiało się tylko przelotne, niepokojące skojarzenie — przypomniał sobie liczne zadrapania na swoich plecach, ślady emocji i doświadczeń, których wcześniej nie potrafił ani uporządkować, ani zrozumieć. Dopiero z czasem dotarło do niego, że to, co go do niej przyciągało, nie było przypadkiem, lecz spełnieniem ukrytych pragnień.

Gdy skończyli pizzę, odsunęła talerz i oparła brodę na dłoni, patrząc na niego nieco dłużej, niż wymagała zwykła rozmowa. W jej oczach było to coś cichego, ale bezbłędnie czytelnego — potrzeba bliskości, połączona z charakterystycznym sposobem przejmowania inicjatywy.

— Pojedziemy do mnie — powiedziała nagle, spokojnie, jakby ustalała coś oczywistego. — Pouczymy się chwilę, napijemy herbaty. Albo po prostu mnie poprzytulasz. Brakuje mi tego ostatnio.

A potem możemy pojechać do tej twojej Bachy.

Zawiesiła głos na ułamek sekundy. Adam wyprostował się odruchowo, jakby coś w nim nagle drgnęło.

— Do Basi — poprawił ją automatycznie, po czym zaraz spuścił wzrok.

Paulina uśmiechnęła się pod nosem.

— Bacha brzmi lepiej — rzuciła lekko. — Bardziej surowo. Akademicko.

Spojrzała na niego uważnie.

— W końcu byliście razem.

Zamilkł na moment. Zbyt długo, by dało się to zignorować. Rumieniec pojawił się na jego twarzy, a on sam wyglądał, jakby ten dawny związek był teraz czymś wstydliwym.

— To było dawno — powiedział w końcu. — I nie… nie ma już znaczenia.

— Wiem — odparła miękko. — Typ mądralińskiej cnotki. Zawsze wszystko wie najlepiej. Nie wiem jak z nią wytrzymałeś dwa lata. I zdecydowanie to nie ten rodzaj urody, która zostaje w pamięci.

Zmieszał się, ale po chwili uśmiechnął, jakby wiedział, że dalsza obrona nie ma sensu.

— Za to ty jesteś zupełnie inna.

— Inna? — uniosła brew. — To bardzo pojemne słowo.

Popatrzył na nią dłużej, jak ktoś, kto wreszcie znalazł właściwą formę myśli.

— Wiesz — powiedział powoli — filozofia uczy, że są rzeczy, wokół których porządkuje się świat. Idee pierwsze. Archetypy. Dla mnie jesteś jak bogini. Nie w sensie patosu, tylko znaczenia. Afrodyta, Atena i Hekate w jednym ciele.

Przez chwilę nic nie mówiła. Przyglądała mu się uważnie. W końcu skinęła głową.

— Dobrze, powiedzmy że zrozumiałam. Chodźmy.

Wstała i sięgnęła po płaszcz. Adam odebrał go od niej i pomógł go ubrać. Chwyciła torbę. Otworzyli drzwi i wyszli na zimny, marcowy dzień. Powietrze było ostre, chłodne, wciąż nieprzyjazne. Paulina poprawiła kołnierz i poszli z powrotem, w stronę kampusu.


Na parkingu czekał jej czerwony Fiat 500. To był prezent od ojca — nagroda za dobre wyniki w nauce, ale też coś bardzo praktycznego. Auto miało ułatwić jej codzienne dojazdy na uczelnię i na treningi, pozwolić wzmocnić niezależność i utrzymać własny rytm dnia. Od razu polubiła ten samochód: był mały, stylowy i zwinny. Wnętrze było przytulne, a tapicerka w biało–czarną kratkę nadawała mu klimat retro. Panoramiczny dach wpuszczał do środka dużo światła. W środku unosił się delikatny zapach jej perfum zmieszany z charakterystyczną wonią nowości.

Paulina wrzuciła torbę na tylne siedzenie, poprawiła się za kierownicą i kolejny raz odsunęła włosy z twarzy. Fiat ruszył miękko, w stronę Sopotu. Światła innych aut mijały ich równymi sekwencjami, odbijając się w przedniej szybie i połyskując na czerwonym lakierze. W środku panował spokój — ciepło nawiewu, zamknięta przestrzeń, cichy pomruk silnika, który brzmiał niemal przyjacielsko. Adam obserwował, jak mijają znajome miejsca: szare kamienice, stare wieżowce na Żabiance, zatłoczone przystanki, charakterystyczną restaurację na granicy Gdańska i Sopotu. Gdy wjechali w uliczkę prowadzącą do jej bloku, Fiat zwolnił wtapiając się w spokojny rytm osiedla, a następnie powoli przejechał dwa progi zwalniające. Paulina zaparkowała blisko klatki. Wysiedli niemal jednocześnie — ona szybkim, pewnym krokiem, on nieco spokojniej — i poszli w stronę wejścia do jej bloku, otoczeni chłodnym powietrzem i cichym szumem drzew. Jej mieszkanie mieściło się w jednym z bloków, niedaleko Łysej Góry, starej szkoły, małych osiedlowych sklepików i niskich drzew, które rosły niemal między budynkami. Wjechali windą na czwarte piętro.

Mieszkanie dawno temu dostała jej mama, jeszcze z jakiegoś przydziału. Przez kilka lat było domem dla całej rodziny, ale dwupokojowe wnętrze szybko okazało się zbyt ciasne dla pięciu osób, w tym dwóch pełnych energii chłopców i lekko wycofanej dziewczynki. Kiedy Paulina miała sześć lat, wszystko zaczęło się zmieniać. Jej ojciec, tuż po transformacji gospodarczej, otworzył własną firmę. Biznes zaczął przynosić coraz lepsze dochody, a wraz z nimi pojawiła się możliwość czegoś, co wcześniej wydawało się nieosiągalne.

Kupili stary dom w Górnym Sopocie, w pobliżu stadionu. Wymagał gruntownego remontu — takiego, który pochłania czas, pieniądze i cierpliwość. Przez niemal rok przestrzeń ta była nieustannym placem budowy, gdzie codzienność toczyła się pomiędzy wciąż poprawianymi planami przebudowy a wszechobecnym pyłem. W końcu jednak wszystko było gotowe i cała rodzina wprowadziła się do odnowionego budynku.

Mieszkanie przez jakiś czas stało puste. Potem zamieszkał w nim kuzyn jej mamy, który studiował w Trójmieście. Po nim pojawiła się daleka kuzynka ze strony ojca. Z czasem wrócili tu jej bracia — najpierw na krótko Filip, a później Dawid, który mieszkał w nim przez kilka lat. To było naturalne, praktyczne rozwiązanie, coś oczywistego w rodzinnej logice. Kiedy Dawid wyprowadził się do nowoczesnego apartamentowca, mieszkanie znów opustoszało. Wtedy Paulina, zaczynająca właśnie drugi rok studiów, podjęła decyzję. Chciała zamieszkać sama, na własnych zasadach. Dla rodziców nie było to łatwe. Trudno było im pogodzić się z myślą, że ukochana córka wyprowadza się na swoje, nawet jeśli to było tylko kilka ulic dalej. Żadne argumenty — że to blisko, że sobie poradzi, że przecież nie jest imprezowiczką — nie zmieniały faktu, że było to symboliczne. Ostatnie dziecko opuszczało dom. Dla Pauliny był to jednak kolejny krok. Naturalny, konieczny. Mieszkanie, które przez lata służyło innym, w końcu stało się jej własną przestrzenią — dokładnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowała.

Weszła pierwsza. W środku pachniało kwiatowym płynem do prania i ciepłem nagrzanych kaloryferów. Było tu przytulnie — małe półki z książkami, miękka kanapa w odcieniu ciemnego grafitu na której leżał gruby koc. Paulina rzuciła torbę na fotel i szybkim ruchem zdjęła płaszcz, odsłaniając sweter w kolorze ciemnego granatu. Włosy opadły jej swobodnie na ramiona, lekko rozczochrane od wiatru. Zatrzymała się przy drzwiach, oparła dłonią o ścianę i zsunęła buty. Została w czarnych skarpetkach, miękko stawiając stopy na podłodze. Adam zerknął na nie odruchowo. Ten prosty gest — buty zdjęte bez pośpiechu, stopy w ciemnym materiale — przyciągnął jego uwagę bardziej, niż chciałby przyznać. Szybko odwrócił wzrok, ale obraz już się zapisał, jak coś, co zostaje na dłużej, mimo że wcale nie było w tym nic ostentacyjnego.

– Herbata?

Spojrzała na niego spod rzęs. Na jej twarzy zagościł ten delikatny, znany mu uśmiech — nie w pełni, tylko kącik ust, w którym było więcej obietnic niż słów — pojawił się jak znak, że zaczyna się inny ton rozmowy.

– A potem… – powiedziała cicho, jakby dzieliła się czymś tylko z nim – … może pozwolę ci w końcu zobaczyć, jaki mam kolor paznokci.

Kiedy wyszła do niewielkiej, ciemnej kuchni Adam opadł powoli na oparcie kanapy, jakby nagle powietrze zgęstniało. Przez szybę widział ją wyraźnie: jak znowu odgarnia włosy, jak sięga po kubki, jak jej biodra poruszają się leniwie, z naturalną, nienachalną zmysłowością.

– Nie będę ukrywał… – powiedział niższym głosem, niż planował. – Nie mogę się doczekać.

Nie spojrzała na niego od razu. Najpierw nalała wodę do czajnika, nacisnęła przycisk, a dopiero potem lekko przechyliła głowę, obejmując go spojrzeniem przez szkło.

– Wiem.

Chwile krzątała się po pomieszczeniu, a jej sylwetka wyraźnie rysowała się w świetle kuchennych lampek. Czajnik kliknął, kończąc pracę. Odwróciła się i zaczęła nalewać wrzątek. Wróciła do pokoju powolnym, miękkim krokiem, niosąc dwa parujące kubki. Postawiła je na niskim stoliku — najpierw jego, potem swój — dbając, by nie uronić ani kropli. Adam siedział na sofie, lekko pochylony do przodu, obserwując każdy jej ruch. To, jak znowu odgarnęła włosy za ucho, to, jak przysiadła na brzegu fotela, opierając dłonie o oparcie. To, jak jej sweter opadł delikatnie, odsłaniając fragment obojczyka.

– Masz na pewno zmęczone i zimne stopy – powiedział cicho, przenosząc spojrzenie nieco niżej.

– Tak ? Ciekawe skąd masz taką wiedzę?

Adam wzruszył ramionami, pozwalając sobie na lekki, ciepły uśmiech.

– Paulina… znamy się nie od dziś. Wiem, że jesteś zmarźlakiem.

Przez sekundę patrzyła na niego w nieruchomo, lotem przeciągnęła dłonią po łydce, drobnym, nieśpiesznym ruchem, jakby upewniała się, czy on naprawdę patrzy — i że widzi, co ona właśnie robi. Wstała i podeszła bliżej, zatrzymując się tuż przed nim.

– Skoro już wiesz… – zaczęła cicho, głosem obniżonym i miękkim – …to zajmij się nimi.

Stała między jego kolanami, pochylona, z dłonią opartą o oparcie sofy, tuż obok jego ramienia. Gest intymny, wyraźny, niepozostawiający miejsca na nieporozumienia. Powoli usiadła mu na kolanach, przodem do niego, tak blisko, że poczuł jej oddech na własnych ustach. Jej biodra spoczęły lekko na jego udach, a jej dłonie znalazły się po obu stronach jego szyi. Uniósł odruchowo rękę, niepewnie i delikatnie wsunął palce w jej włosy. Były miękkie, jedwabiste, spływały przez jego dłonie jak woda. Zatrzymał je w nich, czując, jak Paulina przymyka oczy z krótkim, niemal niewidocznym westchnieniem. Ich usta zbliżały się powoli — nie gwałtownie, nie nerwowo. Jakby każde z nich dawało drugiemu czas, by naprawdę poczuć tę chwilę. Pocałunek nastąpił dopiero wtedy, gdy ich oddechy zmieszały się w jednym punkcie. Ciepły. Miękki. Znajomy. Paulina objęła go mocniej, wolno, przesuwając paznokciami w dół — najpierw po jego karku, potem niżej, aż wsunęła je pod jego sweter. Jej paznokcie zarysowały jego plecy długim pociągnięciem. Zabolało. Znów musnęła jego usta, jakby zamykała pocałunek pieczęcią, po czym zsunęła się z jego kolan. Oparła się o bok kanapy, lekko odchylona, patrząc na niego w milczeniu, które było bardziej wymowne niż słowa.

– Teraz pomasuj mi stopy, resztę dostaniesz kiedy wrócimy od Bachy – powiedziała uśmiechając się.

Dopiero wtedy — bez pośpiechu — podciągnęła nogi na sofę i ułożyła je na jego kolanach. Sięgnęła do torby leżącej na fotelu obok i wyjęła plik notatek.

— Muszę sobie jeszcze coś poukładać z dzisiejszych zajęć. Ten wykład zawsze zostawia mi w głowie za dużo wątków naraz. Ale ty nie przeszkadzaj sobie.

Adam zerknął na notatki i kilka odbitek xero, z wyraźnie zaznaczonymi fragmentami.

— Historia języka? — zapytał, bardziej upewniając się niż naprawdę pytając.

— Mhm. Gramatyka historyczna niemieckiego — potwierdziła. — Dzisiaj przerabialiśmy przejście od średnio–wysoko–niemieckiego do wczesnego nowo–wysoko–niemieckiego. Zmiany w szyku zdania, zanikanie końcówek, to, jak nagle wszystko zaczyna opierać się bardziej na kolejności niż na fleksji.

Mówiła coraz żywiej, jakby sam temat ją rozgrzewał.

— Najciekawsze jest to — ciągnęła — że kiedy czytasz teksty z tego okresu, widzisz moment przejścia. Jeszcze nie jest to nowoczesny język, ale już nie ten naprawdę dawny. Jakby sam język nie mógł się jeszcze zdecydować, jaki chce być.

Słuchał uważnie. Jego dłonie, niemal odruchowo, objęły przez materiał skarpetek jej stopy. Najpierw delikatnie, jakby sprawdzał, czy nie naciska zbyt mocno, potem pewniej. Kciuki zataczały wolne, spokojne ruchy.

— I to się naprawdę da tak wyłapać? W sensie, że widzisz ten moment zmiany?

— Tak — odpowiedziała bez wahania. — Właśnie to mnie w tym interesuje. Jedno zdanie może być jeszcze stare, a kolejne już zupełnie inne. Jakby autor sam nie mógł się zdecydować, jak powinien pisać.

Przerwała na moment, po czym pochyliła się nad notatkami i wsunęła palec między kartki.

— O, zobacz — powiedziała, podsuwając mu zeszyt bliżej. — Tu. „Pieśń Niebelungów.” Przełom XII i XIII wieku. Autor niestety nieznany.

Nachylił się, patrząc na tekst i jej notatki na marginesie, zapisane drobnym pismem.

— Widzisz? — ciągnęła, wyraźnie ożywiona. — Jeszcze masz szyk, który przypomina starsze konstrukcje, z czasownikiem w miejscu, które dziś wydaje się nielogiczne, a zaraz potem zdanie już ciąży w stronę tego, co uznalibyśmy za bardziej nowoczesne. Jakby język sam próbował dostrajać się.

Adam skinął głową, próbując nadążyć.

— Czyli autor nie robi tego specjalnie?

— Właśnie nie — uśmiechnęła się. — To nie jest świadomy zabieg stylistyczny. To moment przejścia. Dlatego te teksty są takie ciekawe — one nie są jeszcze wygładzone. Widać w nich ruch, zmianę, niepewność.

Na chwilę zamilkła, czując, jak jego dłonie spokojnie przesuwają się po stopach, jakby dotyk był naturalnym tłem do myślenia i mówienia.

— Lubię takie miejsca w języku — dodała ciszej. — Kiedy coś się jeszcze nie zdecydowało, czym chce być.

— A ty to wszystko łapiesz w locie — zauważył po chwili. — Zawsze masz to tak poukładane.

— Lubię wiedzieć, dlaczego coś wygląda tak, a nie inaczej — powiedziała spokojnie. — Bez tego język jest martwy.

Jego dłonie przesuwały się teraz szybciej, rozgrzewając stopy przez cienki materiał, jakby masaż był częścią rozmowy. Spojrzał na nią uważnie.

— Szczerze? — powiedział. — Ty już to świetnie znasz. Ten przedmiot, te teksty, to jak o tym mówisz. Twój perfekcjonizm naprawdę mnie zachwyca.

Nie powiedziała już nic. Oparła się wygodniej o poduszki i patrzyła na niego z góry. Spojrzenie mówiło wszystko. Adam ujął jej kostkę, wsunął palce pod krawędź skarpetki i powoli — naprawdę powoli — zaczął ją zsuwać. Bawełna sunęła po porcelanowej skórze, odsłaniając ją centymetr po centymetrze. Najpierw kostka. Później gładki łuk podbicia. W końcu cała stopa — drobna, idealnie proporcjonalna, o delikatnej, niemal świetlistej skórze. Kiedy skarpetka całkiem opadła, wstrzymał oddech na ułamek sekundy. Paznokcie były pomalowane na intensywną, krwistą czerwień — kolor, który wyglądał na jej stopach jak obietnica, jak prowokacja, jak sygnał, że dokładnie wiedziała, jaki efekt wywoła. Zsunął drugą skarpetkę z tą samą starannością. Dwie nagie stopy — piękne, gładkie, jasne, z czerwienią intensywną jak winny odcień poranka — spoczęły na jego udach, a Paulina westchnęła tak cicho, że mógł to wziąć za echo. Nie musiała nic mówić. Jej ciało powoli się rozluźniało. Adam delikatnie masował opuszkami palców, a co jakiś czas nachylał się, by złożyć cichy pocałunek. Robił to z niemal nabożną czcią. Czuła ciepło dłoni i delikatne, uważne ruchy, które koiły napięcie po całym dniu. Odłożyła notatki, przymknęła oczy i przez chwilę pozwoliła sobie odpłynąć myślami. Było jej dobrze. Zaskakująco dobrze.


Był inny niż wszyscy chłopcy, których znała wcześniej, chociaż nie było ich wielu. Nie próbował dominować rozmowy, nie mówił o sobie w nieskończoność. Zawsze słuchał. I patrzył na nią tak, jakby była jedyną osobą na świecie jakby nic poza nią, nie miało znaczenia. Lubiła to. Lubiła czuć, że jest dla niego centrum wszechświata. Że on jest gotów zrobić wszystko, byle tylko ją zadowolić. Z drugiej strony, kiedy był wśród swoich kolegów potrafił zażarcie bronić swojego zdania, prowadząc z nimi długie dyskusje, tylko po to aby racja była zawsze po jego stronie. Podobało jej się to.

Ich relacja powoli, niemal niepostrzeżenie, przesunęła się w kierunku, którego sama jeszcze niedawno nie potrafiłaby nazwać. Była zaintrygowana jego uległością. Tym, że nie tylko ją akceptował — on ją chłonął. Z nim przeżyła swój pierwszy raz, bez pośpiechu i bez niepewności, jakby od początku wiedziała, że właśnie tak powinno to wyglądać. Kiedy w chwilach uniesienia wbijała paznokcie w jego skórę, szczypała go, drapała po plecach albo po udach — znosił to bez słowa. Czasem syknął z bólu, ale nie protestował. Wręcz przeciwnie — był wtedy jeszcze bardziej skupiony na niej. To ją podniecało. Czuła, że może sobie pozwolić na więcej. Że przy nim nie musi się powstrzymywać. Próbowali już nawet różnych zabaw. Klamerki do wieszania bielizny zapinane na sutki, łaskotanie, przywiązywanie do łóżka. Raz, w żartobliwym tonie, powiedziała mu, że mógłby być jej konikiem. Zaśmiał się, a potem uklęknął na czworaka i powiedział, że może ją powozić po mieszkaniu. Wskoczyła mu na plecy, objęła udami i zaczęła kierować nim. Trzymała w dłoni pasek, którym lekko go poganiała. Każde uderzenie o jego pośladki było jak impuls, który potęgował jej podniecenie. Śmiała się wtedy, szczęśliwa i podekscytowana. To było coś nowego. Coś, czego wcześniej nie znała — ale co z każdą chwilą smakowało jej coraz bardziej. Nie patrzyła już teraz na niego. Wpatrywała się w ciemniejące za oknem niebo.

— Paulina — odezwał się spokojnie, jakby nie chciał jej spłoszyć. — Założysz dziś do Basi jakąś sukienkę?

Spojrzała w jego stronę z wyraźnym zaskoczeniem.

— Sukienkę? Dlaczego?

— Rzadko mam okazję widzieć cię inaczej niż w spodniach — powiedział. — A przecież twoje nogi mają w sobie coś z klasycznej rzeźby. Harmonię. Proporcję. Gdyby Platon je zobaczył, pewnie uznałby je za dowód istnienia idei piękna.

Pochylił się i musnął ustami jej stopę, potem drugą, jakby składał hołd.

— One nie są po to, żeby je ukrywać — dodał ciszej. — Świat i tak jest wystarczająco chaotyczny. Dobrze, gdy czasem może zobaczyć coś doskonałego.

— Jesteś niemożliwy — powiedziała, z rozbawieniem. — I strasznie słodki.

Zerknęła na zegarek i wstała przeciągając się powoli; sweter uniósł się nieznacznie, linia pleców napięła na moment, po czym rozluźniła.

— Dobrze — rzuciła po chwili. — Przebiorę się. Specjalnie dla ciebie.

Wróciła po kilkunastu minutach. Miała na sobie prostą sukienkę do połowy uda — miękki, grafitowy materiał, który układał się lekko przy każdym kroku. Nic krzykliwego, nic kosztownego; raczej coś zwykłego z sieciówki, coś na co mogła pozwolić sobie jako studentka, ale co na niej wyglądało zaskakująco dobrze. Rękawy były długie, dekolt skromny, subtelnie zaznaczona linia bioder. Czarne rajstopy dopełniały całości. Adam wstał niemal odruchowo.

— Widzisz — powiedział w końcu cicho — czasem wystarczy zmienić formę, ale treść i tak pozostaje ta sama. I nadal zachwyca.

Podszedł bliżej. Paulina uniosła ręce i zebrała włosy, odsłaniając kark.

— Upiąć? — zapytała neutralnie, jakby pytała o coś zupełnie zwyczajnego.

Nie odpowiedział od razu. Pochylił się i musnął ustami jej skórę tuż pod linią włosów.

— Zostaw — szepnął. — Lubię, kiedy są takie… trochę nieuporządkowane. Jak myśl, która wymyka się definicji.

Jego dłoń przesunęła się po jej udzie, po gładkiej powierzchni rajstop, wolno, z namysłem, jakby badał reakcję nie tylko ciała, ale i jej samej. Pod palcami wyczuł sprężystość mięśni — twardych, wytrenowanych. Przesuwał dłoń wyżej, centymetr po centymetrze, czując wyraźną linię napięcia, siłę ukrytą pod miękkim materiałem. Im wyżej sięgał, tym bardziej świadomy był tego, jak bardzo jej ciało było obecne, rzeczywiste, nieprzypadkowe. Udo nie było tylko kształtem — było wynikiem pracy, dyscypliny, biegania o świcie i godzin na siłowni. Był już bardzo blisko. I wtedy Paulina ujęła jego dłoń. Ścisnęła mocniej, wystarczająco mocno, by przerwać ruch i odebrać mu inicjatywę. Zatrzymała go dokładnie w tym miejscu, w którym napięcie było największe.

— Jesteś bardzo niecierpliwy — powiedziała spokojnie.

— Więcej dostaniesz dopiero wtedy, kiedy wrócimy — dokończyła miękko, nie luzując uścisku ani na moment.

Jej palce zacisnęły się mocniej. Paznokcie wbiły się w skórę bez ostrzeżenia, nagle, mocno. Adam syknął i nie zdołał powstrzymać krótkiego jęku bólu, który wyrwał mu się z gardła. Paulina uśmiechnęła się, z wyraźną satysfakcją, jakby dokładnie na taką reakcję czekała. Puściła go, jakby to ona decydowała o tempie wszystkiego. Podeszła do szafki i wyjęła swoje ulubione czarne szpilki Gino Rossi — te same, które dostała od taty tuż przed balem maturalnym. Lubiła je szczególnie: były proste, eleganckie, a przy tym zaskakująco wygodne, jak na buty na obcasie. Założyła je bez pośpiechu, jakby ten wybór był oczywisty i nie wymagał zastanowienia.

Adam podał jej płaszcz i pomógł go założyć, poprawiając delikatnie materiał na ramionach. Gdy sięgnęła po kluczyki od samochodu, spojrzał na nią uważnie.

— Jesteś pewna, że chcesz jechać autem? Jeśli chciałabyś coś wypić…

Uśmiechnęła się krótko i pokręciła głową.

— Jutro mam ciężki trening. Interwały i podbiegi. Rano stadion, potem lecimy do lasu. Nie ma mowy o alkoholu, muszę być w formie.

Adam przytaknął, jakby dokładnie tego się spodziewał.

— W takim razie zatrzymajmy się tylko gdzieś po drodze — dodał po chwili. — Kupię wino dla… Bachy.

Spojrzała na niego kątem oka, rozbawiona, i bez słowa otworzyła drzwi od mieszkania.


Rozdział 12 – Konsekwencje

Trójmiasto – marzec 2008


Adam wyszedł ze sklepu i wsiadł do auta, ostrożnie układając na kolanach butelkę mołdawskiego wina i niewielki bukiet kwiatów. Papier zaszeleścił cicho, gdy zamykał drzwi. Paulina ruszyła płynnie, bez pośpiechu zerkając jednak na kwiaty.

— Dla Basi — powiedział, jakby tłumacząc się. — Urodziny jednak zobowiązują.

Przez chwilę jechali w ciszy, aż odezwał się znów, już swoim tonem — tym, w którym zawsze mieszały się ironia i erudycja.

— Basia jest zodiakalną Rybą. Tak jak ja. — Uśmiechnął się krzywo. — Dwa znaki wody. Za dużo dryfowania, za mało brzegu. To nie mogło się udać.

— Mhm — mruknęła Paulina, jakby bardziej interesowała ją zmiana biegów niż sens tej analizy.

Adam jednak kontynuował:

— W ogóle Ryby mają tendencję do idealizowania wszystkiego. Ludzi, relacji, nawet własnych wyobrażeń. Potem zawsze przychodzi rozczarowanie.

Zerknęła na niego krótko.

— Adam… trochę za dużo o niej mówisz jak na byłą dziewczynę. Wystarczy, że jedziemy na jej urodziny.

Zawahał się ułamek sekundy, po czym dodał, jakby mimochodem:

— Co innego Byk. Stabilny. Ziemia pod stopami. Siła, która nie musi się tłumaczyć. I ta cielesność. Zmysłowa, pewna siebie. Kobieta, która nie prosi o uwagę, tylko ją przyciąga. Seksowna właśnie dlatego, że wie, kim jest.

Mówiąc to, położył dłoń na jej udzie. Paulina uśmiechnęła się, nie patrząc na niego.

— Mało ci było moich pazurów przed wyjściem z domu?

Natychmiast cofnął rękę, jakby ten dotyk sam w sobie był już wykroczeniem. Opuścił wzrok, a gdy odezwał się po chwili, jego głos był wyraźnie cichszy, spokojniejszy.

— Masz rację. Zapomniałem się. — Przełknął ślinę. — Czasem wystarczy mi sekunda, żebym pomylił pragnienie z pozwoleniem. Mój błąd. Już… wracam na swoje miejsce. To wszystko przez to, że tak na mnie działasz.

Paulina uśmiechnęła się z satysfakcją, a on usiadł prosto, dłonie trzymając już przy sobie, jakby fizycznie zaznaczał granicę, której nie powinien był przekraczać. Resztę drogi pokonali w milczeniu.

Podjechali pod blok na Zaspie, jeden z tych typowych, nieco surowych, z lat osiemdziesiątych, które po zmroku wyglądają jeszcze bardziej anonimowo niż w świetle dnia. Paulina zaparkowała i zgasiła silnik. W windzie poprawiła włosy jednym szybkim ruchem dłoni, patrząc na swoje odbicie w brudnym lustrze. Adam spojrzał na nią i pokręcił głową z lekkim uśmiechem.

— Naprawdę… jesteś piękna — powiedział jeszcze raz, jakby nie potrafił tego nie powtórzyć.

Otworzyli drzwi i po kilku krokach stanęli przed mieszkaniem Basi. Gospodyni otworzyła niemal od razu. Była dokładnie taka, jaką Paulina zapamiętała: drobna, schludna, z urodą, która nie domagała się uwagi. Włosy w nijakim odcieniu, coś pomiędzy jasnym brązem a mysim blondem, spięte były w prosty kucyk, bez fryzury, bez zamiaru. Miała na sobie sukienkę w bezpiecznym, mdłym kolorze, zestawioną z kardiganem i brązowymi rajstopami. Całość wyglądała poprawnie, ale zupełnie bez wyczucia stylu — jakby każda część była wybierana osobno, bez myśli o całości. Uśmiechnęła się grzecznie, trochę nerwowo.

— Wszystkiego najlepszego Basieńko — powiedział Adam, nachylając się i całując ją w policzek. — Sto lat.

— Cześć, wszystkiego najlepszego — powiedziała Paulina, z uprzejmą rezerwą, bez cienia poufałości.

W środku było już sporo ludzi. Kilku chłopaków od razu podeszło, witając się z Adamem. Jeden z nich zatrzymał spojrzenie na Paulinie odrobinę dłużej.

— A ty musisz być Paulina — rzucił z uśmiechem. — Adam ma szczęście. Ciągle o tobie mówi. Już wiem dlaczego.

Odwzajemniła uśmiech bez nadmiernej serdeczności, ale i bez dystansu. Pozostałych kolegów poznała już wcześniej. Przywitali ją ciepło, jakby jej obecność była czymś oczywistym.

Dziewczyny natomiast ograniczyły się do zdawkowych powitań. Krótkie „hej”, szybkie spojrzenia, które nie zapraszały do rozmowy. Jedna odwróciła się niemal natychmiast, inna zajęła się szukaniem czegoś w torebce. Paulina zauważyła to, ale nie skomentowała w żaden sposób, wiedziała, że trochę tu nie pasuje. W salonie kłębiły się rozmowy o wszystkim i o niczym: o filozofach, których nikt do końca nie czytał lub nie rozumiał, o planach po studiach, o tym, jak bardzo system akademicki nie docenia ich potencjału. Domorośli intelektualiści w pełnej krasie — elokwentni, pewni siebie, trochę sztuczni. Rozglądała się po tym towarzystwie z cichą ciekawością, jak ktoś, kto znalazł się w obcym ekosystemie, ale nie czuje potrzeby, aby się w nim zadomowić.

Adam szybko wsiąkł w rozmowę. Stał przy ścianie z kieliszkiem wina w dłoni, pochylony lekko do przodu, jakby sama intensywność myśli wymagała odpowiedniej postawy ciała. Dyskutował z dwoma kolegami o jakimś tekście — o tym, czy późny Heidegger jeszcze coś wnosi, czy już tylko krąży wokół własnych pojęć. Mówił dużo, z pasją, gestykulował. Śmiał się. Na Paulinę zerknął tylko raz, przelotnie, jakby sprawdzał, czy wciąż jest w pobliżu, po czym znów wrócił do sporu. Po chwili przestała słuchać. Przeszła kilka kroków dalej i sięgnęła po leżący na półce album. Bauhaus. Gruba, matowa okładka, dobre wydanie. Usiadła na brzegu fotela i zaczęła kartkować strony powoli, z prawdziwym zainteresowaniem. Geometryczne bryły, surowe wnętrza, szkło i stal, czyste linie pozbawione ozdobników. Fotografie warsztatów w Dessau, krzesła Breuera, projekty Gropiusa — wszystko podporządkowane funkcji, ale z wyczuwalnym rygorem estetycznym. Podobał jej się ten porządek i ta myśl, że forma może wynikać z dyscypliny, a nie z kaprysu.

— Jeśli chcesz spokojnie obejrzeć lub poczytać to możesz zabrać — odezwała się nagle Basia, stając obok niej.

Paulina uniosła wzrok.

— Naprawdę? Przepraszam, że tak bez pytania.

Basia wzruszyła ramionami.

— Nie ma problemu. Oddasz przy okazji. Albo wcale, jeśli ci się spodoba. Ja i tak nie znam niemieckiego.

Paulina uśmiechnęła się, tym razem szczerze.

— Dziękuję. Chętnie.

Wróciła wzrokiem do albumu, ale tym razem patrzyła na niego inaczej. Pojawiło się w niej lekkie, nieoczekiwane ukłucie żalu. Adam był tak bardzo pochłonięty rozmową, tak głęboko zanurzony w swoich dyskusjach, że przestała być dla niego centrum świata — a przynajmniej tak to odczuła. To było nowe doświadczenie. Na innych spotkaniach zwykle siedzieli blisko siebie, ramię przy ramieniu, a nawet jeśli rozmowa toczyła się wokół nich, zawsze istniał jakiś cichy znak obecności: jego dłoń przesuwająca się po jej palcach, krótki uścisk, muśnięcie, które mówiło: jestem tu, z tobą. Teraz tego zabrakło. Jakby coś wymknęło się spod kontroli, rozproszyło w zbyt wielu głosach jednocześnie.


Przewracała kolejne strony albumu, modernistyczne linie miały w sobie porządek i spokój. Adam tymczasem nadal był całkowicie pochłonięty rozmową. Ktoś dolał mu wina, ktoś inny rzucił nowy argument. Śmiał się, mówił głośniej, gestykulował, nie zauważając, że Paulina jest kilka metrów dalej — spokojna, zamknięta w sobie, skupiona na kształtach, liniach i ideach sprzed niemal wieku, które nagle wydawały się bardziej przewidywalne i bezpieczne niż to, co działo się wokół niej.

Ktoś właśnie rzucił kolejne nazwisko, ktoś inny podniósł głos, próbując udowodnić, że bez Nietzschego nie da się dziś mówić o nowoczesnym podmiocie. Paulina, która dotąd słuchała z boku, podniosła wzrok znad albumu i włączyła się nagle do dyskusji.

— Ale przecież u Nietzschego to nie jest proste zerwanie z moralnością. On nie proponuje nihilizmu jako celu. Raczej diagnozuje go jako stan przejściowy. Śmierć Boga nie jest zaproszeniem do chaosu, tylko momentem, w którym człowiek zostaje zmuszony do wzięcia odpowiedzialności za własne wartości. Nadczłowiek nie ma niszczyć dla samego niszczenia, tylko tworzyć z siebie, z własnej siły.

Adam spojrzał na nią z lekkim protekcjonalnym uśmiechem.

— Paulina — zaczął, machając ręką, jakby chciał odsunąć temat na bok. — To jednak dość poważna rozmowa. I wiesz, to że w swoim perfekcjonizmie przekopałaś się przez Nietzschego, nie znaczy jeszcze, że widzisz szerszy kontekst. Można znać teksty na pamięć i nadal nie rozumieć, o co w nich naprawdę chodzi. Może więc skup się na tych swoich średniowiecznych eposach rycerskich. Parsifal, Roland, te sprawy. Filologia to jednak nie filozofia.

Zapadła cisza. Ktoś odchrząknął, ktoś inny spuścił wzrok do kieliszka. Nawet Basia, niosąca właśnie miskę z sałatką, znieruchomiała, jakby nagle zrobiło się niezręcznie. Paulina poczuła, jak coś w niej się zaciska, ale głos miała wciąż spokojny.

— To ciekawe — powiedziała po chwili — że mówisz o poważnej rozmowie, a jednocześnie sprowadzasz Nietzschego do haseł. On sam pisał przecież, że filozofia, która nie potrafi tworzyć stylu, jest martwa. „Tako rzecze Zaratustra” jest bliższy eposowi niż traktatowi. A filologia uczy właśnie tego: czytania sensów, rytmu, ironii. Nie tylko pojęć, ale tego, jak one działają.

Znów zapadła cisza.

— Właściwie… — odezwał się jeden z kolegów Adama. — Ona ma rację. Nietzsche świadomie korzysta z form literackich. Bez tego trudno go zrozumieć.

— Dokładnie — dodała jedna z dziewczyn, nieśmiało. — Na seminarium mieliśmy o tym cały blok.

Adam nawet na nich nie spojrzał. Upił łyk wina, jakby te słowa w ogóle nie padły, jakby nie dotyczyły rozmowy, która — w jego przekonaniu — właśnie wracała na właściwe tory.

— No dobrze — rzucił po chwili, już do kogoś innego. — Wracając do pytania o podmiot i jego autonomię…

Paulina poczuła, jak coś w niej twardnieje, jakby napięcie zbierało się pod skórą. Przez ułamek sekundy miała ochotę odpowiedzieć — ostro, bez litości. Zamiast tego zamknęła album, powoli, zbyt powoli, jak na przypadkowy gest. Jej twarz pozostała spokojna, ale oczy zdradzały wściekłość, której nie zamierzała teraz rozładowywać. Nie odezwała się więcej. Minęło pół godziny. Adam zdążył wypić kolejny kieliszek wina, wrócić do rozmów, śmiać się głośniej niż wcześniej. W końcu podeszła do niego i stanęła tuż obok.

— Jedziemy — powiedziała krótko.

Spojrzał na nią z opóźnieniem, marszcząc brwi.

— Już? — spróbował jeszcze, z wymuszonym uśmiechem. — Przecież dopiero się rozkręciło. Mogę jeszcze chwilę…

— Nie — przerwała mu spokojnie. Ton miała równy, pozbawiony emocji, ale właśnie to czyniło go niepodważalnym. — Jedziemy teraz. Albo jadę sama, a ty zostajesz.

Zawahał się, jakby szukał argumentu, ale szybko zrozumiał, że go nie będzie miał. Westchnął cicho i niechętnie zaczął się zbierać, wciąż trochę niezdarny po winie. Po drodze pożegnał się z Basią, składając jej jeszcze raz życzenia; Paulina skinęła głową i powiedziała krótkie „dziękuję za album”. Kilkoro gości pożegnało ich jeszcze w drzwiach — ktoś machnął ręką, ktoś rzucił „do zobaczenia”. Wyszli.


W aucie próbował coś powiedzieć, ale Paulina uruchomiła silnik i ruszyła bez słowa. Milczała. Jej twarz była spokojna, skupiona na jeździe, a cisza między nimi gęstniała z każdym kolejnym kilometrem. Jechali przez nocne miasto. Światła uliczne przesuwały się po szybach w równym rytmie, skrzyżowania migały i znikały, a w aucie panowała cisza, gęsta i niewygodna. Zerkał na nią co chwilę, jakby szukał momentu, w którym mógłby się w nią wstrzelić słowem. W końcu westchnął.

— Paulina… — zaczął ostrożnie. — Przepraszam.

Nie odpowiedziała. Skupiła wzrok na drodze, dłonie trzymała spokojnie na kierownicy, twarz nie zdradzała niczego poza chłodną koncentracją.

— Wiem, że to źle zabrzmiało — ciągnął, coraz bardziej nerwowo. — Wypiłem za dużo wina. Naprawdę było dobre… i zagadałem się, zagapiłem. To nie było przeciwko tobie. Po prostu… głupio wyszło.

Milczała nadal. To właśnie najbardziej go niepokoiło — nie złość wyrażona słowami, tylko ta cisza, w której nie było miejsca na usprawiedliwienia.

— Nie powinienem był tak mówić — dodał ciszej. — Wiesz, że cię szanuję i podziwiam. Po prostu… dałem się ponieść.

Zmieniła pas, spojrzała w lusterko, jakby jego słowa były tylko pustym dźwiękiem w tle.

— Przepraszam — powtórzył. — Naprawdę. Powiedz mi tylko, co mam zrobić, żebyś nie była już na mnie zła?

Nie spojrzała na niego. Jechała dalej, a jej milczenie mówiło wyraźniej niż jakakolwiek odpowiedź. Podjechali pod blok. Silnik jeszcze cicho pracował, a Adam wciąż próbował mówić, jakby słowa mogły odwrócić to, co już się stało.

— Paulina, ja naprawdę wiem, że to nie było w porządku.

Nagle przerwał i spojrzał w bok, przez szybę.

— Poczekaj chwilę.

— Co chcesz zrobić? — zapytała chłodno. To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od momentu, gdy wyjechali spod bloku Basi.

Nie odpowiedział. Otworzył drzwi i wysiadł, zostawiając je uchylone. Obserwowała go przez przednią szybę, jak odchodzi kilka kroków dalej, w stronę krzaków między blokami. Dopiero wtedy dostrzegła młodą brzozę. Adam podszedł do niej niepewnie, jakby sam nie był do końca pewien, co zamierza zrobić. Chwilę szamotał się z gałęziami, pociągając je zbyt gwałtownie, za mało zręcznie.

Paulina westchnęła i również wysiadła z auta.

— Co ty znowu wymyśliłeś? — rzuciła ostrzej. — Adam, jesteś pijany. Zostaw to i natychmiast wracaj tu do mnie.

Nie posłuchał. Jeszcze raz szarpnął, aż w końcu dwie cienkie, giętkie witki ustąpiły. Wrócił, trzymając je w dłoni, jak coś kruchego, a jednocześnie znaczącego. Spuścił wzrok, jakby nagle musiał zebrać myśli i odwagę, zanim znów na nią spojrzy.

— Wiesz… — zaczął wolno. — Cały wieczór mówiliśmy o odpowiedzialności, o konsekwencjach słów. O tym, że myśl bez czynu jest pusta. A ja sam zapomniałem o najprostszej rzeczy. Uniósł witki.

— Jeśli człowiek przekracza granicę, powinien ją poczuć. Inaczej wszystko zostaje tylko teorią. — Uśmiechnął się krzywo.

— Zawsze uważałem, że kara ma sens tylko wtedy, gdy przywraca porządek. A ja ten porządek naruszyłem.

Spojrzał na nią uważnie.

— Te witki są dla ciebie. Jeśli uznasz, że właśnie tak powinno się to domknąć.

Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Jej spojrzenie było chłodne, jakby oceniała nie tyle sam gest, ile jego intencję. W końcu uniosła kącik ust.

— W sumie… dobry pomysł. Marsz do domu!

Weszli do mieszkania w ciszy. Drzwi zamknęły się za nimi miękko, ale odgłos zamka zabrzmiał wyraźniej, niż powinien. Paulina zdjęła płaszcz i odłożyła go bez pośpiechu. Album Basi położyła na szafce w przedpokoju.

Odwróciła się do Adama.

— Daj mi je — powiedziała krótko.

Podał witki bez słowa. Wzięła je do ręki, ważąc przez chwilę, jakby sprawdzała ich ciężar. Jej spojrzenie było skupione, chłodne, uważne. Adam stał naprzeciwko, wyraźnie spięty.

— Dobrze. Rozbierz się. Spodnie i majtki.

Powiedziała to spokojnie, bez podnoszenia głosu. Przełknął ślinę. Przez moment stał nieruchomo, po czym zaczął robić to, co poleciła. Jego ruchy były powolne, trochę niezdarne. Gdy skończył, spojrzał na nią wyczekująco. Wskazała mu miejsce.

— Tam. Dłonie płasko na ścianę i nie wolno ci ich oderwać.

Oparł się, tak jak kazała. Przez chwilę przyglądała się uważnie witkom, obracając je w palcach, sprawdzając ich długość, sztywność, drobne nierówności kory. Jedną z nich odłożyła bez słowa, drugą zatrzymała. Uniosła lekko i wykonała kilka próbnych ruchów w powietrzu. Adam usłyszał cichy świst, przecięcie powietrza, dźwięk na tyle wyraźny, że napięcie w jego ciele natychmiast się pogłębiło. Stał nieruchomo, wsłuchany w każdy odgłos, świadomy każdego nierównego oddechu. Zrobiła krok bliżej.

— Jestem bardzo rozczarowana, tym jak mnie dziś potraktowałeś. Trzydzieści uderzeń. Każde będziesz liczył.

Zanim zdążył zareagować, witka przecięła powietrze i z głośnym trzaskiem spadła na jego pośladki.

– Licz!

– Jeden – wykrztusił. – Paulina, co ty wyprawiasz, daj spokój, to boli jak cholera. Przesadzasz!

– Cisza! Chcę słyszeć tylko, jak liczysz! To jest twoja kara.

Kolejne uderzenia spadały regularnie, a na jego ciele momentalnie zaczęły pojawiać się czerwone paski. Biła mocno. Adam stękał, pojękiwał, a jego głos drżał z bólu. Liczył jednak dalej.

– Pięć… sześć…

Przy siódmym uderzeniu — mocniejszym, bardziej zdecydowanym — rozległ się nagły trzask. Krótki, ostry. Rózga pękła bez ostrzeżenia, jakby nie wytrzymała nagromadzonej energii.

Spojrzała z chłodnym rozczarowaniem na złamany koniec. Rzuciła ją na podłogę i sięgnęła po drugą. Rozległ się głośny świst, który sprawił, że Adam instynktownie zesztywniał.

— Osiem… Paulina przestań, proszę… to…

Kolejne uderzenie było jeszcze mocniejsze, a druga witka pękła z ostrym trzaskiem i spadła na podłogę.

Spojrzała na nią bez słowa, a potem na niego.

— Co za gówno mi dałeś — powiedziała chłodno. — Obie bezużyteczne.

Adam odwrócił się w jej stronę.

— Przesadzasz — powiedział z wysiłkiem. — To nie jest już zabawne. One były suche. A ty bijesz zbyt mocno.

Paulina zamarła. Przez krótką chwilę wydawało się, że coś w niej pękło nie mniej gwałtownie niż te gałęzie. Jej głos, gdy się odezwała, był niski i twardy.

— Nie mów mi, co jest zabawne, a co nie i jak mam reagować na brak szacunku. Ignorowałeś mnie i poniżyłeś przy swoich znajomych!

Zrobiła krok w jego stronę.

— Oprzyj się z powrotem o ścianę i przestań się w końcu głupio tłumaczyć. Kara nie jest po to, żeby było miło albo zabawnie. Jest po to, żeby bolało i żebyś zrozumiał. Czekaj i nie ruszaj się.

Poprawił swoją pozycję. Plecy miał napięte, dłonie oparte o chłodną powierzchnię, oddech szybki i niespokojny. Słyszał, jak dziewczyna krąży po mieszkaniu. Jej kroki były szybkie, nerwowe. Weszła do sypialni, otwierała jakieś szuflady, coś przesuwała. Wracając, trzasnęła drzwiami, jakby próbowała rozładować napięcie. W dłoni trzymała czarny kabel — gruby i ciężki. Zwisał luźno, jakby był tylko przedmiotem, a jednak jego obecność zmieniała wszystko. Jej twarz była spokojna, ale oczy miały w sobie coś twardego, nieustępliwego.

— Stań prosto i wypnij tyłek — powiedziała lodowato.

Adam natychmiast wykonał polecenie. Wiedział już, że w tej chwili nie chodzi o karę samą w sobie, lecz o coś głębszego — o granice, o odpowiedzialność za słowa, o konsekwencje.

Zatrzymała się tuż za nim.

— Teraz już nie będziesz mi mówił, że przesadzam — dodała spokojnie. — Teraz będziesz tylko żałował.

W mieszkaniu znów zapadła cisza. Gęsta, napięta, pełna tego, co niewypowiedziane. Przewód uderzył go w pośladki, wydając głuchy, ciężki świst. Adam zawył z bólu.

— Aah, kurwa! Co to jest?

— Zwykły kabel sygnałowy do gitary basowej. Solidny i gruby. Normalnie przenosi dźwięk, dziś służy do czegoś innego.

— Proszę… Paulina, dość… To jest chore. Co ty robisz?

— Licz dalej — odpowiedziała chłodno. – Kara to kara. Masz nauczyć się szacunku do mnie.

— Ja cię przecież szanuję i ubóstwiam, tylko dziś…

Kiedy kolejny raz spadł na pośladki, jego ciało zadrżało.

—Je–jedenaście…

Dyszał ciężko, mocno opierając się o ścianę, a jego palce naciskały ją, jakby chciały się w niej zatopić.

– Wypnij tyłek, ile razy mam powtarzać?

— Dwanaście, aaa!

Ból po uderzeniu rozchodził się głęboko po jego ciele. Odwrócił głowę przez ramię, jego twarz była napięta, zlana potem, a oczy pełne łez i niedowierzania.

– Ty… ty jesteś nienormalna – syknął. – Zwariowałaś, Paulina.

Uniosła brew i powoli opuściła kabel wzdłuż jego pleców, jakby celowo przedłużając chwilę ciszy.

– Przeproś – powiedziała spokojnie. – Dostaniesz za to dwadzieścia dodatkowych razów.

– Co?! – Adam odwrócił się gwałtownie. – Zwariowałaś. Przestań. To już nie jest zabawne. To już jest… – urwał, szukając w jej twarzy choćby śladu zawahania się, jednak nic nie znalazł. Było tam tylko skupienie i chłodna konsekwencja.

– Na miejsce – rozkazała. – Natychmiast. Wracaj do bicia!

Stał jeszcze przez chwilę, jakby coś w nim się szarpało, ale w końcu – powoli – znowu odwrócił się, mówiąc pod nosem coś, co przypominało przeprosiny. Paulina nie czekała. Uderzyła. Bardzo mocno.

Krzyknął. Kolejne uderzenie było jeszcze mocniejsze.

– Nie! – krzyknął nagle, odskakując i chwytając się za pośladki. – Dość! Dość z tym teatrzykiem! Co ty odpierdalasz?! Jesteś walnięta, wariatko!

Zrobiła krok w jego stronę. Nie podniosła głosu. Nie zmieniła wyrazu twarzy. Ale jej spojrzenie było lodowate.

– Ubierz się. I wyjdź.

Adam stał bez ruchu, z szeroko otwartymi oczami, jakby próbując jeszcze coś powiedzieć, ale nie potrafił wydobyć z siebie słowa. W jej oczach nie było litości. Tylko cisza i decyzja, której nie miał szans już zmienić.

– Powiedziałam, wyjdź!

Głos Pauliny był niski, wyjątkowo spokojny. Ten spokój był gorszy niż krzyk. Adam czuł to natychmiast — to była cisza kogoś, kto już podjął decyzję. Próbował coś jeszcze powiedzieć.

– Paulina ja tylko… Nie chciałem cię obrazić. Posłuchaj mnie chwilę, ja…

– Nie. Nic mnie już nie interesuje. Wyjdź, proszę.

W jej głosie nie było przestrzeni na dyskusję. Tylko decyzja. Jego rzeczy: spodnie, bokserki i buty leżały rozrzucone na podłodze. Klęknął i zaczął je chaotycznie zbierać, walcząc z piekącym bólem, który przy każdym ruchu przypominał mu o tym, co się stało. Palce mu drżały, but wypadł z dłoni. Nie potrafił skupić wzroku, jakby wszystko wokół było nagle zbyt jasne, zbyt głośne, zbyt bliskie.

– Paulina, proszę… – zaczął jeszcze raz, już bardziej zdesperowany. – Przepraszam. Naprawdę. Ja… ja cię kocham, ja tylko próbuję…

Odwróciła się do niego powoli. Patrzyła z tak lodowatą obojętnością, że słowa same zamarły mu w gardle.

– Nie interesuje mnie twoje kocham. – Jej ton był suchy jak szkło. – Nie interesują mnie twoje intencje, tłumaczenia, żale. Już nie.

Z grymasem bólu na twarzy wciągnął spodnie. Włożył buty i kurtkę. Wciąż próbował:

– Chcę tylko to wyjaśnić. Proszę cię… powiedz mi, co mam zrobić, żeby… Ja tylko chciałem powiedzieć, że to nie było normalne…

I wtedy padły te słowa. Powiedziane tak, że zabrzmiały jak klątwa.

– Wypierdalaj. Z mojego domu. Z mojego życia. Natychmiast.

Zrobiła krok w jego stronę, wskazując mu drzwi. Poczuł, jakby coś uderzyło go prosto w splot słoneczny. Stał chwilę w bezruchu, zdezorientowany, jakby jego ciało próbowało odmówić wykonania tego jednego prostego polecenia.

– Paulina… proszę. Ja cię nie chcę stracić.

– Już mnie straciłeś. – Jej głos ani na moment nie zadrżał. – Wyjdź!

Odwróciła się tak, jak odwraca się od hałasu, który nie ma znaczenia. Jakby przestał istnieć. Stała tyłem, w milczeniu, skupiona na nerwowym poprawianiu zegarka. Szarpnął klamkę. Zanim zamknął za sobą drzwi, spojrzał na nią jeszcze raz, w ostatniej nadziei, że odwróci głowę. Nie odwróciła. Gdy drzwi zamknęły się z głośnym uderzeniem, mieszkanie natychmiast ucichło, jakby ktoś wyłączył całe tło dźwiękowe jej życia. Ciało miała napięte do granic, ramiona uniesione tak, jakby jeszcze próbowała zachować kontrolę, choć ta już od dawna wymykała się jej z rąk. Dopiero po kilku sekundach rzuciła kabel na podłogę i ruszyła przed siebie, powoli, bezwiednie, jakby poruszała się przez gęsty, obcy krajobraz.

Przekręciła zamek w drzwiach, poszła do sypialni i opadła na łóżko. Skuliła się, podciągając nogi, a twarz wcisnęła w dłonie. I wtedy emocje, dotąd spięte i zduszone, przerwały tamę. Płakała długo i ciężko, tak jak nie płakała jeszcze nigdy. Bez kontroli, bez hamowania, bez świadomego oddechu. Jej ramiona drżały, a oddech rwał się w nierównych, bolesnych seriach. Łzy spływały z policzków na pościel. Czuła, jak każdy kolejny wstrząs rozrywa w niej coś, co wcześniej wydawało się stabilne, nienaruszalne. Wspomnienia ostatnich minut wracały falami – chaotycznie, boleśnie. Nie to, że go wyrzuciła i w praktyce zerwała z nim. Najgorsze były słowa, które wypowiedział w swojej bezradności, może głupocie, może strachu a może nieświadomie. „Wariatka”. „Nienormalna”. Poczuła, jak kolejne łzy wymykają się spod powiek, ostrzejsze niż poprzednie. To były ciosy w najgłębszą część jej tożsamości, w to, co latami ukrywała, co pozwalała ujrzeć tylko jemu, w tę część siebie, która jest intensywna, wymagająca, nieoczywista. Zranił ją jako kobietę, która kocha inaczej, głębiej, mocniej, poprzez zadawanie bólu i cierpienia. A on to odrzucił.

Leżała tak długo, aż płacz zaczął słabnąć. Nie dlatego, że pojawił się spokój – lecz dlatego, że ciało nie mogło już więcej. Oddech stał się wolniejszy, stabilniejszy. Powoli odsuwała dłonie od twarzy, choć policzki wciąż były mokre, a rzęsy sklejone. W ciszy, która wróciła do pokoju, pojawiło się miejsce na pierwszą myśl. Nie była wcale spokojna. Była zimna, twarda i bolesna. Przez dłuższą chwilę leżała na boku, oddychając już równo, wpatrzona pustym wzrokiem w przestrzeń przed sobą. W głowie pojawiały się kolejne refleksje: o tym, że próbowała stworzyć z nim świat, którego nie zrozumiał; o tym, że pragnęła w nim siły, której on nie potrafił zbudować; o tym, że być może myliła wrażliwość z gotowością. W końcu odetchnęła głębiej. W spojrzeniu, które powoli wracało na jej twarz, można było dostrzec cień determinacji. Ból przestawał być chaotyczny — układał się w coś ostrzejszego, bardziej uporządkowanego, w myśl o przyszłości, która musi wyglądać inaczej. W świadomość, że jeśli chce pełni, nie może brać byle namiastki. Że potrzebuje kogoś, kto nie będzie uciekał, nie będzie się bał jej intensywności, jej natury, jej sadyzmu, jej dominacji. Kogoś, kto ją uniesie. A może nawet – kto ją pochłonie równie mocno, jak ona pochłania innych. W końcu wyszeptała, ciągle szlochając:

– Nie jestem wariatką… Nie jestem…

Jej głos był ochrypły od płaczu. Leżała jeszcze chwilę w ciszy, zanim powoli, bardzo powoli, zaczął w niej kiełkować pewien rodzaj spokoju – ten, który nie wynika z pogodzenia się, lecz z decyzji, by iść dalej.

288
9.44/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 9.44/10 (6 głosy oddane)

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.