Wilczyca (XVII)

23 stycznia 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

26 min

Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!

Wakacje Pauliny – od wypadu ze znajomymi na Mazury, wakacyjną pracę, program studencki w Niemczech, po wspólny czas spędzony z Andrzejem w Hamburgu.

Rozdział XVIII – Studenckie wakacje

Mazury / Sopot – czerwiec / lipiec 2008


Zaczęły się wakacje. Paulina dała się namówić na prawie dwutygodniowy wypad z koleżankami z roku do niewielkiego domku na Mazurach. Przekonało ją głównie damskie towarzystwo i fakt, że poza nimi miało być tylko dwóch chłopaków — obaj już zajęci, bez potencjału na niepotrzebne napięcia. Nie miała ochoty ani na wakacyjne romanse, ani na cokolwiek, co wymagałoby tłumaczeń lub kompromisów. Wiedziała już, czego oczekuje od mężczyzn i miała coraz silniejsze poczucie, że tylko Andrzej potrafi jej to teraz dać. Z koleżankami nie łączyła jej żadna szczególna bliskość. Była to raczej luźna znajomość z wykładów i ćwiczeń, oparta na codziennej uprzejmości i wspólnych doświadczeniach studenckiego życia. A jednak ucieszyła się z tej propozycji. Doceniła ją — szczerze, bez ironii — jako okazję do wyjazdu, zmiany otoczenia.

Było prosto i sympatycznie, zaskakująco fajnie. Po kilku dniach opalania się, dojechał chłopak jednej z koleżanek — zapalony żeglarz. Mieli zarezerwowany niewielki jacht, a on od pierwszej chwili ogłosił się kapitanem i z właściwą sobie swadą przejął dowodzenie nad żeńską załogą. Drugiego z chłopaków mianował swoim zastępcą, co przypieczętował krótkim, uroczystym uściskiem dłoni. Uczył je podstaw żeglowania, wydawał komendy z nieco przesadnym patosem, pozwalał sterować. Śmiał się głośno, gdy wiatr nagle zmieniał kierunek, a dziewczyny zaczynały panikować. Paulina próbowała co jakiś czas, półżartem, podważać ten pokładowy patriarchat — rzucała ironiczne uwagi, proponowała demokratyczne głosowanie. Reakcja była natychmiastowa: groźba wyrzucenia buntowniczki za burtę i ostrzeżenie, że jezioro jest zimne, a rewolucjoniści pierwsi idą do wody. Wieczorami siedzieli na tarasie domku, rozmawiali, pili piwo i dużo śmiali się.

Po powrocie zatrudniła się w jednym z nadmorskich barów — tym samym, w którym pracowała latem przez ostatnie dwa sezony. Znała to miejsce, ludzi, tempo pracy. Chciała popracować do połowy sierpnia i odłożyć trochę pieniędzy. Wiedziała, że w drugiej połowie miesiąca wyjedzie do Niemiec, na jeden z uczelnianych programów i zamieszka u niemieckiej rodziny. Na razie jednak nie zaprzątała sobie tym głowy. Teraz liczyło się lato, praca i piękna pogoda. W tym czasie jej relacja z Andrzejem rozwijała się powoli, ale wyraźnie. Spotykali się od czasu do czasu — nieregularnie, często w przerwach między jej zmianami w pracy, a jego obowiązkami zawodowymi. Każde spotkanie miało jednak w sobie intensywność, skupienie, coś na kształt wspólnego rytmu. Paulina odzyskiwała pewność siebie. Zaczynała co raz lepiej rozumieć, że to, co kiedyś brała za impuls albo chwilową fascynację, było po prostu częścią jej natury.

Andrzej pozostawał sobą: uważny, elegancki, powściągliwy. Traktował ją z szacunkiem, bez teatralnych gestów, ale z wyraźnym podziwem. Zachwycał się nią — urodą, sposobem poruszania się, tym, jak potrafiła być jednocześnie zdystansowana i obecna. Te słowa nie brzmiały jak komplementy; raczej jak potwierdzenia faktu. Z czasem zaczął przynosić drobne upominki. Nic nachalnego — perfumy, książkę w pięknej oprawie, pończochy, a raz nawet, długie skórzane rękawiczki. Mówił, że po prostu je zobaczył i od razu pomyślał o niej. Paulina przyjmowała to z wdzięcznością, ale po którymś razie zatrzymała go spojrzeniem. Powiedziała spokojnie, bez pretensji, że nie chce czuć się jak czyjaś utrzymanka. Że pracuje, zarabia, chce mieć poczucie równowagi. Że prezenty są miłe, ale tylko wtedy, gdy nie budują zależności. Andrzej przyjął to bez urazy. Skinął głową, zrozumiał. To jeszcze bardziej ją do niego przekonało. Zaczynała doceniać go nie tylko jako partnera w tej szczególnej, intymnej przestrzeni, którą wspólnie odkrywali, ale jako człowieka — dojrzałego, czułego, uważnego. W jego obecności było coś rzadkiego: spokój, który nie domagał się niczego w zamian, a w jego oddaniu — cisza, w której mogła być sobą.

Tuż przed jej wyjazdem do Niemiec postanowili ponownie spotkać się „w klimacie”. Był upalny lipcowy dzień, powietrze stało w miejscu, a miasto męczyło nawet nocą. Tym razem Paulina dała się namówić na wyjazd do jego domku na wsi. Miejsce zaskoczyło ją od razu. Dom był elegancki, w skandynawskim stylu, dobrze zaprojektowany — jasne drewno, duże okna, wyważone proporcje. Ogród zadbany, rozległy, osłonięty od innych działek tak skutecznie, że miało się wrażenie całkowitego odcięcia od świata. Cisza była tu inna niż w mieście: głębsza, prawdziwsza. Pierwszego dnia po przyjeździe siedzieli pół nocy przy ognisku. Ogień dawał miękkie światło, rozmowa płynęła wolno, bez pośpiechu. Mówili długo — o jej studiach, o planach, o rzeczach, które zwykle zostają niedopowiedziane. Andrzej masował jej stopy, jakby to było naturalnym przedłużeniem tej rozmowy, a nie zaproszeniem do czegokolwiek więcej. I wtedy Paulina nagle zmieniła ton. Powiedziała, że granice między nimi zawsze były dorozumiane, ale teraz czuje potrzebę, by je jasno zdefiniować. Powiedziała mu, że nie może liczyć na żaden kontakt intymny z nią — nie teraz, nie w tej relacji nie w tym świecie. Że nie wolno mu o to nawet prosić, ani dotykać ją bez pozwolenia. Że jest jej poddanym, a nie kochankiem.

– Jestem twoją panią, a nie kochanką – powiedziała lodowato.

Te słowa uderzyły w niego mocniej, niż się spodziewała. Zobaczyła to w jego twarzy, w nagłym skupieniu, w sposobie, w jaki wziął oddech. Długo w nim rezonowały — jak coś, co wreszcie nazywa to, co on i tak od dawna czuł i szanował. Potwierdził bez wahania, że to dla niego najnaturalniejsze. Że właśnie tak to rozumie i że uszanuje jej decyzję.

Następnego dnia długo odsypiali nocną rozmowę. Potem wyszli na spacer. Miała na sobie letnią sukienkę i białe sportowe buty. Słońce było wysoko, ścieżka prowadziła między polami i drzewami. Szedł obok niej w ciszy podziwiał jej zgrabne, umięśnione nogi. Gdy wrócili do domku, zatrzymała się nagle. Podeszła bliżej i wyszeptała mu do ucha jedno zdanie — krótkie, jednoznaczne. Chciała, żeby się rozebrał. Nie było w tym pośpiechu ani nerwowości. Sięgnęła po trzcinki, jakby robiła coś, co od dawna było zaplanowane. Tym razem nie uciekła. Andrzej krzyczał naprawdę głośno — dźwięk niósł się po ogrodzie i ginął w letnim powietrzu. Nie cofnął się. Nie poprosił, by przestała. Zauważyła to i doceniła. Gdy wreszcie skończyła, spojrzała na niego z uznaniem. Z czymś, co nie było ani litością, ani triumfem. Przytuliła, pozwalając, by napięcie z niego zeszło, a potem pomogła położyć na brzuchu. Jej dotyk był teraz delikatny, uspokajający. Zdezynfekowała rany, jak ktoś, kto bierze odpowiedzialność za to, co zrobił. Mówiła do niego spokojnie, cicho, aż jego oddech znów się wyrównał. Gdy doszedł do siebie uklęknął przed nią, wciąż nagi. Zaczęła go stymulować bosą stopą i już po niespełna trzech minutach napięcie w końcu pękło — szybko, gwałtownie, jakby ciało wreszcie dostało pozwolenie na ulgę. Nie było w tym wstydu, tylko bezbronna reakcja na wszystko, co wcześniej przyjął. Potem pozwoliła mu oprzeć czoło na kolanach. Byli szczęśliwi.


Schwerin – sierpień / wrzesień 2008

 

W czasie wakacji studenci germanistyki wyjeżdżali w ramach uczelnianego programu do Niemiec. Paulina śmiała się, że jeśli miejsca były losowane, to los najwyraźniej nie miał dla niej najlepszych kart, a fortuna postanowiła zachować dystans. Marzyła o Bawarii i Monachium, o piwiarniach, górach na horyzoncie i tym szczególnym porządku, który zawsze ją tam pociągał. Ewentualnie widziała się we Frankfurcie — szybkim, nowoczesnym, albo przynajmniej w Lipsku, z jego studencką energią, muzyką i historią wyczuwalną na każdym rogu. Nawet Stuttgart czy Kolonia wydawały się sensownym kompromisem. O Freiburgu nie śmiała marzyć. Tymczasem trafiła do Schwerina — miasta w Meklemburgii, formalnie stolicy landu, w praktyce miejsca, które sprawiało wrażenie odległego od wszystkiego.

– Jeśli to był los – żartowała przed wyjazdem – to raczej ten złośliwy. Bo to nawet nie jest prowincja. To jest prowincja prowincji. Jeden plus, że w miarę blisko.

Ojciec początkowo chciał ją odwieźć na miejsce. Uważał, że tak będzie bezpieczniej, rozsądniej, bardziej po bożemu. Paulina jednak uparła się, że poradzi sobie sama. Po kilku rozmowach przekonała go w końcu. Swojego Fiata zostawiła pod domem rodziców. To oni odwieźli ją na dworzec. Pożegnanie było krótkie, bez zbędnych dramatów. Pociąg ruszył punktualnie. Najpierw Berlin. Jechała jednym z międzynarodowych składów. Kilka godzin patrzenia przez okno, zmieniający się krajobraz, krótkie rozmowy w przedziale, zapach kawy z wagonu restauracyjnego. Do Berlina przyjechała na Ostbahnhof — to tam kończył bieg pociąg z Polski. Dworzec był duży, nowoczesny, pełen ruchu i języków, które mieszały się w jeden, ciągły szum. Miała sporo czasu. Wsiadła w S–Bahn w stronę stacji Berlin Hauptbahnhof. Kilka przystanków, szybki przejazd przez środek miasta, widoki zza okna, które migały zbyt krótko, by je zapamiętać. Dworzec robił wrażenie — ogromna, przeszklona konstrukcja, pełna światła, przestrzeni i ludzi w drodze. Miała jeszcze trochę czasu przed odjazdem regionalnego pociągu do Schwerina. Zeszła na poziom ze sklepami i bez większego namysłu sięgnęła po Ritter Sport i Haribo. Dopiero przy kasie uświadomiła sobie ironię. Uśmiechnęła się pod nosem. Jedyna słuszna czekolada dla mnie — pomyślała. W końcu nazwisko zobowiązuje.

Pociąg do Schwerina odjechał punktualnie. Regionalny skład był wyraźnie luźniejszy niż międzynarodowy pociąg, którym przyjechała z Polski. Siedzenia wygodniejsze a ludzie mówili ciszej. Im dalej na północ, tym więcej zieleni, jezior i niskiej zabudowy. Świat wyraźnie zwalniał. Dojechała na Schwerin Hauptbahnhof — niewielki, schludny dworzec, zupełnie inny niż berlińskie kolosy. Gdy wysiadła na peron z plecakiem zarzuconym na ramię, od razu zobaczyła pana Wirtza czekającego nieco z boku, z kartką w dłoni i uważnym spojrzeniem. Resztę tej historii Manfred lubił później opowiadać sam — najpierw żonie, potem synom, a na końcu sąsiadom i chyba wszystkim możliwym kolegom przy piwie. Zawsze zaczynał tak samo: od tego, że z pociągu wysiadła dziewczyna o urodzie modelki, z plecakiem prawie większym od niej, który niemal ją przygniatał. Stała na peronie trochę niepewnie, rozglądała się uważnie. Opowiadał, że pomachał do niej, a ona zapytała, czy jest panem Manfredem Wirtzem. Odpowiedział, że tak, ale dodał, że chyba pomyliła pociągi, bo to Schwerin, a ona powinna była dojechać do Paryża. Podkreślał przy tym, że wcale się nie speszyła — spojrzała na niego spokojnie i odparła, że jest tylko skromną studentką, przyjechała się uczyć, a nie pozować do zdjęć. Za każdym razem, gdy Wirtz dochodził do tego momentu, Paulina kręciła głową, śmiała się cicho i próbowała go uciszyć, mówiąc, że przesadza. Ale robiła to bez prawdziwego sprzeciwu — raczej z tym przyjemnym zawstydzeniem, które zdradzało, że ta historia jednak jej się podoba. Prawie od razu polubiła go — za jego zaskakującą bezpośredniość, ciepło i szczególny rodzaj życzliwości.

Wieczorem siedziała już na wąskim łóżku w małym, schludnym pokoju gościnnym. Patrzyła na równo ustawione meble, jasne zasłony w oknie, neutralne kolory ścian. Wszystko było na swoim miejscu, aż do przesady. Musiała przyznać — choć niechętnie — że warunki miała bardzo dobre. Pokój był czysty, spokojny, niemal sterylny w swojej niemieckiej poprawności. Wysłała krótką wiadomość do rodziców, odłożyła telefon na stolik nocny i położyła się, patrząc w sufit. Była daleko od wszystkiego, co znała. I choć wciąż miała poczucie, że Schwerin nie będzie jej miastem marzeń, coś w tym miejscu zaczynało ją intrygować. Rodzina Wirtzów była typowo niemiecka w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pani Ingrid urodzona jeszcze przed wojną, zorganizowana i pragmatyczna, prowadziła dom z cichą konsekwencją kogoś, kto całe życie opierał się na porządku. Gotowała solidnie, bez kulinarnej fantazji, ale wszystko miało swój rytm i miejsce. Obiad był zawsze o tej samej porze, serwetki równo złożone, a na stole świeże kwiaty w wazonie. Oboje z mężem przez wiele lat pracowali jako nauczyciele w Berlinie Wschodnim. Po przejściu na emeryturę przenieśli się do Schwerina — do domu po jej rodzicach. Budynek był stary, typowy dla tej części Niemiec — solidna cegła, stromy dach, wąskie schody, zadbany ogród i cisza, która zapadała zaraz po zmroku. Tu życie było spokojniejsze, wolniejsze, pozbawione miejskiego napięcia. Dokładnie tego szukali po latach pracy. Ale to pan Manfred zaskoczył Paulinę najbardziej. Emerytowany nauczyciel języka niemieckiego, ponad siedemdziesięcioletni mężczyzna, mówił czystym Standarddeutsch, bliskim językowi scenicznemu — bez dialektu, bez regionalnych odchyleń leksykalnych. Jego wymowa była jednak twarda, północna, pozbawiona melodyjności południowych Niemiec, ale za to niezwykle klarowna. Każde słowo było wyraźne, dokładnie osadzone, jakby wciąż stał przed klasą.

– Wiesz, Paulina – mówił z błyskiem w oku – jeśli nauczysz się mówić standardem, bez dialektu, zrozumie cię każdy Niemiec. I żaden nie zapyta, skąd jesteś.

Rzeczywiście — gramatycznie i leksykalnie Paulina mówiła już bezbłędnie. A jednak, ku jego cichej satysfakcji, w jej wymowie szybko zaczęło pobrzmiewać coś jeszcze: lekka północna twardość, oszczędna intonacja, subtelny rytm Meklemburgii. Nie dialekt — raczej cień miejsca, w którym akurat żyła. Manfred zauważał to od razu, ale nigdy jej nie poprawiał. Uważał, że to naturalne. Standard otwiera drzwi — a akcent zdradza drogę, którą się przyszło. Ćwiczyli codziennie. Czytali gazety na głos, tłumaczyli artykuły, rozkładali zdania na części pierwsze. Pan Wirtz uwielbiał zadawać jej podchwytliwe pytania gramatyczne i grać w Stadt, Land, Fluss, zawsze z przesadną powagą. Wieczorami siadali przy kuchennym stole i analizowali frazeologizmy, idiomy, różnice regionalne. Paulina chłonęła wszystko z intensywnością, która go wyraźnie cieszyła. W krótkim czasie, gdy akcent stał się niemal lokalny, Ingrid śmiała się, że brzmi jak dziewczyna z sąsiedztwa i dodawała, że z tymi blond włosami jest wręcz nie do odróżnienia.

Synowie Wirtzów dawno wyjechali z domu. Starszy, Maximilian — zwany po prostu Maxem — skończył architekturę w Berlinie, ale osiadł w Stuttgarcie. Pan Wirtz opowiadał o nim z rozbawieniem, podkreślając, że ożenił się z katoliczką, po czym niemal natychmiast zastrzegał, unosząc dłonie w geście obronnym, że oczywiście absolutnie nic do tego nie ma. Dodawał jednak, półżartem, że trudno o większy kontrast niż chłopak ze wschodu mieszkający w Badenii–Wirtembergii. Zniżając głos, jakby zdradzał sekret, wspominał, że synowa ma na imię Katharina i jest bardzo miłą, porządną dziewczyną — tylko z zupełnie innego świata. Paulina uśmiechała się, a on, zachęcony jej uwagą, wracał pamięcią do ich pierwszego spotkania. Opowiadał, że gdy przyjechała do nich po raz pierwszy, żona zrobiła kartoffelsalat taki, jaki — jego zdaniem — powinien być: z majonezem. Katharina spróbowała, po czym zupełnie poważnie zapytała, czy w domu jest ocet. Max miał wtedy tylko westchnąć. Okazało się bowiem, że na południu kartoffelsalat podaje się na ciepło i z octem, a majonez uchodzi tam niemal za kulinarną egzotykę. Paulina parsknęła śmiechem, a Manfred, zachęcony jej reakcją, dorzucał kolejne przykłady. Opowiadał o południowych zwyczajach powitalnych, o tym ich wszechobecnym Grüß Gott, które padało przy każdej okazji. Wspominał, że Ingrid przez pierwszy dzień zupełnie nie wiedziała, co na to odpowiadać, zanim zrozumiała, że to po prostu sposób witania się, bez dodatkowych znaczeń. Dodawał, że Max twierdził, iż z czasem się do tego przyzwyczaił. Z kolei młodszy syn, Johannes, pracował w niemieckiej ambasadzie w Australii i miał żonę z Nowej Zelandii. Pan Wirtz śmiał się, że dalej już naprawdę nie dało się wyjechać Opowiadał, że byli tam w odwiedzinach: daleko, ale pięknie — strasznie pięknie.

Paulina słuchała tych opowieści z lekkim zaskoczeniem, uderzona otwartością swojego gospodarza. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie byłego nauczyciela z NRD — bardziej zamkniętego, surowego, ostrożnego w słowach. Tymczasem Manfred Wirtz okazywał się człowiekiem ciekawym świata i ludzi, z wyraźną radością opowiadania o własnych doświadczeniach.

Pewnego dnia, kiedy szła pobiegać, pan Wirtz zapytał, czy mógłby się do niej przyłączyć. Zaskoczyło ją to — znała jego wiek, widziała lekko zaokrąglony brzuch i przez chwilę nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć. Z grzeczności jednak nie zaprotestowała. Manfred miał jednak zupełnie inny plan. Zniknął w garażu, po chwili wyprowadził stary, ale zadbany rower, dopompował koła i stwierdził z zadowoleniem, że trochę ruchu nikomu nie zaszkodzi. Od tamtej pory ona biegała, a on towarzyszył jej na rowerze, pedałując spokojnie obok, komentując pogodę albo opowiadając anegdoty o sąsiadach, których właśnie mijali. Przez resztę jej pobytu byli niemal nierozłączni. Manfred zabierał ją na długie trasy wokół jezior, pokazywał okolicę, a raz zaprosił ją nawet na piwo do swojej ulubionej knajpki, gdzie z nieukrywaną dumą przedstawił ją kolegom jako „swoją studentkę z Polski”. Ingrid, gdy wychodzili, rzuciła jeszcze z kuchni, że ma go pilnować — dwa piwa i do domu. Paulina potraktowała to zaskakująco serio. Kiedy próbował zamówić trzecie, bez wahania pokręciła głową. Śmiał się potem, że on ją uczy niemieckiego, a ona trzyma z jego żoną.

Pod koniec sierpnia przyjechał Max — starszy syn Wirtzów — razem z żoną i trójką swoich chłopców. Narzekali na kilometrowe korki i ciągnące się w nieskończoność remonty. Max żartował, że owszem, z Badenii–Wirtembergii jest bliżej do Włoch, ale na letni odpoczynek nie ma nic lepszego niż Bałtyk i wakacje na Rugii. Katharina niemal od razu zaproponowała Paulinie, żeby do nich dołączyła na kilka dni. Tłumaczyła to półżartem, mówiąc, że przynajmniej trochę odpocznie od jej teścia, który z pewnością zdążył ją już zamęczyć, a ona sama nie będzie skazana wyłącznie na męskie towarzystwo. Pojechała z nimi bez wahania. Dni mijały na plaży — w słońcu i wietrze znad morza. Grała z chłopcami w piłkę, a właściwie to oni uczyli ją grać, z powagą oznajmiając, że dziewczyny zwykle nie potrafią, ale ona „może się jeszcze nauczyć”. Śmiała się, biegała po piasku, pochłaniała kolejne bułki ze śledziem, a wieczorami wracała zmęczona i zadowolona.


Gdynia, sierpień / wrzesień 2008

 

Andrzej intensywnie pracował — spotkania zarządu, ważne telefony, decyzje, które musiały zapaść niezależnie od nastroju. Wieczory były samotne, zbyt ciche jak na tempo dnia. W myślach nieustannie pojawiała się Paulina — filigranowa, delikatna, a jednocześnie przerażająco silna. Czuł jej obecność nawet wtedy, gdy jej nie było. Może właśnie wtedy najbardziej. Pozostawali w stałym kontakcie, niemal codziennym. Gadu–Gadu było ich głównym kanałem komunikacji — krótkie wiadomości w ciągu dnia, dłuższe rozmowy wieczorami, kiedy świat zwalniał. Czasem dzwonili do siebie. Zawsze mówił spokojnie, ciepło, bez pośpiechu. Paulina, z natury powściągliwa, coraz częściej łapała się na tym, że czeka na jego głos. Rozmawiali o drobiazgach — o pogodzie nad Bałtykiem, o książkach, o tym, co kto jadł na obiad. Innym razem schodzili głębiej: do marzeń, lęków, granic, które trzeba było nazywać, żeby ich nie przekroczyć. Któregoś wieczoru, wróciła do swojego pobytu na Mazurach, do żeglowania niewielkim jachtem, wiatru na jeziorze i tej szczególnej ciszy, która pojawia się dopiero wtedy, gdy jest się na wodzie. Andrzej zapamiętał to uważnie. Wrócił do tematu kilka dni później, już bardziej konkretnie. Zaczął mówić o fiordach, o swojej fascynacji żeglowaniem po północnych morzach, o ciemnej i chłodnej wodzie, o skałach schodzących prosto do morza. O nowoczesnym, dużym jachcie, o ekskluzywnym biurze podróży.

Paulina słuchała uważnie, ale bez entuzjazmu. Była sceptyczna. Pytała rzeczowo — jak długo miałby trwać rejs, jak to w ogóle sobie wyobraża. Jej ton był spokojny, niemal chłodny, jakby od początku chciała zachować dystans. Andrzej odpowiadał bez nacisku. Mówił, że będzie miała własną kajutę, przestrzeń tylko dla siebie i że to nie przygoda na oślep, lecz przemyślany rejs — piękne widoki, cisza. Dopiero gdy zobaczyła koszt, wszystko się zatrzymało. Powiedziała mu wprost, bez owijania w bawełnę, że absolutnie nie ma mowy, by za nią zapłacił. Nie wybierze się w rejs, którego sama nie byłaby w stanie sfinansować. Nawet nie ma tyle oszczędności, ale też nie pozwoli, by on traktował ją jak kogoś, kogo trzeba utrzymywać. Nie było w tym pretensji ani wyrzutu — raczej stanowczość i zasada, której trzymała się od zawsze. Próbował spokojnie tłumaczyć, że to nie jest kwestia pieniędzy, że to dla niego żaden problem, że chce ją tam zabrać jako swojego gościa i ważną dla siebie osobę, że nie chce nic w zamian. Ona jednak nie ustępowała. Mówiła, że nie chce być ciężarem, że to nie w jej stylu. Była po prostu skromną dziewczyną, która nie chciała go naciągać, nawet nieświadomie.

Musiał długo z nią negocjować. Tłumaczył, że ten rejs i tak by się odbył, że nie zmienia niczego w jego życiu finansowym, a dla niego ważne jest tylko to, by była obok i spędziła miło czas. Mówił, że to zaproszenie, nie zobowiązanie. Że nie musi nic oddawać, niczego kompensować. Że to nie transakcja. Wahała się jeszcze długo. Słuchała. Zadawała kolejne pytania, jakby próbowała znaleźć racjonalny pretekst, by odmówić. W końcu, po jednej z rozmów, powiedziała cicho, że się zgadza. Andrzej był wniebowzięty. Ustalili szczegóły. W połowie września pan Wirtz odwiózł ją na dworzec w Schwerinie. Pożegnanie było ciepłe. Powiedział, że będą razem z Ingrid zawsze miło ją wspominać i nawet trochę tęsknić. Żartował, że żałuje, że ożenił już obu synów a sam też jest związany. Paulina obiecała, że pozostanie z nimi w kontakcie. Wsiadła do pociągu do Berlina. Andrzej czekał już tam na nią na peronie — punktualny, jak zawsze. Stamtąd mieli pojechać razem do Hamburga. Plan był prosty: trzy dni w tym mieście, potem rejs. Dwa tygodnie razem na morzu. Potem wracała na studia. Zaczynał się ostatni rok licencjatu — rok, który miał wiele zmienić.


Hamburg, wrzesień 2008

 

Podczas jednego z długich spacerów po mieście trafili na ogromny, kilkupiętrowy sklep, którego witryna nie pozostawiała wątpliwości co do charakteru miejsca. Światło było przytłumione, a za szybą widać było starannie zaaranżowane ekspozycje — bardziej przypominające galerię niż zwykły sklep. Paulina zatrzymała się odruchowo. Przyjrzała się wnętrzu z wyraźnym zainteresowaniem, po czym spojrzała na Andrzeja pytająco.

– Wejdziemy? – zapytała, jakby chodziło o muzeum albo księgarnię.

Przytaknął bez wahania. W jego oczach pojawił się błysk, trudny do jednoznacznego odczytania — mieszanina podziwu, napięcia i czujnej ciekawości. W środku panował półmrok i specyficzny spokój. Przestrzeń była zaprojektowana z dbałością o detale. Jedno z pięter poświęcono w całości akcesoriom BDSM. Skórzane uprzęże wisiały na metalowych ramach jak elementy rzeźby, pejcze i baty ułożono z niemal muzealną precyzją, kajdanki połyskiwały chłodnym światłem. Wszystko wyglądało solidnie, estetycznie, bez taniej prowokacji. Poruszała się powoli między regałami. Zatrzymywała się, dotykała skóry, przesuwała palcami po paskach, sprawdzając ich fakturę i ciężar. Oceniała wykonanie z uwagą kogoś, kto rozumie różnicę między przedmiotem a narzędziem. Jej twarz była skupiona, spokojna, nie zdradzała emocji. Andrzej szedł kilka kroków z tyłu, obserwując, jak naturalnie czuje się w tej przestrzeni — jakby to miejsce wcale jej nie onieśmielało, a wręcz przeciwnie.

Między półkami panowała cisza, przerywana tylko cichym dźwiękiem kroków i delikatnym brzękiem metalowych elementów. Atmosfera była gęsta, ale nie ciężka. Paulina od czasu do czasu zerkała na niego, jakby sprawdzała reakcję. Zatrzymała się przy jednej ze szklanych gablot, w której było kilka modeli klatek chastity. Przez chwilę przyglądała się zawartości, jakby coś ważyła w myślach, po czym podeszła do Andrzeja. Stanęła blisko. Położyła mu dłoń na torsie i spojrzała spod rzęs.

– Powinieneś to nosić – powiedziała cicho.

– To… ważne dla ciebie? – zapytał po chwili.

Paulina skinęła głową bez wahania.

– Tak, bardzo. Bo to porządkuje role – odpowiedziała spokojnie. – I daje mi pewność. Lubię wiedzieć, że coś jest wyłącznie dla mnie.

– W takim razie postanowione – odpowiedział całując ją w dłoń.

Wybrali razem model — prosty w formie, z czarnego, matowego metalu, solidny, bez ozdobników.

Poszli dalej, w stronę części sklepu, gdzie ekspozycje stawały się bardziej surowe w formie. Ściana była wyłożona ciemnym drewnem, a na metalowych hakach wisiały baty i pejcze — różnej długości, grubości, o odmiennym charakterze. Wszystko uporządkowane, wyeksponowane z niemal rzemieślniczą dumą. Andrzej zwolnił krok.

– Możemy… coś wybrać? – zapytał cicho, jakby nie chciał zakłócić skupienia, z jakim Paulina przyglądała się przedmiotom.

Odwróciła się do niego i uśmiechnęła — lekko, z błyskiem w oczach.

– Możemy.

Podeszła bliżej ekspozycji i zaczęła wybierać. Najpierw sięgnęła po krótki, solidnie wykonany flogger — gęsty, z miękkiej, dobrze wyprawionej skóry, ciężki w dłoni, wyważony. Sprawdziła go, unosząc i opuszczając, jakby testowała narzędzie pracy. Potem dwa singletaile — smukłe, długie, wykonane z ciemnej skóry, proste w formie, bez zbędnych ozdób. Każdy inny: jeden bardziej elastyczny, drugi wyraźnie sztywniejszy.

Wzięła jeden z nich i bez ostrzeżenia musnęła nim Andrzeja po ramieniu. Roześmiała się krótko, niemal dziewczęco.

– W końcu będę miała prawdziwy bat – powiedziała z wyraźną satysfakcją.

Jej radość była zaraźliwa. Andrzej patrzył na nią z uwagą, w której mieszało się poruszenie i podziw. Widok Pauliny tak skupionej, a jednocześnie wyraźnie rozbawionej, działał na niego silniej niż cokolwiek innego w tym miejscu. Poczuł rosnące podniecenie.

Do wybranych batów dołożyli jeszcze kajdanki i wosk. Ale to, co poruszyło ją najbardziej, czekało na końcu. Kiedy tylko weszli na piętro z odzieżą, poczuła przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Skóra, lateks, winyl, koronki – wszystko uporządkowane i perfekcyjnie wyeksponowane. Atmosfera butiku była elegancka, wręcz salonowa – żadnej tandety, żadnego przesadnego kiczu. Odpowiednie światło, spokojna muzyka, zapach skóry w powietrzu.

Przechodziła pomiędzy wieszakami z powoli rosnącym uśmiechem. Zatrzymywała się przy niektórych rzeczach – dopracowanych, dopasowanych gorsetach, długich rękawiczkach, skórzanych sukienkach – ale jej wzrok raz po raz uciekał w stronę jednego z manekinów ustawionych na podwyższeniu w tylnej części sali. Czarny, skórzany catsuit. Gładki, błyszczący, z wysokim kołnierzem i zamkiem. Wyrafinowany, prosty i jednocześnie pełen siły. Paulina podeszła do ekspedientki – młodej kobiety o krótkich, ciemnych włosach i czerwonych ustach.

– Czy mogę przymierzyć?

– Oczywiście. Proszę za mną. Potrzebuje pani pomocy przy zamku?

– Poradzę sobie.

Zasunęła za sobą zasłonę. W przymierzalni było ciepło i cicho. Materiał sunął po skórze gładko, bez oporu. Gdy spojrzała w lustro, zatrzymała się na dłużej. Leżał idealnie — jakby był uszyty na miarę. Obróciła się lekko bokiem, przyglądając się własnej sylwetce, liniom bioder, temu, jak skóra układa się przy każdym ruchu. Uniosła włosy, jakby sprawdzała, jak wyglądałaby z upięciem; odsłonięty kark wydał jej się nagle ważny. W podbrzuszu pojawiło się delikatne mrowienie. Uśmiechnęła się do odbicia. Podobała się sobie. Andrzej czekał na zewnątrz, siedząc na eleganckiej kanapie z purpurowym, welurowym obiciem. Widział tylko zasłonę, ale jego uwaga była całkowicie skupiona na tym, co działo się za nią. Po kilku minutach kotara rozsunęła się. Paulina wyszła powoli, na wysokich czarnych szpilkach, które wzięła z półki, wchodząc do przymierzalni. Zatrzymała się naprzeciwko niego, nie mówiąc ani słowa. Catsuit podkreślał jej sylwetkę z surową elegancją. Poczuł, że na moment zabrakło mu słów. Była zjawiskowa — zmysłowa i powściągliwa jednocześnie. Nie przypominała studentki. Nie przypominała nikogo, kogo znał.

– Jakby był szyty na panią – powiedziała ekspedientka z uznaniem, zerkając na nią uważnie.

Paulina skinęła głową, po czym podeszła bliżej Andrzeja. Spojrzała mu w oczy.

– Za to zapłacę sama – powiedziała spokojnie.

Próbował zaprotestować, uśmiechnąć się, coś wyjaśnić, ale urwał, gdy uniosła wzrok. Jej spojrzenie było chłodne, zdecydowane — bez gniewu, bez wahania.

– To już postanowione – dodała, po czym złagodziła ton, z cieniem ironii. – Najwyżej przez rok będę jeździła do rodziców na obiady i chodziła w tych samych butach.

Uśmiechnęła się krótko. Andrzej tylko przytaknął. Wiedział, że nie ma sensu dyskutować. Wróciła do kabiny. Po chwili wyszła już w swoich codziennych ubraniach — jasna koszulka, lekkie spodnie, sportowe buty. Znów wyglądała jak studentka na wakacjach, trochę niepozorna, trochę zmęczona chodzeniem po mieście. Przy kasie ekspedientka jeszcze raz zerknęła na wybrane rzeczy, potem na Paulinę. Sięgnęła na wieszak i po chwili położyła obok rachunku parę krótkich, czarnych skórzanych rękawiczek.

– To od nas, z podziękowaniem za duże zakupy – powiedziała z półuśmiechem. – I warto chronić tak piękne dłonie. Zwłaszcza, jeśli używa się bata.

Paulina uśmiechnęła się lekko rozbawiona. Skinęła głową w geście podziękowania, bez zawstydzenia, bez kokieterii. Andrzej zauważył, że przyjęła ten komentarz z naturalnością, która znów niemal wytrąciła go z równowagi. Zapłacili. Torby były cięższe, niż się spodziewał. Gdy wyszli ze sklepu, zatrzymała się, podeszła bliżej i pocałowała go w policzek.

– Dziękuję, że mnie tu zabrałeś. Bo zabrałeś, prawda? To nie był przypadek, że szliśmy właśnie tędy – powiedziała uśmiechając się.

– Nic przez tobą nie ukryję.

Przytuliła się do niego jeszcze na moment i powiedziała, żeby poszli coś zjeść.

Wieczorem, w hotelu, nie pozwoliła mu wejść do sypialni, dopóki się nie przygotuje. On w tym czasie rozpakowywał nowo zakupione akcesoria, nie do końca wierząc, że to wszystko dzieje się naprawdę. Kiedy w końcu usłyszał, że może wejść – serce waliło mu jak młot. Stała przy oknie, w catsuicie, na wysokich obcasach, z pejczem w dłoni.

– Podejdź i uklęknij – powiedziała spokojnie, ale twardo.

To była długa, bezsenna noc. Pełna bólu, napięcia i łez, które przychodziły falami — nie tylko z ciała, ale z głowy. Paulina potrafiła balansować między surowością a ciepłem z precyzją, która go zaskakiwała. Jakby doskonale wiedziała, kiedy nacisnąć mocniej, a kiedy odpuścić dokładnie na tyle, by nie pękł. Kiedy był już na granicy, wycofywała się nagle, zostawiając go w zawieszeniu. Chwilę później wracała — spokojniejsza, cichsza — i to działało silniej niż sam ból.

Andrzej miał świadomość, że jest prowadzony. I że chce być prowadzony. Zaskakiwało go, jak trafnie dobierała proporcje: napięcia i ulgi, dystansu i bliskości. Jak potrafiła modulować jego pragnienie, podniecenie i zmęczenie, tak by — mimo obolałego ciała — chciał iść dla niej jeszcze dalej. Była w tym intuicja, ale też coś więcej: atencja. Obserwowała go. Reagowała. Uczyła się go w czasie rzeczywistym. Fizycznie czuł się całkowicie wyczerpany. Mięśnie pulsowały, skóra była poorana śladami od batów, każdy ruch przypominał o tym, co się wydarzyło. A jednocześnie w głowie działo się coś zupełnie innego. Po długich okresach napięcia przychodziły gwałtowne wyrzuty endorfin — naturalnych substancji przeciwbólowych — które przynosiły chwilowe ukojenie, niemal euforię. Do tego dochodziła dopamina: uczucie nagrody, spełnienia, sensu. Ten paradoks — ból i przyjemność jednocześnie — sprawiał, że jego emocje były wyostrzone, niemal krystalicznie czyste.

Kiedy wszystko się skończyło, długo jeszcze klęczał przed nią. Nie z obowiązku. Z potrzeby. Paulina zajęła się nim uważnie, bez pośpiechu. Jej dotyk był ciepły, zupełnie inny niż to co robiła wcześniej. I właśnie ta zmiana — ten kontrast — uderzył go najmocniej. Zrozumiał wtedy, że to nie była tylko noc bólu. To była noc kontroli, zaufania i precyzyjnie prowadzonego doświadczenia. A ona była w tym niesamowita, tak jakby dopiero teraz pokazała mu pełnię swoich umiejętności.


Morze Północne / Atlantyk – wrzesień 2008

 

Jacht o nazwie Nordlys wypłynął z Hamburga o świcie. Nowoczesna jednostka sunęła po Łabie lekko i cicho, jakby nurt rzeki sam ustępował jej miejsca. Był to luksus zaprojektowany z myślą o ciszy i przestrzeni — jasne pokłady z tekowego drewna, panoramiczny salon, kabiny z dużymi oknami, dyskretna, doskonale zgrana załoga. Na pokładzie było piętnaścioro pasażerów: głównie starsi wiekiem zamożni Niemcy, ludzie stateczni, zajęci sobą, książkami, rozmowami prowadzonymi półgłosem. Płynęli na północ, w stronę Norwegii, a potem wzdłuż fiordów. Krajobraz zmieniał się powoli. Woda ciemniała, powietrze stawało się chłodniejsze, a ściany skał rosły z każdym dniem. Nordlis wpływał w wąskie gardła fiordów, gdzie pionowe zbocza opadały prosto do morza, a światło odbijało się od kamieni w sposób niemal nierealny. Paulina była zachwycona. Stała długo przy relingu, z dłońmi opartymi o chłodne metalowe poręcze, wpatrzona w surową geometrię skał. Podobały jej się małe miasteczka — kolorowe domy, porty, kawiarnie nad wodą, krótkie spacery po nabrzeżach. Chłonęła to wszystko spokojnie, bez potrzeby zaliczania atrakcji. Jednego dnia zaproponowano wejście na jedną z najsłynniejszych skał regionu — Preikestolen, monumentalny klif zawieszony wysoko nad fiordem. Spojrzała w górę, wysłuchała opisu trasy i pokręciła głową z uśmiechem.

– Za żadne skarby.

Na jachcie byli też Holendrzy — małżeństwo po czterdziestce, spokojni, z poczuciem humoru i lekkim dystansem do świata. To z nimi Paulina i Andrzej spędzali najwięcej czasu. Wspólne kolacje, rozmowy o podróżach, o miejscach, do których warto wracać. Definiowali się konsekwentnie jako para przyjaciół.

Dni mijały w rytmie morza. Poranki z kawą na rufie. Popołudnia na pokładzie, kiedy jacht sunął niemal bezszelestnie między ścianami skał. Wieczory w cichych zatokach, z nastrojowym światłem i rozmowami, które nie musiały do niczego prowadzić. O jego pozycji w tej relacji przypominał mu tylko jeden, dyskretny element — klatka chastity. Wystarczało. Byli zgodni co do jednego: ten rejs nie był miejscem na intensywność. Był miejscem na równowagę. Andrzej coraz częściej łapał się na tym, że patrzy na Paulinę nie tylko z zachwytem, ale z cichą zależnością. Jej spokój, jej konsekwencja, sposób, w jaki potrafiła być obecna — wszystko to działało na niego silniej niż jakiekolwiek deklaracje. Czuł, że oddaje jej kolejne warstwy siebie, nawet wtedy, gdy nic się nie działo. Dwa tygodnie minęły niepostrzeżenie. Gdy odwiózł ją pod dom, wysiadła z samochodu powoli. Przez chwilę stała jeszcze przy drzwiach, jakby porządkowała myśli.

– Dziękuję za te dwa tygodnie. I… miałeś rację. Gdybyś się tak nie upierał, nigdy bym tego nie przeżyła.

Uśmiechnęła się. Bez wielkich słów. Zabrała plecak, który pomógł jej wyjąć z bagażnika. Nie chciała pomocy przy wniesieniu, a on tylko skinął głową. Patrzył, jak znika w drzwiach, i wiedział, że to, co się w nim zmieniło, nie cofnie się samo. Że to przywiązanie, ta cicha zależność, będą teraz częścią jego codzienności. Za dwa dni zaczynał się rok akademicki.

64
8.17/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 8.17/10 (4 głosy oddane)

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.