Wilczyca (XIX)
30 stycznia 2026
Wilczyca
28 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Rozdział XIX – Poznaj mojego tatę
Trójmiasto, grudzień 2023
Wrócili do domu krótko przed obiadem. Po skończonym posiłku pożegnali się z jej rodziną. Gdy Paulina podjeżdżała pod jego blok zaproponował spotkanie.
– Co powiesz na to, żebyśmy się jutro spotkali? – zapytał z nadzieją w głosie.
– Dziękuję, ale jutro chciałabym odpocząć. Potrzebuję chwili dla siebie.
Skinął głową, akceptując jej decyzję, choć czuł lekkie ukłucie rozczarowania.
– Wiesz, jest jeszcze coś. Bardzo by mi zależało, żebyś jeszcze przed Sylwestrem poznała mojego tatę.
– Tak?
– Tak. Kiedy powiedziałem mu, że spędzam święta z tobą, oznajmił, że koniecznie musi cię poznać. Powiedział to w taki sposób, że… no, po prostu wiem, że to dla niego ważne. I dla mnie też. Może nawet jeszcze bardziej.
Na moment zapadła cisza. Paulina odwróciła wzrok w stronę okna, jakby porządkowała myśli.
– Jeśli to dla ciebie ważne – powiedziała w końcu – to oczywiście, zgadzam się.
– Na pewno znajdziesz czas?
– Tak. Umówmy się z nim jeszcze przed końcem roku
Odetchnął, jakby z jego ramion spadł niewidzialny ciężar.
– Dziękuję – powiedział cicho.
Rozmawiali również o nadchodzącym Sylwestrze. Postanowili, że spędzą go razem, ale nie mieli jeszcze konkretnego pomysłu. Paulinie było to obojętne i oboje zgodzili się, że ponieważ czasu zostało niewiele, mogą spędzić go nawet w domowym zaciszu oglądając koncert w telewizji. Tym bardziej, że jak powiedziała – nie lubiła noworocznych imprez, a przynajmniej będą mogli pośmiać się. Pożegnali się delikatnym pocałunkiem. Czuł ciepło jej ciała, czuł jak jej usta delikatne go dotykają, ale świadomość, że jego własne potrzeby pozostają niespełnione, ciążyła mu coraz bardziej.
Gdy wszedł do domu, jego myśli były już pełne frustracji i rozgoryczenia. Próbował skupić się na czymś innym, ale co chwila wracał do myśli, że Paulina, mimo deklaracji że pamięta o nim, całkowicie go ignoruje. Z drugiej strony wiedział, że na świecie nie ma drugiej takiej kobiety. Była jego największym skarbem, uosobieniem wszystkiego, czego pragnął. Była jego boginią, idealną i nieosiągalną w swojej perfekcji, a jednocześnie tak bliską, że każda chwila spędzona z nią, wydawała się bezcennym darem. Czuł, że to wszystko ma głębszy sens. Była kochaną sadystką, która poznała jego granice chyba lepiej niż on sam. Wiedział, że jej dominacja, jej kontrola nad jego pragnieniami, były ważną częścią tego, co ich łączyło. To właśnie ona sprawiała, że ich relacja była tak intensywna, tak pełna emocji, które nie mogłyby istnieć bez tego delikatnego, a jednocześnie brutalnego balansu władzy, namiętności i okrucieństwa. Każde jej spojrzenie, każdy gest przypominały mu, jak bardzo jest oddany i jak wiele jest w stanie znieść. Choć ból był realny, a frustracja wciąż narastała, wiedział, że nie zamieniłby tej relacji na żadną inną. Paulina sprawiała bowiem, że czuł się żywy jak nigdy dotąd. Czuł, że jego miejsce jest przy niej, niezależnie od tego, jak wiele go to kosztuje.
Rozebrał się powoli, zrzucając ubrania na bok i położył na łóżku. Przez chwilę patrzył w sufit, próbując uspokoić myśli, które wciąż krążyły wokół niej. Dłoń, niemal mimowolnie, przesunęła się w dół, zatrzymując się na klatce, która otaczała jego męskość. Poczuł chłód metalu pod palcami, gładką, zimną powierzchnię, która wydawała się teraz jeszcze bardziej nieprzystępna. Klatka była ciasna, przypominała mu o jego ograniczeniach – tych fizycznych i tych emocjonalnych. Każdy dotyk przypominał, jak bardzo jego ciało zostało zamknięte, jak bardzo jego pragnienia zostały zduszone. Czuł lekkie napięcie, jakby ta klatka nieco się zaciskała, mimo że wiedział, że to tylko wyobraźnia. Z każdym głębszym oddechem narastało w nim pragnienie uwolnienia, ale także świadomość, że to uwolnienie nie przyjdzie zbyt łatwo, że nie zależy już wyłącznie od jego decyzji. Kiedy dłoń poruszyła się delikatnie po powierzchni metalu, poczuł coś więcej niż tylko fizyczne ograniczenie – poczuł mieszankę emocji, odrobinę bólu, dużo frustracji, ale także dziwną satysfakcję. Była to satysfakcja wynikająca z oddania, z poddania się jej woli. Z jednej strony, było to źródło cierpienia, ale z drugiej, coś, co dawało mu poczucie przynależności i celu.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Z lekkim wahaniem sięgnął po urządzenie, które leżało obok na nocnym stoliku. Na ekranie widniała wiadomość od Michała:
Słuchaj brachu, taka sprawa. Wypadli nam znajomi z Sylwestra, a może wy chcecie popłynąć z nami promem? Wiesz, ten co pływa do Szwecji, ale tym razem zacumuje gdzieś na Zatoce. Będą jeszcze inni nasi znajomi, ale są spoko. Zapytaj swojej pięknej kobiety.
Pomysł wydawał się interesujący. Postanowił, że musi to odpowiednio przedstawić. W końcu, to ona będzie decydować, ale przecież Sylwester na promie, z dobrą muzyką i towarzystwem, mógłby być dla nich ciekawym przeżyciem i dobrą alternatywą dla Zenka Martyniuka i Braci Golec. I to mimo tego, że mówiła, że nie lubi takich imprez, wiedział, że koncertów w telewizji nie lubi jeszcze bardziej. Odpisał Michałowi:
Brzmi ciekawie, dam ci znać, jak tylko porozmawiam z Paulinką. Dzięki za propozycję!
Od razu zdecydował się zadzwonić. Kiedy tylko usłyszał głos po drugiej stronie, poczuł, że niepokój trochę ustępuje. Przedstawił propozycję Michała, starając się, by brzmiało to jak najbardziej atrakcyjnie – Sylwester na promie, fajna zabawa, dobre towarzystwo.
Przez chwilę milczała, rozważając pomysł, a on niemal mógł poczuć, jak analizuje wszystkie za i przeciw. W końcu zgodziła się.
– W sumie i tak nie mieliśmy żadnych konkretnych planów, więc czemu nie?
Z ulgą i radością w głosie podziękował jej za decyzję, obiecując, że zadba o wszystkie szczegóły. Kiedy rozmowa dobiegła końca, od razu napisał do Michała:
Jesteśmy na tak! Paulinka się zgodziła. Czekamy na szczegóły!
Michał przeczytał wiadomość i uśmiechnął się pod nosem. Nie spodziewał się, że zgodzą się tak szybko, a raczej, że Paulina zgodzi się. Odkąd ich poznał, było jasne, kto rządzi w tym związku. Kobieta emanowała władzą i pewnością siebie, to ona ustalała zasady, chociaż Łukasz wydawał się być zadowolony z roli, którą dla niego wyznaczyła. Kto by nie był. On sam byłby na pewno, gdyby tylko miał ku temu szansę.
– Tak, jesteście… wy… – powiedział w myślach do siebie, mocno akcentując ostatnie słowo.
Przez chwilę zastanawiał się, jak to jest być z kobietą, która potrafiła w pełni kontrolować sytuację, a jednocześnie roztacza wokół siebie tak wiele uroku. W głębi duszy poczuł ukłucie zazdrości. Ile by dał, żeby być z kimś takim, z kimś, kto potrafiłby przejąć stery w relacji, zaskakiwać, fascynować na każdym kroku. Była dla niego intrygującą zagadką. Widział jak jednym spojrzeniem niemal mroziła Łukasza, który nerwowo próbował robić wszystko, żeby tylko była zadowolona. Nie mógł przestać myśleć o tym, jak wygląda ich życie, jakie emocje kryją się za tą fasadą, którą widział podczas wspólnego weekendu. Było coś w ich relacji, co sprawiało, że chciał przyglądać się jej bliżej i bliżej.
Uśmiech rozszerzył się na jego twarzy, czuł dumę z własnej spostrzegawczości. Od początku przeczuwał, że to związek femdom. Paulina mogła sprawiać wrażenie uprzejmej, nawet przyjaznej, ale kto potrafił patrzeć głębiej, ten widział, że to ona dominuje. A ten kluczyk na łańcuszku? Kumaci wiedzieli, co to oznacza. Michał był dumny, że zalicza się właśnie do tych kumatych, którzy rozumieją takie sygnały. Miał doświadczenie, no dobrze, może to za dużo powiedziane. Nieudane spotkanie z dziewczyną znalezioną w Internecie, jakaś pseudo sesja, z której uciekł po kilku minutach. A w teorii? Był ekspertem. Obejrzał setki filmów, odwiedził niezliczone strony. Niestety, prawie wszystko co wartościowe pochodziło zza zachodniej granicy. Może kiedyś wybierze się do jakiegoś prawdziwego klubu BDSM w Niemczech, a nie brudnej kawalerki na Fordonie.
Przypomniał sobie ich rozmowę. Inteligentna wymiana zdań, pełna dwuznaczności. Ona wiedziała, co sugerował, on wiedział, że ona to rozumie. Była niezwykle przenikliwa. Z każdą myślą czuł, że musi pociągnąć tę rozmowę dalej, wrócić do niej. Może uda mu się zbliżyć. Wiedział, że jeśli kiedyś nadarzy się okazja, zrobi wszystko, by stać się częścią jej świata, choćby miało to oznaczać, że podda się w pełni, tak jak Łukasz. Jednak myśli o niej nie mogły obejść się bez refleksji o jego własnym związku. Anka. Kochał ją, ale to już nie to, co kiedyś. Ich relacja była stabilna i przewidywalna. To właśnie ta przewidywalność zaczynała go coraz bardziej męczyć. Brakowało mu iskry, uczucia niepewności, które teraz odnajdywał w Paulinie. Ostatni weekend, ten na zamku, był jednak zaskakująco namiętny. W głębi duszy wiedział jednak co napędzało jego podniecenie i że nie powinien był porównywać ich do siebie – były tak różne, jak tylko dwie kobiety mogą być. Paulina opanowała jego myśli, sprawiając, że zaczął pragnąć czegoś więcej, czegoś innego. Ten głos w jego głowie, który podsycał fascynację, był coraz głośniejszy zagłuszając tlące się poczucie winy.
W piątkowe popołudnie napięcie w Łukaszu rosło z każdą minutą. Wiedział, jak wiele znaczyło to spotkanie – dla niego, ale i dla obrazu, jaki pragnął, by zobaczył jego ojciec. Był dla niego nie tylko ważną osobą, ale również pewnego rodzaju recenzentem. Wyprowadził się z domu kiedy był jeszcze nastolatkiem, a aktualnie mieszkał z o dwadzieścia lat młodszą partnerką. Mimo wieku wciąż uważał siebie za atrakcyjnego, Łukasz odnosił czasem wrażenie, że prowadzi z nim cichą grę, jakby mówił: popatrz, jestem starszy, a mam ładniejszą partnerkę od ciebie. Ale dziś... dziś jeśli przyjąć jego reguły gry nie miał szans. Kilka minut przed siedemnastą zaparkował pod domem Pauliny. Czuł przyspieszone bicie serca, gdy tylko spojrzał na drzwi, za którymi miała się pojawić. Kobieta, którą chciał dziś przedstawić ojcu, kończyła właśnie ostatnie poprawki makijażu. Wybrała subtelne, ciepłe barwy – satynowy podkład o naturalnym wykończeniu idealnie stapiał się z cerą, nadając skórze świeżość i miękki blask. Delikatny róż jedynie zaznaczał kości policzkowe, a oczy, podkreślone cieniami w odcieniach brązu i cienką, grafitową kreską, zyskały głębię i wyrazistość.
Gdy kosmetyczny rytuał dobiegł końca, sięgnęła po komplet bielizny od La Perla. Czerń koronki była wyrafinowana i zmysłowa. Ten ukryty detal dawał poczucie luksusu i wewnętrznej siły – czegoś, co nosiła wyłącznie dla siebie. Następnie ubrała przygotowaną wcześniej sukienkę od Armaniego – granatową, zapinaną wysoko pod szyją na niewielkie, złote guziki. Dopasowany krój podkreślał smukłą talię, a miękki materiał układał się gładko na biodrach, kończąc się tuż poniżej kolan. Całość była stonowana, elegancka, a jednocześnie przyciągała uwagę dokładnie tam, gdzie trzeba. Na nogi wsunęła jedwabiste rajstopy i wysokie kozaki, wykonane z doskonale wyprawionej, lekko połyskującej skóry. Elegancja bez demonstracji, ponadczasowe dzieło włoskich rzemieślników.
Włosy spięła w gładki kok, odsłaniając szyję. Złote kolczyki i cienki zegarek na skórzanym pasku dopełniały całości, nie konkurując z resztą stroju. Sięgnęła jeszcze po okulary leżące na toaletce. Oprawki były eleganckie, w ciemnym odcieniu szarości przechodzącej w głęboką czerń. Dyskretne szkła korekcyjne osadzone były cienko, bez zbędnego ciężaru, dzięki czemu nie zaburzały rysów twarzy. Założyła je powoli, poprawiając delikatnie na nosie. W tej chwili jej spojrzenie stało się inne – bardziej skupione, chłodniejsze, a jednocześnie niepokojąco atrakcyjne. Okulary pasowały do niej idealnie: podkreślały inteligencję, kontrolę i elegancję, jakby były naturalnym przedłużeniem jej stylu, a nie zwykłym dodatkiem. Na koniec sięgnęła po płaszcz. Długi, czarny, wykonany z miękkiej, szlachetnej skóry, zapinany na rząd starannie dobranych guzików. Jego linia była wyraźnie zarysowana – ramiona mocne, talia subtelnie podkreślona. Kołnierz obszyty był delikatnym futerkiem, podobnie jak mankiety rękawów, co nadawało całości nie tylko elegancji, ale i ciepła. Do płaszcza dobrała rękawiczki – skórzane, idealnie dopasowane, ocieplane i wykończone futerkiem przy nadgarstkach. Chwyciła torebkę – czarną YSL na cienkim, złotym łańcuszku. Przed wyjściem spojrzała jeszcze w lustro. Widziała kobietę opanowaną i nieprzeniknioną. Na jej ustach pojawił się ledwie zauważalny cień uśmiechu. Doskonale wiedziała, jakie zrobi wrażenie. Zamknęła za sobą drzwi i poprawiła kołnierz. Skóra cicho skrzypnęła, gdy uniosła ramiona, futerko przy szyi ułożyło się miękko.
Gdy odwróciła się w jego stronę, Łukasz zamarł. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby zapomniał, co miał powiedzieć. Stał bez ruchu, z dłonią wciąż zawieszoną w pół gestu, wpatrzony w nią z czymś pomiędzy zachwytem a bezradnością.
– Wyglądasz tak, że… że aż kolana same mi się uginają. Naprawdę. W tej chwili powinienem chyba uklęknąć.
Spojrzała na niego spod lekko uniesionych brwi. W okularach jej spojrzenie było jeszcze bardziej skupione, ostrzejsze, niemal prowokujące.
– Co cię powstrzymuje?
Rozejrzał się odruchowo. Uliczka była pusta, cicha, przygaszone światła latarni rysowały długie cienie. Bez słowa podszedł bliżej i opadł na kolana, jakby ten ruch był najnaturalniejszą odpowiedzią. Uśmiechnęła się. Powoli wyciągnęła dłoń i pogładziła go po policzku. Nachylił się i ucałował ją z namaszczeniem, zatrzymując usta na chwilę dłużej, niż wymagałby zwykły gest.
– No, wstawaj już wariacie. Otrzep spodnie.
Podniósł się posłusznie, wciąż patrząc na nią z tym samym, nieco oszołomionym wyrazem twarzy. Dopiero teraz, gdy byli tak blisko, nachylił się i pocałował ją krótko w policzek, jakby sprawdzał, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Przez moment przyglądał się jej twarzy, zatrzymując wzrok na oprawkach.
– Nie wiedziałem, że nosisz okulary…
– Od dawna noszę soczewki – odparła spokojnie. – Przecież wiesz. Musiałeś zauważyć w łazience, ale dziś miałam ochotę na okulary.
Uśmiechnął się pod nosem, wciąż nie spuszczając z niej wzroku.
– Jesteś absolutnie piękna i bosko wyglądasz w tym płaszczu.
Poprawiła oprawki płynnym ruchem. Było w tym geście coś hipnotyzującego – jakby zamknęła jednocześnie tysiąc słów w jednym spojrzeniu zza szkieł.
Otworzył drzwi samochodu. Gdy wsiadała, płaszcz przesunął się po siedzeniu, a czarne kozaki zniknęły pod deską rozdzielczą. Zamykając drzwi poczuł, jak drżą mu dłonie.
Usiadł za kierownicą. Spojrzał raz jeszcze. Była doskonała. Z jej spokojem i pewnością siebie, z wyważoną jak nuta perfum elegancją, stanowiła kontrast do jego rozedrganych emocji.
– Cieszę się, że ci się podobam – powiedziała, nie patrząc na niego. – A teraz jedźmy. Nie chcemy się przecież spóźnić.
Wiedział, że to będzie wieczór, który zapamięta na długo. Nie tylko dlatego, że ojciec pozna Paulinę, ale dlatego, że w tej chwili, obok niego, siedziała kobieta, która potrafiła być zarówno spokojem, jak i burzą. I nigdy nie wiedział, którą wersję spotka jako następną.
Droga mijała spokojnie, choć dla niego każde kolejne skrzyżowanie, każda zmiana świateł była pretekstem, by jeszcze coś opowiedzieć, zapełnić ciszę, której się obawiał. Opowiadał o pracy, o drobnych codziennych sprawach, o znajomych. Mówił spokojnie, choć wewnątrz czuł napięcie.
Gdy dotarli na miejsce, przed wejściem do restauracji czekał już tata Łukasza wraz ze swoją partnerką. Starszy mężczyzna, wysoki, dobrze zbudowany, ubrany w ciemny płaszcz i szalik w stonowanej tonacji, od razu uniósł dłoń w geście powitania, a jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Kobieta stojąca obok – dużo młodsza, jasnowłosa, w beżowym płaszczu i jedwabnej apaszce – miała w sobie ciepło i łagodność, które natychmiast wprowadzały przyjazną atmosferę.
– Cześć, tato! Cześć, Ela! – powiedział Łukasz z wyraźną radością. – Poznajcie, to jest Paulina.
– Paulina, ładne imię. Muszę przyznać, że wyglądasz niezwykle elegancko – odezwał się mężczyzna, zatrzymując na niej wzrok nieco dłużej, niż wymagałaby sama grzeczność.
– Łukasz zawsze miał gust, ale tym razem, jeśli powiem, że przesadził, to i tak będzie za mało.
– Dziękuję, panie Robercie. To bardzo miłe z pana strony.
– Po prostu, Robercie.
Skinęła głową w podziękowaniu, nie dodając nic więcej – wystarczyło spojrzenie, drobne uniesienie kącików ust. Weszli do środka i usiedli przy wcześniej zarezerwowanym stoliku. Kelner pojawił się niemal natychmiast. Paulina zamówiła wodę z cytryną, nie patrząc na kartę.
Rozmowa zaczęła się od banalnych tematów – pogoda, warunki na drodze, święta, plany na Sylwestra. Robert opowiadał o swoim udziale w konsultacjach dotyczących nowego projektu energetycznego, a Ela z ożywieniem dzieliła się wrażeniami z wystawy, którą odwiedziła w ubiegły weekend. Paulina, choć wyraźnie zachowywała dystans, potrafiła zadać właściwe pytanie w odpowiednim momencie – a jej komentarze były trafne, zwięzłe, wyważone. Nie musiała mówić dużo, by być słuchaną. Łukasz w tym czasie dbał, by wszystkim było wygodnie. Wstał, gdy Eli spadła serwetka, zaproponował dolewkę wina, odsunął krzesło, gdy Paulina wychodziła do łazienki. Wszystko to robił jakby instynktownie. Gdy kelner zabrał talerze po przystawkach Robert, popijając swoje wino, spojrzał na kobietę siedzącą naprzeciw.
– Powiedz mi, Paulino – zaczął z uśmiechem – czy Łukasz jest grzeczny? Nie sprawia ci zbyt wielu kłopotów?
Spojrzenie spod delikatnych oprawek okularów spoczęło na rozmówcy z lekkim błyskiem, choć ton pozostał opanowany.
– Cóż, stara się jak może. Ale czasami wymaga delikatnego przypomnienia, żeby trzymać się wyznaczonych ram.
Cisza, która zapadła po tych słowach, trwała zaledwie kilka sekund. Robert roześmiał się serdecznie, nie kryjąc rozbawienia.
– No proszę – powiedział, zerkając z sympatią na syna. – Zawsze miałem nadzieję, że w końcu trafi na kogoś, kto potrafi go ustawić w pionie. Trzymaj go krótko, a będzie chodził jak w zegarku. Taka moja rada.
Ela uśmiechnęła się nie kryjąc rozbawienia.
– Daj spokój, przecież wygląda na bardzo oddanego i wcale nie trzeba trzymać go krótko.
Łukasz tylko się uśmiechnął lekko zmieszany. Czuł na sobie spojrzenie Pauliny, przenikliwe i pełne tej cichej dominacji, której nie trzeba było deklarować słowami.
– Paulina ma swoje metody. A ja staram się jak najczęściej z nią zgadzać, żeby nie musiała ich za często używać.
– Ooo, musisz mi zdradzić te metody, może wykorzystam je na Robercie – rzuciła Ela żartobliwie, dotykając lekko ramienia partnera.
– Metody to jedno, ale klucz tkwi w podejściu. Każda z nas ma w sobie coś, co potrafi zdziałać cuda. Trzeba tylko wiedzieć, kiedy i jak tego użyć.
Rozmowę przerwało pojawienie się niosącego talerze kelnera. Wśród gości zapanowała krótka cisza, przerywana tylko dźwiękiem sztućców.
– A ty, Paulino – odezwał się Robert, odkładając widelec – czym zajmujesz się na co dzień?
– Paulina jest psycholo... – zaczął Łukasz z zapałem, ale jego wypowiedź została uprzejmie, lecz stanowczo przerwana.
– Łukasz, potrafię sama odpowiedzieć – rzuciła, nie odwracając głowy w jego stronę. Jej spojrzenie spoczęło na Robercie.
– Pracuję na Uniwersytecie w Berlinie, na Wydziale Psychologii.
– Ooo – podchwycił Robert z rosnącym zainteresowaniem – a na czym dokładnie polega twoja praca?
– Prowadzę zajęcia ze studentami, a poza tym pomagam ludziom odnaleźć swoje prawdziwe ja – odparła swobodnie, odrywając wzrok od talerza.
– Dzięki mnie odkrywają potrzeby, których wcześniej nie byli świadomi, te, które czasem chowają się głęboko pod warstwą przyzwyczajeń i mechanizmów obronnych. Moi klienci często nie wiedzą, czego tak naprawdę pragną. A kiedy zaczynamy spotkania to cóż... takie spotkanie potrafi zdziałać cuda.
– Wygląda na to, że lubisz swoją pracę. Mówisz o niej z taką pasją – wtrąciła Ela.
– Czy lubię? – powtórzyła spokojnie. – To mało powiedziane. Uwielbiam to, co robię. Możliwość wpływania na ludzi, pomagania im w zrozumieniu siebie i swoich potrzeb. To daje mi ogromną satysfakcję. Zwłaszcza gdy widzę efekty. Gdy ktoś po raz pierwszy mówi, że teraz rozumie, że jest szczęśliwy, w jakiś sposób spełniony. Wtedy wiem, że warto było.
– I, jak sądzę, Paulinka potrafi być w tym bardzo skuteczna – dodał Łukasz z cichym uznaniem.
Zerknęła na niego wzrokiem pełnym zadowolenia. Potem znów zwróciła się do Roberta.
– Skuteczność to coś, na co stawiam. Nie zostawiam rzeczy przypadkowi. Jeśli już coś robię, musi to być skuteczne. I przemyślane.
– Brzmi, jakby twoja praca była pełna wyzwań.
– Zdecydowanie – odpowiedziała, unosząc swój kieliszek z winem. – Ale właśnie te wyzwania sprawiają, że każdy dzień jest wyjątkowy.
Zapanowała krótka, przyjemna cisza. W powietrzu unosił się zapach pieczonej cielęciny, aromatycznego risotto i świeżych ziół.
Po posiłku rozmowa zeszła na lżejsze tematy. Było kilka żartów, wspomnienie wakacji i opowieść Eli o nowym psie sąsiadów, który potrafi szczekać przez całą noc.
Podczas pożegnania, Robert pocałował ją w dłoń.
– Było mi bardzo miło cię poznać. Mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie. A ty Łukasz, dbaj o nią i słuchaj się bo będziesz miał ze mną do czynienia – pogroził synowi palcem, robiąc groźną minę.
– Dziękuję Robercie. Również było mi bardzo miło – odparła z nienaganną grzecznością.
Łukasz pomógł jej założyć płaszcz. Poprawił kołnierz, upewnił się, że futerko przy mankietach dobrze się układa, jakby ten gest był czymś więcej niż zwykłą uprzejmością. Skinęła lekko głową, przyjmując to bez słowa.
Gdy opuścili restaurację i wsiedli do samochodu, przez chwilę panowała cisza. Radio grało coś spokojnego, niemal ambientowego – dźwięk, który nie narzucał się, a jedynie wypełniał przestrzeń. Paulina siedziała wyprostowana, spokojna. Po kilku minutach położyła dłoń na jego udzie. Naturalnie. Jakby to było najbardziej oczywiste miejsce. Głaskała – raz w jedną, raz w drugą stronę. Łukasz zesztywniał na moment, po czym wyraźnie przyspieszył oddech. Skupił wzrok na drodze, ale jego ciało zdradzało wszystko. Reakcja była natychmiastowa, nie do pomylenia. Czuła ją doskonale mimo klatki – i ani na chwilę nie zmieniła rytmu dłoni. W końcu spojrzał na nią kątem oka. Potem jeszcze raz. A potem już nie potrafił ukryć tego spojrzenia – było w nim napięcie, prośba, coś niemal błagalnego.
Odwróciła powoli głowę. Uśmiechnęła się chłodno,
– Jeśli chcesz mogę zdjąć ją nawet dzisiaj, ale muszę dostać coś w zamian.
– Co byś chciała w zamian Paulinko? – zapytał, starając się, by głos brzmiał spokojnie.
W odpowiedzi chwyciła jego dłoń. Delikatnie, ale zdecydowanie. Uniosła ją na chwilę, jakby badała jej ciężar, po czym spojrzała na niego spod rzęs – niewinnie, niemal dziewczęco, w sposób, który był najbardziej zwodniczy.
– Przecież mnie znasz.
Puściła go i znów położyła swoją rękę na jego udzie. Przez chwilę milczał, jakby naprawdę intensywnie zastanawiał się, czym może zrewanżować się. Jechał wolniej, niż wymagała droga. Jej dłoń wciąż spoczywała na jego udzie, poruszała się niemal leniwie – wystarczająco jednak, by dało się ją ignorować.
– To może… – zaczął ostrożnie, z nutą udawanego luzu – zrobię ci masaż stóp?
Rzuciła mu krótkie spojrzenie i zaśmiała się cicho.
– Proszę cię. Masaż stóp i tak byś mi zrobił. Bez żadnych negocjacji, wystarczyłoby moje polecenie i już byś klęczał.
Przełknął ślinę, wyraźnie szukając kolejnego pomysłu. Dłoń Pauliny przesuwała się coraz bliżej rozporka, niemal od niechcenia, jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z efektu, jaki wywołuje.
– To może zrobię ci dobrą kolację? Coś wyjątkowego.
Spojrzała na niego z rozbawieniem.
– Przecież dopiero co byliśmy na kolacji.
– No tak, ale ja miałem na myśli… inny dzień – spróbował się poprawić szybko.
Zaśmiała się cicho i pokręciła głową.
– Nie interesuje mnie inny dzień, Łukaszu.
Zawiesiła na nim spojrzenie.
– Innego dnia i tak zrobisz mi kolację. Taką, jaką będę chciała i kiedy będę chciała.
Jego usta rozchyliły się lekko, jakby chciał zaprotestować, ale wiedział, że nie ma sensu.
– Dobrze… – westchnął. – To… coś innego. Może… zajmę się tobą. Bardziej bezpośrednio.
– Nie – powiedziała po prostu. – Dziś nie mam na to ochoty. Próbuj dalej.
Wypuścił powietrze z krótkim, bezradnym śmiechem.
– Ty naprawdę nie ułatwiasz mi życia.
– A czy kiedykolwiek obiecywałam, że będę?
– To co mam zrobić? – zapytał w końcu, niemal bezradnie, nie odrywając wzroku od drogi.
Roześmiała się cicho. Ten śmiech nie był złośliwy, raczej lekki, jakby naprawdę dobrze się bawiła.
– No, jak nie zgadniesz, to trudno – powiedziała spokojnie. – Będziesz musiał jeszcze poczekać. Z uwolnieniem. I z ulgą.
– Paulinko… – westchnął. – Proszę cię. Chociaż jakaś podpowiedź.
– Już ci podpowiedziałam, że mnie znasz. I że wiesz, czego mogłabym chcieć.
Te słowa trafiły w niego mocniej, niż się spodziewał. Poczuł krótkie, ostre ukłucie gdzieś pod żebrami, a zaraz potem dreszcz, który przeszedł mu po plecach, aż do karku. Przez moment milczał.
– Ból? – zapytał w końcu, ostrożnie, jakby sprawdzał grunt.
– Tak – powiedziała miękko. – Trochę bólu musi być. Mam na to teraz ochotę. Co ty na to?
– A sprawi ci to przyjemność?
Tym razem to Łukasz położył dłoń na jej dłoni. Ostrożnie, jakby sprawdzał, czy mu na to pozwoli. Zaczął delikatnie gładzić kciukiem grzbiet jej rękawiczki, wyczuwając gładką skórę, miękkość futerka przy nadgarstku.
Paulina odwróciła głowę. Spojrzała na niego uważnie, długo, jakby chciała zobaczyć, czy naprawdę rozumie, o co pyta. Jej spojrzenie nie było już chłodne – raczej skupione, przenikliwe. Dłoń nie cofnęła się ani o centymetr.
– Tak – powiedziała cicho.
– W takim razie tak – powiedział w końcu, jakby to słowo miało coś rozstrzygnąć.
– Co „tak”, Łukaszu?
Zawahał się, po czym dodał szybciej, trochę nerwowo:
– No… tak. Zgadzam się.
– Nie – odparła spokojnie. – To tak nie działa. – Musisz mnie poprosić. Dzisiaj masz na to moją zgodę.
Spojrzał na nią, a w jego oczach pojawiło się coś pomiędzy napięciem a bezradnością. Jakby grunt pod nogami powoli mu się usuwał, a on nie bardzo wiedział, gdzie powinien postawić kolejny krok.
– Poprosić…?
– Tak. – Uśmiechnęła się niemal niewinnie.
– Musisz mnie poprosić o to, żebym zdjęła ci klatkę. A w zamian będziesz gotowy pocierpieć dla mnie.
Te słowa zawisły w powietrzu. Poczuł jak coś ściska go w środku. Zrozumiał, że nie chodzi o prostą zgodę czy odmowę. Że właśnie został wciągnięty na dobre w jej grę.
– Ty… ty robisz to specjalnie – powiedział, próbując się uśmiechnąć, ale wyszło to bardziej jak bezradny grymas.
– Oczywiście – odparła spokojnie. – Przecież o tym wiesz. Lubię to.
Ścisnął kierownicę mocniej, po czym znów na nią spojrzał. Jej twarz była opanowana, oczy czujne, usta lekko rozchylone w ledwie widocznym uśmiechu. Czuł, jak każde kolejne słowo, które każe mu wypowiedzieć, odbiera mu resztki kontroli.
– Paulinko, ty naprawdę doprowadzasz mnie do szału.
– Wiem – odpowiedziała łagodnie. – I właśnie dlatego proszę, żebyś zrobił to porządnie.
Milczał przez chwilę, coraz wyraźniej czując, że nie ma już gdzie uciec. Im bardziej próbował się bronić, tym głębiej zapadał w jej reguły. Nabrał powietrza, jakby w oznakach kapitulacji.
– Paulinko, pro...
Nie pozwoliła mu dokończyć. Uniosła dłoń i lekko przyłożyła palec do jego ust.
– Teraz nie. Zrobisz to w domu. Na kolanach.
W tej samej chwili skręcali już w jej ulicę. Zaparkował pod płotem, silnik zgasł. Wysiedli z samochodu i weszli do domu.
Pomógł jej zdjąć płaszcz, delikatnie zsuwając go z ramion. Futrzany kołnierz musnął mu palce. Paulina odłożyła rękawiczki i torebkę na komodę, jakby robiła to odruchowo, bez pośpiechu. Weszli do salonu. I wtedy zdębiał. Na stole leżał czarny bat. Krótki singletail, elegancki w swojej prostocie. Rękojeść była starannie opleciona gładką skórą, zakończona niewielką, dyskretną pętelką na nadgarstek. Trzonek przechodził płynnie w wąski, idealnie wyważony rzemień, który zwężał się ku końcowi.
Końcówka była miękka — ostatnie centymetry rzemienia miały cieńszą, bardziej elastyczną strukturę, jakby skóra została tam specjalnie wypracowana, wygładzona długim używaniem albo świadomie dobrana na etapie wykonania.
Spojrzał na bat, potem na nią. W jego oczach pojawiło się coś pomiędzy niedowierzaniem a lękiem.
– Ty… ty od początku to zaplanowałaś – powiedział cicho. – Wiedziałaś, że to się tak skończy.
Roześmiała się, nie próbując nawet zaprzeczyć. Podeszła i położyła mu dłoń na policzku. Jej spojrzenie było miękkie, ale nie dawało żadnych złudzeń. Nie odpowiedziała wprost na jego słowa.
– A teraz uklęknij. I ładnie poproś mnie.
Uklęknął. Czuł chłód pod kolanami, ale był on niczym w porównaniu z napięciem, które ściskało go od środka. Podniósł wzrok.
Paulina patrzyła na niego z wyraźnym zaciekawieniem. W jej oczach było coś spokojnego, niemal badawczego, jakby obserwowała, dokąd sam dojdzie.
– Paulinko… Proszę cię. Zdejmij mi klatkę. I… proszę, użyj tego bata na mnie.
Przez chwilę nic nie mówiła. Przechyliła lekko głowę, jakby naprawdę się zastanawiała. Ta krótka pauza była dla niego trudniejsza niż jakakolwiek odpowiedź.
– Dobrze – powiedziała w końcu spokojnie. – Rozbierz się.
Spojrzał na nią pytająco, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał.
Klasnęła cicho w dłonie, z wyraźną nutą rozbawienia.
– No już. Szybko. Wszystkie ubrania.
Zaczął powoli rozbierać się, niemal mechanicznie. Serce waliło mu jak młot, dłonie znowu lekko drżały, kiedy odkładał kolejne części garderoby. Każdy ruch potęgował poczucie odsłonięcia, bezbronności, ale i nieuchronności tego, co miało nadejść. Gdy skończył, sięgnęła po leżący na stole bat i zaczęła bawić się nim, obracając rzemień między palcami, jakby sprawdzając jego ciężar, elastyczność. Skóra cicho trzeszczała przy każdym ruchu.
Nie musiała nic mówić. Sama obecność bata w jej dłoniach wystarczała, by Łukasz poczuł, że właśnie przekroczył kolejną granicę – i że zrobił to całkowicie świadomie.
Kiedy rozebrał się i stanął nagi w ciszy salonu, Paulina wskazała mu środek pokoju.
– Tutaj. Lekko się pochyl. Wypnij się.
Zrobił, jak poleciła, czując narastające napięcie, ale też coś w rodzaju dziwnego skupienia. Podeszła bliżej. Najpierw położyła dłoń na jego biodrze, jakby sprawdzała ustawienie, a potem kilka razy klepnęła go otwartą dłonią. Niezbyt mocno – raczej stanowczo, z wyraźną intencją. Przy jednym z ruchów paznokcie lekko wbiły się w skórę, zostawiając po sobie krótkie, ostre ukłucie.
Pochyliła się i szepnęła mu do ucha:
– Nie bój się. To nie będzie takie straszne.
Odsunęła się o krok. Przez chwilę słyszał tylko własny oddech i cichy szelest skóry, gdy bat poruszył się w jej dłoniach. Potem przyszły uderzenia – kilkanaście, jedno po drugim, w równym tempie. Były szczypiące, wyraźnie odczuwalne, ale nie brutalne. Bardziej irytujące niż bolesne, drażniące nerwy, zostawiające po sobie ciepło. Szybko zorientował się, że rzeczywiście wcale nie są takie straszne, jak podpowiadała mu wyobraźnia. Nie musiał nic liczyć, nie musiał się napinać. Z każdym kolejnym uderzeniem napięcie w nim nie tyle rosło, co zmieniało formę – z lęku w coś bardziej znośnego, oswojonego.
Paulina prowadziła wszystko spokojnie, bez pośpiechu, jakby dokładnie wiedziała, gdzie jest granica, której nie zamierza dziś przekraczać. Dla niego było to bardziej doświadczenie kontroli i oddania niż samego bólu – i właśnie to zaskakiwało go najbardziej.
Odłożyła bat na stolik i spokojnie usiadła w fotelu, opierając się wygodnie. Przez chwilę obserwowała go w milczeniu, jakby dopiero teraz naprawdę miała czas, by się nim nacieszyć.
– Zdejmij mi kozaki.
Podszedł i uklęknął przed nią bez wahania. Palce wciąż lekko mu drżały, gdy rozpinał starannie dopracowane zapięcia. Skóra butów ustępowała powoli, odsłaniając jej łydki w eleganckich, gładkich rajstopach. Gdy zsunął buty, ustawił je równo obok fotela, jakby bał się zrobić to niedbale.
– Możesz teraz zdjąć klatkę – powiedziała.
Zamarł na ułamek sekundy. Potem wykonał polecenie. Metaliczny dźwięk zamka był cichy, ale w tej chwili wydawał się nienaturalnie głośny. Niemal w tym samym momencie telefon Pauliny zabrzęczał krótko, ostrzegawczo – aplikacja zasygnalizowała zmianę.
– No proszę – powiedziała z rozbawieniem.
Wyciągnęła nogę i delikatnie trąciła go stopą.
– Spokojnie – dodała miękko. – Jeszcze nic się nie zaczęło.
Stopa cofnęła się powoli, a on pozostał na kolanach, czując wyraźnie, że to, co właśnie dostał, było tylko zapowiedzią. Jeszcze kilka razy musnęła go stopą – lekko, niemal od niechcenia, jakby sprawdzała, jak reaguje. Zobaczyła drżenie, którego nie potrafił już ukryć. Nie było w nim histerii ani strachu, raczej napięcie, skupienie, gotowość.
Spojrzała na niego uważnie.
– Masz wybór – powiedziała spokojnie. – Albo zrobię to moją stopą, albo radź sobie sam.
Zawiesiła głos, po czym skinęła głową w stronę stołu.
– Jeśli wybierzesz moją stopę… – jej spojrzenie na moment zatrzymało się na bacie – …to będzie kosztowało cię jeszcze dziesięć uderzeń. Ale docenię to.
Uniósł wzrok. Przez ułamek sekundy widać było w nim wahanie, ale zniknęło niemal natychmiast.
– Poproszę stopą – powiedział cicho.
Uśmiechnęła się.
– Dobry wybór.
Wstała i sięgnęła po bat. Łukasz szybko wrócił do wcześniejszej pozycji – jakby jego ciało samo pamiętało, co ma zrobić.
Te kolejne dziesięć było inne, bardziej kłujące, drażniące. Nadal do zniesienia, ale wyraźniej zaznaczające swoją obecność. Wyrwał mu się nawet cichy jęk, krótki, niekontrolowany. Usłyszał jej chichot. Wróciła na fotel a on ponownie znalazł się przed nią, klęcząc, z opuszczonym wzrokiem. Przez chwilę panowała cisza. Poruszyła powoli stopą. Najpierw niemal niedostrzegalnie, jakby tylko sprawdzała odległość, kąt, reakcję. Cienki materiał rajstop przesuwał się miękko, z ledwie wyczuwalnym oporem, a każdy ruch był jak wyćwiczony – ani za szybki, ani za mocny. Jej stopa była ciepła, gładka, prowadzona z pełną świadomością efektu, jaki wywołuje. Krótkie, wprawne ruchy, potem pauza. Znów ruch. Znów przerwa. Jakby prowadziła go po cienkiej granicy, celowo nie pozwalając jej przekroczyć zbyt wcześnie – i właśnie dlatego wszystko w nim reagowało natychmiast.
Oddech szybko stał się ciężki, nierówny. Ramiona napięły się, palce same zacisnęły na udach. Całe ciało zdradzało, jak bardzo jest podatny na ten pozornie łagodny kontakt. Napięcie narastało gwałtownie, bez etapu wstępnego – jak coś, co od dawna było gotowe, tylko czekało na sygnał.
Czas przestał mieć znaczenie. Minęła może minuta. Może dwie. Wszystko wydarzyło się szybko, niemal zbyt szybko, jakby jego reakcja wyprzedzała myśl. Paulina szybko cofnęła nogę, jakby odcinała impuls jednym ruchem. Uniósł wzrok – zawstydzony, rozbity, jakby jeszcze nie do końca wrócił do rzeczywistości. Patrzyła na niego rozbawiona.
– Dzisiaj mam dobry humor. Idź do kuchni po gąbkę i papierowy ręcznik.
Zatrzymała na nim wzrok odrobinę dłużej, jakby chciała zapamiętać ten moment.
– Następnym razem – dodała cicho – użyjesz swojego języka do wyczyszczenia podłogi.
Przyglądała mu się w ciszy gdy wycierał podłogę, po czym odezwała się tonem tak neutralnym, jakby mówiła o czymś zupełnie codziennym.
– Chciałbyś mieć zdjętą klatkę również na promie, gdy będziemy na tej noworocznej imprezie? Oczywiście nie cały czas.
– Tak bardzo. Proszę. Też… za dziesięć?
Roześmiała się krótko.
– Mądry chłopiec. Wstań.
Wskazała batem środek pokoju. Posłusznie zajął miejsce. Pierwsze uderzenia były podobne do wcześniejszych – szczypiące, wyraźnie odczuwalne, ale jeszcze do zniesienia. Łukasz zacisnął zęby, był skupiony. Od szóstego nagle zwiększyła siłę. Zaskoczenie było natychmiastowe. Odruchowo spróbował się odsunąć, zasłonić ręką, lecz Paulina była szybsza. Bat dosięgał celu bez problemu, pomimo prób uników. Przy ostatnim uderzeniu rzemień trafił go w dłoń, którą próbował się osłonić.
– Nie. To musimy powtórzyć.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Dłoń pulsowała bólem, ale nie zaprotestował. Wrócił na miejsce.
Ostatnie było jeszcze mocniejsze. Wyraźniejsze. Osunął się na podłogę, cicho jęknął i odruchowo potarł skórę, próbując złapać oddech. Podeszła i stanęła nad nim. Położyła stopę na jego biodrze.
– Nie dramatyzuj. To był przecież miękki bat.
– Łatwo ci powiedzieć. To naprawdę boli.
– Wiem. Dokładnie taki efekt chciałam osiągnąć.
Przesunęła stopę po jego ciele. Jeszcze raz. I jeszcze. Zbliżyła się do penisa i zaczęła delikatnie go pocierać. Oddychał ciężko, próbując się uspokoić.
– Wystarczy – powiedziała po chwili, cofając nogę. – Wstawaj i marsz do łazienki umyć się.
Kiedy skończył podeszła i założyła mu klatkę. W jej spojrzeniu pojawił się błysk.
– A teraz czas, żebyś jechał do siebie. Zanim nabiorę ochoty na więcej. I jeszcze więcej. I będzie naprawdę bolało.
Skinął nerwowo głową. Wiedział, że to nie była obietnica – raczej ostrzeżenie, które należało potraktować poważnie.
– Widzimy się jutro – dodała.
Kiedy wracał do domu, myślał tylko o jednym: ten bat nie był tak straszny, jak sobie to wyobrażał. Chyba że… Paulinie zdarzało się uderzyć mocniej. Wtedy było ciężko. Bardzo. Moja kochana sadystka.
Torment
Jak Ci się podobało?