Wilczyca (XVIII)
26 stycznia 2026
Wilczyca
39 min
Poniższy tekst znajduje się w poczekalni!
Rozdział XVIII – Święta
Gdynia Orłowo – grudzień 2023
Po wyjściu Andrzeja jeszcze długo siedziała w salonie, trzymając w dłoni pustą filiżankę po herbacie. Myślała o ich rozmowie. O jego spokoju. O tym, jak potrafił być obecny, nie domagając się niczego w zamian. Jego obecność przypomniała jej, że nie wszystko musi być walką o kontrolę. Że siła nie zawsze wymaga nacisku. Że można trzymać kogoś krótko — i jednocześnie nie ranić. Wciąż nie miała zamiaru odpuszczać. Wiedziała, kim jest i czego chce. Władza nad mężczyzną była dla niej naturalna, instynktowna. Ale coraz wyraźniej czuła, że ostatnio poszła trochę za daleko. Zbyt szybko wystawiła Łukasza na silny ból. Zbyt perfidnie manipulowała napięciem, lękiem, oczekiwaniem. Zbyt łatwo przyszło jej psychiczne znęcanie się — obserwowanie, jak się rozpada i składa na nowo, dokładnie tak, jak ona tego chciała. I właśnie ta łatwość ją zaniepokoiła. Nie miała wyrzutów sumienia. Nie wstydziła się tego, co potrafiła. Ale gdzieś pod tą chłodną pewnością pojawiło się pytanie, którego wcześniej sobie nie zadawała: czy ona jeszcze umie być delikatna — czy tylko potrafi kontrolować i bić? Czy pamięta, jak to jest prowadzić kogoś z wyczuciem, a nie od razu łamać? Myśli same wróciły do Łukasza. Do jego entuzjazmu, do tej gotowości, z jaką rzucał się w to wszystko. Był ładnym, dobrym chłopakiem. Chętnym lecz — w jej ocenie — za słabym. Niezależnie od tego co deklarował. Bała się, że prędzej czy później nie wytrzyma ciężaru kobiety takiej jak ona. Że jej spokój, jej okrucieństwo, jej konsekwencja go przerosną.
Podczas ostatniego spotkania była już łagodniejsza. Świadomie. Nie zrobiła mu krzywdy. Pozwoliła mu być blisko, pozwoliła dotykać, pieścić, czuć jej skórę pod palcami. To, że nie dała mu ulgi, nie miało znaczenia — miał świadomość, że cierpliwość jest częścią tej drogi. Że nie wszystko dostaje się od razu. I że to ona decyduje, kiedy. Jedno wiedziała na pewno: jeśli miała dalej iść tą drogą, musiała nauczyć się nie tylko brać — ale też świadomie nie zabierać za dużo. To było nowe. Absolutnie, nie chodziło o to, by zrezygnować z tego, kim była, ale może warto dać Łukaszowi choć jedną małą szansę, przestać testować na każdym kroku. Po prostu… pozwolić mu bardziej być. Obserwować. I zobaczyć, czy to coś więcej niż fascynacja. Mimo, że nie do końca był w jej typie, pociągał ją jako mężczyzna. Miała zaskakującą potrzebę bliskości, a jednak nie potrafiła przestać być sobą. Nie chciała.
Zerknęła na telefon, odczytała ostatnią wiadomość i przez chwilę się wahała. Potem zaczęła pisać.
Nie przyjeżdżaj po mnie w Wigilię. Będę po Ciebie o 15.
Wysłała.
Łukasz przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ekran telefonu, jakby próbował rozszyfrować coś więcej między wierszami. Treść wiadomości była prosta, rzeczowa, pozbawiona czułości. Żadnego „proszę”, żadnego „chciałabym” – tylko polecenie. A jednak cieszył się, że zabierze go do swojego rodzinnego domu. Na Wigilię. Ten gest był dla niego ważny, bo był jak uchylenie drzwi, przez które być może będzie mógł nie tylko wejść ale i zostać na dłużej. Odetchnął głęboko i szybko wystukał odpowiedź:
Dziękuję Paulinko. Czy powinienem jakoś specjalnie się przygotować? Może kupić prezenty dla Twojej rodziny? Kocham Cię. Jak nigdy nikogo wcześniej.
Wysłał wiadomość z nadzieją, że jego słowa zostaną ciepło przyjęte. Czekał. Patrzył na ekran, jakby miał się tam wydarzyć jakiś cud. Po kilku minutach telefon zawibrował. Serce zabiło mu szybciej. Odblokował ekran.
Nie
To jedno, lakoniczne słowo było jak ostry chłód uderzający w twarz. Bez tłumaczenia. Po prostu – „nie”. A jednak nie był w stanie się złościć. Paulina taka już była. Surowa, oszczędna w słowach, nieprzewidywalna. Piękna i wyjątkowa. Poczuł jednak coś dziwnego – mieszaninę ulgi i smutku. Przynajmniej wiedział, że nie musi przynosić prezentów, że niczego nie zepsuje swoją nadgorliwością. A jednocześnie wciąż czuł, że nie jest tak blisko jakby chciał. Dzień przed wyjazdem zerkał nerwowo na telefon. Czuł napięcie, niepokój, ale i nadzieję. Czekał. I w końcu – powiadomienie, które wyrwało go z zamyślenia. Szybko otworzył wiadomość. Treść była krótka.
Zostajemy na noc, weź to pod uwagę pakując się.
Serce zabiło mu mocniej. Odczytał ją jeszcze kilka razy, jakby próbował doszukać się ukrytego znaczenia, jakiegoś emocjonalnego podtekstu. Nic nie znalazł. Mimo to uśmiechnął się. Kolejny krok. Może mały, może chłodny – ale prowadzący do niej. Odpisał niemal natychmiast, z nadzieją, że choć słowa zostaną przeczytane z odrobiną ciepła:
Dziękuję za informację, Paulinko. Będę przygotowany. Czekam jutro, punktualnie.
Przez chwilę tylko wpatrywał się w ekran. Nie liczył na odpowiedź. Ale potrzebował tego jednego zdania, żeby pokazać, że wciąż tam jest. Że się nie wycofuje. Że chce.
Sopot – grudzień 2023
Zszedł pod blok kilka minut wcześniej. Stał przy wejściu, z niewielką torbą przewieszoną przez ramię, próbując wyglądać spokojnie, choć w środku czuł lekkie napięcie. Słońce było już nisko, niebo zaczynało ciemnieć, a powietrze miało w sobie chłodny, grudniowy ciężar. Punktualnie o piętnastej usłyszał niski, głęboki dźwięk silnika. Na uliczkę powoli wytoczyło się białe Audi RS4 Avant. Samochód zatrzymał się dokładnie przed nim. Otworzył drzwi. Gdy zobaczyła jego torbę powiedziała, aby położył ja na tylnej kanapie. Wnętrze auta przywitało go zapachem tapicerki zmieszanym z jej perfumami — ciepłymi, głębokimi, natychmiast rozpoznawalnymi. Fotel był niski, idealnie wyprofilowany, pewnie trzymał ciało. Z systemu audio cicho płynęła muzyka. Chris Rea, Driving Home for Christmas — idealnie wyważone wysokie i niskie tony, głębokie, niemal intymne. Dopiero gdy wsiadł mógł się jej przyjrzeć. Futro, które miała na sobie, było ciemne, miękkie, otulało. Gdy się poruszyła, rozchyliło się lekko i zdążył zobaczyć to, co było pod spodem: dopasowaną, bordową sukienkę sięgającą za kolano. Na nogach miała czarne, delikatnie połyskujące rajstopy i eleganckie kozaki. Wysunęła w jego stronę policzek. Pocałował ją ostrożnie. Potem ujął jej dłoń w rękawiczce i również dotknął ustami.
– Pięknie wyglądasz – powiedział cicho.
Spojrzała na niego kątem oka, bez uśmiechu, ale z czymś, co było bardzo blisko wyrazu aprobaty.
Ruszyli. Audi płynnie włączyło się do ruchu, silnik pracował równo, niemal bez wysiłku.
– Zdecydowałam się jechać swoim autem – odezwała się po chwili. – Mam prezenty w bagażniku. Nie chciało mi się przepakowywać.
Przytaknął i oparł się wygodniej, patrząc na drogę przed nimi. Był obok niej i to w zupełności wystarczało mu do szczęścia. Wyglądała oszałamiająco. Elegancka, zmysłowa, pewna siebie. Każdy detal był dopracowany, a jej obecność zdawała się dominować przestrzeń – spokojna, stanowcza, pełna niewypowiedzianej siły.
Ku jego zaskoczeniu uśmiechnęła się. W jej oczach dostrzegł ciepło, które nieco rozproszyło napięcie. Czuł się uprzywilejowany, że mógł być z nią, nawet, a może zwłaszcza w roli uległego.
Muzyka, która towarzyszyła im od momentu wyjazdu, nagle się urwała. Zamiast niej w radio pojawiły się reklamy — obce, natarczywe głosy, zupełnie niepasujące do nastroju. Paulina nacisnęła przycisk na kierownicy i wyciszyła dźwięk. Dopiero wtedy odezwała się pierwsza. Głos miała spokojny, niemal neutralny, jakby pytała o coś oczywistego, technicznego. A jednak w tonie dało się wyczuć nutę ciekawości — i coś jeszcze, głębszego, nie do końca nazwanego, jakby sama nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź.
– Łukasz, żałujesz, że jesteśmy… hmm… parą? – zapytała, wciąż patrząc na drogę.
Jej spojrzenie zdawało się odległe, niemal nieobecne, jakby odpowiedź nie miała większego znaczenia. A jednak miała. Zamarł na chwilę. W głowie pojawiła się plątanina myśli, wspomnień i emocji, ale szybko je opanował, prostując się lekko na siedzeniu.
– Nie, Paulinko. Absolutnie nie. Skąd takie pytanie ? – powiedział z naciskiem, a jego głos był czysty i szczery. – Jesteś najlepszym, co mnie spotkało. Jesteś piękna, mądra, intrygująca… Nie wyobrażam sobie już życia bez ciebie. Przepraszam, jeśli cię kiedyś zasmuciłem, czy zawiodłem. Chcę, żebyś wiedziała, że cię kocham. I zrobię wszystko, byś była szczęśliwa. Będę starał się dla Ciebie.
– Naprawdę zrobisz wszystko, żebym była szczęśliwa? – zapytała niemal szeptem, przeciągając ostatnie słowo.
– Tak, Paulinko – odpowiedział bez chwili zawahania.
Delikatnie położył swoją dłoń na jej dłoni, okrytej elegancką rękawiczką. Poczuł chłód i miękkość skóry. Zatrzymała samochód na czerwonym świetle. Wtedy obróciła głowę, spojrzała mu prosto w oczy. Jej spojrzenie stwardniało – nie było w nim już ani uśmiechu, ani żartu. Było jak ostrze – chłodne, twarde i precyzyjne.
– Chciałam jeszcze wrócić do tego co było w Lidzbarku. Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie – powiedziała powoli, wyraźnie akcentując każde słowo, jakby chciała wbić je głęboko w jego świadomość. – Robię to wszystko dla twojego dobra. Dla nas. Dla tej relacji, którą ty mam wrażenie, że traktujesz jak jakąś grę i zachowujesz się jak ktoś, kto myśli tylko o sobie.
Łukasz przełknął ślinę. Wiedział, że nie ma jak się bronić. Jej słowa były jak chłodne ostrze – nie podnosiła głosu, nie krzyczała, ale to właśnie ten chłód uderzał najmocniej.
– Paulinko, przepraszam – zaczął cicho, a jego głos zdradzał emocje, których nie był w stanie ukryć. – Wiem, że robię błędy. Wiem, że czasami nie potrafię się skupić na tym, co naprawdę ważne – na tobie. Na nas. Przepraszam, że cię zawiodłem.
Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła przed siebie, jakby zastanawiała się, czy jego słowa mają jakąkolwiek wartość. A potem odwróciła głowę i spojrzała z wyraźną powagą.
– Łukasz – powiedziała z wyraźnym tonem ostrzeżenia – nigdy więcej mnie nie zawiedź. Bo kolejnej szansy może już nie być. Ja też obiecuję, że nie będę rzucała cię na zbyt głęboką wodę, ale swoje miejsce musisz znać.
– Paulinko... przysięgam. Jesteś dla mnie wszystkim. Nigdy więcej cię nie zawiodę i dziękuję za wyrozumiałość.
– Co jest najważniejsze w naszej relacji?
– Ty, Paulinko – odpowiedział stanowczo, patrząc jej w oczy. – Twoje szczęście. Twoje zadowolenie. To jest dla mnie najważniejsze. Chcę, żebyś była szczęśliwa, żebyś widziała we mnie kogoś, kto spełnia twoje oczekiwania.
– Dobrze, Łukaszu. Zapamiętaj to. Bo jeśli jeszcze raz zapomnisz… – urwała, pozwalając ciszy dokończyć resztę.
Nie musiała mówić więcej. Ton jej głosu był wystarczający — spokojny, niski, pozbawiony emocji, a przez to jeszcze bardziej jednoznaczny. Każde zawahanie się, każdy krok wstecz, każda próba wycofania się miałyby swoje konsekwencje. Wiedział o tym doskonale.
– Obiecuję, Paulinko – wyszeptał z przekonaniem. – Już nigdy cię nie zawiodę.
Skinęła głową, wciąż patrząc przed siebie. Przez chwilę milczeli. Silnik pracował cicho, światła latarni przesuwały się po masce auta.
Po chwili jej głos zabrzmiał nieco inaczej, łagodniej.
– Chciałam się tylko upewnić. Teraz… teraz po prostu cieszmy się świętami.
Audi zwolniło, skręcając z głównej ulicy w spokojniejszą, obsadzoną starymi drzewami aleję. Podjeżdżali już pod dom jej rodziców. Był to klasyczny, zadbany sopocki budynek z początku XX wieku — jasna elewacja, wysoki dach, szeroki ganek, okna z białymi szprosami. Paulina zaparkowała na podjeździe. Na podjeździe stało już kilka samochodów, jak to zwykle bywa przy świątecznych spotkaniach. Sam dom był pięknie przystrojony: przy wejściu paliły się lampki, w oknach migotały ciepłe światełka, a zza firanek przebijał się blask wnętrza. Całość sprawiała wrażenie miejsca żywego, pełnego ludzi i rozmów, które czekały tuż za drzwiami.
Wyłączyła silnik. Przez moment nikt się nie odezwał. Odpięła pasy, poprawiła futro i sięgnęła po klamkę. Łukasz spojrzał przez przednią szybę. Dla niej to był po prostu dom rodzinny. Dla niego — coś znacznie więcej. Wejście w jej świat. Kolejny etap. Próba, w której bardzo nie chciał zawieść.
– Chodź – powiedziała krótko, wysiadając pierwsza.
Obeszła samochód i otworzyła bagażnik. W środku było ciasno — torby, pudełka owinięte w papier, starannie ułożone prezenty.
– Weź na razie tylko moją walizkę. Resztę zabierzemy potem. Niech dzieci tego nie widzą.
Zamknęła bagażnik przyciskiem na wewnętrznej części pokrywy i ruszyła w stronę domu, nie oglądając się. Chwycił walizkę i poszedł za nią, czując, jak napięcie powoli ustępuje miejsca czemuś innemu — wejściu w zupełnie inną przestrzeń.
Drzwi frontowe otworzyły się i na progu stanął wysoki, siwy mężczyzna w eleganckim świątecznym swetrze.
– Witaj, córeczko – powiedział, obejmując Paulinę z ciepłym, lecz opanowanym uśmiechem.
Paulina odwzajemniła gest krótko, a potem zwróciła się do Łukasza:
– Tato, to Łukasz. Opowiadałam ci.
Łukasz skinął głową i podał mu rękę.
– Miło mi pana poznać.
– Jerzy – przedstawił się ojciec, mierząc go uważnym spojrzeniem. – Wejdźcie, zapraszam.
Ledwie zdążyli wejść do salonu, gdy od strony korytarza dobiegł tupot małych stóp. Po chwili wpadła do środka dwójka młodszych dzieci, wołając jednocześnie, niemal na wyścigi:
— Ciocia Paulina!
Mały chłopiec dopadł ją pierwszy. Objął w pasie z całą siłą, na jaką było go stać i odchylił głowę, patrząc z nabożnym zachwytem.
— Ciociu… ty wyglądasz jak księżniczka. Czy ty się ze mną ożenisz?
Dziewczynka natychmiast go poprawiła, tonem starszej siostry, która wie lepiej:
— Głupi jesteś. Nie ożeni. Ona za ciebie wyjdzie.
Paulina parsknęła cicho śmiechem i pochyliła się ku chłopcu.
— Wiesz co, Mikuś, już mnie o to pytałeś. I mówiłam ci, że musisz poczekać, aż będziesz wyższy ode mnie.
Zmrużyła oczy, udając namysł.
— Tylko że wtedy ja pewnie będę już stara i nie będziesz mnie chciał.
— Będę! — zaprotestował natychmiast, zupełnie serio. — Bo jesteś piękna. I naprawdę wyglądasz jak księżniczka.
Coś w jej spojrzeniu zmiękło. Przytuliła go mocno.
— Jesteś prawdziwym dżentelmenem, wiesz? — powiedziała ciepło, muskając ustami jego włosy.
Dopiero potem podszedł do niej nieco starszy chłopiec. Przywitał się już spokojniej, bez biegu i krzyków, jak ktoś, kto balansuje między dziecięcą spontanicznością a pierwszym poczuciem dorosłości.
Na kanapie siedziała jeszcze nastolatka, z telefonem w dłoni. Uniosła wzrok znad ekranu, uśmiechnęła się do Pauliny swobodnie, niemal po partnersku.
— Cześć, ciocia — rzuciła, odkładając na chwilę telefon.
— Cześć Julka — odpowiedziała Paulina, odwzajemniając uśmiech.
Rozejrzała się po pokoju.
— A gdzie Kuba? — zapytała po chwili.
— Wyszedł jakieś półtorej godziny temu — odezwał się jeden z jej braci. — Ma dziewczynę, ale oficjalnie nic nie wiemy. Ma wrócić przed siedemnastą.
— No proszę. Czas leci.
Dopiero wtedy spojrzała na Łukasza, jakby na moment przypomniała sobie o jego obecności w tym całym rodzinnym mikrokosmosie. W jej spojrzeniu było coś uspokajającego, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że to, co właśnie zobaczył, było tylko fragmentem większej całości.
— To moi bracia, Filip i Dawid — powiedziała, wskazując na mężczyzn siedzących przy stole.
Powitania były wyraźnie chłodniejsze niż te dziecięce. Uścisnęli Łukaszowi dłoń z uprzejmym uśmiechem, bez zbędnych słów, za to z uważnym spojrzeniem, które mówiło więcej niż grzecznościowe formułki. Oceniali go w ciszy.
Po chwili do salonu weszła mama. Łukasz od razu zauważył, po kim odziedziczyła urodę. Była kobietą dojrzałą, ale wciąż bardzo elegancką — o prostej sylwetce, starannie ułożonych włosach i rysach, które mimo upływu lat zachowały wyrazistość. Nie była to podobizna jeden do jednego, raczej znajome podobieństwo: ten sam kształt twarzy, podobny układ ust, to samo powściągliwe spojrzenie.
— Mamo, to Łukasz — powiedziała Paulina spokojnie, bez dodatkowych komentarzy.
Kobieta podała mu rękę. Uścisk miała pewny, krótki.
— Witaj — rzuciła chłodno.
— Miło mi panią poznać — odpowiedział Łukasz z lekkim ukłonem.
— Mam nadzieję, że dobrze się tu poczujesz.
Skinął głową.
— Dziękuję. To dla mnie zaszczyt.
Zanim rozmowa zdążyła pójść dalej, Paulina zwróciła się jeszcze w jego stronę, wskazując na dwie kobiety stojące nieopodal.
— A to Ania i Marta — żony moich braci.
Powitania były szybkie, uprzejme, pozbawione przesadnej serdeczności. Uśmiechy, uściski dłoni, kilka grzecznościowych słów. Ania była drobna, spokojna, z łagodnym spojrzeniem; Marta sprawiała wrażenie bardziej bezpośredniej, pewniejszej siebie. Obie przyjrzały się Łukaszowi z krótką, niemal automatyczną ciekawością, po czym wróciły do rozmowy, jakby uznały, że nie warto poświęcać mu więcej czasu.
– Chodź, pokażę ci pokój, w którym mieszkałam – powiedziała, chwytając go za rękę i prowadząc w stronę schodów.
Kiedy byli już na półpiętrze, zza ich pleców dobiegł cienki, dziecięcy głos:
— Ciociu, a pobawisz się ze mną?
Paulina odwróciła się i uśmiechnęła.
— Jasne, Helenko — odpowiedziała ciepło. — Ale najpierw muszę pokazać wujkowi pokój, dobrze?
— Ze mną też! — zawołał natychmiast Mikołaj. — Ja też chcę się pobawić!
— Wiem, Mikuś. Zaraz do was wrócę
Weszli na górę szerokimi, drewnianymi schodami z rzeźbioną poręczą, wygładzoną latami dotyku. Dom był cichy, słychać było tylko stłumione głosy z salonu i skrzypienie stopni pod ich krokami. Łukasz czuł narastającą ciekawość, zmieszaną z delikatnym napięciem — jakby wchodził w przestrzeń bardziej osobistą, niż początkowo się spodziewał. Paulina zatrzymała się przy jednych z drzwi.
— To tutaj.
Pokój był jasny, urządzony w ciepłych, pastelowych barwach. Stało w nim duże łóżko z prostym zagłówkiem, obok ustawione przy oknie biurko. Na półkach wciąż leżały książki, kilka starych zeszytów, drobiazgi, które wyglądały tak, jakby tylko na chwilę zostały zapomniane. Było w nim coś spokojnego i znajomego — ślad dziewczyny, którą była kiedyś, zanim wszystko zaczęło się zmieniać.
Rozejrzał się, dostrzegając zdjęcia, książki i drobne dekoracje nadające wnętrzu osobisty charakter.
Paulina spojrzała na niego z delikatnym uśmiechem.
– Będziemy tu spali – oznajmiła. A teraz, skoro już zobaczyłeś mój pokój, idź na dół po walizkę.
– Oczywiście, Paulinko.
Wrócił po chwili z bagażami. Ułożył je obok łóżka. Paulina zaczęła rozpakowywać rzeczy, a obok fotela ustawiła eleganckie szpilki. Nadal miała na sobie kozaki.
Spojrzała na niego znacząco. Nie musiała nic mówić. Klęknął i zaczął z największą starannością zdejmować buty. Gdy ujął jej stopę, poczuł jedwabistą gładkość czarnych, lekko połyskujących rajstop. Przez moment masował stopę, by pochylić się po chwili i złożyć delikatny pocałunek.
Pozwalała mu na to w milczeniu, z chłodnym spokojem. W końcu skinęła głową, dając znak, by sięgnął po szpilki i założył je. Zrobił to z równą uwagą i szacunkiem jak przy zdejmowaniu kozaków.
Kiedy skończył, pochylił się raz jeszcze i pocałował jej nowe buty.
– Paulinko, jesteś moją panią i boginią – powiedział cicho. – Zrobię dla ciebie wszystko.
Spojrzała na niego chłodno, ale z błyskiem zmysłowości w oku.
– Tak powinno być, Łukaszu. W końcu jesteś tu po to, żeby mi służyć, prawda? Nigdy nie zapominaj, o tym. A ja, jako twoja pani, zasługuję na to, co najlepsze: na twoje oddanie i gotowość do spełniania każdego mojego kaprysu. Zadbaj o to, żebym nigdy nie musiała ci przypominać o twoim miejscu.
– Tak, moja Pani – odparł Łukasz z pełnym oddania spojrzeniem.
Uśmiechnęła i wstała. Łukasz stanął obok niej. W lustrze naprzeciwko dostrzegli swój obraz.
– Spójrz na nas, Łukaszu – powiedziała cicho. – Jesteśmy idealną parą. Ty – wysoki, silny, gotowy, by mnie chronić i mi służyć. Ja delikatna i elegancka.
Zerknęła na swój zegarek.
– Powinniśmy już zejść na dół i dołączyć do reszty.
Kolacja wigilijna przeciągała się długo, dokładnie tak, jak bywało w domach, w których przy stole zbiera się kilka pokoleń. Duża jadalnia zapełniła się zapachami potraw i gwarem rozmów. Długi stół, nakryty białym obrusem, uginał się pod półmiskami, a dzieci co chwilę wybuchały śmiechem, przerywając rozmowy dorosłych.
— A widzicie — odezwał się w pewnym momencie ojciec Pauliny, rozglądając się po wszystkich z zadowoleniem — mówiłem, że taki stół kiedyś się przyda.
Ktoś zaśmiał się głośno, ktoś inny przytaknął, a dzieci natychmiast podchwyciły ton, śmiejąc się jeszcze głośniej, choć nie do końca wiedziały z czego. Mikołaj, najwyraźniej zmęczony siedzeniem na krześle, przykleił się do Pauliny i po chwili bezceremonialnie usiadł jej na kolanach. Oparł głowę o jej ramię, jakby to było najoczywistsze miejsce na świecie. Paulina objęła go odruchowo, poprawiając mu rękaw swetra. Łukasz obserwował to wszystko. Był obecny, uprzejmie włączany do rozmów, ale czuł wyraźną, nienazwaną rezerwę. Jakby jeszcze nie do końca należał do tego kręgu, jakby wciąż był kimś, kogo się sprawdza, obcym ciałem.
W pewnym momencie do Pauliny podszedł jeden z braci. Nachylił się i szepnął coś do ucha. Skinęła głową, uśmiechnęła się krótko, po czym sięgnęła do torebki. Wyjęła kluczyki od samochodu i podała je Łukaszowi.
— Pomożesz Dawidowi?
Zanim zdążył odpowiedzieć, zwróciła się już do Mikołaja.
— Chodź, Mikuś — powiedziała, zsuwając go z kolan. — Idziemy zobaczyć, czy Gwiazdor już jedzie z prezentami.
Chwyciła go za rękę, a drugą dłoń bez wahania podała Helenie. Dziewczynka ścisnęła ją mocno i niemal pociągnęła w stronę drzwi.
— Babciu! — zawołała jeszcze przez ramię. — Chodź z nami!
W jadalni znów rozległ się śmiech, a Paulina, prowadząc dzieci w stronę korytarza, odwróciła się na moment i spojrzała na Łukasza.
Na górze było ciszej. Wzięła Mikołaja na ręce i podeszli do okna. Chłopiec przykleił nos do szyby, wypatrując czegoś na niebie.
— Jeszcze chwila… — powiedziała szeptem. — Widzisz? Tam, nad drzewami.
— To ta? — zapytał z przejęciem.
— Tak. Pierwsza gwiazdka zawsze każe na siebie chwilę poczekać.
Nie zdążyli jednak dopatrzyć się jej do końca. Z dołu rozległ się dźwięk dzwonka — wyraźny, niecierpliwy. Paulina postawiła chłopca na podłodze i razem, niemal biegiem, zeszli po schodach.
— Nie uwierzycie — odezwał się ojciec Pauliny, gdy tylko znaleźli się w salonie. — Był Święty Mikołaj. Zostawił prezenty i powiedział, że bardzo się spieszy do innych domów.
Dzieci zapiszczały jednocześnie. Dawid już stał przy choince, zakładając na głowę czerwoną czapkę.
— To ja byłem z nim umówiony — oznajmił z powagą. — Powierzył mi zadanie rozdania prezentów.
Do pomocy natychmiast zgłosiły się Helena i Mikołaj. Kucali przy choince, wyciągając spod gałęzi kolejne paczki i podając je dalej, z powagą niepasującą do ich wieku. Papier szeleścił, ktoś się śmiał, ktoś inny wołał czyjeś imię.
Paulina rozpakowywała swoje prezenty spokojnie, bez pośpiechu. Były drobiazgi od rodziny, książka, ciepły szal. W końcu trafiła na niewielkie, eleganckie pudełko od Łukasza. Otworzyła je i na moment zamilkła. W środku leżały kolczyki — niewielkie, złote, o prostej formie. Gładkie, lekko połyskujące, z delikatnym zaokrągleniem, które sprawiało, że wyglądały elegancko i uniwersalnie. Nienachalne, ale ładne; takie, które można nosić na co dzień i od święta, bez zastanawiania się, czy pasują.
Wstała i podeszła do lustra. Przypięła je, poprawiła włosy, spojrzała na swoje odbicie.
— Ładnie? — zapytała, odwracając się w jego stronę.
— Bardzo — odpowiedział Łukasz szczerze.
— Dziękuję — powiedziała cicho, całując do w policzek.
Chwilę później Helenka podała Łukaszowi paczkę. Paulina spojrzała na niego z uśmiechem, który nie pozostawiał wątpliwości.
— Otwórz.
W środku był zegarek — Nomos Glashütte. Prosta, jasna tarcza, cienkie indeksy, smukła koperta i czarny skórzany pasek. Elegancki, minimalistyczny, bardzo stonowany. Klasyczny model, solidnie wykonany, wysokiej jakości, ale bez ostentacji.
Łukasz na moment zaniemówił. Był zachwycony — i jednocześnie wyraźnie skrępowany.
— Paulina… to jest… — urwał, nie kończąc myśli.
— Mówiłeś, że takie ci się podobają. Noś go z przyjemnością — powiedziała spokojnie. — I bez wyrzutów sumienia.
– Dziękuję, Paulinko – odparł wzruszony.
Założył zegarek i spojrzał na niego wzrokiem pełnym zachwytu. Gdy nadszedł moment składania życzeń, podeszła bardzo blisko powiedziała niemal szeptem, prosto do jego ucha:
– Życzę ci, byś zawsze znajdował w sobie siłę, by być tym, kim chcesz i powinieneś. Byś z każdym dniem stawał się jeszcze lepszy. Dla mnie.
– Paulinko, a ja życzę ci, abyś była zawsze szczęśliwa i spełniona. Obiecuję, że będę się starał jeszcze bardziej.
Ich usta spotkały się w czułym pocałunku. Gdy oderwali się od siebie, Łukasz poczuł subtelne przypomnienie swojej roli – delikatny ucisk klatki chastity. Ktoś z domowników podszedł do telewizora i ściszył rozmowy jednym ruchem pilota. Na ekranie pojawiło się wnętrze katedry — wysokie sklepienia, kamienne filary, ciepłe światło świec odbijające się od złoconych detali. Publiczność ubrana odświętnie: płaszcze przerzucone przez oparcia ławek, eleganckie sukienki, ciemne marynarki. Na podium artyści, chór i orkiestra, wszystko spokojne, dostojne, niemal teatralne.
— Patrzcie, kto jest — odezwał się nagle Dawid, pochylając się bliżej ekranu.
Łukasz zerknął na Paulinę, a potem znów na telewizor. Zawahał się ułamek sekundy, jakby chciał się upewnić, że dobrze widzi.
— Właśnie miałem cię kiedyś zapytać… czy to… — urwał.
— Tak — potwierdziła Paulina bez wahania. — Nasz gitarzysta i drugi wokal. Stachu.
Kamera zrobiła zbliżenie: mężczyzna w ciemnym garniturze, z gitarą, skupiony, pewny siebie. Śpiewał czysto, bez wysiłku, jakby scena była jego naturalnym środowiskiem.
— Teraz jest na topie — dorzucił Dawid z nutą rozbawienia. — Koncerty, juror w jakimś talent show, zapraszają go do śniadaniówek i Wojewódzkiego. Celebryta pełną gębą. A Filip miał przecież znacznie lepszy głos i charyzmę, tylko wybrał grzebanie ludziom w kolanach.
— Był ze mną na studniówce. Filip tak go zestresował, że bał się mnie dotknąć przez cały wieczór. Nawet przy polonezie ledwo trzymał moją dłoń.
Zapadła krótka cisza. Najstarszy brat, który do tej pory milczał, uniósł wzrok znad stołu i rzucił niby od niechcenia:
— Różni chłopcy różnie reagują — powiedział twardo. — I nie każdy powinien się do ciebie zbliżać.
Nie spojrzał na Łukasza, ale sens wypowiedzi zawisł w powietrzu. Paulina zerknęła na niego z ostrzegawczym błyskiem w oku, po czym znów przeniosła uwagę na ekran. Kolęda popłynęła dalej, a rozmowy przy stole ucichły — wszyscy słuchali muzyki.
— Ciociu Paulino… — odezwał się nagle Mikołaj, ciągnąc ją lekko za rękaw. — Pomożesz mi poukładać klocki? One są trudne.
— Jasne, Mikuś. Pokaż, co tam masz. Ale wielki dźwig, musiałeś być chyba bardzo grzeczny w tym roku.
Zsunęła się z krzesła i usiadła z nim na dywanie, a po chwili dołączyły kolejne dzieci. Helenka przyniosła swoje pudełko, rozsypując elementy z entuzjazmem, Kuba — ku zaskoczeniu wszystkich — odłożył na chwilę telefon i przysiadł obok, próbując pomagać wyszukiwać potrzebne klocki. Tylko Julka została na kanapie, skulona, z twarzą oświetloną ekranem, jakby świat obok niej wciąż nie istniał.
Paulina klęczała pośród kolorowych klocków, tłumacząc, poprawiając, chwaląc każde udane połączenie. Wokół niej zrobiło się gwarno, żywo, dziecięco — zupełnie inny rytm niż ten przy stole. Łukasz zauważył to od razu — i uderzyło go z siłą, której się nie spodziewał. Ta sama Paulina, która potrafiła być chłodna, bezlitosna w zadawaniu bólu i w rozbieraniu go z iluzji, teraz siedziała na podłodze wśród rozsypanych klocków, roześmiana, cierpliwa. Dzieci lgnęły do niej instynktownie, jakby wyczuwały w niej coś bezpiecznego i niepodważalnego zarazem. Patrzył na jej dłonie — te same, które potrafiły karać — jak teraz układały elementy, poprawiały konstrukcje, delikatnie prowadziły małe palce. Ten kontrast nie burzył jej obrazu. Przeciwnie. Spinał go w całość. I właśnie w tej sprzeczności — w umiejętności bycia jednocześnie surową i ciepłą, dominującą i opiekuńczą — dostrzegł coś, co zachwyciło go bardziej niż wszystko, co znał dotąd. Po kolędach na stole pojawiły się ciasta — makowiec, sernik, piernik z marmoladą — a obok kawa i wino. Ojciec Pauliny krążył między pokojami z wyraźną satysfakcją, objaśniając, kto gdzie śpi, kto z kim, jak wszystko zostało poukładane tak, żeby nikt nikomu nie przeszkadzał. Najwięcej uwagi poświęcił dzieciom — mówił o tym z dumą, jakby logistyka snu była osobnym, świątecznym sukcesem.
Gdy zegar przesunął się ku późnej godzinie, przebrany już w piżamę Mikołaj podszedł do Pauliny.
— Ciociu, a poczytasz mi przed snem? Ty tak fajnie czytasz.
Uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
— Jedną bajkę. Tylko jedną.
Poszli do pokoju, w którym spały najmłodsze dzieci. Łukasz został jeszcze chwilę przy stole, ale po kilku minutach poczuł, że siedzi tam jakby obok i nikt nie zwraca na niego uwagi. Wstał więc i podszedł cicho pod drzwi. Zatrzymał się w progu.
Paulina siedziała na brzegu łóżka. Czytała spokojnie, zmieniając głos w zależności od postaci — raz obniżała go i spowalniała, raz rozjaśniała i przyspieszała. Dzieci były już na granicy snu; Helenka tuliła misia, Mikołaj walczył jeszcze przez chwilę z opadającymi powiekami. Kiedy skończyła, poprosił o buziaka na dobranoc. Pochyliła się, dotknęła jego czoła i zgasiła lampkę.
Na korytarzu Łukasz odezwał się ściszonym głosem:
— Uwielbiają cię. Widać, że masz z nimi coś wyjątkowego.
Spojrzała na niego z zaskakująco smutną miną.
— Nie zawsze jestem straszną sadystką. Czasem mam też ludzką twarz.
— I w dodatku piękną — dodał bez wahania.
Z czasem dom zaczął się wyciszać. Mama Pauliny razem z Martą szykowały się na pasterkę; słychać było jeszcze krótkie pożegnania, szelest płaszczy, dźwięk zamykanych drzwi. Paulina i Łukasz zostali jeszcze chwilę z resztą rodziny, aż w końcu zapadła decyzja o udaniu się do pokoju.
Weszli na górę. Wskazała mu łazienkę.
— Tam. Możesz wziąć szybki prysznic.
Kiedy wykąpany wyszedł na korytarz, usłyszał podniesione głosy. Paulina stała naprzeciw Filipa; mówiła krótko, twardo.
— ...wyluzuj w końcu i nie mieszaj się. Nie mam już od dawna dziewiętnastu lat.
Zobaczyła Łukasza i natychmiast zmieniła ton — na jeszcze ostrzejszy, nieznoszący sprzeciwu.
— A ty co tak stoisz? Idź do pokoju. I czekaj tam na mnie.
Nie dodała nic więcej. Odwróciła się z powrotem do brata. Łukasz posłuchał bez słowa. Przez zamknięte drzwi słyszał jeszcze gwałtowną rozmowę.
Wróciła po kilkunastu minutach. Spojrzał na nią z podziwem. Nadal miała na sobie tę samą elegancką sukienkę. Jej obecność wypełniła pokój subtelnym zapachem perfum, a spojrzenie sugerowało, że ma wobec niego konkretne oczekiwania.
– Pomóż mi to zdjąć.
Podszedł do niej i z najwyższą starannością pomógł zsunąć materiał, który opadł na podłogę, odsłaniając czarną, koronkową bieliznę. Biustonosz idealnie podkreślał niewielkie piersi, a majtki z haftem dodawały subtelnej zmysłowości. Jej nogi, otulone eleganckimi rajstopami, przyciągały wzrok.
– A teraz zdejmij moje rajstopy – powiedziała z tą samą łagodną stanowczością.
Uklęknął przed nią i z najwyższą ostrożnością zaczął je zsuwać, przesuwając dłońmi wzdłuż nóg. Kiedy skończył, spojrzała na niego z satysfakcją.
– Dziękuję – rzuciła chłodno i poszła do łazienki.
Wróciła w piżamie, zaskakująco prostej i lekkiej, niemal niewinnej w swoim kroju. Miękka, jasnoszara bluza z długim rękawem miała na piersi niewielki haft z misiem — lekko przekrzywionym, jakby uśmiechał się porozumiewawczo. Materiał był gruby i przyjemny w dotyku, wyraźnie wybrany z myślą o cieple, nie o efektach. Do tego dopasowane spodnie z tej samej dzianiny, luźniejsze przy kostkach. Nic prowokującego. Nic, co miałoby robić wrażenie. A jednak, kiedy stanęła w drzwiach, Łukasz od razu poczuł ukłucie podniecenia stłumione przez klatkę chastity. Wilgotne jeszcze włosy opadały jej swobodnie na ramiona, a sposób, w jaki poruszała się, sprawiał, że wyglądała zaskakująco zmysłowo — nie przez strój, lecz mimo niego. Jakby to, co zwyczajne, tylko podkreślało jej naturalność. Spokój. Pewność siebie. Zatrzymała się na moment i spojrzała na niego uważnie.
— No co? — zapytała z lekkim rozbawieniem. — Chyba nadaje się do spania? Mamy tradycję jedzenia śniadań świątecznych w piżamach, nie będę świeciła przecież przy rodzinie tyłkiem i koronkami.
— Szkoda, że wcześniej mi nie powiedziałaś o tym zwyczaju. Przygotowałbym się.
— Ciebie to nie dotyczy — odparła bez cienia wahania. — Ze mną będziesz zawsze spał nago, a jutro po prostu ubierzesz się.
— Wiesz, wyglądasz… pięknie — powiedział szczerze, ciszej, niż zamierzał. — Nawet w takiej piżamie. A może właśnie w takiej najbardziej.
Nie odpowiedziała od razu. Wsunęła się tylko pod kołdrę i ułożyła na boku, plecami do niego.
— Chodź — powiedziała cicho. — Przytul mnie.
Zrobił to ostrożnie, jakby bał się naruszyć coś kruchego. Jej plecy były ciepłe, miękkie, a jednocześnie napięte, jakby całe ciało czekało. Odnalazła jego dłoń i poprowadziła ją tak, by spoczęła na jej piersi. Zaczął ją delikatnie pieścić, czując, jak jej ciało reaguje na każdy ruch. Potem wsunął dłoń pod bluzę czując pod palcami jedwabiście gładką skórę. Zaczął delikatnie drażnić jej sutek, czując jak szybko twardnieje. Pozwalała mu trwać w tym momencie, w półmroku, w ciszy przerywanej tylko oddechem i delikatnym szelestem pościeli. Gdy ułożyła się na plecach, spojrzała na niego uważnie. Jej dłoń znów odnalazła jego i skierowała ją niżej, zatrzymując na podbrzuszu. Zsunął jej delikatnie spodnie a ona niemal natychmiast oplotła jego plecy nogami, przyciągając go do siebie.
Oddychała coraz głębiej, jej ciało drżało. Wbiła mu paznokcie w plecy, a gdy osiągnęła spełnienie, jęknęła cicho, osuwając się z powrotem na poduszkę. Jeszcze dwukrotnie tej nocy przywołała go cicho, bez słów, samym ruchem dłoni i spojrzeniem. Za każdym razem odpowiadał z tym samym skupieniem, uważny i oddany, ignorując zmęczenie oraz tępy, uporczywy dyskomfort, który przypominał mu o granicach narzuconych na jego ciało. Liczyła się tylko ona — jej oddech, jej napięcie, jej powolne odprężenie, które przychodziło zawsze wtedy, gdy tego chciała. Po trzecim razie po prostu odwróciła się i wsunęła w jego ramiona, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Była spokojna, rozluźniona, nasycona w sposób, który nie potrzebował żadnych słów. Jej oddech stopniowo się wyrównywał, a na ustach pojawił się ledwie uchwytny uśmiech.
Zasnęła tak, czując jego obecność — pewną, gotową, całkowicie oddaną. Świadomość, że jest przy niej, czujny i dostępny, wystarczyła, by noc domknęła się w ciszy i spełnieniu. Drżał całym ciałem. Wiedział, kim jest i po co tu jest — że jego rolą jest służyć, być dyspozycyjnym, cichym. A jednak napięcie narastało w nim nieubłaganie, gęstniało z każdą minutą i coraz trudniej było je utrzymać w ryzach. Myśl o tym, by się odezwać, by choćby zasugerować własną potrzebę budziła strach. Bał się gniewu, ale jeszcze bardziej bał się rozczarowania w jej oczach. Nie chciał zawieść jej po raz kolejny. Nie chciał być tym, który prosi, który potrzebuje, który nie wytrzymuje. Leżał więc nieruchomo, wpatrzony w ciemność, wsłuchany w jej spokojny oddech, próbując uspokoić myśli. Sen długo nie nadchodził. Zamiast niego była czujność, napięcie i ciche, uparte pragnienie, by sprostać temu, czego od niego oczekiwała — nawet jeśli oznaczało to bezsenność aż do świtu.
Obudziła się, czując ciepło jego ciała. Przez chwilę leżała w milczeniu, wsłuchując się w spokojny oddech. Uśmiechnęła się i zaczęła go zaczepiać, delikatnie przesuwając dłonią po jego torsie. Jej palce miękko sunęły po skórze, wywołując dreszcz przyjemności.
– Dzień dobry – szepnęła zmysłowo, przysuwając się jeszcze bliżej. Jej usta odnalazły jego szyję, gdzie zaczęła składać delikatne, ale pełne pasji pocałunki. Choć od razu poczuł znajomy ból z powodu klatki chastity, starał się nie okazywać najmniejszego dyskomfortu. Odpowiadał na jej pieszczoty z czułością i oddaniem. Wiedział, że jego cierpienie jest częścią roli, którą przyjął – być uległym, być jej.
Paulina wyczuwała, jak jego ciało reaguje. Pocałunki stawały się coraz intensywniejsze, a dłonie zsunęły się niżej, badając jego ciało z mieszaniną czułości i władzy. Czuła satysfakcję, widząc, jak poddaje się temu dotykowi, mimo wyraźnego dyskomfortu. Miała nad nim kontrolę i wiedziała o tym doskonale. Łukasz cierpliwie znosił ból. Choć stawał się on coraz bardziej dotkliwy, pragnął spełniać jej pragnienia, bez względu na siebie. W głębi serca wiedział, że nie poprosi o zdjęcie klatki – obiecał to i traktował tę obietnicę jak świętość.
Doskonale rozumiał, że Paulina może go testować. Była kobietą, która lubiła sprawdzać granice. Czerpała satysfakcję z kontroli, z władzy, z wiedzy, że potrafi podporządkować mężczyznę całkowicie. Wiedział, że każdy pocałunek, każdy gest mógł być nie tylko wyrazem uczucia, ale także próbą. A on chciał ten egzamin zdać celująco i bez najmniejszego zawahania. Chciał być dla niej godnym sługą, kimś, komu mogła zaufać w każdej chwili – nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy granice przesuwały się coraz dalej.
Paulina, wciąż pełna zmysłowej energii, powoli usiadła na jego biodrach. Jej uda otuliły go, czuł bijące od niej ciepło, zapach perfum, który wypełniał przestrzeń wokół nich niczym mgła – słodka, ciężka, zniewalająca. Spojrzała mu w oczy, intensywnie, jakby chciała zajrzeć mu do samego środka duszy. W tym spojrzeniu było coś więcej niż tylko pożądanie – była tam władza, pewność siebie i coś, co sprawiało, że czuł się przy niej jednocześnie słaby i bezpieczny.
– Łukasz – szepnęła, muskając paznokciami jego tors – w nocy było mi tak dobrze.
Jej uda napięły się lekko, obejmując go mocniej. Ruchy były powolne, jakby doskonale wiedziała, jaki efekt wywołują.
– Masz naprawdę mocny uścisk i dobry dosiad, Paulinko – powiedział z lekkim uśmiechem. – Czy to zasługa jazdy konnej? Jeździłaś kiedyś?
Spojrzała na niego z figlarnym błyskiem w oku, uśmiech poszerzył się nieco, przybierając subtelnie drapieżną formę.
– Zdarzało mi się już jeździć... głównie na uległych – odparła z nutą tajemniczości, pochylając się nad nim i muskając jego policzek ustami.
Głos był cichy, ale w jego brzmieniu kryła się moc. Przyciągnęła go jeszcze bliżej, jakby chciała na chwilę zanurzyć ich oboje w tej chwili dominacji i pożądania. Ale po sekundzie zmieniła ton, odsunęła się odrobinę, jakby rozmowa o jej władzy była jedynie wstępem przed czymś bardziej osobistym...
– Dziękuję ci za wczorajszy prezent, Łukaszu. Trafiłeś idealnie w mój gust. Cieszę się, że już tak dobrze mnie znasz.
W świetle poranka wyglądała zjawiskowo – delikatna, ale pewna siebie. Kobieta, która zna swoją wartość. Zsunęła się pozostawiając na jego skórze ledwie wyczuwalną pustkę, która od razu wywołała w nim tęsknotę za jej bliskością. Wstała z łóżka i bez słowa, z naturalną elegancją, skierowała się do łazienki. Gdy drzwi zamknęły się za nią cicho, pozostał sam. Patrzył w sufit, a myśli zaczęły krążyć wokół jednego – Paulina. Próbował zrozumieć, co dokładnie czuje. Czuł się zniewolony. Fizycznie i emocjonalnie. Myśl o klatce, którą nosił na jej rozkaz, powracała z coraz większym ciężarem. Każdy ruch, każda zmiana pozycji przypominała, że jego ciało – jego pragnienia – są teraz poza kontrolą. Ta klatka była nie tylko przedmiotem, lecz symbolem. Znakiem jego całkowitego oddania, ale i utraty wolności. Początkowo była to gra, ekscytująca i pociągająca. Teraz jednak stawała się czymś więcej – testem wytrzymałości, lojalności, granic. Paulina nie pytała, czy mu wygodnie. Nie pytała, czy boli. Ona wiedziała i ignorowała. A mimo to nie potrafił sobie wyobrazić już życia bez niej. Jej obecność była jak powietrze – duszące i niezbędne zarazem. Wiedział, że jest jego miłością, jego panią, jego obsesją. Oddał jej nie tylko serce, ale też duszę i ciało. A ona to przyjęła, bez litości nie pozostawiając mu złudzeń. Bo żadna inna kobieta, którą znał, nie dorównywała Paulinie. Żadna nie miała tej klasy, tej mocy, tej chłodnej zmysłowości, która potrafiła zamienić jego codzienność w rytuał uwielbienia. I choć nie mówiła tego głośno, wiedział jedno: miała wszystko, czego pragnęła. A on? On miał ją. I to mu musiało wystarczyć.
Po śniadaniu wrócili do pokoju. Poszła przebrać się i po chwili weszła do pokoju ubrana w skórzaną spódniczkę, sięgającą tuż nad kolana. Miękka, lśniąca skóra opinała jej biodra, poruszając się subtelnie przy każdym kroku. Czarny materiał przyciągał wzrok, podkreślając smukłą talię i zmysłową linię nóg. Okrywały je bordowe rajstopy, które tworzyły wyrazisty kontrast z czernią spódnicy. Ich delikatny połysk wysmuklał optycznie łydki i przyciągał uwagę do kształtu ud, nadając całej stylizacji wyrazistości i charakteru. Górę stroju stanowił dopasowany, szary golf z miękkiej dzianiny, który przylegał do jej ciała niczym druga skóra. Materiał miękko podkreślał linię ramion i talii, nadając elegancki, a zarazem nieco surowy wygląd. Stylizacja była prosta, ale dopracowana w każdym detalu.
Włosy miała starannie upięte w gładki kok, odsłaniający szyję, a nowe kolczyki lśniły subtelnie przy każdym ruchu głowy. Cienki łańcuszek z wisiorkiem w kształcie wilka delikatnie migotał na tle materiału golfu a na nadgarstku połyskiwała bransoletka – drobna, ale wyrafinowana.
– Pójdziemy na spacer? Chciałabym, żebyś zobaczył okolicę, w której dorastałam. Nie bywałeś chyba często w tej części miasta?
– Chętnie – odpowiedział z entuzjazmem, ale zanim zdążył dodać coś więcej, podniosła dłoń, jakby chciała zaznaczyć drobne zastrzeżenie.
– Tylko nie idźmy zbyt daleko – mam tylko te buty na obcasie.
– W takim razie, jak tylko wrócimy, zrobię ci masaż. Tak dobry, że zapomnisz o zmęczeniu.
Zaśmiała się cicho i spojrzała na niego z czułością.
– Jesteś kochany – powiedziała, całując go lekko w policzek.
Uklęknął przed nią, z właściwym sobie namaszczeniem. Wziął eleganckie, czarne kozaki i starannie wsunął je na jej stopy, upewniając się, że leżą idealnie. Lśniąca skóra butów układała się perfekcyjnie, a on, czując znajome podniecenie, z trudem skrywał emocje.
Gdy zeszli na dół, od razu sięgnął po futro i pomógł je ubrać. Dopilnował, by ułożyło się idealnie. Paulina, nie patrząc na niego, lekko poprawiła kołnierz. Wiedział już, że to będzie piękny spacer. Bo był z nią. A to wystarczało. Zawinęła wokół szyi miękki, ciepły szal, który idealnie współgrał z resztą jej stylizacji. Następnie sięgnęła po czapkę, a na końcu wsunęła dłonie w rękawiczki. Skóra była miękka i elastyczna, idealnie dopasowując się do jej drobnych dłoni, co sprawiło, że całość prezentowała się perfekcyjnie. Kiedy byli gotowi ujęła jego dłoń i poprowadziła ku drzwiom.
– Pokażę ci piękne miejsce.
Grudniowy poranek był mroźny, ale miał w sobie niepowtarzalny urok. Powietrze było przejrzyste i rześkie, a ziemię pokrywała cienka warstwa śniegu, która skrzyła się w bladym słońcu. Ruszyli razem w stronę jednego z pobliskich pagórków. Paulina szła pewnie, mimo obcasów. Jej krok był szybki, energiczny, a jednocześnie elegancki. Droga wiodła wzdłuż stadionu lekkoatletycznego po czym zaczęła piąć się górę, przez aleję drzew, których nagie gałęzie tworzyły nad ich głowami naturalne sklepienie – jakby świat sprzysiągł się, by uczynić tę chwilę jeszcze bardziej wyjątkową.
Na szczycie pagórka rozciągał się widok zapierający dech w piersiach. W oddali było widać panoramę miasta i fragment Zatoki Gdańskiej.
– To tutaj – powiedziała, zatrzymując się. – Zawsze uwielbiałam to miejsce. Jest takie spokojne. Zawsze uważałam je za moje.
Łukasz objął ją delikatnie, przyciągając do siebie. Jej ciało wtuliło się w niego naturalnie, jakby ta chwila była wpisana w jakiś dawno ustalony porządek rzeczy. Trwali tak przez moment w milczeniu, otuleni ciszą i pięknem otaczającego ich pejzażu.
– Paulinko – zaczął ostrożnie, lecz szczerze – chciałem ci podziękować za ten zegarek. To dokładnie ten styl, który zawsze mi się podobał… Ale jest mi trochę głupio, bo wiem, że był bardzo drogi.
– Łukasz – powiedziała miękko, ale zdecydowanie – nie przejmuj się tym, ile kosztował. Chciałam, żebyś miał ode mnie coś wyjątkowego. Coś, co ci się podoba. Ścisnęła lekko jego dłoń.
– Dla mnie to przyjemność widzieć, jak go nosisz. I że wiesz, że został wybrany właśnie dla ciebie.
– Dziękuję, kochanie – odpowiedział z wdzięcznością, czując napływającą ulgę i wzruszenie. Przyciągnął ją mocno do siebie i objął z całym uczuciem, jakie w sobie nosił. Odwzajemniła uścisk i przez moment po prostu byli razem – w blasku zimowego słońca.
Szli jakiś czas w milczeniu. Paulina zatrzymała się nagle na wąskiej, zasypanej śniegiem ścieżce. Odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy — uważnie, przenikliwie, tak jakby chciała upewnić się, że jest tu naprawdę, całym sobą.
— Nie myśl, że o tobie zapomniałam. Wiem, jak bardzo jest ci trudno. Wiem, że milczysz, że zaciskasz zęby, że może nawet cierpisz.
Jej głos nie był ani surowy, ani czuły. Był spokojny. Pewny.
— Ale pomyśl — dodała po chwili. — Robisz to dla mnie. A nagroda… — uniosła kącik ust w ledwie dostrzegalnym uśmiechu — …nagroda cię nie minie. Obiecuję.
Nie odpowiedział słowami. Zatrzymał się, ujął jej dłoń i pochylił się, całując ją z namaszczeniem. Ten gest był prosty, niemal staromodny, ale pełen znaczenia.
— Dziękuję — wyszeptał.
Ruszyli dalej, ramię w ramię, przez cichy, ośnieżony las. Śnieg skrzypiał pod butami, powietrze było ostre i czyste, a niebo miało jasnoszary odcień.
— Idealna pogoda na kulig — rzuciła, jakby mimochodem.
Podchwycił temat natychmiast.
— Mógłbym cię ciągnąć na sankach — powiedział, z nutą rozbawienia w głosie. — Siedziałabyś wygodnie… a ja…
Zawahał się na ułamek sekundy.
— …ciągnąłbym cię jak koń.
— Kusząca wizja — przyznała. — Nawet bardzo.
— Założyłabyś wtedy to futro? — zapytał ostrożnie.
— Tak — odpowiedziała bez wahania. — Albo ten długi skórzany płaszcz. Ten z futrzanym wykończeniem. Ciepły, ciężki. Idealny na zimę.
Poczuł, jak coś w nim drgnęło, nagłe ukłucie podniecenia, które musiał natychmiast ukryć.
— Nie wiedziałem, że masz coś takiego — przyznał.
— Bo nigdy nie pytałeś — odparła spokojnie. — Mam jeszcze inne. Dłuższe. Krótsze. Różne.
Zastanowił się przez chwilę, po czym zapytał:
– A jak ja powinienem się ubrać, żeby wyglądać przy tobie odpowiednio, Paulinko?
Spojrzała na niego chłodno, choć usta wygięły się w ledwo zauważalnym, drwiącym uśmiechu.
– Nago – odpowiedziała bez zająknięcia, tonem, który nie dopuszczał dyskusji.
Zamarł na moment, niepewny, czy dobrze usłyszał.
– Jak to, nago? – zapytał ostrożnie.
– Tak. Przy mnie to najlepszy strój. Nie potrzebuję oglądać cię w marynarkach czy eleganckich spodniach. Jesteś moją własnością. I masz mi służyć – nie podobać się innym. Twój strój to twoje posłuszeństwo. Twoje oddanie. A nagość tylko to podkreśla.
Jej słowa były lodowate w swojej precyzji, a zarazem niesamowicie zmysłowe. Poczuł dreszcz. Nie tylko z chłodu – z czegoś znacznie głębszego.
– Ale… przecież jest zimno i… a ludzie? – zapytał, zaniepokojony.
– Przecież nie na ulicy, głuptasie. W moim ogrodzie – powiedziała, posyłając mu spojrzenie pełne rozbawionej pobłażliwości. – To przestrzeń, w której obowiązują moje zasady.
– Ale przecież będzie mi zimno – mruknął, próbując bronić resztek swojej racjonalności.
Paulina spojrzała na niego, mrużąc oczy.
– Zimno to tylko stan umysłu – odparła spokojnie. – Jeśli naprawdę chcesz mi służyć, nauczysz się nie myśleć o sobie. Twoje ciało ma być dla mnie.
Zbliżyła się, jej rękawiczka dotknęła jego policzka.
– Zaufaj mi – dodała cicho. – Zawsze znajdę sposób, żeby cię rozgrzać.
Spróbował zażartować, choć czuł się już niemal bezbronny.
– Paulinko… naprawdę nie uważasz, że to trochę nie fair? Ty będziesz w ciepłym, luksusowym płaszczu, a ja nagi i zmarznięty?
– Łukasz – powiedziała stanowczo – to ja decyduję, co jest fair. Ty nie jesteś tu po to, by oceniać, tylko by być i służyć. Rozumiesz?
Delikatnie przesunęła palcami po jego policzku, zatrzymując się na jego brodzie.
– Nagi, odsłonięty, wystawiony na warunki atmosferyczne – pokazujesz, że jesteś mój. Że jesteś gotowy oddać wszystko, nawet komfort, by mnie zadowolić.
– A będziesz miała pejcz w ręku? – zapytał nagle, starając się wyczuć jej reakcję, choć sam nie był pewien, czy bardziej mówi to z ciekawości, czy z potrzeby emocjonalnego potwierdzenia jej władzy.
– Pejcz? – powtórzyła wolno, smakując to słowo jak wino. – Będzie w mojej ręce, jeśli uznam, że się przyda, Łukaszu.
Jej głos był spokojny, niemal łagodny, ale kryło się w nim coś niepodważalnego. Ton, który nie wymagał zgody ani aprobaty – jedynie posłuszeństwa.
– Jeśli uznam, że to, co masz zrobić, wymaga dodatkowej motywacji, wtedy go na pewno użyję. Nie martw się. Zawsze wiem, czego potrzebujesz – nawet jeśli ty sam jeszcze tego nie wiesz. A pejcz? On jest tylko jednym z wielu narzędzi, którymi się posługuję.
– Paulinko, to brzmi trochę przerażająco – powiedział Łukasz z wymuszonym uśmiechem, próbując dodać sytuacji lekkości. – Ja nagi na mrozie, a ty cała w skórze, z pejczem w ręku...
Paulina zmrużyła lekko oczy i przyglądała mu się uważnie, z błyskiem rozbawienia w spojrzeniu.
– Przerażająco, mówisz? Może właśnie o to chodzi...
Zrobiła krok do przodu. Jej obecność stała się przytłaczająca, intensywna, dominująca. Zatrzymała się bardzo blisko. Ich ciała niemal się stykały.
– Ooo tak – dodała, przeciągając słowa. – Ja cała w skórze. Dopasowany płaszcz, rękawiczki, kozaki, pejcz w dłoni, a ty? Nagi. Wystawiony na chłód. I na moją łaskę. Czy to nie brzmi pięknie? Podniecająco?
Przesunęła dłonią po jego ramieniu – powoli, ale pewnie.
– Więc tak, użyję pejcza, by cię motywować – wyszeptała – albo tylko po to, by przypomnieć ci, kto tu rządzi. A może nie będzie wcale mi potrzebny. Ale tego jeszcze dziś nie wiemy, prawda?
Łukasz przełknął ślinę. W jego oczach pojawiło się napięcie, ale i fascynacja.
– Aż mi ciarki po plecach przeszły – powiedział szczerze, jego głos lekko zadrżał.
– I dobrze – odpowiedziała miękko, niemal szeptem, ale z niepodważalną pewnością siebie. – Tak właśnie powinno być.
Zbliżyła się jeszcze bardziej. Jej oddech musnął jego szyję, a usta znalazły się zaledwie kilka milimetrów od jego skóry.
– Te ciarki to dopiero początek. Wydawało ci się, że już tak wiele przy mnie przeszedłeś? Jeśli tak, to tylko wydawało.
Zatrzymała się na chwilę, patrząc mu prosto w oczy, jakby badała, ile jeszcze wytrzyma. Potem, jakby to wszystko było tylko drobną grą przed kolejnym rozdziałem, dodała tonem nieco bardziej rzeczowym – ale wciąż pełnym kontroli:
– A teraz... wracajmy do domu.
Jak Ci się podobało?