Ilustracja: AlexFenriss

Wilczyca (XXV)

28 sierpnia 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

31 min

Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!

Pierwsze miesiące w Berlinie. Nostalgiczna podróż z Maxem po wschodniej części miasta, w oparach niebieskiego dymu, wizyty Andrzeja i rodziców.

Rozdział XXV

Wschód


Trójmiasto, wrzesień 2009


Od rozstania z Kamilem minęło kilka dni. Paulina wróciła z biegania, wzięła szybki prysznic i usiadła na balkonie ze szklanką wody z cytryną. Telefon zadzwonił, gdy właśnie opierała stopy o balustradę. Na wyświetlaczu pojawiło się: Manfred Wirtz. Odebrała niemal od razu. Mówił swoim charakterystycznym, ciepłym tonem, bez pośpiechu, jak ktoś, kto ma dobrą wiadomość i chce ją odpowiednio podać. Tłumaczył, że razem z żoną zastanawiali się nad jej sytuacją i doszli do wniosku, że mogą jej coś zaproponować. W Berlinie mają mieszkanie –  co prawda w zwykłym bloku we wschodniej części miasta, ale za to trzy pokoje i całkiem blisko Alexanderplatz, skąd będzie miała dobre połączenie na uczelnię. Opowiadał, że to ich stare mieszkanie, a potem mieszkali tam ich synowie w czasie studiów. Paulina bez trudu przypomniała sobie Maxa: wysokiego blondyna z trójką żywiołowych synów i zawsze pogodną, serdeczną żoną. Wirtz kontynuował. Zaproponował, żeby tam zamieszkała – zamiast akademika albo nerwowego szukania czegoś na własną rękę w ostatniej chwili. Wystarczy, że będzie opłacała czynsz i dorzuci symboliczne sto euro miesięcznie. Gdy żartował, że to „na piwo”, w tle wyraźnie było słychać głos Ingrid, która natychmiast go skarciła, przypominając, że lekarz kazał mu ograniczyć alkohol i że tylko by chlał, gdyby miał pretekst.

Dodał jeszcze, że mieszkanie jest umeblowane, gotowe do zamieszkania – może nie nowoczesne, ale zadbane i przytulne. Zaprosił ją, aby wpadła do Schwerina po klucze. Słuchała w milczeniu, czując, jak napięcie, które nosiła w sobie od tygodni, zaczyna powoli puszczać. Przez chwilę walczyła z odruchem skrępowania, ale myśl o własnym kącie – bez zgiełku i tymczasowości akademika, była jak głęboki oddech. Odpowiedziała w końcu, ciszej, z wyraźnym wzruszeniem, że nie bardzo wie, jak ma dziękować. Wirtz powiedział krótko, żeby po prostu dobrze wykorzystała swoją szansę i że są z niej dumni. Kiedy się rozłączyli, jeszcze długo siedziała nieruchomo na balkonie, wpatrując się w jasne popołudniowe światło. Przed chwilą jej plany przestały być abstrakcją. Berlin przestał być wciąż odległym hasłem, a stał się konkretnym adresem.

Wstała w końcu, wciąż trzymając telefon w dłoni, i przeszła powoli przez mieszkanie. W głowie zaczęły układać się konkretne sprawy: pakowanie, formalności, terminy. A obok lekkiej nostalgii pojawiło się coś nowego – spokojna, dorosła ekscytacja. To miało się naprawdę wydarzyć. Wysłała wiadomość do akademika o rezygnacji z rezerwacji i cała sobie kolejną szklankę wody.

 

Dzień przed wyjazdem zorganizowała małą pożegnalną imprezę. Czuła, że jeśli tego nie zrobi, wyjedzie z poczuciem, że coś zostało urwane w pół zdania. Popołudnie było ciepłe, takie, które pachnie jeszcze latem, choć kalendarz już temu przeczył. Tata rozłożył stół w ogrodzie i nakrył go obrusem. Kilka krzeseł, talerze – nic szczególnego, a jednak wszystko dokładnie na swoim miejscu. Mama krzątała się przy jedzeniu, co chwilę zwracając Paulinie uwagę, że za grubo kroi warzywa.

Przyjechali ci, których chciała mieć obok. Kasia z trochę spiętym chłopakiem, Aneta – pogodna, choć z tym cieniem w oczach, który Paulina już dobrze znała. Dawid i Filip przywieźli karton piwa. Była też Olga – jak zawsze elegancka i posągowa. Pojawił się nawet dziadek. Trochę niespodziewanie, ale gdy już usiadł przy stole, od razu zaczął opowiadać różne historie. Kiedy usłyszał, że Paulina zamieszka we wschodnim Berlinie, wyraźnie się ożywił. Stwierdził, że gdy wpadnie do niej, odwiedzi dawnych towarzyszy, a ją koniecznie zabierze do Café Moskau – powiedział to z takim przekonaniem, jakby to było oczywiste, że właśnie tam zaczyna się prawdziwy Berlin.

Było wesoło, śmiech pojawiał się naturalnie, rozmowy toczyły się bez wysiłku, ale pod tym wszystkim płynęła delikatna nostalgia – nie smutna, raczej ciepła. Mówiła niewiele. Wolała patrzeć: na braci, na przyjaciółki, na rodziców. I pomyślała, że to pożegnanie jest dokładnie takie, jakie miało być – zwyczajne, prawdziwe, bez nadęcia. Jutro wszystko się przesunie. Dziś jeszcze było na swoim miejscu. Wróciła do domu późno w nocy.  W przedpokoju stały 3 walizki i kilka kartonów. Pakowanie tego zajęło kilka długich godzin. Choć przez lata starała się nie gromadzić zbyt wielu rzeczy, dopiero teraz uświadomiła sobie, jak wiele tego miała. Czekało ją jeszcze jedno pożegnanie. Przez ponad rok nikt się nie dowiedział. Ani przyjaciele, ani rodzina. Tylko Olga. A przecież Andrzej nie był człowiekiem znikąd – starszy od niej o ponad dwadzieścia lat, mężczyzna o silnej osobowości, z którym łączyło ją coś znacznie głębszego niż zwykłe spotkania. Zresztą, słowo ,,spotkania” wydawało się nieodpowiednie. Ich relacja daleko wykraczała poza schematy klasycznych randek. Nie było wspólnych kolacji w restauracjach, wyjść do kina czy romantycznych weekendów nad morzem. Ich ,,randki” były wyjątkowe, intymne, zamknięte w czterech ścianach. To były najczęściej godziny wypełnione jego bólem i bezgranicznym uwielbieniem. Wiedziała, że dla niego była kimś więcej niż tylko młodą dziewczyną. Była jego przewodniczką, wyzwolicielką ukrytych pragnień, których do niedawna nawet sam przed sobą nie potrafiłby nazwać. Dla niej zaś był oparciem – kimś, kto nie próbował jej zmieniać, nie chciał jej kształtować według własnych wyobrażeń, ale akceptował ją taką, jaka była: silną, wymagającą, nieprzewidywalną. Wciąż pamiętała tamte pierwsze spotkania, nieporadne i pełne emocji. Jak Andrzej uczył się jej potrzeb, a ona – jego oddania. Jak krok po kroku budowali coś, czego nie dało się łatwo nazwać. I teraz, choć ich drogi miały się rozejść, nie odczuwała żalu. Była wdzięczna za ten czas. Za to, że mogła być sobą. Za to, że miała kogoś, kto bez słów rozumiał, kim naprawdę była.

Obiecał, że będzie ją odwiedzał w wybrane weekendy i ta deklaracja w zupełności jej wystarczyła.

Była gotowa na kolejny krok. Przygotowywała się do niego od czterech miesięcy. Widywali się rzadziej ale wciąż intensywnie. Wakacje, jej relacja z Kamilem, jego rejs, czas z w towarzystwie Olgi. To wszystko powodowało, że nauczyli się planować i wykorzystywać do maksimum każdą wspólną chwilę. Przyjechał w nocy. Pożegnanie było krótkie, wiedzieli że niedługo zobaczą się. Życzył jej powodzenia, prosił aby dała znać, gdy bezpiecznie dojedzie.


Tata pojawił się u niej z samego rana.

– No cóż, Pauli, do twojego Fiata to byśmy włożyli co najwyżej jedną walizkę – powiedział z uśmiechem, otwierając olbrzymi bagażnik swojego Citroëna C5 w wersji kombi. – A tak pakuj ile wlezie a zobaczysz,  że i tak zostanie miejsce.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Dzięki, naprawdę nie dałabym rady sama.

Zaczęli znosić na dół kartony i walizki. Tata od razu przejął dowodzenie, ustawiał rzeczy w bagażniku z precyzją, jakby pakowanie było osobną sztuką, a on miał w niej czarny pas. Podawała mu kolejne pudła, czasem żartując, czasem tylko stojąc i patrząc, jak jej życie znika w przestrzeni bagażnika. Kiedy wszystko było już na miejscu, ojciec jeszcze raz sprawdził ułożenie, zamknął klapę i dopiero wtedy podał jej kluczyki.

– No. Gotowe – powiedział, ocierając czoło. – Spokojnie dojedziesz. Na pewno nie chcesz, żebym pojechał z tobą?

– Nie, dam radę – odpowiedziała. – A wy i tak wpadniecie niedługo.

Kiwnął głową, ale zamiast od razu się cofnąć, sięgnął do kieszeni kurtki. Wyjął cienkie kartonowe etui i podał jej.

– To na drogę – powiedział. – Ułożyliśmy to z Filipem i Dawidem. Ja to… no… jak to się mówi… wypaliłem.

Zawahał się na sekundę.

– Pod czujnym okiem Filipa – dodał szybko.

– Jesteście kochani. A co tam jest?

– Spodoba ci się – powiedział przytulając ją i całując.

– Jak coś się będzie działo, dzwoń od razu. Pamiętaj tylko, żeby tankować olej napędowy, błagam, nie pomyl się – powiedział jeszcze, wręczając jej komplet dokumentów.

– Dziękuję, tato. Kocham cię.

Wiedziała, że się o nią martwi, choć bardzo się starał tego nie pokazywać. Samodzielny wyjazd do obcego kraju, nowy etap życia – to nie było dla niego „po prostu”. Umówili się, że po tygodniu rodzice przyjadą do niej z wizytą: zobaczyć, jak się urządziła, pomóc, jeśli będzie trzeba. Przy okazji wymienią się samochodami – odda Citroëna i zabierze z powrotem swojego małego Fiata.

Gdy pożegnali się i kiedy ostatni raz spojrzała na blok, wsiadła za kierownicę. Silnik ruszył miękko. Kiedy wyjechała na drogę w stronę Gdyni, na pierwszym prostszym odcinku wsunęła płytę do systemu audio. Przez ułamek sekundy było cicho, potem głośniki ożyły charakterystycznym, galopującym rytmem. ,,The Trooper” uderzył od pierwszych taktów, bez ostrzeżenia. Parsknęła śmiechem. Po chwili śpiewała już razem z Brucem Dickinsonem. Przy refrenie rozpuściła włosy i pozwoliła im zatańczyć w rytmie muzyki – dokładnie tak, jak na koncertach. Na moment zabrała jedną rękę z kierownicy, a palcami drugiej zaczęła w powietrzu odgrywać linię basu. Droga złapała właściwy rytm. Asfalt sunął pod kołami jak taśma, a ona wybijała tempo lewą stopą, wciąż kołysząc głową. Na prostych odcinkach podkręcała głośność. Wnętrze Citroëna wypełniła surowa, dobra energia.

Było w tym coś oczyszczającego. Stare dobre metalowe granie: bas, który prowadził jak kompas i głos wokalisty Iron Maiden, który zawsze brzmiał mocno i donośnie. Paulina śpiewała, grała w powietrzu, uśmiechała się sama do siebie.


Berlin, wrzesień 2009


Podróż minęła szybciej, niż się spodziewała. Samochód prowadził się znakomicie – był cichy, stabilny, a zawieszenie idealnie tłumiło większość nierówności. Wjechała już do Niemiec z mieszanką ekscytacji i lekkiej niepewności, z każdym kilometrem coraz bardziej czując, że rozpoczyna nowy etap swojego życia. Przyspieszyła.

Gdy zbliżała się do zjazdu na Rostock, zadzwonił telefon. Wyświetlił się Max Wirtz.

– Hallo? – odebrała niepewnie.

– Cześć, Paulina, tu Max. Miałem twój numer jeszcze z zeszłego roku. Jestem właśnie z Leonem w Schwerinie. Tata wszystko mi powiedział, wiem że jesteś już w drodze do nas. Pomyślałem, że może pomożemy ci. My ruszamy zaraz do Berlina na mecz, jedź tam od razu, damy ci klucze na miejscu.

 

Umówili się tak, że Max z synem przyjadą pod mieszkanie, dadzą klucze i pomogą z rozładunkiem. Przestawiła nawigację i dotarła na miejsce po niespełna pięćdziesięciu minutach jazdy. Zaparkowała samochód na wyznaczonym miejscu i przez chwilę po prostu siedziała w aucie. Okolica wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażała. Stare bloki z czasów NRD miały w sobie surową elegancję: wysokie, masywne, ustawione z rozmachem, nieprzytłaczające. Szerokie chodniki, dużo zieleni, stare drzewa pamiętające inne dekady. Elewacje były czyste, odnowione, w jasnych kolorach – nic krzykliwego, raczej porządek i solidność. Widać było, że kiedyś mieszkali tu ludzie ważni dla dawnego reżimu: urzędnicy, inżynierowie, kadra naukowa, dla której przestrzeń miała znaczenie. Fontanny na niewielkich skwerach, równo poprowadzone alejki, logiczny układ ulic – wszystko sprawiało wrażenie przemyślanego i spokojnego. Telefon zawibrował. Krótka wiadomość: Nawigacja pokazuje nam jeszcze godzinę.

Zamknęła auto i poszła się przejść, rozprostować nogi po jeździe, oswoić miejsce. Przeszła przez mały park, minęła plac zabaw, gdzie kilkoro dzieci bawiło się na niewielkiej zjeżdżalni. Z balkonów dobiegały urywki rozmów, gdzieś w oddali szczęknęły naczynia. Normalne życie.

W pobliskim sklepie kupiła opakowanie winogron i gazetę – wybrała Der Spiegel. Na okładce dominował duży temat polityczny: kryzys finansowy wciąż rozlewał się po Europie, obok zapowiedzi artykułów o Angeli Merkel, o przyszłości Unii, o zmianach na rynku pracy i o odszkodowaniach dla ofiar eksperymentów z czasów wojny, których wypłatę obiecał nowy prezes Hagen Pharma AG.

Wróciła do samochodu, otworzyła bagażnik i usiadła pod uniesioną klapą, opierając się plecami o jeden z kartonów. Winogrona opłukała wodą z butelki, strząsnęła krople i zaczęła powoli jeść, kartkując gazetę. Czytała fragment o tarciach w koalicji rządowej i o walce frakcji w CDU. Dalej był reportaż o bezrobociu w Brandenburgii i jakichś neonazistach, którzy namalowali zakazane symbole na budynku urzędu w jednym z małych miasteczek blisko granicy z Polską.  Co jakiś czas odrywała wzrok od tekstu i patrzyła przed siebie. Czuła coś pomiędzy spokojem a lekkim napięciem. Godzina szybko minęła.

– Witamy w Berlinie! – powiedział Max z szerokim uśmiechem, wysiadając ze srebrnego Mercedesa.

Paulina przywitała się, dziękując za pomoc i uśmiechając się z lekkim zakłopotaniem.

W trójkę szybko zabrali się za rozładunek samochodu. Kartony, walizki i torby wnosili sprawnie – dzięki windzie, która choć trochę wysłużona, działała bez zarzutu. Mieszkanie znajdowało się na dziewiątym piętrze.

Kiedy weszli do środka, rozejrzała się z ciekawością. Było zaskakująco przestronne i jasno. Wnętrze miało klasyczny układ z czasów NRD: trzy pokoje, duży przedpokój, oddzielna kuchnia i łazienka z oknem. Nosiło ślady przeszłości – solidne drewniane podłogi, tapeta w kwiatowy wzór i meble pokryte błyszczącą politurą. Jednocześnie widać było próby unowocześnienia – nowa armatura w łazience, świeżo malowane sufity i nowoczesna, jasna kuchnia, odświeżona kilka lat temu. Salon był największym pomieszczeniem – miał ogromne okno, przez które wpadało mnóstwo światła, oraz balkon z widokiem na Alexanderplatz. Dwa mniejsze pokoje były idealne na sypialnię i pokój gościnny. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko teraz będzie jej nowym domem.

– Jest naprawdę świetne – powiedziała z entuzjazmem, kiedy ustawili ostatni karton w salonie.

Max uśmiechnął się szeroko.

– Cieszymy się, że ci się podoba. Wiesz, tata powiedział mi tylko jedno: pomóż jej tak, jakbyś pomagał własnej córce. Córki nie mam, tylko tych trzech potworów, których już poznałaś rok temu. Więc tym bardziej.

Roześmiali się i wyszli na balkon. Dziewiąte piętro dawało oddech – nie było tu już ulicznego hałasu, tylko równy szum miasta, jak tło, do którego można się przyzwyczaić. Paulina niepewnie oparła dłoń o balustradę i spojrzała przed siebie. Wieża telewizyjna była blisko, niecały kilometr w linii prostej. Dominowała nad okolicą, jasna, smukła, niemal elegancka. Jej kula łapała popołudniowe słońce i odbijała je szeroką plamą światła.

Max stanął obok i uniósł rękę.

– Widzisz to? – zapytał, wskazując palcem. – Jak słońce pada pod odpowiednim kątem, na tej kuli zawsze wychodzi krzyż.

Zmrużyła oczy. Faktycznie – linie światła układały się w wyraźny znak, którego nie dało się pomylić z niczym innym.

– Nazywają to „zemstą papieża”. Budowali symbol świeckiego państwa, potęgi socjalizmu, nowoczesności… a wyszło jak wyszło.

Uśmiechnął się krzywo.

– Kiepsko, co? Całe NRD starało się wyprzeć religię, a ich największa wizytówka codziennie rysowała na niebie krzyż i to bez zgody Honeckera.

Patrzyła jeszcze chwilę na wieżę. Było w tym coś przewrotnego, bardzo berlińskiego – historia, która nie daje się zamknąć w jednym porządku, symbole, które wymykają się intencjom.

– To miasto ma do tego talent – powiedziała w końcu. – Do ironii.

Skinął głową.

– Fajnie, że tu trafiłaś. Berlin lubi takich ludzi jak ty. Słuchaj, a może jesteś głodna? Niedaleko jest najlepszy currywurst w tej części miasta. Czy może jesteś zbyt zmęczona?

Mimo kilkugodzinnej jazdy, była wciąż pełna wrażeń i energii. Pokręciła głową.

– Nie, nie jestem. Chętnie coś zjem.

– Zawsze zdążysz się rozpakować. A teraz chodź, zobaczysz coś zupełnie innego.

Zjechali na dół windą i weszli w niewielką alejkę między blokami, przy której ciągnął się rząd garaży. Paulina zawsze zastanawiała się, dlaczego niemieckie garaże były niemal identyczne – te same szare lub beżowe bramy. Inaczej niż w Polsce, gdzie każdy wyglądał, jakby był oddzielnym światem właściciela. Tutaj panował porządek.

Max podszedł do jednego z garaży i otworzył bramę. Skrzypnęła lekko, odsłaniając wnętrze. Natychmiast uderzył ich specyficzny zapach – mieszanka starej benzyny, oleju i czegoś jeszcze, jakby lekkiej nuty spalonego smaru. Zapach starego, wysłużonego silnika dwusuwowego, nie do pomylenia z niczym innym. Wypełniał ciasną przestrzeń garażu, jak mgła wspomnień o minionych czasach.

W głębi, w blasku światła wpadającego przez otwartą bramę, stał on – żółty Wartburg 353, model z końca lat osiemdziesiątych. Samochód o kanciastych kształtach, który mimo wieku wyglądał, jakby ktoś wciąż traktował go z czułością.

– To Wartburg mojego dziadka – powiedział, z wyraźnym sentymentem w głosie. – Zostawiliśmy go po jego śmierci. Dziadek odebrał go w 1988 roku z salonu w Schwerinie. Przez lata jeździł tylko do nas, do Berlina, albo do sanatorium w Bad Elster.

Podeszła bliżej. Karoseria, choć w niektórych miejscach przykurzona, wciąż błyszczała. Kolor był soczysty, słoneczny, kontrastujący z szarością betonowych ścian.

– A może się przejedziemy? – zaproponował, wyciągając z kieszeni niewielki pęk kluczyków z plastikowym breloczkiem. – Pokażemy ci trochę wschodniego Berlina.

Otworzył maskę. W tym czasie Paulina z ciekawością przyglądała się wnętrzu – prostemu, niemal siermiężnemu. Mężczyzna sprawdził poziom płynu chłodniczego i podłączył akumulator.

– Jeździłem nim jakieś trzy miesiące temu – powiedział, zamykając maskę z charakterystycznym trzaskiem. – Mam nadzieję, że odpali.

Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go. Rozrusznik zawył niskim, przeciągłym tonem, przez chwilę ciszę przeszywało tylko ciężkie kręcenie się silnika. I wtedy – nagle – rozległo się, nierówne burczenie, a z rury wydechowej wystrzeliła kłębiasta chmura niebieskawego dymu, która na chwilę spowiła całą okolicę.

Cofnęła się odruchowo o krok, śmiejąc się przy tym. Ten zapach, ta woń spalonego oleju zmieszana z benzyną – to była kwintesencja dawnej epoki.

Silnik prychał, ale utrzymywał pracę. Przegazował lekko – samochód odpowiedział typowym dla dwusuwów nierównym, dźwięcznym odgłosem i kolejnym kłębem dymu.

– I oto on – powiedział z dumą, wskazując na miejsce pasażera – Witaj w prawdziwym NRD.

Zaśmiała się. Mimo całej egzotyki sytuacji, czuła się cudownie lekka, jakby rzeczywistość na moment przestała być poważna.

– No, wsiadasz? – zapytał Max, otwierając jej drzwi.

Wartburg delikatnie drżał na biegu jałowym, gotowy do podróży w przeszłość Berlina, którego duch dawnej epoki wciąż unosił się w niektórych zakamarkach. Ostrożnie usiadła w fotelu, uważając, by nie ubrudzić jasnych spodni o próg drzwi. Siedzenie, obite sztuczną skórą w odcieniu beżowej żółci, zaskrzypiało cicho. Leon rozsiadł się wygodnie na środku miękkiej tylnej kanapy.

Max wrzucił bieg i spokojnie ruszył. Silnik charakterystycznie warczał, a cały samochód lekko wibrował przy  przyspieszeniu.

Wjechali na szeroką aleję otoczoną monumentalnymi budynkami. Paulina rozpoznała nazwę na jednej z tablic: Karl-Marx-Allee.

– Witamy na alei Karola Marksa – powiedział kierowca z uśmiechem. – Jednej z najbardziej prestiżowych ulic wschodniego Berlina. To tu, po wojnie, NRD budowało swoją wizję idealnego socjalistycznego miasta.

Rozejrzała się. Wysokie budynki z jasnego kamienia, ozdobione kolumnami i mozaikami, przypominały architekturę pałacową, ale w wersji socrealistycznej. Wszystko było ogromne, masywne, z symetrycznymi fasadami i szerokimi chodnikami.

– Nazywają to stalinowskim barokiem – kontynuował, przemykając między kolejnymi skrzyżowaniami. – Każdy blok miał być trochę jak pałac dla ludu. Duże mieszkania, wysokie sufity, szerokie ulice idealne na defilady, ale wiadomo – kto mieszkał tutaj, ten nie należał do przeciętnych robotników.

Chłonęła każde słowo, patrząc na budynki z fascynacją. Ich ogrom i dziwna mieszanka przepychu oraz surowości robiły niesamowite wrażenie.

– A tam przed nami – wskazał – jest Frankfurter Tor. Widzisz te dwie wieże? Wzorowane były na berlińskim Domu Inwalidów, ale w wersji proletariackiej. Trochę przepychu, trochę wielkiej ideologii, no i obowiązkowo miejsce na przemarsze wojskowe. Za dawnych czasów, wszystkie większe imprezy zaczynały się właśnie tutaj. Jeśli była jakaś wielka parada 1 maja albo rocznica rewolucji październikowej, defilady startowały stąd. Zobacz, na bloku zostały jeszcze stare neony.

Mówił z pasją, jak przystało na architekta, ale w jego opowieściach pobrzmiewała także nuta ironii.

– Widzisz tę kawiarnię tam w głębi? – wskazał na narożny lokal z neonem Café Moskau. – Kiedyś to było jedno z nielicznych miejsc, gdzie można było wypić kawę w zachodnim stylu – cappuccino albo espresso – ale oczywiście tylko dla wybranych. Byłeś kimś to miałeś wstęp. Reszta patrzyła przez szybę.

Paulina uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie słowa dziadka.

– No i tu – skręcił lekko w lewo – zaczyna się Alexanderplatz. Inny świat. Gdybyś tu była w latach 80., zobaczyłabyś morze betonu i Centrum-Warenhaus. Teraz jest tu więcej szkła i wieżowców, ale duch Wschodu jeszcze nie całkiem zniknął.

Minęli  wieżę telewizyjną, której charakterystyczna srebrna kula wciąż błyszczała w popołudniowym słońcu, niezmiennie rysując krzyż na swojej powierzchni. Ten Berlin, którego fragmenty pokazywał jej Max, był inny niż obraz wielkiej metropolii z przewodników. Był pełen kontrastów, anegdot, historii zapisanej w architekturze. Leon z tylnego siedzenia wtrącił z entuzjazmem:

– Tata pokazał mi kiedyś zdjęcia, jak wyglądała ta aleja w latach osiemdziesiątych – powiedział. – Wszędzie Trabanty i Wartburgi!

Max pokiwał głową.

– Tak było. Ale jak wiesz, ja lubię te nasze stare miejsca. Może nie są najpiękniejsze ale mają duszę. Tu się wychowałem.

Samochód powoli toczył się przez ulice, a niebieska smuga dymu z rury zostawiała za nimi ślad, niczym niewidzialna nitka łącząca przeszłość z teraźniejszością. Kilku przechodniów pomachało im, ktoś zrobił zdjęcie. Zatrzymał się na niewielkim parkingu nieopodal Alexanderplatz, gdzie między budynkami przetrwał mały, niepozorny bar serwujący currywurst. Drewniana budka z prostym, czerwonym szyldem, pachniała przyprawami, smażoną kiełbasą i lekko przypalonym ketchupem – zapach był intensywny, pobudzający kubki smakowe. Wysiadł pierwszy, po czym otworzył drzwi Paulinie, która nie mogła poradzić sobie z klamką.

– No, teraz czas na coś autentycznego – uśmiechnął się, prowadząc ich w stronę baru.

Zamówili trzy porcje oraz frytki. Zapłacił za wszystko, machając ręką, kiedy próbowała sięgnąć po portfel. Usiadła z nimi przy jednym z kilku plastikowych stolików ustawionych pod parasolami.

– No dobra. Opowiadaj. Jak to z tymi studiami? Tata coś wspominał, ale chciałbym usłyszeć od ciebie.

Przełknęła pierwszy kęs, po czym otarła usta serwetką.

– Dostałam stypendium – powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała lekka nuta dumy. – Będę studiować psychologię. Trochę się martwiłam, bo mój licencjat był przecież z filologii, ale uczelnia ma specjalny program wyrównawczy, dodatkowe zajęcia na pierwszym roku, żeby nadrobić różnice.

Skinął głową, wyraźnie pod wrażeniem.

– Bardzo mądrze. Psychologia to świetny wybór. Ludzie zawsze będą potrzebować kogoś, kto ich wysłucha i zrozumie.

– A ty, Max? – zapytała po chwili. – Skąd się wziąłeś na drugim końcu Niemiec?

Westchnął z lekkim uśmiechem.

– Studiowałem architekturę tutaj, w Berlinie. Miałem szczęście, bo moja uczelnia miała renomę nawet po zjednoczeniu. Wiesz, kiedy upadał mur, miałem prawie dwadzieścia lat. Ale mimo wszystko... – zawahał się – mimo że dla mnie NRD to głównie młodość to i tak w pracy w Stuttgarcie długo czułem, że jestem ,,Ossi".

– Naprawdę?

Pokiwał głową.

– Ludzie niby mówią, że wszystko jedno, że minęło tyle lat, ale różnice w mentalności są. W Zachodnich Niemczech długo jeszcze patrzyli na nas jak na ,,tych ze Wschodu". Trochę jakbyś zawsze był ciut gorszy, nawet jeśli nie mówili tego wprost.

– Musiało być ciężko – powiedziała cicho.

Wzruszył ramionami.

– Nauczyłem się, że nie warto się przejmować. Robisz swoje. W Stuttgarcie miałem świetną ofertę pracy, poznałem Katherine. Ale zawsze tęskniłem za Berlinem. I staram się tu bywać, czasem z chłopakami potrafimy przyjechać specjalnie na mecz Herthy. A dziś mogę jeść currywurst z tobą i moim pierworodnym – mrugnął w stronę Leona, który właśnie pochłaniał kolejną porcję frytek.

Paulina roześmiała się cicho.

– No i mamy miasto pełne skomplikowanej historii na wyciągnięcie ręki – dodała.

– Dokładnie – przytaknął. – Berlin jest jak żywa książka. Codziennie odkrywasz coś nowego. Zazdroszczę ci, wszystko przed tobą. A i na mecz kiedyś musimy cię zabrać. Jeśli choć trochę lubisz piłkę, to pokochasz naszą Starą Damę. Tylko tacie nie mów, dla niego ten klub jest zbyt zachodni.

– Nigdy nie interesowałam się, ale trzymam was za słowo i chętnie wybiorę się.

Siedzieli jeszcze chwilę, delektując się  pysznym jedzeniem i rozmawiając o tym, co Berlin ma do zaoferowania. Czuła, że znalazła swoje miejsce. Nowy rozdział życia właśnie się zaczynał.


Berlin, jesień / zima 2009


Początek roku akademickiego był dla Pauliny niczym zanurzenie w innym świecie – intensywnym, wymagającym, ale i ekscytującym. Mimo że miasto tętniło życiem, oferowało nieskończoną paletę bodźców, wydarzeń i możliwości, od początku wiedziała, po co tu przyjechała. Skupiła się na nauce z niemal ascetyczną dyscypliną. Jej dni były wypełnione wykładami, seminariami, godzinami w bibliotece i wieczornym przesiadywaniem nad podręcznikami.

Nowe otoczenie – berliński kampus, wykładowcy, nowe koleżanki i koledzy – z jednej strony fascynowało, z drugiej wymagało ogromnego skupienia i szybkiego przystosowania. Program wyrównawczy dla studentów bez wcześniejszego przygotowania psychologicznego był intensywny, a ona – ambitna jak zawsze – chciała nie tylko nadążyć, ale koniecznie być najlepsza. Studiowanie psychologii w języku niemieckim, z całą jej terminologią i subtelnościami pojęciowymi, było wymagające, ale też pasjonujące. Każdy wykład, każdy rozdział z podręcznika otwierał przed nią nowe obszary myśli i wiedzy.

Jedynym oderwaniem od tej rutyny były wizyty jej rodziców. Przez pierwsze tygodnie przyjeżdżali regularnie, co dwa tygodnie, przywożąc ze sobą kawałek domu. Mama – z domowym ciastem, zapasami polskich produktów. Tata – z ciepłem, spokojem, czasem z lekką zadumą w oczach, gdy rozglądał się po mieszkaniu, jakby nadal nie mógł uwierzyć, że jego córka już tu mieszka, w tym wielkim mieście, z dala od ich codzienności. Chodzili razem na spacery na Kreuzberg, odwiedzali muzea, raz poszli nawet na targ staroci przy Ostbahnhof, gdzie ojciec długo przeglądał stare winyle, a mama z rozbawieniem przyglądała się jakimś dziwnym bibelotom. Te wizyty były pełne miłości, ale i zrozumienia – pozwalali jej wracać do nauki, nie zabiegając o zbyt wiele uwagi.

Zupełnie inaczej wyglądała pierwsza wizyta Andrzeja. Przyjechał pewnego piątkowego popołudnia, jesień w Berlinie była złota i jeszcze ciepła. Wieczór spędzili przy kolacji. Pili wino, rozmawiali długo siedząc przy stole, patrząc na roświetlającą się panoramę miasta. Słuchał uważnie, jak zawsze, wtrącając krótkie, ale trafne komentarze. Chwalił ją, gratulował wyboru kierunku. Pytał o szczegóły – o to, co najbardziej ją ciekawi, jakich wykładowców polubiła, jakie ma plany.

Potem poszli na długi spacer wzdłuż rzeki, w stronę East Side Gallery. Przeszli mostem na Kreuzberg. Mijali leniwe światła kawiarni i restauracji. Berlin nocą był inny niż za dnia – bardziej intymny. Nie trzymali się za ręce, nie przytulali – ich relacja nie potrzebowała tego rodzaju gestów. Ich bliskość była cicha, głęboka, niewerbalna.

Kiedy wrócili do mieszkania, Paulina była zmęczona – nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, po całym tygodniu pracy i nauki. Przebrała się w miękki dres, Andrzej wziął prysznic. Powiedziała, że musi chwilę odpocząć. Położyli się obok siebie, w ciszy. On delikatnie pogładził ją po karku, powiedział tylko:

– Odpoczywaj, nic nie musimy robić.

Uśmiechnęła się i zasnęła niemal natychmiast.

Jego kolejne wizyty wyglądały podobnie. Była tak przemęczona, że zasypiała na siedząco. Nie planowali nic. Andrzej cieszył się, że ją widzi, proponował spacer lub zakupy. Paulina przepraszała go,  prosiła o zrozumienie, śmiała się, że kiepska z niej sadystka, bo nawet nie ma siły go wychłostać. Przestrzegała, że to nie znaczy, że stała się łagodna. Śmiali się oboje, Andrzej klękał i mówił, że zawsze będzie do dyspozycji.

Tak minęły pierwsze dwa miesiące jej nowego życia. Monotonne dla kogoś z zewnątrz, a dla niej przede wszystkim pełne sensu, choć wyczerpujące. W grudniu postanowiła wynagrodzić mu swoją niewielką aktywność i ciągłe zmęczenie. Postanowili wybrać się do jednego z berlińskich klubów na klimatyczną imprezę. Pomysł wyjścia wyszedł od niego. To on natknął się gdzieś na informację o tej imprezie i zaproponował jej udział. Zgodziła się niemal od razu. Miała poczucie, że taki wieczór dobrze zrobi im obojgu – a jej samej pomoże wyrwać się z rytmu zajęć, dojazdów i zmęczenia, które wciąż odkładało się w ciele. Zaczęła przygotowania już po południu. Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i upięła je ciasno, gładko, bez żadnych luźnych pasm. Makijaż zrobiła mocniejszy niż zwykle – podkreślone oczy, ciemna kreska, usta w chłodnym, głębokim odcieniu. Założyła starannie dobraną bieliznę: czarną, gładką, bez zbędnych ozdób, oraz cienkie rajstopy. Dopiero potem sięgnęła po czarny, skórzany catsuit. Wsuwając w niego nogi, poczuła znajomy chłód satynowej podszewki, który po chwili ustąpił ciepłu ciała. Zasunęła zamek do końca, sprawdzając w lustrze, czy linie układają się równo, bez najmniejszego przesunięcia. Do tego dobrała długie rękawiczki, które sięgały powyżej łokci. Na koniec kozaki. Wysokie, eleganckie, z miękkiej skóry, perfekcyjnie wyprofilowane – prezent od Andrzeja na jej urodziny w maju. Do tej pory nie miała okazji ich założyć. Teraz pasowały idealnie. Obcas był wysoki, ale stabilny, a cholewka obejmowała nogę dokładnie tak, jak powinna. Wyglądała zjawiskowo i budziła niesamowity respekt. Gdy wyszła z sypialni natychmiast padł przed nią na kolana. Podeszła do niego bez słowa. Uniosła dłoń i lekko, pewnym gestem podniosła jego podbródek, zmuszając, by spojrzał jej w oczy. Przez chwilę trwało między nimi to ciche napięcie, w którym nie było już miejsca na wahanie.

– Dziękuję, że jesteś, Fenriss – powiedział cicho.

Odpowiedziała tylko uśmiechem, krótkim, niemal niedostrzegalnym.

– Chodźmy.

Odwróciła się, a on sięgnął po płaszcz. Długi, czarny, z ciężkiej wełny – ten, który kupiła sobie w Zarze z myślą o zimowych chłodach. Pomógł jej wsunąć ramiona w rękawy, poprawił kołnierz.

Wyszli i wsiedli do taksówki. Zerkał na nią ukradkiem: na linię szyi odsłoniętą ciasnym upięciem włosów, na piękny profil, na sposób, w jaki siedziała wyprostowana, niewzruszona. Czuł zapach jej perfum – ciepły, ciężki, niosący się w zamkniętej przestrzeni auta.

Wchodząc do klubu, zgodnie z zasadami miejsca, rozebrał się do naga i założył czarną, welurową maskę na twarz. Uśmiechnęła się i wyjęła z torebki dwie klamry połączone łańcuszkiem. Przypięła mu je do sutków, mówiąc, że to pomoże skupić mu się tylko na tym, kto jest jego panią. Przypięła smycz do jego obroży i szarpnęła. Klub był industrialny, przestronny, oświetlony w przyciemnionych, czerwonych i fioletowych barwach. Z głośników leciała nastrojowa muzyka, a powietrze przesycone było zapachem skóry i dymiących tu i ówdzie kadzidełek. W różnych częściach odbywały się sceny pokazowe – dominujące kobiety tresowały swoich uległych, niektórzy klęczeli, inni wisieli przypięci do skomplikowanych konstrukcji. Wszystko odbywało się z klasą, choć nieco teatralnie. Paulina prowadziła swojego towarzysza przez kolejne pomieszczenia z zaskakującą pewnością siebie. Przyglądała się z ciekawością innym, czasem przystawała, aby popatrzeć na torturowanego właśnie niewolnika. Po jakimś czasie zauważyła, że Andrzej zaczął się trochę wycofywać. Stał pochylony a w jego oczach pojawiło się napięcie. Nie chodziło o to, że ktoś go dotykał – bo nikt tego nie robił – ale o atmosferę, która stawała się dla niego zbyt gęsta. Za dużo bodźców, za dużo intensywności, zbyt wiele ludzi wokół. Spojrzała mu prosto w oczy przez otwory w masce i zapytała cicho:

– Co się dzieje? Źle się czujesz?

– Czuję się trochę przytłoczony tym wszystkim naraz. Przepraszam.

Kazała mu uklęknąć, ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała lekko w czoło.

– Jeśli nie czujesz się dobrze, wracajmy do domu.

– Jesteś pewna? Może pójdę na chwilę do łazienki, przemyję twarz zimną wodą?

– Nie, nic na siłę. Ale nie myśl, że ten wieczór szybko się skończy.

Skinął głową, czując ulgę i wdzięczność. Bez pośpiechu wyszli z klubu. Powietrze grudniowego Berlina było chłodne i orzeźwiające. Wezwali taksówkę.

Kiedy tylko drzwi mieszkania zamknęły się za nimi, zdjęła płaszcz i bez słowa odwróciła się do uległego. Wciąż miała na sobie czarny, błyszczący catsuit, który idealnie opinał jej ciało. W świetle lamp jej sylwetka wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo – jednocześnie elegancka, surowa i niepokojąco piękna.

– Rozbieraj się – powiedziała spokojnie, ale ton jej głosu nie pozostawiał miejsca na nawet najmniejsze wątpliwości. Znał go aż za dobrze. Posłusznie wykonał polecenie, powoli i starannie zdejmując ubrania, jakby każdy ruch miał znaczenie. Podeszła do komody, wyjęła jeden z ulubionych pejczy – cienki, pleciony, starannie wykonany. Wskazała mu miejsce koło ściany. Uklęknął.

Zapanowała cisza, którą przerywał jedynie świst skóry przecinającej powietrze i cichy, powtarzalny dźwięk uderzeń. Paulina biła go powoli, równym rytmem ale niemal od początku bardzo mocno. Nie odzywała się, nie komentowała. Wiedziała, że on oddaje się jej w pełni – że to dla niego coś więcej niż ból. To było oczyszczenie. Potwierdzenie jego oddania. Czasem jęknął, czasem zacisnął dłonie w pięści, czasem zadrżał. Nie prosił o przerwę. Chciał to wytrzymać. Dla niej. Nie liczyła ile razy go uderzyła, była jednak pewna, że przekroczył sto. Kiedy odkładała pejcz leżał na podłodze drżąc i wijąc się z bólu. Wskazała palcem buty.

– Zdejmij

Chwycił ostrożnie za nogę i delikatnie, z ogromnym szacunkiem, zaczął rozpinać zamek. Zdjął jeden but, potem drugi, po czym wziął jej stopy w dłonie i bez słowa zaczął masaż. Stopy były ciepłe, drobne, idealnie zadbane. Każdy dotyk był dla niego formą nagrody.  Zamknęła oczy i odchyliła głowę, opierając ją o tył fotela. Jej oddech uspokajał się, a mięśnie rozluźniały. W ciszy słychać było tylko ciche westchnienia, przeciągłe ruchy dłoni na jej skórze i oddech Andrzeja – spokojny, rytmiczny.

Po kilkunastu minutach masażu otworzyła oczy i spojrzała na niego z góry.

– Wystarczy – szepnęła.

Usiadł przy nogach, opierając głowę o jej kolana. Pogładziła go po włosach. Przez dłuższą chwilę siedzieli tak w ciszy, jak dwoje ludzi, których łączy coś więcej niż słowa. Jej palce bawiły się jego kosmykami, a spojrzenie błądziło gdzieś poza ściany mieszkania.

– Dobrze spisałeś się, wiesz jak mnie uszczęśliwić – powiedziała w końcu.

Nie odpowiedział. Zamknął oczy. Wiedział, że w tym jednym zdaniu zawarte było wszystko.

 

Święta spędziła w domu. Było spokojnie, rodzinnie, bez nadmiaru emocji. Śnieg skrzypiał pod butami, gdy szła znajomą drogą na wzgórze, które lubiła od dzieciństwa. Z Andrzejem widziała się dwa razy – najpierw spotkali się w centrum miasta, wymienili prezenty, kilka zdań, uśmiechów, życzeń. Po świętach poszli jeszcze na elegancką kolację. Poszła też na kawę z Olgą. Spotkały się w małej kawiarni, której wnętrze pachniało cynamonem i świeżym pieczywem. Rozmawiały długo. Przyjaciółka opowiadała o zbliżających się egzaminach adwokackich, o presji, o nieprzespanych nocach z kodeksem, o Jacku który był na każde jej skinienie. Paulina mówiła z kolei o Berlinie, o uczelni, o zmęczeniu, wizytach Andrzeja i o tym, jak coraz bardziej odnajduje się w tym nowym rytmie. W końcu powiedziała:

– Musisz mnie odwiedzić.

– Obiecałam sobie, że po tych pieprzonych egzaminach. Serio. Mam już dosyć. To mi dobrze zrobi.

Tylko kiwnęła głową. Wiedziała, że Olga dotrzyma słowa.

 

Na Sylwestra wróciła do Berlina. Zwykle nie przepadała za tego typu okazjami – zbyt dużo oczekiwań, zbyt wiele hałasu wokół czegoś, co właściwie niczego nie zmienia. Ale dała się namówić znajomym ze studiów. Gdy szykowała się do wyjścia zadzwoniła Aneta. Złożyły sobie życzenia. Podekscytowanym głosem powiedziała, że Kamil zaprosił ją na imprezę. Paulina poczuła ukłucie w żołądku. Przypomniała sobie wszystkie chwile, spędzone w towarzystwie tego uroczego łobuza, jak lubiła o nim myśleć. Przed oczami przeleciał jej spacer na molo, wypady na plażę po pracy, pełne uniesień noce w kamperze. Powiedziała przyjaciółce, że cieszy się jej szczęściem i żeby przekazała Kamilowi życzenia od niej, ale wewnątrz, gdzieś głęboko w środku, poczuła smutek.  Na imprezę poszła do jednego z modnych klubów w Friedrichshain. Dawne hale przemysłowe i pofabryczne budynki zostały tu przerobione na przestrzenie służące zabawie – surowe, wysokie, pełne betonu i metalu. Wnętrze klubu było nowoczesne, niemal ascetyczne: ciemne ściany, długie bary, ostre światło stroboskopów przecinające dym. Muzyka pulsowała nisko, ciężko, wibrowała gdzieś w przeponie, bardziej czuło się ją w ciele, niż słyszało. Tłum poruszał się jak jeden organizm – bez rozmów, bez uśmiechów, skupiony na rytmie i ruchu. Było intensywnie, głośno, niemal duszno – dokładnie tak, jak powinno być. Ku jej własnemu zaskoczeniu, bawiła się dobrze. Tańczyła długo, pozwalając ciału ruszać się w rytm muzyki. Wróciła do mieszkania nad ranem – zmęczona, z lekko przesiąkniętym dymem płaszczem i rozmazanym tuszem. Zdjęła buty, opadła na sofę i spojrzała przez okno. Za szybą budził się pierwszy dzień nowego roku.

Po Nowym Roku wizyty Andrzeja w Berlinie stały się rzadsze ale wciąż pełne emocji i bliskości, której oboje potrzebowali. Przyjeżdżał zazwyczaj w piątkowe popołudnie, z torbą podróżną, zawsze punktualny, zawsze z jakimś prezentem – czasem z butelką dobrego wina, czasem nową książką, którą jego zdaniem koniecznie powinna przeczytać. Otwierała mu drzwi z tym samym, lekkim, ale nieco chłodnym uśmiechem, który nigdy nie przestawał go elektryzować. Starała się być przygotowana i wypoczęta, a wieczory spędzali razem, w sposób, który szybko ukształtował się jako ich własny rytuał. Uwielbiała go testować – fizycznie i emocjonalnie – a on, jak zawsze, przyjmował to z pokorą i z zachwytem. Bywały wieczory pełne bólu, cierpienia i łez, ale również pełne czułości i milczącego zrozumienia, gdy zmęczona zasypiała z głową na jego kolanach. Do klubu BDSM już nie wrócili. Zauważyła, jak bardzo tamto doświadczenie go poruszyło. I choć nie mówił o tym wprost, ona doskonale wiedziała. Spodobało jej się to miejsce, ale nie chciała go zmuszać, nie chciała budować swojej siły jego kosztem. Potrafiła być bezlitosna, ale tylko wtedy, gdy wiedziała, że to potrzebne. W tym przypadku – nie było. Ceniła go. Za oddanie. Za lojalność. Za to, że potrafił być obok. Andrzej najczęściej wracał do siebie w sobotę wieczorem albo w niedzielę rano. Nigdy nie zatrzymywała go dłużej, ale też nigdy nie przyspieszała jego wyjazdu. W ich relacji czas miał inne znaczenie – liczyła się jakość, nie długość. Podczas jednego z ostatnich takich weekendów, gdy zbierał się do wyjścia, spojrzała na niego smutnym wzrokiem.

– Nie dam rady. Musimy widywać się rzadziej, znacznie rzadziej. Nie mam ostatnio nawet czasu na regenerację. Czuję, że zaczynam się zmuszać do naszych spotkań, przestają mi sprawiać przyjemność. Nie chcę abyś przyjeżdżał tylko po to,  żebym zasypiała po godzinie albo robiła coś na siłę.

– Rozumiem, Fenriss, i dziękuję ci za wszystko. Za to, że jesteś. Za to, że pozwalasz mi być przy tobie. Za każdą chwilę z tobą. Będę czekał, zawsze gotowy, wystarczy twój jeden gest i przyjadę.

Tylko skinęła głową. Wiedziała, że nie trzeba mówić więcej. Wyczuła w jego głosie cień smutku, jakby już wtedy wiedział, że kolejne spotkanie nie nastąpi zbyt szybko. I rzeczywiście – nie widzieli się potem przez dłuższy czas. Minął miesiąc, potem kolejny. Żadne z nich nie mówiło o rozstaniu, o przerwie, ani o dystansie. Po prostu codzienność Pauliny zaczęła wypełniać się coraz bardziej. Studia nabrały jeszcze większego tempa – seminaria, kolokwia, coraz więcej materiału do przyswojenia, coraz więcej analiz, badań, notatek. Jej dni były poukładane. Ranki rozpoczynała od ćwiczeń i szybkiego biegu, potem śniadanie, kawa, skrupulatnie zaplanowany blok nauki, zajęcia na uczelni, biblioteka, powrót wieczorem, nauka, sen. Do tego raz na jakiś czas wizyty rodziców lub niedzielne obiady w Schwerinie u państwa Wirtzów, gdzie choć na chwilę, zanurzała się w spokojniejszy rytm.

Często myślała o nim. Zwłaszcza wieczorami, gdy siedziała sama przy stole, z laptopem, w dresie i z niedokończoną herbatą. Nie brakowało jej go fizycznie – brakowało jego obecności jako świadka codzienności. Tego cichego mężczyzny, który potrafił być przy niej bez słów, pierwszego który ją naprawdę zrozumiał.

59
10/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 10/10 (1 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.