Ilustracja: AlexFenriss

Wilczyca (XXIII)

14 sierpnia 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

51 min

Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!

Pierwsze dni wakacji. Paulina dopełnia formalności związane z wyjazdem do Niemiec. Zgadza sią spotkać z Kamilem i wyjeżdża na wieś z Andrzejem.

Rozdział XXIII – Tu i teraz

Sopot, czerwiec 2009


Andrzej podwiózł ją w okolice kościoła św. Jerzego – tam, gdzie wszyscy umawiali się w Sopocie. Nawet ich pierwsze spotkanie zaczęło się właśnie tutaj, zupełnie zwyczajnie, nieśmiało zapowiadając to, co miało przyjść później.

Zatrzymał samochód przy krawężniku. Pochyliła się i pocałowała go w policzek – krótko, ciepło, z tą naturalnością, która zawsze go rozbrajała. Ujął jej dłoń i pocałował.

Wysiadła. Gdy przechodziła przez ulicę, spojrzał jeszcze raz. Zobaczył jej nogi – długie, zgrabne, w czarnych pończochach, zakończone eleganckimi szpilkami. Poczuł jednocześnie wdzięczność i smutek. Był szczęśliwy, że ją zna i boleśnie świadomy, że zbyt wyraźna różnica wieku, zawsze będzie przeszkodą, że nigdy nie będą razem w tym prostym, oczywistym sensie, że nigdy nie będzie myślała o nim jak o mężczyźnie, potencjalnym partnerze, zawsze będzie tylko jej uległym, niewolnikiem.

Westchnął głęboko, wrzucił bieg i odjechał, nie szukając już jej odbicia w lusterku wstecznym.

 

Paulina dołączyła do koleżanek. Były uśmiechy, szybkie objęcia, pierwsze komentarze o miejscu i planach na wieczór. Z każdą minutą pojawiały się kolejne osoby. W końcu przyszedł też Kamil. Zobaczył ją od razu i podszedł.

– Wyglądasz naprawdę pięknie – powiedział, mierząc ją spojrzeniem. – Klasa, styl. Cała ty.

– To impreza na koniec studiów – odparła. – Szkoda, że dopiero teraz to zauważyłeś.

– Lepiej późno niż wcale – rzucił szybko. – Poza tym przecież to jeszcze nie koniec. Przed nami magisterka.

– Raczej beze mnie – odpowiedziała spokojnie. – Skorzystam z tego stypendium.

– To jeszcze lepiej – stwierdził z uśmiechem. – Ambitne i piękne dziewczyny są najbardziej interesujące. I najbardziej pociągające.

Spojrzała na niego uważnie, ale już nic nie powiedziała.  Ktoś rzucił hasło, że wszyscy już są i można iść. Grupa ruszyła w stronę jednego z sopockich klubów.

 

W środku było głośno i ciasno. Światła pulsowały w rytm muzyki, bar oblepiony był ludźmi, a powietrze mieszało zapach piwa, perfum i ciepła nagromadzonego po całym dniu. Zajęli miejsce przy długim stole, ktoś od razu zamówił piwa, na blacie wylądowały miseczki z orzeszkami i frytkami.

Kamil od pierwszej chwili trzymał się blisko. Siedział tuż obok, pochylał się, żeby coś powiedzieć, przyniósł jej piwo, jakby naturalnie należało to do jego roli. Nie był nachalny, raczej konsekwentny – zawsze gotów włączyć się w rozmowę.

Paulina rozmawiała z Anetą i Kasią, śmiejąc się z komentarzy o wykładowcach, o absurdach ostatnich zaliczeń, o tym, kto jak wyglądał dziś na odbiorze dyplomów. Kamil co chwilę dorzucał coś od siebie, a gdy poszedł do baru Paulina pochyliła się do koleżanek.

– Zróbcie z nim coś. Przyczepił się jak rzep.

Aneta parsknęła śmiechem.

– Daj spokój, fajny chłopak – rzuciła. – Może nie geniusz intelektu, ale niejedna by skorzystała.

– Dokładnie – dodała Kasia, sięgając po frytkę. – Może nie jest jakoś wyjątkowo ogarnięty, ale na pewno przystojny i wie, czego chce. No i jeździ fajnym Audi. Pewnie rodziców, ale zawsze.

– To śmiało, dziewczyny. Korzystajcie. Schrupcie to ciacho.

Obie spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem.

– My byśmy chętnie, ale wiesz, mamy już chłopaków.

– A wiecie, jak błysnął na ćwiczeniach z gramatyki na trzecim roku? W zdaniu podrzędnym postawił czasownik w środku, jak w polskim. Prowadząca aż przerwała i zapytała, czy robi sobie z niej żarty.

– To naprawdę są podstawy – dorzuciła Aneta. – Tego uczą przecież na pierwszym semestrze.

– Zdarza się – odezwała się Paulina spokojnie. – Każdemu. Ja ostatnio namieszałam coś w zdaniu z „weil”. Musiałam trzy razy przeczytać, zanim wyłapałam to.

Kasia spojrzała na nią uważnie.

– O proszę.

– Co? – zapytała Paulina.

– Nic. Po prostu, bronisz go.

– Nie jego. Tylko faktu, że nawet na trzecim roku można czasem walnąć się.

– Jasne, jasne.

Zaczęły się śmiać.

– Paulina, serio – dodała Aneta – jak ktoś robi taki błąd, a ty od razu go usprawiedliwiasz, to już jest pierwszy symptom.

– Wy naprawdę wszędzie widzicie podteksty.

– Bo wszędzie są, jesteście sobie po prostu przeznaczeni .

– Uważaj, bo jeszcze chwila i sama uwierzysz, że tu coś iskrzy.

Paulina pokręciła głową.

– Wy macie zdecydowanie za dużo wyobraźni.

– A ty za mało dystansu. Poza tym chyba jesteś wolna, co?

Paulina przewróciła oczami, ale uśmiechnęła się mimo woli.

– Powiedzmy, że jestem – powiedziała. – Ale to niczego nie zmienia.

– Jak to niczego? – Aneta aż uniosła się na krześle. – To zmienia wszystko.

– No właśnie. Przynajmniej teoretycznie.

– Teoretycznie to ja mogę jutro zostać supermodelką. A w praktyce, raczej nie bardzo, bo zaraz mi powiedzą, że jestem za niska i za płaska nawet jak na modelkę.

Aneta nachyliła się bliżej, wyraźnie rozbawiona.

– Dobra, dobra. Skoro jesteś wolna, to wracamy do tematu Białki. A za niska nie jesteś, dziwne że nikt dotąd nie zaprosił cię na wybieg w Paryżu. Cycki też masz, małe ale fajne.

– Z tą Białką to nie fair – jęknęła Paulina.

– Dziś wszystko jest fair. Ten Jędrek robił na twój widok tak maślane oczy, że śnieg szybciej topniał.

– Nie zauważyłam. A poza tym taka była jego rola instruktora: patrzeć uważnie.

– Tak, jasne – Aneta machnęła ręką. – A przy okazji ignorować wszystkie inne dziewczyny.

– Serio – dodała Kasia, rozkręcając się coraz bardziej. – Stał tylko przy tobie. Wszystko tłumaczył, wszystko poprawiał, wszystko. Bioderko bardziej w bok, kolanka niżej, ciężar tu, ręce tam, plecki inaczej.

Aneta roześmiała się głośno.

– I ten jego głos – dorzuciła. – Spokojny, cierpliwy, zupełnie jakby nagle zapomniał, że ma jeszcze grupę.

– Dokładnie. Reszta dziewczyn wywracała się na stoku, a on nawet nie spojrzał. Cała uwaga skupiona na Paulinie. Jakby była jedyną osobą na zajęciach.

– Przesadzacie – próbowała zaprotestować, choć uśmiech zdradzał, że bawi ją ta opowieść.

– Wcale nie. Pamiętasz, jak nagle zrobił się specjalistą od warunków i stwierdził, że stok jest już lekko oblodzony, i że na takich fragmentach lepiej, żebyś pojechała z nim, bo wtedy ma cię pod kontrolą.

– Dokładnie. Oblodzenie dotyczyło oczywiście tylko trasy, na której była Paulina.

– Bardzo odpowiedzialny instruktor – uśmiechnęła się Aneta.

– Bardzo. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Zwłaszcza Pauliny.

Paulina tylko pokręciła głową, ale rumieniec na policzkach mówił więcej niż słowa.

– To był po prostu miły chłopak – powiedziała, ale tym razem ciszej.

– Miły aż do przesady. Maślane oczy, pełne skupienie i zero zainteresowania światem poza tobą.

Aneta spojrzała na Paulinę znacząco.

– I jeszcze ten koncert ostatniego dnia. Przypadek?

Paulina uniosła szklankę.

– Tylko zbieg okoliczności, lubię góralską muzykę – odpowiedziała, wymijająco.

– Jasne – Kasia uśmiechnęła się szeroko. – Bardzo romantyczny zbieg okoliczności. Poza tym… krążą plotki.

– Jakie plotki? – Paulina spojrzała na nią badawczo.

– Różne, na przykład że ostatniego dnia wróciłaś późno wieczorem.  I że byłaś z Jędrkiem nie tylko na koncercie.

Zapadła krótka cisza.

– To był koncert i spacer. Nic więcej.

– Jasne, jasne – Kasia uśmiechnęła się szeroko. – Spacer, koncert, późny powrót. Klasyka.

– Czyli jednak coś zadziało się – podsumowała Aneta z satysfakcją. – Szkoda, że nie było mnie w pokoju, kiedy wróciłaś.

– Było… miło – przyznała Paulina. – I tyle.

– Właśnie dlatego powinnaś się umówić z Kamilem.

Paulina westchnęła, ale tym razem bez irytacji.

– Wy jesteście niemożliwe. Nie potrzebuję swatek.

Dziewczyny wybuchły śmiechem. W tym momencie Kamil wrócił z baru, stawiając piwa na stole.

– Widzę, że ominęło mnie coś ważnego – powiedział. – Z czego się tak śmiejecie?

Jedna z dziewczyn spojrzała na niego i roześmiała się jeszcze głośniej.

– Z ciebie. Obgadywałyśmy cię.

– Powinienem się martwić?

– To się okaże.

Kamil przeniósł spojrzenie na Paulinę.

– Chodź, potańczymy.

Wyciągnął rękę. Zawahała się, spojrzała na niego, potem na koleżanki. Obie uśmiechały się szeroko, z tym rodzajem satysfakcji, który nie pozostawia złudzeń. Zgodnie uniosły kciuki w górę.

Paulina westchnęła, odstawiła szklankę i wstała.

– Tylko ostrzegam – powiedziała, kiedy szli w stronę parkietu. – Ja naprawdę nie umiem tańczyć.

– To nic – odparł. – Serio. Wystarczy, że nie uciekniesz mi.

Parsknęła śmiechem, trochę wbrew sobie.

– Różnie z tym bywało.

Muzyka właśnie zwolniła. Kamil objął ją pewnie, bez szarpania, bez popędzania. Poprowadził ją kilka pierwszych kroków, spokojnie, dając jej czas. Początkowo była sztywna. Zbyt świadoma własnych ruchów, zbyt skupiona na tym, żeby czegoś nie zepsuć. Kilka razy zgubiła rytm, raz spóźniła krok, raz zrobiła ruch w drugą stronę.

– Stop. Mówiłam, że to nie ma sensu.

– Spokojnie – odpowiedział. – To tylko taniec.

Nic więcej. Bez żartów, bez komentarzy. Po prostu prowadził ją dalej. Nadal się myliła, ale już coraz rzadziej, a kiedy robiła coś źle, on po prostu to korygował, prawie niezauważalnie.

– Lepiej? – zapytał w końcu.

– Trochę – przyznała.

Tańczyli dalej, w tłumie, w półcieniu, bez rozmów. Parkiet był ciasny, ktoś ich szturchnął ramieniem, ktoś przeszedł zbyt blisko, ale Paulina przestała to zauważać. Zorientowała się, że czuje się w jego ramionach zaskakująco dobrze. Pewnie. Spokojnie.

Jego dłonie trzymały ją stabilnie, dokładnie tam, gdzie trzeba – bez prób obmacywania. Prowadził ją tak, jakby wiedział, że właśnie tego się obawiała. Że taniec mógłby szybko zamienić się w coś nachalnego, niechcianego. Nic takiego się nie wydarzyło. Jego dotyk był obecny, wyraźny, ale neutralny w najlepszym możliwym sensie. Ani za słaby, ani za śmiały.

To ją rozluźniło bardziej niż muzyka. Przestała myśleć o tym, czy robi coś źle. Zamiast tego skupiła się na tym, żeby nadążać za ruchem, który narzucało jej ciało Kamila. Zauważyła, że zaczyna oddychać spokojniej.

Kiedy utwór się kończył, nie cofnął się od razu. Zatrzymał się razem z muzyką.

– No widzisz. Przeżyłaś.

Spojrzała na niego i pokręciła głową.

– Nie wiem, czy to się liczy jako taniec.

– Na dziś wystarczy – odparł po prostu.

Odprowadził ją z powrotem do stolika, jakby to było zupełnie naturalne.

Dopiero wtedy dotarło do niej, że zrobił to zaskakująco szybko. Jeden taniec. Ani próby przedłużenia chwili, ani propozycji kolejnego utworu. Przez moment poczuła lekki niepokój, niemal ukłucie wątpliwości – czy było aż tak źle? Czy coś zrobiła nie tak, nie nadążyła, zepsuła rytm? To uczucie jednak szybko zaczęło mijać. Kamil nie zniknął. Przez resztę wieczoru był blisko – nie przyklejony, ale obecny. Siadał obok, czasem nachylał się, żeby coś powiedzieć, przyniósł kolejne piwo, pytał, czy wszystko w porządku. Nie proponował jednak kolejnego tańca. Ze zdziwieniem odkryła, że czuje lekki niedosyt. Chciałaby jeszcze raz i dziwnie się z tym czuła widząc go na parkiecie w towarzystwie innych.

W klubie robiło się jeszcze głośniej i jeszcze ciaśniej. Muzyka przybierała na sile, rozmowy trzeba było prowadzić krzykiem, a każde przejście między stolikami wymagało przeciskania się przez tłum. Siedziała słuchając kolejnych opowieści, śmiejąc się w odpowiednich momentach, ale czuła, że energia wieczoru zaczyna ją męczyć.

– Wiesz, że to chyba pierwsza impreza, na którą przyszłaś? – rzuciła w pewnym momencie Aneta, wyraźnie już rozbawiona.

– Nie drąż już – odpowiedziała Paulina. – Przyszłam. To się liczy.

– Historyczny moment, wypijmy za to.

Paulina tylko pokręciła głową i podniosła szklankę. Chwilę później usiadło kilka osób, które wróciły z parkietu. Ktoś pogratulował jej stypendium, ktoś inny powiedział, że trzyma za nią kciuki i życzy powodzenia w Niemczech. Odpowiadała spokojnie, z dystansem, coraz bardziej czując, że chce już wyjść. Ten dzień był długi. Pełen emocji, rozmów, napięcia. Teraz potrzebowała ciszy.

Narzuciła ramoneskę, zarzuciła pasek torebki na ramię i rozejrzała się po klubie. Szukała Kamila. Zobaczyła go na parkiecie – tańczył z dwiema młodymi dziewczynami, których nie kojarzyła. Wyglądał jak w swoim żywiole. Po chwili jednak uniósł wzrok i dostrzegł ją. Zatrzymał się, powiedział coś dziewczynom i ruszył w jej stronę.

Podszedł z wyraźnym zaskoczeniem w oczach.

– Już wychodzisz? – zapytał. – Tak szybko?

– Wracam do domu. Jestem zmęczona. To był męczący dzień.

– Rozumiem – powiedział, przyglądając jej się uważnie. – Może cię odprowadzę?

– Nie trzeba – odparła odruchowo. – Dam sobie radę.

– Serio? – uśmiechnął się lekko. – I tak myślałem, żeby się już zbierać.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Oczywiście, obtańcowując te małolaty – skomentowała sucho. – Idealny moment.

Zaśmiał się cicho.

– Naprawdę. Mam już dość hałasu.

Przez chwilę wahała się, ważąc tę propozycję w myślach. W końcu skinęła głową.

– Dobrze, to zbieraj się.

Kiwnął głową, szybko pożegnał się z kimś z roku, rzucił krótkie „na razie” w stronę parkietu. Wyszli razem, zostawiając za sobą pulsujące światła, muzykę i śmiech.

Na zewnątrz było chłodniej i ciszej. Paulina wciągnęła głęboko powietrze, z wyraźną ulgą. Hałas został za drzwiami. Muzyka przycichła, nocne powietrze było chłodne i wyraźne. Przez chwilę stali w milczeniu, jakby oboje potrzebowali tego krótkiego zawieszenia.

– Masz ochotę przejść się na molo? – zapytał, po czym zerknął na jej nogi. – Tylko… dasz radę w tych zajebistych szpilkach?

Nie odpowiedziała. Zamiast tego podeszła do pobliskiej ławki, usiadła i otworzyła torebkę. Wyjęła z niej klasyczne, krótkie Conversy. Szybko zmieniła obuwie. Szpilki postawiła obok, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

Kamil patrzył na nią z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. Wstała, wzięła buty do ręki i podała mu je.

– Nieś.

Złapał je odruchowo, obejrzał uważniej, obracając w dłoni.

– Gianvito Rossi – przeczytał powoli. – Pierwszy raz widzę tę markę, ale wyglądają na drogie.

– Bo były – odpowiedziała obojętnie, poprawiając kurtkę.

 

Gdy weszli na molo, deski pod stopami zaskrzypiały cicho. Morze było ciemne i spokojne, a wiatr niósł lekki chłód, który porządkował myśli. Kamil nie spieszył się z rozmową.  

Dopiero gdy znaleźli się na końcu, Paulina zatrzymała się i oparła o barierkę. Spojrzała w ciemność, potem na niego.

– To bez sensu – powiedziała nagle.

– Co dokładnie?

– To, co próbujesz osiągnąć. Zdecydowałam, że jadę na studia do Niemiec. Nie chcę niczego na odległość. A jednorazową przygodą też nie jestem. Cokolwiek by… – urwała, zmieszana, jakby powiedziała o jedno zdanie za dużo.

– Cokolwiek by co?

– Nic – rzuciła szybko. – Takie tam plotki. Zapomnij.

– Jakie plotki? – zapytał, bez nacisku, raczej z ciekawością.

Machnęła ręką, próbując zbyć temat, ale po chwili parsknęła śmiechem.

– Dobra, nieważne. Podobno przeleciałam instruktora narciarskiego w Białce.

– Podobno, czy przeleciałaś?

– Oj no… to było głupie i prymitywne.

Kamil patrzył na nią uważnie.

– Nie jestem tu po to aby cię oceniać. I nie chcę niczego głupiego. Po prostu strasznie mi się podobasz. Jesteś nie tylko piękna, jesteś też mądra i zdolna. To drugie pociąga mnie nawet jeszcze bardziej.

Spojrzała na niego zaskoczona.

– Szkoda, że dopiero teraz to mówisz. Przez trzy lata jakoś mnie nie zauważałeś.

– Zauważałem – odpowiedział od razu. – Tylko byłem w związku. Od liceum. Dopóki byliśmy razem, nie podrywałem innych dziewczyn. To chyba normalne?

Skinęła głową.

– W porządku. Przepraszam. Oczywiście.

Zapadła krótka cisza. Kamil odchrząknął.

– A ty? Widziałem cię kilka razy z takim chłopakiem, z filozofii chyba?

– To już od roku nieaktualne.

Morze szumiało cicho. Stali obok siebie, nie dotykając się, a jednak bliżej, niż byli jeszcze godzinę wcześniej. Cisza wróciła – ale tym razem była inna. Zawrócili w stronę miasta.

W drodze powrotnej Kamil zaczął mówić więcej. Opowiadał o drobiazgach, o tym, że lubi morze i takie nocne spacery, że rozmowy są lepsze niż hałas klubu, że rzadko spotyka kogoś, z kim można po prostu iść i milczeć. Słowa układały się w coś przyjemnego, miękkiego, próbując oswoić przestrzeń między nimi. Paulina słuchała, ale nie dawała się ponieść.

– To naprawdę nie ma sensu – przerwała w pewnym momencie. – Za niespełna cztery miesiące wyjeżdżam. Nie chcę się w nic angażować, nie teraz.

– Wiem – odpowiedział spokojnie. – Mówiłaś.

– I nie zmienię planów – dodała stanowczo. – To nie jest coś, co da się „zobaczyć, jak wyjdzie”.

– Nie próbuję nic zmieniać. Chcę tylko być tu i teraz. Z tobą. I później też.

Nie odpowiedziała. Szli dalej. Kiedy przeszli przez tunel i mijali budynek sądu, delikatnie objął ją ramieniem. Przez Paulinę przeszedł lekki dreszcz – znała już to uczucie z parkietu. Ten sam spokój, to samo ciepło. Podobało jej się to. Nie dała jednak nic po sobie poznać. Nie przytuliła się, nie cofnęła. Po prostu pozwoliła temu trwać. Pod blokiem zatrzymała się i odsunęła.

– Naprawdę Kamil – powiedziała, patrząc mu w oczy. – Znajdź sobie jakąś fajną, miłą dziewczynę. Ja nie jestem dobrym wyborem. Skrzywdzę cię, bo nie zostanę. Nie zmienię zdania.

Skinął głową.

– Rozumiem – powiedział. – I dziękuję, że mówisz to wprost.

– To powinno wystarczyć.

– A jednak nie wystarcza – uśmiechnął się lekko. – Jestem tego świadomy. I mimo to chcę cię bliżej poznać.

Westchnęła ciężko.

– Będziesz tego żałował. Nie jestem kobietą, której potrzebujesz.

– Tego akurat nie możesz wiedzieć, nie wiesz jakiej kobiety potrzebuję.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem, potem pokręciła głową. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.

– Jesteś strasznie uparty.

– Tak mówią. A ty jesteś piękna i zdolna.

Atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Paulina lekko nastawiła policzek. Kamil pochylił się i pocałował ją krótko, bez pośpiechu. Potem podał jej szpilki.

– Czyli nie powiedziałaś „nie”?

– Nie powiedziałam też „tak”.

Uśmiechnął się.

Drzwi klatki schodowej zamknęły się za nią cicho, zostawiając go samego pośrodku nocy.


Następnego dnia, gdy słońce ledwie przedarło się przez poranne chmury, usiadła przy kuchennym stole z filiżanką kawy i wybrała numer do Manfreda Wirtza. Był jej gospodarzem podczas zeszłorocznego pobytu w Schwerinie. Przez tamten wakacyjny miesiąc zaprzyjaźniła się z nim i jego rodziną do tego stopnia, że utrzymywali w miarę częsty kontakt. Pan Wirtz odebrał niemal od razu.

– Guten Morgen, Paulina! – jego głos był jak zawsze ciepły i serdeczny. – Co za niespodzianka!

Opowiedziała mu wszystko – o wczorajszej uroczystości, o wyróżnieniu, o stypendium i o myśli, by rozpocząć studia magisterskie w Niemczech, na którymś z wydziałów psychologii.

– Ach, mein liebes Mädchen, gratuliere dir von Herzen! – zawołał radośnie. – Jestem z ciebie bardzo dumny! Takie stypendium to wielki zaszczyt i ogromna szansa. Pozwól, że zadzwonię do mojego starego przyjaciela, profesora Wessela, który od lat zajmuje się systemem akademickim. On będzie wiedział najlepiej, gdzie powinnaś pójść. Oddzwonię za godzinę, dobrze?

Podziękowała i rozłączyła się, czując lekkie napięcie w piersi. Nie mogła się doczekać odpowiedzi. Dokładnie po godzinie telefon zawibrował. Odebrała natychmiast.

– Mam dla ciebie kilka opcji – powiedział wyraźnie podekscytowany. – Słuchałem uważnie profesora, pozwól, że ci zreferuję. Zacznę od Berlina. Uniwersytet Humboldta, czyli Humboldt-Universität zu Berlin, ma jeden z najlepszych wydziałów psychologii w całych Niemczech. Program jest bardzo nowoczesny, z silnym naciskiem na badania empiryczne i psychologię społeczną. Mają świetne kontakty międzynarodowe, wymiany, praktyki, no i Berlin to Berlin. Stolica, pełna życia, możliwości, kultury. Nawet koszty życia, choć wyższe niż w mniejszych miastach, będą do opanowania dzięki twojemu stypendium. A do Schwerina masz tylko nieco ponad godzinę drogi, będziesz mogła wpadać do nas na jakiś dobry obiad.  I do domu też blisko. Druga opcja to Lipsk. Również bardzo dobra uczelnia, jedna z najstarszych w Niemczech, z solidnym wydziałem psychologii. Program nieco bardziej teoretyczny niż w Berlinie, mniej nastawiony na nowoczesne trendy. Miasto spokojniejsze, tańsze do życia, ale też mniej dynamiczne, za to pełne zieleni. Dobre miejsce dla kogoś, kto szuka ciszy i stabilności. Trzecia możliwość to Hamburg. Wysoki poziom nauczania, zwłaszcza w dziedzinie neuropsychologii i psychologii klinicznej. Jednak koszty życia są tam znacznie wyższe niż w Berlinie, a uczelnia jest mniej kameralna. Ostatnia propozycja to  Ludwig-Maximilians-Universität w Monachium. Bardzo prestiżowy uniwersytet, fantastyczna kadra. Tyle że konkurencja jest ogromna, koszty życia ekstremalnie wysokie – naprawdę ekstremalnie – i wymagania wobec studentów bardzo surowe. Profesor Wessel powiedział wprost, że dla kogoś zaczynającego studia w Niemczech, to może być bardzo stresujące.

Zawiesił głos, po czym dodał z łagodnym śmiechem:

– Mój skromny wniosek? Berlin to najlepszy wybór. Blisko domu, blisko nas. Dynamiczne środowisko, doskonała uczelnia i świetne możliwości na przyszłość. Zresztą, to miasto pasuje do ciebie. Jesteś ambitna, otwarta i inteligentna. W Lipsku mogłabyś się nudzić, w Hamburgu zagubić, a w Monachium – zmęczyć wyścigiem szczurów. W Berlinie możesz naprawdę rozkwitnąć.

Słuchała w milczeniu, ale w jej sercu kiełkowało już poczucie ekscytacji. Berlin. Brzmiało to tak naturalnie, tak pociągająco.

– Dziękuję, panie Wirtz – powiedziała cicho, gdy skończył. – Dziękuję za wszystko.

Wiedziała już, że decyzja zapadła – choć jeszcze nie wypowiedziała jej na głos. Nie zamierzała roztrząsać zbyt długo tej sprawy. Berlin był oczywistym wyborem – najbliżej, najlepsze możliwości, najszybsze połączenie z domem. Zdecydowała niemal od razu, kierując się pragmatyzmem i intuicją. Teraz pozostawało tylko poinformować o wszystkim rodziców.

Zadzwoniła do domu późnym popołudniem. Rozmowę zaczęła spokojnie, niemal rzeczowo, jakby chciała najpierw sama usłyszeć własne słowa. Powiedziała mamie, że podjęła decyzję – że chce kontynuować studia w Berlinie, że to dla niej wielka szansa i że na pewno poradzi sobie.

Przez krótką chwilę po drugiej stronie panowała cisza. Potem mama pogratulowała jej ciepło, bez przesadnego entuzjazmu, ale z wyraźnym wsparciem. Mówiła, że cieszy się z jej wyboru, że Berlin to duże miasto i duża szansa, a ona jest wystarczająco mądra i pracowita, by sobie poradzić. Paulina od razu wyczuła ten dobrze znany ton – opanowany, spokojny, pełen zaufania. Mama nigdy nie próbowała zatrzymywać jej decyzji emocjami.

Po chwili do telefonu podszedł ojciec. Usłyszała charakterystyczne szuranie i jego głos, niezmiennie zwracający się do niej tym samym zdrobnieniem, którego używał od zawsze. Powtórzyła mu swoją wiadomość, dodając, że w Berlinie zamierza studiować psychologię.

Zareagował po krótkiej pauzie. Powiedział, że się cieszy, naprawdę się cieszy – choć Paulina bez trudu wychwyciła w jego głosie nutę smutku i niepokoju. Poczuła lekki ścisk w sercu. Wiedziała, że dla niego to nie jest łatwe. Byli blisko, a ona, mimo dorosłości, wciąż pozostawała w jego oczach małą córeczką.

Starała się więc go uspokoić. Tłumaczyła, że to tylko Berlin – sześć godzin pociągiem albo samochodem, zaledwie godzina samolotem. Mówiła lekko, niemal żartobliwie, żeby zdjąć z tej decyzji ciężar rozstania.

Ojciec przyznał jej rację, westchnął i powiedział, że po prostu tak już jest – dziecko zawsze zostaje dzieckiem. Obiecała, że będzie dzwonić, przyjeżdżać, że oni też mogą ją odwiedzać. Odpowiedział cicho, że trzyma ją za słowo. Kiedy odłożyła telefon, przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu, patrząc przez okno na ciepły, czerwcowy dzień. Czuła jednocześnie ekscytację, niepokój i ulgę. Decyzja została wypowiedziana na głos, przyjęta i oswojona. Nowy etap był już bardzo blisko.

Wieczorem wysłała jeszcze krótką wiadomość do uczelni w Berlinie, potwierdzając swoją gotowość do podjęcia nauki i prosząc o wskazówki.


Rano, podczas ubierania się, usłyszała dzwoniący telefon. Spojrzała na ekran – numer był nieznany, ale zaczynał się od niemieckiego kierunkowego. Odebrała. Głos w słuchawce należał do kobiety, brzmiał ciepło i profesjonalnie.

– Dzień dobry, czy rozmawiam z panną Pauliną Ritter?

– Tak, przy telefonie – odpowiedziała nieco nerwowym głosem.

– Dzwonię z sekretariatu Wydziału Psychologii. Chciałam serdecznie pogratulować zdobycia stypendium rządowego i decyzji o studiowaniu właśnie u nas. To dla nas wielka radość mieć wśród studentów kogoś z takimi osiągnięciami. Poczuła lekkie ukłucie dumy. Kobieta kontynuowała:

– Chciałam także krótko opowiedzieć, jak będą wyglądały studia. Program magisterski z psychologii trwa cztery semestry, czyli dwa lata. Studenci kończą go napisaniem pracy magisterskiej, a wcześniej muszą zaliczyć serię obowiązkowych i fakultatywnych kursów z zakresu psychologii klinicznej, społecznej, rozwojowej oraz metodologii badań. Ponieważ Pani licencjat dotyczył filologii, konieczne będzie uzupełnienie podstaw psychologii. Zaproponujemy Pani indywidualny plan, który obejmuje kilka dodatkowych kursów wyrównawczych w pierwszym semestrze. Nic nadzwyczajnego – wielu studentów z interdyscyplinarnych kierunków rozpoczyna studia w ten sposób.

Paulina odetchnęła w duchu. Obawiała się komplikacji, ale wszystko brzmiało rozsądnie.

– Wyślemy do pani maila z ankietą personalną, którą należy wydrukować, wypełnić ręcznie i odesłać do nas pocztą tradycyjną. To nasza standardowa procedura rekrutacyjna.

Podziękowała serdecznie za rozmowę i odłożyła telefon. Przez chwilę siedziała w ciszy, wsłuchując się we własne myśli, z wyraźnym poczuciem, że coś w jej życiu zaczyna się przesuwać na nowe tory. Berlin przestawał być abstrakcyjnym planem, a stawał się namacalną perspektywą. Czekały ją nowe wyzwania – inne studia, nowi ludzie, zupełnie nowy porządek codzienności. Zamiast lęku czuła jednak spokój. Była gotowa.

Już kilka minut po otrzymaniu wiadomości, nie chcąc tracić ani chwili, otworzyła załączoną ankietę i kliknęła „drukuj”. Odpowiedzi miały być formalnością – jednym z tych drobiazgów, które załatwia się od ręki. Zamiast tego drukarka wydała z siebie niepokojący, metaliczny chrobot. Po sekundzie na panelu zapaliły się kontrolki: jedna pulsująca na czerwono, druga na żółto. Urządzenie zapiszczało jeszcze raz, jakby protestowało, po czym całkowicie odmówiło posłuszeństwa.

– Nie teraz… – mruknęła pod nosem.

Podeszła bliżej, szybciej, niż zamierzała. Otworzyła pokrywę, sprawdziła papier, wyszarpnęła pojemnik z tuszem i włożyła go z powrotem, tym razem mniej delikatnie. Wyłączyła drukarkę, włączyła ponownie. Nic. Lampki nadal migały z uporem, jakby urządzenie robiło jej na złość.

– Verdammter Mist… – zaklęła cicho, automatycznie przechodząc na niemiecki.

Przez krótką chwilę stała nieruchomo, z rękami opartymi o biurko, po czym sięgnęła po telefon. Wybrała numer Dawida.

– Hej, mam problem – zaczęła od razu, szybciej, niż zwykle mówiła. – Muszę pilnie wydrukować dokumenty dla uczelni w Berlinie, a moja drukarka właśnie padła. Dasz radę?

– Jasne Pauli, wyślij mi plik na maila, mamy przecież drukarkę w kancelarii…

– Super, zaraz wysyłam i jadę – przerwała mu.

– Tylko pocze–

Nie dała mu dokończyć. Już wysyłała załącznik na jego służbowy adres, jedną ręką szukając kluczyków. Zarzuciła na siebie lekką kurtkę, chwyciła torebkę i niemal wybiegła z mieszkania.

Fiat stał zaparkowany tuż przed domem. Wsiadła, wrzuciła bieg i dynamicznie ruszyła w stronę Gdańska. Myśli pędziły szybciej niż samochód – lista spraw, terminów, maili do odhaczenia. Droga minęła jej zaskakująco sprawnie; mimo sporego ruchu uniknęła większych korków. Wrzeszcz przywitał ją rzędem odnowionych budynków i przystrzyżonych drzew, ciągnących się wzdłuż ulicy. Kancelaria, w której Dawid pracował jako aplikant adwokacki, mieściła się na pierwszym piętrze solidnej, przedwojennej kamienicy. Zaparkowała tuż przy chodniku, poprawiła torebkę na ramieniu i szybkim krokiem weszła do środka. Stare, drewniane schody skrzypiały pod każdym krokiem; zdarta balustrada nosiła ślady dziesiątek lat codziennego użytkowania.

Zatrzymała się przed masywnymi drzwiami z mosiężną tabliczką: „Kancelaria Adwokacka Sobieski, Markiewicz i Partnerzy”.

Zapukała krótko i weszła, wciąż czując lekkie napięcie w karku. Przywitała ją uśmiechnięta sekretarka w eleganckim, granatowym żakiecie.

– Dzień dobry. W czym mogę pani pomóc?

– Przyszłam do mojego brata, Dawida Rittera, jest tu aplikantem – Paulina uśmiechnęła się uprzejmie.

– Dawid ma właśnie spotkanie z klientem. Proszę usiąść, nie potrafię powiedzieć kiedy skończy.

Skinęła głową i powiedziała, że poczeka. Panował lekki półmrok – ściany wyłożono boazerią, a przyciemnione światło sączyło się z eleganckich kinkietów. Kilka miękkich foteli i sofę w ciemnozielonym kolorze ustawiono wzdłuż ścian, a na stoliku w centrum leżały starannie ułożone czasopisma: „Prawo i Gospodarka”, „Palestra”, „Polityka”.

Usiadła na jednym z foteli. Czuła miękkie podparcie pod plecami i delikatny zapach lawendy, unoszący się w pomieszczeniu. Wzięła do ręki jedną z leżących gazet. Bez większego zainteresowania zaczęła przeglądać strony, zerkając od czasu do czasu w stronę zamkniętych drzwi. Nie wgłębiała się w treść artykułów – jej myśli błądziły już wokół Berlina, nadchodzących studiów i tego, jak bardzo zmieni się jej życie już za kilka miesięcy. Czuła narastające podekscytowanie. Zamknęła gazetę, kładąc ją na kolanach, i lekko przymknęła oczy, próbując wyciszyć myśli. Z zamyślenia wyrwał ją cichy dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś wyszedł z jednego z gabinetów i zatrzymał się na moment, spoglądając w stronę poczekalni. Paulina podniosła wzrok.

Wysoka brunetka patrzyła na nią z wyraźnym zaciekawieniem. Zanim zdążyła jednak zapytać, sekretarka odezwała się spokojnie:

– To siostra Dawida. Czeka na niego.

Brunetka skinęła głową i podeszła bliżej.

– Olga Sobieska – przedstawiła się, podając rękę. – Z tych Sobieskich.

Paulina uścisnęła jej dłoń, a w spojrzeniu pojawił się cień pytania.

– Z tych?

– Tak. To kancelaria mojego taty.

W kobiecie było coś, co natychmiast przywoływało skojarzenie z brytyjską arystokracją – nie tylko w sposobie mówienia i oszczędnych gestach, ale też w wyglądzie. Ubrana była w dopracowany, biznesowy strój: prostą, idealnie skrojoną marynarkę i dopasowaną spódnicę w stonowanym kolorze. Ciemne, gładkie włosy miała starannie ułożone, odsłaniające jasną cerę i wyraziste rysy twarzy. Jej uroda była posągowa, chłodna, niemal klasyczna – taka, która nie potrzebowała dodatków, by robić wrażenie.

– Miło mi, Paulina – powiedziała.

– Mi również miło – odpowiedziała Olga, podając teczkę sekretarce. – Dawid jeszcze chwilę będzie zajęty. A może ja mogę ci w czymś pomóc?

– Obawiam się, że nie. Wysłałam mu dokument do wydrukowania. Drukarka w domu odmówiła współpracy.

– Coś pilnego?

– Formularz na uczelnię. Dostałam stypendium.

– Jakie stypendium? – dopytała, z wyraźnym zainteresowaniem.

– Rządu niemieckiego. Dla najlepszych studentów – powiedziała spokojnie, jakby mówiła o czymś zupełnie oczywistym.

Na twarzy Olgi pojawił się cień uśmiechu.

– Rozumiem – skinęła głową. – Bycie czempionami to chyba u was rodzinne.

Paulina uśmiechnęła się niepewnie, trochę zawstydzona tym podsumowaniem.

– Dawidowi może to jeszcze chwilę zająć – ciągnęła, zerkając w stronę korytarza prowadzącego do gabinetów. – Chodź ze mną na kawę. Na dole mają naprawdę dobrą. I najlepszy sernik w tej części miasta.

Paulina zawahała się tylko przez moment, po czym wstała z sofy.

– Chętnie – odpowiedziała.

Gdy sięgała po torebkę, dziewczyna spojrzała na nią uważniej.

– Dawid wspominał, że ma utalentowaną siostrę – powiedziała z lekkim rozbawieniem. – Ale nie wiedziałam, że przy okazji tak ładną. Sorry za bezpośredniość, ale taka już jestem.

Poczuła, jak na ułamek sekundy robi jej się ciepło na policzkach.

– Przesadza – odparła, ale uśmiech zdradzał, że komplement jednak ją ucieszył.

Ruszyły w stronę wyjścia, zostawiając za sobą cichy, uporządkowany świat kancelarii.

– Wracamy za kilkadziesiąt minut – powiedziała do sekretarki, która tylko przytaknęła, pochłonięta przeglądaniem dokumentów.

Zeszły po schodach na parter i wyszły na ulicę. Świeże powietrze czerwcowego dnia owiało ich twarze, niosąc zapach kwitnących kasztanów. Kilkadziesiąt metrów dalej, w parterze jednej z kamienic, znajdowała się niewielka cukiernia. Duże okna, kremowo-pastelowe wnętrze i witryna pełna ciast i tortów nadawały temu miejscu przytulny, niemal domowy charakter. Weszły do środka. Wewnątrz pachniało kawą, świeżym pieczywem i cynamonem. Olga od razu skierowała się do stolika przy oknie.

– Nie mam jeszcze swojego gabinetu – powiedziała z uśmiechem, rozpinając marynarkę i siadając na jednym z wygodnych foteli. – Jeszcze nie. Ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Muszę tylko w końcu skończyć tę pieprzoną aplikację. Jeszcze tylko rok.

Paulina zajęła miejsce naprzeciwko, opierając torebkę o nogę krzesła. Uśmiechnęła się, czując wreszcie, że może na chwilę złapać oddech. Zamówiły kawę i dwie małe porcje ciasta. Pachniało cudownie – kremowy ser, nuta wanilii, odrobina skórki cytrynowej. Jednak apetyt nie przyszedł od razu. Przez chwilę tylko patrzyła na deser, trzymając w dłoni widelec.

Jedz. Chyba nie boisz się, że przytyjesz? Dawid mówił, że biegasz.

–– Tak, biegam. Ale już przestałam trenować w klubie – odpowiedziała cicho, ostrożnie nabierając pierwszy kęs sernika.

– Zdobyłam nawet srebrny medal na akademickich mistrzostwach polski.

– Srebrny? Gratulacje, brzmi zajebiście.

Paulina uśmiechnęła się krzywo.

– Właśnie w tym rzecz. Złoto wzięła dziewczyna, która, nie powinna była w ogóle startować. Jedna z uczelni wpisała zawodniczę z kadry na listę studentów. Przyjechała, pobiegła swoje i po sprawie. Nie miałam szans, po dwóch kilometrach widziałam już tylko jej plecy i cellulit na udach.

Olga odsunęła talerzyk i parsknęła cicho.

– No jasne. Zawsze się taka znajdzie. – Pokręciła głową. – To jest po prostu świństwo.  Albo mówiąc wprost: kurestwo. Współczuję ci, na pewno ciężko pracowałaś na to, a ktoś poszedł drogą na skróty tylko po to, żeby do zakurzonej uczelnianej gabloty wsadzić puchar.

Paulina roześmiała się krótko. Podobało jej się to, że Olga nazywa rzeczy po imieniu.

– Wtedy byłam wściekła i bezsilna – przyznała. – A potem pomyślałam, że może to był znak, żeby zamknąć ten rozdział. Biegać dalej, ale już tylko dla siebie, po lesie albo nad morzem.

– I bardzo dobrze – podsumowała Olga, sięgając po filiżankę. – Rób to co sprawia ci przyjemność.  A srebro… – spojrzała na nią uważnie – … przynajmniej było uczciwe. A co z tym stypendium?  

Paulina wzięła niewielki kęs ciasta.

– To duża zmiana. Jeszcze niedawno nie planowałam niczego takiego.

– Najważniejsze, że masz odwagę. I że potrafisz wyjść poza to, co znane i bezpieczne. Większość ludzi całe życie siedzi na dupie w jednym miejscu i boi się ruszyć.

 

Po kawie wróciły na górę. Trafiły idealnie na moment, gdy Dawid odprowadzał klienta do drzwi. Zamienili jeszcze kilka zdań i uścisnęli sobie dłonie.

Mężczyzna odwrócił się i zobaczył siostrę stojącą obok koleżanki. Uśmiechnął się szeroko.

– No proszę – rzucił z rozbawieniem. – Widzę, że babskie konszachty już w toku. Poznałaś moją Pauli.

– Byłyśmy tylko na kawie – odpowiedziała spokojnie.

– Tylko? Jak Cię znam, to kawa była tylko dodatkiem do sernika.

Spojrzał na Paulinę.

– A tobie chciałem powiedzieć, że mam spotkanie – dodał. – Ale nie dałaś mi skończyć.

– Wiem – przyznała. – Przepraszam. Byłam trochę w amoku.

Podał jej wydrukowaną ankietę i pozostałe dokumenty.

– Wszystko gotowe.

– Dziękuję. Naprawdę.

– Nie ma sprawy, Pauli.

Pochyliła się i pocałowała go w policzek. Potem zwróciła się jeszcze do Olgi.

– Dzięki za kawę. I za rozmowę. Fajnie było cię poznać.

– Powodzenia w Berlinie – odpowiedziała Olga.

Skinęła głową i poszła w stronę wyjścia. Opuściła kancelarię i zeszła po schodach, czując w sercu dziwną mieszaninę ekscytacji i niepokoju. Usiadła za kierownicą i zaczęła wypełniać dokumenty. Wpisywała kolejne dane starannie, linijka po linijce, czując jak każdy znak przybliżał ją do nowego rozdziału życia. Gdy skończyła, upewniła się, że wszystkie dane są kompletne. Włożyła formularze do koperty. Spojrzała przez szybę na ulicę przed sobą – ciepłe, czerwcowe popołudnie, ludzie niespiesznie spacerujący w słońcu. Włączyła silnik, ostrożnie wyjechała na ulicę i ruszyła w stronę najbliższej poczty. Kiedy wchodziła do urzędu, trzymając w rękach kopertę, czuła, jak serce bije jej szybciej niż zwykle. W okienku podała przesyłkę, patrząc, jak urzędniczka nakleja na niej znaczki i stempluje datę. To była ta chwila. Westchnęła głęboko. Nie było już odwrotu. Po wyjściu z budynku, zatrzymała się na moment na schodkach i spojrzała w niebo. Ciepły wiatr rozwiał jej włosy. Była gotowa.

Wracała bez pośpiechu. W mieszkaniu było cicho, wciąż jasno od popołudniowego słońca. Zsunęła buty przy drzwiach, potem skarpetki, rzucając je niedbale obok. Przeszła boso do salonu i opadła na sofę. Przez chwilę leżała nieruchomo, z rękami splecionymi na brzuchu, patrząc w sufit. Myśli krążyły niespiesznie, nie chciały się jeszcze ułożyć w żadną decyzję. Telefon zabrzęczał nagle, wyrywając ją z tego półsnu. Spojrzała na ekran. Nieznany numer. Usłyszała głos Kamila.

– Skąd masz mój numer? – zapytała od razu, bez przywitania się.

Po drugiej stronie zapadła krótka pauza.

– Źródła nie mogę ujawnić. Ale obiecuję, że było legalne.

Westchnęła cicho.

– No dobrze. Czego chcesz?

– Sprawdzić, co u ciebie i zapytać, czy nadal nie chcesz mnie widzieć.

– Ostrzegałam cię. Nie jestem kobietą dla ciebie.

– Wiem. Mówiłaś to bardzo wyraźnie.

To ją na moment zbiło z tropu.

– I…? Żadnych wniosków? – dopytała.

– I nic. To przecież nie znaczy, że nie mogę zapytać, czy masz ochotę pójść ze mną do kina.

Uniosła się na łokciu, wyraźnie oburzona.

– Do kina? Naprawdę?

– Tak. Do kina. Tylko i aż – powiedział cierpliwie. – Na film. Siedzi się w ciemnej sali, patrzy w ekran. Tyle. Nie zamierzam się oświadczać ale mogę kupić ci popcorn i nawet colę, jak będziesz miła.

– Brzmi podejrzanie niewinnie.

– Bo takie jest. Niczego więcej ci nie proponuję. Nie wciągnę cię w żadne historie, w każdym razie nie teraz. Po prostu film. Jeśli po nim stwierdzisz, że to był błąd, odwiozę cię do domu i zniknę.

Milczała przez chwilę. Słuchała jego głosu, spokojnego, pozbawionego nacisku. Zorientowała się, że napięcie, z którym odebrała telefon, zaczyna powoli ustępować czemuś innemu. Rozczuleniu. Może nawet cieniowi sympatii.

– Jesteś uparty – powiedziała w końcu.

– Raczej konsekwentny.

Uśmiechnęła się, choć nikt tego nie widział.

– Dobrze – westchnęła. – Kino. Nic więcej.

– Umowa stoi – odpowiedział natychmiast. – Obiecuję. W takim razie kiedy? Weekend?

– Nie – odpowiedziała od razu. – W weekend nie mogę. Mam już inne plany.

– To piątek – podsunął bez zawahania. – Pod wieczór.

– Dobrze. Piątek.

– Przyjadę po ciebie – dodał jeszcze, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

– Nie trzeba – zaprotestowała. – Naprawdę. Kino to nie wyprawa na koniec świata. Mam samochód i dojadę.

– Wiem. Ale i tak przyjadę.

– Kamil no… – zaczęła, już z wyraźnym zniecierpliwieniem. – Umawialiśmy się na film, nie na przejażdżkę.

– Umawialiśmy się na kino – poprawił ją łagodnie. – A kino zaczyna się wtedy, kiedy po ciebie przyjadę.

Westchnęła. Znała już ten ton: bez nacisku, bez proszenia, ale z nieustępliwą konsekwencją.

– Jesteś niemożliwy – mruknęła.

– Podobno, tak mówią.

Przez chwilę milczała, próbowała znaleźć argument, który by go powstrzymał. Nie znalazła.

– Dobrze – powiedziała w końcu. – Przyjedź.

– O osiemnastej – dodał od razu.

– O osiemnastej. I wybierz jakiś fajny, luźny film. Bez dramatów i morderczych kosmitów.

– Obiecuję. Coś, przy czym można się pośmiać.

– I nie kombinuj. Łapy cały czas przy sobie – dorzuciła.

– Nawet nie zamierzam.

Rozłączyli się. Odłożyła telefon i przez moment siedziała w ciszy, z lekkim poczuciem kapitulacji i ekscytacji. Zwłaszcza ekscytacji.


Piątek od rana był nienaturalnie gorący, nawet jak na czerwiec. Powietrze stało w miejscu, a słońce nie dawało żadnej ulgi. Paulina od początku dnia czuła lekkie napięcie – nie nerwowe, raczej to ciche, które pojawia się wtedy, gdy coś ma się wydarzyć, choć wciąż udaje się przed sobą, że to drobiazg.

Przed wyjściem wzięła szybki prysznic, a potem długo stała przy otwartym oknie, pozwalając skórze wyschnąć w ciepłym przeciągu. Wybrała krótką, letnią sukienkę – bardzo prostą, jasną, kończącą się wysoko nad kolanami. Była lekka, niemal bezwstydnie wakacyjna, idealna na taki wieczór. Nogi natarła cienką warstwą balsamu; skóra zyskała delikatny połysk, jakby wchłonęła trochę słońca. Na stopy wsunęła sandałki na obcasie – smukłe, z cienkimi paskami oplatającymi kostkę, stabilne, ale wyraźnie podkreślające linię nóg. Do tego niewielka torebka, a na ramię narzucona czarna ramoneska – na wypadek, gdyby wieczorem jakimś cudem zrobiło się chłodniej. Spojrzała w lustro jeszcze raz, poprawki nie były konieczne. Gdy zegar wybił osiemnastą, zeszła na dół.

Kamil czekał, oparty o Audi TT Cabrio – niskie, sportowe, z otwartym dachem. Lakier miał głęboki, grafitowy kolor, który w ostrym świetle dnia przechodził niemal w czerń. Samochód wyglądał jak wyjęty z  folderu.

Odwrócił się, gdy ją zobaczył. Na moment zamilkł, potrzebując chwili, by zebrać myśli.

– Perfekcyjna... nie tylko punktualność – powiedział w końcu, z tym swoim spokojnym uśmiechem.

– Fajny – przyznała, przeciągając ostatnią sylabę. – Ale uprzedzam: na auto mnie nie poderwiesz. Marne zagranie, serio.

– Spokojnie. Na samochód w ogóle nie zamierzam – odparł. – To tylko środek transportu. Nic więcej. Poza tym nie mój.

– Jasne, kogo chcesz nabrać... – mruknęła, otwierając drzwi.

Ruszyli. Miasto było wciąż rozgrzane po całym dniu, a powietrze wpadające do wnętrza miało w sobie coś lepkiego, letniego. Kamil zerknął w bok, niby odruchowo, niby mimochodem. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej nogach.

Uda były smukłe, lekko opalone, skóra delikatnie połyskiwała od balsamu. Kolana – kształtne, wyraźnie zarysowane, takie, które przyciągają wzrok, nawet jeśli ktoś udaje, że patrzy gdzie indziej. Sukienka kończyła się wysoko, odsłaniając więcej, niż wypadałoby uznać za zupełnie przypadkowe. Jechali w stronę Gdyni z otwartym dachem, wiatr lekko plątał jej włosy, niósł zapach morza i rozgrzanego asfaltu. Przez chwilę milczeli.

W końcu odezwał się spokojnie, jakby kontynuował myśl, której nie wypowiedział wcześniej.

– To nie jest tak, jak myślisz.

Spojrzała na niego kątem oka.

– A co niby mam na myśli?

Uśmiechnął się krótko, bez rozbawienia.

– Że jestem rozpuszczonym bachorem. Kiepskim studentem, który wszystko ma podane pod nos.

Zawiesił głos na moment, po czym dodał już bez ogródek: – Mam w dupie te studia. Chcę tylko papier i dobrze ogarnąć język. Przemęczę się jeszcze te dwa lata na magisterce i tyle.

Paulina nie odpowiedziała, więc mówił dalej.

– Ta naciągana czwórka z licencjatu? I co z tego. Tak naprawdę od dwóch lat pracuję u taty w firmie. Jest dealerem Audi. Kiedy wy kończyliście zajęcia, uczyliście się albo mieliście czas na swoje rzeczy, ja jechałem do salonu. Normalna robota. Sprzedaż, klienci, papierologia, odpowiedzialność. Wracałem do domu, jechałem na siłownię a potem padałem na ryj.

Przez chwilę słychać było tylko szum wiatru. Paulina nagle położyła dłoń na jego udzie, bez zastanowienia, odruchowo.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Znowu oceniłam cię pochopnie.

Pokręcił głową.

– Nie o to chodzi. Nie chcę współczucia. Lubię tę robotę. To moja pasja. Kocham samochody. – Spojrzał na nią krótko. – Chodzi tylko o to, żeby nie oceniać książki po okładce.

Uśmiechnęła się smutno.

– Wiesz, że robisz dokładnie to samo.

– Ja? – uniósł brwi.

– Wydaje ci się, że jestem grzeczną, miłą dziewczyną, która tylko się uczy i wszystko ma poukładane.

– I pięknie wygląda – wtrącił natychmiast.

Parsknęła śmiechem.

– Właśnie. Zawsze umiesz mnie rozbroić.

Po chwili spoważniała.

– Ale prawda jest taka, że mam w sobie też coś zupełnie innego. Mroczniejszego. Takiego, co potrafi ranić ludzi. I naprawdę nie chcę skrzywdzić akurat ciebie.

Zwolnił nieznacznie, choć droga była pusta.

– Wiem, że wyjedziesz i serio, podziwiam cię za to. Ale czy naprawdę nie możemy choć na chwilę skupić się na tym, co tu i teraz? Jedziemy do kina. Jest ciepło. Jest dobrze. Czemu nie pozwolić sobie po prostu na ten moment?

Westchnęła ciężko i odchyliła głowę, pozwalając wiatrowi owiać twarz. Przez chwilę milczała, słuchając szumu kół i własnych myśli, które coraz trudniej było utrzymać w ryzach.

– Jesteś wredna – powiedział nagle.

– Słucham?

– Cały czas robisz wszystko, żeby mnie zniechęcić – ciągnął spokojnie. – Mówisz, że to bez sensu, że wyjeżdżasz, że nic z tego nie będzie. A potem ubierasz się tak, że każdy facet by wymiękł po pięciu minutach. Albo stwardniał po sekundzie.

Uśmiechnęła się niewinnie.

– Przesadzasz. To zwykła sukienka. Gorąco jest.

– Jasne – parsknął. – Zupełnie przypadkiem taka krótka.

– Nie wiedziałam, że mam aż taki wpływ na męską psychikę – powiedziała z powagą, której nie potrafiła do końca utrzymać.

– Właśnie w tym problem, że doskonale wiesz. Udajesz tę grzeczną dziewczynkę, a z mózgu robisz mi mielonkę.

Odwróciła wzrok w stronę drogi, pozwalając, by na ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.

 

Wieczór naprawdę się udał. Film okazał się lekki, inteligentny, dokładnie taki, jak obiecywał. Paulina śmiała się głośno, bez skrępowania, a Kamil co jakiś czas zerkał na nią z ukosa, bardziej interesując się jej reakcjami niż tym, co działo się na ekranie. Kiedy światła się zapaliły, miał wrażenie, że czas minął zbyt szybko.

– Nie kończmy tego jeszcze – zaproponował, gdy wyszli z kina. – Pojedźmy gdzieś.

Nie zaprotestowała. Gdy znów otworzył dach, zarzuciła kurtkę, a on podał jej czapkę z daszkiem z logo Audi. Ruszyli przed siebie, bez planu, pozwalając, by droga sama ich poprowadziła. Miasto zostało za nimi, a światła robiły się coraz rzadsze. W Redzie skręcili w stronę Półwyspu.

Zatrzymali się w Rzucewie. Niewielki pomost wychodził cicho w ciemną wodę, a wokół panował spokój, przerywany tylko szumem morza. Usiedli blisko siebie. Rozmawiali długo – o studiach, o wspólnych znajomych, o drobnych, zabawnych sytuacjach z zajęć, które teraz, opowiadane po czasie, brzmiały niemal jak anegdoty z innego życia.

W pewnym momencie Paulina zapytała, niemal mimochodem:

– Dlaczego właściwie rozstałeś się z tą dziewczyną, z którą byłeś tak długo?

Na chwilę zamilkł. Na jego twarzy pojawił się cień, którego wcześniej tam nie było.

– Zdradziła mnie – powiedział w końcu. – Z moim dobrym kolegą. Byłym kolegą. Najlepszym...

Nie musiał dodawać nic więcej. Było widać, że to wciąż w nim siedzi. Przysunęła się bliżej, objęła go ramieniem i zaczęła powoli głaskać po karku.

– Już się z niej wyleczyłem – odezwał się po chwili. – Ale blizna została. Chyba zawsze zostaje.

Spojrzał na nią uważnie.

– A ty? Czemu rozstałaś się z tamtym chłopakiem? Tym z filozofii.

Uśmiechnęła się krótko.

– Bo jestem złą kobietą, a on tego nie udźwignął. Nie rozumiał moich potrzeb. Może nawet nie chciał ich rozumieć. Nie chcę o tym mówić, nie teraz. To trudne.

Zapadła cisza, tym razem inna – cięższa, ale szczera. Nad wodą unosił się chłodniejszy wiatr. Siedzieli jeszcze trochę w milczeniu, aż rozmowa znów zeszła na lżejsze tematy. Kamil zapytał wprost:

– A jakie masz plany na wakacje?

– W niedzielę wyjeżdżam z rodzicami do Chorwacji. Na dwa tygodnie – odpowiedziała. Potem poszukam jakiejś pracy, pewnie tradycyjne wyląduje w jednym z nadmorskich barów. Mam już coś nagrane.

– Z rodzicami? – zdziwił się. – Nie mówiłaś, że jedziesz.

– Bo nie pytałeś – odparła bez wahania. – Poza tym to wyszło dość niespodziewanie. Oni i tak jechali i po prostu mnie zabiorą.

Skinął głową.

– A Mazury, ten wasz rejs z dziewczynami?

– Tym razem płyniemy we wrześniu.

– Myślisz, że jak zapytam Anetę, to zgodzi się, żebym do was dołączył?

– Zawsze możesz zapytać – powiedziała. – Poza tym Aneta ma do ciebie słabość. Na pewno się zgodzi.

– Mam wrażenie, że mnie nie lubi.

– Nieprawda. Jest dokładnie odwrotnie. Chcesz, żebym sama do niej zadzwoniła?

– Nie trzeba – odpowiedział szybko. – Ogarnę to.

– Wierzę w ciebie.

Gdy zatrzymał się pod jej blokiem, zapytał:

– Zobaczymy się po twoim powrocie?

– Pa. Było miło.

Wysiadła i ruszyła w stronę klatki schodowej, zostawiając go z brakiem odpowiedzi.

 

Po powrocie do domu była zmęczona. Zrzuciła ubranie, wzięła szybki prysznic i niemal od razu położyła się do łóżka. Telefon zawibrował w chwili, gdy gasiła światło.

Dziękuję za wieczór. Jesteś zajebistą dziewczyną.

Przeczytała wiadomość raz, potem drugi. Odłożyła telefon ekranem do dołu. Nie odpisała.


Następnego ranka upał nie odpuszczał. Powietrze było ciężkie już od wczesnych godzin. Ubrała krótkie dżinsowe spodenki, prosty top na ramiączkach i klapki. Spakowała się bez pośpiechu, jakby wszystko było już ustalone od dawna.

Andrzej był po nią punktualnie o dwunastej. Droga na wieś zajęła im niecałe półtorej godziny. Rozmawiali niewiele; w samochodzie panował szczególny spokój, który pojawia się między ludźmi dobrze znającymi swoje role. Gdy dotarli na miejsce i rozpakowali rzeczy, Paulina podeszła do niego bez słowa. Andrzej spojrzał na nią uważnie.

– Twój uśmiech… – powiedział cicho. – Zawsze powoduje u mnie dreszcz.

– To dobrze, tak ma być. Zawsze.

Pochyliła się i wyszeptała mu do ucha jedno krótkie polecenie. Skinął głową i zaczął rozbierać się,

Kiedy był nagi, Paulina sięgnęła po obrożę i smycz. Przez chwilę patrzyła w milczeniu, po czym powiedziała cicho:

– Chodź, piesku. Pójdziemy na mały spacer.

Chwyciła szpicrutę i skierowali się w głąb ogrodu, w skwarne, nieruchome popołudnie, w którym wszystko zdawało się podporządkowane jednemu rytmowi: jej krokom i jego posłuszeństwu.

Szli powoli. Paulina wyprostowana, spokojna. Głowę miała uniesioną, ramiona rozluźnione. Smycz trzymała luźno, ale wystarczało jedno krótkie szarpnięcie, by przypomnieć o jej obecności.

Andrzej poruszał się na czworakach, ostrożnie, z napięciem w barkach i szyi. Trawa uginała się pod dłońmi, ostre źdźbła wbijały w kolana. Musiał pilnować tempa – ani za szybko, ani za wolno. Zatrzymała się nagle. Postawiła stopę, wyprostowała nogę i lekko dotknęła szpicrutą linii swojego kolana.

– To jest twój punkt odniesienia. Nie wolno ci ani zostać z tyłu, ani wyprzedzić. Masz być dokładnie tu.

Przesunęła szpicrutę jeszcze raz i uderzyła go w pośladek. Skinął głową, nie podnosząc wzroku.

Co kilka kroków szarpała smyczą – krótko, ostrzegawczo. Sprawdzała go. Gdy znalazł się odrobinę za bardzo z przodu, uderzenie spadło natychmiast. Gdy został pół kroku z tyłu – kolejne. Szybkie, suche, bez komentarza.

Starał się idealnie dopasować, obserwował jej nogę kątem oka. Każdy błąd był karany od razu, jednym lub kilkoma uderzeniami, a potem szła dalej, jakby nic się nie działo. Czasem tylko zerkała w dół, sprawdzając odległość. Szpicruta poruszała się leniwie w jej dłoni, cały czas gotowa do użycia. Smycz naprężała się i luzowała w równym rytmie ich marszu.

– Pilnuj się! – rzuciła krótko, gdy znów się pomylił.

Uderzenia spadły jedno po drugim. Andrzej zacisnął zęby, poprawił pozycję i wrócił dokładnie tam, gdzie kazała. Dłonie wbił mocniej w ziemię, plecy wyprostował na tyle, na ile potrafił. Tym razem udało mu się utrzymać linię przez kilka dłuższych kroków, jednak ani razu nie pochwaliła go choćby słowem.

Odważył się zerknąć w górę tylko na moment. Wystarczyło. Szła wyprostowana, lekka, swobodna. Wyglądała jak młoda dziewczyna na letnim spacerze – roześmiana, pełna energii. Jej nogi poruszały się miękko, sprężyście; smukłe, zgrabne, opalone. Klapki uderzały cicho o kamienie ścieżki, odsłaniając piękne stopy – czyste, zadbane, jakby zupełnie nie należały do tej samej rzeczywistości co on.

Top odsłaniał jej brzuch, lekko umięśniony, napięty przy każdym kroku. Ramiona miała wysportowane, silne, a jednocześnie kobiece. W słońcu wyglądała świeżo, niemal beztrosko. Uśmiechała się – szeroko, naturalnie – jakby wszystko było tylko zabawą.

Ten obraz uderzył go mocniej niż szpicruta.

Bo on był jej przeciwieństwem. Umęczony, nagi, na czworakach. Kolana piekły od kontaktu z ziemią, dłonie miał brudne, śliskie od potu i trawy.

Jej głos, gdy wydawała polecenia, był ostry, krótki. Bez ciepła. Uderzenia szpicrutą bolały, a ciało reagowało na nie natychmiast. Ale mimo zmęczenia, mimo bólu, mimo upokorzenia, w środku czuł coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż spokojem. Był szczęśliwy. Bo każdy jej śmiech, każdy błysk w jej oczach, każde klaśnięcie w dłonie było dowodem, że robi to dla niej. Że spełnia swoją rolę. Że jeśli będzie wystarczająco uważny, wystarczająco posłuszny, zobaczy znów ten uśmiech na jej pięknej buzi. Zatrzymała się przy ścieżce, schyliła, podniosła patyk i rzuciła go przed siebie.

– Przynieś.

Zareagował natychmiast. Pobiegł szybciej, niż powinien. Gdy wrócił, patyk wypadł mu z ust u jej stóp. Roześmiała się głośno, dziewczęco, klaszcząc w dłonie. Rzuciła znowu. Dalej.

Biegał, schylał się, wracał. Oddech stawał się coraz cięższy, plecy mokre od potu, ramiona drżały. A ona cały czas się śmiała – lekko, szczerze – ten ogród był tylko miejscem zabawy, a on jej najwierniejszym psem.

Kiedy zwolnił, nie powiedziała nic. Po prostu uderzyła. Krótko, ostro. Szpicruta smagnęła skórę, zostawiając piekący ślad. Krzyknął z bólu, ale pobiegł dalej. Kolejny rzut, kolejny aport. Teraz już częściej czuł uderzenia. Każde było bolesne, precyzyjne. W końcu zatrzymała go ruchem dłoni.

– Dosyć.

Stał przed nią, z pochyloną głową, dysząc ciężko.

W ustach wciąż trzymał patyk, oblepiony ziemią, ciężki, niewygodny. Ślina spływała mu po brodzie, ale nie myślał o tym. Myślał tylko o niej i o tym aby jak najlepiej wykonywać jej polecenia. Sięgnęła po wąż ogrodowy. Odkręciła kran, strumień uderzył go w tors. Lodowata woda odebrała mu na moment powietrze, przeszyła ciało jak igły. Cofnął się odruchowo.

– Nie ruszaj się.

Wrócił na miejsce natychmiast. Stał sztywno, gdy woda spływała po nim, po śladach uderzeń, po napiętych mięśniach. Zimno mieszało się z pieczeniem, pot z wodą. Polewała go chwilę, bez pośpiechu. Zakręciła zawór. Podeszła i przypięła mu do sutków metalowe krokodylki do zasłon. Andrzej syknął cicho. Stał nieruchomo, z zaciśniętą szczęką, ramiona miał napięte do granic. Każdy najmniejszy ruch ciała powodował ból.

Cofnęła się o kilka kroków. Wzięła bat. Sprawdziła go krótkim ruchem w powietrzu.

– Woda. Szklanka. Cytryna.

Nie dopytywał. Pobiegł natychmiast, każdy krok powodował szarpnięcia zacisków. Gdy wrócił, podał jej szklankę obiema rękami. Nie wzięła jej. Spojrzała na naczynie, potem na niego.

– Klęknij.

Kolana dotknęły chłodnych kamieni. Kazała mu wyciągnąć dłonie przed siebie. Posłuchał. Szklanka drżała lekko, ale trzymał ją pewnie. Obeszła go powoli. Zatrzymała się przed nim.

– Będę chciała się napić – powiedziała spokojnie. – Ale nie teraz.

Pauza była celowa. Ciężka.

– Jeśli wylejesz choć jedną kroplę to pożałujesz.

Klęczał, z wyciągniętymi rękami, skupiony wyłącznie na ciężarze szklanki i własnym oddechu. Każde drżenie mięśni było zdradą, każdy skurcz ciała – ryzykiem.

Cofnęła się o kilka kroków. Świst był cichy, ale wyraźny. Pierwsze uderzenie przyszło nagle. Wciągnął gwałtownie powietrze; plecy napięły się, ale dłonie pozostały nieruchome. Woda w szklance zadrżała, lecz nie uronił ani kropli.

Drugie uderzenie było wolniejsze, dokładniejsze. Trzecie – szybkie i podstępne. Każde z nich wymagało od niego pełnej kontroli nad własnym ciałem. Zęby miał zaciśnięte, ramiona drżały, ale ręce trwały w tej samej pozycji.

Obserwowała go uważnie. Nie mówiła nic. Wystarczało jej to napięcie, ten bezruch, ta walka, którą prowadził sam ze sobą – tylko po to, by spełnić jedno, proste polecenie. Szklanka pozostawała pełna.

Każde kolejne uderzenie było boleśniejsze od poprzedniego. Ból nie przychodził już falą, tylko zostawał – osiadał w ciele, rozlewał się szerzej, wdzierał pod skórę. Andrzej czuł, jak bat czasem owija się zdradliwie, trafiając tam, gdzie nie był gotów; sam wybierał sobie drogę, zostawiając po sobie ostre, piekące linie. Oddech rwał się, plecy napinały, żebra protestowały przy każdym wdechu.

Szklanka w jego dłoniach zaczęła ważyć więcej niż powinna. Palce drżały coraz mocniej. Mięśnie przedramion paliły, ramiona sztywniały, a on skupiał się już tylko na jednym: utrzymać. Nie dopuścić do drgnięcia. Nie pozwolić, by woda poruszyła się choćby o milimetr.

Paulina zrobiła przerwę. Oddychał płytko, ostrożnie, bo każdy głębszy wdech rozciągał ból w klatce piersiowej. Czuł pot spływający po skroniach, czuł, jak kolana wbijają się w kamienie.

Podeszła. Bez pośpiechu wzięła szklankę z jego dłoni. Uniosła ją, upiła niewielki łyk. Potem podała mu z powrotem.

– Trzymaj.

Znów wyciągnął ręce. Tym razem było trudniej. Mięśnie miały już dość, ciało było zmęczone i obolałe, a jednak posłuchał. Bat znów przeciął powietrze.

Każde uderzenie przyjmował jak próbę – sprawdzian, czy potrafi. Woda w szklance drżała coraz bardziej, a on walczył z własnym ciałem. Wiedział, że jest na granicy. Wiedział też, że musi wytrzymać. I wtedy zobaczył jej uśmiech.

Nie szeroki, nie głośny – krótki, cichy, skierowany tylko do niego. Stała przed nim piękna, spokojna, pewna siebie. Ten obraz trzymał go w całości. Dawał sens temu wysiłkowi, temu bólowi, temu skupieniu do granic.

Bat spadał dalej. Andrzej trwał. Szklanka pozostała w jego dłoniach. Wiedział, że dopóki widzi jej twarz, dopóty wytrzyma jeszcze jedno uderzenie. I jeszcze jedno.

Stała spokojnie, z lekko rozstawionymi stopami. Bat pewnie leżał w jej dłoni; nadgarstek pracował miękko, niemal bez wysiłku. Nie musiała się spieszyć. Miała czas. Dużo czasu.

Z każdym uderzeniem obserwowała zmiany – drobne, niemal niedostrzegalne. Sposób, w jaki wstrzymywał oddech. Jak jego ramiona twardniały, zanim jeszcze ból zdążył się w nim ułożyć. Jak ciało próbowało uciec, a zaraz potem wracało na miejsce, posłuszne woli silniejszej niż odruch.

To napięcie przechodziło na nią. Nie gwałtownie. Raczej jak ciepło, które narasta powoli, od środka. Czuła je pod skórą, w karku, w dłoniach. Na policzkach pojawił się rumieniec – suchy, wyraźny, nie do pomylenia z niczym innym. Oddychała głębiej, uważniej. Uderzyła mocniej.

Bat nie zawsze trafiał czysto. Czasem zawijał się, zmieniał tor, zostawiając po sobie czerwony ślad. Widziała, jak Andrzej reaguje – jak walczy, by utrzymać pozycję, jak skupia się na ciężarze szklanki, jakby od tego zależało wszystko. To było dokładnie to, czego chciała.

Zatrzymała się na moment. Nie po to, by mu ulżyć. Raczej po to, by spojrzeć. By zapamiętać. Klęczącego, napiętego, trwającego na granicy. Obraz był pełny, domknięty. Znów uniosła rękę. Było w tym coś pierwotnego, ale nie dzikiego. Raczej uporządkowanego. Naturalnego. Dokładnie ten układ – ona stojąca, on klęczący – był jedynym, który w tej chwili miał sens.

– Boli? – zapytała nagle.

Uniósł wzrok na tyle, na ile się odważył. Oddech miał nierówny.

– Tak.

Nie dodał nic więcej.

Paulina roześmiała się.

– Właśnie to chciałam usłyszeć.

Sięgnęła po szklankę, napiła się powoli. Oddała mu ją z powrotem, wskazując miejsce. Zmieniła bat. Ten był krótszy ale cięższy. Uderzała nim inaczej – z góry na dół, pozwalając końcówce zostawiać długie cięcia na skórze. Ruchy były szybkie, oszczędne. Andrzej zaciskał zęby, wciąż skupiając się na jednym: nie upuścić szklanki.

Kiedy skończyła, cisza opadła nagle, jak zasłona. Wzięła od niego wodę.

– Połóż się – powiedziała.

Kamienna posadzka patio była chłodna. Położył się na brzuchu, uważając na klamry na sutkach, oddychając głęboko, pozwalając, by zimno kamienia powoli wchłaniało resztki napięcia. Ramiona opadły ciężko, dłonie rozluźniły się wreszcie bez wysiłku.

Wysunęła stopę z klapka i przesunęła po jego plecach. Była chłodna i gładka, zatrzymała ją na moment, jakby sprawdzała temperaturę.

– Ciepłe – powiedziała.

Dla niego ten chłód był czymś więcej niż ulgą. Był nagrodą. Świadomość, że to właśnie jej stopa dotyka pleców, wypełniała go spokojem, jakiego nie znał z żadnego innego doświadczenia. Oddychał wolniej, głębiej, pozwalając, by dotyk rozchodził się po nim, łagodząc ból, zbierając go z powrotem w całość.

Paulina przesuwała ją dalej – wzdłuż kręgosłupa, na boki, niżej, wyżej – zatrzymując się tam, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa. Komentowała krótko, rzeczowo, jak ktoś oglądający efekt własnej pracy.

– Jest sporo śladów – zauważyła. – Ładnie się układają.

Przesunęła stopę jeszcze raz, wolniej.

– Piękny widok.

Zamknął oczy. Każdy ruch był dla niego potwierdzeniem: że został zauważony, że to, co zrobił, miało sens. Czuł chłód jej skóry, gładkość i wiedział, że właśnie w tej chwili niczego więcej nie potrzebuje.

Leżał nieruchomo, oddychając równo, z tą cichą, głęboką pewnością, że kolejny raz nie zawiódł. Że jego pani jest zadowolona.

A ona stała nad nim – spokojna, pewna siebie – piękna w tej ciszy, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.

Zabrała stopę zostawiając po sobie chłód i pustkę.

– Pocałuj  – poleciła.

Posłuchał natychmiast. Leżał nieruchomo, czując kamienie pod ciałem i własny oddech, który znów przyspieszył. Stanęła przed nim. Przez chwilę nic się nie działo. Potem zrobił ruch, instynktowny, niemal nieświadomy – przesunął się bliżej, chcąc dosięgnąć jej stopy.

Cofnęła się. Zmusiła go do wysiłku, do powolnego czołgania się, centymetr po centymetrze. Nie spieszyła się. Patrzyła. Dopiero po chwili zatrzymała się i pozwoliła mu zbliżyć się na tyle, na ile uznała za stosowne.

Miała na sobie lekkie, eleganckie klapki – cienkie paski układały się na stopach z prostą, wyrafinowaną precyzją. Paznokcie błyszczały głęboką czerwienią. Pozwoliła mu przez chwilę podziwiać. Dotknął ich ostrożnie, z szacunkiem, obawiając się, że zaraz je zabierze. Szeptem wypowiedział słowo wdzięczności, ledwie słyszalne, ale szczere. Dla niego to wystarczało.

– Dobrze – powiedziała krótko.

Kazała mu uklęknąć. Usiadła w ogrodowym fotelu, swobodnie, z naturalną pewnością kogoś, kto jest dokładnie tam, gdzie powinien być. Spojrzała na niego z góry.

Rzuciła klucz. Upadł na kamień z suchym dźwiękiem. Zerknęła demonstracyjnie na zegarek.

– Masz minutę – powiedziała spokojnie. – Jeśli nie zdążysz, klatka wraca na miejsce.

Andrzej zesztywniał. Serce uderzyło mu szybciej, oddech stał się płytki, niespokojny. Czas nagle przestał być abstrakcyjny – miał wagę, tempo, nacisk. Palce drżały, gdy próbował je opanować. Myśli rwały się, przeszkadzały zamiast pomagać. Każdy ruch wydawał się za wolny, każdy błąd groził powrotem do punktu wyjścia.

Spojrzał na nią tylko raz. Siedziała, obserwując go z szyderczym uśmiechem. To go denerwowało najbardziej.

Gubił rytm, zaczynał od nowa. Pot na skroniach, napięcie w karku, sztywność ramion. Walczył z własnym ciałem, które reagowało tym gorzej im bardziej się spieszył. Sekundy uciekały.

– Szybciej, zostało piętnaście sekund – rzuciła krótko.

To go zebrało. Skupił się, zmusił ciało do posłuszeństwa, odciął wszystko. Ostatnie chwile były chaotyczne, niemal desperackie, ale wystarczyło. Wytrysnął na swoją dłoń, chciał wykonać jeszcze kilka ruchów ale uderzyła go szpicrutą. Zatrzymał się. Podniósł wzrok.

Parsknęła śmiechem. Najpierw cicho, potem głośniej, szczerze, nie kryjąc rozbawienia.

– No proszę – powiedziała. – Jednak potrafisz. Obliż teraz rękę.

Zawahał się tylko przez ułamek sekundy. Czuł na dłoni lepką, słoną ciecz. To było dla niego  upokarzające. Wykonał jednak polecenie, z poczuciem, że właśnie o to jej chodziło – o złamanie w nim resztki oporu.

Patrzyła na niego jeszcze chwilę. Rozbawienie powoli gasło, ustępowało spokojowi. Kiedy odezwała się znów, jej głos był już rzeczowy.

– Dobrze. Wystarczy.

Został tak, nieruchomy, z pytaniem w oczach. Nie musiał go wypowiadać. Uśmiechnęła się krótko.

– Już – powiedziała. – Możesz iść. Wykąp się i ubierz.

Podeszła bliżej i sprawnie zdjęła metalowe klamry. Dotyk był krótki, pozbawiony jakiejkolwiek czułości. Poczuł ból, gdy krew z powrotem napłynęła do sutków.

Poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro – plecy, pośladki, boki – gęsta mapa śladów, czerwonych i ciemniejszych, układających się w nieregularne linie. Stał przez chwilę w ciszy, oddychając spokojniej.

Wrócił po chwili. Zatrzymał się przed swoją panią, jakby czekał na znak. Spojrzała na niego krótko i założyła mu chastity. Pochylił się i pocałował jej dłoń.

– Jesteś niesamowita – powiedział cicho. – Potrafisz mną tak kierować, doprowadzać mnie dokładnie tam, gdzie chcesz. Sprawiasz, że balansuję na granicy i jeszcze dziękuję za to.

Paulina uśmiechnęła się lekko.

– To ja dziękuję – odpowiedziała spokojnie. – Jestem szczęśliwa dzięki tobie.

– Twoje szczęście bierze się z mojego cierpienia. To… absurdalne. I niewyobrażalne, że tak piękna kobieta potrafi być aż tak okrutna.

– To nie ma nic wspólnego z urodą – powiedziała. – Uroda jest tu tylko narzędziem. Przyznam, że bardzo przydatnym. Ale to co robię wynika z mojej natury, z tego, że widzę, gdzie jesteś słaby i że ty sam chcesz, żebym tam sięgnęła.

Zamilkł na chwilę i jeszcze raz pocałował jej dłoń. Zapytał, czy pójdą się przejść. Zgodziła się. Wyszli w stronę lasu. Droga była spokojna, miękka od igliwia. Potem jezioro – gładkie, ciche. Szli obok siebie, rozmawiając już inaczej, wolniej. Wracali do tego, co się wydarzyło, bez pośpiechu, z dystansem, który pojawia się dopiero po fakcie. Kiedy wrócili do domku, zapytał, czy zostanie na noc.

– Nie – odpowiedziała bez wahania. – Odwieź mnie do domu. Jutro rano wyjeżdżam z rodzicami na wakacje, muszę jeszcze ogarnąć kilka rzeczy.

Po drodze zatrzymali się jeszcze na późny obiad w jednej z kaszubskich karczm przy szosie. Jedli w ciszy, spokojnie, jak ludzie wracający z długiej podróży.


Po powrocie do domu wzięła prysznic. Potem zaczęła się pakować – lekkie ubrania, rzeczy na wyjazd. Chorwacja. Słońce. Wakacje.

Wyjazd okazał się zaskakująco udany. Pojechali daleko na południe, aż do Dalmacji, bez pośpiechu, dzieląc trasę na etapy. Paulina prowadziła na zmianę z tatą i ku własnemu zdziwieniu nie usłyszała ani jednej uwagi. W końcu sama zapytała, czy to zasługa mamy, która prosiła ojca aby nie denerwował jej częstymi radami odnośnie jej sposobu jazdy.

– Nie – odpowiedział wtedy spokojnie. – Po prostu dobrze prowadzisz. Pewnie i bezpiecznie, a my nigdzie nie spieszymy się.

To wystarczyło. Dwa tygodnie minęły im na zwiedzaniu miasteczek nad Adriatykiem, długich obiadach w małych konobach, gdzie czas płynął wolniej, i leniwych popołudniach na plaży. Było słońce, poranne biegi i ciepłe wieczory, rozmowy bez pośpiechu i to przyjemne poczucie, że nic nie trzeba. Odpoczęła.

 

 

73
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.