Ilustracja: AlexFenriss

Wilczyca (XXVI)

4 września 2026

Opowiadanie z serii:
Wilczyca

37 min

Poniższe opowiadanie zawiera wyjątkowo kontrowersyjne sceny!

Paulina zaczyna pisać pracę magisterską. Zbierając materiały, spotyka legendę berlińskiej sceny BDSM.

Rozdział XXVI – Praca magisterska


Berlin, marzec 2010


Od pierwszych tygodni studiów Paulina pracowała intensywnie, niemal bez wytchnienia. Berlin nie dawał taryfy ulgowej, ale ona szybko zrozumiała, że właśnie tego potrzebuje – tempa, wymagań, konieczności skupienia się na konkretach. Zajęcia traktowała bardzo serio, czytała więcej, niż wymagano, zadawała pytania, notowała uważnie. Egzaminy zdawała pewnie i z wysokimi ocenami; kiedy podsumowała wyniki, okazało się, że wszystkie przedmioty zaliczyła na poziomie co najmniej dziewięćdziesięciu procent. Dobra passa nie była przypadkiem – była efektem żelaznej dyscypliny, którą sobie narzuciła. Gdy nadszedł czas wyboru tematów prac magisterskich, entuzjazm nie pojawił się od razu. Przeglądała propozycje, pomysły, czytała opisy, pytała wykładowców, konsultowała się wykładowcami i ze studentami z ostatniego roku. Za każdym razem miała to samo wrażenie: zbyt gładkie, zbyt oczywiste, zbyt bezpieczne. Wiele zagadnień wydawało jej się banalnych, wtórnych lub oderwanych od rzeczywistości. Wiedziała, że nie chce pisać pracy poprawnej, lecz pustej. Szukała czegoś, co naprawdę ją poruszy.

Właśnie wtedy w Berlinie pojawiła się Olga. Świeżo po egzaminach adwokackich, zmęczona, ale szczęśliwa, tryskała energią i planami. Miała już za sobą podróż Route 66 i zwiedzanie winnic w Kalifornii. Wieczorami siedziały u Pauliny nad butelką wina, rozmawiając o życiu, pracy, mieście, ludziach. Któregoś z tych wieczorów, niemal mimochodem, zeszły na temat pracy magisterskiej.

Pomysł pojawił się spontanicznie. Najpierw jako rzucony przez przyjaciółkę żart, potem jako pytanie, wreszcie jako coś, co zaczęło się domagać uwagi. Relacje władzy, intymność, kontrola – wszystko to, co Paulina znała z doświadczenia i obserwacji, a co rzadko bywało opisywane bez uproszczeń. Początkowo podeszła do tego z nieśmiałością, z obawą, że temat jest zbyt kontrowersyjny, że to jej głęboko intymna sfera.

Olga tylko się uśmiechnęła. Przekonywała ją, że Berlin jest miejscem, w którym nikt nie będzie zadawał pytań ani oceniał. Że uczelnia, jeśli ma być uczciwa, powinna dotykać także tego, co w pewien sposób niewygodne i nieoczywiste. Kilkanaście minut burzy mózgów wystarczyło, by z chaosu myśli wyłonił się temat – odważny i prawie jej własny: ,,Władza, intymność i kontrola – psychologiczne aspekty relacji asymetrycznych z perspektywy kobiet dominujących.”

Kiedy zapisała go w notesie, poczuła coś, czego brakowało jej do tej pory: pewność, że wie, o czym chce pisać – i dlaczego.

Dowiedziała się szybko, że z takim tematem nie ma wielkiego wyboru. Praca o relacjach dominacji i uległości mogła powstać tylko pod kierunkiem profesora Schneidera. Nazwisko krążyło na wydziale niemal jak legenda – wykładowca wybitny, wymagający, bezlitosny wobec banału. Mówiono też, że od pięciu lat nie przyjął żadnego seminarzysty. Nie dlatego, że brakowało chętnych, lecz dlatego, że nikt nie spełniał jego kryteriów. Paulina wiele o nim słyszała, choć paradoksalnie jeszcze nie miała z nim zajęć. Te zaplanowane były dopiero na ostatnim roku. Profesor Schneider funkcjonował więc dla niej bardziej jako figura – intelektualny punkt odniesienia, ktoś, kto mógł albo definitywnie zamknąć temat, albo nadać mu prawdziwą wagę. Wiedziała jedno: jeśli chce spróbować, to tylko u niego.


W dniu spotkania obudziła się wcześniej niż zwykle. Wyszła na trening, biegła długo i mocno, pozwalając, by rytm kroków oczyścił głowę. Chłodne powietrze poranka paliło w płucach, mięśnie napinały się aby utrzymać tempo. Narzuciła sobie dużą prędkość i szybko poczuła zmęczenie – takie, które porządkuje myśli lepiej niż kawa. Po powrocie wzięła prysznic, pozwalając, by gorąca woda spłukała resztki napięcia. Ubierała się spokojnie, bez pośpiechu. Wybrała rzeczy proste, neutralne, jakby nie chciała niczym wyróżnić się – chciała, by mówiły za nią słowa, nie forma. Związała włosy, spojrzała na siebie w lustrze. Była gotowa do wyjścia.

Metro było już pełne ludzi – studentów i pracowników biur. Stała przy drzwiach, trzymając się poręczy, patrząc w przesuwające się za oknem tunele a potem budynki. Myślała o tym, co powie profesor i że jeśli odmówi, trudno będzie jej to zaakceptować. Przesiadła się do tramwaju. Gdy zatrzymywał się na jej przystanku, czuła już znajome skupienie. Nie ekscytację, nie strach – raczej gotowość. To nie było spotkanie, na które się idzie, by zrobić wrażenie. To było spotkanie, na które się idzie, by sprawdzić, czy to, co nosi się w głowie, ma prawo zaistnieć.

Profesor Schneider był postacią niemal legendarną. Wybitny specjalista w zakresie psychologii płci i seksualności – barwny, ekscentryczny, otwarty i niezwykle wymagający. Nosił okulary w grubych, czerwonych oprawkach, kolorowe marynarki i apaszki. Znany był ze swojej bezkompromisowej postawy wobec ciasnoty myślenia, ale także ze swojej życzliwości wobec studentów. Szczególnie tych, którzy myśleli odważnie. Tylko tych. Pozostałych co najmniej ignorował a najczęściej pogardzał nimi. Był uważany za dziwaka, ale to na jego wykładach był zawsze komplet. Paulina zapukała do drzwi, lekko podenerwowana. Wiedziała, że nie każdy może pisać pracę magisterską u tego profesora, trzeba go było naprawdę czymś zainteresować. Gdy usłyszała charakterystyczne „Komm rein!”, weszła i zamknęła za sobą drzwi.

Rozejrzała się po wnętrzu. Gabinet znajdował się na ostatnim piętrze modernistycznego budynku Instytutu Psychologii. Ściany były pokryte półkami z książkami – wiele miało tytuły w językach angielskim i francuskim, a spomiędzy nich wystawały kartki, notatki, zakładki, pocztówki. Było też kilka zdjęć – młody Schneider z Michelem Foucaultem, z konferencji w Montrealu, inne z jakiejś demonstracji z lat osiemdziesiątych w Hamburgu. Gospodarz pisał coś skupiony, dał jej sygnał dłonią aby nie przeszkadzała. Po chwili zamknął notes i spojrzał na nią.

– Ach, Fräulein Ritter! – zawołał radośnie, wstając zza biurka i wskazując jej miejsce naprzeciwko. – Cieszę się, że pani przyszła. Słyszałem od pani prowadzących, że błyszczy pani na ćwiczeniach. Dlatego zgodziłem się panią przyjąć.

Uśmiechnęła się nerwowo, siadając.

– Dziękuję, panie profesorze.

– Co panią sprowadza w moje skromne i jakże niedostępne progi?

– Chciałabym porozmawiać o temacie pracy magisterskiej. Mam pewien pomysł, nieco nietypowy, na pewno odważny.

Schneider spojrzał z zaciekawieniem.

– Wielu śmiałków próbowało lecz jeszcze więcej poległo. Zamieniam się jednak w słuch. Najlepsze prace to są właśnie te nietypowe i odważne. Co pani chodzi po głowie?

Wyciągnęła kartkę, na której wcześniej spisała roboczy tytuł. Podała mu ją.

– Władza, intymność i kontrola: psychologiczne aspekty relacji asymetrycznych z perspektywy kobiet dominujących – przeczytał na głos, a jego brwi uniosły się.

– A to dopiero! – spojrzał na nią z uznaniem. – Proszę mówić, zaciekawiła mnie pani, to już coś dobrego na początek.

– Oprócz opisania kwestii teoretycznych chciałabym przeprowadzić serię wywiadów z kobietami identyfikującymi się jako dominujące w relacjach BDSM. Interesuje mnie, jak postrzegają władzę i intymność, jakie mechanizmy kontroli stosują oraz jak wpływa to na ich relacje emocjonalne. Częściowo chciałabym też wykorzystać… – zawahała się – własne doświadczenia. Ale anonimowo. Tylko anonimowo.

Profesor oparł się wygodnie na krześle, splótł palce i przez chwilę milczał. Mierzył ją badawczym wzorkiem.

– Własne doświadczenia w dominacji. To odważne. Bardzo odważne – powiedział w końcu. – Ale też doskonale wpisuje się w aktualne debaty o płci, relacjach, władzy i konstrukcie intymności. Jeśli pani to dobrze poprowadzi, może stać się naprawdę znakomitą pracą. Chciałbym, by była nie tylko rzetelna naukowo, ale też prawdziwa. Autentyczna. Jeśli do tego dojdzie solidna metodologia, na przykład analiza narracyjna lub teoria ugruntowana, to widzę w tym ogromny potencjał. Ja pani tego nie ułatwię, Fräulein Ritter. Będę wymagający. Bardzo wymagający, czasem nawet męczący. Ale jeśli się pani na to zdecyduje, poprowadzę tę pracę z przyjemnością. Dawno nikt mnie tak nie zainteresował jak pani. A to dopiero…

Poczuła, jak coś w niej drgnęło – ekscytacja, ale i pewność siebie.

– Decyduję się panie profesorze. Po to tu przyszłam.

– Doskonale! – Schneider uderzył dłońmi w blat biurka. – W takim razie proszę przygotować listę rozdziałów wraz z krótkim omówieniem zawartości i wstępną listę tematów wywiadów. I proszę nie zapominać: badania nad dominacją wymagają subtelności. Proszę unikać sensacji. My pracujemy z psychologią, nie jesteśmy tabloidem. Widzimy się za miesiąc.

– Rozumiem. I dziękuję za zaufanie panie profesorze. Wrócę przygotowana.

Pożegnali się bardzo formalnie. Uśmiech, krótkie podziękowanie, uścisk dłoni. Dopiero gdy drzwi gabinetu zamknęły się za jej plecami i znalazła się na korytarzu, napięcie, które trzymało ją w ryzach przez całe spotkanie, nagle puściło. Zatrzymała się na moment, jakby musiała złapać równowagę. Serce biło jej szybciej, w klatce piersiowej pojawiło się lekkie, jasne uczucie – czysta, nieskrępowana, niemal dziecięca radość. Udało się. I poszło zaskakująco łatwo.

Wyciągnęła telefon i napisała do Olgi jedno, krótkie zdanie: zgodził się!

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast, jakby przyjaciółka czekała z palcem nad ekranem:

Piękna i zdolna. byłam spokojna od początku, że się uda. Gratuluję.

Uśmiechnęła się do siebie. To jedno zdanie wystarczyło, by poczuła się nie tylko dumna, ale też zaopiekowana – jakby ktoś stał obok i kiwał głową z aprobatą. Droga do domu minęła szybko. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, nie miała na nic więcej siły. Zrzuciła buty, odłożyła torbę. Położyła się na łóżku, patrząc przez chwilę w sufit, wciąż z tym samym spokojnym uśmiechem na ustach. Myśli zaczęły się rozmywać, emocje opadały, ciało wreszcie pozwoliło sobie na odpoczynek. Zasnęła, zanim zdążyła to w ogóle zauważyć.


Berlin, kwiecień 2010


Drugie spotkanie z profesorem miało zupełnie inny ciężar. Zniknęła niepewność pierwszej rozmowy, a wraz z nią potrzeba udowadniania czegokolwiek. Teraz oboje pracowali – rzeczowo, precyzyjnie, bez zbędnych wstępów. Plan pracy zaakceptował niemal od razu. Przejrzał go w milczeniu, zrobił kilka krótkich notatek ołówkiem na marginesie, zadał dwa pytania doprecyzowujące i skinął głową, jakby potwierdzał coś, co już wcześniej uznał za sensowne. Znacznie więcej czasu zajęła im natomiast treść pytań do wywiadów. Wracali do nich wielokrotnie, przesuwając akcenty, wykreślając sformułowania zbyt oczywiste, zastępując je innymi – ostrzejszymi, bardziej otwartymi, pozbawionymi sugestii. Profesor był wymagający. Każde pytanie musiało coś odsłaniać, ale niczego nie narzucać. Kilka razy zatrzymywał się, patrzył uważnie i pytał, co ona naprawdę chce tym osiągnąć. Zmuszało ją to do myślenia głębiej, do odzierania własnych intuicji z efektownych skrótów. Z każdą minutą czuła jednak, że właśnie na tym polega sens tej pracy – nie na prowokacji, lecz na wnikliwości. Gdy wreszcie lista była gotowa, profesor odłożył kartki, wstał i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na dziedziniec, jakby porządkował w głowie ostatnie uwagi. Potem odwrócił się, podszedł do niej i wyciągnął rękę.

– Teraz nie zostaje nic innego jak zacząć pisanie – powiedział, ściskając jej dłoń krótko, ale stanowczo – Pisać, pisać i jeszcze raz pisać Fräulein Ritter. Nie mogę doczekać się pierwszego rozdziału. Do roboty! A to dopiero...

Odwzajemniła uścisk, dziękując kolejny raz za wsparcie i możliwość pisania pod jego opieką. Była już przy drzwiach, kiedy jego głos znów ją zatrzymał.

– Fräulein Ritter?

Odwróciła się.

– Ma pani w ogóle pomysł jak zacząć te wywiady? Wytypowane kobiety?

Nie dał jej odpowiedzieć. Sięgnął do jednej z dolnych szuflad biurka i wyjął niewielką wizytówkę.

– Jeśli chce pani zacząć proponuję od tego – powiedział, spokojnie, z ledwo wyczuwalnym uśmiechem. To moja stara i bardzo dobra znajoma, Eva Stern. Jest ikoną berlińskiej sceny femdom, jeśli zdobędzie pani jej zaufanie i przychylność otworzy przed panią niejedne drzwi. Te wywiady będą miały sens, jeśli będą przeprowadzone z kobietami na poziomie a nie, przepraszam za mało profesorski język, kurwami udającymi tylko dominy.

Paulina, uśmiechnęła się i wzięła kartonik do ręki. Na jego matowej powierzchni znajdował się tylko numer telefonu i stylizowane, czarne logo z literami: DSB.

– Dziękuję – powiedziała cicho, chowając ostrożnie wizytówkę do notatnika.

– Do zobaczenia, Fräulein Ritter. Życzę powodzenia.


Siedziała przy biurku, w otwartym notatniku miała ustaloną z profesorem i starannie przepisaną listę pytań i obszarów, które chciała poruszyć podczas planowanych wywiadów do pracy magisterskiej. Były tam między innymi kwestie związane z doświadczeniem dominacji, granicami intymności, relacją władzy i odpowiedzialności oraz emocjonalnym aspektem kontroli. Miała świadomość, że to delikatna tematyka, ale właśnie to czyniło ją fascynującą i wyjątkowo bliską jej samej. Zebrała oddech, spojrzała raz jeszcze na numer, który znajdował się na wizytówce z tajemniczym logo DSB i nacisnęła zieloną słuchawkę. Po kilku sygnałach odezwał się kobiecy głos – niski, dojrzały, spokojny, z lekko chropowatą nutą, która sugerowała wieloletnie palenie papierosów.

– Tak, słucham?

– Dzień dobry – starała się brzmieć uprzejmie, ale też zdecydowanie. – Nazywam się Paulina Ritter. Studiuję psychologię na Uniwersytecie Humboldta i przygotowuję pracę magisterską związaną z tematyką kontroli i intymności. Dostałam ten numer od profesora Schneidera.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Potem kobieta zaśmiała się z pobłażliwą sympatią.

– Ach, to ty dziecko jesteś od Heinziego? Tak, uprzedził mnie. Czekałam na twój telefon.

Paulina uniosła brwi z lekkim zaskoczeniem. To zdrobnienie – Heinzi – zabrzmiało tak swobodnie i pewnie. Kobieta kontynuowała:

– Dobrze. Skoro trafiłaś do mnie od Heinziego, to znaczy, że wiesz, czy się zajmuję. Albo dopiero się dowiesz. Spotkajmy się. Zdecydowanie wolę rozmowę twarzą w twarz. Jesteś dziś dostępna? Mam czas za godzinę.

Paulina szybko zapisała adres i chwilę później była już w drodze na stację. Włożyła słuchawki do uszu, ale nie włączyła muzyki – bardziej pomagały jej odgrodzić się od świata. Wsiadła do metra na Alexanderplatz i ruszyła w kierunku stacji Zitadelle, położonej na obrzeżach Spandau. Podróż zajęła kilkadziesiąt minut. Im dalej na zachód, tym mniej ludzi wsiadało do wagonów. Kiedy wysiadła, zaskoczyła ją industrialna atmosfera okolicy – zamiast klasycznych miejskich ulic i sklepów, dookoła rozciągały się hale magazynowe, punkty przeładunkowe, siedziby firm kurierskich i niewielkie biura. Szła trzymając się wskazówek podanych przez Evę. Droga wiodła najpierw wzdłuż parkingu supermarketu, potem ogrodzonego placu z jakimiś paletami. Następnie minęła firmę zajmującą się logistyką międzynarodową i sklep z częściami samochodowymi. Powietrze pachniało kurzem, chłodnym powiewem od pobliskiego kanału i lekkim zapachem oleju maszynowego.

Na końcu ulicy znajdował się ogrodzony parking – betonowy plac z jednym starym drzewem rosnącym tuż przy ogrodzeniu. Za nim wznosił się duży budynek o przemysłowym charakterze, z cegły i szarego betonu, typowy dla powojennych konstrukcji użytkowych. Miał metalowe drzwi wejściowe z domofonem i niewielką, skromną tabliczkę przy jednym z przycisków: Dominia Studio Berlin. Obok widniało to samo stylizowane logo, które widziała już na wizytówce. Nacisnęła przycisk. Po kilku sekundach w domofonie odezwał się kobiecy głos:

– Halo?

– Dzień dobry, mam spotkanie z panią Evą Stern.

– Proszę wejść. Windą na drugie piętro – usłyszała, po czym zabrzęczał elektromagnetyczny zamek.

Drzwi ustąpiły z lekkim oporem. W środku panował półmrok. Ściany były surowe, betonowe, z widocznymi śladami po dawnej instalacji przemysłowej. Pomieszczenie wejściowe pełniło rolę niewielkiego holu. Po lewej stronie znajdowała się winda – stara, mechaniczna, z metalowymi drzwiami, które trzeba było zamknąć ręcznie przed wciśnięciem guzika. Wsiadła do środka. Wewnątrz panował charakterystyczny zapach – nieco smaru, trochę kurzu, a może nawet cień perfum, które ktoś zostawił tu przed nią. Przesunęła metalową kratę, usłyszała kliknięcie. Wcisnęła guzik z cyfrą „2”. Winda ruszyła z lekkim szarpnięciem, a potem wolno, z charakterystycznym buczeniem, zaczęła się wspinać. Kiedy dotarła na wybrane piętro, drzwi otworzyły się z lekkim zgrzytem. Przed nią znajdował się krótki korytarz i pojedyncze drzwi z czarną tabliczką – ten sam symbol, co na dole. Dzwonek był elegancki, z mosiężną obwódką. Nacisnęła go. Po kilku sekundach drzwi otworzyła młoda kobieta – ciemne, krótkie włosy, srebrny kolczyk w nosie, subtelny makijaż. Ubrana była w prostą, czarną bluzkę i dopasowane spodnie.

– Zapraszam – powiedziała cicho i gestem wskazała wnętrze.

Przekroczyła próg i na moment zwolniła krok. Korytarz, do którego weszły, był długi i słabo oświetlony – światło sączyło się z rzadko rozmieszczonych, przytłumionych kinkietów, zostawiając między nimi pasma półmroku. Był na tyle długi, że w tym niepewnym świetle nie dało się dostrzec jego końca; znikał gdzieś dalej, w ciemniejszej części budynku, jakby prowadził w zupełnie inną strefę.

Szła za dziewczyną, rejestrując detale po drodze. Na jednych z drzwi, mijanych po lewej stronie, dostrzegła prosty napis: „Szatnia A”, na kolejnych „Szatnia B”. Litery były jasne, niemal sterylne. Nie zwolniły przy nich – skręciły kawałek dalej. Weszły do niewielkiego pomieszczenia. To, co zobaczyła, przypominało niewielki, kameralny salon. Pod ścianą stała ciemna sofa, naprzeciw niej dwa miękkie fotele, ustawione pod lekkim kątem, jak do rozmowy. Między nimi niski stolik, prosty, bez zbędnych ozdób. W rogu znajdował się barek. Na jego blacie ustawiono karafkę z wodą, kilka soków i parę butelek zimnych napojów. Całość sprawiała wrażenie przemyślanej – nic tu nie było przypadkowe, ale też nic nie próbowało przyciągać uwagi na siłę. To miejsce było jak bufor między światem na zewnątrz a tym, co działo się głębiej.

– Proszę się rozgościć. Pani Stern zaraz dołączy – powiedziała cicho i wyszła, zostawiając Paulinę samą w półmroku oświetlonym ciepłym światłem lampy stojącej w rogu.

Usiadła na jednym z foteli, rozglądając się wokół, czując, że wchodzi do zupełnie innego świata.

Po kilku minutach drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie. Paulina uniosła wzrok i od razu poczuła zmianę – powietrze w pokoju jakby zgęstniało.

Do środka weszła kobieta około pięćdziesiątki, o nienagannej sylwetce i kroku tak pewnym, że nie pozostawiał wątpliwości, kto tu wyznacza ton. Nie musiała podnosić głosu ani wykonywać gwałtownych gestów. Wystarczyła sama obecność. Poruszała się spokojnie, jak ktoś, kto dokładnie wie, kim jest.

Twarz miała wyrazistą, o ostrych, zdecydowanych liniach – kości policzkowe, twarda linia żuchwy, brak jakiejkolwiek miękkości. Jasna, niemal kredowa cera i starannie przycięte ciemne włosy z prostą grzywką tylko to podkreślały. Oczy, mocno zaakcentowane precyzyjną kreską, patrzyły uważnie, jakby od razu potrafiły rozpoznać słabość. Usta, pomalowane na głęboki burgund, rysowały się w cienkim, kontrolowanym uśmiechu, który nie obiecywał niczego łatwego.

Miała na sobie dopasowany kombinezon z błyszczącej, czerwonej skóry. Materiał układał się idealnie. Nie było w nim nic przypadkowego – ani taniej prowokacji, ani zbędnej dekoracyjności. To był uniform.

Paulina poczuła to natychmiast: ta kobieta nie wchodziła do pomieszczeń. Ona je przejmowała. I właśnie to zrobiło największe wrażenie. Nie strój. Nie makijaż. Lecz spokojna, niewzruszona pewność, z jaką zajmowała przestrzeń.

– Dzień dobry – powiedziała głosem niskim, nieco chropowatym. – Wybacz, dziecko, mam napięty grafik. Kilka sesji jedna po drugiej. Ale chciałam cię poznać już dziś.

Usiadła w fotelu i gestem dłoni zaprosiła Paulinę, by zajęła miejsce naprzeciwko.

Paulina sięgnęła po swój notes. Zanim zaczęła, przez chwilę opowiadała o sobie i swojej pracy magisterskiej, o kierunku, który wybrała. Wspomniała o tytule pracy i założeniach badawczych. Za każdym razem, gdy wspominała profesora Schneidera, kobieta uśmiechała się z lekkim przekąsem – nie kpiącym, lecz znaczącym, jakby znała go lepiej, niż można byłoby przypuszczać.

– Ach, on… no tak – mruknęła w którymś momencie. – Zawsze miał nos do tego, co ciekawe i nietuzinkowe.

Rozmowa zaczęła nabierać rytmu. Paulina zadawała pytania rzeczowo, ale z wyczuwalną ciekawością i szacunkiem. Eva odpowiadała swobodnie, pewna siebie, czasem nawet wtrącała jakąś anegdotę. Nie unikała trudnych tematów. Mówiła o doświadczeniu, o pracy z ludźmi, o stosowanych mechanizmach kontroli, o granicach i ich przekraczaniu, o dynamice władzy. Paulina robiła dokładne notatki, czasem dopytując o szczegóły. Atmosfera była osobliwa – z jednej strony formalna i badawcza, z drugiej: przesiąknięta pewnym napięciem, wynikającym z charakteru miejsca i samej osoby rozmówczyni. Ale właśnie ten kontrast nadawał spotkaniu głębi – i ona to czuła. Wiedziała, że już na samym początku trafiła na kogoś, kto może być dla jej pracy kluczowy. A może nawet nie tylko dla pracy. Chociaż... szybko odrzuciła tę myśl.

Po około godzinie rozmowy Eva uniosła wzrok znad filiżanki herbaty i powiedziała:

– To było dobre spotkanie. Widzisz, dziecko, nie każdy ma odwagę zająć się tym tematem na poważnie. A ty, masz w sobie coś, co sprawia, że chce się mówić więcej i więcej. Masz dar otwierania innych ludzi, sama jestem zaskoczona, że tyle Ci opowiedziałam. Heinzi nie pomylił się, pozwalając ci pisać tę pracę u siebie. Słyszałam, że ostatnio był pod tym względem bardzo wybredny.

Nie czekając na odpowiedź, wstała i podeszła do drzwi.

– To nie będzie ostatnia rozmowa, prawda?

Paulina również wstała, skinęła głową.

– Nie. Mam nadzieję, że nie. Bardzo dziękuję.

– Doskonale, odezwę się zatem do ciebie – odparła kobieta, otwierając drzwi.

Na pożegnanie uścisnęły sobie dłonie. Chwilę później Paulina wychodziła już z budynku – myślami wciąż krążąc wokół tego, co usłyszała.


W kolejnych tygodniach odwiedziła Dominia Studio jeszcze kilkukrotnie. Eva Stern z czasem zaczęła dzielić się coraz bardziej osobistymi refleksjami. Mówiła o swoich początkach, o tym, jak świat dominacji otworzył przed nią zupełnie nowe rozumienie siebie, granic, emocji, ale i władzy jako narzędzia psychologicznego. Poleciła ją również kilku kobietom, pracującym w jej klubie. Podczas kolejnych wizyt Paulina miała okazję z nimi przeprowadzić naprawdę długie rozmowy. Każda z nich miała inną motywację, inną historię, inny styl ale wszystkie łączyło jedno - obdarzyły ją olbrzymią życzliwością i zaufaniem. Jedna z nich – Isabella – przykuła uwagę już podczas pierwszego spotkania. Ciemne, falujące włosy opadały miękko na ramiona, jeszcze ciemniejsze oczy patrzyły uważnie, z lekko drapieżną czujnością, a pełne, zmysłowe usta układały się w wyraz, którego nie sposób było odczytać jednoznacznie. Jej sylwetka miała w sobie coś prowokująco kobiecego – szerokie biodra, wyraźnie zaznaczoną talię i wydatne pośladki. Była zbudowana w sposób, który nie prosił o spojrzenia, lecz je przyciągał, niemal zmuszał, czyniąc ją niepokojąco i bezwstydnie seksowną.

Pochodziła z Włoch – zdradzała to nie tylko uroda ale i akcent, muśnięcie słońca Italii w perfekcyjnie płynnym, choć nieco zbyt ekspresyjnym niemieckim. Mówiła szybko z naturalną swobodą, często gestykulując, jakby całe jej ciało brało udział w rozmowie. To właśnie z Isabellą nawiązała najbardziej naturalny kontakt. Rozmawiały długo – nie tylko o roli dominacji w relacjach, ale też o sztuce, o granicach psychicznej kontroli, o kobiecej sile i potrzebie wyrażania siebie. Bella, bo tak chciała aby ją nazywano, miała w sobie charyzmę i lekkość.

– Dla mnie dominacja to rodzaj języka jakim mówię do mężczyzn – powiedziała podczas jednej z rozmów. – To nie jest tylko relacja z drugim człowiekiem. To komunikacja: o tym, kim jestem, czego chcę, jak widzę świat i jaki chcę aby był.

Notowała skrupulatnie, chłonąc jednocześnie atmosferę tych rozmów – pełnych napięcia, ale też kobiecego porozumienia. W każdej z kobiet widziała inny odcień siły – czasem zbudowanej na doświadczeniu, czasem na traumie, czasem na czystej potrzebie kontroli. Dla każdej dominacja była czymś innym – ukojeniem, ekscytacją, manifestem.

Po serii spotkań miała już w głowie treść kolejnych rozdziałów. Układ struktur władzy i intymności, które widziała w tych kobietach, nadawał się idealnie do konceptu pracy. Kiedy pokazała pierwsze fragmenty profesorowi, ten długo milczał po ich lekturze. W końcu spojrzał na nią ponad okularami.

– Fräulein Ritter… – powiedział z teatralnym namysłem. – To skończy się chyba doktoratem. I oby tak było. Nie widzę innej możliwości, a jeśli pani zaprzeczy, usunę panią z mojego seminarium. Bo to, co pani robi, jest nie tylko odważne, ale po prostu wybitne i bardzo interesujące. A to dopiero...

Paulina poczuła, jak jej serce bije szybciej. Ten projekt okazał się czymś więcej niż tylko pracą magisterską. Był częścią jej tożsamości – starannie ukrytą, subtelnie odsłanianą, ale prawdziwą.


Berlin, lato 2010


W tym intensywnym rytmie życia pojawiła się na dobre Bella. Ich relacja zaczęła się od dłuższych rozmów w Dominia Studio Berlin, potem wspólnych wypadów na kawę i do teatru, aż w końcu stały się sobie naprawdę bliskie. Isabella była niewiele starsza, miała w sobie odwagę i swobodę bycia sobą, której Paulina czasem jej zazdrościła. Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych i żyła w związku femdom. Jej partner – student tej samej uczelni – okazał się zaskakująco sympatyczny, cichy, uważny i pełen szacunku. Paulina szybko poczuła się dobrze w ich towarzystwie. Spokój ich relacji, otwartość i twórcza atmosfera, jaką roztaczali wokół siebie dobrze na nią działała. Zaczęły chodzić razem na siłownię, a potem coraz częściej spędzać ze sobą wieczory – czasem w barze z winem, czasem w mieszkaniu, rozmawiając o sztuce, życiu, kobiecej sile i emocjonalnej niezależności. W pewnym sensie stanowiła dla Pauliny lustro – odbicie jej własnych skłonności, ale też pewnego rodzaju życiowej odwagi.

Jeszcze wiosną zatrudniła się w berlińskim sklepie Bossa. Jej rytm dnia był już nieco spokojniejszy a po zaliczeniu pierwszego semestru i programu wyrównawczego miała nieco więcej czasu. Praca nie była wymagająca, ale dawała poczucie klasy i estetyki, które bardzo ceniła. Klienci często pytali ją o radę, chwalili jej gust i styl. Szybko zaczęła czuć się tam swobodnie. Wiedziała, że dzięki temu będzie mogła odłożyć trochę pieniędzy – na wypad do Toskanii, na który namawiała ją Bella. Planowała też jakąś samotną wyprawę, choć nie wiedziała jeszcze gdzie i kiedy. Miała ochotę wyjechać gdzieś naprawdę daleko. Sama. Musiała tylko skończyć studia.

Spotkania z Andrzejem stały się jeszcze rzadsze, bardziej rozproszone w czasie – ale odzyskały swoją intensywność i emocjonalną głębię. Zazwyczaj widywali się raz na kilka tygodni. Mimo tego oboje zdawali sobie sprawę, że coś się zmienia. Ich relacja nie zgasła – raczej ewoluowała, przechodząc z dużej intensywności do bardziej spokojnej, dojrzalszej formy kontaktu. Tęsknota mieszała się z wdzięcznością za wszystko, co wspólnie przeżyli. Byli w kontakcie – od czasu do czasu dzwonił, czasem wysyłał wiadomości, raz czy dwa przysłał jej nawet kwiaty, zupełnie bez okazji. Przyjmowała to z uśmiechem, nie czuła jednak potrzeby, by wszystko kontynuować tak, jak wcześniej. Miała swoje życie, studia, nowy krąg znajomych i kolejne wyzwania.

Pewnego wieczoru siedziała z Bellą i jej partnerem, Thomasem, w niewielkiej, klimatycznej restauracji na Kreuzbergu. Czas płynął niespiesznie, przytłumione światło miękko osiadało na stolikach ustawionych blisko siebie, a cichy gwar rozmów mieszał się z dźwiękiem szkła i talerzy, tworząc tło sprzyjające bliskości i swobodzie. Paulina czuła się w ich towarzystwie wyjątkowo dobrze. Bellę znała już na tyle, by nie musieć niczego udawać, a Thomas od początku budził jej sympatię. Był spokojny, pogodny, mówił niewiele, za to słuchał uważnie – z tym rzadkim skupieniem, które nie domaga się uwagi, lecz ją ofiarowuje. Śmiali się często, dzieląc się historiami, które w innym gronie mogłyby brzmieć banalnie, a tu zyskiwały lekkość i sens. Po jednym z takich wybuchów śmiechu Isabella spojrzała na Paulinę z wyraźnym błyskiem, jakby właśnie teraz uznała, że można powiedzieć coś więcej.

– Powiedz mi coś, Paulina – zaczęła, przechylając lekko głowę. – Nie myślałaś kiedyś, żeby spróbować swoich sił jako domina?

– Ja? Nie, chyba nie, no co ty.... To raczej nie dla mnie – odpowiedziała, upijając łyk wina.

– Oj, nie bądź taka skromna, a tym bardziej święta – Bella zaśmiała się. – Widziałam cię w grudniu w jednym z klubów. Krótko tam byłaś, ale ja mam świetną pamięć do twarzy. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz, nie byłam jeszcze pewna, ale teraz już wiem, że to byłaś ty. I ten temat pracy, nie udawaj takiej grzecznej. Byłaś z facetem, zakładam że to jakiś twój uległy, choć nigdy nie pochwaliłaś się. Widziałam jak patrzy na ciebie i widziałam co twoje jedno spojrzenie potrafiło z nim zrobić.

Paulina popatrzyła na nią z niedowierzaniem, a potem sama się roześmiała.

– A więc widziałaś nas i nic nie mówiłaś do tego czasu?

– Czekałam na odpowiedni moment, nie chciałam jakoś tak bezpośrednio chwalić się tą wiedzą.

– A teraz postanowiłaś mnie zdemaskować? No dobrze. Skoro już stało się, to opowiem wam całą historię.

I wtedy, jakby pękła niewidzialna tama, zaczęła opowiadać. Mówiła o pierwszych doświadczeniach z Adamem, o Andrzeju, o ich pierwszym spotkaniu, o tym, jak wszystko się zaczęło. Opowiadała o wspólnych chwilach, o tym, jak budowała swoją tożsamość, jak odkrywała granice i przekraczała je. Nie pomijała też zabawnych momentów – jak choćby ucieczki z hotelu, boso, z poczuciem absurdu ale i ekscytacji.

Thomas i Bella raz po raz wybuchali śmiechem a na koniec poprosili aby opowiedziała jeszcze raz o swojej ucieczce.

– Dziękuję, że podzieliłaś się tym z nami. Warto było czekać na tę historię. I zastanów się, naprawdę – powiedziała, dotykając jej dłoni.

Uśmiechnęła się tylko.


Włochy, lato 2010


Latem, po zdaniu wszystkich egzaminów, wyjechała do Toskanii. Czerwony Fiat 500 czekał pod domem – niewielki, zwinny, przygotowany na długą drogę. Bella była już w Bolonii; poleciała wcześniej samolotem, by spędzić kilka dni z rodziną. Umówiły się, że gdy Paulina do niej dołączy, pokaże jej swoje ulubione miejsca, a potem wrócą razem do Berlina – już samochodem.

Krótko przed wyjazdem rzuciła pracę w sklepie Bossa. Próba ustalenia z menadżerem dni wolnych, zakończyła się niepowodzeniem – był uparty i nieelastyczny. Nie zamierzając się użerać, po prostu zrezygnowała. Uznała, że na razie stypendium jej wystarczy, a później – zobaczy, co dalej. Koleżanka ze studiów mówiła coś, że w Zarze, gdzie pracuje, ciągle szukają kogoś. Czuła się wolna.

Pierwszym zaplanowanym przystankiem był Stuttgart. Max uprzedził ją, że obrazi się śmiertelnie, jeśli nie wpadnie choćby na dwa dni. Gdy przyjechała, on i Katherina zabrali ją na kolację do jednej z eleganckich restauracji w centrum miasta. Ich dom był cichy, niemal pusty – trzej synowie wyjechali na obozy piłkarskie, a oni mieli wreszcie czas tylko dla siebie. Rozmowy przeciągały się do późna, bez pośpiechu, przy winie, które pojawiało się na stole naturalnie, jakby było częścią rytuału.

Nazajutrz pokazali jej Stuttgart. Zaczęli od centrum i starego miasta – fragmentarycznego, odbudowanego po wojnie, ale wciąż czytelnego w układzie ulic i placów. Wąskie przejścia nagle otwierały się na szersze przestrzenie, między kamienicami pojawiały się widoki na zbocza porośnięte zielenią. Było tu spokojniej, niż się spodziewała; miasto sprawiało wrażenie powściągliwego, jakby nie potrzebowało robić wrażenia. Przeszli przez place, przy których nowoczesne bryły sąsiadowały z zachowanymi lub odtworzonymi fragmentami starszej zabudowy. Max zwracał uwagę na to, jak Stuttgart odbudowywał się po zniszczeniach – bez prób rekonstrukcji przeszłości, raczej z myślą o funkcji i ciągłości. Miasto było uporządkowane, ale nie chłodne; nowoczesne, a jednocześnie zakorzenione w swojej historii. Pojechali też do Muzeum Mercedesa. Budynek zrobił na niej wrażenie już z zewnątrz – spiralna forma, surowa, a jednocześnie dynamiczna. W środku poruszali się powoli, schodząc kolejnymi poziomami, jakby podróżowali w czasie. Stare modele samochodów, pierwsze silniki, fotografie i dokumenty układały się w opowieść o technice, ambicji i konsekwencji. Max nie mógł powstrzymać się. Opowiadał o konstrukcji muzeum, o logice przestrzeni i ruchu zwiedzających, o tym, jak architektura prowadzi narrację. Paulina słuchała, patrząc na zestawienie inżynierii i estetyki. Nie była szczególnie zainteresowana motoryzacją, ale sposób, w jaki to miejsce opowiadało historię, działał na nią niemal hipnotycznie. Wieczorem poprosiła znajomego, aby zabrał ją następnego dnia rano do Weißenhofsiedlung. Znała to miejsce z albumu o Bauhausie, który przywiozła ze sobą z Polski. Wracała do niego wielokrotnie, zawsze z myślą, że kiedyś zobaczy niektóre miejsca własne oczy.

Oprowadzał ją powoli, z wyczuwalną przyjemnością. Opowiadał o idei osiedla, o wystawie z 1927 roku, o ambicji stworzenia nowego języka architektury. Wskazywał budynki projektowane przez Le Corbusiera, Miesa van der Rohe, J.J.P. Ouda – mówił o proporcjach, świetle, funkcji. O tym, jak płaskie dachy, białe elewacje i pasmowe okna miały odpowiadać na potrzeby nowoczesnego życia. Słuchała go uważnie. Patrzyła na rytm brył, na prostotę form, na to, jak architektura wpisywała się w nachylenie terenu. Wszystko było czyste, oszczędne, pozbawione dekoracyjności – a jednak wyraziste. Max zwracał uwagę na detale, które łatwo było przeoczyć: sposób prowadzenia schodów, logikę układu mieszkań. Spacerowali długo, dla niej to miejsce nie było już tylko zbiorem zdjęć. Stało się realne, obecne – dokładnie takie, jakie chciała zobaczyć od lat.

Po trzech dniach w Stuttgarcie pożegnała się z Wirtzami. Max uścisnął ją mocno, Katherina pocałowała w policzek i jeszcze raz przypomniała, żeby dała znać, gdy tylko dojedzie na miejsce. Czerwony Fiat ruszył na południe. Samochód, choć niewielki i pozbawiony sportowych ambicji, dzielnie wspinał się na alpejskie przełęcze, Jechała spokojnie, z oknami uchylonymi na chłodne powietrze wysoko w górach, a potem coraz cieplejsze, im bardziej krajobraz łagodniał. Po drugiej stronie Alp świat zmieniał się wyraźnie – światło stawało się ostrzejsze, kolory głębsze, ruch na drogach gęstszy.

Do Bolonii dotarła późnym popołudniem. Miała na sobie białe spodnie, prosty, obcisły top odsłaniający umięśniony brzuch i lekkie adidasy – wygodne, miękkie, idealne do długiej jazdy. Zanim zdążyła dobrze zaparkować, Bella była już przy niej. Przywitanie było spontaniczne, głośne, pełne śmiechu; dziewczyny wyściskały się i przytuliły, jakby rozdzielało je co najmniej kilka miesięcy, a nie dni. Zaraz potem poznała jej rodziców. Ojciec Belli był wysoki, siwiejący, o spokojnym spojrzeniu; matka – drobniejsza, energiczna, z ciepłym uśmiechem i nieustannym ruchem rąk. Oboje byli nauczycielami i mówili dobrze po angielsku, bez skrępowania, z naturalną swobodą. Powitali ją serdecznie, zapytali o podróż, a potem niemal jednocześnie zaproponowali, by, poszła się rozpakować i odświeżyć jeśli potrzebuje bo za godzinę w ogrodzie miała odbyć się mała impreza na jej cześć. Poczuła lekkie skrępowanie. Nie spodziewała się niczego takiego. Bella tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szeroko, jakby chodziło o rzecz oczywistą.

– Tu to normalne – powiedziała.

Poszła wziąć prysznic. Zmyła z siebie zmęczenie i napięcie po długiej drodze. Przebrała się w lekką sukienkę, rozpuściła włosy, wsuwając na nie wąską opaskę z tego samego materiału. Na nogi włożyła sandałki na obcasie – delikatne, ale wyraźnie zmieniające jej postawę i odkrywające zadbane stopy. Gdy zeszła na dół, Bella spojrzała na nią uważnie i uśmiechnęła się z autentycznym uznaniem.

– Jesteś piękna – powiedziała bez cienia przesady. Po chwili dodała już z rozbawieniem: – Tylko czy zdajesz sobie sprawę, że mam niemal samych braci i kuzynów? I że teraz nie będziesz mogła się od nich opędzić? A te blond włosy… – pokręciła głową – na Włochów działają wyjątkowo skutecznie.

– Zawołaj mnie w razie potrzeby. Odpędzę ich. Już oni mnie posłuchają.

Puściła do niej oko. W ogrodzie zaczęły zapalać się światła. Wieczór dopiero się zaczynał. Włoska kuchnia, gwar rozmów przy stole, zapach oliwy i bazylii.

Najpierw poznała dwóch starszych braci Belli – Marco i Lucę. Obaj byli wysocy, ciemnowłosi i bardzo pewni siebie. Marco był bardziej bezpośredni, mówił głośniej, śmiał się częściej; Luca sprawiał wrażenie spokojniejszego, uważniejszego, jakby obserwował wszystko nieco z boku.

Z czasem pojawiali się kolejni członkowie rodziny: nobliwi wujkowie, elegancko ubrane ciotki i liczni kuzyni. Niektórzy przyszli z żonami lub narzeczonymi, inni sami; ogród stopniowo wypełniał się rozmowami, śmiechem, muzyką płynącą z głośników. Paulina szybko znalazła się w centrum uwagi – nie nachalnie, raczej jakby samo jej pojawienie się poruszyło dobrze znany mechanizm rodzinnych spotkań. Zaczęło się od niewinnych pytań: czy podoba jej się Bolonia, jak minęła podróż, czy często bywa we Włoszech. Potem przyszły komplementy – zachwyty nad kolorem włosów, nad jej urodą, nad sposobem, w jaki się poruszała i mówiła. Ktoś próbował ją uczyć prostych słów, inny poprawiał wymowę, jeszcze inny żartował, że takie blond włosy powinny być nielegalne w tej części świata, bo kierowca samochodu może spowodować wypadek, widząc taką kobietę.

Bella obserwowała to wszystko z rozbawieniem. Co jakiś czas unosiła palec w ostrzegawczym geście, uśmiechając się znacząco do któregoś z kuzynów lub wujków. Paulina czuła się jednocześnie onieśmielona i rozbawiona, wciągnięta w ten południowy chaos. Miała wrażenie, że znalazła się w samym środku czegoś żywego, głośnego i serdecznego – świata, do którego została przyjęta.

Przyjaciółka usiadła obok niej bez słowa, jakby to miejsce od początku było przeznaczone tylko dla niej. Paulina zorientowała się, że ta bliskość nie jest ani zaskakująca, ani krępująca. Przeciwnie – wydawała się naturalna, oczywista. Pomyślała, że w zadziwiająco krótkim czasie ta piękna Włoszka stała się dla niej kimś bliskim. Łączyło je więcej, niż mogłyby przypuszczać na początku – choćby fakt, że podobnie jak ona, wychowała się w cieniu dwóch starszych braci.

Były swoim przeciwieństwem. Isabella – kobieca, z długimi czarnymi, kręconymi włosami oraz sylwetką, która kusiła i przyciągała spojrzenia. Paulina – jasnowłosa, zimna, wysportowana, o ciele zahartowanym ruchem i dyscypliną. Jedna była miękkością i ciepłem, druga chłodem i siłą. A jednak pasowały do siebie zaskakująco dobrze. Tam, gdzie Bella wnosiła swobodę i lekkość, Paulina dawała oparcie. W jej obecności czuła się pewnie, spokojnie, jakby mogła być po prostu sobą. Czuła się lekko a zarazem dojrzale. To były wakacje bez napięcia, bez obowiązków, bez planów – tylko słońce, rozmowy, dobre jedzenie i śmiech.

Przez pierwsze dni zostały w Bolonii. Chodziły bez planu, pozwalając prowadzić się miastu podcieniami, które dawały cień nawet w południe, wąskimi ulicami wychodzącymi nagle na place, gdzie życie toczyło się wolniej. Zachwycała ją równowaga między ciężarem historii a codziennością: kościoły, stare mury, księgarnie i bary, w których ludzie znali się po imieniu. Bella pokazywała jej miasto z wprawą doświadczonego przewodnika.

Wieczorami jeździły w odwiedziny do kolejnych członków rodziny. Każdy dom był inny, każdy stół zastawiony po swojemu, ale wszędzie panował ten sam, włoski porządek rzeczy: długie rozmowy, śmiech, jedzenie pojawiające się falami, bez pośpiechu. Paulina szybko przestała się dziwić, że kolacje przeciągają się do późna; nauczyła się słuchać, odpowiadać, być obecna, jak ktoś, kto od początku miał tu swoje miejsce.

Potem wsiadły do Fiata i ruszyły na południe. Droga zmieniała się stopniowo: zabudowa ustępowała wzgórzom, kolory stawały się jeszcze cieplejsze, światło ostrzejsze. Siena zachwyciła ją od pierwszego wejrzenia. Miasto było zwarte, niemal teatralne w swojej formie, z placem, który skupiał wszystko w jednym punkcie. Długo siedziała na schodach, patrząc na przestrzeń, na ludzi, na rytm dnia, który wydawał się tu niezmienny od wieków.

Bella pokazywała jej dalej to, co uważała za esencję Toskanii. Pojechały do Montepulciano, gdzie miasto wspina się po zboczu, a widok otwiera daleko, ponad winnicami. Potem zatrzymały się w San Gimignano, wśród strzelistych wież, które robiły wrażenie bardziej surowością niż pięknem. Były też mniejsze miejscowości, bez nazw, które trzeba by zapamiętywać – kamienne domy, cyprysy przy drodze, place, na których czas zdawał się stać w miejscu. Chłonęła to wszystko. Krajobraz, miasta, ludzie układały się w spójną całość.

Zwieńczeniem podróży były trzy dni we Florencji. Bella zarezerwowała pokój w Hotelu Savoy, eleganckim i dyskretnym, w samym sercu miasta, mówiąc, że zaprasza Paulinę i pokryje wszystkie koszty. Oznajmiła to tonem nieznoszącym sprzeciwu, mimo prób oporu. Powiedziała, że sprawia jej radość dzielenie się z przyjaciółką tym, co najlepsze.

Ostatniego wieczoru usiadły w restauracji z widokiem na Katedrę Santa Maria del Fiore. Stolik stał na zewnątrz, blisko balustrady. Jadły powoli, pozwalając smakom rozwinąć się bez pośpiechu; do tego wino – głębokie, ciepłe, idealnie dobrane. Rozmowa płynęła, raz cicha, raz pełna śmiechu.

Powoli zapadał zmierzch. Kamień fasady tracił ostrość, kopuła ciemniała, a światło zmieniało barwę w miękką, złotą poświatę. Miasto wyraźnie zwalniało, jakby brało głębszy oddech. Patrzyła na plac, na ludzi przystających na chwilę, na turystów i miejscowych mieszających się bez wyraźnej granicy. Miała wrażenie, że wszystko układa się w jedną, spokojną kompozycję. W tym wieczornym świetle Florencja była dokładnie taka, jak obie lubiły najbardziej – intensywna, a jednocześnie powściągliwa. I kiedy zapaliły się pierwsze lampy, a rozmowy wokół przycichły Bella na chwilę zamilkła, długo przyglądając się jej.

– Paulina – zaczęła, obracając w palcach kieliszek – serio. Chciałam wrócić do naszej rozmowy, jeszcze z Berlina. Zastanów się. Jesteś niesamowicie piękna, masz już jakieś doświadczenie. Wiesz, o czym mówię. Można z tego zrobić coś więcej. Możesz zarabiać kupę kasy i robić to co lubisz. Myślisz, że skąd mnie stać na ten hotel, na te wszystkie buty i torebki?

Paulina zerknęła na nią spod półprzymkniętych powiek.

– A ty wciąż to samo...

– Tak. Nie mówię, że od razu masz poświęcać na to dużo czasu, chociaż znam dziewczyny, które pracują prawie cały czas. A ty? Masz w sobie coś wyjątkowego. Powagę. Autorytet. I coś, czego nie da się nauczyć, umiejętność kontroli.

– To nie takie proste – powiedziała cicho. – To nie jest tylko zabawa.

– Właśnie dlatego ty się do tego nadajesz. Bo rozumiesz, że to nie zabawa. Że to odpowiedzialność, przestrzeń psychiczna, a czasem też emocjonalna. A ty już to znasz, ty w tym jesteś. Paulina no!

Paulina spojrzała w dal. Nie chciała opuszczać Florencji, ani tego wieczoru, ani tych rozmów. W głowie zaczęła kiełkować myśl, której nie potrafiła jeszcze nazwać, ale która z każdą chwilą wydawała się coraz bardziej realna.

– Eva prosiła abym z tobą pogadała, czy nie chciałabyś pracować. Wie, że się zaprzyjaźniłyśmy. Mówiła, że masz w sobie coś wyjątkowego. Ona zna się na tym, na ludziach. Ty naprawdę świetnie sobie poradzisz.

– Nie wiem, Bella... To jednak duży krok i trochę się wstydzę, tak przed obcym facetem...

– Ale to faceci latają z kutasami na wierzchu przed nami. My jesteśmy ubrane i nawet nas nie mogą dotknąć.

Roześmiały się.

– Jesteś niemożliwa, Bella.

– Słyszałaś kiedyś o Sklavenkamp?

– Co to? Jakiś obóz dla niewolników?

Uśmiechnęła się, widząc iskierkę ciekawości w oczach Pauliny.

– To taki... hmm... powiedzmy, że event. Tylko dla wybranych. Przyjeżdżają ulegli, śpią w klatkach albo celach, a my jesteśmy strażniczkami. Surowymi, wymagającymi.

– W sensie obóz?

– W pewnym sensie tak. Wygląda to rzeczywiście trochę jak obóz pracy. Wszystko odbywa się pod kontrolą. Dyscyplina, rytm, zasady. Na początku października w okolicach Berlina jest kolejna edycja. Eva organizuje to w starym gospodarstwie rolnym, gdzieś głęboko w Spreewaldzie. Ukryte miejsce, idealne na takie rzeczy. Kupiła je jakiś czas temu i zaadaptowała do tych celów.

Paulina zamyśliła się na moment.

– I ty chcesz, żebym pojechała tam?

– Tak. Na próbę. Nikt nie oczekuje od ciebie dużo, po prostu przyjedź i zobacz jak to jest. Jeśli ci się nie spodoba to trudno, przynajmniej będziemy znały odpowiedź, a Eva ucieszy się z każdej pomocy. Może zobaczysz albo poczujesz coś, co cię pozytywnie zaskoczy.

Nie odpowiedziała, lecz spojrzenie zdradzało, że temat ją zaintrygował. Bardziej niż byłaby gotowa przyznać w tamtej chwili.

Droga powrotna minęła im szybko. Dziewczyny prowadziły na zmianę, dotarły do Berlina wieczorem.


Berlin, jesień 2010


Na początku października rozpoczął się kolejny rok akademicki. Paulina jechała na inaugurację pełna zapału, a w głowie wciąż brzmiały jej echa toskańskiego lata – zapach oliwek, rozmowy do późnej nocy i ciepło włoskiego słońca, które zdawało się przenikać każdy zakamarek ciała i duszy. Miała energię, determinację i spokojną świadomość, że dobrze wybrała. Psychologia w Berlinie była dokładnie tym, czego potrzebowała.

Kiedy wracała z inauguracji, jej telefon zawibrował. Dzwoniła Bella.

– Słuchaj, musimy się spotkać – powiedziała krótko, chociaż w głosie słychać było entuzjazm.

Zaintrygowana, zgodziła się bez wahania. Umówiły się w jednej z ich ulubionych kawiarni w okolicach Prenzlauer Berg. Pogoda była już chłodniejsza, ale jeszcze nie nieprzyjemna – złota, berlińska jesień trwała w najlepsze.

Kiedy weszła do środka i rozejrzała się, od razu zauważyła przyjaciółkę i siedzącą obok niej Evę Stern. Tym razem kobieta była ubrana nieco swobodniej niż zazwyczaj – w ciemne, dopasowane spodnie, skórzane botki i elegancki sweter. Jej makijaż był jak zawsze nienaganny, wyglądała bardziej swobodnie, choć w opinii Pauliny wciąż nienaturalnie blado.

Bella uśmiechnęła się szeroko.

– Przepraszam za ten mały podstęp, ale wiesz, Evie się nie odmawia – powiedziała z rozbawieniem.

Zaśmiała się i usiadła naprzeciwko nich.

– Dobra, szkoda gadać. Zgadzam się – rzuciła, prostując się w krześle.

Eva uśmiechnęła się tajemniczo i spojrzała na nią uważnie.

– Jeszcze nie wiesz na co, dziecko – powiedziała spokojnie, z tym charakterystycznym tonem, który zawsze wzbudzał respekt.

Paulina zerknęła na przyjaciółkę.

– Bella coś mi już wspominała. Sklavenkamp. Jakieś gospodarstwo w lesie?

– Tak. Organizujemy to w Spreewaldzie, w starym gospodarstwie rolnym, które przez lata adaptowaliśmy. Jest tam nieduży dworek, w nim mieszkamy my, a wokół znajdują się zabudowania gospodarcze. W ich wnętrzach urządziliśmy cele i inne przydatne miejsca do dyscyplinowania naszych więźniów. To wszystko wygląda autentycznie. Bardzo autentycznie. Teren jest ogrodzony i strzeżony.

Słuchała z rosnącym zainteresowaniem. Bella nalała jej herbaty i dodała:

– Oni płacą naprawdę spore pieniądze, żeby móc przez weekend być traktowanym jak niewolnicy. Czasem ciężka fizyczna praca, czasem upokorzenia. Różnie. Dużo bólu i wszystko pod kontrolą. Miejsca rozchodzą się dosłownie w kilka godzin po ogłoszeniu zapisów. Jeżdżą głównie stali klienci DSB.

– A ja co miałabym tam robić? – zapytała Paulina, patrząc raz na jedną, raz na drugą.

– Rób to, co inne dziewczyny. Pilnuj porządku, deleguj zadania, użyj bata jeśli trzeba, a nawet jeśli nie trzeba. Masz w sobie coś naturalnego. Jesteś inteligentna, pewna siebie, piękna. Działaj instynktownie. Reszta przyjdzie sama. Zawsze możesz się wycofać, ale czuję, że nie będziesz chciała. Wyjazd w piątek po południu, a powrót planujemy w niedzielę wieczorem.

Paulinie ten termin pasował idealnie – rok akademicki dopiero się zaczynał, a ona nie była jeszcze zawalona nauką.

Gdy rozstawały się przed kawiarnią, Eva podała jej karteczkę.

– Masz tu adres, jedź tam jutro. To nasz znajomy, rzemieślnik, powiedzmy że bardzo specjalny krawiec. Weźmie od ciebie miarę na mundur i przygotuje co trzeba.

Spojrzała zaskoczona.

– Mundur?

Eva uśmiechnęła się krótko, jak ktoś, kto słyszał to pytanie setki razy.

– A jak to sobie wyobrażasz, dziecko? Chyba nie myślisz, że dziewczyny chodzą tam w gorsetach i pończochach na pasie. Nie martw się, to na mój koszt, powiedzmy że to inwestycja w ciebie.

Bella zaśmiała się cicho.

– Ja zawsze mam pod mundurem seksowną bieliznę, taki drobny luksus tylko dla moich oczu.

Stern spojrzała na nią z uznaniem i skinęła głową.

– Bo ty jesteś na swój sposób wyjątkowa.

Potem zwróciła się do Pauliny już łagodniejszym tonem:

– A tobie radzę założyć jednak coś cieplejszego. Wieczory są już zdradliwe. Za dnia jeszcze lato, ale po zmroku potrafi być chłodno.

Przyjaciółka wtrąciła się z uśmiechem:

– Nie martw się. Gdy założysz ten mundur i spojrzysz w lustro, wszystko stanie się oczywiste. Nagle poczujesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinnaś.

– W porządku. Zobaczymy.

– Nie „zobaczymy”, tylko „przyjedziesz i doświadczysz” – poprawiła ją Eva z lekkim, niemal matczynym uśmiechem. – I pamiętaj, wszystko będzie dla ciebie przygotowane.

Rozstały się przed kawiarnią. Eva uścisnęła mocno dłoń Pauliny, jakby zamykała dobrze rozpoczętą rozmowę, po czym skinęła jeszcze Belli na pożegnanie. Zniknęła w bocznej uliczce, stapiając się z wieczornym ruchem miasta. Dziewczyny zostały jeszcze chwilę na chodniku. Powietrze rzeczywiście było chłodniejsze, niż się spodziewała. Bella zarzuciła lekko szal na ramiona i spojrzała na nią z rozbawieniem.

– Zobaczysz, będzie fajnie. Przyjedź po mnie w piątek. Napiszę ci o której. Weź coś wygodnego pod mundur.

Przytuliły się i pożegnały.

56
bd/10
Podziel się ze znajomymi

Jak Ci się podobało?

Średnia: 0/10 (0 głosy oddane)

Pobierz powyższy tekst w formie ebooka

Z tej serii

Komentarze (0)

Teksty o podobnej tematyce:

pokątne opowiadania erotyczne
Witamy na Pokatne.pl

Serwis zawiera treści o charakterze erotycznym, przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Decydując się na wejście na strony serwisu Pokatne.pl potwierdzasz, że jesteś osobą pełnoletnią.

Pliki cookies i polityka prywatności

Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie moich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze mnie ze stron internetowej lub serwisów oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych i w celach analitycznych.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz w regulaminie serwisu.